Blog: Piknik na skraju głupoty

Polska rzeczywistość w krzywym zwierciadle.

Gender w Zonie - czyli słów kilka o prawicowej fantastyce
05.01.2021

Za napisanie tej notki zbierałem się od paru lat (mniej więcej od momentu, w którym przeczytałem arcydzieło prawicowego ultradzbaństwa, czyli „Hel-3” Grzędowicza). Zbierałem się, zbierałem i zebrać się nie mogłem. Ponieważ jednak zaczęło się (całkiem słuszne) jebanie po prawicowej fantastyce doszedłem do wniosku, że jak nie teraz, to pewnie się z tym nie wyrobię aż do momentu, w którym dzieła prawicowej fantastyki (razem z autorami) zostaną wystrzelone w słońce, a wtedy będą się tym zajmować już tylko historycy specjalizujący się w kulturowej chujni.


Niektórzy z was mogą podejrzewać, że tych wszystkich głowologii, protomolekuł i inszych Magów Prochowych, które wrzucam do tekstów, nie wymyślam sam i mogą mnie podejrzewać o nerdyzm. No dobra, na serio. Zdarza mi się czytać duże ilości fantastyki/fantasy (sama nazwa bloga może sugerować to i owo). Ponieważ mieszkam w tym, a nie innym kraju (czasem się zastanawiam nad tym, czemu sobie to nadal, kurwa, robię), czytywałem również sporo polskiej fantastyki. Od razu chciałbym zaznaczyć, że o ile fajnie by było pogadać o tejże fantastyce (bo choć czytałem jej sporo, to jednak sporo rzeczy nadal czeka na swoją kolej na tzw. „pile of shame), to nie zapraszam do dyskusji o tym, czy aby na pewno napisałem, że na ten przykład, Piekara jest chujowym pisarzem, a taki Przechrzta już nie jest, bo przecież ten Przechrzta to kiedyś napisał (…). Wjeżdżamy tu bowiem na płaszczyznę, na której ścierałyby się mocno subiektywne odczucia, będące efektem takiego, a nie innego odbioru tekstu pisanego blablablabla [lorem ipsum/etc.]). Lojalnie informuję, że na wszelki wypadek tekst może być w pewnych momentach wygwiazdkowany, bo coś mi mówi, że za cytowanie niektórych dzieł (bądź też tytułów tychże dzieł) mógłbym spaść z rowerka na FB. Na samo zakończenie tych disclaimerów dodam jeszcze jeden. Nigdy nie jeździłem na konwenty i nie chodziłem na spotkania z autorami, tak więc o tym, że któryś z Wielkich Pisarzy Fantastów jest dzbanem, mogłem się przekonać przeważnie wtedy, gdy ów dzbanizm pojawiał się w książkach. 


Zacznę od wyrażenia poglądu, za który dostanę odznakę Kapitana Oczywistości: polska fantastyka nie jest tylko i wyłącznie chujowa. W czasach, w których pisanie czegokolwiek mogło być cokolwiek problematyczne, mieliśmy Lema i Zajdla (nadal zastanawiam się nad tym, jak cenzura mogła Zajdlowi przepuścić „Paradyzję”). W międzyczasie zmaterializował się Andrzej Sapkowski (tak, zaczynał pisać za czasów słusznie minionych, ale największą rozpoznawalność i popularność zyskał już w Nowej Odrodzonej Rzeczpospolitej Polskiej), Tomasz Pacyński (tutaj też mam sporo do nadrobienia). Teraz zaś mamy Roberta M. Wegnera (cykl o Meekhanie), Marcina Podlewskiego (cykl „Głębia”), Roberta J. Szmidta (który nie dość, że sam tworzy [np. cykl „Pola dawno zapomnianych bitew”], to jeszcze w międzyczasie przetłumaczył od cholery powieści SF [cykl „Starship” Resnicka  i (chyba całą)„Zaginioną Flotę” Campbella]), fani military SF mają Michała Cholewę z „Algorytmem Wojny” (to jest trochę zjawiskowe, że jedno z bardziej rakowatych wydawnictw spod znaku Poland Stronk, wydaje całkiem znośne SF), fani steampunka mogą poczytać Krzysztofa Piskorskiego („Zadra” i „Czterdzieści i cztery”). Na tym przerwę tę wyliczankę, albowiem mógłbym tak jeszcze długo, ale nie zebraliśmy się tu po to, żebym was zanudzał takimiż wyliczankami). Fakt faktem, że dobrej fantastyki polskiej jest całkiem sporo, zaś największym problemem polskiej fantastyki jest to, że najgłośniej jest o tej z gatunku prawak-fiction, względnie jakieś chuj-wie-co fiction (aka „Achaja”)


Ponieważ „Achaja” doczekała się pierdyliona (zasłużonych) niezbyt pochlebnych recenzji, ja się tutaj na ten temat nie będę specjalnie rozpisywał i potraktuję to skrótowo. Jakiś czas temu rozmawialiśmy z takim jednym znajomym o „Achai”. No i ten znajomy był powiedział, że w sumie to on pamięta, że czytał Achaję, ale nie pamięta, żeby było tam aż tyle krindżu. Żeby nie być źle zrozumianym, od razu wytłumaczę, że nie chodziło mu o to, że tego krindżu tam nie ma, ale o to, że on tego po prostu nie pamiętał. Gadaliśmy sobie o tym, że się tego nie pamięta chyba dlatego, że z wiekiem człowiekowi się zmienia trochę wrażliwość na tego rodzaju pisaninę. Dopiero w trakcie przygotowań do pisania tego tekstu naszła mnie taka myśl, że przyczyna mogła być nieco inna. Otóż, ja w sumie doskonale pamiętam to, że w „Achai” było sporo krindżu, było tam również sporo wstawek, które sprawiały, że momentami wyglądało to jak jakiś torture porn. Owszem, praktycznie wszystkie postacie w „Achai” miały przejebane, ale główna bohaterka miała przejebane najbardziej. Jak to więc możliwe, że w trakcie lektury nie narzygałem w książkę? Ano tak to, że po prostu ignorowałem te kawałki i skupiałem się na innych wątkach fabularnych, które to wątki były nawet ciekawe. Było tam też trochę smaczków, na ten przykład sytuacja, w której jeden z głównych bohaterów zajebał jakiegoś rycerza zakonnego (nie pomnę nazwy zakonu), bo nie wiedział, że powinien się go bać (rycerz zaś się nie bronił, bo myślał, że bohater będzie się go bał, więc nie odważy się go zaatakować). Ziemiański wymyślił sobie również ograniczenia dla polimorfii (dzięki którym magowie nie mogli się zmieniać w istoty zbytnio odbiegające od nich kształtem i (że tak to ujmę) „kubaturą” (ze względu na problemy z dotlenieniem mózgu). Można obserwować to, jak zmienia się cesarstwo (które sobie upadało). Można było się też śmiać z tego, co Ziemiański napisał na temat szermierki (otóż, jak się z kimś walczy, to nie powinno się zwracać uwagi na to, co ten ktoś robi, tylko atakować [można to skwitować jedynie gromkim „xD”]). Tak sobie myślę, że jakbym teraz zaczął czytać „Achaję” po raz pierwszy, to pewnie bym wymiękł bardzo szybko. Po części dlatego, że trochę inaczej się teraz patrzy na takie grafomaństwo, a po części dlatego, że jest teraz od cholery dobrej fantastyki, którą można czytać zamiast tego rodzaju produkcji. Poza tym, jest jeszcze jedna kwestia. Gdyby Ziemiańki był po prostu Tommym Wiseau fantastyki, to „Achaję” można by było polecić jako taki „The Room”. Z Ziemiańskim jest natomiast ten problem, że on jest Tommym Wiseau z wyboru i pisze chujowo dlatego, że tak mu się podoba.


Przyznać muszę, że wiedziony niezdrową ciekawością, przeczytałem całe, pierdolone pięć tomów „Pomnika cesarzowej Achai”. Podchodziłem do tego dwa razy, bo jak za pierwszym razem na samym początku trafiłem na scenkę sytuacyjną „polska łódź podwodna sobie płynie”, to pomyślałem, że albo ja mam przesunięcie w fazie (względnie, przeskoczyłem do niewłaściwej nogawki czasu), albo w drukarni coś pojebali. Za drugim razem okazało się, że (niestety) nic się nikomu nie pomyliło, a Ziemiański umieścił w uniwersum „Achai” polską flotę, ale to była Polska z innej czasoprzestrzeni i była silna i ja pierdolę, litości. I wiecie, to nawet tam było jakoś wyjaśnione (skąd się ten „Poland Stronk" wziął), ale do pewnego momentu nie miałem pojęcia, po chuj Ziemiański to w ogóle tam wrzucił. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to próba wejścia FS na rynek wszelkiej maści alternatywnych historii z Silną Polską w tle („WarBook” się w tym specjalizuje). A jak inaczej wejść na takowy rynek, niż poprzez przedłużenie cyklu, który podobał się czytelnikom? W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. Jak sobie studiowałem tę swoją socjologię, to na jednych zajęciach dyskutowaliśmy sobie o tym, czy literatura może być źródłem wiedzy socjologicznej. W pewnym momencie jedna znajoma z grupy tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmiła, że w sumie to chyba nie bardzo, bo jak się np. popatrzy na takie książki Lema i Sapkowskiego, to z nich się nie można niczego dowiedzieć przecież. Potem zaczęła tłumaczyć, że u Sapkowskiego to w sumie postacie tylko chodzą i jedzą (po mojemu to tak, jak w życiu, ale co mi tam). Prowadzący, który zazwyczaj był równie rozemocjonowany, co przeciętny podopieczny Powiernictwa Golemów, trochę się wkurwił i zaczął drążyć w temacie znajomości Lemologii. Kiedy padło pytanie o to, kto czytał „Summe Technologiae”, to sobie pomyślałem, że pewnie wszyscy (głównie ze względu na to, że mieliśmy w grupie sporo osób, które nie pozwalały nikomu zapomnieć o tym, że są Bardzo Oczytanymi Osobami). Chwilę później okazało się, że z całej grupy tę konkretną pozycję Lema przeczytał jedynie osobnik pochodzący z Podkarpackich Dzikich Pół. Nadal wkurwiony prowadzący zapytał mnie o to, czy mógłbym jakoś skrótowo powiedzieć o czym była ta książka. Po tym, jak odpowiedziałem, że się nie da, prowadzący zaserwował nam mini wykład w temacie tego, że książki Lema są przepełnione nauką/etc. Czemu o tym wspominam (poza tym, żeby się pochwalić przeczytaniem tej konkretnej książki Lema [którą czytałem z przerwami, w trakcie których usiłowałem zrozumieć to, co przeczytałem])? Albowiem, gdyby ktoś mnie zapytał o to, „czy mogę w skrócie powiedzieć o czym było tych pięć tomów PCA”, to odpowiedziałbym mniej więcej tak samo: „nie da się”. O ile w przypadku Lema czasem trzeba sobie było zrobić przerwę celem przetrawienia, to niezależnie od tego, jak długo trawiłoby się wyżej wymienione dzieło Ziemiańskiego, nie ma chuja, żeby ogarnąć co autor miał na myśli (aczkolwiek wydaje mi się, że z nieco innych przyczyn niż te, dla których nie dało się podsumować książki Lema).


Jeżeli porównamy sobie „Achaję” (jej kontynuację i prequele [no oczywiście, że musiały być prequele, prawda?]) do zbioru opowiadań „Zapach szkła”, to będziemy musieli sobie zadać pytanie „co tu się, kurwa, odjebało?”. Ziemiański napisał również „Toy Wars”, które byłoby fajnym SF gdyby nie to, że Ziemiański bardzo chce pisać postacie kobiece, ale chyba nie bardzo wie, jak zachowują się kobiety. Nie przepadam za głowologizowaniem, ale muszę w tym miejscu dodać, że jeżeli prawie pięćdziesięcioletni facet pisze powieść, której główną bohaterką jest 21 letnia była prostytutka, to można się spodziewać, że poczucie żenady wyjebie nam skalę. Niemniej jednak szczytowym osiągnięciem Ziemiańskiego było opowiadanie pt. „Wypasacz”, w którym możemy sobie poczytać o organizacji, która zajmuje się porywaniem kobiet na życzenie mężów bardzo kochających żony, które już z nimi nie chcą być. Jeżeli już teraz czujecie się niekomfortowo, bo uznaliście, że ta organizacja porywa kobiety i odstawia je do tych mężczyzn, to zapnijcie pasy, bo jest znacznie gorzej. Otóż, organizacja ta zajmuje się tuczeniem kobiet, serwując im wyszukane potrawy w ilościach hurtowych. Jeżeli kobiety nie chcą jeść po dobroci, to karmi się je na siłę. Pointą opowiadania jest to, że te wszystkie porwane kobiety (po tym, jak już zostaną „upasione”) decydują się na zostanie ze swoimi mężami (nie, nie chodziło o syndrom sztokholmski). I jak? Dalej będziecie twierdzić, że „Achaja” to najgorsze, co wyszło spod pióra Ziemiańskiego?


No dobrze, miałem jedynie wspomnieć o tym, dlaczego nie będę się pastwił nad "Achają", a skończyło się na pastwieniu się nad innymi dziełami Ziemiańskiego. Przez moment zastanawiałem się nad tym, czy w notce o prawicowej fantastyce powinno być miejsce na pastwienie się nad tym, co wyprodukował Ziemiański. Zastanawianie się trwało jedynie moment, bo bardzo szybko przypomniałem sobie o tym, że to przecież prawica i konserwatyści (płci męskiej) mają przeważnie bardzo wysoko rozwinięty zmysł „lepiej od kobiet wiem czego mogą chcieć kobiety”. Ci sami mężczyźni lepiej od kobiet „wiedzą” również, jak powinny zachowywać się kobiety. Być może moja ocena jest mylna, ale naprawdę bym się, kurwa, zdziwił, gdyby okazało się, że Ziemiański jest lewakiem (bo to podchodziłoby już pod wallenrodyzm). Już po napisaniu tego kawałka trafiłem na wpis Michała Gołkowskiego (również pisarza fantasty, nad którego twórczością pochylę się w dalszej części tekstu), który wtrącił swoje trzy grosze do dyskusji na temat prawicowej fantastyki i wypowiedział się również w temacie Ziemiańskiego i „Achai”. Zacznę od tegoż Ziemiańskiego. Otóż Gołkowski stwierdził, że w sumie to nie wie, czy gdyby czytał „Achaję” teraz, to czy by mu się podobała, ale to nie ważne, albowiem jeżeli chodzi o Ziemiańskiego, to: „NIE WOLNO osądzać ani całości dorobku człowieka, ani człowieka jako takiego przez pryzmat czegoś z zamierzchłej przeszłości, czego teraz nie może zmienić ani napisać lepiej – mimo że na pewno by umiał. NIE WOLNO uogólniać w ten sposób, bo jest to zwyczajnie krzywdzące.”. I wszystko byłoby zajebiście, ale ta argumentacja nijak się ma do Ziemiańskiego. Bo to nie było tak, że popełnił „Achaję” (2002-2004), a potem było już tylko lepiej. „Toy Wars” popełnił w 2008, zaś opowiadanie „Wypasacz” znalazło się w zbiorze „Pułapka Tesli”. Jeżeli zaś chodzi o „Pomnik Cesarzowej Achai” (2012-2016), to (jak się pewnie domyślacie) Ziemiańskiemu nadal nie szło pisanie postaci kobiecych. Ujmując rzecz innymi słowy, w przypadku Ziemiańskiego nie ma mowy o tym, że on coś tam kiedyś (dawno temu) napisał i potem się mu poprawiło, gdyż mamy do czynienia z recydywą.


Nieprzypadkowo się byłem odniosłem do Michała Gołkowskiego, albowiem podjął on próbę wyjaśnienia jak to z tą prawicową fantastyką jest: „Czy tzw. polska fantastyka jest prawicowa? Nie. Czy ma pewne skrzywienie ku prawej stronie? Niewykluczone. Czy duża część jej co bardziej widocznych autorów wypowiada prywatnie i przemyca w swoich książkach poglądy mogące być uznane za prawicowo-konserwatywne? Zdecydowanie tak. Problem jednak tkwi nie w byciu polskim pisarzem fantastyki, ani pisarzem ze stajni Fabryki Słów, a w określonym pokoleniu mentalnym jako takim. W połowie lat dwutysięcznych, kiedy konstytuowała się tak zwana "stara gwardia" polskiej fantastyki, około dwa razy więcej ludzi deklarowało swoje poglądy jako "prawicowe" niż "lewicowe" - więc o wiele prościej było być prawicowcem, albo za takiego się przynajmniej uważać - bo w ogóle ktokolwiek miał pojęcie co to jest... I tak już zostało siłą zwykłej inercji.” W dalszej części tłumaczy też, że być może winę za to, że część pisarzy fantastów w Polsce tworzy paździerz ponoszą czytelnicy, którzy oczekują takiej, a nie innej pisaniny od nich (nad tym pochylę się nieco dalej).


Zacznę może od tego punktu, w którym zgadzam się z Gołkowskim. Chodzi mi rzecz jasna o to, że nie jest tak, że cała fantastyka, która powstaje w Polsce jest prawicowa. Skoro już napisałem, że w tym jednym punkcie się z nim zgadzam, teraz mogę skupić się na tych punktach, w których się z nim ni cholery zgodzić nie mogę. Tłumaczenie prawicowości polskiej fantastyki tym, że „no wtedy to były takie, a nie inne czasy i ludzie się identyfikowali bardziej z prawicą”, do mnie nie przemawia. Nie przemawia o tyle, że jakoś tak się złożyło, że to jedno, jedyne wydawnictwo zgromadziło ponadprzeciętną liczbę pisarzy, którzy tworzą prawicową fantastykę. Warto w tym miejscu poczynić pewno rozróżnienie. Autor o prawicowych poglądach wcale nie musi tworzyć prawicowej fantastyki. Przyznam się szczerze, że nie mam zielonego pojęcia o tym, jakie poglądy ma autor „Zaginionej floty” (a najebał tych tomów tyle, że gdyby mu zależało, to pewnie by się swoimi poglądami podzielił z czytelnikami), mogę jedynie domniemywać, że nie darzy zbytnią estymą polityków. Nie mam pojęcia jakie poglądy ma Brian McClellan, piszący o Magach Prochowych. Nie wiem również jakie poglądy ma autor „Kronik Nieciosanego Tronu”, Brian Staveley. W żadnej z książek autorstwa wyżej wymienionych, które dane mi było czytać, nie pojawiło się nic, z czego można by było wywnioskować jakie poglądy mają ich autorzy. O tym, jakie poglądy ma duet piszący pod pseudonimem James S. A. Corey dowiedziałem się nie z książek, ale obserwując ich konto na ćwitrze. Lista autorów, którzy „nie obnoszą się” z poglądami w swoich książkach byłaby pewnie bardzo długa, ale nie zebraliśmy się tutaj po to, żeby czytać jakieś listy, tylko po to, żeby przyjrzeć się polskiej prawicowej fantastyce. Czemu w ogóle wspominałem o tych autorach? Żeby pokazać, jak bardzo różnią się od zagramanicznych autorów polscy prawicowi fantaści. A różnią się i to bardzo.


Zacznijmy od Michnika. Ktoś może powiedzieć: no zaraz, ale jaki związek ma Michnik z prawicową fantastyką. Takiemu komuś odpowiadam: „Oh, my sweet summer child”. Zacznijmy od Boga Imperatora Resarchu, Rafała Ziemkiewicza. O tym, że Ziemkiewicz wypromował sam siebie na hejtowaniu Gazety Wyborczej i Michnika nie trzeba się jakoś specjalnie rozpisywać (tak, Ziemkiewicz hejtował również „Salon” [nie przestał nawet wtedy, gdy sam stał się jego częścią]). Jednym z efektów takiej, a nie innej strategii autopromocyjnej było napisanie książki pt. „Michnikowszczyzna” (mimo, że to też w sumie fantastyka, nie będziemy się nad tym pochylali). Innym efektem było to, że Michnik pojawia się w jednym z opowiadań („Pobożne życzenie”) autorstwa Ziemkiewicza, które można było przeczytać w zbiorze „Coś mocniejszego”. W tym samym opowiadaniu pojawia się również Jerzy Urban, który oświadcza, że zrywa z grzesznym życiem i oddaje swoje aktywa + „siły medialne” do dyspozycji Ojca Dyrektora. Czy to znaczy, że w opowiadaniu pojawił się również Rydzyk? Nic z tych rzeczy. Ojcem Dyrektorem Radia Alleluja jest ojciec Grzyb. To jest swoją drogą nawet zabawne. Ziemkiewicz sobie napisał opowiadanie, które nosi znamiona osadzenia go w polskich realiach (stąd Michnik i Urban), ale nazwisko Rydzyka się jakoś tak nie pojawiło. Wracając do opowiadania, to w tymże opowiadaniu Michnik, rzecz jasna, skomentował to nawrócenie w Gazecie Wyborczej (nie trzeba chyba dodawać, że ów komentarz nie czynił z Michnika pozytywnego bohatera tegoż opowiadania?). Ja wiem, że Ziemkiewicz to dość „łatwy cel”, ale prawda jest taka, że nawet gdyby ktoś miał na tyle dużo szczęścia, żeby nie mieć kontaktu z jego „publicystyką” (czytaj: inną odmianą fantastyki), to i tak bezproblemowo byłby się w stanie dowiedzieć o tym, jakie Ziemkiewicz ma poglądy. Wystarczyłoby poczytać jego pisaninę.  


Skoro Ziemkiewicza mamy już za sobą, teraz przejdziemy do zadzbannika wagi ciężkiej, Jacka Piekary. Piekary przeczytałem sporo, i w sumie to znęcanie się nad tymże przemiłym jegomościem powinno się zacząć od cyklu traktującym o przygodach pewnego inkwizytora, ale to sobie zostawimy na deser, bo miało być o Michniku. Był sobie zbiór opowiadań pt. „Mój przyjaciel Kaligula”, w którym znalazło się opowiadanie „Stowarzyszenie Nieumarłych Polaków”. Leitmotiv opowiadania jest całkiem neutralny światopoglądowo, albowiem chodzi o to, że w Polsce pojawili się zmiennokształtni i nieumarli. Taki zamysł daje spore pole do popisu, bowiem można by było napisać prawie całą książkę o tym, jak społeczeństwo na to zareaguje /etc. Zrozumiałym więc jest, że zamiast tego, Piekara skupił się na tym, żeby w opowiadaniu upchnąć jak najwięcej nielubianych przez siebie osób (Michnik, Palikot, Niesiołowski, Wojewódzki/etc.) i mediów (tu oberwało się TVN24, Wyborczej, ale też Radiu Maryja [acz w mniejszym stopniu]). Nie chciałbym być źle zrozumiany. Owszem, Piekara opisuje również to, jak zachowywali się w takiej sytuacji zwykli ludzie, ale można bezpiecznie założyć, że o wiele większą frajdę sprawiało mu sranie na osoby publiczne, których nie lubi. Nawiasem mówiąc z tym Palikotem to zabawna sprawa. Jeżeli bowiem ktoś czytał ten zbiór opowiadań mniej więcej w roku, w którym go wydano (2011) i trochę później, to taki ktoś nie miałby problemu z rozpoznaniem wszystkich wymienionych przez Piekarę person. Niemniej jednak, gdyby na to opowiadanie trafił ktoś, na ten przykład, w roku 2020 (to pechowy rok, ktoś mógł więc mieć na tyle mało szczęścia, żeby przypadkiem trafić na opowiadanie Piekary) i ten ktoś byłby średnio zainteresowany polityką, to pewnie musiałby użyć gugla, żeby zrozumieć, co autor miał na myśli. Brawo panie Jacku, tak właśnie pisze się ponadczasowe dzieła. W zbiorku znalazło się również opowiadanie „Jak ja was, kurwy, nienawidzę”, w którym podmiot liryczny inauguruje tekst śpiewaniem kawałka piosenki Pawła Kukiza. W tym opowiadaniu obrywa się zarówno Michnikowi, jak i Kuroniowi. Swoją drogą, chyba właśnie udało mi się ustalić przyczynę, dla której część polityków Zjednoczonej Prawicy tak bardzo nienawidziła Kuronia. Nie żeby cokolwiek o nim wiedzieli, ale jeżeli Piekara w jednym ze swoich opowiadań zhejtował go na równi z Michnikiem, to znaczy, że to musiał być ktoś bardzo zły, prawda?


Jeżeli wydaje się wam, że to wszystko, na co stać Jacka Piekarę w kwestii pokazania jak on nie cierpi tych okropnych smerf... znaczy się, tego Michnika, to trochę wam zazdroszczę. W 2013 i 2014 Piekara popełnił dwa tomy cyklu „Szubienicznik” („Szubienicznik” i „Szubienicznik. Falsum et verum"). Historia, którą opisuje Piekara, dzieje się pod koniec XVII wieku (tak więc, czasy szlacheckie i takie tam). Być może ktoś w tym momencie zaczął się zastanawiać nad tym „jak, do kurwy nędzy, da się wrzucić Michnika w powieści o czasach szlacheckich i czy aby na pewno obędzie się bez wehikułu czasu), takiej osobie proponuje zapięcie pasów. Otóż, główny złol w tym cyklu nosi nazwisko „Szechter”. Zapewne większość z was się już domyśla w czym rzecz, dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, kilka słów wyjaśnienia. Ojciec Adama Michnika się zwał Ozjasz Szechter. Bratem Adama Michnika jest zaś Stefan Michnik. Stefan Michnik jest odpowiedzialny za komunistyczne zbrodnie sądowe. Ów jegomość siedzi sobie w Szwecji, a Ziobro chcąc pokazać, że nie jest miękiszonem sprawił, że w 2018 roku Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie wydał (po raz drugi) europejski nakaz aresztowania. O ile jestem w stanie zrozumieć przyczyny, dla których wydano pierwszy nakaz, to po tym, jak szwedzki sąd odmówił ekstradycji Stefana Michnika za pierwszym razem (powód: przedawnienie), wydanie drugiego nakazu było zapewne próbą pokazania, że Ziobro by chciał ekstradycji, ale Szwedzi są chujami i mu nie pozwalają. W 2011 Legia popisała się oprawą stadionową, na której widniało coś, co przypominało stronę tytułową GW (aczkolwiek nazwana Gazetą Wybiórczą). Najwięcej miejsca zajmowało zdjęcie Adama Michnika i podpis „Szechter przeproś za brata i ojca”. Nie będę się tu rozpisywał w temacie idiotyzmu domagania się przeprosin za członków rodziny (na których działania nie miało się żadnego, kurwa, wpływu) i skupię się na pisaninie Piekary. O ile w pierwszym tomie nazwisko „Szechter” pojawia się tylko raz i można mieć wątpliwości odnośnie tego, czy aby na pewno chodzi o Wiadomo Kogo, to w drugim tomie Piekara te wątpliwości rozwiewa, albowiem w pewnym momencie jedna z postaci wypowiada się w sposób następujący: „Cała rodzina Szechterów to łotry, kanalie i zdrajcy jeden w drugiego – ciągnął podsędek – ale ów Adam, czy też, jak Turcy go nazywają: Adem, to już łotr z łotrów największy, kanalia najbardziej paskudna z paskudnych i zdrajca, który w zaprzaństwie, renegactwie i odstępstwie wszystkich zaprzańców, renegatów oraz odstępców wyprzedził”. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że Piekara musi mieć swoich czytelników za skończonych kretynów. Gdyby bowiem miał na ich temat nieco lepszą opinię, to pewnie poprzestałby na umieszczeniu w powieści wzmianki o tym „złym Szechterze”. Ponieważ zaś ma na temat swoich czytelników takie, a nie inne zdanie, musiał doprecyzować o kogo chodzi (i stąd ten Adam). Jednakowoż, jak to już wielokrotnie podkreślałem, złośliwy nie jestem, tak więc chwilę się poznęcam nad samym faktem umieszczania w powieściach/opowiadaniach odniesień do osób, których się nie lubi. Się w tym miejscu przyznam, że nie rozumiem tego ni cholery. Przecież w szeroko pojętej fantastyce można pisać praktycznie o wszystkim. Jedynym ograniczeniem jest dla pisarza jego własna wyobraźnia (połączona z wiedzą), i być może tu właśnie tkwi źródło problemu. No bo, serio, jeżeli ktoś ma możliwość pisania na dowolny temat, ale odczuwa wewnętrzną potrzebę pierdolenia o Michniku, to to pierdolenie chyba nie świadczy najlepiej o wyobraźni tego ktosia. Przecież jeżeli porównany „fantastykę” wytworzoną przez Piekarę czy innego Ziemkiewicza, z książkami Podlewskiego albo Wegnera, to twórczość duetu Ziemkiewicz&Piekara będzie na tym tle wyglądała (w najlepszym przypadku) jak mocno chujowe fanfiki.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Skoro temat Michnika mamy już za sobą, teraz przyjdzie nam się pochylić nad innym dziełem Piekary (pod wezwaniem „Mody na Sukces”), a mianowicie nad cyklem inkwizytorskim. Przeczytałem tego sporo (odpuściłem sobie w pewnym momencie, bo uznałem, że to zbyt wiele nawet jak na guilty pleasure, jakim jest grzebanie się w polskiej prawicowej fantastyce). Gdzieś tam na samym początku czytania, nie wyglądało to tak bardzo chujowo. Główny bohater był co prawda skończonym chujem, ale można było to potraktować jako odstępstwo od epickiego fantasy, w którym roi się od paladynów/etc. Tylko, że po jakimś czasie okazało się, że Piekara przy pomocy tegoż bohatera usiłuje moralizować. Kiedy za pierwszym razem zobaczyłem rozkminy Mordimera w temacie tego, że (w uproszczeniu) aborcja jest zła, po prostu to olałem (no bo przeca postacie mogą mieć poglądy, z którym nie muszę się zgadzać). Tylko, że Piekara nie poprzestał na „jednym razie” i tego było znacznie więcej. Ja wiem, że to, co teraz napiszę, to będzie anecdata, ale znałem trochę osób, które pochłaniały fantastykę w ilościach hurtowych, które to osoby odpuszczały sobie Piekarę właśnie dlatego, że nie mógł przestać pierdolić o aborcji. Choć byłem nieco bardziej odporny od tych moich znajomych (odpuściłem sobie Piekarę trochę później), to jednak ich doskonale rozumiałem. Nie po to, kurwa, sięgam po fantastykę, żeby czytać coś, co równie dobrze mogła napisać Kaja Godek. Osobną kwestią jest to, że wyżej wzmiankowane moralizowanie było cokolwiek absurdalne w kontekście tego, jak zachowywał się główny bohater cyklu. Jak już wspomniałem, był on skończonym chujem, który, na ten przykład, nie miał nic przeciwko nekrofilii. Nie żebym się czepiał, ale wydaje mi się, że ktoś taki może mieć cokolwiek spierdolony kompas moralny, tak więc tłumaczenie przy pomocy takiej postaci tego, co jest dobre, a co złe, jest raczej durnym pomysłem. Opisując dorobek Piekary, nie można zapomnieć o doniosłym dziele, którym był zbiór opowiadań, noszący tytuł „Świat jest pełen chętnych s*k” (no niestety, nie dało się tego inaczej zatytułować... po prostu się nie dało). Głównym bohaterem tytułowego opowiadania jest, co zrozumiałe, typ, któremu żadna kobieta się nie oprze (nie, opowiadania nie ratuje to, że chodzi tam również o walkę niebios z piekłem). Ponieważ w tym miejscu wnioski (skąd pomysł na takiego, a nie innego bohatera) nasuwają się same, pozwolę sobie na nie werbalizowanie (tzn. literaturowanie) tychże wniosków. Na sam koniec pastwienia się nad Piekarą dodam, że to jest w sumie typowe dla polskich prawicowych fantastów. Sam pomysł na świat, w którym osadzone zostały przygody Mordimera, jest bardzo ciekawy, albowiem (dla niezorientowanych) jest to świat, w którym Jezus się troszkę zdenerwował na ludzi za to, że go ukrzyżowano i sobie zszedł z krzyża i wybił sporą część Rzymu. Ponieważ zaś pomysł był dobry i samo opisywanie tego, jak wyglądałby taki świat mogłoby zająć kilka powieści – trzeba było to spierdolić, prawda, panie Jacku? Nawiasem mówiąc, w pewnym momencie pojawiły się zapowiedzi powieści pt. „Rzeźnik z Nazaretu”, w której miał się znaleźć opis wiadomych wydarzeń. Na zapowiedziach się skończyło, a zamiast tego Piekara dojebał od cholery prequeli. Aczkolwiek może to i lepiej, bo gdyby teraz napisał tę powieść, to pewnie by się okazało, że Jezus zszedł z krzyża nie dlatego, że go ukrzyżowano, ale dlatego, że chciał walczyć z poprawnością polityczną.


Kolejny prawicowym fantastą, nad którym przyjdzie nam się pochylić, będzie Andrzej Pilipiuk, który sam osobie mówi, że jest Wielkim Grafomanem. Pilipiuka czytałem bardzo długo, ale w pewnym momencie było tak, jak z Piekarą, tzn. zawartość książek sprawiła, że nie dało się tego czytać nawet jako guilty pleasure. Przyznać trzeba, że Wielki Grafoman obrał bardzo ciekawą strategię. Niemała część bohaterów, o których pisał (Stanisława Kruszewska, Semen Korczaszko, Jakub Wędrowycz), to postacie dość wiekowe (w przypadku Stanisławy, dosłownie wiekowe). To zaś dawało mu niepowtarzalną okazję do krytykowania otaczającej go rzeczywistości z punktu widzenia starszych pokoleń (albo też innych epok). No i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że w pewnym momencie mu się znacznie pogorszyło. Część moich znajomych (uwaga, to kolejny dowód anecdatyczny) wymiękła już przy trzecim tomie „Kuzynek”, ja przebrnąłem przez czwarty („Zaginiona” [2014]) i miałem ochotę amputować sobie mózg. Spektrum zedzbanienia było bardzo szerokie. Od nabijania się z Żydów począwszy, na nabijaniu się z osób transseksualnych skończywszy („no jesteśmy kobietami - skrzywiła się Stanisława. - I nie zmienimy sobie płci, choć to się ostatnio zrobiło bardzo modne...”), tak więc można powiedzieć, że mamy do czynienia z prawicowym combo. W przypadku ksiąg o Jakubie Wędrowyczu, dotrwałem do „Konana Destylatora” (2016), w trakcie lektury którego wyjebało mi skalę. Tam było już wszystko, nabijanie się z mniejszości seksualnych, nawiązania do stref no-go w Szwecji i budowanie narracji, z której wynikało, że jeżeli ktoś krytykuje chrześcijaństwo, to jest nieoczytanym kretynem. Tak sobie dumam, że pod pewnymi względami Pilipiuk jest takim Patrykiem Vegą fantastyki. Różnica polega na tym, że Patryk Vega zbiera po internetach chujowe dowcipy i dokręca do nich jakieś filmy, a Pilipiuk zbiera jakieś prawackie idiotyzmy (które były debunkowane) i dopisuje do nich książki. W „Wieszać każdy może” (2009) były heheszki z Unii Europejskiej (dopłaty, dyrektywy i normy). W „Homo bimrownikusie” (2009) Pilipiuk nabijał się z drobiazgowego przestrzegania norm (ponieważ zaś jedną z nich było to, że ktoś czegoś nie napisał na papierze ekologicznym, to chyba wiadomo, o jakie normy chodzi, co nie?). Gdyby mi się chciało przeglądać inne jego „dzieła”, pewnie znalazłbym tam jeszcze więcej przejawów prawicowej „bieżączki”. O ile bowiem rozumiem potrzebę i chęć narzekania na otaczającą człowieka rzeczywistość (w końcu sam zajmuję się taką, a nie inną działalnością w internetach), to jednak wrzucanie do fantastyki tego, co akurat w momencie pisania książki/opowiadania boli prawicę, jest cokolwiek chujowe.


Nikogo pewnie nie zdziwi to, że Pilipiuk dorobił się bliżej nieokreślonej liczby wyznawców, którzy będą go bronić niezależnie od tego, co ów napisze. Coś takiego można było zaobserwować po tym, jak przypomniany został fragment „Triumfu Lisa Reinicke” (Piąty tom cyklu „Oko Jelenia” wydany w 2010), w którym jeden z bohaterów (przeniesiony w czasie do XIV wiecznej Europy) miał omamy. Głównym tematem tychże omamów było to, że się obudził w XXI wieku, w szpitalu w Polsce, który to szpital był zajebiście elegancki (jakaś uber droga klepka na podłodze). Jak to możliwe? Ano tak to, że zlikwidowano ZUS, pogoniono urzędników/etc., a wszystko dlatego, że Unia Polityki (Nie) Realnej wygrała wybory, zaś Korwin został premierem. Przyznać muszę, że w tym miejscu wyznawcy mieli trochę problemów, bo nie do końca wiedzieli, czy Pilipiuk to napisał na serio, czy też robił sobie bekę z Korwina. Jeżeli chodzi o moje zdanie, to raczej sobie beki nie robił, bo jednak, kurwa, startował w wyborach z list tworu, który się zwał Platforma Janusza Korwin-Mikkego. Ok, w tym miejscu popełnię dygresję pewną, bo muszę się tym z wami podzielić. Otóż, w ramach grzebania za informacjami do notki wlazłem na stronę wiki Pilipiuka (bo tam najłatwiej znaleźć dane o tym, czy ktoś tam gdzieś tam startował w wyborach), strona jest krótka, ale jest tam prawdziwa perełka: „Krytykował przesiąknięty socjalistycznymi zaszłościami ustrój społeczny i gospodarczy, zbaczający według niego w stronę etatyzmu, mierność polskich elit politycznych oraz intelektualnych, niski poziom współczesnej literatury”.  Nie wiem, jak was, ale mnie to szczerze rozbawiło, bo to trochę tak, jakbym ja nagle zaczął krytykować to, że w tekstach publicystycznych pojawiają się wulgaryzmy.


O ile w przypadku Pilipiuka zjazd „bardziej na prawo” raczej mnie nie zaskoczył (bo objawy było widać już wcześniej), to jednak to, co stało się z Grzędowiczem już mnie nieco zaskoczyło. Z Grzędowiczem bowiem było tak, że jego opowiadania, które czytałem, w sumie mi się podobały. Jego „Księga jesiennych demonów” bardzo mi przypadła do gustu. Powieść „Popiół i kurz”, również mi się spodobała. Nawiasem mówiąc, w tej drugiej powieści Grzędowicz trochę się poznęcał nad „Kodem Leonarda”, ale owo znęcanie się pasowało do postaci, która się nad kodem znęcała. W międzyczasie przeczytałem „Pana Lodowego Ogrodu”. W  PLO (którego akcja działa się na inszej planecie) było już kilka dziwnych wstawek, w których główny bohater krytykował Unię Europejską i eurokratów. Niemniej jednak, było to kilka wstawek i nie miało to wpływu na całość. Poza tym, główny bohater krytykował mieszkańców Ziemi, tak więc można było uznać, że hejtowanie UE jest po prostu elementem kontestowania rzeczywistości jako takiej. Co się zaś tyczy całości, to nie wiem, na ile w tym prawdy, ale wydaje mi się, że gdy wychodził pierwszy tom PLO, to zapowiadano, że będzie to dylogia. Ponieważ nie chodziłem po żadnych portalach książkowych, nieco się zdziwiłem w trakcie czytania drugiego tomu, bo gdzieś tak w połowie do mnie dotarło, że ni cholery nie będzie tak, że to się skończy na tym tomie (na jednym forum sobie potem wyczytałem, że będzie jeszcze co najmniej jeden). Choć PLO uważam za niezłą fantastykę, to najbardziej spodobał mi się tom pierwszy, a potem było już gorzej, bo miałem jakieś takie dziwne przeczucie, że trochę na siłę te różne wątki zostały napisane.


Po skończeniu PLO (2005-2012) Grzędowicz zrobił sobie trochę przerwy w pisaniu i kolejną jego książką był „Hel-3” (2017). O książce nie wiedziałem nic (nigdy nie czytam recenzji, bo niektórzy recenzenci mają tendencję do spoilierów, a ja mam dobrą pamięć), tak więc zaczynałem lekturę bez żadnych uprzedzeń, bądź też oczekiwań. Zanim przejdę do szczegółów, muszę wyraźnie zaznaczyć, że „Hel-3” to najgorsze SF jakie było mi, kurwa, dane przeczytać w całej mej karierze czytelnika SF. Gdybym miał to w skrócie jakoś podsumować, to chyba było by to coś w rodzaju: weźcie sobie kilkanaście numerów „Do Rzeczy” i dodajcie do tego statki kosmiczne. „Hel-3” jest powieścią dystopijną, w której (jak możemy przeczytać w różnych zapowiedziach [tak, przeczytałem je już po zapoznaniu się z lekturą]) jednostka została zepchnięta na margines i generalnie to praktycznie „nic nie może” (a wszystkim rządzą jakieś elitarne elity). Nie brzmi to wcale tak źle, prawda? Gdyby Grzędowicz skupił się tylko i wyłącznie na tym, książka pewnie byłaby całkiem spoko (choć dołująca). Tyle, że tak nie było, a Grzędowicz (jak to zasygnalizowałem wcześniej) upchnął tam kilkanaście numerów „Do Rzeczy”: hejtowanie Arabów i islamu, Europę pełną strasznie groźnych niebiałych gangsterów, głównego bohatera, który narzeka na to, że może zostać przez kobiety oskarżony o „podtekst seksualny”, zakaz sprzedawania/etc. wędlin, przeklęty Zrównoważony Rozwój, złą Europę, która wszystkiego zakazuje i w ogóle nie przejmuje się losem zwykłych obywateli i tak dalej i tak dalej. Nie trzeba chyba dodawać, że Grzędowicz był tak bardzo zajęty opisywaniem tej złej Europy, że zapomniał opisać to, „jak do tego doszło”. A tak na serio, to przecież nie musiał tego opisywać, bo czytelnik, który miał wcześniej styczność z prawicową propagandą sam się domyśli przyczyn, dla których w Europie roi się od gangów „niebiałych”/etc., prawda? Być może powinienem wcześniej robić research, bo wtedy bym sobie wynorał, że Grzędowicz pisywał dla Gazety Polskiej (co prawda w dziale „nauka”, niemniej jednak GazPol, to GazPol). To, co Grzędowicz odjebał w „Helu-3”, przebija dokonania wszystkich wcześniej wymienionych prawicowych fantastów razem wziętych.


Nieco wcześniej cytowałem wpis Michała Gołkowskiego. Z tym Michałem Gołkowskim to też jest taka dość ciekawa sprawa. Jeżeli ktoś patrzy na jego działalność fejsbuczną, to mógłby taki ktoś dojść do wniosku, że Gołkowski ma sporo RiGCzu (między innymi, popieranie Strajku Kobiet i tak dalej) i ktoś mógłby się zacząć dziwić temu, że Fabryka Słów chce go w ogóle wydawać. Ja się w tym miejscu muszę przyznać, że zdziwiła mnie ta jego twórczość fejsbukowa, bo jego pisanie sugerowało, że kibicuje nieco innej drużynie. No ale, [Wołoszański mode on] nie uprzedzajmy faktów [Wołoszański mode off]. Z Gołkowskiego pisaniem zetknąłem się przypadkiem, albowiem trafiłem na jego książkę pt. „Ołowiany świt” (2013) w bibliotece miejskiej w wyimaginowanym mieście nad akwenem (nawiasem mówiąc, niby biblioteka miejska na zadupiu, a dbają o to, żeby mieć sporo nowości i zróżnicowaną literaturę). Ponieważ książka traktowała o „Zonie” (i była wzmianka o stalkerach [nie, nie chodzi o jednostki Protossów, wy cholerne nerdy]), od razu przyciągnęła moją uwagę (albowiem nazwa bloga zobowiązuje). Książka mi się spodobała, pomimo tego, że autor uznał, że bardzo śmiesznie będzie używać określenia „ped****ie”, jako określenia różnych rzeczy, które się mu nie podobają. W kolejnym tomie pt. „Drugi brzeg” (2014), sytuacja była podobna, ale o ile mnie pamięć nie myli, zdarzało się to rzadziej. W trzecim tomie „Droga donikąd” (2014), który tak po prawdzie był prequelem, nastąpiło apogeum i pewna część układu napędowego roweru, która służy przenoszeniu energii z nóg rowerzysty, poprzez korby, do układu napędowego, pojawia się w cholerę razy. W sumie powinno nas to wszystkich cieszyć, bo skoro w późniejszych tomach główny bohater rzadziej używał takiego, a nie innego słownictwa, to znaczy, że dojrzewał, prawda? Poza tym, w książce pojawiło się (użyte, rzecz jasna, nieironicznie) określenie „ideologia gender”. Jest to o tyle zabawne, że w tomach, które traktują o późniejszych (w sensie chronologicznym) przygodach, określenie to się nie pojawiało. Zapewne nie ma to zupełnie związku z tym, że książka ta została napisana później (i to w czasie, w którym określenie „ideologia gender” zaczynało robić sporą karierę po prawej stronie). W 2015 pojawiła się książka pt. „Sztywny”, która również była o Zonie, ale główny bohater był bandosem. W tym konkretnym przypadku można było więc uznać, że stosowanie takiego, a nie innego słownictwa może być uzasadnione. Czego nie można powiedzieć o (nieironicznym) użyciu określenia „homopropaganda”, które zostało użyte w książce pt. „Powrót” (2018), traktującej o tym stalkerze, co to poprzednio ideologią gender się zainteresował. Nieco absurdalne jest to, że w tej samej książce pojawia się nieheteronormatywna postać i główny bohater ma do tej postaci stosunek pozytywny (przejmuje się nawet tym, co musi czuć ta postać, stojąc przy grobie swojego partnera). Jeszcze inaczej było w przypadku cyklu „Komornik” (2016-2017). W pierwszym tomie główny bohater używał określenia „peda***ie”, tak samo, jak wcześniej opisany bohater, który poszedł do Zony. W drugim tomie o tym zapomniał, ale w trzecim mieliśmy wyborne heheszki z „transgenderycznych zapędów” oraz, przezabawny fragment dialogu: „Miałeś ogarnąć trzech mędrców... – Wypraszam sobie! – zapiał falsetem babochłop. – Nie życzę sobie, żebyś tak nonszalancko traktował sprawę mojej płci! Dlaczego akurat „mędrców”, a nie „mędrczynie” albo „wiedźmy”?”


Trochę sobie dumałem nad twórczością Gołkowskiego (z którego czytaniem dałem sobie spokój, po tym, jak przebrnąłem przez książkę, rozpoczynającą się od dość szczegółowo opisanej sceny seksu między rodzeństwem). Tzn., z jednej strony te książki o Zonie i „Komornik” były całkiem niezłe (acz te o Zonie podobały mi się bardziej). Jednakowoż z drugiej strony zastanawiałem się nad tym, po chuj Gołkowski nawrzucał tam tak dużo prawicowej „gwary”. Gdyby tylko jeden z głównych bohaterów wyżej opisanych książek używał takiego, a nie innego słownictwa, można by to było olać, bo w sumie nie ma zakazu pisania o postaciach, które używają homofobicznego języka. Niemniej jednak, jeżeli tego rodzaju kwiatki znajdują się w prawie każdej książce (- „Rewers”, czyli drugi tom), to można już moim zdaniem zacząć się tym lekko irytować. Osobną kwestią jest to, że część tych wstawek z prawicowej gwary pasowała tam równie dobrze, co słowo „research”, do nazwiska „Ziemkiewicz”. W pewnym momencie sobie pomyślałem, że może jest tak, że może pisarze dostają jakieś wytyczne (no weź tu jebnij coś o „pe***ach” albo o jakimś genderze, ok?), ale szybko odłożyłem tę teorię na półkę z innymi teoriami spiskowymi. A potem przeczytałem sobie „Dziadersów polskiej fantastyki” i trafiłem na taki fragment: „Dostałem kiedyś solidny opierdol, a potem sporo szykan – wspomina dalej Ćwiek – kiedy zacząłem się ostro, negatywnie wypowiadać na temat Piekary. Jednocześnie dość jasno określano nam, jakie treści są od nas oczekiwane. Mieliśmy pisać to, co raz chwyciło i żarło albo co miało potencjał, by trafić do głównej grupy docelowej, czyli chłopaków w przedziale piętnaście–dwadzieścia. Wszelkie mieszanki military i fantasy, a także polska waleczna tradycja wymieszana z polską przaśnością. Najlepiej, jakby był męski protagonista. Generalnie nie było tak, że ktokolwiek mówił wprost, co pisać, ale konkretne hasła zapalały szefom lampki i dość łatwo było się wpisać w schemat i wiedzieć, co przejdzie, a co nie. Jeśli napisało się coś innego, mogło to dostać zielone światło, ale potem projekt przesuwał się i przesuwał, a wydawca rezygnował.”. Kronikarski obowiązek każe w tym miejscu wspomnieć, że Gołkowski w swoim wpisie (którego fragmenty cytowałem) oświadczył, że niczego takiego w Fabryce Słów nie było. No i wszystko było by dobrze (czytaj: byłby typowy pat, albowiem słowo przeciwko słowu), gdyby nie to, że z twórczości Gołkowskiego wynika, że to Ćwiek miał rację.


Jednym z powodów, dla których zacząłem się zbierać (po raz pierdylionowy) do napisania tej notki (acz wtedy skończyło się jedynie na zebraniu kolejnych tytułów to listy prawak-fiction) była gównoburza, która objawiła się po „opowiadaniu”, autorstwa Jacka Komudy, które pojawiło się w „Nowej Fantastyce”, które było jednym, wielkim homofobicznym rzygiem. Jednym z efektów gównoburzy było to, że „Nowa Fantastyka” przeprosiła za opublikowanie tego konkretnego opowiadania (zapowiedziano też numer o elbagietach). Tego było zbyt wiele dla pisarzy prawak-fiction, którzy wystosowali do redakcji NF list, w którym oburzali się na kneblowanie, ekhm, „literatury”. Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem to, że ów list podpisali, między innymi, Piekara, Grzędowicz, Pilipiuk i Ziemkiewicz? No dobrze, pochylmy się teraz nad samym Komudą. Swego czasu przeczytałem sporo książek jego autorstwa. Większość z nich osadzona jest w szeroko pojętych czasach szlacheckich. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że postacie i historie, które opisywał Komuda, odbrązawiały szlachtę. Prócz tego zdarzyło mu się napisać dylogię „Galeony wojny”, która też była całkiem znośna. Niestety, w pewnym momencie Komuda zaczął pisać nieco inne rzeczy. Pierwszym przebłyskiem tej „nowej literatury” Komudy była „Krzyżacka zawierucha” (2014), która była, ujmując rzecz kolokwialnie, chujowa. Potem był „Hubal” (2016) (dowódca jednego z oddziałów partyzanckich). Żeby podsumować tę książkę, pozwolę sobie na zacytowanie klasyka „to jest dramat, kurwa”. Niby człowiek wiedział w co się pakuje, ale jednak mnie to przerosło. Kolejnych tytułów z cyklu „dej mnie piniondz młody czytelniku, bo patrz jakie bohatery z Polaków”, a przepraszam „Wrzesień 1939”, czyli „Westerplatte” (2019) i „Wizna” (2020), już nie czytałem, ale domyślam się, że nadal „targetem” jest młody czytelnik płci męskiej i domyślam się, że nie jest to pisanina najwyższych lotów.


Na tym skończę wyliczankę autorów i ich dzieł, choć mogłaby ona być znacznie dłuższa (nie, o Przewodasie nie mam ochoty pisać, bo, kurwa, szanujmy się). Autorów piszących prawicową fantastykę (z Gołkowskim sprawa jest, jak już wspomniałem dość niejednoznaczna) jest znacznie więcej, ale z największym ich zagęszczeniem mamy do czynienia w wydawnictwie, którym jest Fabryka Słów. Ktoś może powiedzieć, że w sumie to jest prywatne wydawnictwo i nie powinno nas obchodzić to, że oni sobie zbierają takich, a nie innych autorów. No i wszystko byłoby pięknie, ale z drugiej strony mamy wypowiedź Ćwieka, który opowiadał o tym, że autorom stawiano takie, a nie inne wymagania. I znowuż, ktoś mógł powiedzieć, że w sumie to taki autor mógł powiedzieć, że on jest jak wyklęci i nie zgodzić się na pisanie prawak-fiction, ale prawda jest taka, że Fabryka Słów była jednym z najbardziej rozpoznawalnych (w Polsce) wydawnictw zajmujących się fantastyką. Tak, wiem, jest jeszcze, na ten przykład MAG, ale, primo, oni się tam nie kryją z tym, że głównie przekłady wydają, a po drugie, FS znacznie więcej uwagi poświęca promowaniu samej siebie. Co za tym idzie, początkujący polski pisarz fantasta nie miał zbyt dużego wyboru, jeżeli zależało mu na dotarciu do większej liczby czytelników. Zastanawiam się nad tym, czy ci sygnatariusze „listu otwartego obrażonych prawicowych autorów do Nowej Fantastyki”, którzy współpracują głównie z Fabryką Słów, zwrócili uwagę na fragment listu, który podpisali: „wymóg podporządkowania publikacji regułom wypracowanym przez jedną opcję światopoglądową oznacza de facto wprowadzenie cenzury”, ale wydaje mi się, że szczerze wątpię.


List obrażonych to jest szczere złoto, ale mnie się szczególnie spodobał ten fragment: „Literatura fantastyczna zawsze była literaturą wolności. Często przedstawiała niepokojące dystopijne wizje i „szargała świętości”. Mimo to ani w latach schyłkowego PRL, ani w III RP nie spotkaliśmy się z tak zajadłym atakiem na pisarza, jak teraz w wypadku Jacka Komudy”. Gdybym był złośliwy, to bym w tym miejscu napisał, że szczególnie ostro atakowany był za PRL Ziemkiewicz, który publikował w jakiejś „czerwonej” gazecie, ale ponieważ złośliwy nie jestem, napisze jedynie: pierdolcie się, państwo pisarze i pisarki. Pierdolcie się ze swoją „gównofantastyką” będącą dla was kartą „wychodzisz wolny z więzienia”. Już od jakiegoś czasu, czytając tę prawicową odmianę fantastyki miałem wrażenie, że twórca chciał kogoś obrazić, ale obawiał się procesu, tak więc zdecydował się na napisanie opowiadania „fantastycznego”. Czemu? Bo jak się ktoś (słusznie) będzie przypierdalał, to zawsze może powiedzieć, że to tylko fantastyka, więc oso chozi?! Używanie określenia „pe**ł” może cię narazić na proces? Nic prostszego! Zostań pisarzem fantastą, wtedy będziesz mógł zajebać tym cała książkę i nikt ci nic nie zrobi. Rzecz jasna, mogą się pojawić krytycy, ale zawsze można powiedzieć, że po prostu czepiają się „literatury wolności”. Banda, kurwa, tłustych kotów, które narzekają na to, że są „atakowani” i wycierają sobie mordę ludźmi, którzy na serio mieli przejebane ze względu na cenzurę. Aczkolwiek powinniśmy być wdzięczni, bo przecież ta banda elitariuszy mogła porównać Komudę do Jewgienija Zamiatina, a jego homofobiczny wysryw do książki „My” tegoż Zamiatina.  


Jestem naprawdę szczerze ciekaw tego, jak zareagowaliby sygnatariusze „listu sfochowanych”, gdyby sami stali się bohaterami jakiegoś „opowiadania”  albo innej powieści. Gdyby, na ten przykład, ktoś stworzył dzieło, w którym okazało się, że (rzecz jasna, wymienieni z imion i nazwisk) autorzy, to pedofile, którzy polują na dzieci, zaś wydawnictwo, które ich zatrudnia, to tylko przykrywka dla organizacji pedofilskiej, która zajmuje się handlem dziećmi. Ciekawym, jaka byłaby reakcja autora cyklu o wiadomym inkwizytorze, gdyby ktoś napisał powieść, w której pojawiłaby się postać nosząca jego imię i nazwisko, będąca impotentem, zaś jedynym lekiem, który by tejże postaci pomagał na przypadłość, byłoby recytowanie własnych książek. A może opowiadanie o innym fantaście, który zajmuje się również, ekhm, publicystyką, który jest seryjnym gwałcicielem odurzającym swoje ofiary? Ciekawym, kurwa, jak szybko okazałoby się, że fantastyka to co prawda literatura wolności, ale pewnych świętości ruszać nie wolno? Ciekawym, jak szybko „panowie fantaści” zaczęliby się dobijać do swoich prawników i pytać, czy można kogoś pozwać za to, co zostało napisane.


Jednym z problemów związanych z polską fantastyką jest to, że przez bardzo długi czas praktycznie nikt nie reagował na to, co wydalają z siebie niektórzy pisarze. Ciężko wyczuć, czy gdyby Komuda napisał to swoje „opowiadanie” kilka lat wcześniej, to czy wywołałoby ono taki sam wkurw. Od pewnego czasu bowiem społeczna wrażliwość sporej części suwerena zrobiła się, no cóż, nieco bardziej wrażliwa. Komuda zaś ze swoim „opowiadaniem” wpisał się w nagonkę na mniejszości seksualne, którą prowadzi od jakiegoś czasu partia rządząca i reakcja na to jego dzieło jest efektem wkurwu, wywołanego przez tę nagonkę.


Dawno, dawno temu, w telewizorni mignął mi Ziemkiewicz, który powiedział był, że w sumie to trochę dziwne, że w ojczyźnie Stanisława Lema fantastyka jest traktowana po macoszemu i nie cieszy się zbyt dużą popularnością (niestety, nie jestem w stanie tego oźródłować, bo nawet nie wiem w którym programie telewizyjnym to widziałem). Domyślam się, że sam fakt małej popularności (o której za moment) nie przeszkadzał Ziemkiewiczowi tak bardzo, jak to, że jego proza fantastyczna nie przynosiła mu tak dużych dochodów, na jakie liczył (dlatego teraz produkuje fantastykę i nazywa ją „publicystyką”). Czy w Polsce fantastyka jest na serio tak mało czytana? Jak to powiedział bohater jednej z polskich komedii „nie wydaje mnie się”. Wystarczy popatrzeć na hype związany z „Grą o Tron”. Wcześniej był „Harry Potter”. W międzyczasie „Igrzyska Śmierci”. Nieco mniejszym, ale nadal sporym zainteresowaniem cieszy się teraz cykl „Expanse”, trochę ludzi oglądało „Modyfikowany węgiel”. Co łączy te wszystkie seriale, które powstały na podstawie książek? To, że są „zagraniczne”. Z polskich współczesnych pisarzy podobnego „fejmu” doczekał się Sapkowski (w tym miejscu wyobraźcie sobie dowcip o tym, że netflixowy serial „Wiedźmin” powstał na podstawie gry). Tak wiem, powstał serial na podstawie prozy Dukaja (który jest jednym z sygnatariuszy „listu sfochowanych”), ale jeżeli chodzi o hype, to jest zupełnie inna kategoria wagowa, niż w przypadku serialu „Wiedźmin”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że o ile Stanisław Lem był bardzo rozpoznawalny „zagranico”, to nie miał szczęścia do ekranizacji swoich książek. Jak już wspomniałem (w swoim głośnym tekście [nadal bawi], który właśnie czytacie), problemem polskiej fantastyki nie jest to, że jest prawicowa, ale to, że najskuteczniej promowani są autorzy, którzy mają prawicowe poglądy (bądź też tworzą prawicową fantastykę). Ciekawe jest to, co napisał Gołkowski o „oczekiwaniach” suwerena. Wydaje mi się, że w pewnym sensie Gołkowski ma rację (albowiem Fabryka Słów wychowała sobie taki, a nie inny „target”), niemniej jednak jest to wina (bądź też zasługa, to zależy od tego, z jakiej perspektywy na to spojrzymy) samego wydawnictwa, które przez długi czas bawiło się w urawniłowkę, nie szukało innych czytelników i mościło się po prawej stronie.


Ponieważ pora już kończyć tę notkę, pomyślałem sobie, że czas na kilka uwag natury ogólnej, które będą wnioskami końcowymi. Primo, mnie naprawdę nie przeszkadza to, że w książkach czasem „widać” poglądy autora. Niemniej jednak jest spora (niczym Krater Chicxulub) różnica między tym, że czasem się tam komuś w książce wymsknie, a pierdoloną propagandą, którą serwują swoim czytelnikom ludzie pokroju Piekary i Grzędowicza. Secundo, mam świadomość tego, że czasem autorom bywa trudno (vide, Sapkowski, który stara się od dłuższego czasu wytłumaczyć prawackiej części fandomu, że Wiedźmin nie jest słowiański [na własne oczęta widziałem komentarze, w których stało, że co on się, kurwa, zna ten Sapkowski]). Tertio, chciałbym, żebyśmy się doczekali jakichś innych Lemów i Sapkowskich, którzy będą tak bardzo rozpoznawalni „zagranico”, bo to nam dobrze zrobi na fantastykę jako taką. Quatro, mam nadzieję, że zmiany, które się właśnie w społeczeństwie dokonują sprawią, że autorzy piszący prawicową fantastykę nie będą już najbardziej rozpoznawalnymi „fantastami” w Polsce. I tym optymistycznym akcentem zakończę powyższy tekst.


Źródła:

https://sjp.pwn.pl/mlodziezowe-slowo-roku/haslo/krindz-cringe;6477410.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Achaja_(powie%C5%9B%C4%87)

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4914305/toy-wars

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4895650/pulapka-tesli

https://pl.wikipedia.org/wiki/Pomnik_Cesarzowej_Achai

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3852651074759065&id=100000426311307

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/26237/cos-mocniejszego

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4355234/michnikowszczyzna

https://lubimyczytac.pl/cykl/3935/szubienicznik

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/67347/rzeznik-z-nazaretu

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4940458/zaginiona

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/3731516/konan-destylator

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4307/wieszac-kazdy-moze

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4540/homo-bimbrownikus

https://pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Pilipiuk#Wybory_parlamentarne_w_2005

https://pl.wikipedia.org/wiki/Hel_3

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/nowa-fantastyka-opowiadanie-jacek-komuda-homoseksualisci-przeprosiny-i-zapowiada-numer-o-spolecznosci-lgbt

https://lubimyczytac.pl/cykl/1434/s-t-a-l-k-e-r

https://lubimyczytac.pl/cykl/9888/komornik

https://krytykapolityczna.pl/kultura/polska-fantastyka-prawica-mizoginia-neoliberalizm-dziaderstwo/

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/nowa-fantastyka-opowiadanie-jacek-komuda-homoseksualisci-przeprosiny-i-zapowiada-numer-o-spolecznosci-lgbt

https://www.spidersweb.pl/rozrywka/2020/07/09/jacek-komuda-nowa-fantastyka-nowy-napis-lgbt-homofobia/

https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114528,26186279,polscy-pisarze-wystosowali-list-otwarty-do-redakcji-nowej-fantastyki.html

https://lubimyczytac.pl/cykl/26943/wrzesien-1939

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jewgienij_Zamiatin

https://pl.wikipedia.org/wiki/My_(powie%C5%9B%C4%87)





Hejterski Przegląd Cykliczny #73
17.12.2020
Trochę minęło od ostatniego Przeglądu ze względu na to, że w tym samym czasie obrodziło notkami tematycznymi. Ponieważ chwilowo na horyzoncie nie ma żadnej notki tematycznej (tak, wiem, kiedyś będę musiał wreszcie napisać tę notkę o fantastyce [aczkolwiek już teraz można powiedzieć, że ta notka jest pod wezwaniem Duke Nukem Forever]), można wrócić do hejtowania zbiorczego. Niemniej jednak, zmuszony jestem was ostrzec przed tym, że ten Przegląd został zdominowany przez temat przejęcia Polski Press przez Zjednoczoną Prawicę. Mogłem temu poświęcić osobną notkę, ale gdybym to zrobił, to kolejny Przegląd pojawiłby się jeszcze bardziej nie wiem kiedy.


Zaczniemy od koncentracji mediów przez Zjednoczoną Prawicę. Bardzo niedawno okazało się, że Orlen przejmuje Polskę Press. Ponieważ nie wszyscy muszą wiedzieć, co to takiego ta Polską Press, pozwolę sobie na cytat z artykułu, w którym ktoś to pięknie podsumował: „Grupa działa na terenie całego kraju i ma w swoim portfolio 20 dzienników regionalnych (w Polsce funkcjonuje łącznie 24 takie dzienniki). Jak czytamy na stronach Polska Press, grupa posiada również: Blisko 150 tygodników lokalnych (bezpłatna gazeta naszemiasto.pl, magazyny Nasza Historia, Moto Salon, Moto Salon Classic, Strefa Biznesu, Strefa Agro), 23 regionalne serwisy informacyjne, serwisy tematyczne: strefabiznesu.pl, stronakobiet.pl, strefaagro.pl, sportowy24.pl, gol24.pl, motofakty.pl; 500 witryn internetowych (łącznie), 6 drukarni, Agencję Informacyjną Polska Press (znana jako AIP), największą regionalną agencję informacyjną.”. Podsumowując, Zjednoczona Prawica stała się zawiadowcą ogromnej liczby portali, tygodników/etc. Nikt nie powinien mieć wątpliwości odnośnie tego, po co Zjednoczonej Prawicy te media. Jeżeli zaś ktoś je ma, to wystarczy zwrócić uwagę na to, co o przejęciu mediów miał do powiedzenia szef Orlenu: „(...) Z kolei dostęp do 17,4 milionów użytkowników portali zarządzanych przez Polska Press, skutecznie wzmocni sprzedaż całej Grupy ORLEN, zoptymalizuje koszty marketingowe i umożliwi dalszą rozbudowę narzędzi big data.”. Tak, chodzi o „dostęp do 17,4 milionów użytkowników portali”. Nawet gdyby liczba ta była przeszacowana (żeby poprawić sobie pozycję negocjacyjną i podbić cenę), to i tak mamy do czynienia z olbrzymią liczbą użytkowników. Niby nikt nie powinien mieć wątpliwości, a jednak część komentariatu zaczyna tłumaczyć, że w sumie to może to i lepiej, że ktoś od tego Niemca wziął i odkupił te media, bo zawsze to lepiej, jak będą one w polskich rękach. Jeszcze inni tłumaczą, że w sumie to teraz tym mediom będzie łatwiej patrzyć na ręce władzy/etc. Wszystkim tym mędrcom należałoby zadać jedno, zajebiście ważne pytanie, które ma następującą treść: czy wy jesteście, kurwa, poważni? Tego rodzaju idiotyzmy można było ludziom wciskać zanim Zjednoczona Prawica zamieniła media publiczne w największą polską agencję PR-ową, która zajmuje się spinowaniem dla rządu 24/7. Jeżeli po paru latach obserwowania tego, co się odpierdala w mediach rządowych, ktoś nadal nie ogarnia „po co Zjednoczonej Prawicy media”, to ten ktoś powinien dać sobie spokój z komentowaniem sytuacji politycznej, bo ewidentnie jej nie rozumie i jest niewyuczalny. Inna część komentariatu tłumaczyła, że w sumie to gdzie byli ci, którzy teraz narzekają, gdy Polska Press po kolei kupowała media lokalne/etc? Że w ogóle to trzeba było coś mówić wtedy, gdy zagraniczny kapitał wykupywał te lokalne media i że ich upadek zaczął się dawno temu. I wiecie, ja to wszystko rozumiem i nie chciałbym być źle zrozumiany, ale to nie jest, kurwa, dobry moment na bawienie się w wypominki „a gdzie byliście gdy” (i guilttripowanie ludzi za to, że woleli czytać darmowe treści i nie chcieli w płatne prenumeraty).  Tzn. można, ale tak jakby, nie jest to w tym momencie najistotniejsze. Najistotniejsze jest to, że Zjednoczona Prawica powiększyła swoją stajnie rządowych mediów. Nawiasem mówiąc, gdybym był złośliwy (a nie jestem), to bym napisał, że jakoś tak Zjednoczona Prawica w pierwszej kolejności przejęła media publiczne i z nich zrobiła swoją agencję PR, zaś przejmowanie prywatnych mediów trochę potrwało (piszę to jako przeciwnik prywatyzowania wszystkiego, jak leci).


Osobną kwestią jest to, że tego rodzaju utyskiwania (bo wyprzedano media lokalne zagramanicznemu kapitału) mnie nieco irytują, bo, jako człek wychowany na zadupiu, doskonale sobie zdaję sprawę z tego, jak wyglądało wsparcie lokalnych mediów przez Jednostki Samorządu Terytorialnego (jakoś tak się składało, że jedynym źródłem wsparcia finansowego tych mediów były takowe jednostki). Wyglądało to tak, że takie media były całkowicie wręcz spolegliwe względem wspierających. Do tej pory pamiętam jeden „program”, który wyemitowała telewizja miejska w Wyimaginowanym Mieście Nad Akwenem (był on tak wspaniały, że sobie go dawno temu zarchiwizowałem). W trakcie programu pt. „Gość Tygodnia”, tytułowym gościem był ówczesny włodarz miejski, któremu pracownik telewizji miejskiej zadał arcytrudne pytanie: „Często niektórzy zarzucają panu prezydentowi, że podejmuje niepopularne decyzje, w niektórych kwestiach, ale czas pokazuje, że są to dobre decyzje (…) jednak chyba trzeba trochę czasu w społeczeństwie, żeby zrozumieli, że takie zmiany są nam potrzebne”. Przyznam, że było mi po prostu szkoda typa, który zadawał to pytanie, bo nawet gdyby był on wyznawcą ówczesnego włodarza (a takich nie brakowało w jego ekipie), to musiał się czuć trochę chujowo zadając na antenie tego rodzaju „pytanie”. Miłość, którą pałał do tej „stacji” miejski suweren, była tak wielka, że po tym jak jedna (bardzo duża) spółdzielnia mieszkaniowa odcięła u swoich lokatorów dostęp do tej „telewizji”, absolutnie nikt się na tę decyzję nie poskarżył. Czemu wspominam tę (rzecz jasna wymyśloną) sytuację? Ano temu, że w warunkach, które panowały w naszym pięknym kraju, wyjścia dla takowych mediów były dwa. Pierwsze z nich polegało na byciu na garnuszku u miejskiego włodarza (co oznaczało bycie posłusznym), drugie zaś takie, że medium mógł się zaopiekować jakiś zewnętrzny inwestor, który co prawda miał trochę w dupie te regionalne media, ale dzięki temu pracownicy tych mediów nie musieli się bać tego, że jak napiszą coś nie po myśli układu aktualnie panującego w mieście, to im ten układ przykręci kurek i będą mogli sobie szukać innej pracy. Rzecz jasna, na pewno były tam tematy, których nie wolno było poruszać, ale skala zjawiska była na pewno znacznie mniejsza, niż w tych mediach, które były sponsorowane przez „miasto”. Co prawda, można dywagować w kwestii tego, „co by było, gdyby te media były dotowane przez państwo”, ale w praktyce wyglądałoby to tak samo, jak wtedy, gdy były dotowane przez JST, różnica polegałaby na tym, że byłyby wtedy spolegliwe względem władz centralnych (które w „regionie” są reprezentowane przez, na ten przykład, wojewodów). Od siebie dodam, że argumentacja „wcześniej nie protestowaliście, więc teraz japa” przypomina mi trochę pewien mem (będący nawiązaniem do tzw. „dylematu wagonika”), w tej wersji chodziło o to, że wagonik można zatrzymać i jak się go zatrzyma, to nikogo więcej nie rozjedzie, ale nie powinno się go zatrzymywać, bo to by było nie w porządku względem tych, którzy już zostali rozjechani. Serio, komentariacie, nie tędy droga. O narzekaniu na złe społeczeństwo, które wolało darmowe treści/etc. nie chcę mi się nawet pisać, bo to jest bezsens porównywalny z narzekaniem na społeczeństwo za to, że się, na ten przykład, przejebało wybory.


Jeszcze inna część komentariatu twierdziła, że w sumie to „nic się nie stało”, bo tej prasy regionalnej to i tak nikt nie czyta oraz (i tu wstawcie sobie dowolny komentarz bagatelizujący to, co się stało). Na pierwszy rzut oka argument ten wygląda dość legitnie, bo w sumie regionalna prasa sprzedaje się mocno tak sobie, zaś, na ten przykład regionalne fanpejdże, pomimo posiadania sporej liczby lajkowników, nie osiągają sporych zasięgów i tak dalej i tak dalej. Tylko, że jeżeli faktycznie byłoby tak, że ta cała prasa/portale jest bez znaczenia, to Zjednoczona Prawica by tego po prostu nie kupiła, bo już teraz posiada media, których praktycznie nikt nie ogląda i nie czyta (i które utrzymują się na powierzchni tylko i wyłącznie dzięki „pomocy” z budżetu). Tak sobie myślę, że jedną z przyczyn, dla których Zjednoczona Prawica zdecydowała się na przejęcie kolejnych mediów jest to, że spindoktorzy partii rządzącej mają świadomość tego, że „ich” media mają coraz mniejszy wpływ na kształtowanie narracji, w które suweren byłby skłonny uwierzyć. Tym samym, przejęcie mediów, które, w przeciwieństwie do rządowych, są dość wiarygodne, wydaje się być całkiem sensownym pomysłem. Poza tym, nieśmiało przypominam, że choć Zjednoczona Prawica dysponuje największą agencją PR (niegdysiejsze media publiczne), to jednak nie była w stanie ogarnąć sensownej kampanii samorządowej. Owszem, udało się wypromować „znaczek” partyjny na tyle, żeby poszaleć w wyborach do sejmików, ale jeżeli chodzi o wybory włodarzy, to kampania samorządowa skończyła się dla PiSu kompletną katastrofą. Przez jakiś czas sobie dumałem, że to trochę dlatego, że praktycznie wszystkie media rządowe skupiły się na prowadzeniu kampanii Chłopakowi z Biedniejszej Rodziny, który walczył o prezydenturę w Warszawie. Ponieważ zaś media skupiły się na Bitwie Warszawskiej, nie mogły wspierać innych kandydatów. Dopiero teraz dotarło do mnie, że nawet gdyby rządowe media skupiły się na innych kandydatach, nie miałoby to zbyt dużego wpływu na wynik wyborów. Czemu? Z tej prostej przyczyny, że o ile można było na antenie robić kampanię Chłopakowi z Biedniejszej Rodziny praktycznie 24/7 (i spamować rządowe portale/prasę peanami na jego cześć), to jednak nie dałoby się prowadzić w tychże mediach równoległej kampanii wszystkim swoim kandydatom na burmistrzów/prezydentów/wójtów (których w Polsce jest prawie 2.500). Jest to po prostu niemożliwe do zrealizowania. Zupełnie inaczej rzecz by się miała, gdyby się dysponowało regionalną prasą i pierdylionem regionalnych portali/fanpejdży, prawda? Wtedy można robić kampanię kandydatom z większych miast w „dużych mediach”, a tymi z mniejszych miejscowości „zaopiekować się” w mediach regionalnych.


O tym, że mediów regionalnych będzie można użyć do flekowania „nieprawilnych” kandydatów, wspominać chyba nie trzeba. Z tym zaś wiąże się kolejna sprawa. Przejęcie mediów regionalnych oznacza, że „prawilni” politycy (ich rodziny/kontrahenci/etc.) będą mogli liczyć na kryszę. Jeżeli bowiem rządowo-regionalne media przestaną im patrzeć na ręce, to istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo tego, że informacja o tym, czy innym wałku dotrze do dużych mediów. Osobną kwestią jest to, że nawet jeżeli dotrze, to te nie będą mogły zająć się każdym takim tematem z tych samych przyczyn, dla których Zjednoczona Prawica nie była w stanie ogarnąć kampanii samorządowej wszystkim swoim kandydatom. Owszem, w niektórych regionach zostaną media prowadzone przez pasjonatów, które nadal będą patrzyły na ręce wszystkim, ale zgodzicie się ze mną kiedy napiszę, że to, czy opinia publiczna zostanie poinformowana o jakimś wałku, nie powinno zależeć od tego, czy w danej miejscowości istnieje, na ten przykład, portal informacyjny prowadzony przez zapaleńca, który nie będzie się obawiał nadepnięcia na odcisk jakiemuś miejscowemu notablowi. Wyimaginowane Miasto nad Akwenem ma to szczęście, że jeden typ prowadzi w nim równie wyimaginowany portal, na którym bezlitośnie przypierdala się do każdej kolejnej władzy. Wieść gminna niesie, że każdy kolejny włodarz twierdzi, że typ, który prowadzi ten portal, to prawie na pewno musi być na usługach „konkurentów” władzy. Tak okołotematowo, to właśnie dzięki temu typowi Polska dowiedziała się o tym, że żeby w Wyimaginowanym Mieście Nad Akwenem uzyskać skierowanie z jednej z przychodni, trzeba napierdalać kijem w parapet. No, ale to dygresja jest tylko. Warto w ty miejscu zauważyć, że przejęcie mediów regionalnych przez partię rządząca nie przełoży się li tylko (dzięki temu, że napisałem „li tylko” tekst od razu dostaje +10 do powagi) na nieinformowanie o wałkach, których autorami są ludzie mający związek z partią rządzącą. Problem będzie dowiedzenie się czegokolwiek na temat ludzi mających związek z tą partią. Pozwolę sobie na przytoczenie pewnego przykładu „z życia wziętego”. Kiedy zacząłem sobie grzebać za materiałami do notki o Chłopaku z Biedniejszej Rodziny, który (tylko i wyłącznie dzięki swojej ciężkiej pracy i dzięki walce z politycznymi elitami) przygotowywał się do startu w wyborach prezydenckich w Warszawie, pierwszym tekstem, na który natrafiłem, był artykuł z Nowej Trybuny Opolskiej (datowany na marzec 2007) o tym, że Ireneusz Jaki został zwolniony ze stanowiska wiceprezydenta Opola: „Jaki - jeszcze do niedawna - należał do najbardziej zaufanych osób prezydenta. Gdy jesienią 2002 roku - tuż po wygranych wyborach - prezydent obejmował ratusz, jako pierwszego zatrudnił właśnie Jakiego. Obaj panowie znają się od wielu lat. Jaki był m.in. szefem gabinetu wojewody, gdy Zembaczyński kierował urzędem wojewódzkim. (…) Rolą Jakiego w ratuszu była pomoc w organizacji pracy prezydenta. Był także dodatkową parą oczu i uszu najważniejszej osoby w urzędzie. Zembaczyński darzył swojego asystenta wielkim zaufaniem i potrafił docenić. W 2002 r. - ledwie po sześciu tygodniach pracy - Jaki dostał od niego 2 tys. zł nagrody. W połowie ubiegłego roku przyznano mu 4 tys. zł dodatkowej gratyfikacji, a na początku 2007 r. jego stanowisko podwyższono do rangi doradcy. - W urzędzie odebrano to jako awans osoby, która i tak zachowywała się, jakby była czwartym wiceprezydentem miasta - opowiada jeden z urzędników.”. Gołym okiem widać, że redakcja NTO niespecjalnie przejmowała się tym, że dość krytycznie opisuje działania ówczesnego prezydenta miasta. Jak bardzo okrojona byłaby ta informacja, gdyby rządowo-regionalny portal miał opisać analogiczną sytuacje, której głównym bohaterem był ktoś, kto może liczyć na „kryszę?” Czy dowiedzielibyśmy się o tym, że zwalniany był „szarą emninencją”, że dostawał nagrody/etc.? Jak to powiedział bohater jednej z polskich komedii „nie wydaje mnie się”. W artykule nie pojawiłaby się żadna informacja, która mogłaby postawić głównego bohatera w złym świetle. Aczkolwiek być może przesadzam. Być może taka informacja w ogóle by się nie pojawiła na portalu rządowo-regionalnym. Jeżeli komuś się wydaje, że przesadzam, to chciałbym takiej osobie oficjalnie pozazdrościć tego, że taka osoba żyje w błogiej nieświadomości odnośnie tego, jak bardzo wyczuleni na swoim punkcie bywają notable. Otóż, tak bardzo, że potrafią się awanturować z zawiadowcami portali tylko i wyłącznie dlatego, że zdjęcia z jakiegoś eventu pojawiły się na nim nie w takiej kolejności, jakby sobie tego życzył notabl.


Część komentariatu pociesza się (to bardzo adekwatne określenie) tym, że przeca uPiSowienie mediów skończy się tym, że po pierwsze, nikt tego nie będzie chciał czytać, a po drugie te wszystkie media będą przynosiły straty. Wielce Szanowny Komentariacie, jakie znaczenie będzie miało to, że te media nie będą na siebie zarabiać? Chciałbym nieśmiało zwrócić uwagę na to, że Zjednoczona Prawica pompuję gigantyczne ilości pieniędzy w TVP, tak więc niespecjalnie liczyłbym na to, że ktoś w partii rządzącej zacznie się przejmować tym, że trzeba będzie dorzucić kolejną kupę kasy mediom regionalnym. Jeżeli zaś chodzi o to, że „nikt tego nie będzie czytał”. W tym miejscu, równie nieśmiało, jak poprzednim razem, chciałbym zauważyć, że TVP Info ma sporą rzeszę wyznawców, tak więc nie zakładałbym, że „nikt nie będzie tego czytał”. Można, co prawda, dywagować w kwestii tego, jak skutecznym narzędziem oddziaływania będą media rządowo-regionalne, ale jak już wspomniałem wcześniej, o wiele większym problemem od tego, o czym będą pisać, będzie to, o czym pisać nie będą (i to, że jeżeli one o tym nie napiszą, to nikt tego nie zrobi).


Ponieważ wątek Polsko-Pressowy rozrósł mi się bardzo, będę zmierzał ku wnioskom końcowym. Dziwi mnie bardzo mocno „letnia” reakcja komentariatu. Zastanawiam się nad tym, czy aby nie jest tak, że taka, a nie inna reakcja podyktowana jest tym, że znaczna część tegoż komentariatu siedzi sobie w stolicy i nie bardzo rozumie, o co w ogóle chodzi z tymi regionalnymi mediami (bo przecież o Warszawie często wspominają „duże” media). O ile samą „letnią” reakcję dałoby się jeszcze jakoś zrozumieć, to tego, że równolegle do niej, Towarzystwo Dziennikarskie wystosowało jakiś gówno apel do dziennikarzy, którzy zostali kupieni razem z redakcjami przez Orlen. Czego dotyczył apel? Otóż, wezwali oni pracowników „kupionych” mediów do stawiania oporu: „Obowiązujące ciągle prawo prasowe gwarantuje Wam dziennikarską autonomię, prawo odmowy publikacji treści, z którymi się nie zgadzacie (…) Nie możemy od nikogo wymagać heroizmu, ale pamiętajcie: możecie stawiać opór. Obowiązujące ciągle prawo prasowe gwarantuje Wam dziennikarską autonomię, prawo odmowy publikacji treści, z którymi się nie zgadzacie. Kiedyś mówiło się „Nic tak nie plami człowieka jak atrament” – Wasze teksty pozostaną. Życzymy Wam, żebyście nie musieli później się ich wstydzić. Towarzystwo Dziennikarskie podejmuje monitoring zwolnień pracowników w mediach zakupionych przez Orlen.”. Tak sobie myślę, że to zajebiście, że TD będzie prowadzić monitoring wypierdoleń. Wypierdalanym na pewno się od tego lżej zrobi, bo sobie pomyślą „no, może i mnie wywalili, a teraz będę mieć problem ze znalezieniem pracy w zawodzie, ale przynajmniej mam świadomość tego, że ktoś monitorował to, że mnie wywalono!”. Wierzyć się, kurwa, nie chce, że ktoś napisał coś takiego na poważnie. W uproszczeniu bowiem chodzi o to, że nikt tu od nikogo nie wymaga heroizmu, ale jednak fajnie by było, gdyby dziennikarze zachowywali się heroicznie. Czy heroizm, którego wcale od nikogo nie oczekuje Towarzystwo Dziennikarskie, ma jakikolwiek sens? Moim zdaniem nie ma żadnego. Dla Zjednoczonej Prawicy nie będzie problemem wyjebanie dowolnej liczby ludzi zatrudnionych w regionalnych mediach. Bezproblemowo zastąpią ich tymi, którzy co prawda nie do końca wiedzą, na czym polega dziennikarstwo, ale za to potrafią rzygać jadem w mediach społecznościowych (vide polityka kadrowa, którą zastosowano w TVP). Gdyby, na ten przykład, do kolejnych wyborów był miesiąc/dwa, to taki opór mógłby mieć trochę sensu, ale nieśmiało przypominam, że po porażce PiSu „zwycięzca bierze wszystko”, łącznie z mediami regionalnymi. No, ale ja sobie tutaj tylko dygresję popełniam. „Letnia” reakcja komentariatu (w tym, dziennikarskiej jego części) sprawiła, że chyba nikt nie wspomina o tym, że robienie porządku z mediami, miało się wiązać z postulowaną przez Zjednoczoną Prawicę potrzebą „dekoncentracji mediów”. Temat dekoncentracji mediów zniknął bardzo niedawno, wszak jeszcze pod koniec sierpnia Joanna Lichocka została ośmieszona przez Elżbietę Rutkowską z Gazety Prawnej (choć w sumie to nie do końca tak było, dziennikarka po prostu zadawała pytania, Lichocka ośmieszyła się sama), broniąc dekoncentracji (i tłumacząc, że TVP nie powinna ona objąć, albowiem, bo ponieważ/etc.). Ponieważ rząd zaczął się bawić w koncentrację mediów (w momencie, w którym pisałem te słowa, głośno się zrobiło o tym, że Orlen ma chętkę na zakup „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”), nikogo nie powinno dziwić to, że temat dekoncentracji wyparował z rządowych narracji. Powinno natomiast dziwić to, że nikt nie chce o tym rządowi przypominać. Moja opinia na temat poziomu polskiego dziennikarstwa jest raczej znana, ale nawet wziąwszy to pod rozwagę, nie jestem w stanie zrozumieć tego, czemu dziennikarze nie próbują walczyć o siebie samych. Czy wielkim problemem byłoby odpytywanie polityków partii rządzącej z tego, jak to się stało, że zamiast dekoncentracją, zajęli się oni koncentracją mediów? Odpowiedź na to pytanie znają tylko i wyłącznie polscy dziennikarze.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Skoro temat koncentracji mediów mamy już za sobą, można spokojnie przejść do jednego z większych meltdownów, do którego doszło po prawej stronie. Tak się bowiem złożyło, że Donald Trump przegrał wybory prezydenckie w USA. Wymądrzałem się już w temacie tego, że Zjednoczona Prawica postawiła wszystko na zwycięstwo Trumpa. Praktycznie cała Zjednoczona Prawica wychwalała Trumpa i przekonywała wszystkich dookoła, że on ma gigantyczne poparcie społeczne (bo na jakiś tam event przyszło trochę ludzi), zaś TVP zachowywała się tak, jakby była częścią sztabu wyborczego obecnego prezydenta USA. Im bliżej było wyborów, tym cięższy pierdolec ogarniał Zjednoczoną Prawicę. Kiedy z USA zaczęły spływać pierwsze wyniki, polski prawy sektor odtrąbił zwycięstwo Trumpa. A potem stało się coś, przed czym wcześniej przestrzegał Bernie Sanders (dwa tygodnie przed wyborami). W skrócie telegraficznym: Sanders opowiadał o tym, że z badań wynika, że demokraci będą woleli głosować korespondencyjnie. Ponieważ zaś głosy korespondencyjne będą liczone po „normalnych”, może dojść do sytuacji, w której w stanach takich jak Pensylwania, Wisconsin/etc., według pierwszych wyników będzie wygrywał Trump (który wyjdzie przed kamery i powie, haha! Wygrałem), a potem, w miarę zliczania głosów korespondencyjnych „los może się odwrócić” i wygrać może Biden z czym, rzecz jasna, Trump się nie będzie w stanie pogodzić (hurr durr mówiłem, że sfałszujo te wybory!). Wiecie, gdyby naszym krajem rządzili poważni ludzie, którzy nie odkleili się od rzeczywistości, to ci ludzie doskonale zdawaliby sobie sprawę z tego, o czym mówił Sanders. Nikogo więc nie powinno dziwić to, że Zjednoczona Prawica tego nie ogarnęła. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nie będę się tutaj pochylał nad teoriami, które w polskich internetach rozpowszechnia ciężki szuriat (z których wynika, że Trump co prawda przegrywa, ale wygrywa, a w ogóle to przegrał po to, żeby ujawnić siatkę agentów powiązanych z Chinami i tak dalej), skupimy się tylko i wyłącznie na zjednoczono-prawicowym mainstreamie.


Najcięższe przydzbanienie przypadło w udziale obecnemu Prezydentowi RP, który najpierw nie złożył gratulacji Bidenowi, a potem pogratulował mu „udanej kampanii”. Kiedy dziennikarze zaczęli się dopytywać o to, czemu tak właściwie Prezydent RP nie pogratulował zwycięstwa, do boju ruszyli podwładni wyżej wymienionego. Najpierw Szczerski: „Dopiero kończy się liczenie głosów w kluczowych stanach. Nie podchodzę do wyborów prezydenckich w USA emocjonalnie – mówił Krzysztof Szczerski w porannej rozmowie w RMF FM. – To pierwsza tura wyborów, drugą będzie batalia sądowa, oby nie doszło do trzeciej, czyli manifestacji na ulicach”. Trochę później dołączył do niego Spychalski: „System wyborów w Stanach Zjednoczonych jest systemem pośrednim. To głosowanie, do którego doszło w ostatnim czasie w Stanach Zjednoczonych, polegało na tym, że mieszkańcy Stanów Zjednoczonych wybierali elektorów w poszczególnych stanach i ci elektorzy dopiero na zgromadzeniu elektorskim będą dokonywali wyboru prezydenta Stanów Zjednoczonych. W związku z tym dopiero wtedy będzie można gratulować oficjalnie wyboru na prezydenta Stanów Zjednoczonych Joe Bidenowi”. Nie trzeba chyba wspominać o tym, że żaden z panów nie wyjaśnił, jak to możliwe, że „ostrożny Prezydent RP” w 2016 nie czekał z gratulacjami do momentu, w którym elektorzy „dokonali wybory prezydenta Stanów Zjednoczonych”. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że być może miało to związek z tym, że w 2020 wygrał kandydat, którego Zjednoczona Prawica nie lubi, a w 2016 wygrał ten, do którego zapałała miłością już w trakcie kampanii. Kronikarski obowiązek (po raz kolejny) każe wspomnieć o tym, że choć Zjednoczona Prawica pokochała Trumpa w 2016, to w ogóle nie liczyła się ze scenariuszem, w którym wygrywa on wybory prezydenckie. Nie jestem tego w stanie oblinkować, bo notka pojawiła się na FB, ale Waszczykowski po wygranej Trumpa zaczął mówić, że MSZ będzie się starało skontaktować ze sztabem zwycięzcy.  


Przyznam się wam w tym miejscu szczerze, że o ile na samym początku chciało mi się śmiać z tego, co odpierdalała Zjednoczona Prawica (i pracownicy mediów rządowych) w ramach wypierania przegranej Trumpa, to po jakimś czasie dotarło do mnie, że to wcale nie jest takie śmieszne. Tzn. samo wypieranie, owszem jest, ale jeżeli sobie podumamy na temat przyczyn, dla których doszło do tego wyparcia, to zrobi się mniej śmiesznie. Jak się tak zacząłem zastanawiać nad tym, o chuj chodzi Zjednoczonej Prawicy, to sobie na samym początku pomyślałem, że pewnie mamy do czynienia z klasycznym, prawicowym bólem dupy. Tyle, że to nie tłumaczyło opowiadania bredni o tym, że „Trump ma jeszcze szansę” (media rządowe non stop donosiły o tym, że taki, czy inny pozew został złożony i że to może mieć wpływ na wynik wyborów [na ćwitrze mignął mi nawet screen z Dziennika Telewizyjnego, w którym głosy elektorskie z czterech stanów, w których wygrał Biden, doliczono Trumpowi]). Nie. Gdyby chodziło o zwykły ból dupy, to media nie robiłyby takiej szopki, a podwładni Prezydenta RP nie pierdolili wierutnych bzdur o tym, że „będą batalie sądowe” i że „trzeba czekać na to, co zrobią elektorzy”. Nie, nie można było sugerować się tym, że kiedyś Sąd Najwyższy (w uproszczeniu) rozstrzygał, czy wygrał Bush, czy Gore – bo wtedy wszystko rozbijało się o jeden stan, w którym różnica głosów była bardzo niewielka. Ja mam jak najgorsze zdanie na temat kadr Zjednoczonej Prawicy, ale nawet wśród takiej zbieraniny matołów musiałoby się znaleźć kilka osób, które ogarniały to, jak przebiega proces wyborczy w USA i że Trump sobie może opowiadać te swoje brednie, ale nie zmienia to faktu, że przejebał wybory. Jak to więc możliwe, że Zjednoczona Prawica w to brnęła? Ano tak to, że ci ludzie wierzyli w zwycięstwo Trumpa. Tzn. wierzyli, że uda się mu jakoś przekręcić niekorzystny wynik i jednak wygrać. Nie, nie przemawia do mnie teoria, w której te matoły uwierzyły w to, że „w USA sfałszowano wybory”, bo nieśmiało przypominam, że Republikanie nie przejebali senatu (a przeca, skoro wybory „sfałszowano”, to chyba powinni, co nie?).  


No dobrze, jak to więc możliwe, że elity Zjednoczonej Prawicy uwierzyły w to, że Trump się „nie da”? Jedynym sensownym (w mojej nieskromnej, podkarpackiej opinii) wytłumaczeniem jest to, że Zjednoczona Prawica uznała, że Trump zrobił z USA to, co oni z Polską. Najprawdopodobniej wyszli z założenia, że Trump przemeblował aparat państwowy tak bardzo, że nie ma chuja we wsi, żeby ów aparat państwowy pozwolił mu „upaść”. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że sam Trump również w to uwierzył, bo po tym, jak amerykański Sąd Najwyższy odrzucił wniosek o wyjebanie do śmieci głosów w czterech stanach, w których wygrał Biden, Trump zaczął hejtować SCOTUS na ćwitrze tłumacząc, że się zawiódł i że zero odwagi/odpowiedzialności/etc. No, ale to jedynie kolejna dygresja. Jestem prawie pewien, że elity Zjednoczonej Prawicy uznały, że ludzie, których Trump i jego koledzy Republikanie powoływali na różne stanowiska, będą mu ślepo posłuszni. Wydaje mi się, że nie trzeba zbyt wiele miejsca poświęcać na tłumaczenia, skąd się u elit rządzących Polską wzięło takie, a nie inne przekonanie, tak więc skrótowo się nad tym pochylę. To, że Zjednoczona Prawica obsadza większość stołków ludźmi, którzy nie powinni tych stołków zajmować ze względu na niezbyt oszałamiające kwalifikacje ma, moim zdaniem, kilka przyczyn. Pierwszą z nich jest bardzo krótka ławka. Drugą jest niechęć do zatrudniania fachowców. O niechęci tej, z właściwą swej kondycji intelektualnej szczerością, opowiadał Radosław Fogiel: „Z podobnym problemem mierzyliśmy się, kiedy sprawowaliśmy władzę w latach 2005-2007. Wtedy poszliśmy w kierunku bardzo eksperckim, w kierunku otwartych konkursów, jeśli chodzi o rady nadzorcze. Trafiali tam eksperci z rynku, trafiały tam osoby z tytułami naukowymi, z uczelni. Problem okazał się taki, że ich sposób myślenia o gospodarce i zarządzaniu, był zupełnie sprzeczny z tym, co Prawo i Sprawiedliwość ma w swoim programie”. Trzecią (powiązana z drugą) jest to, że czynniki decyzyjne w Zjednoczonej Prawicy doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak wierni potrafią być ludzie, którzy mimo braku jakichkolwiek kwalifikacji zostają obdarowani stołkiem. Popatrzmy, na ten przykład, na szefową Trybunału Przyłębskiego. W teorii, powinna mieć wyjebane na to, czego chce od niej Jarek (no ok, wywaliliby Wolfganga z placówki, ale i bez jego fuchy by sobie dali radę), bo przecież nie mogą jej odwołać, prawda? Tylko, że to jest teoria, bo w praktyce, gdyby kieszonkowy dyktator doszedł do wniosku, że Julia Przyłębska już nie powinna zajmować swojego stanowiska, to nagle by się okazało, że da się ją w jakiś sposób odwołać. I co potem zrobiłaby taka pani Przyłębska? Takich ludzi na stołkach jest multum i są oni bardziej niż wierni. Bardzo istotne jest to, że każda z tych osób ma świadomość tego, co ją może spotkać, jak „podpadnie”. Zupełnie inaczej wygląda to w USA, w których, na ten przykład, zdenerwowany i „zawiedziony” Donald Trump może zrobić sędziemu Sądu Najwyższego absolutnie nic (nie, nie jestem specjalistą od USA, ale gdyby mógł coś zrobić, to już by to zrobił).


Wielokrotnie zdarzało mi się wspominać o tym, że sfałszowanie wyborów w Polsce jest praktycznie niemożliwe. Może inaczej, sfałszowanie normalnych wyborów jest praktycznie niemożliwe, bo każdy każdemu patrzy na ręce, ale nie mam pojęcia, jak miałyby wyglądać „bezpieczniki” w wyborach korespondencyjnych w naszym kraju, więc nie będę się na ten temat wymądrzał. Dodam jedynie, że informacje o tym, że w ramach Wyborów Sasina (na które przejebano 70 milionów) wydrukowano 3 miliony kart więcej niż trzeba, jakoś niespecjalnie dobrze robią mi na zaufanie. Tak, wiem, można kombinować z utrudnianiem głosowania (vide, karty wyborcze, które „zagranico” docierały czasami z kilkumiesięcznym opóźnieniem) oraz skręcić trochę głosów w DPSach (nie no 100% poparcie dla któregokolwiek kandydata nie powinno budzić podejrzeń. Nic a nic.), ale dosypywanie głosów (albo np. spierdalanie przez członkinię komisji wyborczej z workiem z kartami do głosowania przez okno, jak u naszego wschodniego sąsiada), jest niemożliwe. Nie jest to więc scenariusz, którego się jakoś specjalnie obawiam. Obawiam się natomiast powodów, dla których Zjednoczona Prawica była przekonana o tym, że Trump wygra wybory mimo tego, że je przejebał. Pobawmy się w eksperyment myślowy. Założeniem tego eksperymentu jest to, że Zjednoczona Prawica przepierdala wybory parlamentarne (niewielką różnicą głosów) i zaczyna się zachowywać jak Trump. Jarosław Kaczyński wychodzi przed kamery i zaczyna mówić o tym, że Zjednoczona Prawica te wybory wygrała, ale po prostu doszło do fałszerstw i dlatego wynik wyborów nie odpowiada rzeczywistości i zapowiada śledztwo/etc. No a teraz trzeba sobie odpowiedzieć na jedno, zajebiście ważne pytanie: co dalej? Wszyscy wiemy co się stało (tzn. w sumie co się dzieje) w USA w analogicznej sytuacji, ale co by się stało, gdyby w podobny sposób zachowała się w Polsce Zjednoczona Prawica? Prawda jest niestety taka, że Polska nie ma bezpieczników, dzięki którym „niechęć do oddania władzy” nie miałaby znaczenia. W tym miejscu krótka dygresja. Na użytek niniejszego eksperymentu myślowego można bezpiecznie założyć, że w Polsce nie powtórzyłby się scenariusz z USA, w którym ktoś mówi o fałszerstwach i nie przedstawia dowodów, bo jestem przekonany o tym, że gdyby zaszła taka potrzeba, to by się okazało, że dowodów znalazłoby się całe mnóstwo (jestem całkowitym brakiem zaufania do mojego państwa). Niestety (dla nas), Zjednoczona Prawica ma bardzo dużo powodów, dla których lepiej byłoby nie oddawać władzy. Tyle samo powodów mają podległe jej służby i spora część wymiaru sprawiedliwości. Nie można zapominać również o całej kupie ludzi, którzy partii rządzącej zawdzięczają olbrzymie zarobki/etc./etc. Bardzo wiele osób powiedziało sobie „chwilo trwaj” i te osoby zrobią wszystko, żeby ta „chwila” nadal trwała. Jedną uwagę w tym miejscu poczynię. Te moje dywagacje (eksperyment myślowy, whateva) odnoszą się do sytuacji, w której Zjednoczona Prawica przegrywa wybory „o włos”. Gdyby przewaliła wybory stosunkiem głosów 35-30 (albo bardziej spektakularnie), to kombinowania by raczej nie było (bo bardzo ciężko byłoby przekręcić taki wynik). Jeżeli komuś się wydaje, że scenariusz „nie oddamy władzy” jest nierealny, to nieśmiało chciałbym przypomnieć o tym, jak to Zjednoczona Prawica chciała „ponownego przeliczenia głosów”, bo wybory do Senatu nie poszły tak, jak sobie tego partia rządząca życzyła. Tak, te ich protesty zostały odrzucone, ale zapewne tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś w PiSie uznał, że gra jest niewarta świeczki, bo mając stabilną większość w Sejmie jakoś się z tym Senatem przemęczą (a poza tym, może uda się kupić jakiegoś Senatora, albo dwóch?). Będę się musiał w tym miejscu powtórzyć, ale jak tak sobie słuchałem Terleckiego, który opowiadało tym, że te głosy trzeba ponownie przeliczyć: "tak z ciekawości, ale też dla pewności, że nic nie zostało niewłaściwie policzone", to poziom mojego zaufania do państwa się przez to jakoś specjalnie nie podniósł. Na samo zakończenie tych rozważań chciałbym zaznaczyć, że nie twierdzę, że Zjednoczona Prawica będzie odpierdalać Trumpa. Twierdzę jedynie, że taki scenariusz jest prawdopodobny (biorąc pod rozwagę to, że ci ludzie na serio wierzyli w to, że Trump „wygra”), a co gorsza, Polska nie ma wbudowanych bezpieczników (być może jakieś tam kiedyś były, ale PiS wymontował wszystkie), dzięki którym tego rodzaju działania byłyby równie bezsensowne, co show Trumpa.


Właśnie sobie zdałem sprawę z tego, że choć poruszyłem dopiero dwie kwestie, wystarczyłoby tego na osobną notkę (albo na dwie krótkie). Ponieważ jednak jest to Przegląd, idziemy dalej. Teraz zajmiemy się problemem, z którym od dłuższego czasu mierzy się Zjednoczona Prawica. Problemem tym jest to, że jakoś tak się składa, że konta prawicowych polityków bardzo często padają ofiarami ataków hakerskich, a przynajmniej tak to wygląda w prawicowych narracjach. Mechanizm jest prosty jak budowa cepa (wiele mnie kosztowało powstrzymanie się od żartu na temat pewnego fana Carycy Katarzyny): na koncie prawicowego polityka pojawia się jakiś przegięty wpis, wywołuje on shitstorm, a następnie okazuje się, że autorem wcale nie był właściciel strony (Niesamowite, niesamowite, dekoracja pokoju jest bardzo piękna [tak, wiem, Ziemkiewicz na serio stracił konto na jakiś czas, ale nie zmienia to faktu, że haker wrzucał content na znacznie wyższym poziomie niż właściciel]). Wytłumaczenie „atak hakerów” było stosowane tak często, że jego wiarygodność można spokojnie przyrównać do historii z „zapłakaną kuzynką” w roli głównej (skróconą listę „włamań” znajdziecie w źródłach, dzięki uprzejmości Józefa Monety, który wczoraj o nich przypominał). Wczoraj doszło do kolejnego „włamania”. Tym razem ofiarą padło konto ministry Marleny Maląg, na której oficjalnym fanpeju pojawił się rzyg, z którego wynikało, że kobiety protestujące są be, że w ogóle to przypominają Papuasów (muszę przyznać, że był to bardzo oryginalny przejaw rasizmu) i że powinno się je gdzieś zamknąć, żeby pełniły rolę inkubatorów. Wpis był więc raczej typowym przejawem polsko-prawicowego rasizmu i skrajnej mizoginii. Jednakowoż, jak na wpis na oficjalnym koncie, był on cokolwiek przegięty. Ponieważ momentalnie zrobiło się o nim głośno, bardzo szybko okazało się, że za całą sprawę odpowiedzialny był „atak hakerski”. Ktoś na ćwitrze zwrócił uwagę na to, że te „włamania” są dość ciekawe, albowiem praktycznie za każdym razem jest tak, że na „włamanym” koncie pojawiają się wpisy w sumie zgodne z linią partyjną, ale po prostu przegięte. Moim zdaniem dzieje się tak dlatego, że konta większości polityków i instytucji (pozdro dla Bogdana 607, który prowadzi na ćwitrze konto TVP Info) są prowadzone przez trolle internetowe (czasem trollami są sami właściciele kont), które prowadzą również inne konta. Moim zdaniem, w przeważającej większości przypadków „włamanie” polega na tym, że dzban-admin przygotowuje sobie rzyg na którąś ze swoich troll-stron, a potem zapomina się przelogować i publikuje ją na niewłaściwym fanpejdżu/koncie twitterowym (tak, jak to było z ćwiterowym kontem Polskiego Radia). Kronikarski obowiązek (któryż to już raz w tym tekście) każe wspomnieć o tym, że czasem metoda obrony jest inna i wtedy chodzi o jakiegoś bliżej niesprecyzowanego „asystenta” (tak, jak to było wtedy, gdy na koncie Chłopaka z Biedniejszej Rodziny wylądował mem ze zdjęciem z pogrzebu Sebastiana Karpiniuka [który to mem na ćwitr wrzuciło konto prawie na pewno prowadzone przez kogoś, kogo ojczystym językiem był i jest rosyjski]). Co zrozumiałe, nigdy nie poznajemy personaliów „asystenta” (bo przeważnie jest nim właściciel strony, albo ktoś z jego rodziny, kto współobsługuje jego konto [prawda, panie Doktorze Chłopaku z Biedniejszej Rodziny?]), no dobrze, podygresjowaliśmy sobie, a teraz wracajmy do meritum. Gównoburza była tak wielka, że nawet Ministerstwo Rodziny popierdalało po ćwitrze i tłumaczyło, że HAKIERY TO NAPISALI. Co ciekawe, gdy odpisałem, że raczej troll, który obsługuje kilka kont i się pomylił, ćwit ministerstwa doznał ewaporacji. Można, co prawda, dywagować nad tym, czy wpis, który pojawił się na koncie Marleny Maląg nie był przegięty nawet jak na standardy polskiej gówno-prawicy. Tyle, że to są dywagacje dość jałowe. Po pierwsze dlatego, że PiS dba o to, żeby nie stracić kontaktu z tą mocno pojebaną częścią swojego elektoratu (żeby nie podebrała go Konfederacja), po drugie zaś może chodzić o coś innego. Jeden z ćwiterian zarzucił na swoim koncie teorię, z której wynika, że te „włamania” są robione celowo po to, żeby coraz bardziej podgrzewać atmosferę związaną z protestami przeciwko wprowadzeniu religianckiego zamordyzmu w Polsce. Biorąc pod rozwagę to, że Zjednoczona Prawica robi bardzo wiele, żeby cały czas zaogniać sytuację (przeginanie ze stawianiem zarzutów za udział w protestach, próby zastraszania dzieciaków z liceum, wysyłanie agresywnych karków, żeby ponapierdalali kobiety, szczucie na protestujących/etc./etc.), jest to scenariusz całkiem prawdopodobny. Wiadomym jest, że na mówienie, pisanie pewnych rzeczy polityk „mainstreamowy” nie może sobie pozwolić (no chyba, że jest Vlogerem Dariuszem), ale od czego są patoprawicowe fanpeje? Nawiasem mówiąc nie wiem, ile prawdy jest w tym, że Zjednoczona Prawica chce opublikować wyrok Trybunału Przyłębskiego w wigilię, ale takie działanie by mnie ni cholery nie zdziwiło. Na portalu Wirtualna Polska pojawił się artykuł o tym, że policja potwierdza zhakowanie konta Marleny Maląg i że było ono „odzyskiwane dwa razy” (cokolwiek miałoby to znaczyć), ale, szczerze mówiąc, ze względu na zerową wiarygodność policji, mam to w dupie, bo ta sama formacja tłumaczy od dłuższego czasu, że agresywny kark z pałką teleskopową miał prawo do napierdalania ludzi na proteście.


Już po napisaniu powyższego kawałka, ktoś wrzucił na ćwitr oświadczenie umieszczone na FB Tadeusza Cymańskiego, w którym stało, że ktoś mu pomagał w prowadzeniu konta, ktoś się tamtemu komuś włamał na jego konto i publikował jakieś niecne treści na koncie Cymańskiego. Oświadczenie było spointowane w sposób następujący: „Z relacji medialnych wynika, że to już czwarte przejęcie konta posła Zjednoczonej Prawicy w ciągu ostatnich tygodni.”. W przysłowiowym międzyczasie na Interii pojawił się wywiad z posłem Duszkiem, na którego kontach w soszjalach pojawiły się, ekhm, dość prywatne zdjęcia jego i jego partnerki (we wpisach ktoś sugerował, że to miała być jego asystentka etc.). O ile sama akcja z wrzucaniem zdjęć tego rodzaju z daleka pachniała faktycznym włamem (względnie, zgubionym telefonem [skądś przecież te prywatne zdjęcia się musiały wziać]) etc., to po przeczytaniu wywiadu z Marcinem Duszkiem w mojej głowie kołatała się tylko jedna myśl, którą było „co się tu, kurwa, dzieje”. Najpierw Duszek zaczął opowiadać o tym, że w sumie to już wcześniej jakieś dziwne treści się pojawiły na jego koncie, ale „zbagatelizowałem sprawę, uznawałem to za głupi żart”. Potem zaczęło się tłumaczenie „o co chodziło temu, kto to zrobi”. Pozwolę sobie powycinać kawałki wypowiedzi, żebyście mogli docenić mnogość narracji: „W końcu przyszedł listopad i uderzenie zdjęciami, które miały mnie skompromitować. (…) Cały ten incydent na pewno poważnie nadwątlił naszą relację (Duszka i jego partnerki, przypis mój własny), ale podejrzewam, że atak mógł mieć właśnie taki cel (…) Do tej pory mamy świadomość, że zrobił to ktoś, kto chciał zaszkodzić nam lub ośmieszyć moją formację polityczną (…) Mam podejrzenia, że nasz sprzęt jest szpiegowany”. Podsumowując, ktoś chciał skompromitować posła Duszka, namieszać mu w związku i ośmieszyć jego formację polityczną. W wywiadzie Duszek opowiada jeszcze o konflikcie z kolegą posłem z PiS (w tle jest standardowa przypadłość Zjednoczonej Prawicy: obsadzanie stołków „swojakami). Skłamałbym, gdybym napisał, że wiem, co się tam odjebało. Nie chciałbym być źle zrozumiany, ja nie wykluczam tego, że tym ludziom faktycznie ktoś się może włamywać na konta, ale po pierwsze (o czym już wspominałem) jakoś tak się składa, że przeważnie po „włamaniach” na kontach pojawiają się prawackie narracje „na sterydach”, po drugie zaś, jeżeli faktycznie ktoś się Zjednoczonej Prawicy włamuje na konta i jest to proceder, który trwa już od jakiegoś czasu, to gdzie są, kurwa, służby w „tenkraju”? Ja wiem, że zajmują się, między innymi, pałowaniem kobiet i szykanowaniem obywateli, ale ktoś by chyba potraktował takie zagrożenie poważnie, prawda? No chyba, że sami siebie nawzajem hakują w ramach wewnątrzpartyjnych napierdalanek.


Na sam koniec Przeglądu zostawiłem sobie Polską Policję. O tym, że oficjalny fanpejdż Komendy Głównej Policji lubi udostępniać posty typa, który prowadzi Psy Dają Głos, zapewne już wiecie. O tym, że są to średnio mądre posty, też wiecie. Ja też to wszystko wiem, ale jednak to, co się wczoraj (tzn. we wtorek, bo Przegląd dopisywałem w środę) odjebało na tymże koncie, trochę mnie zaskoczyło. Na PDG pojawił się wpis mutacja „zapłakanej kuzynki”. Tym razem chodziło o to, że jakiś typ chciał iść do policji, ale partnerka nie chciała mu na to pozwolić i kazała wybierać „policja albo ona”. Pointa pewnie nikogo nie zaskoczy „Szkoda, bo miałem bardzo fajną dziewczynę”. A teraz odstawcie żenadometry, bo zaraz wybuchną. Otóż, historia ta była opatrzona zdjęciami atrakcyjnych policjantek w maseczkach i dopiskiem „Panowie nie lękajcie się...” (trochę mnie dziwi to, że Pewien Instytut, O Którym Nie Można Mówić, Wiecie Czego jeszcze nie przyjebał typowi sprawą za obrazę uczuć religijnych, bo to wszak parafraza). Żenadometr jeszcze cały? No to teraz sobie do tego dodajcie fakt, że post ten został udostępniony przez oficjalny fanpej KGP. Ponieważ zjebano ich za to na funty, post zniknął z KGP (nadal wisi na Psach, które Dają Głos). Aż dziw bierze, że nikt jeszcze nie powiedział, że to konto padło ofiarą hakerów. Swoją drogą, ciekaw jestem, kto tym zawiaduje. Jest to bowiem osoba, której twórczość mogłaby się doczekać książki pt. „jak, kurwa, nigdy, ale to nigdy nie prowadzić jakiegokolwiek fanpejdża, podpiętego pod poważną instytucję”. Ja wiem, że to musi być jakiś spektakularny osobnik, ale podziwiam absolutny brak refleksji i udostępnianie gówno-wpisu, którego przekaz w uproszczeniu sprowadza się do „no wiecie, mamy tutaj atrakcyjne kobiety, więc, hehe, se poruchacie, hehehe”. Aczkolwiek pewnie ja się tylko czepiam, bo przecież to usunęli, a to znaczy, że to się nie stało, prawda?


Źródła:

https://biznes.wprost.pl/firmy-i-rynki/10396568/pkn-orlen-kupuje-polska-press-w-portfolio-grupy-sa-serwisy-tygodniki-dzienniki-i-drukarnie.html

https://samorzad.pap.pl/kategoria/wybory/lista-wojtow-publikujemy-nazwiska-blisko-25-tys-wojtow-burmistrzow-i-prezydentow

https://nto.pl/szara-eminencja-zwolniona-za-syna/ar/4058083

https://wyborcza.pl/7,162657,26585563,do-dziennikarzy-polska-presse-nie-mozemy-od-nikogo-wymagac.html

https://serwisy.gazetaprawna.pl/media/artykuly/1489413,dekoncentracja-mediow-repolonizacja-koncesje-pis-joanna-lichocka.html

https://wyborcza.pl/7,75398,26602797,onet-orlen-chce-kupic-rzeczpospolita-i-parkiet.html

Od 02:40

https://www.youtube.com/watch?v=xyGr_huFMh4

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/wybory-w-usa-szczerski-to-pierwsza-tura-druga-bedzie-batalia-sadowa/fwypv78

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-wybory-prezydenckie-w-usa-2020/fakty/news-duda-pogratulowal-bidenowi-udanej-kampanii-spychalski-tlumac,nId,4842858

https://twitter.com/Bart_Wielinski/status/1338787065341882369

https://www.tvp.info/51255307/wybory-w-usa-prokurator-generalny-teksasu-ken-paxton-pozwal-cztery-stany-ktore-moga-dac-zwyciestwo-donaldowi-trumpowi

https://www.tvp.info/51296522/wybory-w-usa-sad-najwyzszy-odrzucil-wniosek-o-anulowanie-glosow-czterech-stanow

https://wydarzenia.interia.pl/dziki-kraj-dziki-swiat/news-jak-zatrudniac-w-spolkach-skarbu-panstwa-wyjasnia-radoslaw-f,nId,4722914

https://www.portalsamorzadowy.pl/polityka-i-spoleczenstwo/mnoza-sie-zastrzezenia-do-glosowania-w-dps-ach,204008.html

https://tvn24.pl/polska/pis-chce-ponownego-przeliczenia-glosow-w-wyborach-do-senatu-w-szesciu-okregach-wnioski-do-sadu-najwyzszego-ra979209-2293497

https://dziennikzachodni.pl/wybory-2019-nie-bedzie-ponownego-liczenia-glosow-w-senackim-okregu-75-katowice-jest-decyzja-sadu-najwyzszego/ar/c1-14540997

https://twitter.com/jozefmoneta/status/1338890602071592960

https://twitter.com/jsuchecka/status/1042523218714738688

https://twitter.com/RzecznikPiS/status/1321786417282953216

https://twitter.com/jozefmoneta/status/1338889437359517698

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1338824451685834753

https://twitter.com/Lewactwo/status/1338939244828647426

https://wiadomosci.wp.pl/policja-potwierdza-konto-minister-malag-zostalo-zhakowane-6586817801030432a

https://www.facebook.com/cymanskitadeusz/posts/3196055973832525

https://wydarzenia.interia.pl/autor/jakub-szczepanski/news-marcin-duszek-dla-interii-stracilem-calkowicie-kontrole-nad-,nId,4928840

https://www.facebook.com/psydajaglos/posts/750774212196730




Quis custodiet ipsos custodes
04.12.2020
Notka miała mieć tytuł „zło konieczne”, ale uznałem, że łacińska sentencja będzie bardziej pasowała do pełnego wulgaryzmów tekstu, napisanego przez podkarpacianina. Jak się zapewne domyślacie, będzie traktowała o polskiej policji, która ostatnimi czasy postanowiła bić rekordy (niestety, nie tylko rekordy) w byciu chujowym.


Co prawda kiedyś już o tym wspominałem (ale nie wiem, czy był to głośny tekst [tak, nadal mnie to bawi]), ale na wszelki wypadek powtórzę jeszcze raz (i pewnie rozwinę myśl): policja jest niezbędna, ale jest ona złem koniecznym. W gigantycznym uproszczeniu jest to służba, której daliśmy prawo do bicia i zabijania naszych współobywateli, żeby ci współobywatele nie bili i nie zabijali innych. Takich organizacji jest kilka (np. wojsko) i każda z nich, z racji „uprawnień”, które otrzymała, powinna podlegać drobiazgowej kontroli. Prawda jest bowiem taka, że jeżeli ktoś ma prawo do bicia „niektórych ludzi” (których, na ten przykład, trzeba powstrzymać przed zrobieniem krzywdy innym), to może sobie to prawo twórczo rozciągnąć na bicie ludzi, którzy się mu nie podobają. Co zrozumiałe, z tą kontrolą zawsze były problemy, bo przecież złożenie zeznań obciążających funfla to by było „donoszenie”. Drugim problemem było to, że w momencie, w którym dochodziło do konfliktu na linii obywatel – funkcjonariusz policji, który to konflikt miał swój finał na sali sądowej, to się często okazywało, że policjant zawsze ma rację (a co za tym idzie, obywatel kłamie). Jak tak sobie czytam wymiany ćwitów pomiędzy adwokatami, to (cóż za brak zaskoczenia) okazuje się, że tego rodzaju mechanizm nadal działa i ma się doskonale. To są takie „typowe” problemy policyjne, związane z nadużywaniem władzy i powiązane z ochroną, którą policjantom zapewniały pozostałe odnogi wymiaru sprawiedliwości.


To jest nawiasem mówiąc dość skomplikowana kwestia, bo z jednej strony, doskonale rozumiem dlaczego wymiar sprawiedliwości jakoś tak bardziej ufa bagieciarni, która znalazła u kogoś w domu kilka kilogramów koksu niż temu, u kogo ów koks znaleźli, kiedy zaczyna opowiadać o tym, że mu ten koks policja podrzuciła. Z drugiej zaś strony, wymiar sprawiedliwości powinien zabezpieczać obywateli przed sytuacjami, w których policja (czy też inne służby) faktycznie bawią się w podrzucanie dowodów. Niestety, w sytuacjach niejasnych, obywatel ma praktycznie z automatu przesrane, bo machina może go rozjechać „w trosce o dobro wymiaru sprawiedliwości”. Pamiętam doskonale, jak mojego znajomego z czasów licealnych skazano (acz dostał zawiasy) za „handel narkotykami”. Cudzysłów został przeze mnie użyty dlatego, że skazano go tylko i wyłącznie na podstawie zeznań jednej osoby, która to osoba miała już na koncie prawomocny wyrok za składanie fałszywych zeznań. Już wcześniej wspomniałem o źle pojętej solidarności zawodowej. Dawno temu zwróciłem uwagę na pewną zależność. Otóż, gdy policjant opowiadał o kolizji/wypadku drogowym, w którym udział wzięli zwykli obywatele, praktycznie od razu podawano przyczynę, dla której doszło do kolizji. Zupełnie inaczej rzecz się miała gdy w kolizji/wypadku brał udział inny policjant. Wtedy bowiem okazywało się, że w sumie to nic nie wiadomo, a sprawa musi zostać wyjaśniona. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że dokładnie taką samą powściągliwość można było zachować w każdej innej sytuacji. Najbardziej spektakularną była wypowiedź, która wbiła mi się w pamięć (niestety, nie dam rady tego oźródłować, bo było to kilkanaście lat temu). Bodajże w Rzeszowie pewnej nocy doszło do wypadku drogowego. Kierowca sobie wjechał na skrzyżowanie na zielonym świetle i przyjebał w niego jakiś kretyn, który uznał, że czerwone światło ogranicza jego wolność. Kierowca, który wjechał sobie na zielonym zginął na miejscu. Co na ten temat miał do powiedzenia policjant? Otóż, tego, który wjechał na zielonym „zabiła rutyna”. Aczkolwiek może po prostu czegoś nie zrozumiałem i „Rutyna” to było nazwisko idioty, który wjechał na skrzyżowanie „na czerwonym” z ogromną prędkością.


Ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że to nie jest jedyne środowisko, które ma spore problemy z publicznym przyznaniem się do tego, że ten, czy inny przedstawiciel tegoż środowiska coś zjebał. Niemniej jednak, tak się jakoś złożyło, że w przypadku tego konkretnego środowiska, jakoś tak się wszyscy przyzwyczailiśmy i do zjebywania i do idiotycznych tłumaczeń (a czasami ordynarnego ściemniania). Pozwolę sobie w tym miejscu na przypomnienie kilku, dość spektakularnych dokonań polskiej policji. Od razu nadmieniam, że zacznę od tych dość starych. "14 marca 2000 roku doszło do tragedii. Z klatki cyrku „Korona” wydostały się trzy tygrysy. Dwa złapano szybko, ale jeden uciekł z terenu cyrku: „Zwierzę krążyło po okolicy przez prawie dwie godziny. Na miejsce wysłano w radiowozach dwie załogi; wkrótce nadciągnęły posiłki. Jednocześnie, na własną rękę, obławę prowadziło kilkunastu pracowników cyrku. (…) Stacje telewizyjne pokazały potem, jak osaczone w lasku zwierzę wymyka się obławie. Tygrys przewrócił weterynarza i pobiegł dalej. Podnoszącego się 43-letniego mężczyznę trafiła w głowę kula, którą wystrzelił biegnący kilka metrów dalej policjant. Weterynarz zmarł w drodze do szpitala.”.  Ja tam specjalistą od strzelectwa nie jestem, ale wydaje mi się, że jeżeli ktoś strzelał w biegu, to ów ktoś raczej nie powinien mieć prawa do posługiwania się bronią palną. O tym, że strzelając do tygrysa nie zwrócił uwagi na weterynarza, wspominać chyba nie trzeba. Jak wyglądały pierwsze komunikaty policji? Jeżeli pomyśleliście sobie „pewnie kłamali”, to mieliście rację: „Początkowo policja utrzymywała, że Ryszarda Karczewskiego zabił tygrys. Jako pierwsza informację o postrzale w głowę weterynarza podała Prokuratura Rejonowa na Pradze-Północ.”. Potem policja usiłowała zwalić winę na pogotowie za to, że „nie przyjechało”. Tę konkretną ściemę debunkował rzecznik warszawskiego pogotowia (który mógł się podeprzeć dokumentacją [godziny połączeń, wyjazdu karetki, przyjazdu na miejsce/etc]).


Drugą sytuacja, którą chciałem przypomnieć jest ta, do której doszło w maju 2004. Tutaj pozwolę sobie na zacytowanie artykułu, który został wtedy napisany „na świeżo”: „Do tragedii doszło w nocy z czwartku na piątek. 19-letni Łukasz T. i jego rówieśnik Daniel L. wracali z podpoznańskiego Swarzędza. Ok. godz. 22.30 byli już w Poznaniu. Zatrzymali się osobowym roverem na czerwonych światłach. Przed nimi stał jeden samochód, za nimi zahamował drugi. Nagle z obydwu wyskoczyli czterej mężczyźni z pistoletami w rękach. Dalsze wypadki zrelacjonował prokuraturze przechodzień: "Rover cofnął się z piskiem opon uderzając w samochód z tyłu. Potem dał gazu do przodu, ominął pierwszy samochód i zaczął uciekać. Wtedy mężczyźni zaczęli strzelać. Rover nagle skręcił i staranował płot jakiejś posesji. Zatrzymał się dopiero na drzewie". W masce rovera znaleziono 20 dziur po kulach. Łukasz, który siedział za kierownicą auta, zmarł pomimo reanimacji. Miał przestrzeloną głowę. Daniel trafił do szpitala w stanie ciężkim. Walczy o życie.”  Sprawa bardzo długo „poniewierała się” po sądach. Jak długo? Chciałoby się rzec, wystarczająco długo: „Policjanci mogą się bronić, ale nie w każdej sytuacji. W czasie akcji w Poznaniu nie mieli prawa strzelać - uznał sąd. Nie skazał ich, bo zarzuty się przedawniły.”.  W trakcie trwania procesu okazało się, że policjanci mieli „blachy”, a poza tym krzyczeli „stój, policja”. Tyle że cytowany wcześniej świadek (w tekście napisano, że „zrelacjonował” to, co się stało, ale jestem się w stanie założyć o wiele, że była to niechlujność autora artykułu i chodziło o złożenie zeznań) powiedział, że z zewnątrz wyglądało to tak, że z aut wyskoczyło paru typów z giwerami. Wziąwszy pod rozwagę powyższy opis sytuacyjny, raczej ciężko się dziwić temu, że kierowca chciał uciekać.  Przysłowiową cebulą na torcie było to, co działo się z policjantami zaraz po całym zajściu: „Policjanci, którzy przeprowadzili pechową akcję, jeszcze w piątek trafili na oddział psychiatryczny jednego ze szpitali. Lekarz nie pozwala ich przesłuchać, bo są w szoku. Wcześniej tłumaczyli, że uciekający rover jechał wprost na jednego z policjantów, dlatego użyli broni.- To doświadczeni funkcjonariusze. Mieli bardzo dobrą opinię - mówi Ewa Olkiewicz z wielkopolskiej policji.”. Wiecie, ja rozumiem, że pojedynczy pan bagieta mógłby faktycznie być w szoku. Dobra, może dwóch. Ale kiedy sobie czytałem (sprawę obserwowałem wtedy na bieżąco), że wszyscy funkcjonariusze biorący udział w akcji trafili na oddział psychiatryczny, to się poczułem robiony w chuja. Jestem się w stanie założyć o bardzo wiele, że cała akcja z „trafieniem na oddział psychiatryczny” miała na celu kupienie trochę czasu po to, żeby ustalić zeznania, bo raczej wiadome było, że wpakowanie kilku magazynków w przypadkowe auto, zabicie kierowcy i ciężkie zranienie pasażera, musi się skończyć srogim przypałem. Rzecz jasna, jakoś tak się złożyło, że w oficjalnych komunikatach, płynących ze strony policji brakło choćby wzmianki o tym, że być może mogło dojść do jakichś nieprawidłowości.


Wydawać by się mogło, że po takiej akcji w policji zostaną ogarnięte jakieś sensowne procedury i szkolenia, które sprawią, że tego rodzaju „zabójcze pomyłki” (to nie ja, to tytuł artykułu, który został napisany „na świeżo” przez redaktorów Interii) nie będą się powtarzać, prawda? Tylko, że wcale nie. W styczniu 2015 doszło do kolejnej pomyłki, która nie okazała się zabójcza tylko i wyłącznie dlatego, że policjanci chujowo strzelali: „W trakcie zorganizowanej w styczniu tego roku przez policję obławy na podpalaczy jednej z gdańskich kancelarii pomyłkowo zatrzymano pana Macieja. Wieczorem do zaparkowanego auta, w którym siedział mężczyzna podbiegło kilku mężczyzn. W kominiarkach, w cywilnym ubraniu z pistoletami. Wybili szybę w aucie. – Jeden z nich oślepił mnie latarką tak, że nie widziałem co się dzieje, widziałem tylko jakichś nieumundurowanych mężczyzn – opowiada mężczyzna. Kazali mu wysiadać, przestraszył się, że to złodzieje, którzy chcą ukraść jego auto, więc zaczął uciekać. Policjanci ruszyli za nim w pościg, zaczęli strzelać. Kule trafiły w auto pana Macieja cztery razy. – Jedna w koło samochodu, trzy pozostałe w fotele – pasażera, tylną kanapę i bagażnik –mówi pan Maciej. (…) To była pomyłka. Po kilku miesiącach postępowanie zakończono. Śledczy przyznali, że mężczyznę zatrzymano niesłusznie. Usłyszał jednak zarzuty napaści na policjantów, ale prokuratura umorzyła postępowanie. Za poniesione straty nie ma kto zapłacić, a naprawa ostrzelanego auta kosztowała mieszkańca Gdańska kilkanaście tysięcy złotych.”. Uwaga natury ogólnej, biorąc pod rozwagę rozmach polskiej policji, do podobnych sytuacji (nieumundurowani policjanci zatrzymujący omyłkowo nie tych ludzi, co trzeba) prawie na pewno dochodziło w trakcie 11 lat, które upłynęły od zastrzelenia kierowcy w 2004 do próby zastrzelenia kierowcy w 2015, niemniej jednak skupiam się tutaj na tych dokonaniach policmajstrów, które utkwiły mi w pamięci.


Wszystkie wyżej wymienione sytuacje łączy to, że policja „nie przyznawała się do winy” i usiłowała zwalać tę winę na kogoś innego (głównie na ofiary, choć w przypadku zastrzelonego weterynarza próbowano jeszcze zwalić winę na pogotowie). Wiecie, ja rozumiem, że jak już pan bagieta ląduje na ławie oskarżonych, to niekoniecznie będzie musiał mówić prawdę, prawdę i tylko prawdę, bo takie jego prawo, jako oskarżonego. Nawiasem mówiąc, policjantom w takiej sytuacji kłamanie może przychodzić znacznie łatwiej, niż zwykłym obywatelom, bo są przyzwyczajeni do tego, że ich słowo „waży” więcej od tego wypowiedzianego przez przeciętnego zjadacza chleba. To jest dla mnie zrozumiałe. Niemniej jednak przez dłuższy czas nie byłem w stanie pojąć tego, jak bardzo policja (jako instytucja) ma wyjebane na naprawianie tego, co zjebała i w ogóle nie przejmuje się swoim wizerunkiem. Czy instytucja przyznając się do winy czymkolwiek ryzykuje? Chyba tylko tym, że ktoś zacznie ją postrzegać lepiej, niż bandę kombinatorów, która robi wszystko byle tylko „ochronić swojego”. Dopiero gdy zacząłem sobie pisać ten tekst, dotarło do mnie to, że policja mogła mieć wyjebane na swój wizerunek, ze względu na to, że jest niezbędna (aka „zło konieczne”) i jej funkcjonariusze są tego świadomi (obstawiam, że to pracownicy „firmy” najczęściej tworzą komentarze: teraz hejtujesz policję, ale jak coś się stanie, to będziesz po nią dzwonił!!!!111). To zaś, że jest niezbędna sprawia, że kwestie wizerunkowe stają się dla otoczenia zewnętrznego cokolwiek drugorzędne. Policmajstry doskonale zdają sobie z tego sprawę i dlatego w momencie, w którym pojawia się dylemat „chronić funfla”, czy „dbać o dobre imię policji”, to praktycznie nie ma żadnego dylematu. Zanim mi tu ktoś wyskoczy, że „nie wszyscy policjanci”, to ja takiej osobie powiem, że ja sobie z tego zdaję sprawę, tyle, że to nie ma żadnego znaczenia, bo wystarczy, że takie podejście mają złole w mundurach i ich bezpośrednie otoczenie (które wie o tym, że to złole, ale to ich koledzy, tak więc...).


To, co dla każdej innej organizacji byłoby PR-owym koszmarem (również dla Kościoła, któremu teraz wszystko przypominane jest hurtowo), w przypadku policji okazało się być bez znaczenia z jeszcze jednej przyczyny. Otóż pozwolę sobie na pewną generalizację (tak więc, znowu będą anecdaty), ale z perspektywy kogoś, kto wychował się na zadupiu wygląda to tak, że po prostu się do tego przyzwyczailiśmy. Prawdą bowiem było to, że żeby „spisywanie” zamieniło się w „noc na dołku”, wystarczyło krzywe spojrzenie na pana bagietę albo wyrażenie krytycznej opinii (np. „może zamiast spisywać ludzi, zajęlibyście się tym, czy owym”). Od razu nadmieniam, że mnie się takowa sytuacja nie przydarzyła, ale osobom z mojego otoczenia już owszem (mnie to ominęło, bo bardzo szybko uczyłem się na cudzych błędach). Tym samym, jak tak patrzyłem na wysrywy Rafała Wosia, który po ostatnich wyskokach policji (napierdalanie pokojowo protestujących [przejdziemy do tego w dalszej części tekstu]/etc.) był łaskaw napisać: „Widzę, że mieszczaństwo dowiaduje się z pewnym opóźnieniem tego, co kibice oraz raperzy wiedzieli o policji już dość dawno temu #28.09.97” (do ćwita dołączony był link do utworu Molesty, którego tytuł Woś wrzucił w hashtagu [w dalszej części tekstu odniosę się do treści tego utworu, w telegraficznym skrócie, chodzi tam, między innymi o przemoc policyjną]), to mnie przysłowiowy chuj strzelił. Tak się bowiem składa, że żeby doświadczyć „niedelikatności” policji nie trzeba było być kibolem, ani raperem – wystarczyło być młodym człowiekiem, który trafił na nudzącego się pana bagietę. Gdyby Woś miał, kurwa, jakiekolwiek pojęcie o tym, jak wyglądało życie poza jego przeintelektualizowaną banieczką, to w życiu nie napisałby takiego idiotyzmu. Ciekawym, ile razy „reprezentujący lud” Woś (ciekawe, czy on sobie w ogóle, kurwa, zdaje sprawę z tego, że sam jest „mieszczaninem”?) został „spisany” tylko i wyłącznie dlatego, że pan bagieta miał taki, a nie inny kaprys. Nie chciałbym być źle zrozumiany. To nie jest tak, że ja uważam „spisanie” za przejaw brutalności policji (no bo, kurwa, szanujmy się). Niemniej jednak, „spisywanie” bez żadnego trybu, jest przejawem lekkiego nadużywania władzy, którą pan bagieta ma nad zwykłym obywatelem. Poza tym, w trakcie spisywania policjanci często (najprawdopodobniej) celowo doprowadzali (używam czasu przeszłego, bo nie wiem, jak to teraz wygląda) do powstania, że tak to ujmę, konfliktowej sytuacji, śmieszkując sobie ze spisywanego np. „hehehe, no to skoro pan zdał maturę i jeszcze nie zdawał egzaminów na studia, to hehehe, pan jest bezrobotny, hehehe” (mogło być gorzej i pan bagieta mógł mnie nazwać pasożytem społecznym). I znowuż takie śmieszkowanie nikomu krzywdy nie robi, ale drugiej strony mam świadomość tego, że te heheszki miały na celu doprowadzenie to tego, żeby "spisywany" się zdenerwował, bo jak się zdenerwuje, to może powie słowo za dużo, albo zrobi coś głupiego, a jak już zrobi, o będzie można z nim inaczej zatańczyć.


Kiedyś zostaliśmy z kolegą „spisani” tylko i wyłącznie dlatego, że w nocy wracaliśmy z akademika (wcale nie był to akademik w okolicach Ronda Matecznego w Krakowie), do średnio wyremontowanego mieszkania tegoż kolegi. Bagiety zajechały nam drogę i zaczęły nas „spisywać”, w trakcie spisywania zaczęli się dopytywać „co mamy w bagażach”. Podczas okazywania zawartości bagaży, kumpel się trochę wkurwił i na pytanie „co pan ma w tej mniejszej reklamówce, którą ma pan w plecaku” odpowiedział „brudne majtki”. Zanim pan bagieta zdążył się wkurwić na chamstwo gówniarza, kolega dokonał okazania bielizny, którą faktycznie miał w reklamówce (słowo wyjaśnienia: ponieważ kolegi mieszkanie było niewyremontowane [łazienka składała się głównie z betonu i miednicy], kolega się mył po znajomości w akademiku). Czasem dochodziło do wątków humorystycznych i np. policjantów bardzo interesowało to, czy nie możemy spać. Kontekstem tegoż pytania będzie to, że siedzieliśmy sobie ze znajomym na jakichś betonowych płytach i prowadziliśmy (jak na średnio trzeźwych ludzi przystało) debatę filozoficzną. W pewnym momencie podjechała pod nas bagieciarnia i pan bagieta zapytał (z racji tego, że byłem nie do końca trzeźwy, nie pamiętam, czy zapytał z troską w głosie), czy nie możemy spać. Po tym, jak grzecznie zapytałem pana bagietę o to, czy jesteśmy może zbyt głośno, pan bagieta powiedział, że w sumie to on nie powiedział, że jesteśmy głośno i sobie pojechał (z wrażenia zapomniał nas „spisać). Kiedyś pan policjant sprawdził mi liczbę punktów karnych. Niby standardowa procedura, ale chyba nie w przypadku kogoś, kto siedzi na tylnym siedzeniu samochodu (albowiem byłem podwożony do domu). Jeszcze innym razem, kiedy ujebano mi lusterko w starym oplu, popełniłem ten błąd, że zadzwoniłem na policję (bo mnie kolega namówił, bo przecież trzeba zgłosić, bo to, bo sramto). Policja przyjechała, popatrzyła, powiedziała „no tak, ujebane lusterko” i zaczęli jakieś kwity sobie pisać. W pewnym momencie padło pytanie o to, „ile takie lusterko”. Ponieważ ni cholery nie wiedziałem, odparłem, że gdzieś tak z 500 zeta z montażem. No i wtedy się zaczęło, że gdzie tam, to stare auto przeca i na pewno byłoby taniej. Dopiero po jakimś czasie się zorientowałem, że kwota, którą ostatecznie sobie tam wpisali w papiery była mniejsza od tej, powyżej której wykroczenie zamienia się w przestępstwo. Moje przygody z policją nie były spektakularne (czytaj: nie dostałem nigdy wpierdolu), ale głównie dlatego, że wiedziałem, że jak człowieka w nocy spisują, to trzeba się zachowywać bardzo spokojnie i nie komentować, nawet jeżeli pan bagieta pozwala sobie na jakieś docinki. Gdybym uczył się wolniej, to pewnie moje doświadczenia z policją byłyby znacznie bardziej efektowne.


Zanim przejdę do dalszej części tekstu, chciałbym się jeszcze pochylić nad wiekopomnym ćwitem Wosia. Otóż, ma on trochę racji: tak, policjanci traktowali kiboli ostro. Uwaga natury ogólnej, redaktor Woś, tak samo, jak inni jego koledzy uprawiający kibolomanię, celowo używa określenia „kibic”, opisując środowiska kibolskie. W teorii, główny zainteresowany tłumaczyłby to pewnie tak, że jak się mówi kibol, to mamy do czynienia z klasizmem/etc. W praktyce, chodzi o to, żeby urabiać odbiorcę i próbować go przekonać do tego, że policja brutalnie traktuje zwykłych kibiców (zapewne to te same rodziny z dziećmi, które ganiały kobiety i demolowały miasto 11 listopada). No, ale to dygresja. Paradoksalnie, odklejenie Wosia sprawiło, że nieco łatwiej będzie opisać przyczyny, dla których policja zachowywała się tak, a nie inaczej względem tych środowisk. Otóż, zdaniem Wosia, linkowany utwór Molesty dowodzi tego, że policja jest brutalna. Tym, co Wosiowi umknęło całkowicie (co mnie nieszczególnie dziwi) było to, że piosenka zaczyna się od opisu tego, że podmiot liryczny razem z ziomkami przemierza dzielnicę (wszyscy mają łamigłówki) celem spuszczenia komuś wpierdolu. Potem zostają zatrzymani przez bagieciarnie i obici na komendzie policji. Zanim ktoś pierdolnie na zawał: nie, to, że jakieś bandosy chciały kogoś obić brechami nie oznacza, że powinno się tychże bandosów napierdalać na komendzie. Osobną kwestią jest to, że tego rodzaju „przygody” na komendach spotykały nie tylko bandosów, ale tego kibolomaniak Woś raczej nie ogarnia. Jeszcze bardziej osobną kwestią jest to, że piosenka, którą zacytował Woś, nijak się kurwa ma do opisu reakcji policjantów na protesty przeciwko decyzji Trybunału Przyłębskiego. Owszem, to co dzieje się teraz, mogło mieć swoją genezę w tym, że obywatelom łatwiej jest zaakceptować obijanie ludzi na komendzie, kiedy spotyka to przedstawicieli agresywnych subkultur. Przyznam się w tym miejscu szczerze, że choć wiem, że to, co robiła (i nadal robi) policja jest chujowe, to bardzo ciężko mi współczuć usterydzonym brysiom, które napierdalają przypadkowych ludzi „dla hecy”. Niestety, milcząca akceptacja tego rodzaju działań policji to coś w rodzaju pułapki myślowej. Jeżeli bowiem odpowiednio długo będziemy trwali w przeświadczeniu, że policja „bije tylko złych, więc zwykli ludzie nie mają się czego bać”, to potem bardzo łatwo będzie nas przekonać do tego, że skoro policja kogoś bije, to ten ktoś pewnie jest zły. Dotychczasowym rządom (poza tymi sprzed 1989) niespecjalnie zależało na budowaniu takich narracji, ale po 2015 życie w Polsce zmieniło się w wielu wymiarach i to był jeden z nich (o czym więcej napiszę w dalszej części tekstu). Dlatego też rządowe media (i politycy partii rządzącej z Doktorem Chłopakiem z Biedniejszej Rodziny na czele) rzucili się do flekowania Rzecznika Praw Obywatelskich, Adama Bodnara, który zwrócił uwagę na to, że być może policja przesadziła w trakcie przesłuchania Jakuba A., podejrzanego o zamordowanie 10-letniej dziewczynki. TVP Info rzuciło wtedy artykuł o łamiącym tytule: „Bodnar broni interesów mordercy dziecka?”  


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Jeżeli chodzi o moje przygody z nudzącą się bagieciarnią, to skończyły się one wtedy, gdy moja morda zrobiła się nieco bardziej zakazana z racji mojego przesuwania się na osi czasu (jeżeli ktoś woli bardziej literackie wyjaśnienie: im więcej czasu spędzałem na podkarpackich stepach, tym dłużej wiatr smagał moje lico podkarpackiego intelektualisty). Skłaniałbym się więc ku tezie takiej, że nudząca się bagieciarnia jakoś tak chętniej zaczepia młodych ludzi. W szczególności zaś takich, którzy nie wyglądają na osobników mogących stanowić zagrożenie dla szukającego rozrywki stróża prawa. Moje doświadczenia związane ze stróżami prawa były takie, a nie inne (zaś z wiarygodnych źródeł wiedziałem, że bywa znacznie gorzej). Poza tym, w czasie, w którym kształtował się mój szeroko pojęty światopogląd na sprawy różne, mogłem zaobserwować to, co policja zrobiła w Słupsku w styczniu 1998, kiedy to policjant zabił młodego kibica, a prokuratura i policja zaczęły tłumaczyć, że w sumie to on się sam wtedy zabił, bo uderzył głową w słup trolejbusowy. W miarę przybierania na wiosnach, w głowie gromadziło mi się coraz więcej tego rodzaju „wspomnień”.  Niemniej jednak, kiedy przeczytałem o tym, że policja zabiła kierowcę, który usiłował uciec przed nieumundurowanymi typami, wymachującymi giwerami, trochę mnie to zaskoczyło. Nie zaskoczyło mnie jednakże to, że policja od początku zaczęła kombinować (vide „wszyscy w szoku”).


Tak na dobrą sprawę to, co napisałem powyżej, to był bardzo długi wstęp, który miał osadzić w odpowiednim kontekście właściwą część tekstu. Do tej pory mieliśmy bowiem do czynienia z sytuacją, w której policja, przyzwyczajona do tego, że „wolno jej więcej”, korzystała z tego (nieformalnego) prawa. Jeżeli zaś „firma” potrafiła bronić swoich nawet wtedy, gdy ci ewidentnie coś zjebali, to pomyślcie sobie tylko, jak to musiało wyglądać w sytuacjach „niemedialnych”. Aczkolwiek to jedynie dygresja. Reasumując, do 2015 mieliśmy do czynienia z organizacją, która od czasu do czasu srogo przeginała. Po 2015 zmieniło się tyle, że przegina znacznie bardziej, ale nie musi się bać o jakiekolwiek konsekwencje, jeżeli przegina w odpowiednią stronę. Sama zaś policja, które już wcześniej nie radziła sobie z problemami natury wizerunkowej (bo miała to w dupie) teraz zalicza spektakularny meltdown. Spadek zaufania do tej instytucji można mierzyć słupkami sondażowymi: „W przypadku zaufania do policji mamy do czynienia z ogromnym spadkiem. Jeszcze w 2016 r. formacji tej ufało aż 70 proc. Polaków. Rok później nastąpił spadek, jednak nie tak duży jak obecnie. W ciągu czterech lat zaufanie do policji spadło aż o 25 pkt proc.”. Jednakże znacznie lepszym narzędziem analitycznym nastrojów panujących w społeczeństwie może być to, że na portalu „Magazyn Bieganie” pojawił się artykuł pt: „Jak uciec przed pościgiem. Poradnik taktyczny”, który to artykuł zaczynał się od leadu: „Czasy mamy niepewne, a może być jeszcze gorzej. Na ulicach coraz częściej można spotkać bandytów z pałkami teleskopowymi. Dlatego, w trosce o naszych czytelników, przedstawiamy poradnik taktyczny: ucieczka przed pościgiem oraz sposoby przygotowania.”. Jeżeli kogoś nie przekonują te pałki teleskopowe, to w tekście znalazł się taki fragment: „Jeśli napastnik jest dodatkowo obciążony – czy to kilogramami mięśni czy ekwipunkiem typu kamizelka albo tarcza – jego możliwości manewrowe na dystansie dłuższym niż 20-40 metrów są praktycznie żadne.” (w tym miejscu chciałbym podziękować koledze Marcinowi za podesłanie tekstu).  


Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że władze, które teraz tak bardzo starają się wszystkich przekonać do tego, że policja jest spoko i „bije tych złych”, wcześniej (czytaj, przed przejęciem władzy i na krótko po jej przejęciu, czyli zanim udało się wprowadzić nowe porządki do całej policji) miały inne zdanie na ten temat. Doskonałym przykładem będzie to, co się działo po tym, jak posłowie Prawa i Sprawiedliwości wdali się w przepychanki ze służbami mundurowymi w pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej. W trakcie całego zajścia politycy partii Jarosława Kaczyńskiego, między innymi, przeskakiwali przez barierki i dzierżąc w dłoniach legitymacje poselskie, próbowali taranować mundurowych (warto sobie to zapamiętać). Po całym zajściu działy się takie rzeczy: „Trzy sejmowe komisje na wniosek posłów PiS będą w czwartek debatować nad incydentami, które miały miejsce przed Pałacem Prezydenckim 10 i 11 kwietnia. Chodzi m.in. o poturbowanie - według PiS - dwóch posłanek tej partii podczas obchodów rocznicy katastrofy smoleńskiej.  Sprawą zajmować się będą połączone komisje: administracji i spraw wewnętrznych, sprawiedliwości i praw człowieka oraz regulaminowa i spraw poselskich. "Posiedzenie odbędzie się na wniosek posłów PiS. To głośna sprawa, należy ją wyjaśnić. Od tego są komisje sejmowe" - powiedział PAP przewodniczący komisji administracji i spraw wewnętrznych Marek Biernacki (PO).” . Drugim, równie dobrym przykładem może być to, co działo się po zatrzymaniu zachowującej się agresywnie córki ówczesnej gdańskiej radnej PiS, Anny Kołakowskiej (tej samej Anny Kołakowskiej, która potem wzywała do ogolenia na łyso posłanki PO [prokuratura się wtedy, rzecz jasna, nie dopatrzyła znamion czynu zabronionego]). W Zjednoczonej Prawicy nastąpiło wtedy masowe oburzenie. Oddajmy głos ówczesnemu szefowi MSWiA, Mariuszowi Błaszczakowi: „"powalenie na ziemię, przyduszanie kolanem i krępowani rąk to wykorzystanie nieadekwatnych środków do sytuacji, ponieważ tak policja powinna traktować opryszków i bandytów (…) Policja powinna być silna wobec silnych, a nie silna wobec słabych, a taki obraz widziałem w Gdańsku (…) To jest niezwykle ważne - obywatele muszą czuć się bezpiecznie, a więc muszą czuć się w ten sposób, że jeżeli oczekują pomocy ze strony policji, to mają mieć pewność tego, że ta pomoc zostanie udzielona. A nie, że zostaną skrzywdzeni.”. Zapowiedział również, że: „Po zajściu w Gdańsku wydałem polecenie Komendantowi Głównemu Policji, żeby były konkretne szkolenia wobec policjantów. Policja nie może w taki sposób postępować. To jest barbarzyńskie”. Biorąc pod rozwagę to, co odjebuje policja w trakcie protestów przeciwko decyzji Trybunału Przyłębskiego, strach pomyśleć na czym polegały te szkolenia. Ci sami posłowie (wspierani przez młode dzbany z Solidarnej Polski), opowiadają o tym, że posłanki, które zostały potraktowane gazem dlatego, że wyciągnęły legitymacje poselskie, to są same sobie winne, bo immunitet poselski nie znaczy, że im wolno więcej. Jestem naprawdę bardzo ciekaw, co by się działo, gdyby policja w trakcie tych przepychanek (w źródłach znajdziecie krótki filmik, na którym widać wyraźnie co się wtedy odjebywało) w 2011 zrobiła politykom PiSu to, co teraz robi posłankom. Obstawiam, że byłoby to coś w rodzaju „rząd tego ryżego chuja chce używać policji do zabójstw politycznych”. Tak swoją drogą, jak obejrzycie ten filmik, to się pewnie zaczniecie zastanawiać nad tym, czemu on nie został przerobiony na spot albo też czemu stacje telewizyjne nie puszczają go za każdym razem, gdy jakiś idiota z partii rządzącej opowiada o tym, że „posłanki są same sobie winne, bo coś tam”. Niestety, nie jestem w stanie odpowiedzieć na takie pytanie, ponieważ nie jestem ani politykiem opozycji, ani też polskimi mediami.


Mimo tego, że moje zdanie o polskiej policji jest takie, a nie inne, kiedy kątem ucha usłyszałem, że policjanci użyli „środków przymusu”, bo jednego z nich zaatakowano w trakcie protestu, uwierzyłem w to. Uwierzyłem, albowiem na protesty przychodzą różni ludzie i kogoś po prostu mogło ponieść (bo atmosfera była bardzo nerwowa [również dzięki Pewnemu Prezesowi, który wezwał do napierdalanek ulicznych w imię obrony kościołów, których nikt nie atakował]). Potem zaś, kiedy miałem trochę czasu na szeroko pojęte internetowanie i zobaczyłem „jak było”, okazało się, że policja (ustami swojego rzecznika) po raz kolejny usiłowała zaklinać rzeczywistość. Jedno trzeba policji przyznać: błyskawicznie dostosowywała swoje ściemy do kolejnych filmików, które wpadały do internetów. Najpierw tłumaczyli, że „ktoś zaatakował policjanta”, więc pomogli mu koledzy, którzy capnęli napastnika, a potem bronili się przed ludźmi, którzy usiłowali odbić tegoż napastnika. Potem, kiedy okazało się, że „atak” był próbą odebrania pałki teleskopowej, zaczęli tłumaczyć, że to właśnie tę próbę odebrania pałki teleskopowej mieli na myśli, kiedy mówili o ataku, policjant zaś miał prawo się bronić. Następnie, kiedy okazało się, że typ szedł z rozłożoną pałką w tłumie i zaczęły się pojawiać sugestie, że ludzie mogli poczuć się zagrożeni (patrz, wcześniejsze orędzie do sebixów autorstwa szeregowego wicepremiera), zaczęli tłumaczyć, że no może i szedł z tą pałką, ale jest bagietą, więc ma prawo. Co zrozumiałe, pytania o to, czy nieumundurowany policjant, który idąc w tłumie w pewnym momencie rozkłada pałkę teleskopową aby na pewno działał tak, jak należy – były zbywane mową-trawą, zaś cała rządowa machina propagandowa starała się przekonać ludzi do tego, że skoro policjant bił, to znaczy, że bity musiał sobie na to zasłużyć (bo przecież policja nie bije „tych dobrych”). Jeszcze bardziej potem okazało się, że choć oficjalnie nikt nie próbował podważać tego, że nieumundurowany policjant z pałką teleskopową zrobił coś nie tak, ale nieoficjalne wyjaśnienie (z obowiązkowym obwinianiem ofiary) pojawiło się na oficjalnym fanpejdżu polskiej policji. Mógłbym wam pokazać od razu to, co się tam pojawiło, ale pozwolę sobie zastosować jeden sprytny trick (chcący dowiedzieć o co chodzi, nienawidzą mnie), żebyście mogli w pełni docenić skalę policyjnego zedzbanienia.


Ponieważ zbierałem sobie linki do notki, zwracałem uwagę na różne wzmianki o policji. Razu pewnego natrafiłem na artykuł (datowany na 31 października 2020) pt.: „Policjant "Nie jest twoim wrogiem". Ruszyła ogólnopolska akcja opolskiego mundurowego”. Nie czytając artykułu wrzuciłem go sobie do linkowni, gdzie czekał w kolejce tekstów „do przeczytania”. Jednakowoż moja reakcja na tytuł tekstu była taka, że w sumie ok, ja rozumiem wszystko, ale jeżeli ktoś nie chce być traktowany jak wróg, to niech się przestanie zachowywać jak wróg. Tekst sobie chwilę poczekał na swoją kolej, a potem go przeczytałem. Zupełnie bez związku ze wszystkim chciałbym w tym miejscu przypomnieć pewne hasło, którym zaczęto podsumowywać wpisy ludzi, tłumaczących pod każdą informacją o przemocy wobec kobiet, że „not all men”. Tym hasłem jest „not all men but definitely this fucking guy” (w piknikowym tłumaczceniu: nie wszyscy mężczyźni, ale na pewno, kurwa, ten koleś). Pozwólcie, że zacytuje lead artykułu o braku wroga w policji: „Opolski policjant Piotr Chwastowski, w internecie znany jako twórca youtubowego kanału Psy Dają Głos, zainicjował akcję "Nie jestem twoim wrogiem". Nawiązuje w ten sposób do ataków - słownych i fizycznych - na mundurowych pilnujących porządku na odbywających się ostatnio w całej Polsce protestach. - Agresja względem nas jest nieuzasadniona. Nie służymy jednej czy drugiej stronie sporu, pomagamy wszystkim bez wyjątku - mówi policjant.”.  Ponieważ nie wszyscy wiedzą co, to za zjawisko te „Psy Dają Głos”, krótkie wyjaśnienie. W internetach funkcjonuje zarówno kanał na YT, jak i fanpejdż, który to fanpejdż można porównać poziomem chyba tylko i wyłącznie do „Dzielnego Taty”. Muszę się wam w tym miejscu przyznać do tego, że byłem, kurwa, prawie absolutnie pewien, że to PDG prowadzi jakiś anonimowy stróż prawa. Do łba by mi nie przyszło, że ktoś może tak bardzo odpierdalać i jeszcze się do tego przyznawać. Aczkolwiek, skoro już ustaliliśmy, że „policji wolno więcej”, to chyba niespecjalnie nas to powinno dziwić. Pan bagieta prowadzący fanpejdż zajmuje się, między innymi, tłumaczeniem, dlaczego policja zawsze ma rację (takie działanie wywołuje u mnie całe Ziobro zdziwienia). Jednakowoż nawet wziąwszy pod rozwagę to, co tutaj do tej pory napisałem (i pokłady informacji na temat bagieciarni, które mi się we łbie zebrały) to, co pan bagieta odjebał, żeby wytłumaczyć dlaczego to protestujący są winni temu, że agresywny kark z pałką teleskopową zaczął ich napierdalać, to jest po prostu, kurwa, szczere złoto. Postanowiłem zacytować wpis w całości, bo jest, kurwa, niesamowite:


„Czego oczekuje osoba, która usiłuje komuś wyrwać z ręki pałkę teleskopową?
Idziesz sobie ulicą. Widzisz wielkiego faceta z pałką teleskopową. I co robisz?
Nie ważne czy pałkę trzyma policjant czy prowokator zadymiarz. On ją po coś przyniósł i po coś ją trzyma. Jeśli chcesz mu ją odebrać to on jej użyje. Gwarantuję ci.
Jeśli jest policjantem to zrobi to zgodnie z prawem bo nie wolno policjantowi siłą nic odbierać.
Jeśli jest bandziorem to on tej pałki użyje bo lubi.
Finalny efekt jest taki sam. Próbując odebrać komuś pałkę teleskopową najprawdopodobniej poznasz jej moc.
Kasjerki w banku są uczone, że jak jest napad to mają oddać hajs i ratować życie. Dlaczego ludzie na ulicy tego nie rozumieją i proszą się o kłopoty?
Ten post nie broni ani nie tłumaczy zachowania pałkarza. To post wyrażający zdumienie, że ludzie nie mają instynktu samozachwawczego i próbują się naparzać z kimś większym i uzbrojonym.
Grasz w głupie gry? Wygrywasz głupie nagrody!”



Tak więc, moi drodzy, widzicie. Jeżeli widzicie na ulicy karka, spacerującego sobie z rozłożoną pałką teleskopową, to powinniście się go bać. Powinniście się go bać, bo nie ma tu znaczenia to, czy jest to bandyta, czy też policjant – jeżeli spróbujecie go rozbroić, to dostaniecie wpierdol. Pan bagieta tłumaczy ponadto, że jeżeli wpierdol dostaniecie od policjanta, to będzie wasza wina. Bardzo rzadko bawię się w swoich tekstach w głowologię (a jeżeli już to robię, to wyraźnie „oflagowane”), ale teraz muszę. Jak bardzo trzeba nie rozumieć rzeczywistości, żeby będąc policjantem napisać coś tak durnego? Jak można, kurwa, napisać, że jak się widzi typa z niebezpiecznym narzędziem (btw, nie wiem, czy pałka teleskopowa wyczerpuje znamiona niebezpiecznego narzędzia, tak więc nie traktujcie tego, jak definicji prawnej), to w sumie lepiej nic nie robić, bo „on po coś to narzędzie niesie”, nie zdając sobie sprawy z tego, że dla obserwatora istotne może być właśnie to „po coś”. Jeżeli bowiem widzę kogoś z niebezpiecznym narzędziem, to moim pierwszym skojarzeniem nie będzie to, że to uczestnik policyjno-gangsterskiej rewii mody, ale to, że pewnie będzie chciał komuś zrobić krzywdę. W teorii można by było pewnie zadzwonić na policję, ale w praktyce, zanim policja przyjedzie to kark zdąży na kimś tę pałkę połamać. Osobną kwestią jest to, że ten konkretny kark szedł z tą pałką w tłumie ludzi. Istotne jest również to, że działo się to po tym, jak Szeregowy Wicepremier wystosował swoje Orędzie do Sebixów i uczestnicy protestu widząc karka z pałką teleskopową mogli dojść do wniosku, że to właśnie jakiś patriota jebnięty, który postanowił odpowiedzieć (czynem) na wezwanie do bicia kobiet. Jeżeli osadzimy karka z pałką teleskopowym w takim kontekście (warto w tym miejscu zaznaczyć, że ten konkretny kark powinien zostać osadzony gdzie indziej) to nietrudno odgadnąć, że obserwator mógł sobie pomyśleć, że to jest ostatni moment na próbę rozbrojenia typa, bo ten pewnie zaraz zacznie napierdalać ludzi. Już mi się nie chce wspominać o tym, że tekst „Próbując odebrać komuś pałkę teleskopową najprawdopodobniej poznasz jej moc.” brzmi jak coś, co zostało napisane jedną ręką. Już sam fakt, że autorem tego wpisu jest policjant, powinien sprawić zapalenie się wielu lampek alarmowych. Niemniej jednak sprawa jest o wiele bardziej spektakularna, albowiem wpis ten został udostępniony na oficjalnym fanpejdżu Komendy Głównej Policji. Najwyraźniej naszym stróżom prawa bardzo zależy na tym, żeby przeciętny obywatel nie dostrzegał zbyt wielu różnic między policjantem, a zwykłym bandytą. Ale pamiętajcie o tym, że pan bagieta, który napisał o „poznawaniu mocy pałki teleskopowej” nie jest waszym wrogiem. Jednym z większych absurdów jest to, że zarówno panu bagiecie, który „nie jest naszym wrogiem”, jak i ludziom odpowiedzialnym za rzecznikowanie policji wydaje się, że tego rodzaju eventy można przykryć wrzutkami, które można podsumować: patrzcie, policjanci robią to, co do nich należy! Widzicie?! Jesteśmy tymi dobrymi! (No chyba, że któryś z nas popierdala z pałką teleskopową po ulicy, bo wtedy to lepiej załóżcie, że jesteśmy tymi złymi! Tak dla własnego bezpieczeństwa).


Przyznam szczerze, że po akcji z karkami napierdalającymi obywateli na proteście, byłem po raz pierwszy trochę ukontentowany tym, jak zadziałały media w Polsce (tzn. te, które nie były rządowe). Stało się tak dlatego, że bardzo szybko udało im się wynorać bardzo, ale to bardzo dużo informacji na temat tego, co się odjebało. Nie będę tu cytował wszystkich tych informacji, bo jest ich tyle, że dałoby się na ten temat napisać książkę pt. „Policjo, serio, kurwa?”, skupię się więc na tych co bardziej spektakularnych. Gdybym mógł sobie pozwolić na gdybanie, to bym sobie wygdybał, że mnogość informacji, do których dotarli dziennikarze mogła się wziąć stąd, że nie wszyscy w „firmie” są zadowoleni z tego, co się dzieje. Niemniej jednak, w kontekście tego, czego mogliśmy się dowiedzieć, było to, kurwa, too little too late. Szczerze się przyznam, że to, co się wydostało na powierzchnie to taki clusterfuck, że nie bardzo wiedziałem od czego zacząć. Ponieważ jednak od czegoś trzeba było, toteż zaczniemy od tego, że to nie była zwykła nasterydowana bagieciarnia w cywilu, to byli antyterroryści. Innymi słowy, czynniki decyzyjne uznały, że pokojowo protestujący obywatele są na tyle groźni, że trzeba ich spacyfikować przy użyciu ludzi, którzy są szkoleni do tego, żeby zajmować się najniebezpieczniejszymi bandosami.


Zastanawiałem się nad tym, kto wpadł na idiotyczny pomysł, coby wysłać w tłum ludzi, bez żadnych „oznaczeń” (nie, opaska założona na ramię po tym, jak zaczęło się napierdalanie obywateli się nie liczy). Miałem swoje podejrzenia odnośnie tego, że nie był to przypadek. Okazało się, że tym razem przeczucie mnie nie zawiodło, ale nie doceniłem skali spierdolenia. Pozwólcie, że wrzucę tu krótki cytat z artykułu z GW: „Cywilni funkcjonariusze wchodzący w tłum z pałkami teleskopowymi są ściągnięci z wydziałów antyterrorystycznych. Włączeni w skład oddziałów prewencji nazywają się "wydziałem Chaos”. To jest bardzo krótki fragment, ale po jego przeczytaniu wyjebało mi skalę. Okazuje się bowiem, że ktoś w policji uznał, że to, że banda karków nazywa się „wydziałem chaos”, to całkiem normalna sprawa. Co prawda nie mam pewności, ale wydaje mi się, że wiem skąd wzięła się taka, a nie inna nazwa (było to moje pierwsze skojarzenie). Pamiętacie może taki film jak „Fight Club”? Otóż w filmie tym w pewnym momencie powstał tzw. „Project Mayhem”, jak sobie to wrzucicie w google translatora, to wam wyjdzie „Projekt Chaos”. z racji tego, co odpierdalali ci konkretni bagieciarze, jestem prawie pewien, że były to kolejne ofiary własnego niezrozumienia tego, o czym był film. Aczkolwiek są to tylko i wyłącznie moje dywagacje. Niezależnie od tego, jaka była przyczyna, dla której karki nazwały się tak, a nie inaczej, sam fakt nazwania się „Wydziałem Chaos” powinien sprawić, że każdemu w otoczeniu tych jegomościów powinny się odezwać w głowie dzwonki alarmowe. Nieśmiało bowiem przypominam, że prewencja to nie jest, kurwa, jakiś oddział zajmujący się organizowaniem akcji dywersyjnych na tyłach wroga. Gdyby się nazwali „wydział prawa i porządku”, dałoby się to jakoś zrozumieć (choć trąciłoby to dramatyzmem), ale nazwa „Wydział Chaos” w policji brzmi równie naturalnie, jak gdyby gdzieś powstało przedszkole imienia Trynkiewicza (bądź też jacyś wychowawcy wczesnoszkolni założyliby sobie stowarzyszenie o nazwie „wydział pedofilia”).


Na uwagę zasługuje również fakt, że o informacje o „Wydziale Chaos” wypłynęły dopiero wtedy, gdy kultyści Khorne'a zaczęli napierdalać ludzi na ulicach. Wcześniej jakoś tak nikomu to nie przeszkadzało, a przynajmniej nie na tyle, żeby podzielić się tym z otoczeniem. No ale, jak mniemam, na funfli się nie donosi, prawda? Być może przemawia przeze mnie jakiś tam idealizm (młodzieńczym go nie nazwę z przyczyn oczywistych), ale wydaje mi się, że z policji powinien na zbity pysk wylecieć cały „Wydział Chaos”. Zaraz za nim powinni wylecieć również wszyscy oficerowie, którzy o nim wiedzieli i go tolerowali. Wspomnieć trzeba również o tym, że „Wydział Chaos” składał się z ludzi o właściwych poglądach. Tym samym, można mieć pewność, że jeżeli „Wydział Chaos” napierdalał ludzi na ulicach, to robił to na czyjeś wyraźne polecenie.


Na tym jednakowoż spierdolenie się nie kończy. Oko Press wykopało trochę informacji na temat karka, od którego wszystko się zaczęło: „Dziennikarze OKO.press nagrali jak mężczyzna po cywilnemu bije pałką i przewraca uczestników protestu Strajku Kobiet. Ustaliliśmy, że jest antyterrorystą. W przeszłości miał już problemy związane z nadużyciem przemocy: domagając się zwrotu pieniędzy, złamał komuś nos (…) Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że mężczyzna miał już w przeszłości problemy z powodu krewkiego charakteru. Kilka lat temu miał złamać komuś nos, domagając się – w imieniu innej osoby – zwrotu pieniędzy. Wówczas prokuratura umorzyła warunkowo postępowanie w jego sprawie. Również na pytanie o tę sprawę nie dostaliśmy dotąd odpowiedzi z KSP.”. Od razu dorzucę do tego kawałek z Gazety pl: „Ten, który pierwszy użył pałki, jest znany z problemów z agresją. Kiedy ma obezwładnić bandziora, to nie jest to problemem, bo nikt się nie przejmie tym, że próba oporu zostanie przerwana przy pomocy kolby. No ale na demonstracji kobiet?”. Informatora szanuję za szczerość. Z wypowiedzi wynika bowiem, że miałem trochę racji w tym, do czego może doprowadzić pobłażaniew  wyżywaniu się policjantów na „złolach”. Aczkolwiek to tylko dygresja. Wróćmy do meritum, którym jest fakt, że antyterrorystą był typ, który zajmował się odzyskiwaniem długów (nie, nie uwierzę w to, że wtedy jak złamał komuś nos, to był ten jeden, jedyny raz, jak robił takie rzeczy). W kontekście tego, że „Wydział Chaos” składa się z ludzi o odpowiednich poglądach nikogo nie powinno dziwić to, że prokuratura umorzyła postępowanie. Absolutnie nie zdziwiło mnie to, że informatorzy (którzy rozmawiali z Oko Press i Gazetą.pl) mówili o tym, że typ ma problemy z agresją. To było, kurwa, widać na nagraniu. On tam nie poszedł po to, żeby zabezpieczać cokolwiek. Znowu sobie pozwolę na dygresję głowologiczną, albowiem mam przeczucie graniczące z pewnością, że część ludzi wybiera sobie taki, a nie inny zawód dlatego, że wiedzą, że będą tam mogli stosować przemoc i nie ponosić za to żadnych konsekwencji. Taki człowiek, co prawda, może chodzić na treningi sportów walki, ale nie będzie za nimi jakoś specjalnie przepadał, bo tam zachodzi ryzyko dostania wpierdolu (bowiem zawsze się może trafić ktoś lepszy). Poza tym, na treningach nie można bezkarnie napierdalać ludzi (albowiem w przeważającej większości przypadków ktoś, kto by tego próbował, zostałby wyjebany z treningów przez trenera). Szczerze wątpię w to, żeby ten konkretny kark był równie wyrywny zabezpieczając np. Marsz Niepodległości. Co innego napierdalać przypadkowych ludzi, a co innego tłuc się z ziomeczkami, którzy dla sportu napierdalają się po ryjach na ustawkach. Co innego odreagować sobie na ludziach, którzy unikają przemocy. Ciekaw jestem, jakie by były wyniki toksykologii, gdyby ją zrobiono bohaterskim bagietom zaraz po tym, jak tłukli ludzi na protestach. Coś mi mówi, że pewnie niejeden warszawski kierowca autobusu popatrzyłby na te wyniki z uznaniem. No ale, przecież nikt nie będzie robił takich badań bohaterom dzielnie broniącym swojego prawa do napierdalania obywateli o nieprawilnych poglądach, prawda?


Zastanawiam się nad tym, czy kretyni, którzy zawiadują bagieciarnią (niezależnie od tego, czy chodzi o kretynów z „firmy”, czy też o kretynów cywilnych) rozmyślają nad tym, co się stanie, jeżeli nadal będą utrzymywać, że agresywne karki napierdalające ludzi „miały rację”, zaś tego rodzaju sytuacje będą się powtarzać. Czy tym kretynom wydaje się, że w ten sposób uspokoją nastroje społeczne? Czy też może wydaje im się, że im więcej wpierdolu, tym bardziej ludzie będą szanować policję (o rządzie nie wspominając)? Ja być może mam skrzywioną perspektywę, którą wyniosłem z Podkarpacia, ale wydaje mi się, że to się może skończyć w nieco inny sposób. Zanim napiszę o jaki sposób chodzi, opowiem wam historię z czasów studiów. Kiedy męczyłem się z moim pierwszym kierunkiem studiów, którego nie skończyłem (aczkolwiek można powiedzieć, że skończyłem go dwa razy), mieszkałem na stancji z góralem (na użytek niniejszej notki załóżmy, że góral miał na imię Andrzej). Z takim prawdziwym, który pochodził z najwyżej położonej wioski w Polsce. Mimo skrajnie różnych poglądów, mieszkało nam się ze sobą dobrze. Kiedyś Andrzej opowiadał mi o tym, jak to sobie czekał przy jakiejś budzie na kurczaka z rożna, a nieopodal przechodziła grupa dresów, które zaczęły mu, że tak to ujmę, głośno urągać. Andrzej miał instynkt samozachowawczy, tak więc nie wdawał się w jakieś rozmowy z grupą dresów. Dalej sobie spokojnie czekał na strawę. Zupełnie bez związku z sytuacją rozejrzał się był dookoła i powiedział, że jak się zorientował, że niedaleko leży kilka cegieł, to mu się trochę raźniej czekało, bo wiedział, że w sytuacji, w której dresy zdecydowałyby się na to, żeby przejść od słów do czynów, pewnie by się dzięki tym cegłom obronił. Morał z tej historii jest taki, że ludzie potrafią się szybko zaadaptować. Innymi słowy, jeżeli rządzący nadal będą szczuli na ludzi „Wydział Chujos”, to za którymś razem może się okazać, że rozłożenie pałki w tłumie skończy się dla tego, czy innego spizganego karka na ten przykład tym, że ktoś mu zaparkuję cegłówkę w potylicy. Znacznie mniej spektakularne efekty napierdalania obywateli będą się przejawiać w tym, że ci mogą zacząć traktować policję jak bandytów. Wtedy zaś wszelka współpraca na linii obywatele - policja będzie cokolwiek, kurwa, utrudniona. No ale, jak to napisał pewien pan, którego wpis policja tak chętnie udostępniła: „Grasz w głupie gry? Wygrywasz głupie nagrody!”


Niestety, w ramach niniejszej notki nie możemy się skupić tylko i wyłącznie na dokonaniach „Wydziału Chujos” (to już ostatni raz, obiecuję), albowiem nie tylko ów wydział ostatnio dokazuje. Okazuje się bowiem, że jak da się polskiemu policjantowi puszkę z dużą ilością gazu łzawiącego, do taki pampolicjant będzie się czuł bardzo zagrożony. Jak bardzo?  Tak bardzo, że będzie nim napierdalał naokoło. Za Wielką Wodą mają takie określenie, jak „trigger happy” (ma to kilka znaczeń: ktoś impulsywny, ktoś lubujący się w agresji, ktoś kto bardzo chętnie używa broni palnej), określenie to idealnie opisuje polskich stróżów prawa (niebawem będzie to jeden z najkrótszych dowcipów o policji). Rzecz jasna, policja traktująca gazem posłanki (na tyle P O T Ę Ż N E, że policja się ich boi [ale obywatel nie powinien się bać steryda z pałką teleskopową, prawda?]) za to, że te okazały legitymacje poselskie, nie ma sobie nic do zarzucenia. Rzecz jasna, plejada prawicowych zjebów tłumaczy, że „policja miała rację” (każdego z tych ludzi należałoby odpytać, kurwa, na wizji na żywo, co powinna zrobić policja wtedy, gdy ich partyjni koledzy dokazywali na Krakowskim Przedmieściu i patrzeć jak się pocą przed kamerami). Już samo to, że Zjednoczona Prawica tak zapamiętale broni policjantów, którzy ewidentnie przeginają pałę (gra słów niezamierzona) sugeruje, że to nie jest tak, że ci policjanci robią to, co robią sami z siebie (poza „Wydziałem Chujos” [tak, wiem, tamten raz miał być tym ostatnim, ale nie dałem Słowa Podkarpacianina, więc się nie liczy]) Tzn. owszem, pewnie chętnie traktowaliby gazem obywateli (ale pamiętajcie, oni nie są naszymi wrogami!), ale posłankom jednak by odpuścili, bo tu ryzyko przypału jest spore. No chyba, że ktoś im, kurwa, powie, że posłanki powinny np. dostać za swoje. Jestem prawie pewny, że to, w jaki sposób policja reaguje na posłanki wzięło się stąd, że pewien kieszonkowy dyktator został przez nie okrzyczany w Sejmie i pewnie do tej pory boli go z tego powodu ego (a jak wiadomo, ego kogoś, kto potrafi drzeć w Sejmie ryj o tym, że opozycja ma „zdradzieckie mordy”, jest bardzo wrażliwe). Nie ma innego powodu. Tylko i wyłącznie krysza, którą ktoś obieca bagieciarni może sprawić, że ci zaczną tak bardzo przeginać. To się nie skończy dobrze, bo nie może się skończyć. Ja wiem, że czynniki decyzyjne doszły pewnie do wniosku, że skoro na protesty chodzi znacznie mniej ludzi niż na samym początku, to znaczy, że można się już z protestującymi nie liczyć i można ich „złamać” (a dodatkowo pokazać posłankom lewicynco czeka każdego, kto podniesie głos na Genialnego Stratega). Tyle, że to pokazuje jedynie to, jak bardzo elity Zjednoczonej Prawicy są oderwane od rzeczywistości.


Na samiutki koniec tej i tak już przydługiej notki (która byłaby znacznie dłuższa, gdybym poruszył tu wszystkie wątki, które poruszyć chciałem [np. to, że policja próbowała zastraszać nastolatków biorących udział w protestach]) postanowiłem coś wyjaśnić na wypadek, gdyby na mój lewacki blog zabłądził jakiś stróż prawa. Ja wiem, że takowy stróż może uznać, że obraz policji, który to namalowałem literami jest jednostronny, tendencyjny/etc. Chciałbym w tym momencie takiemu stróżowi prawa oznajmić, że bardzo mi z tego powodu wszystko jedno. Mam takie, a nie inne doświadczenia związane z policją (które to doświadczenia nie były jakoś specjalnie spektakularne, bo wiedziałem czego nie należy robić jak się spotka znudzonego pana bagietę) i tego nie zmieni to, że ktoś się może poczuć „urażony” tym, że na ich podstawie wyrobiłem sobie opinie na temat policji. Ja rozumiem, że to nie jest łatwa, lekka i przyjemna robota, ale nie zamierzam się „stawiać na miejscu policjanta, żeby go zrozumieć”. Zamiast tego chciałbym takiemu policjantowi zaproponować postawienie się w roli kogoś, kto policjantem nie jest. Mój syn póki co jest na tyle młody, że może sobie spokojnie wierzyć w to, że policjanci są zawsze „tymi dobrymi” (takie tam Prachettowskie „kłamstwa dla dzieci”) . Jednakowoż za jakiś czas trzeba będzie mu zacząć tłumaczyć, że owszem, policjant powinien być dobry, ale czasem (szczególnie w godzinach nocnych), można trafić na znudzonego pana bagietę i wtedy trzeba na siebie bardzo uważać, tak na wszelki wypadek, bo przecież sama policja wychodzi z założenia, że dla obywatela różnica między bandytą, a policjantem nie istnieje, bo zarówno jeden, jak i drugi może nam spuścić wpierdol. Będę mu również musiał opowiedzieć o tym, że, owszem, ma prawo do protestowania, ale prawda jest taka, że może to być problem, bo policja uważa, że ma prawo do napierdalania ludzi biorących w protestach (i do zastraszania młodzieży licealnej). Bardzo nie chcę mu tego mówić, ale będę musiał, tak na wszelki wypadek. Owszem, do tej pory zawiadowca w Warszawie może się zmienić i przez policję przejdzie miotła (która wymiecie tych, których być tam nie powinno), tylko że widzicie, spolegliwość policji sugeruje, że gdyby po jeszcze lepszej zmianie do władzy doszedł jakiś kolejny wannabe emerytowany zbawca narodu, to policja może znowu wrócić do tych samych „wzorców”, którymi jara się teraz. Gdybym był naiwny, to pewnie bym się łudził tym, że być może policja wyciągnie wnioski z tego, co teraz się dzieje i w przyszłości, w momencie próby nie będzie tak chętnie bawiła się w zbrojne przedłużenie woli partii rządzącej. Gdybym był jeszcze bardziej naiwny, łudziłbym się, że policja zrozumie, że zatrudnianie typów mających problemy z agresją (czy tam z „krewkim charakterem”), którzy potem wyładowują się na obywatelach (czy to na ulicach, czy to na komendach) to średni pomysł. O tym, że policja mogłaby tak sama z siebie dokonać samooczyszczenia i pozbyć się ze swoich szeregów ludzi, którzy od pospolitych bandytów różnią się tylko i wyłącznie tym, że czasem noszą mundur, pisać nawet nie będę, bo to by już nie była naiwność, tylko wiara w cuda. Ponieważ naiwny nie jestem i w cuda nie wierzę, wolę dmuchać na zimne.


Źródła:

https://wiadomosci.wp.pl/proces-policjanta-strzelal-do-tygrysa-zabil-lekarza-6108997176517249a?c=336&src01=f1e45

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,164950,25454833,weterynarz-zginal-o-oblawie-na-tygrysa-byl-jednym-ktory-wiedzial.html

https://wydarzenia.interia.pl/wielkopolskie/news-zabojcza-pomylka-policji,nId,1125062

https://wyborcza.pl/1,75398,17360812,Sad_o_uzyciu_broni_przez_policjantow__Mieli_odskoczyc_.html

https://tvn24.pl/pomorze/ostrzelali-auto-przez-pomylke-policja-nie-chce-zaplacic-za-naprawe-ra574826-3310929

https://twitter.com/RafalWos/status/1329716594977730561

https://www.tvp.info/43153745/bodnar-broni-interesow-mordercy-dziecka

https://pl.wikipedia.org/wiki/Zamieszki_w_S%C5%82upsku

https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/sondaz-ktorym-instytucjom-ufaja-polacy-pytamy-o-policje-kosciol-ue-tk-rzad-i-sady/swnt7mn,79cfc278

https://www.magazynbieganie.pl/jak-uciec-przed-poscigiem-poradnik-taktyczny/

Link do filmiku, na którym dokazują posłowie PiS:

https://twitter.com/mart801/status/1332996806536519680

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1333398771762401280

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1333397118623625217

https://tvn24.pl/pomorze/gdansk-umorzenie-w-sprawie-wpisu-kolakowskiej-ra752769-2501725

https://opole.naszemiasto.pl/policjant-nie-jest-twoim-wrogiem-ruszyla-ogolnopolska-akcja/ar/c1-7974565

https://www.facebook.com/psydajaglos/posts/734385193835632

https://www.facebook.com/PolicjaPL/posts/3899701666717624

https://wyborcza.pl/7,75398,26527953,wydzial-chaos-w-akcji-kim-sa-policjanci-w-cywilu-ktorzy.html

https://oko.press/news-oko-press-policjant-ktory-bil-palka-to-antyterrorysta-mial-juz-problemy-z-prawem/

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,26529279,palek-mieli-uzyc-ci-z-wydzialu-drugiego-wiernego-dobrozmianowemu.html

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1330248281981653000




A poza tym sądzę, że z młodzieżą należy rozmawiać
17.11.2020

Ponieważ na protestach (w wiadomym temacie) pojawiało się bardzo dużo młodych ludzi, w internetach pojawiło się jeszcze więcej wielce uczonych analiz pt. „jak do tego doszło”. Wyjątkowo zabawne są te analizy w wykonaniu ludzi, którzy do tej pory (przy każdej możliwej okazji) tłumaczyli, jakie to młode pokolenie jest chujowe, jak bardzo nie obchodzi tego pokolenia to, co dzieje się w kraju/etc./etc. Jednakowoż w notce skupię się na komentarzach wyprodukowanych przez prawy sektor, albowiem są one o wiele bardziej spektakularne. Osobną kwestią jest to, że praktycznie cały komentariat patrzy na młodych, jak na osobny gatunek, którego nie da się tak do końca poznać (acz o tym będę się wymądrzał w dalszej części tekstu). Zanim przejdę do mojej autorskiej oceny tego „skąd wzięła się woda na terenach zalewowych”, pochylę się nad narracjami prawicowej części komentariatu (w tym funkcjonariuszy Kościoła), bo celność spostrzeżeń prawicowych tuzów można porównać do tej, z której słynęli Szturmowcy. Lojalnie uprzedzam, że nie będę zachowywał chronologii, bo nie ma ona najmniejszego znaczenia.


Na pierwszy ogień pójdzie combo Wybranowski&Wachowiak (jeden z kapelanów Twittera). Ponieważ prawica od początku protestu usiłowała narzucić swoją narrację „te młodzie są niepoważne”, toteż usilnie szukała na to dowodów. Wybranowski wrzucił filmik, na którym młodzi ludzie pląsają i powtarzają „jebać PiS”. Dorzucił do tego komentarz: „To mówicie, że chodzi o dramat kobiet czy o imprezę?”. Kapelan Twittera momentalnie podchwycił temat i dodał od siebie: „Pokolenie, które nie odrywa oczu od telefonu nawet, gdy spotyka się ze sobą, przeżywa stłumione pragnienia tworzenia czegoś wspólnie. Jest to uwłaczające, ale poranione pokolenie tylko tak umie być razem. Świat emotikonek nie wyuczył ich, że w realu pewne emocje są niebezpieczne.”. Do kwestii „nieodrywania oczu od telefonu” przejdę w dalszej części tekstu, teraz skupię się na całej reszcie, bo jest to wręcz cudowny (eufemizując) wysryw. Szczególnie urzekł mnie fragment końcowy: „Jest to uwłaczające, ale poranione pokolenie tylko tak umie być razem. Świat emotikonek nie wyuczył ich, że w realu pewne emocje są niebezpieczne.” Zacznę od końca. To jest, kurwa, niesamowite, jak bardzo kapelanowi Twittera przeszkadza śpiewanie „jebać PiS” i jak bardzo wcześniej nie przeszkadzało mu to, że wcześniej w Polsce odbywały się rasistowskie spędy, na których hejtowano uchodźców i np. śpiewano piosenkę o Auschwitz. Piosenka ta powstała co prawda wcześniej, ale w tym konkretnym kontekście było to nawiązanie do prawicowego mema, na którym było zdjęcie obozu zagłady i dopisek, że w sumie to możemy przyjąć uchodźców, bo infrastrukturę już mamy (sporo prawackich pejów spadło wtedy z rowerka [admini, rzecz jasna, płakali, że cenzura i że oni nie wiedzą, o co chodzi). Wtedy jakoś, kurwa, żaden klecha na ćwitrze nie napisał, że to negatywne emocje i że „w realu mogą być niebezpieczne”. Nie było to również uwłaczające. Tak samo, jak spędy nacjospierdolin, które chodzą poobwieszane neonazistowską symboliką. Tamto pokolenie jest w porządku, tak więc nie ma sensu tego komentować, prawda? Równie spektakularny, co niezrozumiały był fragment, w którym kapelan Twittera narzekał na to, że młodsze pokolenie: „nawet gdy spotka się ze sobą, przeżywa stłumione pragnienia tworzenia czegoś wspólnie”. Jeżeli mam być szczery, to pragnienie ogarnięcia wspólnie protestu wyszło temu pokoleniu bardzo dobrze i nie wyglądało na „stłumione”. W przeciwieństwie do spędów nacjo-inceli, którzy potem polowali na kobiety w Warszawie. Żadnego pragnienia „tworzenia czegoś wspólnie” nie było również wtedy, gdy Idiotenkopf zaczęło się zbierać pod kościołami, celem chronienia ich przed kobietami. Nie, nie. Z zakochanymi w przemocy (w tym domowej [bo skądś się to zamiłowanie do bicia kobiet musiało wziąć]) sebixami najwyraźniej wszystko jest w porządku. Zupełnie inaczej rzecz się ma w przypadku młodzieży, która nie przepada za partią rządzącą.  Odnoszę wrażenie (zapewne mylne), że krytyka ze strony kapelana Twittera spadła na młodzież dlatego, że (w przeciwieństwie do duchownych) nie kochają Zjednoczonej Prawicy.


Teraz przejdziemy do kolejnego combosa, którym będzie duet Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny (aka Patryk Jaki) i Joachim Brudziński. Jaki zbóldupił na filmik, na którym młoda kobieta wypowiada swoją niepochlebną opinię w temacie bełkotu Kai Godek (aka „Kafar Episkopatu”) o tym, że po wyroku TK nie będzie można zabijać Muminków (warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że wypowiedź Kai Godek doczekała się odpowiedzi z oficjalnego fanpeja Muminków). Zanim przejdę do meritum, poczynię pewną dygresję. Nie, to, że Patryk Jaki ma dziecko z zespołem downa, nie czyni z niego jakiegokolwiek autorytetu w kwestii prawa wyboru, ani też aborcji, z tej prostej przyczyny, że jego dziecko urodziło się mimo braku zakazu aborcji. Osobną kwestią jest to, że jeżeli syn Patryka Jakiego będzie potrzebował jakiejś rehabilitacji, to Patryka Jakiego będzie na nią stać. Warto przy okazji tej dygresji przytoczyć fragment wypowiedzi Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny, który to fragment pokazuje, jaka zajebista dulszczyzna panuje wśród polskich konserwatystów. Otóż, Patryk Jaki trochę narzekał na to, że znajomi się dziwowali jemu i jego małżonce, że „nie usunęli”. I teraz ogłaszam konkurs bez nagród: w jakim towarzystwie obraca się Patryk Jaki? Liberalnym, lewicowym, czy też prawicowo-konserwatywnym? No, ale to dygresja. Tak sobie myślę, że jeżeli Jaki chciał się czymś przejmować, to tym czymś powinny być idiotyczne pytania, które jakiś mediaworker zadawał tej młodej kobiecie (nie wiem, czy to nie jest jakiś ziom typa, który kiedyś paradował ze sztuczną brodą pod budynkiem TVP [wtedy, gdy doszło do brutalnego braku ataku na Magdalenę Ogórek], ale mam niejasne przeczucie, że to koledzy po fachu). Reakcja Patryka Jakiego wyglądała następująco: „Nawet nie mam siły tego komentować. Młodzież wychowana przez media 3RP i ich autorytety. Nie dziwę się, że wartości, o których naucza Kościół są dla nich kompletnie niezrozumiałe.”. Gdybym był złośliwy, to napisałbym, że właśnie dzięki zaniedbaniom (na płaszczyźnie edukacyjnej) III RP Patryk Jaki zawdzięcza swoją oszałamiającą (jak na swoją kondycję intelektualną), karierę. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę, że jednym z wielu zaniedbań nowej, odrodzonej Rzeczypospolitej było całkowite olanie tego kawałka edukacji, który powinien odpowiadać za nauczanie młodych ludzi krytycznego myślenia i odporności na wypowiedzi „autorytetów” w rodzaju biskupów, aktorów czy innych celebrytów, których media pytają o zdanie przy każdej nadarzającej się okazji, nie zwracając uwagi na to, czy aby na pewno odpytywani mają wiedzę potrzebną do tego, żeby sensownie odpowiedzieć na pytanie. Nie, to się nie zaczęło od tego, że Najman i Kowalski zostali ekspertami ds. Stanów Zjednoczonych – to jest po prostu ostatnie stadium choroby, która toczyła naszą debatę publiczną od dłuższego czasu. Jednym z symptomów tego ostatniego stadium było również to, że za autorytet uchodzi również osoba pokroju Patryka Jakiego. Owszem, nie tylko Polska choruje na tę chorobę (khe, khe, Trump, khe, khe), ale skupiamy się teraz na naszym własnym podwórku.


Mam niejasne przeczucie, że ból dupy Patryka Jakiego na tle pokolenia, które ma w dupie „wartości, o których naucza Kościół” (w kontekście raportu watykańskiego i programu o Dziwiszu, te wartości brzmią wyjątkowo złowieszczo), nie jest zwykłym marudzeniem „na młodych”. Dla nikogo tajemnicą nie jest to, że grupą docelową Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny jest skrajnie konserwatywny elektorat, który zahacza o szurię (Jaki kiedyś propsował Justynę Sochę i narzekał na obowiązkowe szczepienia). W trafianiu do elektoratu pomaga Jakiemu podpieranie się „autorytetem” Kościoła (i, rzecz jasna, Polakiem Papieżem). Dlatego też Jaki przejebał wybory w Warszawie, nikt nie nabrał się na wizerunek „Jakiego – normalsa”. Ten religijny „rdzeń” jest Jakiemu potrzebny do tego, żeby budować na nim cały wizerunkowy domek z kart. A teraz Jaki zobaczył na własne oczy, że jest olbrzymia grupa młodych ludzi, którzy mają wyjebane na to, co usiłuje im narzucić Kościół (religijny zamordyzm). Z odrzucenia „wartości” kościelnych przez młodych nie wynika więc dla Jakiego nic dobrego. Moja opinia na temat jego kondycji intelektualnej jest raczej znana, niemniej jednak zdaję sobie sprawę z tego, że Jaki jest bardzo cwanym politykiem. Na tyle cwanym, żeby zrozumieć konsekwencje tego, co się dzieje z młodym pokoleniem. Polscy konserwatyści sobie przez pewien czas wmawiali to, że młodzież jest teraz konserwatywna (o przyczynach, dla których tak się stało, wspomnę później) i praktycznie cały swój przekaz do młodzieży opakowali w konserwatywno-przaśne sreberka. A teraz dostali niepodważalny dowód na to, że te ich rachuby były mocno chujowe. Postawcie się teraz na miejscu Patryka Jakiego. Owszem, Jaki dostał się do Europarlamentu i będzie sobie tam siedział przez kilka najbliższych lat. Owszem, zarabia tam kupę kasy, ale co dalej? O głosach młodych ludzi może zapomnieć, a o te, które już ma (czyli o szuriat, który karmi swoimi narracjami), będzie się musiał napierdalać z Konfederacją. Zmagania te, z punktu widzenia młodzieży, będą wyglądały jak plebiscyt na to „kto jest bardziej popierdolony”. Potencjalna „utrata” młodych jest dużym problemem dla stosunkowo młodego polityka, którego ulubionym medium jest internet (a o zasięgi dba armia dronów i influencerów).  


Ponieważ mowa była o duecie, przyszła pora na pochylenie się nad wypowiedzią Brudzińskiego. Ów, zafrasowany tym, co napisał Patryk Jaki, dodał od siebie: „Biedne, naprawdę biedne odhumanizowane dzieciaki. Nie potępiam myślę,że my rodzice , nauczyciele, kościół, wychowawcy, coś przeoczyliśmy zostawiajac młodych sam na sam z internetem.”. Tym razem zacznę od końca, albowiem jakoś tak się nie złożyło, żeby Brudziński narzekał na zostawianie młodych sam na sam z internetem, w czasach, w których media społecznościowe były zdominowane przez Zjednoczoną Prawicę i jej drony/influencerów. Narzekanie na internety zaczęło się wtedy, gdy Zjednoczona Prawica zaczęła w nich zbierać straszliwy wpierdol. Owszem, drony usiłują to jakoś równoważyć kompulsywnym napierdalaniem komentarzami „najlepszy rząd na świecie”, lajkowaniem i favami, ale w porównaniu z liczbą krytycznych komentarzy, wygląda to cokolwiek mizernie. Zrozumiałe jest więc to, że internet jest znowu „zły”. O takich drobnostkach jak to, że Brudziński słowem nie zająknął się o dehumanizacji wtedy, gdy Zjednoczona Prawica nazywała ludzi zarazą, wirusem etc. wspominać nie trzeba. Tak, wiem, Brudziński użył określenia „odhumanizowane”, ale nie można w ciemno zakładać, że wie, co tak właściwie napisał, bo to jednak Joachim Brudziński. Poza tym, mamy w ćwicie utyskiwania na to, że wszyscy „zawiedli” młodych. Warto w tym miejscu zauważyć, że Brudziński razem z kolegami ma w dupie młodych ludzi, ale bardzo go boli to, że młodzi nie chcą na niego głosować, a patrząc na trend wśród młodzieży, kolejne roczniki, które będą miały prawo do głosowania w kolejnych wyborach, raczej nie opowiedzą się po stronie Zjednoczonej Prawicy. Tak po prawdzie, sporą część wpisu Brudzińskiego można by było zastąpić czymś takim: „dzieciaki okazały się odporne na religijno-konserwatywną urawniłowkę, zawiedliśmy”.


Kolejną próbę przeanalizowania problemu podjął duet rządowych mediaworkerów Przemysław Wenerski & Dan Liszkiewicz (ten drugi, to ekspert od udowadniania, że jak Sebixy napierdalają młodzież, to tak naprawdę nikt nikogo nie pobił, bo to wszystko na niby). Pierwszą dogłębną analizę przeprowadził Wenerski: „Ktoś tych młodych ludzi teoretycznie wychowywał. Ale nie wpoił im kulturowego kodu. Nie wytłumaczył, że pewnych rzeczy (publicznego bluzgania, profanacji świątyń, obsceny) po prostu nie wypada robić. To porażka systemu edukacji, ale przede wszystkim klęska rodziców tej hałastry.”. We wpisie Wenerskiego najbardziej urzekło mnie to pierdolenie, że młodych nie wychowano bo obscena, bo bluzganie publiczne/etc. Ok, rozumiem, że komuś takie rzeczy mogą na serio przeszkadzać, ale przypominam, że żyjemy w kraju, w którym od dłuższego czasu (ze 30 lat będzie) kibole wypinają dupy do kamer, machają kutachami w miejscach publicznych, katują wszystkich swoimi chujowymi przyśpiewkami, w których przeciętna liczba wulgaryzmów jest znacznie większa od tej, z którą macie do czynienia czytając moje najdłuższe teksty, w kraju, w którym skrajna prawica napierdala ludzi na ulicach, wiesza podobizny polityków na szubienicach, śpiewa piosenki o Auschwitz/etc. Gdyby więc Wenerski był faktycznie takim arbitrem elegancji, za jakiego stara się uchodzić, to nie czekałby ze swoim oburzeniem do momentu, w którym hasło „wypierdalaj” padnie ze strony ludzi, których nie lubi. Z naszym prawym sektorem jest tak, że dostrzega pewne zjawiska dopiero wtedy, gdy pojawiają się one po „przeciwnej” stronie. Jeżeli to „ich” strona bluzga, obnaża się publicznie, bądź też napierdala „nieprawilnych”, wszystko jest w porządku (a czasem nawet się tę stronę wesprze, bo to przecież kolejne pokolenie AK, patrioci/etc.). Jeżeli zaś ktoś, kogo nie lubią (bo np. nie jest fanem religijnego zamordyzmu) głośno powie „wypierdalać”, to zaczyna się kręcenie nosem i pytania „gdzie byli rodzice”.


Do analizy Wenerskiego przyłączył się Liszkiewicz i napisał: „Rodzice już dawno stracili kontrolę nad dziećmi, którą przejęła sieć. Facebookowe grupy dla gimbazy liczące po kilkaset tysięcy członków, Youtube'owi patostreamerzy którzy stali się bohaterami, influencerzy pokazujący jak żyć. Większość rodziców nawet nie ma o tym pojęcia.”. Gdybym był złośliwy (a doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, że nie jestem), to napisałbym, że dość osobliwie wygląda krytyka „patostreamingu” w wykonaniu pracownika największego patostreamu w historii Polski (aka - „media narodowe”). Ponadto, mamy tu do czynienia z dokładnie tym samym schematem, który opisałem wcześniej. Liszkiewiczowi nie przeszkadzały różne gówno-telewizje internetowe w rodzaju „wRealu24”. Nie przeszkadzało mu również to, że w Ministerstwie Sprawiedliwości zatrudniano (nie wiem, czy nadal jest zatrudniany i stąd czas przeszły) typa, który prowadził jeden z bardziej pokurwionych pato-prawicowych portali (+ kanał na YT) i który dysponuje kilkudziesięcioma fanpejdżami (khe, khe, Vloger Dariusz). Liszkiewiczowi to nie przeszkadzało, bo choć prawy internet publikuje straszne gówno, to jednak jest to gówno prawicowe, a takowe Liszkiewiczowi nie śmierdzi. Liszkiewiczowi nie przeszkadzało również to, że mendia narodowe zapraszały i zapraszają (w charakterze ekspertów) ludzi w rodzaju Marcina Roli, Cejrowskiego, Najmana, Mariana Kowalskiego (generalnie są to osoby, dla których nie ma przeciwwagi po „lewej stronie”). Reasumując: wszystkiemu winien internet (ale, rzecz jasna, nie ten prawicowy).


Kolejną osobą, nad którą przyjdzie mi się pastwić, będzie Przemysław Czarnek. Tutaj niespodzianek nie ma, bowiem z racji powierzonego mu ministerstwa wiadome było, że pan Przemysław będzie winił za wszystko oświatę: „sytuacje, które widzimy na ulicach jeżą włos na głowie. To są rzeczy, z którymi się nie spotykaliśmy. Jest to niestety efekt porażki części systemu oświaty z ostatnich kilkudziesięciu lat”. Przyznam się szczerze, że nie jestem biegły w Czarnkologii, ale coś mi się wydaje, że kiedy kibole, narodowcy i inna sebixiada rozpierdalali miasta, tłukli ludzi na ulicach i generalnie zachowywali się „be”, to Czarnkowi włos na głowie się nie jeżył. Gdyby tak było, to najprawdopodobniej wspomniałby o tym, że znacznie gorsze rzeczy działy się u nas już wcześniej. W tym miejscu pora na kolejną dygresję. Ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że spora część prawicowego bólu dupy na tle tego, co robią młodzi ludzie, bierze się stąd, że młodzi mają wyjebane na Kościół (wspominałem o tym przy okazji pastwienia się nad Jakim). Boli ich to nie dlatego, że młodzi zachowują się źle, ale dlatego, że kościelna machina propagandowa (wspierająca prawicę od dawna) będzie się robiła coraz mniej skuteczna (z przyczyn, że tak to ujmę, stricte biologicznych). Owszem, część fundamentalistów trochę piecze to, że młodzi mają inne poglądy, ale większość z nich znacznie bardziej piecze to, co wynika z tych innych poglądów (malejące poparcie). Jeżeli zaś chodzi o Czarnka, to ów wpadł na genialny pomysł, który NA PEWNO pomoże złapać konserwom lepszy kontakt z młodszym pokoleniem. Otóż: „Co do nauki dzieci i młodzieży w szkołach podstawowych i średnich - absolutnie tak. Nauczanie historii, ostateczne zakończenie tej pedagogiki wstydu, która towarzyszyła naszej edukacji przez kilkadziesiąt lat, i dzisiaj mamy tego efekty również, i jednoznaczne poprawienie podręczników, zwłaszcza w tym obszarze, o którym mówił pan redaktor, bo w wielu miejscach podręczniki nie pasują do podstawy programowej”, oraz: „Jeśli słyszę dziś, że w wielu polskich uczelniach odmawia się prawa doktorantom do cytowania św. Jana Pawła II, a także św. Tomasza z Akwinu, mówiąc, że to nie byli naukowcy, to jest niestety zgnilizna naszego systemu szkolnictwa wyższego, z którą będziemy musieli kończyć, poprzez wprowadzanie również do kanonu lektur dzieł Jana Pawła II, zwłaszcza w tych starszych rocznikach”. Pozwolę sobie w tym miejscu zauważyć, że wszystkie osoby, które opowiadają brednie o tzw. „pedagogice wstydu”, są ofiarami pedagogiki debilizmu. W tym miejscu przyznać muszę, że zacietrzewienie części polityków znajduję cokolwiek zjawiskowym. W opinii tych ludzi: Polska i Polacy byli tylko i wyłącznie ofiarami i nigdy nie zdarzyło się nic, czego Polacy powinni się wstydzić. Niesamowite jest to, że ludzie, którzy non stop domagają się (rzekomo, w imieniu Polski) przeprosin od wszystkich dookoła (bo nas przecież skrzywdzili, zdradzili i rozbiory nam zrobili, potopy/etc.), nie są w stanie pogodzić się z tym, że niektórzy mogą takich samych przeprosin oczekiwać od Polaków. W prawicowej optyce: wszyscy Niemcy są odpowiedzialni za nazizm, ale żaden Polak nie był odpowiedzialny za to, co stało się w Jedwabnem, albo za pogrom kielecki. Narracje, które prawica serwuje w ramach „obrony dobrego imienia” Polski, to są wyżyny spierdolenia. Cebulą na torcie tegoż były tłumaczenia Anny Zalewskiej (w owym czasie była szefową MEN), która starała się odpowiedzieć na pytanie „kto odpowiada za to, co stało się w Jedwabnem: „To fakt historyczny, w którym doszło do wielu nieporozumień, do wielu bardzo tendencyjnych opinii – mówiła. - Dramatyczna sytuacja, która miała miejsce w Jedwabnem, jest kontrowersyjna. Wielu historyków, wybitnych profesorów, pokazuje zupełnie inny obraz - tłumaczyła. - Zostawmy to historykom i książkom historycznym”. Równie spektakularne były jej tłumaczenia odnośnie tego, co się stało w Kielcach: „Różne były zawiłości historyczne - powiedziała Zalewska. Według niej, za tamtą zbrodnię odpowiadali "antysemici", ale nie Polacy. - Nie do końca "Polak" równa się "antysemita"”. Czemu Zalewska nie mogła powiedzieć o tym, kto odpowiada za Jedwabne i pogrom kielecki? Bo wtedy, moi drodzy, to by była „pedagogika wstydu”. Ktoś może powiedzieć: „ale zaraz, to nie jest żadna "pedagogika wstydu", tylko historia”. Taki ktoś będzie miał rację, ale niech ktoś taki nie liczy na zrozumienie ze strony prawego sektora. Tym samym „odejście od pedagogiki wstydu” będzie oznaczać próbę napisania historii od nowa. Jeżeli zaś chodzi o wrzucenie JP2 do kanonu lektur, to życzę powodzenia każdemu, komu się wydaje, że w ten sposób sprawi, że młodzież dzięki temu zacznie się przejmować tym, co ma do powiedzenia Kościół (aczkolwiek z drugiej strony, współczuję młodzieży, które będzie musiała czytać te brednie).


Ponieważ materiału wsadowego („analiz”) było od cholery, musiałem zrobić ostrą selekcję. Tak więc, zanim przejdę do ostatniego przedstawiciela bezmyśli konserwatywnej, pozwolę sobie wspomnieć o tych narracjach, nad którymi nie będę się pastwił drobiazgowo. Dość popularną była ta, z której wynikało, że młodzi protestują, ale tak naprawdę, to nie wiedzą przeciwko czemu są te protesty. Konserwy były tak bardzo zakochane w tej narracji, że za zwrócenie uwagi pewnemu instytutowi, o którym nie można mówić wiecie czego na to, że jeżeli ktoś uważa, że młodzież nie wie, przeciwko czemu protestuje, to chyba sam nie bardzo ogarnia tego, o co chodzi w protestach, dostałem bana.  Inną narracją była ta, z której wynikało, że młodzi protestują z nudów (bo nie chodzą do szkoły, knajpy są pozamykane/etc.). Jeszcze inną zbudował Bartłomiej Graczak (pracownik mendiów rządowych), który był tak bardzo dumny ze swojego wpisu, że aż to skasował. Cóż takiego napisał? Ano tylko tyle, że młodzi ludzie dostali za darmo edukację od państwa (i byli zależni od rodziców), a teraz krzyczą „wypierdalać”.


Zgodnie z zapowiedzią, teraz przyszła pora na jednego z tytanów myśli konserwatywnej, Igora Janke, który napisał był długi tekst o młodzieży, z którego to tekstu wynika tylko tyle, że Igor Janke niewiele ogarnia. Nie będę się odnosił do całego tekstu, albowiem zdebunkowanie go wymagałoby kilkudziesięciu stron tekstu (oraz przypisów). Zamiast tego zaserwuję wam cytat i skrótowo się doń odniosę: „To pokolenie wychowane ze smartfonem w ręce, a w każdym razie z nieograniczonym dostępem do internetu od najmłodszych lat. To pierwsze w historii świata pokolenie poddane tak potężnej fali informacji, dezinformacji, prostego dostępu do pornografii, przepisów na produkcję i używanie narkotyków, opisów pięknego nierealnego świata, w którym każdy może mieć piękną brykę, dom z basenem, w którym wszystkie dziewczyny są zgrabne, mają piękne piersi, a wszyscy mężczyźni mają świetne zbudowane torsy. Świata, w którym można mieć kilka żyć i kliknięciem palca przeskoczyć na następny level. Photoshop i gry odrealniły ich świat. Pokolenie poddane potężnej presji marketingowej, przekonaniu, że wszystko mogę mieć tu i teraz w dowolnej ilości.”. Jedyna rzecz, z którą mogę się zgodzić to ta, że młodsze pokolenia mają dostęp do olbrzymiej fali informacji. Nie mogę się jednak zgodzić z sugestią, w myśl której, młodsze pokolenie jest podatne na dezinformację. Może inaczej, każdy jest podatny na dezinformacje, ale mam niejasne przeczucie, graniczące z pewnością, że o wiele bardziej podatne jest pokolenie starsze, które nie było przyzwyczajone do weryfikowania zdobytych informacji ze względu na zaufanie, którymi owo pokolenie darzyło wszelkiej maści autorytety. Z tego właśnie powodu starszemu pokoleniu znacznie łatwiej było „zmieniać poglądy”. Wystarczyło bowiem przeskoczyć z jednego autorytetu na drugi. W sytuacji, w której ktoś nie przejmuje się autorytetami, ciężko kogoś zbajerować metodą na „gadające głowy”. Poza tym, nie da się takiej osoby zbajerować metodą na nadautorytet (czyli – Kościół). W przeciwieństwie do starszego pokolenia, które wychodziło z założenia, że kłamią tylko „wrogie” media, młodsze pokolenie wychodzi z założenia, że media generalnie nie mówią całej prawdy, więc trzeba weryfikować większość informacji. Jeżeli ktoś jest ciekaw tego, do jakich ekstremalnych sytuacji doprowadza ślepa wiara w autorytety, to polecam filmik Gonciarza pt. „Prawdziwy atak na polskie rodziny” (uprzedzam, że to jest bardzo mocno dołujący materiał).


Wydaje mi się, że właśnie w tym podążaniu (przez starsze pokolenie) za autorytetami można upatrywać przyczyn, dla których przedstawiciele tegoż pokolenia (w tym pracownicy kościelnego korpo), z uporem godnym lepszej sprawy powtarzają narrację, w myśl której młodzież nie jest homofobiczna dlatego, że się naoglądała Netflixa. Jeżeli ktoś całe swoje życie (bądź też znaczną jego część) zmarnował na skakaniu z autorytetu na autorytet, to nie będzie w stanie wyjść ze swojego pudełka i uznać, że ktoś może mieć takie, a nie inne poglądy dlatego, że sam sobie do nich jakoś doszedł, a nie dlatego, że ktoś (NETFLIX!) mu te poglądy w jakiś sposób narzucił. Jednym z większych absurdów jest to, że ludzie ślepo podążający za autorytetami, każdemu oponentowi zarzucają, że (a jakże) „nie myśli samodzielnie”. Stąd pewnie wzięło się to przywiązanie do nazwisk. Bo nie może być tak, że ktoś chce państwa opiekuńczego, bo uważa, że jest ono lepsze od państwa, które ma obywateli w dupie. Nic z tych rzeczy. Ten ktoś ma takie poglądy, bo się „naczytał Marksa” (a jak Marks, to wiadomo, że Stalin, Pol Pot, Mao i druga wojna światowa). Ci sami ludzie, którzy zarzucają innym „nieumiejętność samodzielnego myślenia”, będą klepać bzdury o tym, że dwie lesbijki nie powinny mieć prawa do zawarcia związku małżeńskiego, „bo prawo naturalne”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Zastanawiałem się czy w tym miejscu walnąć jedną dygresję anecdatyczną i pewnie domyślacie się, jaki był rezultat tego mojego zastanawiania się. Jeden z takich przypadków, o których wspomniał Gonciarz, mam w swojej rodzinie. Osoba ta przeszła bardzo daleką drogę od czasów, w których cieszyła się z tego, że AWS przegrał wybory, poprzez czasy, w których uważała (całkiem słusznie), że Prawo i Sprawiedliwość jest groźną partią, aż do czasów, w których uważa, że Matka Kurka jest spoko, covid nie istnieje, a szczepionki powodują autyzm (o spisku wielkich koncernów farmaceutycznych i wierze w ziębizm wspominać chyba nie trzeba, prawda?). Dyskusja z tą osobą jest praktycznie awykonalna, bo jakakolwiek próba podważenia jej argumentów jest „odbijana”: „mówisz TVN-em”. To jest dość daleka rodzina (tak więc kontakty były już wcześniej mocno sporadyczne) niemniej jednak można sobie z tego przypadku wysnuć wnioski, jakim pierdolonym piekłem może być życie z kimś takim pod jednym dachem (szczególnie zaś w sytuacji, w której takowa osoba może uskuteczniać przemoc ekonomiczną wobec „nieprawilnych”, członków rodziny).  


No, ale to tylko taka przydługa dygresja. Wracajmy do cytatu. Co prawda na temat przyczyn, dla których woda znalazła się na terenach zalewowych, miałem się wymądrzać nieco później, ale będę musiał zrobić lekki spoiler przy okazji omawiania kolejnego fragmentu wiekopomnej analizy Igora Janke. Konkretnie zaś tego fragmentu, w którym Igor Janke zaczął tłumaczyć, że ci młodzi, którzy teraz protestują, mieli wcześniej styczność z potężna falą „opisów pięknego nierealnego świata, w którym każdy może mieć piękną brykę, dom z basenem”. W dalszej części tekstu (której już mi się nie chce cytować), Janke twierdzi, że ci „zbajerowani” młodzi potem przeżyli brutalne zderzenie z rzeczywistością i stąd ten wkurw. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Janke (zapewne omyłkowo) opisał to, co stało się udziałem mojego pokolenia (które raczej ciężko określić mianem „młodego”). To nam, urodzonym w czasie wyżu demograficznego wmawiano, że powinniśmy się grzecznie uczyć, kończyć studia i jak je skończymy, to praca będzie na nas czekała. To nam wmawiano, że jeżeli będziemy posłuszni i nie będziemy podskakiwać, to będzie się nam lepiej żyło (bo „pokorne ciele dwie matki ssie” i tego rodzaju bzdury). To nam wmawiano, że jeżeli tylko się postaramy, to osiągniemy wszystko, co sobie zaplanujemy (teraz coś takiego nazywamy coachingiem i mamy z tego bekę, ale wtedy to się nazywało „wychowanie”). Wmawiano nam całe mnóstwo rzeczy, których „wyuczenie się” sprawiło, że mieliśmy przejebane. W tym miejscu chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że kluczowe w powyższym fragmencie jest słowo „wmawiano”. Nie było bowiem tak, że ktoś nas celowo okłamywał. Nic z tych rzeczy, pokolenie naszych rodziców na serio wierzyło w to, co nam przekazywało i robiło to „w dobrej wierze”.


Nikt nie pomyślał o tym, że właśnie wpaja młodszemu pokoleniu przekonania, które będą gówno warte w momencie, w którym owo pokolenie wejdzie w dorosłość i na rynek pracy. Władze zupełnie nie przejmowały się tym, „co się stanie, jak kupa młodych ludzi wejdzie na rynek pracy”. Nie zrobiono absolutnie nic, żeby ów rynek pracy na to przygotować. Zamiast tego, rząd Jerzego Buzka zajmował się reformą edukacji (wprowadzenie gimbaz, które teraz prawica rozjebała), reformą emerytalną (która oznaczała obciążenie finansowe dla ZUSu [a co za tym idzie, dla budżetu krajowego] i którą to reformę rozjebali liberałowie razem z prawicą), reformą ochrony zdrowia (którą potem zlikwidowało SLD)  i reformą administracyjną (którą zaszkodziła biedniejszym regionom [bo, cóż za brak zaskoczenia, z połączenia kilku biedniejszych województw nie powstało województwo bogate]). Zajmowano się tym wszystkim i na ogarnięcie sytuacji z wyżem demograficznym, wchodzącym na rynek pracy, po prostu nie starczyło czasu. Dobra, żartowałem, po prostu władze miały to w dupie i najprawdopodobniej uwierzyły w to, że slow market wszystko wyreguluje pięknie. No i wyregulował. Części pracodawców odjebało do tego stopnia, że na byle jakie stanowisko wymagano „ukończonych studiów wyższych”. Doskonale pamiętam suchar, który wtedy usłyszałem „niebawem do tego, żeby kopać rowy, potrzebny będzie doktorat z geologii” [jako niegdysiejszy kopacz rowów mogę autorytatywnie stwierdzić, że wiedza z zakresu geologii jest zbędna, byle tylko odróżniać glinę od zwykłej ziemi]). To, w połączeniu z wpajaną nam pokorą sprawiło, że nasze pokolenie było tak bardzo dymane przez pracodawców, że, jak to powiedział klasyk, nawet „platforma nas tak nie wyruchała”. Im biedniejszy region, tym bardziej odpierdalało pracodawcom. Nadgodziny, za które nikt nie płacił, mycie auta szefowi (bo przecież szlachta nie zrobi tego sama, a do myjni to niby można pojechać, ale piniendzy szkoda), gnojenie podwładnych na wiele różnych sposobów, gówniane wypłaty i tak dalej i tak dalej. Jak się w takich realiach żyło ludziom, którym wmówiono, że mogą wszystko, że wystarczy, że będą się uczyli i praca się znajdzie, że jeżeli ktoś nie może znaleźć pracy, to jest jebanym leniem i po prostu źle szuka, że trzeba być „pokornym”? Eufemizując, chujowo się żyło. Takim ludziom najłatwiej było wmówić, że wszystkiemu winny jest „spisek elit okrągłego stołu”, które rozkradły państwo. Prawda jest niestety taka, że nikt nie spiskował, po prostu wszyscy mieli to pokolenie w dupie (chyba nawet się na ten temat wymądrzałem kiedyś już). Niemniej jednak, przyjebanie w rzeczywistość przeorało mentalność mojego pokolenia. Jak to się więc stało, że prawicowi tytani intelektu praktycznie w ogóle o tym nie wspominali (zdarzało się to sporadycznie, o czym jeszcze wspomnę)? Ano tak to się stało, że oni też mieli to w dupie. Czasem udawali, że mają to nieco mniej w dupie, ale tylko po to, żeby móc się przyjebać do przeciwników politycznych. W tym miejscu muszę się przyznać do tego, że moje dywagacje w kwestii tego, co się odjebuje z moim pokoleniem wzięły się z tego, że obserwowałem (również w swoim bliskim otoczeniu) moich rówieśników, którzy z pozycji mocno umiarkowanych przeszli na jaranie się Bosakami, Zjednoczonymi Prawicami i Konfederacjami, Ruchami Narodowymi etc. Wydaje mi się, że tu właśnie (w zaczadzeniu mojego pokolenia skrajną prawicą) można upatrywać przyczyn, dla których prawicowi intelektualiści (tak, wiem, to instant oxymoron) mieli w dupie to pokolenie. Do pewnego momentu nie chcieli się wypowiadać na ten temat, bo nawet do bardziej tępych z nich docierało to, że ich pokolenie wychujało następne. Potem zaś wychujane pokolenie zaczęło zerkać w stronę prawicy (która opowiadała o tym, że to, co spotkało młodych, to wina spisków/etc. i wskazali winnych), tak więc po prawej stronie dyskusja na temat tego „co się stało”, została zastąpiona narracją „winny okrągły stół”. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponoszą w głównej mierze ci, którzy przez wiele lat tłumaczyli, że „nic się nie stało” i wypierali z debaty publicznej problem pokolenia, dla którego, w praktyce, nie ma miejsca w Polsce (i które masowo wypierdalało za granicę). Prawica (która miała młodych tak samo w dupie) po prostu wykorzystała sposobność do pozyskania elektoratu. Gdyby państwo nie zawiodło mojego pokolenia, narracje o „zdrajcach” rezonowałyby po skrajnie prawicowych środowiskach. Ponieważ zaś było tak, jak było, te brednie weszły do mainstreamowej debaty publicznej. Gwoli ścisłości, jest to sytuacja praktycznie „nienaprawialna”, bo wstępem do jej poprawienia musiałoby być przyznanie się starszego pokolenia do tego, że miało w dupie to, co się dzieje z młodymi, bo „wiedziało lepiej”, a tego raczej nie doczekamy, bo dla czynnych polityków ze starszego pokolenia, byłoby to polityczne samobójstwo.


Wydaje mi się, że w tym momencie możemy przestać pastwić się nad analizami autorstwa prawego sektora. Wszystkie te mądrości zostały przelane na papier (bądź też wypowiedziane na antenie) tylko i wyłącznie dlatego, że młodzi skandowali „Jebać PiS” (działo się to również na Krupówkach i w wielu miejscach, po których raczej byśmy się tego nie spodziewali). Z wszystkich tych analiz wyziera niezrozumienie tego, „co się tak właściwie dzieje” (przykrywane narracjami „to młodzi nie wiedzą przeciwko czemu protestują) oraz strach. Strach przed tym, że straciło się (najprawdopodobniej bezpowrotnie) kontakt z młodymi. To, co teraz odpierdala Czarnek, jest dolewaniem oliwy do ognia, ale w optyce skrajnych konserwatystów to jest po prostu jedyne wyjście z sytuacji: skoro młodzi nie chcą nas słuchać po dobroci, to zmusimy ich do posłuszeństwa. Skończy się to, rzecz jasna, spektakularną porażką, z przyczyn, które wymieniali wcześniej prawie wszyscy „analitycy”. Te przyczyny to „internet” i „smartfony”, dzięki którym młodzi wiedzą, że nie są odosobnionymi przypadkami w swojej walce z konserwatywnym spierdoleniem.


Trochę zabawne jest to utyskiwanie Czarnka (i ludzi, którzy dali mu to stanowisko), który tłumaczy, że do tej pory edukacja wyglądała chujowo/etc. (tzn. owszem, wyglądała, ale Czarnkowi nie o to chodzi). Narracja Czarnka i jego mocodawców jest taka, że od 89 roku nikt nie zadbał o należyte wychowanie młodych ludzi. No i wszystko fajnie, ale nieśmiało przypominam, że Zjednoczona Prawica rządzi od 2015 roku (a wcześniej przez prawie 2 lata rządziła Polską tzw. „moherowa koalicja”). Gdyby potraktować narracje Czarnka dosłownie, to trzeba by było się pogodzić z tym, że właśnie ostro skrytykował on Zjednoczoną Prawicę za to, że ta zawaliła sprawę. Nieśmiało przypominam, że głowy w Zjednoczonej Prawicy spadały za znacznie mniejsze przewiny, zaś Czarnka na razie wszyscy wychwalają. Jego kariera jest możliwa tylko i wyłącznie dlatego, że Czynniki Decyzyjne w Zjednoczonej Prawicy (i w polskim Kościele) uznały, że tylko i wyłącznie w ten sposób będzie można zabetonować władzę i nie przejebać wyborów w 2023. Bo wiecie, wszystko fajnie, suweren by większość rzeczy im wybaczył, ale tego, że ludzie teraz umierają całymi setkami, firmy bankrutują (a ludzie lądują na bezrobociu) może już nie wybaczyć i może się domagać kar więzienia. Przyznacie chyba, że dla polityka Zjednoczonej Prawicy nie jest to przyjemna perspektywa.


Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o tym, że jeżeli chodzi o młodych ludzi, to PiSowskie podejście do tychże przypominało sinusoidę. Do 2015 było hejtowanie „młodych wykształconych z większych ośrodków”, po 2015 się to zmieniło, bo PiS wygrał również wśród młodszych wyborców (głównie za sprawą skutecznych działań w internecie) i ktoś tam przestawił wajchę, na „młodzi są fajni”. Jednocześnie zaczęto hejtować starsze pokolenie (i stąd te wszystkie ubeckie wdowy, oderwani od koryt, stare baby z KODu/etc.). Jestem się w stanie założyć, że ktoś tam w Zjednoczonej Prawicy popełnił dwa zajebiście wielkie błędy. Pierwszym było to, że ktoś wyszedł z błędnego założenia, że skoro PiS wygrał we wszystkich grupach wiekowych, to znaczy, że młodzi są konserwatywni, a to znaczy, że można spokojnie grzebać przy prawie aborcyjnym (efektem tej konkretnej pomyłki był Czarny Protest). Drugim błędem było przeświadcznie, że skoro się raz wygrało, to znaczy, że wygrywać się będzie już zawsze (bo „znalazło się dobry kontakt z młodymi”), zaś poparcie w młodszych elektoratach będzie tylko i wyłącznie rosło. Stąd przeca wziął się pomysł, żeby Prezydent RP, który ośmieszał się na ćwitrze, zaczął się udzielać na TikToku. Gdyby rację miał Igor Janke (i wszyscy ci, którzy twierdzą, że młodzi są zmanipulowani i że w ogóle to bajecznie łatwo ich zmanipulować), to zarówno PiS, jak i obecny Prezydent RP biliby rekordy popularności wśród młodych. W rzeczywistości Zjednoczona Prawica jest przez młodych bezlitośnie chłostana (zasłużenie, rzecz jasna). Nawiasem mówiąc, utyskiwania prawego sektora na młodych, których „łatwo zmanipulować”, przypominają marudzenie części komentariatu antyPiSowskiego, który nieumiejętność ogarnięcia się przez opozycję tłumaczy tym, że elektorat został zmanipulowany.


Wcześniej zapowiadałem, że poruszę temat „pochylania się” nad młodszym pokoleniem i jego problemami przez prawicowe elity. Ponieważ trollowaniem w internecie zajmuję się już od dość długiego czasu, zdarzyło mi się praktycznie na początku mojej działalności hejterskiej pastwić nad artykułem Kalifa Researchu, Rafała Ziemkiewicza, który w październiku 2012 z właściwą swej kondycji intelektualnej wrażliwością opisał to, co dzieje się z młodym pokoleniem. Wiadomo, że Ziemkiewicz to Ziemkiewicz i jego wysrywy mają niewielki kontakt z „bazą”, niemniej jednak jest to również człowiek, który w owym czasie dzielnie wspierał PiS (i hejtował PO), tak więc nawet jeżeli jego teksty miały niewielki związek z rzeczywistością, to jednakowoż dobrze oddawały stan ducha prawego sektora. Pozwolę sobie wrzucić kilka cytatów z tekstu, ale nie będę się nad nimi zbyt szczegółowo pastwił, bo po pierwsze, potrzebowałbym do tego bardzo dużo liter, a po drugie, przypierdalałem się do tego tekstu „na bieżąco” (jeżeli ktoś będzie chciał poczytać, to linki w Źródłach znajdzie). Tytuł notki był cholernie mylący, albowiem „Śmieciowa generacja” mogłaby sugerować, że Ziemkiewicz pochylił się nad problemem ludzi zatrudnionych na umowach śmieciowych. Owszem, wzmianka o tych umowach też się pojawia, ale generalnie w „śmieciowej generacji” chodzi o to, że generacja jest po prostu (zdaniem Ziemkiewicza) chujowa. Oto garść cytatów: „„Przywykłem już do opowieści o "młodych wykształconych", ze świeżo zdobytymi dyplomami, którym myli się Chopin i Schopenhauer, a pytani, kto to Platon, odpowiadają pytaniem: proszek do prania? (…)„Przywykłem, jako się rzekło, do takich opowieści - profesorów, nauczycieli czy innych ludzi z racji swego zawodu obcujących z najnowszą produkcją naszego systemu edukacyjnego i rwących sobie nad nią resztki włosów z głów. (…) Ale od pewnego czasu coraz częściej słyszę analogiczne opowieści od praktyków biznesu i menedżmentu. Oni opowiadają już nie o tym, że absolwenci szkół wyższych, nierzadko uważanych za prestiżowe, nie wiedzą nic o kulturze, historii, współczesności nawet - ale że nie mają pojęcia o swoich wąskich, wyuczonych jakoby i potwierdzonych dyplomem specjalnościach. Nie potrafią napisać oferty handlowej, nie potrafią zrobić prostej analizy, nie potrafią odpowiedzieć na najprostsze nawet pytanie, jeśli nie mają a, b i c do zakreślenia i dostępu do gugla. - Kompletni analfabeci - podsumował pewien egzekutiw, po odbyciu szeregu rozmów kwalifikacyjnych z posiadaczami stosownych dyplomów i zaświadczeń o odbytych stażach. (…) Może się Państwu wydać, że pobrzmiewa w tym felietonie brzydka radość z cudzego nieszczęścia, takie zgredowskie "o dobrze wam, a nie mówiłem, że tak będzie?". Nie, nie cieszy mnie ta sytuacja. Lekcja udzielona milionowi gówniarzy, którzy okazali się tak podatni na prymitywną socjotechnikę władzy, nie była warta szkód, jakie wyrządzili Polsce Tusk i jego ferajna”


Szczegółowo pastwić się nad tym nie zamierzam, ale nie obiecywałem, że wrzucę to gówno na bloga i w ogóle się do tego nie odniosę. Przyjdzie mi zainaugurować przypierdalanie się do tego tekstu od końca. Winę za to, że generacja (do której się zaliczam) jest chujowa, ponosi rzecz jasna Tusk, który „zbajerował” młodych i kazał im iść na studia. Słowem się Ziemkiewicz nie zająknął, że przekonanie o tym, że jak się skończy studia, to znalezienie roboty będzie formalnością, było nam wpajane na długo przed przejęciem władzy przez PO. Ziemkiewicz nie wspomniał również o pojebanych wymaganiach, stawianych ludziom ubiegającym się o robotę. W momencie, w którym Ziemkiewicz napisał te swoje bzdury, spora część ludzi, którzy „szli na studia” szła tam nie dlatego, że ktoś im wmówił, że „po studiach na pewno znajdą pracę”, ale dlatego, że w pewnym momencie znalezienie pracy (nie mając „pleców”) bez wyższego wykształcenia było cokolwiek, eufemizując, trudne (stąd też cały pierdylion prywatnych uczelni, na których można było zdobyć dyplom, bo przekazywaniem wiedzy nikt się tam nie zajmował). Osobną kwestią jest to, że tekst Ziemkiewicza miał na celu udowodnienie, że młodzi są kretynami i są nimi na swoje własne życzenie (bo dali się zbajerować Tuskowi i nie chcieli głosować na wiadomą partię). Ponieważ te narracje były raczej mało „chodliwe”, potem je pozmieniano. Już nie narzekano na młodych (którzy robili się coraz starsi), ale tłumaczono im, że to, co ich spotkało, było winą „elit okrągłostołowych”, które potem stały się „elitami III RP”. Niestety, Zjednoczonej Prawicy, wspieranej przez całą rzeszę „niezależnych” blogerów/mediaworkerów/etc. udało się te narracje narzucić części mojego pokolenia (rzecz jasna, nie tylko mojego, niemniej jednak tu jest to najbardziej widoczne). Dlatego też Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny praktycznie wszędzie, gdzie tylko może wspomina, że ten, czy inny problem wziął się z winy „elit III RP”. Owszem, w tym konkretnym przypadku była to wina tych elit, ale Jaki (i jego koledzy/koleżanki) zapominają wspomnieć o tym, że część ich starszych kolegów partyjnych również należy do elit wyprodukowanych przez III RP (khe, khe, Jarosław Kaczyński) i zajmowała się polityką w czasie, w którym „można było coś zrobić”, ale zamiast tego zajmowali się chuj-wie-czym. Gwoli ścisłości, od bardzo dawna miałem niejasne przeczucie, że w całej tej walce z „elitami III RP” nie chodziło o to, że owe elity (- członkowie PC i inni koledzy i koleżanki Jarosława Kaczyńskiego) działają na szkodę kraju, ale o to, że politycy pokroju Kaczyńskiego, którzy na początku lat 90-tych zaczęli się dorabiać (tak samo, jak przeklinana przez nich „uwłaszczona nomenklatura”) nie zarobili tyle, ile chcieli. To moje „przeczucie” potwierdziło się w momencie, w którym dowiedziałem się o tym, że Jarosław Kaczyński chciał sobie wybudować dwa wieżowce. Tak okołotematowo, jednym z największych sukcesów PiSu było wmówienie sporej części społeczeństwa, że Zjednoczona Prawica to „ludzie tacy, jak my”, którzy „walczą z elitami”. Tylko i wyłącznie dzięki temu, osoby pokroju Patryka Jakiego, które miesięcznie zarabiają ponad 37 tysięcy zeta na rękę, mogą opowiadać o tym, że „walczą z elitami” i nikt ich przy okazji wygłaszania tych bredni nie zabija śmiechem.


No dobrze, miało być o tym, czemu młodzież się wkurwila, a było o wszystkim, tylko nie o tym. Tak więc przyszła pora na tę część wymądrzania się. Ja się już dawno temu przyzwyczaiłem do tego, że mam bardzo dobrą pamięć (nie mam co prawda tzw. „pamięci eidetycznej”, ale jest ona na tyle dobra, że, na ten przykład, bardzo ułatwia mi ona trollowanie [i np. przypomnienie sobie, że tyle i tyle lat temu, ten czy inny dzban napisał ten, czy inny tekst]). Czemu w ogóle wspominam o pamięci? Bo tejże właśnie zabrakło we wszystkich tych z dupy wyjętych „analizach”. Prawda jest bowiem taka, że do tego, żeby zrozumieć „dlaczego młodzi się wkurwili”, wystarczy przypomnieć sobie to, „jak to jest być młodym w Polsce” (tak, wiem, w innych krajach też nie jest za wesoło, ale skupiamy się tu na naszym podwórku). Otóż, być młodym jest chujowo (w tym miejscu chciałbym zauważyć, że ta konkretna kategoria „młodych” oznacza czasy licealne i nieco późniejsze). To jest ten moment, w którym człowiek zaczyna sobie zdawać sprawę ze skali spierdolenia otaczającej go rzeczywistości. Samo to nie byłoby jeszcze takie złe, ale w połączeniu z tym, że w praktyce nic nie da się zrobić z wyżej wymienionym spierdoleniem, daje mieszankę wybuchową. Zdaję sobie sprawę z tego, że młodzież miewa sporo głupich pomysłów, albowiem pamiętam, jak to jest być młodym i mieć głupie pomysły (jednocześnie chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że nigdy nie zdarzyło mi się popierać Korwina i jego idiotyzmów). Tyle, że zdaję sobie sprawę również z tego, że bardzo często argument „jesteś młody, chuja rozumiesz”, jest używany przez starsze pokolenia w charakterze karty „wychodzisz wolny z więzienia”, gdy nie mają innych argumentów.


Pozwolę sobie na krótką historię z czasów mojej młodości. Kościół miał wtedy gigantyczny kredyt zaufania (który spektakularnie przepierdolił). Ponieważ w czasach, w których byłem w podstawówce był „okres przejściowy”, dało się wtedy zaobserwować błyskawiczne nawrócenia i np. w momencie, w którym szedłem do komunii, część dzieciaków była chrzczona w trybie ekspresowym, byle tylko „zdążyć”. Mniej więcej w 7/8 klasie dotarło do mnie z pełną mocą to, że wszystko fajnie z tym Kościołem, ale jakoś tak się składa, że ci najbardziej wierzący, którzy wymagają od innych przestrzegania nakazów religijnych, sami ich nie przestrzegają, o totalnej wręcz bucerze księży/zakonnic, z którymi miałem styczność wspominać nie trzeba. Z perspektywy czasu patrząc, ta bucera nie powinna nikogo zaskakiwać, Kościół wtedy mógł prawie wszystko, a jego pracownicy doskonale sobie z tego faktu zdawali sprawę. Jednym z bardziej spektakularnych duchownych, na których trafiłem, był ksiądz, zapiekły antysemita, który młodzieży będącej w 8 klasie (obstawiam, że nie tylko, ale ja wtedy byłem w tejże) opowiadał, że powinni przekonywać rodziców, żeby nie głosowali na Kwaśniewskiego ze względu na to, że (cytuje) „jest Żydem”. Do tego doszła cała litania idiotyzmów, które kilka lat później słowo w słowo opowiadał mi kolega z osiedla, który zapisał się do Młodzieży Wszechpolskiej. No, ale to dygresja jedynie. Tak więc, uznałem, że Kościół nie jest mi do niczego potrzebny. Czy zmieniło to cokolwiek w moim życiu? No tak trochę niewiele, bo nadal byłem posyłany do kościoła (aczkolwiek nigdy do niego nie trafiałem), poszedłem również do bierzmowania (tak się złożyło, że odbywało się ono w 1 klasie szkoły średniej). Z tym bierzmowaniem to też była taka zabawna historia, że ksiądz, z którym mieliśmy religię powiedział, że on nas nie będzie odpytywał z formułek, tylko prosi nas o to, żebyśmy napisali, „co sądzimy o bierzmowaniu”. No to napisałem, że generalnie to uważam, że to pusty gest, a jeżeli chodzi o moje zdanie na temat religii, to ja swoim dzieciom dam wybór i jeżeli będą chciały, to się ochrzczą po ukończeniu 18 roku życia (czyli po uzyskaniu „prawnej” dorosłości). Jak tak teraz sobie to przypominam, to jestem ze swojego młodego siebie trochę, kurwa, dumny. Efekt tego był taki, że mało brakło, a bym bierzmowany nie był. Swoją drogą, w liceum miałem po raz pierwszy styczność z nauczycielem, który był zadeklarowanym antyklerykałem i był w stanie ten swój antyklerykalizm uzasadnić. Wpływ na mój światopogląd miało to taki, że wreszcie przekonałem się o tym, że „nie jestem sam” ze swoimi poglądami i że nie jest tak, że „jak dorosnę, to mi przejdzie”. Jego argumentacja była bardzo zbliżona do mojej (hipokryzja, skrajna zarozumiałość wierzących i kleru/etc.). W liceum przemęczyłem się z religią dwa lata, a w trzeciej klasie po prostu przestałem na nią chodzić. Rodzice zaś już na tyle dobrze ogarnęli mój charakter, że wyszli z założenia, że nie będą mnie do tego zmuszać (bo pewnie skończyłoby się to tym, że chodziłbym na wagary).


Czemu miał służyć ten trip down memory lane? Ano temu, żeby pokazać, że wiem, jak bardzo nikt nie przejmował się młodymi i ich zdaniem. Jeżeli już ktoś nie usiłował młodzieży przekonywać na siłę do czegoś, to otwarcie mówił o tym, że młodzież sobie może myśleć co chce, ale ma się, kurwa, stosować do poleceń i tyle. Miałem w tym miejscu napisać, że „co prawda podejście do młodych ludzi trochę się zmieniło od tamtej pory ze względu na zmianę pokoleniową (...)”, ale w trakcie pisania zdałem sobie sprawę z tego, że wcale tak być nie musi. Może inaczej o ujmę. O ile, na ten przykład, zmianie uległo podejście do stosowania kar cielesnych w ramach „procesu wychowawczego”, niemniej jednak nie mam zielonego pojęcia, czy „słuchanie młodych” się jakoś poprawiło znacznie. Te moje wspominki miały jeszcze jeden cel. Pamiętam bowiem doskonale to, ile dla mnie znaczył fakt, że „ktoś dorosły” myśli tak samo, jak ja. Gdyby w owym czasie istniały media społecznościowe, a dostęp do internetu byłby równie powszechny, jak teraz, to (nie, nadal jestem przekonany o tym, że nie popierałbym Korwina), znacznie wcześniej zorientowałbym się, że „nie jestem sam”. Tym samym, prawy sektor ma trochę racji w tym, że widzi zagrożenie (dla siebie) w „internecie” i „smartfonach”, ale to jest skutek, a nie przyczyna. To nie jest tak, że ktoś „zbajerował młodzież” i ta robi się coraz bardziej areligijna. Po prostu młodzież ma w dupie to, co Kościół „sprzedaje”, a dzięki mediom społecznościowym ma świadomość tego, że nie jest w swoich poglądach odosobniona. W kontekście powyższego, wybitnie idiotyczna jest strategia, na którą zdecydowała się Zjednoczona Prawica, tzn. podkręcanie prawicowo-konserwatywnej inżynierii społecznej i wmuszanie w młodych konserwatywno-chujowych poglądów. Jest to pomysł po prostu genialny, do tej pory się nie udawało, to teraz się na pewno uda, prawda? Cała ta religijna urawniłowka szła do tej pory siłą rozpędu. No chuj, wezmę ślub kościelny, żeby rodzina się nie przypierdalała. Ok, ochrzczę dziecko, żeby babci nie było przykro/etc./etc. Tak to przynajmniej wyglądało w przypadku mojego pokolenia. Teraz zaś przyszło „nowe” i temu „nowemu” nie zależy na zachowywaniu pozorów.


Chciałbym w tym momencie wrócić do tego, co napisałem o moim pokoleniu, które zostało spektakularnie wychujane, bowiem nasi rodzice przygotowali nas do życia w rzeczywistości, która nigdy nie nadeszła. Nie chciałbym być źle zrozumiany, to nie jest tak, że uważam, że „moje pokolenie miało najgorzej”, bo młodsi mają równie przejebane, ale w nieco inny sposób. Ponieważ trochę to pogmatwałem, podam prosty przykład. Wśród młodszych ode mnie o jakieś 7-8 lat (tak więc roczniki 1988/1989) panowało przekonanie (przynajmniej na moim zadupiu), że wszystko fajnie z tymi studiami, ale tak po prawdzie to będzie wyglądało tak, że jeżeli chodzi o perspektywy po studiach, to „trzy miesiące na bezrobociu, a potem wyjazd za granicę”.  Tym samym ich podejście było już skrajnie odmienne od naszego. Co prawda młodszym wmawiano to samo, ale oni już mogli zaobserwować (na naszym przykładzie) to, jak wygląda rzeczywistość, tak więc średnio wierzyli w te wszystkie opowieści o tym, że jak się chce, to można. Z moich obserwacji, których, rzecz jasna, nie mogę potwierdzić żadnymi danymi statystycznymi wynika tyle, że im młodsze pokolenie, tym bardziej krytycznie jest ono nastawione do status quo. I w tym miejscu, wchodzi prawica, cała na brunatno (choć wydaje się jej, że na biało-czerwono) i zaczyna opowiadać te swoje kretynizmy o zarazie, niszczeniu rodzin etc. Co zrozumiałe, konserwatywna prawica nie jest przyzwyczajona do tego, że cokolwiek musi komukolwiek tłumaczyć, bo też i prawicowi konserwatyści nie nabyli swoich poglądów na drodze dyskusji. Po prostu robili coś na tyle długo, aż uwierzyli, że „tak powinno być”. Tym samym, próby przekonania młodzieży przez Kościół i prawy sektor do czegokolwiek kończą się na żenujących bredniach o „prawie naturalnym” albo tłumaczeniu, że w Polsce nie można wprowadzić związków partnerskich, bo w Konstytucji stoi, że tylko i wyłącznie mężczyzna i kobieta mogą zawrzeć związek małżeński (primo, nawet przygłupi bloger z Podkarpacia wie, że nie o to chodzi w kawałku Konstytucji, na który powołuje się prawy sektor. Secundo, nawet gdyby tak było [a nie jest] to nie ma tam słowa na temat związków partnerskich, więc wypierdalać). Inną próbą (skazaną na porażkę), jest próba wytłumaczenia młodzieży, że w zaostrzeniu prawa aborcyjnego chodzi o coś więcej, niż tylko religijny zamordyzm, który wprowadza się tylko i wyłącznie po to, żeby spłacić Kościołowi dług wyborczy. Jednakowoż, nie można się spodziewać sensownej argumentacji po środowisku, które parę lat temu było łaskawe twierdzić, że letalna wada płodu to taka, która się może samoczynnie cofnąć (a poza tym, nauka idzie do przodu tak bardzo, że kimże jesteśmy, żeby oceniać, czy jakaś wada jest letalna [nie, nie ja to wymyśliłem]). Kiedy ktoś zaczyna podnosić argument „jak to możliwe, że prawie wszędzie indziej terminacja ciąży jest legalna”, prawy sektor zaczyna pierdolić TO MOŻE OD RAZU ZALEGALIZOWAĆ KRADZIEŻE/MORDERSTWA i of korz, nie odpowiada na zadane pytanie.


Kolejnym srogim przypałem, który staje się udziałem prawego sektora jest straszenie „Zachodem”. Tzn. tłumaczenie ludziom, że jak się tutaj nie ogarniemy, to będzie u nas to samo, co na Zachodzie. Ten rodzaj gówno-argumentacji mógł chwycić w 2015 roku, kiedy w EU szalało sobie ISIS, a media w pogoni za clickbaitozą dały od cholery paliwa wszelkiej maści środowiskom, które zajmują się fearmongeringiem, ale używanie tej samej argumentacji (POLSKO, OBUDŹ SIĘ, etc.) w odniesieniu do związków partnerskich/małżeństw jednopłciowych, to idiotyzm. Szczególnie, jeżeli chce się w ten sposób do czegokolwiek przekonać pokolenie, które od dłuższego czasu nawiązuje bezproblemowo kontakty z szeroko pojętą zagranicą. Te same „kontakty zagraniczne” sprawiają, że młodzież nieszczególnie się jara całym tym patridiotycznym pierdoleniem (nie mylić z patriotyzmem, czyli np. z płaceniem podatków i faktycznym dbaniem o swój kraj) i wyklętozą.


Z powodów, które wymieniłem (i to, na wasze nieszczęście, wielokrotnie) w powyższej notce, nasze władze nie są w stanie w żaden sposób przekonać do siebie młodzieży. Młodzież ma wyjebane na ich „autorytety”, łącznie z tymi kościelnymi (skutkiem czego, ksiądz, który chciał opierdolić młode protestujące kobiety, został przez nie zjebany na funty i musiał sobie pójść [prawica się straszliwie zesrała na punkcie tego filmiku]). Żeby podjąć próbę przekonania młodych do czegokolwiek, trzeba by było z nimi prowadzić dialog, a prawica nie potrafi w dialog (bo potrafi jedynie szczuć). Jeżeli nawet komentarze w rodzaju „młodzież jest głupia i nie wie przeciwko czemu protestuje”, skierowane były do „własnego” elektoratu, to ich autorzy powinni wziąć pod rozwagę to, że do młodych to również dotrze i że ją to wkurwi straszliwie. Nie podejmuję się w tym miejscu prognozowania tego „jaki to wszystko będzie miało wpływ na realia polityczne w naszym kraju”, bo nie mam zielonego pojęcia. Można bezpiecznie założyć, że młodzież raczej nie będzie chciała popierać partii, która chce wszystkich trzymać za mordę, a młodym ma do powiedzenia tyle, że „jak dorośniecie to nas zrozumiecie”. Jednakowoż z tego nie wynika wcale, że młodzież rzuci się do głosowania na obecną opozycję, albowiem tak, jak to wcześniej już zaznaczyłem, do tego potrzebny jest dialog (nie, to nie oznacza, że nagle stałem się fanem Hołowczyca [owszem, musiałem]). Co prawda moje podejście jest stronnicze, ale wydaje mi się, że najłatwiej by było ów dialog z młodzieżą prowadzić lewicy (ze względu na najbardziej proludzki program). Jednakowoż otwartą kwestią pozostaje to, czy lewica się w ogóle podejmie prowadzenia tego dialogu.


Tak na samo zakończenie chciałbym dodać, że bardzo mnie cieszy to, że młodzież się wreszcie wkurwiła tak bardzo. Nie cieszy mnie to, że są powody, dla których młodzież się wkurwia, ale że owa młodzież reaguje na te powody inaczej, niż wcześniejsze młodzieżowe roczniki. Dotarło do mnie to, że gdyby moje pokolenie się swego czasu wkurwiło i wyszło na ulicę, to mogło by przykryć czapkami potencjalnych krytyków. Powody do wkurwienia były (a z roku na rok pojawiało się ich coraz więcej), ale samo wkurwienie się nie pojawiało (a nawet jeśli, to nie miało charakteru masowego). Po części działo się tak dlatego, że jakoś tak średnio się interesowaliśmy polityką. Po części zaś dlatego, że wierzyliśmy w to, że jeżeli się „postaramy”, to „będzie dobrze”. Potem zaś wmawiano nam, że jeżeli komuś nie jest dobrze, to „no cóż, każdy jest kowalem własnego losu, tak więc to jego wina”. Jeszcze bardziej potem, gdy części z nas udało się gdzieś znaleźć pracę, a inni wyjechali za granicę (ktoś jeszcze pamięta to, jak bardzo PiS miał w dupie emigrację zarobkową w latach 2005-2007?), to tak po prawdzie nie było komu protestować. Część z nas dała się potem zbajerować prawicowym spindoktorom. Przynajmniej jedna osoba, która mimo sporego farta (a może właśnie z powodu świadomości tegoż) nadal jest wkurwiona i od paru ładnych lat katuje swoich czytelników ścianami tekstu, real time shitpostingiem na ćwitrze i okazjonalnymi memami. Jeżeli mam być szczery, to trochę racji mieli wszyscy ci, którzy mówili „dorośniesz i zrozumiesz”. Otóż dorosłem i zrozumiałem, że powinienem protestować dwadzieścia lat temu. Dlatego budującym znajduję to, że dzisiejsza młodzież potrafi głośno wyrazić swoje niezadowolenie, bo najwyraźniej ta młodzież dorosła i zrozumiała to wszystko znacznie wcześniej ode mnie.


Źródła:

https://twitter.com/DanielWachowiak/status/1321493396800897024

https://www.msn.com/pl-pl/rozrywka/gwiazdy/kaja-godek-jest-jak-buka-muminki-nie-chc%C4%85-mie%C4%87-z-ni%C4%85-nic-wsp%C3%B3lnego-serio/ar-BB1ar2iS

https://twitter.com/jbrudzinski/status/1321869298336473089

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/240694-piate-nie-zabijaj-historia-posla-ktory-nie-zgodzil-sie-na-aborcje

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/240694-piate-nie-zabijaj-historia-posla-ktory-nie-zgodzil-sie-na-aborcje

https://czestochowa.wyborcza.pl/czestochowa/7,48725,26497565,marcin-najman-w-tvp-roli-eksperta-od-usa-znam-golote-a-on.html

https://aszdziennik.pl/131241,sukces-obroncy-jasnej-gory-marcina-najmana-zostal-ekspertem-tvp-od-usa

https://twitter.com/PatrykJaki/status/1321855037845491714

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1320450799542161408

https://twitter.com/jbrudzinski/status/1321869298336473089

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1320450799542161408

https://twitter.com/PolskieRadio24/status/1322579219445145602

https://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/1495038,czarnek-podreczniki-pedagogika-wstydu-jan-pawel-ii.html

https://tvn24.pl/polska/kto-odpowiada-za-pogrom-kielecki-rozne-byly-zawilosci-historyczne-ra660799

https://twitter.com/rzeczpospolita/status/1322229932253204483

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1324386751318761472

https://twitter.com/napalonywikary/status/1323244428245504002

Gonciarz:

https://www.youtube.com/watch?v=YgcYyNVdv5s

https://pl.wikipedia.org/wiki/Program_czterech_reform

https://wiadomosci.wp.pl/glosowanie-w-wyborach-parlamentarnych-wg-wieku-infografika-6027736472732289a?c=96&nil=&src01=6a4c8

https://tvn24.pl/wybory-parlamentarne-2019/wiadomosci-wyborcze,474/wybory-parlamentarne-2019-wyniki-sondazowe-jak-glosowali-mlodzi,977132.html

https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,117303,26080140,na-kogo-glosowali-najmlodsi-kto-wygral-na-wsiach-wyborcza.html

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1485928,trzaskowski-duda-ipsos-wybory-prezydenckie-grupy-wiekowe-wyborcy.html

https://tvn24.pl/polska/andrzej-duda-i-tiktok-dlaczego-prezydent-przestal-korzystac-z-aplikacji-4667699

https://www.spidersweb.pl/rozrywka/2020/06/22/andrzej-duda-tiktok-instagram-komentarze-lgbt/

Mój dwuodcinkowy rant na artykule Ziemkiewicza:

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2012/10/te-gopje-stodenty-czyli-doniesienia-z.html

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2012/10/te-gopje-stodenty-cd-doniesienia-z.html

Notka, w której pastwiłem się nad jednym z zygotariańskich projektów

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2013/09/aborcja-w-krainie-absurdu-i-gupoty.html












Stacja 2020 - państwo polskie upada po raz kolejny
09.11.2020
Zacząłem sobie spokojnie pisać notkę o tym „skąd wzięła się woda na ternach zalewowych” (tzn. o tym, czemu młodzi protestują przeciwko konserwatywnemu zamordyzmowi), ale w przysłowiowym międzyczasie miałem styczność z sytuacją „okołocovidową”, która wkurwiła mnie do tego stopnia, że musiałem dać sobie trochę czasu na ochłonięcie, żeby w tekście opowiadającym o tej sytuacji, było cokolwiek poza wulgaryzmami. Lojalnie uprzedzam, że mi się uleje. Dawno temu oglądałem sobie film Guy'a Ritchiego pt. „Snatch”. Ponieważ filmy Ritchiego są zawsze przegadane (co mi bardzo odpowiada) stanowią kopalnię cytatów. Idealnym początkiem niniejszej notki będzie parafraza wypowiedzi postaci, granej przez Jasona Stathama (postać zwała się „Turkish”, bo rodzice tejże postaci poznali się w samolocie o takiej nazwie [który to samolot się trochę rozbił]):  What do I know about diamonds?  I'm a boxing promoter.” Po przetłumaczeniu z angielskiego na Podkarpacki: „Co ja w ogóle wiem na temat diamentów? Jestem promotorem boksu”. W moim przypadku byłoby to: co ja w ogóle wiem na temat koncentratorów tlenu? Jestem blogerem z Pokarpacia”.


Mam znajomą medyczkę, z którą od pewnego czasu sobie konferujemy na tematy okołocovidowe (generalnie to dowiaduję się od niej tego, jak bardzo przejebane jest i jak bardzo może być przejebane w nieodległej przyszłości). Jakiś czas temu powiedziała mi, że obserwacje tego, jak sobie nasze państwo przestało radzić z covidem, skłoniły ją do poszukania koncentratora tlenu (który może się przydać w sytuacji, w której pacjent covidowy ma niezbyt dobrą saturację, a nie może liczyć na łóżko tlenowe w szpitalu). Zanotowałem sobie to w pamięci. Kilka dni później odezwał się do mnie mój bardzo dobry znajomy (obaj pochodzimy z Podkarpacia, ale poznaliśmy się na studiach).Żżeby ten znajomy nie był bezosobowy, na potrzeby niniejszej notki nazwiemy go „Marcinem”. Marcin, jak się pewnie domyślacie z kontekstu, odezwał się do mnie z zapytaniem „czy aby nie wiem skąd można skombinować koncentrator tlenu”. Nie, nie chciał go kupić na zapas. Covid trafił członka rodziny Marcina, a osoba owa nie mogła liczyć na łóżko tlenowe, więc pozostało albo skombinowanie koncentratora, albo czekanie, aż na pełnej kurwie wjadą zdrowotne konsekwencje niedotlenienia. W teorii koncentrator da się wypożyczyć, ale w praktyce na część w  wypożyczalni w regionie spadł odgórny ban, bo w szpitalach zaczyna brakować tlenu i ktoś chciał łatać dziury przy użyciu koncentratorów. Marcinowi udało się jakoś wypożyczyć koncentrator, ale doszedł do wniosku, że lepiej kupić własny. Miał na tyle farta (o ile w tej sytuacji można mówić o farcie), że było go stać na ten zakup. Dzięki temu, że skojarzyłem, że moja znajoma (żeby nie było bezosobowo, nazwijmy ją „Ewą”) ogarniała temat koncentratorów, Marcin zaopatrzył się w najodpowiedniejszy (acz warto nadmienić, że najpierw musiał się dopisać do listy kolejkowej).


A teraz wyobraźmy sobie, że ktoś znalazł się w analogicznej sytuacji, ale nie stać go ani na wypożyczenie (które nie jest tanie), ani też na zakup koncentratora, który faktycznie pomoże. Co można zrobić w takiej sytuacji? Na państwo nie można liczyć, bo państwo abdykowało. Chciałbym w tym miejscu nadmienić, że szanuję w opór pracowników ochrony zdrowia, którzy muszą działać w tak chujowych warunkach. A warunki są takie, że np. wiadomo, że pacjent powinien trafić na łóżko tlenowe, ale nie ma dla niego miejsca w szpitalu. Inne warunki to takie, w których pacjent się wylogowuje w karetce (bo nie było miejsca w szpitalu). Czasami temu, czy innemu politykowi wyrwie się, że pracownicy ochrony zdrowia stoją „na pierwszej linii frontu”. Żaden z nich nie powie, że z jednej strony jest to „pierwsza linia frontu”, ale z drugiej jest to ostatnia linia frontu. Tylko ci przepracowani ludzie (których każda władza po 89 roku miała serdecznie w dupie) stoją między nami, a jeszcze większą liczbą zgonów. Ja wiem, że można pierdolić o tym, że zrobi się „szybki kurs obsługi respiratora” i „personelu nie braknie”, ale prawda jest taka, że takie podejście to typowy tupolewizm i jebałpiesizm, bo jeżeli pacjentowi się pogorszy i trzeba będzie pozmieniać jakiekolwiek parametry w respiratorze, to ktoś po kilkugodzinnym kursie nie będzie w stanie tego zrobić poprawie. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że ta nasza jedyna linia obrony kurczy się coraz bardziej, bo od pewnego czasu na ćwitrze widzę od cholery wzmianek o kolejnych pracownikach ochrony zdrowia, którzy przegrali swoją osobistą wojnę z covidem.


No, ale to tylko dygresja. Wróćmy do naszego eksperymentu myślowego, który przypomina startrekowe Kobayashi Maru. Jeżeli nie masz pieniędzy na wypożyczenie koncentratora albo na jego zakup, to możesz jedynie liczyć na to, że negatywne efekty niedotlenienia nie zabiją Ciebie, albo kogoś bliskiego. Państwo nie ma Ci nic do zaoferowania (może poza zasiłkiem pogrzebowym). Co w międzyczasie robią polskie władze? Starają się zwalić winę za to, co zrobiły (a raczej za to, czego nie zrobiły) na protestujących przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Wielokrotnie wspominałem o tym, że dla Zjednoczonej Prawicy to, co teraz dzieje się w Polsce (kilkaset tysięcy potwierdzonych zachorowań i setki zgonów dziennie) ma wymiar stricte wizerunkowy. Polacy umierają setkami, a Premier Tysiąclecia pierdoli o tym, że w sumie to Komisja Europejska powiedziała, że Polska może wyjść z tej całej sytuacji w stanie lepszym, niż inne państwa UE. Polacy umierają setkami, a polskie władze nie chcą dogadać się z Niemcami w temacie pomocy, której Niemcy mogłyby nam udzielić. Wiceminister Zdrowia bredzi o tym, że Polska jest samowystarczalna. Tak, kurwa, jesteśmy samowystarczalni, bo nie braknie nam łopat do kopania grobów, ale w pewnym momencie może zabraknąć ludzi, którzy będą te łopaty obsługiwać. Szczytem bycia oderwanym od realiów tępym chujem było to, jak politycy Zjednoczonej Prawicy (wsparci przez rządowych mediaworkerów) tłumaczyli, że no w sumie to najpierw trzeba by taką współpracę dogadać, a poza tym to Niemcy mogły by chcieć coś w zamian/etc. Na to, że można było z Niemcami te warunki obgadać wcześniej (Czesi i Holendrzy nie mieli z tym problemów), jakoś nie wpadli. Dla tych idiotów najważniejsze jest to, żeby nikt nie pomyślał, że oni coś źle zrobili. Dlatego też nie poprosili o tę pomoc, bo to by było przyznanie się do winy. Tego zaś żaden z przedstawicieli formacji, wyznającej zasadę „ani kroku w tył”, nie jest w stanie znieść. Bo przecież są najlepszym rządem na świecie, bo przecież przygotowali Polskę tak, że inne kraje nam tego zazdroszczą.  


Często można przeczytać tu i ówdzie (nie wiem, czy sam nie użyłem takowego określenia), że polskie władze czeka zderzenie z rzeczywistością. Niestety, nie jest to prawdziwe. To nie władze naszego kraju zderzą się z rzeczywistością, to my się z nią zderzamy. Dla tych idiotów nie braknie miejsc w szpitalach, ani respiratorów, ani łóżek tlenowych. Ja rozumiem, że rzeczywistość jest skonstruowana tak, a nie inaczej i że polityczne VIPy muszą mieć zapewnioną ochronę zdrowia na wysokim poziomie. Tylko wiecie co? Zwykli obywatele też powinni móc liczyć na to samo. Osobną kwestią jest to, że ci konkretni rządzący absolutnie wręcz nie zasługują na to, żeby nie czekać w kolejce na respirator. To oni nas wjebali na tę ścianę i to oni, jako pierwsi, powinni ponieść konsekwencje swoich zaniechań, propagandy sukcesu i idiotycznych działań. Ktoś im, kurwa, kazał otwierać szkoły w trybie stacjonarnym? Tak wiem, CBOS skombinował sondaż, w którym stało, że suweren się tego domagał. Tylko, że ciężko mieć pretensje do suwerena, skoro wcześniej nasłuchał się o tym, że wirusa już nie ma i nie jest groźny. Skoro bowiem wirus nie był groźny, to po chuj nam nauczanie zdalne. Tak więc rządzący mieli „sondażową” podkładkę do swojej (w ich mniemaniu słusznej) decyzji. A potem się okazało, że rację mieli wszyscy ci, którzy twierdzili, że to jest bardzo zły pomysł. Pamiętacie jeszcze te czasy, w których dało się namierzać pojedyncze ogniska zachorowań? Teraz to jest nierealne. Ognisk jest tyle, że choćby skały srały, a sanepid zatrudniał pierdylion więcej osób (i dostałby jakieś zajebiaszcze oprogramowanie, które pomagałoby liczyć to i owo), nie dałoby się tego ogarnąć. W teorii, mamy ten częściowy lockdown, którego nie nazywamy lockdownem, bo władza powiedziała, że lockdownu nie będzie, a władza się nie myli, ale w praktyce nie wiadomo, jak będzie ze skutecznością tego lockdownu, bo rząd nie jest w stanie wymyślić sensownego planu, a decyzje podejmuje z godziny na godzinę (nie, to nie moje przekonanie, to jest cytat). W praktyce nie wiadomo, na ile ten częściowy nie-lockdown będzie skuteczny, bo ludzi zarażonych jest od cholery, a testujemy praktycznie wyłącznie objawowych. Z tego zaś wynika, że po Polsce krąży od groma bezobjawowych, którzy zarażają swoje rodziny/etc.


Mamy przejebane, a to wszystko za sprawą bandy kretynów, która nie potrafiła potraktować zagrożenia poważnie. Nie potrafiła i nie potrafi. Zamiast skupiać się na ogarnięciu pożaru, w którym wszyscy siedzimy, władza dba o to, żeby była dobrze postrzegana. Internetowe drony łażą po mediach społecznościowych i tłumacza, że władze bardzo dobrze przygotowały Polskę, ale nie dało się lepiej, bo przecież pandemia, to jak trzęsienie ziemi, a czepianie się władz, to jak czepianie się strażaków, że zbyt wolno wyciągają ludzi spod gruzów. Zapewne są inne analogie, ale ta mnie urzekła szczególnie, bo jej autorom umknęło to, że o ile przy pierwszej fali można było mieć problem z oceną skali zagrożenia (choć władze powinny być przygotowane na każdy scenariusz), to w przypadku drugiej fali wiadomo było, z czym przyszło się nam mierzyć. To trochę tak, jakby w kraju, w którym praktycznie co do dnia przewidziano kolejne (silniejsze) trzęsienie ziemi, władze tłumaczyły, że z tymi trzęsieniami jest tak, że już nie trzeba się ich bać i zadbały o absolutny brak wsparcia dla służb ratowniczych, na wszelki wypadek nie dokupiły sprzętu, dzięki któremu wydobywanie ludzi spod gruzów jest łatwiejsze i nie zleciły analiz tego, które budynki są najbardziej zagrożone.


Mam nadzieję, że w przyszłości ludzie odpowiedzialni za taki, a nie inny stan rzeczy, zostaną skazani na długoletnie wyroki pozbawienia wolności. To nie przywróci życia zmarłym. Nie przywróci to również zdrowia tym, którzy załapią się na powikłania pocovidowe. Jednakowoż, może to przywrócić (choćby i częściowo) wiarę obywateli w elementarną sprawiedliwość. 


Źródła:

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,173952,26486674,waldemar-kraska-o-niemieckiej-ofercie-pomocy-jestesmy-samowystarczalni.html

https://mobile.twitter.com/PremierRP/status/1324685389731422213

https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/koronawirus-szefernaker-o-dzialaniach-przeciw-pandemii-przepraszam-za-bledy/dztep37,79cfc278


Władza letalna
28.10.2020
Po raz kolejny zdarza mi się napisać drugi wstęp do rozgrzebanej notki. Piszę sobie człowiek spokojnie notkę, aż tu wychodzi kieszonkowy dyktator i zaczyna wzywać ludzi do tego, żeby się ze sobą napierdalali. Notka będzie traktowała głównie o wyroku TK i moich przypuszczeniach odnośnie tego, „jak do tego doszło”, ale Debilnej Radzie Ocalenia Narodowego również poświęcę kawałek tekstu. Od razu zaznaczam, że tytuł notki powstał zanim DRON ogłosiła co następuje, niemniej jednak okazał się on bardzo adekwatny.


Od bardzo dawna odczuwam wewnętrzną potrzebę rozumienia tego, co dzieje się dookoła mnie. Ponieważ zaś politykę obserwuję od wielu lat (za samo napisanie „od wielu lat” sam sobie dodaję +10 do czucia się staro), potrzeba zrozumienia przyczyn tych czy innych działań, przeniosła się na politykę. To napisawszy muszę przyznać, że nie mam, kurwa, pojęcia, jak przebiegał proces decyzyjny, który doprowadził do zaostrzenia prawa aborcyjnego, w efekcie którego od kilku dni na ulicach obserwować można rosnący z dnia na dzień masowy wkurw suwerena. Z racji wieku nie obserwowałem tego, co działo się na początku lat 90-tych, ale wydaje mi się, że chyba żadna władza po 1989 nie doprowadziła do protestów, które osiągnęłyby tak gigantyczne rozmiary. Jeżeli bowiem w Tarnobrzegu, pod sądem, protestuje kilkaset osób, to znaczy, że ludzie się naprawdę wkurwili (a trzeba brać poprawkę na to, że sporo ludzi nie pójdzie protestować z obawy przed zarażeniem się).


Nie rozumiem decyzji rządzących, którzy rękami osób pełniących obowiązki sędziów Trybunału Konstytucyjnego, zaostrzyli prawo aborcyjne. Nie rozumiem tej decyzji, bo rządzący musieli zdawać sobie sprawę z tego, że to wywoła opór społeczny. Jedyną niewiadomą była skala oporu. I w tym miejscu warto sobie zadać pytanie: czy dało się przewidzieć to, co teraz się dzieje na ulicach naszego kraju? Żeby spróbować odpowiedzieć na to pytanie, pozwolę sobie przypomnieć dwie sprawy. Pierwszą z nich jest ta, po której Chazan (aka „pięćsetka”) został idolem zygotarian. Suweren się wtedy srogo wkurwił, PiS był tego świadomy, bo z jednej strony Chazana popierano, ale z drugiej – nie zaproponowano mu miejsca na listach, w przeciwieństwie do takiego np. Bolesława Piechy (który również miał spore CV, jeżeli chodzi o wykonywanie aborcji). Uchazanienie prawa aborcyjnego musiało więc doprowadzić do wkurwu społecznego. Drugą sprawą, o której chcę wspomnieć jest, rzecz jasna, Czarny Protest. Zjednoczona Prawica przestraszyła się tamtych protestów na tyle bardzo, że Trybunał Przyłębski zajął się zaostrzeniem prawa aborcyjnego dopiero po maratonie wyborczym. Nieśmiało przypominam, że w 2016 olbrzymi (jak na tamte czasy) wkurw wywołała już sama groźba (to adekwatne określenie) wprowadzenia zakazu aborcji. Gdy sobie te dwie sprawy ze sobą połączymy, to nam wyjdzie, że jeżeli postawi się suwerena przed faktem dokonanym, to suweren raczej nie będzie zadowolony.


W tym miejscu chciałbym poczynić pewną dygresję. Przez kilka lat zajmowałem się (między innymi) flekowaniem komentariatu za te ich gówno-narracje, z których wynikało, że Polacy się „sprzedali za pincet złoty” i dlatego PiS może robić co mu się podoba. Domyślam się, że żaden z tych przygłupów nie będzie miał na tyle RiGCzu, żeby oświadczyć, że jego rachuby były o kant chuja rozbić i wynikały z tego, że wspierani przez nich politycy przejebywali wybory. Ciekawi mnie natomiast to, czy komentariatowi przydarzy się teraz moment refleksji i czy dotrze do niego to, że wybory były przejebywane z winy przejebujących, a nie z winy suwerena. No, ale to tylko dygresja, wracajmy do meritum.


Mam kilka swoich autorskich (i jedną zajebaną z internetu) roboczych teorii na temat tego, „czemu PiS zrobił to, co zrobił”, ale każda z tych teorii jest dziurawa bardziej od tarcz antykryzysowych autorstwa Zjednoczonej Prawicy, tak więc możecie się nad tymi teoriami znęcać do woli. Jednakowoż lojalnie uprzedzam, że sam się będę nad nimi znęcał, tak więc ustawcie się w kolejce.


Pierwsza z nich wiąże się z tym, o czym się wymądrzałem w jednej z notek wyborczych (gdybym był redaktorem Wosiem, to bym napisał „w moim głośnym tekście z 2020”). Produkowałem się tam w temacie tego, że jeżeli obecny Prezydent RP wygra wybory (mimo tego, co odjebywano w kampanii), to Zjednoczona Prawica może dojść do wniosku, że „wolno wszystko”. Tzn. można zgnoić każdego i zrobić dowolny wał, bo w razie czego Samuel z kolegami (w połączeniu z dronami internetowymi) i tak wszystko pospinuje w ten sposób, że wybory się i tak wygra. Ponieważ wybory wygrano, to czynniki decyzyjne mogły uznać, że w trakcie kadencji można sobie pozwolić na wszystko (łącznie z nasraniem suwerenowi na głowę), bo to i tak nie będzie miało znaczenia w końcowym rozrachunku. Skoro więc można nasrać, to czemu tego nie zrobić? Ta teoria ma tę zasadniczą wadę, że w 2015 też się te wybory wygrało, a jednak doszło do Czarnego Protestu. Ok, nie przełożył się on na porażkę wyborczą, ale trudno prognozować „co by było”, gdyby PiS wtedy olał protesty i wprowadził całkowity zakaz aborcji. Można być pewnym tego, że gdyby zakaz obowiązywał, to kwestie aborcyjne byłyby jednym z głównych motywów w kampanii, zaś PiS, broniący antyaborcyjnego status-quo, byłby w mniejszości (nawet jeżeli PO chciałoby „przywrócić kompromis”, to jednak byłaby to jakaś forma [chujowej, bo chujowej, ale jednak] liberalizacji). Osobną kwestią jest to, że nie da się w ciemno założyć, że gdyby PiS w 2016 wprowadził całkowity zakaz aborcji, to nie doszłoby do protestów (większych niż Czarny Protest). Generalnie rzecz ujmując, założenie, że „jak zaostrzymy prawo aborcyjne, to ludzie się nie zdenerwują na tyle, żebyśmy mieli problem, bo poprzednim razem, jak nie zaostrzyliśmy prawa aborcyjnego, to nic się nie stało”, jest cokolwiek karkołomne.


Inszą teorią jest taka, że PiS padł ofiarą własnych narracji. Trzeba bowiem przyznać, że PiSowi udało się uśpić czujność suwerena. Jeżeli bowiem w 2016 wycofano się z prac nad ustawą Wiadomego Instytutu, potem schowano do zamrażarki ustawę Kai Godek, a na końcu „przepadnięto” w Trybunale Przyłębskim wniosek o zbadanie konstytucyjności wiadomej przesłanki, to suweren mógł odebrać to tak, że PiS raczej nie będzie grzebał przy prawie aborcyjnym. W trakcie kampanii PiS unikał tych tematów, a z opozycji pochylała się nad tym jedynie lewica. Wszystko to przełożyło się na niewielkie zainteresowanie tymi kwestiami w internetach/etc. (a jak wiadomo, PiS internety mierzy i waży). Nietrudno zgadnąć, że ktoś w PiSie mógł wpaść na pomysł taki, że skoro suweren się tym tematem nie interesuje, to nieszczególnie przejmie się zaostrzeniem prawa aborcyjnego (co najwyżej lewaki będą protestować, ale z nich zrobi się oszołomstwo, które chce zabijać dzieci). No i wszystko fajnie z tą teorią, ale nie wytrzymuje ona zderzenia z faktem, że odczekano z tym aż do końca maratonu wyborczego.


Teoria, której poświęcę niewiele miejsca to taka, że ktoś w PiSie podupadł na rozumie tak bardzo, że uznał, że jeżeli aborcji zakaże Trybunał Przyłębski, to ludzie nie będą protestować, no bo to Konstytucja. Pastwiłem się nad tym w jednej z poprzednich notek i stwierdziłem, że jedynie beton może taki przekaz kupić (teraz zaś okazało się, że chyba nawet beton ma problem z uwierzeniem w niego). Chociaż Fogiel i paru innych tłumaczyli, że „no ale to niezależny trybunał”, to narracja ta raczej nie została „umasowiona” w Prawie i Sprawiedliwości. Poza tym, nawet kierownictwo PiSu, które gardzi suwerenem, nie mogło zakładać, że po tym, jak wszyscy widzieli ręczne sterowanie Trybunałem Przyłębskim, ktokolwiek uwierzy w to, że podmiot ów jest niezależny.


Kolejna teoria jest jeszcze bardziej karkołomna. W myśl tejże, ktoś uznał, że jeżeli zaostrzy się prawo aborcyjne przy użyciu Konstytucji, to suweren uzna, że „no ok, tego się nie da cofnąć ustawą, więc na nic tu nasze protesty”. Ujmę to tak, jeżeli ktoś nie ma pojęcia o tym, „jak działa Polak”, to faktycznie mógł uznać, że ktoś będzie się przejmował tym pozornym imposybilizmem (nie tylko prezes umie w trudne słowa).


Teoria covidowa. No więc, jest pandemia, czyli nie ma mowy o żadnych protestach i trzeba siedzieć na dupie. No i wszystko pięknie, ale pandemia atakuje falami, więc nawet gdyby teraz nikt nie wyszedł na ulicę, to w momencie „dołku” w zachorowaniach, można byłoby się spodziewać na ulicach wkurwionych ludzi. Wkurwionych podwójnie, bo ci ludzie nie mieliby problemów z domyśleniem się tego, że prawo aborcyjne zaostrzono wtedy, gdy musieli siedzieć w domach. Poza tym, istnieje coś takiego, jak protest samochodowy (który jest bezpieczny o tyle, że o ile jakiś foliarz nie wybije nam w aucie szyby łbem i nie zacznie kaszleć do środka auta, to raczej się nie zarazimy od innych uczestników protestu).


W myśl przedostatniej teorii, Zjednoczona Prawica mogła uznać, że antyaborcyjna urawniłowka odniosła skutek i uda się częściowo zaostrzyć prawo aborcyjne. Warto w tym miejscu nadmienić, że w tym „częściowo” nie chodzi o wywalenie całej przesłanki, ale o rozbicie jej na części składowe i zakazanie części, przy jednoczesnym utrzymaniu legalności pozostałych. Jak by to miało wyglądać? Ano tak, że Trybunał Przyłębski zaostrza prawo i wtedy wychodzą politycy Zjednoczonej Prawicy (ale nie ci, którzy siedzą w trybunale), albo nawet sam Żoliborski Arystokrata Rozumu, i mówią „hola, tak nie można, nasz niezależny trybunale”. Potem zaczynają dyskusję na temat tego, że ok, trzeba tutaj poczynić rozróżnienie na wady letalne i te, które letalne nie są i zakazać terminacji ciąży tylko i wyłącznie w tym drugim przypadku. Owszem, wymagałoby to obejścia wyroku Trybunału Przyłębskiego. Przyznam się szczerze, że nie wiem, jakby to miało wyglądać w wymiarze prawnym, ale Zjednoczona Prawica udowodniła wiele razy, że jak się chce to można. Dzięki temu można by było udowodnić, że trybunał jest niezależny, a dobra Zjednoczona Prawica potrafi się pochylić nad problemami suwerena. Żeby coś takiego się mogło udać, opór społeczny musiałby być na tyle duży, żeby Zjednoczona Prawica miała podkładkę, żeby nie czepiał się jej Kościół, ale musiałby być (ten opór) na tyle umiarkowany, żeby ktokolwiek chciał jeszcze rozmawiać z władzą. Ta teoria ma tę zasadniczą wadę, że o wiele łatwiej byłoby to zrobić w Sejmie, bo nie trzeba by było obchodzić decyzji trybunału. Obciążałoby to, co prawda, głosujących za zaostrzeniem posłów, ale ci (wsparci mediami) tłumaczyliby, że oni w sumie jedynie regulują stan prawny, że przecież nie zmuszają kobiet do rodzenia dzieci z letalnymi wadami/etc. Mendia rządowe zaś tłumaczyłyby, że oto Zjednoczona Prawica buduje nam kompromis aborcyjny na miarę 2020 roku. Poza wszystkim innym, ogarnięcie tego przez Sejm dałoby czas na sondowanie nastrojów społecznych, albowiem prace sejmowe trwają przez jakiś czas (który upływa między czytaniami), zaś w przypadku trybunału nie ma żadnej debaty, a suwerena stawia się przed faktem dokonanym. Kolejnym problemem z tą teorią jest fakt, że głosów „dogadajmy się” było raczej niewiele, w przeważającej większości przypadków mieliśmy do czynienia z fochem władzy na suwerena, który jest głupi i niczego nie rozumie.


Ostatnia teoria, to ta ukradziona z internetów to taka, że za wszystkim stoi Ziobro. Tzn., że jednym z warunków, które postawił, było zaostrzenie prawa aborcyjnego. Ta teoria jest chyba najbardziej odjechana, bo Ziobro może i jest po części skrajnie prawicowym fundamentalistą, ale jest przede wszystkim wyrachowanym cynikiem i bezproblemowo dałoby się go przekonać do tego, że jeżeli w efekcie zaostrzenia prawa aborcyjnego Zjednoczona Prawica straci władzę, to jemu też ktoś dobierze się do czterech liter. Nie wierzę w to, że ktoś z PiSu tak istotny temat (którym długo starano się nie wkurwiać suwerena) poświęcił w ramach utrzymania koalicji. Mamy więc kilka teorii, z których żadna nie wyjaśnia tego, dlaczego PiS doprowadził do masowych protestów. Jeżeli macie jakieś swoje przemyślenia w tej kwestii, to podzielcie się nimi i może kolektywnie dojdziemy do jakichś sensownych wniosków. Skoro już zaś mamy za sobą nie wyjaśnienie czegokolwiek, to możemy iść dalej.
 

UWAGA! Artykuł sponsorowany przez suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

 
Przyznaję, że skala protestów mnie zaskoczyła. Dodatkowo, trzeba mieć na uwadze coś, o czym już wspomniałem (w swoim głośnym szóstym akapicie [ok, to już ostatni]), a mianowicie to, że sporo ludzi nie wyjdzie na ulice, bo boją się korony. Wziąwszy to pod rozwagę można bezpiecznie założyć, że gdyby nie pandemia, to masowe protesty, do których dochodzi, byłyby, no cóż, jeszcze bardziej masowe. Pierwsze reakcje władz na protesty (które z dnia na dzień się powiększały) sugerują, że władze również były zaskoczone ich skalą. Owszem, zapewne spodziewali się jakiegoś oporu, ale nie na taką skalę. Tylko, że w polityce nie da się zatrzymać czasu, tak więc nawet jeżeli skala oporu ich zaskoczyła (bo się jej nie spodziewali), to mniej więcej po paru dniach widać było wyraźnie, po której stronie suweren ulokował swoje sympatie i antypatie. To, że większa część społeczeństwa będzie niezadowolona z tego, co się stało, było pewne, bowiem w 2019 IBRIS przeprowadził badania, z których wynikało, że nawet wśród elektoratu PiS zwolennicy zaostrzenia prawa aborcyjnego są w mniejszości (status quo 61% ,liberalizacja 16%, zaostrzenie 15%). No i ok, zrobiliśmy to, co zrobiliśmy (czytaj „zjebaliśmy”) i co teraz? Jakoś trzeba zareagować. I właśnie te reakcje były przyczyną, dla której notka ma taki, a nie inny tytuł.


Generalnie rzecz ujmując, reakcje te są całkowicie oderwane od realiów. Tam jest po prostu wszystko. „Świadectwa” osób, które „miały zostać poddane aborcji, ale jednak nie zostały jej poddane i teraz o tym opowiadają”. Świadectwa te pełne są „cytatów” z lekarzy, które to cytaty nie mogły paść pierdylion lat temu, bo używane w nich określenia karierę medialną zaczęły robić nie tak dawno temu (tak więc w chuj wątpliwe jest to, że jakiś nieistniejący doktor, który „namawiał” do terminacji ciąży ich użył). Mamy również „kobieta była w ciąży, ale nie poddała się aborcji, a jej synem był Andrea Bocelli (czyli odgrzewane, zygotariańskie narracje sprzed ośmiu lat [wtedy zaczynałem karierę trollską i obserwowałem debatę towarzyszącą temu, co działo się w trakcie „debaty publicznej”, którą prowadzono, bo Ziobroidy sobie wymyśliły, że chcą zaostrzyć prawo aborcyjne]). Jest guilttripowanie „oni mają prawo żyć”. W pewnym momencie wyciągnięto spod kamienia profesora „pięćsetkę”, który opowiadał o tym, że w trakcie aborcji płody bardzo cierpią (niestety, nie wspomniał o tym, czy zaobserwował to cierpienie w przeprowadzania pięciuset aborcji, do których przeprowadzenia się przyznał). Jest świadectwo polityka PiS, który opowiadał o tym, że jego dziecko miało żyć tydzień, a żyło pięć lat. Rzecz jasna, zarówno politykowi (jak i mendiom narodowym, jarającym się tym „świadectwem”) umknęło to, że dziecko polityka urodziło się mimo braku zakazu aborcji. Tego rodzaju narracji było mnóstwo (nadal się pojawiają) i moim zdaniem dowodzą one tego, że Zjednoczona Prawica nie ma pojęcia „co dalej”. Praktycznie wszystkie te narracje były „grzane” przy okazji debaty w 2016 i nie odniosły one najmniejszego skutku. Tym samym totalnie bezsensowne jest używanie ich w momencie, w którym opór społeczny jest znacznie większy. Warto w tym miejscu nadmienić, że olbrzymia większość wpisów w „soszjalach”, które publikują politycy Zjednoczonej Prawicy (i rządowi mediaworkerzy) jest bezlitośnie chłostana przez internautów. Wpis ma np. 1500 polubień (od dronów) i 1800 komentarzy, z których ogromna większość jest skrajnie negatywna względem autora i jego wysrywu. Do tej pory zdarzało się to incydentalnie (i to przeważnie w sytuacji, w której ten, czy inny przedstawiciel prawego sektora srogo przydzbanił). Teraz jest to proces ciągły, który zaczął się w czwartek i trwa sobie nadal w najlepsze. Tutaj nawet nie trzeba algorytmów do „badania internetów”, sentyment widać gołym okiem. Zjednoczona Prawica, która od paru lat zajmuje się indukowaniem wkurwu (czytaj – tłumaczy elektoratowi, że to, czy tamto powinno go zdenerwować) musi sobie zdawać sprawę z tego, że ten konkretny wkurw jest całkowicie oddolny. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w pewnym momencie wytoczono najcięższe działo, którym było nieśmiertelne „"Kaczyński jest wściekły". Zaskakujące doniesienia ws. orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego” (aka Dobry car, zły bojarzy). Nie trzeba chyba wspominać o tym, że suweren jakoś tak średnio w to uwierzył (zaś w kontekście późniejszego wystąpienia wannabe Kiszczaka, narracja ta była wyjątkowo wręcz idiotyczna).


Napięcie narasta z dnia na dzień i władze, które nie składają się ze skończonych kretynów, powinny zrozumieć, że jedynym sensownym wyjściem jest deeskalacja konfliktu, zanim dojdzie do jakiejś tragedii (już teraz „mamy za sobą” atak nożownika na jednego z protestujących, potrącenie dwóch osób przez auto i próbę rozjechania kilkunastu ludzi przez auto TVP, jadące pod prąd). Co więc robi nasza władza? Eskaluje sytuację. W tym miejscu pora na obszerną dygresję. Obserwuję sobie reakcje części duchownych i prorządowych influencerów na to, co się dzieje. Pozwolę sobie zacytować kilka wpisów, żebyście mogli w pełni docenić to, z czym mamy do czynienia. „Czy w tym pięknym kraju jest szef MSWiA? Komendant Główny Policji? Ktoś tam, na górze, w ogóle czymś kieruje? Trwają dni chaosu na ulicach połączone z nocą kryształową - i nic? Cisza?”- napisał jeden z rządowych inluencerów. Jeden z duchownych, który bardzo stara się o to, żeby tytułować go „Heinrichem” stwierdził, że: „trzeba ratować zdrową tkankę narodu”. Inny duchowny napisał: „Czy polska władza w ogóle panuje nad rozruchami? Mam mieszane uczucia.”. Tego rodzaju wpisów jest mnóstwo i w telegraficznym skrócie chodzi w nich o to, że influencerzy i duchowni domagają się tego, „żeby władza coś zrobiła z protestami”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby rządzący zapowiedzieli wprowadzenie stanu wojennego i napierdalanie „niepokornych” przy użyciu wojska i policji, to autorzy wyżej wymienionych wpisów musieliby prać majtki ze szczęścia.


Ponieważ część protestów odbywała się pod kościołami (i w środku tychże) nacjospierdoliny uznały, że nadszedł ich moment i powołały sobie Idiotenkopf, które mają chronić kościoły. Kariera tychże nie potrwała jakoś specjalnie długo, bo dzień po jednej nerwowej nocy (w trakcie której założyciel Idiotenkopf wzywał pomocy na ćwitrze [Winnicki nie mógł odpowiedzieć na wezwanie, bo w mieście było dużo ludzi] tenże sam założyciel prosił policję o pomoc. Na uwagę zasługuje również zachowanie wiceministra sprawiedliwości, który po tym, jak biedni narodowcy dostali wsparcie od grupy kiboli (ciekawe, czy musieli za nie płacić tak samo, jak ziomki Holochera płaciły innym kibolom za ochronę przed Antifą), a założyciel Idiotenkopf pochwalił się tym na ćwitrze, pozwolił sobie oklaskiwać ten wpis. Tak, dobrze przeczytaliście, wiceminister SPRAWIEDLIWOŚCI po pierwsze, cieszył się z tego, że na ulicach dochodzi do bijatyk, a po drugie pochwalał bandyterkę. Niby po pięciu latach człowieka już takie rzeczy nie powinny dziwić, ale jednak było to trochę zaskakujące. Gdybym był złośliwy napisałbym, że oklaskiwanie bandytów jest idealnym podsumowaniem rządów Zjednoczonej Prawicy, ale ponieważ złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że takie są efekty obdarowywania trolli internetowych stołkami, na których absolutnie nigdy nie powinni się znaleźć.


Na uwagę zasługują również reakcje części prawicowego komentariatu, który straszliwie bóldupi z powodu „upadku obyczajów”. Chodzi im, rzecz jasna, o to, że młodzi mają wyjebane na ich autorytety i nie jest dla nich problemem to, żeby kazać spierdalać księdzu, który wyszedł z założenia, że pokaże zmanipulowanym gówniarom (takie jest niemalże oficjalne stanowisko partii rządzącej na temat protestujących) gdzie ich miejsce. Najbardziej absurdalne jest to, że choć prawicowe elity dostrzegają problem (młodzi mają w dupie konserwatyzm [jestem bardzo zadowolony z tego, że kiedyś się na ten temat mądrowałem]), nie są w stanie zrozumieć „jak do tego doszło”. Otóż, ich zdaniem stało się tak dlatego, że (w skrócie) młodzi mieli styczność ze zbyt małą dawką konserwatyzmu. Zupełnie nie dociera do nich to, że młodzi mieli styczność z ilością konserwatyzmu wystarczającą do tego, żeby nim, kurwa, gardzić i mieć wyjebane na „autorytety”, bredzące o „prawie naturalnym”.


Jak już wspomniałem, władze eskalują konflikt. Zamiast cofnięcia się (które byłoby dla nich jedynym sensownym wyjściem z sytuacji) bawią się w podlewanie iskier Dzikim ogniem. Przykład? Otóż, ktoś w Zjednoczonej Prawicy uznał, że dobrze by było olać kandydatkę na RPO, która ma największe poparcie i zamiast niej wystawić twarz tego, co się teraz dzieje, czyli posła, który był inicjatorem skierowania do Trybunału Przyłębskiego wniosku o zbadanie konstytucyjności wiadomej przesłanki (swoją drogą, ciekaw jestem, czy potwierdzą się plotki, w myśl których PSL zastanawia się nad poparciem tej kandydatury). Tego rodzaju działań, które wkurwiają suwerena coraz bardziej – jest od cholery. Cebulą na torcie było wystąpienie Kiszczaka wannabe (aka Jarosław Kaczyński), który rozładował atmosferę, wzywając społeczeństwo do napierdalania się (nie, nie da się w inny sposób interpretować tego co, on powiedział). Nie mam pojęcia, jak to wszystko się skończy, ale jeżeli w Zjednoczonej Prawicy nie dojdą do głosu ludzie, którzy niekoniecznie chcą mieć w CV „bycie członkiem partii rządzącej, która doprowadziła do tego, że ludzie zabijali się na ulicach”, to będzie tylko gorzej. Bardzo groźne jest również to, że Zjednoczona Prawica zupełnie wręcz nie ogarnia nastrojów społecznych. Ci ludzi uwierzyli we własne gówno-narracje, z których wynika, że protestuje bardzo mało ludzi, a ci, którzy protestują, to „skrajna lewica”. Fakty do nich nie docierają. Jedyne, co do nich dociera to to, że być może stracą władzę, a to przeraża ich na tyle, że nie mieli nic przeciwko temu, żeby Żoliborski Intelektualista uraczył wszystkich swoim bełkotem o „bronieniu kościołów za wszelka cenę” i gdyby doszło do najgorszego, nie będą mieli nic przeciwko „zrobieniu czegoś” z protestującymi. 


Źródła:

https://twitter.com/MarcinDuma/status/1320111292749852672

https://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-fogiel-wyrok-tk-ws-aborcji-tworzy-nowa-sytuacje-prawna,nId,4810997

https://twitter.com/sjkaleta/status/1320460898255949826

https://twitter.com/wPolityce_pl/status/1320784246458470402

https://twitter.com/wPolityce_pl/status/1320706900342808576

https://tvp.info/50506151/wzruszajace-wyznanie-posla-wiktoria-miala-zyc-tydzien-cieszylismy-sie-nia-5-lat-wideo

https://twitter.com/PanZolty/status/1320670844528590850

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Gdynia.-64-letni-nozownik-zaatakowal-po-protestach-przeciwko-wyrokowi-TK-ws.-aborcji

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Warszawa/Strajk-kobiet.-Samochod-TVP-wjechal-w-protestujacych.-Posel-PO-Michal-Szczerba-pokazal-film

https://twitter.com/MichalSzczerba/status/1320771414727761920

https://twitter.com/Jan_Pawlicki/status/1320847993101340672

https://twitter.com/rzeczpospolita/status/1320734570275373058

https://twitter.com/DanielWachowiak/status/1320452456539656194

https://twitter.com/MarcinDuma/status/1321109127133863943

https://twitter.com/sjkaleta/status/1320838397276131329

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1320450799542161408

https://www.fronda.pl/a/nastolatki-do-ksiedza-masz-macice-to-wypij,151962.html?

https://twitter.com/tvp_info/status/1320745242212130816

https://twitter.com/gazeta_wyborcza/status/1320733023550251009


Państwo teoretyczne z pandemią w tle – odcinek 6 – chaos
19.10.2020
Z napisaniem tej konkretnej notki czekałem do momentu, w którym rząd Zjednoczonej Prawicy ogarnie się na tyle, żeby w ogóle jakoś zareagować na rekordowe skoki w liczbie potwierdzonych zachorowań. Miałem świadomość tego, że prędzej czy później rząd jakoś zareaguje (i nie mam tu na myśli szczucia na lekarzy [o którym w dalszej części notki wspomnę]). Osobną kwestią jest to, że chciałem zebrać myśli na tyle, żeby poniższy tekst miał ręce i nogi (a jest sporo rzeczy do ogarnięcia).


Muszę przyznać, że zastanawiałem się nad tym, jak to możliwe, że rząd tak bardzo zjebał przygotowania do tego, co się teraz dzieje. Nie zrozumcie mnie źle, moja opinia na temat Zjednoczonej Prawicy jest niezmienna: ci ludzie potrafią zjebać wszystko za co się wezmą. Niemniej jednak skala zjebania jest przytłaczająca. Na pierwszy bowiem rzut oka wygląda to tak, jakby obecne władze świadomie olały to, że może dojść do drugiej fali (tak, wiem, ciężko mówić o drugiej fali, bo pierwsza sobie nie poszła tak do końca). Jednakowoż widać wyraźnie, że władze zaczynają panikować. Ostatni tydzień upłynął pod znakiem hejtowania lekarzy, pielęgniarek i całego personelu medycznego (gwoli ścisłości, używam tego określenia jako zamiennika dla „pracowników ochrony zdrowia”). Zaczęło się od Sasina, który powiedział był, że: „Niestety występuje taki problem, jak brak woli części środowiska lekarskiego – chcę to podkreślić wyraźnie, części. Oczywiście bardzo wielu lekarzy, pielęgniarek, personelu medycznego z wielkim poświęceniem wykonuje swoje obowiązki, ale część tych obowiązków wykonywać nie chce”. Bardzo szybko okazało się, że to obowiązująca narracja, do której przyłączyły się rządowe media. Największy rządowy rozrzutnik treści, TVP Info zaczął klarować, że: „Wojewoda wysłał 88 lekarzom wezwania do walki z COVID. Pracę podjęło trzech”, a potem pochylono się nad problemem ludzi, którzy nie mogą się dopchać do lekarzy: „Covidowa „spychologia”. Dziesiątki telefonów, prośby o test i niedziałający system”. Dzień później pociągnięto temat i były minister zdrowia, Konstanty Radziwiłł (który wsławił się, między innymi, powoływaniem się na dane z Instytutu Danych z Dupy w trakcie dyskusji o „potrzebie przywrócenia recept na pigułki dzień po”) opowiadał o tym, że: „Praktycznie nie ma osób, które same zgłaszają się do pracy przy zwalczaniu epidemii – mówił o sytuacji na Mazowszu wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł. Podkreślił, że sytuacja wygląda też „bardzo źle”, jeśli chodzi o stawiennictwo osób odgórnie skierowanych do takiej pracy. (…) Jest mi bardzo niezręcznie o tym mówić, zwłaszcza że sam jestem lekarzem, ale wydaje mi się, że mamy do czynienia z przewagą lęku – ocenił.”. Zanim odniosę się do tych narracji, pozwolę sobie na dygresję. Na samym początku tejże zaznaczam, że od momentu, w którym zacząłem rozumieć to i owo, nie zdarza mi się dywagowanie na temat tego „co bym zrobił gdybym był na miejscu tej, czy innej osoby”. Tym razem zrobię wyjątek, bo jestem absolutnie pewien tego, że gdybym był lekarzem, pielęgniarzem, albo inszym personelem medycznym i jakiś spasiony kutas chciałby mnie skierować na pierwszą linię frontu, to znalazłbym pierdylion sposobów na to, żeby nie musieć się stosować do tego skierowania. Rzygać mi się chce, kiedy widzę upasione ryje (które niczym, of korz, nie ryzykują) opowiadające  o tym, że lekarze i pielęgniarki, dupa cicho i do roboty bo przysięga Hipokratesa.


Przypomina mi się jedno z haseł z pierwszego Czarnego Protestu „martwa nie urodzę”, które można sparafrazować „martwi nie będziemy leczyć”. To, co się dzieje warto osadzić w kontekście, którym było nieprzygotowanie państwa do pierwszej fali zachorowań. Chyba każdy pamięta o tym, że bardzo dużo zachorowań odnotowano wśród personelu medycznego, który nie został należycie zabezpieczony (bo brakowało środków ochrony indywidualnej). Zamiast środków ochrony indywidualnej personel medyczny dostał zakaz wypowiadania się na temat braków pod rygorem wypierdolenia z roboty. Wspominałem kiedyś o „podziemiu antywirusowym”, które zaopatrywało lekarzy w środki ochrony. Robiono to „po kryjomu”, bo personel medyczny nie mógł oficjalnie poprosić o te środki. Nie mógł, ponieważ taka prośba byłaby równoznaczna ze stwierdzeniem, że są braki w zaopatrzeniu. Reasumując, personel medyczny ryzykował zdrowiem i życiem pracując bez odpowiednich środków ochrony dlatego, że ktoś najpierw zjebał przygotowania do pierwszej fali zachorowań, a potem zabronił o tym mówić. Czy kogokolwiek w tym kontekście dziwi to, że część personelu medycznego nie chce wchodzić na pole minowe, w które zamieniono ochronę zdrowia? Nieśmiało przypominam, że „za pierwszym razem” mieliśmy do czynienia ze znacznie niższymi liczbami zakażonych. I na tym zakończę przydługą dygresję. Owszem, zdarzają się sytuacje takie, jak ta, do której doszło w moim rodzinnym mieście, w którym trzeba było napierdalać kijem w parapet celem uzyskania skierowania. Tego rodzaju, ekhm, „eventy”, to woda na młyn dla zjebów, którzy teraz opowiadają o tym, że lekarzom, pielęgniarkom/etc. się w dupach poprzewracało. Niestety pamięć ludzka jest ulotna i znacznie więcej ludzi pamięta o tym kiju, a znacznie mniej o tym, jak bardzo personel medyczny miał przesrane na wiosnę (za tą krótką pamięć należy podziękować mediom).


Zrzucanie odpowiedzialności za swoje fuckupy na „kogoś innego” ma w Zjednoczonej Prawicy długą tradycję (nie pamiętam już czy prekursorką była Beata Kempa, która twierdziła, że założenie chujowych opon w limuzynie Prezydenta [co doprowadziło do spektakularnego wylecenia z drogi] to wina poprzedników). W pewnym momencie technika ta została nieco zmieniona. Kiedy nie dało się przykryć tego, że „jest niedobrze”, Zjednoczona Prawica (wraz z rządowymi mediami i internetowymi dronami) zaczynała tłumaczyć, że może i jest chujowo, ale za rządów PO-PSL było chujowiej. Przykład? Na samym początku pandemii, kiedy liczba ofiar śmiertelnych była stosunkowo niewielka, tłumaczono, że w sumie za PO więcej osób zmarło z powodu świńskiej grypy. Rzecz jasna, w pewnym momencie narracje te się urwały (z przyczyn oczywistych). No, ale to dygresja. Jeszcze inną metodą (która wyewoluowała z „winy poprzedników”) jest budowanie narracji, z których wynika, że odpowiedzialność za ewidentne fuckupy władz ponoszą wyłącznie „inni”. W przypadku nieprzygotowania kraju na drugą falę – padło na pracowników ochrony zdrowia. Gdyby ta nagonka była elementem jakiegoś szerszego planu, to trwałaby już od jakiegoś czasu (chłopcy i dziewczęta od Samuela z przyjemnością wygrzebaliby z mediów społecznościowych „łamiące informacje” o tym, że lekarze zamiast leczyć jedzą kanapki). Ponieważ zaś zaczęło się ona nagle, dowodzi to moim zdaniem paniki w obozie rządzącym. Niestety, w tym konkretnym przypadku panika partii rządzącej oznacza, że my również powinniśmy zacząć panikować. Zjednoczona Prawica wielokrotnie udowadniała, że ludzka śmierć ma dla niej wymiar stricte wizerunkowy. Nie inaczej jest tym razem. Spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy wiedzą doskonale, że jeżeli dojdzie u nas do „wariantu włoskiego” (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Lombardia miała ochronę zdrowia na znacznie wyższym poziomie niż nasz kraj), to nie będzie się tego dało w żaden sposób przykryć. Nie oznacza to, rzecz jasna, że rządowe drony nie będą szukać porównań na zasadzie, no „może i u nas zmarło tyle i tyle osób, ale w USA, albo (tu wstaw dowolny kraj) jest znacznie gorzej”, ale ten przekaz, moim zdaniem, trafi tylko i wyłącznie do najtwardszego elektoratu (o ile temu elektoratowi ktoś się nie wyloguje z powodu brakującego respiratora). [Edycja]: już po napisaniu tekstu okazało się, że jestem trochę jak ten od śniegu, co to nic nie wiedział. W dniu, w którym odnotowaliśmy ponad 8.500 zachorowań (zaś w mediach zaczęły się pojawiać informacje o tym, że w niektórych regionach brakuje respiratorów i już teraz trzeba „wybierać”), Konstanty Radziwiłł oznajmił, że: „Polska w porównaniu z innymi krajami Europy Zachodniej wypada lepiej” 


[Edycja] Już po napisaniu powyższego kawałka, w mediach pojawiła się niniejsza wiadomość: „Nie żyje kierowca karetki zakażony koronawirusem. Szpitale odmawiały przyjęcia przez brak miejsc (…) Mężczyzna nie otrzymał pomocy w szpitalach zakaźnych z powodu braku miejsc. Gdy w końcu został przyjęty do Szpitala Powiatowego w Garwolinie, zmarł w karetce w drodze do placówki". Choć nie jestem lekarzem/kierowcą karetki, to chciałbym w tym miejscu złożyć serdecznie życzenia pierdolenia się na ryj każdej gnidzie, która z bezpiecznej pozycji „wojownika klawiatury” opowiada o „przysiędze Hipokratesa” i narzeka na pracowników ochrony zdrowia.


Na uwagę zasługują również „zaproszenia do współpracy”, które partia rządząca wysyła opozycji (przy jednoczesnym „mieniu wyjebane” na pomysły opozycji [projekty ustaw etc.]). I tu również mieliśmy do czynienia z przekazem dnia. Najpierw wpadł mi w oczy ćwit Michała Dworczyka: „Trzeba w trudnych czasach być razem, pokazać społeczeństwu, że w obliczu zagrożenia nie liczą się barwy polityczne a walka o obronę życia i gospodarki. Zapraszamy @bbudka do współpracy! nie wykorzystujcie pandemii do walki politycznej”, potem zaś ćwit Jadwigi Emilewicz: „Czas pandemii to nie czas na polityczną wojnę. Rolą opozycji jest pozwolić działać rządowi i solidarnie wspierać społeczeństwo w przestrzeganiu zasad. Rozliczanie skuteczności zostawmy na wakacje 2021. Zapraszamy @bbudka do współpracy.”. Tego rodzaju wpisów i komentarzy było zapewne znacznie więcej, ale te dwa nam całkowicie wystarczą. Zanim przejdę do pastwienia się nad tymi wpisami, krótką dygresję poczynię. Nie pamiętam już, która partia została przyłapana jako pierwsza na używaniu przekazów dnia. Taki przekaz dnia, to wygodna sprawa, bo minimalizuje się ryzyko tego, że politycy zaczną mówić „to, co myślą” i np. się narracje rozjadą. Problemem (acz zupełnie nie wykorzystywanym przez opozycję) Zjednoczonej Prawicy jest to, że stosuje ona tę metodę z takim zapamiętaniem i tak często, że czasem dochodzi do „czołowych zderzeń narracyjnych” (których nie da się wytłumaczyć tzw. „wielonarracją”, którą Zjednoczona Prawica zapożyczyła od Trumpa). Innym problemem z przekazami dnia jest to, że czasem realizujący te przekazy nie mają czasu ani chęci, żeby doszlifować ten przekaz i zapewne przeklejają to, co dostali (czy to smsem, czy to w mailu). Nie inaczej było w przypadku cytowanych ćwitów. Po pierwsze „zaproszenie do współpracy” (Dworczyk dodał jedynie wykrzyknik). Po drugie jestem się w stanie założyć o wiele, że totalnie randomowa data, którą w ćwicie wrzuciła Emilewicz, nie była jej pomysłem. Zapewne spindoktorzy uznali, że skoro na wakacjach 2020 liczba zachorowań utrzymywała się nie niezbyt wysokim poziomie (w porównaniu do tego, co dzieje się teraz), to w trakcie kolejnych wakacji łatwiej się będzie bronić przed rozliczeniami. Nieśmiało przypominam, że skrajnie idiotyczna wypowiedź Premiera Tysiąclecia o „wirusie w odwrocie” padła na wakacjach właśnie. Po trzecie prośba o niewykorzystywanie pandemii do walki politycznej. To jest moim zdaniem najbardziej absurdalny fragment. Do momentu, w którym liczba dziennych stwierdzonych zachorowań utrzymywała się na jako takim poziomie, były zapewnienia, że Poland Stronk, a opozycja dupa cicho, bo najlepszy rząd RP sobie poradził najlepiej ze wszystkich. 15 września 2020 ministra funduszy i polityki regionalnej Małgorzata Jarosińska-Jedynak opowiadała w Radiu PiK o tym, że: „Polska poradziła sobie z pandemią najlepiej ze wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej.” Teraz zaś, ponieważ sytuacja epidemiczna jest w Polsce taka, a nie inna, nagle okazuje się, że nie wolno rozliczać władzy z tego, jak (nie)przygotowała Polski do jesiennej fali zachorowań, bo to by było „wykorzystywanie pandemii do celów politycznych”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Wcześniej wspomniałem o „czołowym zderzeniu narracyjnym”. Ofiarą tego zderzenia padła Jadwiga Emilewicz, która najpierw napisała „Borysie Budko, pomusz”. Potem zaś w trakcie przepychanki z Vincentem Rostowskim (który słusznie zwrócił uwagę na to, że w sumie to władza miała kilka miechów, żeby przygotować kraj, ale jakoś tak się nie złożyło [może gdyby koronawirus miał tęczowe kolory, Zjednoczonej Prawicy byłoby łatwiej?]), napisała: „Panie Ministrze, wiosną Pana partia rekomendowała wybory jesienią. My mówiliśmy o drugiej fali. Nie licytujmy się.”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że narracja „hurr durr opozycja chciała wyborów na jesieni”, pojawiła się już jakiś czas temu, albowiem 7 października 2020 Łukasz Schreiber usiłował pompować balonik wizerunkowy Premiera Tysiąclecia: „Kto zdał test na polityczną odpowiedzialność ws pandemii. Opozycja przy wsparciu części mediów chciała wybory prezyd. jesienią Premier @MorawieckiM w marcu: „Wybory prezydenckie powinny się odbyć w zaplanowanym terminie, gdyż (...) np. jesienią może nastąpić nawrót koronawirusa”. Bardzo szybko został sprowadzony na ziemie komentarzami, w których stało, że skoro współczesne wcielenie Nostradamusa przewidziało „nawrót koronawirusa”, to czemu owo wcielenie nie zadbało o to, żeby przygotować Polskę do tegoż nawrotu? Aczkolwiek to tylko dygresja była, a nam trzeba wracać do Jadwigi Emilewicz. Zastanawia mnie to, jak bardzo leniwym człowiekiem trzeba być, żeby nie zastanowić się nad tym, że trochę kiepsko będzie wyglądać „zaproszenie do współpracy”, jak się zaraz po tym zaproszeniu zacznie jebać zapraszanego za to, że zdaniem zapraszającego jest głupi. Nie można również pominąć tego, że równolegle z zaproszeniem wystosowanym do Budki prawy sektor (z politykami Zjednoczonej Prawicy na czele) grzał na ćwitrze hashtag o obłudzie platformy, żeby udowodnić, że PO niby chce walczyć z pandemią, ale jednak wcale nie walczy/etc.


Oba wyżej opisane działania (szczucie na pracowników ochrony zdrowia i „zaproszenie do współpracy) miały charakter mocno doraźny. Abstrahując bowiem od tego, że jeszcze miesiąc temu tłumaczono, że Polska sobie poradziła najlepiej ze wszystkich krajów (ciekawe, czy Zjednoczona Prawica kiedyś przestanie wzorować się na retoryce Trumpa), do bardzo niedawna próbowano innej narracji, z której wynikało, że (zapnijcie pasy) Polska jest zajebiście przygotowana do „drugiej fali”. 12 października, tak więc w czasie, w którym liczba potwierdzonych „dziennych” zachorowań oscylowała w okolicy 4-5 tysięcy, Terlecki powiedział był, że rząd się „świetnie” przygotował „na drugą fazę pandemii”. Aczkolwiek może ja to po prostu źle zrozumiałem i może Terleckiemu chodziło o to, że rząd jest świetnie przygotowany, bo dla rządowych VIPów nie zabraknie łóżek i respiratorów? Chwilę potem okazało się, że „ochrona zdrowia = chuje” i zaczęły się odezwy do opozycji. Tym samym, Zjednoczona Prawica zaczęła sobie zdawać sprawę z tego, że jest źle i najprawdopodobniej będzie tylko gorzej.


Wspomniałem wcześniej o tym, że przez dłuższy czas zastanawiałem się nad tym, czemu tak właściwie Zjednoczona Prawica tak bardzo zjebała te przygotowania. Czemu doprowadziła do sytuacji, w której po ogłoszeniu, że znowu trzeba będzie zasłaniać usta i nos w przestrzeni publicznej, dyrektor z instytutu, o którym nie można mówić, wiecie czego, wyszedł cały na foliarsko i zaczął opowiadać o tym, że w sumie to rząd se może apelować o te maski, ale nie ma „prawnego” obowiązku zasłaniania nosa i ust. Potem wywiązała się prawnicza przepychanka, bo część prawników tłumaczyła, że owszem, takowy obowiązek istnieje. Jednakowoż, gdyby w ramach przygotowań do drugiej fazy (tych, które rządowi poszły tak dobrze) przegłosowano jakąś ustawę (albo poprawkę), w której by stało, że w takim, a takim przypadku maski trzeba nosić, choćby chuj na chuju stawał, to teraz foliarze i putinoidy nie mogliby tłumaczyć, że HURR DURR MAM PRAWO ZARAŻAĆ! Jeżeli nie ogarnięto nawet takiej (dość podstawowej) kwestii, to chyba nie ma specjalnego sensu zastanawianie się nad tym „jak rząd poradził sobie z bardziej złożonymi kwestiami”, prawda? Jeżeli kogoś interesuje to, co można było zrobić w ramach przygotowań, to w Źródłach podrzucam link do ćwiterowego wątku autorstwa jednego z lekarzy, który się w soszjalach udziela. Jak do tego doszło? Moim zdaniem stało się tak dlatego, że pierwszą fale zachorowań przeszliśmy (w porównaniu do innych krajów) stosunkowo bezproblemowo. Owszem, pracownicy ochrony zdrowia mieli przejebane, ale nie brakło ani łóżek, ani respiratorów. W pewnym momencie w mediach społecznościowych zaczęły się pojawiać opinie, że PiS zjebał przygotowania do drugiej fali dlatego, że „uwierzył w swoją propagandę”. Częściowo się z tym zgodzę, ale przyczyną, dla której PiS w to swoje pierdolenie „kto jest najlepszym rządem? MY JSETEŚMY NAJLEPSZYM RZĄDEM!” uwierzył, była stosunkowo niewielka liczba zachorowań. Z tejże liczby Zjednoczona Prawica wysnuła wniosek taki: skoro na wiosnę było tak, a nie inaczej, to teraz będzie tak samo. Skoro zaś będzie „tak samo”, to nie trzeba będzie się jakoś specjalnie spinać z przygotowaniami, prawda? W przysłowiowym międzyczasie doszło do zdominowania debaty na tematy pandemiczne przez foliarstwo, które wykręcało coraz większe zasięgi w internetach. Acz w sumie nie tylko w internetach, bo mediom rządowym zdarzało się dość często zapraszać kretynów, którzy opowiadali, że z tą pandemią, to tak nie do końca, bo (i tu wstaw dowolną foliarską teorię).


W tym miejscu pozwolę sobie na kolejną dygresję i tym razem będzie to dygresja anecdatyczna. Otóż część wakacji spędziłem z familią w domku na całkiem przyjemnym (czytaj – było tam bardzo mało ludzi) zadupiu w górach. Większą część czasu spędzaliśmy na łażeniu po górach (czy też innych lasach). Czasami zdarzało się nam przejeżdżać przez nieco większe miejscowości turystyczne, które (z racji zakazu wyjazdów zagramanicznych) przeżywały istne oblężenie. Wszędzie wyglądało to podobnie: od zajebania ludzi, którzy mają w dupie zachowywanie dystansu/etc. Jak się nam zdarzyło poruszać wodnym środkiem lokomocji zbiorowej, to byliśmy jedynymi osobami, które zasłaniały usta i nosy. Ktoś może powiedzieć, ok, ale to otwarte przestrzenie, albo dobrze wentylowane pomieszczenia, tam się trudniej zarazić. Po pierwsze „trudniej” nie oznacza, że się nie da, a po drugie – to wszystko sprawiało, że coraz więcej ludzi zaczynało mieć coraz bardziej wyjebane na „całą tę pandemię”. Wakacje minęły, pogoda przestała sprzyjać ciągłemu wietrzeniu siebie samych (i pomieszczeń, w których się przebywa), a przyzwyczajenia z olewaniem zaleceń i reżimów sanitarnych zostały. Tak więc, to się nie mogło dobrze skończyć. Tak swoją drogą, ktoś jeszcze pamięta, jak w trakcie kampanii prezydenckiej organizowano gigantyczne spędy, na których mało kto przejmował się jakimikolwiek zaleceniami antykoronawirusowymi? Fajnie było sobie jebać fotki z suwerenem, ale nikt nie pomyślał o tym, że to wszystko się może zemścić w nieodległej przyszłości. Potem zaś było coraz gorzej, bo foliarstwo przekonywało do swoich „postulatów” coraz większą liczbę ludzi. Docierało do mnie coraz więcej historii ludzi, którzy opowiadali, że jakieś jebane dzbany zwracały im uwagę na to, że „noszą kagańce”. Mnie osobiście się taka przygoda nie przydarzyła, ale to pewnie ze względu na moją aparycję podkarpackiego intelektualisty. Nie chce mi się w tym miejscu wspominać o tym, jak to foliarstwo sobie ostatnio pourządzało spędy, których policja nie ogarnęła mimo, że powinna (acz domyślam się, że to po części dlatego, że nikt tam nie miał tęczowych flag). Tak, wiem, poszło trochę mandatów i trochę wniosków do sądów, ale ci ludzie zostali bardzo lajtowo potraktowani, jak na to, że ich zachowanie zagraża życiu i zdrowiu innych ludzi.


Tak swoją droga, przyznać muszę, że trochę zajęło mi ogarnięcie tego, co tak właściwie dał nam lockdown wiosenny. Rzecz jasna, poza ograniczeniem transmisji wirusa. Otóż, lockdown pozwolił nam (jako państwu) kupić sobie trochę czasu na przestawienie kraju w tryb reżimu sanitarnego, który to reżim powinien być przestrzegany do momentu, w którym koronawirus nie będzie już stanowił zagrożenia (czytaj: szczepionka, albo jakiś sensowny lek). U nas zaś skończyło się to tak, że wprowadzono lockdown, a potem w mocno nieprzemyślany sposób ściągano kolejne obostrzenia. Ukoronowaniem (pun intended) tych działań była decyzja o tym, że szkoły powinny nauczać w trybie stacjonarnym. Zjawiskowa była zajadłość, z którą tłumaczono (głównie przy użyciu dronów internetowych) suwerenowi, że wszystko będzie ok, bo nawet jak dziecko złapie koronę, to przeca jest ona dla niego niegroźna. Tłumaczącym umknął ten drobny (równie drobny, co 70 baniek przejebanych przez Sasina) szczegół, że ok, bombelek sobie przejdzie koronę bezobjawowo, ale tak się składa, że przy okazji może zarazić w chuj ludzi, którzy mogą nie mieć tyle szczęścia, żeby się nie załapać na bezobjawowość. Reasumując, to co udało się nam zyskać przy użyciu wiosennego lockdownu, zostało potem rozjebane (równie spektakularnie, co 70 baniek przez Sasina[to już ostatni, obiecuję]) przez rząd.


Ponieważ do niemiłościwie nam panujących dotarło, że „coś trzeba zrobić”, wprowadzono kolejny, częściowy, lockdown. Częściowy, bo całkowitego nasza gospodarka mogłaby najprawdopodobniej nie udźwignąć. Znamienne jest to, że rząd po raz kolejny zrobił coś „z partyzanta” i nie kłopotał się z tym, żeby jakoś wcześniej z obywatelami o tym porozmawiać. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Wprowadzenie pierwszego lockdownu było słuszną decyzją, ale jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby wcześniej poinformowano ludzi o tym, że rząd myśli nad taką ewentualnością, to przynajmniej część osób byłaby się w stanie do tego przygotować. Niemniej jednak rozumiem, że sytuacja była nagła i trzeba było podjąć błyskawicznie taką, a nie inną decyzję. Tylko, że nie można powiedzieć tego samego o późniejszych decyzjach o ściąganiu obostrzeń. Po prostu ogłaszano, że ściągnięte zostanie takie, a nie inne obostrzenie i taki, czy inny podmiot będzie mógł działać, ale w reżimie sanitarnym. To zaś, jak powinien ten reżim wyglądać, było „wymyślane w biegu”. Nikogo, kurwa, nie obchodziło to, że np. przygotowania przedszkola do przyjęcia dzieci nie da się ogarnąć w kilka godzin. Wyjątkowo wkurwiające dla sporej części obywateli musiało być to, że częściowy lockdown wprowadzono po tym, jak przez dłuższy czas przekonywano wszystkich do tego, że „Już Dwunasta i Wszystko Jest W Porządku”. Ponownie będę musiał użyć argumentum ad siłownium, bo z tego, co zaobserwowałem po wyjściu ze swojej bańki, decyzja o zamknięciu tychże przybytków jest dla sporej liczby ludzi cokolwiek niezrozumiała. Owszem, było kilka przypadków, w których siłownie były ogniskami zachorowań, ale o ile mnie research nie myli, to żaden z nich nie zdarzył się w Polsce. Mieliśmy kupę ognisk na weselach i przynajmniej jedno (ale za to w chuj duże) na pogrzebie. Było „koronabierzmowanie” (acz nie wiem, czy skończyło się ono powstaniem ogniska). Obstawiam, że brak ognisk „siłowniowych” mógł się wziąć stąd, że przestrzegano tam reżimu sanitarnego, a uczęszczających do tych przybytków było znacznie mniej, niż przed pierwszym lockdownem. Osobną kwestią jest to, że sytuacja mogłaby się szybko zmienić w momencie, w którym wietrzenie niektórych „fitnessów” byłoby utrudnione ze względu na temperaturę panującą na zewnątrz. Czemu wspomniałem o tym, że nie było ognisk na siłowniach? Bo jestem się w stanie założyć o wiele, że obserwowali to również właściciele tych przybytków i na podstawie swoich obserwacji oceniali ryzyko pojawienia się kolejnego lockdownu fitnessowego. Dla porównania, jeżeli ktoś robił w branży weselnej, to mógł być prawie pewny tego, że prędzej, czy później rząd pochyli się nad tymi konkretnymi ogniskami. W przypadku „fitnessów” nikt z nimi nie rozmawiał o tym, że „no wiecie, może i nie ma ognisk na siłowniach, ale trochę przesrane się robi z tymi zachorowaniami i dlatego liczcie się z tym, że możemy was znowu zamknąć na jakiś czas”. Gwoli ścisłości, o ile pierwszy lockdown „fitnessy” przetrwały, to spora część z nich może nie przetrzymać tego drugiego (chyba, że rząd im jakoś sensownie pomoże). Jak już wcześniej zauważyłem, na siłowniach było mniej ludzi niż przed lockdownem, co przekładało się na niższy zysk (od którego trzeba było odjąć koszty utrzymywania reżimu sanitarnego). Nawet jeżeli komuś rezerwy pomogły przetrwać pierwszy lockdown, to szczerze wątpię w to, żeby udało mu się coś odłożyć w przeciągu paru miesięcy, które upłynęły między lockdownami.


Osobną kwestią, nad którą, niestety, trzeba się zastanowić, jest to, jak skuteczny będzie kolejny lockdown (i czy rządzący zrozumieją, że jest to po prostu kupowanie czasu na to, żeby przygotować się do kolejnego pandemicznego pierdolnięcia). Poprzednim razem społeczeństwo współpracowało, tym razem może być z tym bardzo różnie z przyczyn, które już opisywałem (foliarstwo) i tych, o których nie chciało mi się wspominać (olewanie obostrzeń przez rządzących i nieponoszenie przez nich konsekwencji [bo, kurwa, Premiera Tysiąclecia bardzo by zabolało, gdyby przeprosił i zapłacił karę za nienoszenie maseczki, prawda?]). Wspomnę jedynie o tym, jak bardzo wkurwiające musiało być dla wielu ludzi to, co odjebał Czarnek ze swoją wizytą w szpitalu, w sytuacji, w której wielu ludzi nie miało możliwości pożegnania swoich bliskich. Chciałem tutaj podrzucić przykład tego, jakie podejście do obostrzeń miał np. premier Holandii, który nie odwiedził umierającej w domu opieki matki (bo był zakaz odwiedzin), ale przy okazji będę mógł wam pokazać to, jak wygląda jebany tupolewizm. Otóż grzebiąc za linkiem trafiłem na artykuł TVP info: „Procedury były ważniejsze. Premier Holandii Mark Rutte nie odwiedził swojej matki, która umierała w domu opieki. Podporządkował się rozporządzeniom wydanym przez swój rząd.” Czy to „procedury były ważniejsze” było potrzebne? Nie, nie było, ale tylko i wyłącznie w ten sposób można było pokazać, że premier Holandii jest złamasem kutanym, dla którego ważniejsze od rodziny były procedury. Kurwa, typ zrobił to, co powinien, ale dronom z TVP to nie pasuje. To idealnie pokazuje mentalność obecnej władzy, która uważa, że co prawda zasady obowiązują, ale tylko i wyłącznie suwerena, bo elity są ponadto. Warto zaznaczyć, że olewanie zaleceń (połączone z kretyńskimi tłumaczeniami), było u wierchuszki Zjednoczonej Prawicy nagminne. Nic więc dziwnego, że foliarskie narracje „nie ma covidu, bo gdyby był, to oni by się go bali, a skoro zachowują się tak, a nie inaczej, to znaczy, że się nie boją” zdobywały coraz większą popularność. W tym miejscu poczynię jeszcze bardziej kolejną dygresję. Ciekaw jestem, czy dożyjemy rządów, w trakcie których nasi zawiadowcy będą mieli świadomość tego, że ich działania mają wpływ na działania społeczeństwa. Nie mam tu na myśli prawodawstwa/etc. (bo tu wpływ jest raczej oczywisty), ale po prostu o zachowanie (czytaj: o dawanie dobrego przykładu).


W jednym ze swoich pierwszych tekstów odnoszących się pandemii (konkretnie zaś do tego, jak ją ogarniają nasze władze) wystosowałem taki „apel blogerski” do naszych władz, który zaczynał się niniejszymi słowy: „chciałbym skierować odezwę blogerską do naszych ukochanych władz: uważam was za pierdolonych nieudaczników, ale trzymam za was kciuki. Jeżeli jesteście w stanie nie spierdolić choćby jednej, jedynej rzeczy, to walka z epidemią jest właśnie tą rzeczą.”. Niestety pół roku po tym apelu (fun fact, tamtą notkę opublikowałem 19 marca 2020) nikt (poza betonem) nie może mieć najmniejszych wątpliwości odnośnie tego, że nasi rządzący zjebali to, czego zjebać nie powinni. Ostatnią mądrą decyzją naszych władz było wprowadzenie lockdownu w marcu. Cała reszta była połączeniem jebałpiesizmu z tupolewizmem (a wszystko to podlane sosem propagandy sukcesu). Nie mam ochoty na straszenie kogokolwiek, ale mam również świadomość tego, że, niestety, mamy zamaszyście przejebane. Kwestią otwartą jest jedynie to, jak bardzo.


Źródła:

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1493365,sasin-o-lekarzach-czesc-tych-obowiazkow-wykonywac-nie-chce-prezes-nrl-pana-wypowiedz-jest-policzkiem-wymierzonym-calemu-srodowisku.html

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/521777-lekarze-ignoruja-wezwania-do-stawienia-sie-w-szpitalach

https://www.tvp.info/50311903/wojewoda-wyslal-88-lekarzom-wezwania-do-walki-z-covid-prace-podjelo-trzech

https://www.tvp.info/50311903/wojewoda-wyslal-88-lekarzom-wezwania-do-walki-z-covid-prace-podjelo-trzech

https://www.tvp.info/50310607/covidowa-spychologia-dziesiatki-telefonow-prosby-o-test-i-niedzialajacy-system

https://www.tvp.info/50322626/koronawirus-rekord-zachorowan-brakuje-lekarzy-opieki-medycznej-problem-z-personelem-medycznym-radziwill-bardzo-niezreczni-mi-o-tym-mowic-wieszwiecej

https://oko.press/podziemie-antywirusowe-dlaczego-musieli-konspirowac/

https://twitter.com/michaldworczyk/status/1317412092669009920

https://twitter.com/JEmilewicz/status/1317499009683103744

https://twitter.com/JEmilewicz/status/1317532112493436928

https://twitter.com/LukaszSchreiber/status/1313758881559052289

http://www.radiopik.pl/5,88093,minister-polska-poradzila-sobie-z-pandemia-najle

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/najnowsze-fakty/news-terlecki-rzad-swietnie-przygotowal-sie-na-druga-faze-pandemi,nId,4788227

Wątek lekarski pt „co można było zrobić”:

https://twitter.com/kosik_md/status/1316360395658067968

https://www.tvp.info/48241504/premier-holandii-nie-odwiedzil-matki-umierajacej-w-domu-opieki

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26388073,kaczynski-wreczyl-nagrode-wildsteinowi-bez-maseczek-i-dystansu.html

https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103087,26389941,kaczynski-i-wildstein-razem-na-scenie-bez-maseczek-dworczyk.html

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1317897139322834945




Hejterski Przegląd Cykliczny #72
09.10.2020
Przyznam szczerze, że niniejszy Przegląd miałem zacząć od pastwienia się nad Borysem Budką, ale dzisiejszy, kolejny z rzędu (dziś to już 4000+) rekord potwierdzonych zachorowań na koronę sprawił, że wyżej wymienionym jegomościem zajmę się w drugiej kolejności. Nawiązując do pewnej anegdoty na temat zespołu muzycznego o wdzięcznej nazwie „przejebane”: nie jest dobrze. Do tej pory, jako państwo mieliśmy farta gargantuicznych wręcz rozmiarów, ale to jest już czas przeszły dokonany. Rzecz jasna, wszelkiej maści foliarstwo tłumaczy, że wcale nie m tylu zachorowań, bo te testy, co to się je robi, to mają bardzo niską skuteczność/etc. Zastanawia mnie to, czy foliarze będą mówić to samo, jak już nam braknie miejsc pod respiratorami (na co się, kurwa, niestety zanosi, jeżeli trend wzrostowy się utrzyma). Wydaje mi się, że cokolwiek bezsensowne są dywagacje w temacie tego „how the fuck did we get here”, bo wszyscy patrzyliśmy na to, jak partia rządząca krok po kroku nas do tej sytuacji doprowadziła. Ostatnią sensowną decyzją polskiego rządu (chodzi, rzecz jasna, o decyzję związaną z pandemią) było wprowadzenie lockdownu (acz nawet przy okazji sensownej decyzji nie obyło się bez absurdów w rodzaju zakazu wstępu do lasów). Niestety, wraz z wprowadzeniem lockdownu zaczęło się autoośmieszanie państwa. Przykładem (pierwszym lepszym z brzegu) była gorliwość, z którą odsyłano ludzi na kwarantanny. Owszem, ktoś kto wracał z zagranicznego wojażu jak najbardziej powinien się poddać kwarantannie, ale ktoś, kto polazł w góry i przypadkowo przekroczył w lesie granicę już tak, kurwa, nie bardzo. Nawet jeżeli były to przypadki jednostkowe, to było o nich na tyle głośno, że spora cześć ludzi mogła dojść do wniosku, że „rząd sobie jaja robi”. Swoją rolę w autoośmieszaniu państwa odegrały również niedoprecyzowane wytyczne. Przykładowo, w oparciu o te wytyczne nie można było ustalić, czy biegać można „na legalu”, czy też należy się za to mandat. Znajomy prawnik (biegacz) wytłumaczył mi, że „to zależy”. Jeżeli trafi się na sensownego policmajstra, to wtedy bieganie jest legalne, ale jeżeli trafi się na upierdliwca, który lubi wystawiać mandaty, to wtedy z tą legalnością może być różnie. Potem mieliśmy cała masę idiotycznych wypowiedzi odnośnie tego, że w sumie z tymi maskami, to bardziej takie sugestie, że skoro można iść do sklepu, to można iść głosować, że wirus się skończył etc. Wypowiedzi te idealnie wpasowywały się w kompletnie zjebaną politykę informacyjną władz odnośnie koronawirusa. Wyżej wymieniona polityka informacyjna wyglądała tak, że społeczeństwo było informowane głównie o tym, że zostanie o czymś poinformowane za jakiś czas, jak się ministerstwa namyślą. Dla Zjednoczonej Prawicy jest to standardowe działanie (vide, to co się działo przy okazji kłótni o kasę i stołki, kiedy to media były 24/7 informowane o tym, że decyzje zostały podjęte, ale o tym, co to są za decyzje, to was poinformujemy za kilka dni [a następnie o niczym nikogo nie informowano]). Jest jednakowoż zajebiście duża różnica między informowaniem o tym, kto zostanie wyjebany z rządu za to, że chciał się bardziej nażreć, a tym, jak powinien wyglądać reżim sanitarny w przedszkolach, które zostaną otwarte za kilka dni. Bicie rekordów w liczbie potwierdzonych przypadków zachorowań sprawiło, że odezwały się głosy, z których wynikało, że to wszystko wina społeczeństwa. Ludzie, którzy piszą takie rzeczy, mylą skutki z przyczynami. Owszem, społeczeństwo zaczęło mieć (masowo) wyjebane na obostrzenia, ale to nie stało się z dnia na dzień. Nieśmiało przypominam, że kiedy wjechał lockdown i wprowadzono nakaz zakrywania ust i nosa (lub, jak kto woli „zalecenie”), to praktycznie wszyscy przestrzegali tego nakazu (podobnie było z dystansem w sklepach/etc.). Gdyby wszystkiemu było winne społeczeństwo, to moim skromnym zdaniem, miałoby ono na to wszystko wyjebane od samego początku. Winę za to, że ludzie „przestali się przejmować” ponosi rząd, który olewając politykę informacyjną, oddał pole wszelkiej maści foliarstwu. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że część mediów rządowych zajmowała się publikowaniem foliarskich idiotyzmów. Na ten przykład, na początku sierpnia tygodnik „Sieci” walnął na okładkę hasło: „szokująca teza, CZY TO FAŁSZYWA PANDEMIA?”. W okładkowym artykule można było przeczytać, że w sumie to druga fala pandemii nie nadchodzi, ale za to mamy histerię, którą chcą wykorzystać koncerny farmaceutyczne i niektórzy politycy. Nieśmiało przypominam, że gdyby „Sieci” nie dostały zielonego światła od Zjednoczonej Prawicy, to ten artykuł by się tam, kurwa, nie pojawił. W mediach społecznościowych sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Żeby to zobrazować muszę się posłużyć anecdatą. Jakiś czas temu dostałem (na swoim prywatnym koncie FB) zaproszenie do znajomych od pewnej członkini mojej rodziny, z którą kontakt ograniczał się głównie do pogrzebów rodzinnych. Bardzo szybko okazało się, że owa członkini lubi udostępniać foliarskie wrzutki w temacie korony. Ponieważ jestem z natury ciekawski, popatrzyłem na to, kto wrzucał na FB wrzutki udostępniane przez moją odległą kuzynkę. Okazało się, że to jakieś totalnie randomowe osoby. Ich randomowość nie przeszkodziła im w wykręcaniu olbrzymich zasięgów (kilkanaście tysięcy udostępnień miała każda z tych wrzutek). Potem sobie popatrzyłem na to, co wrzucają osoby produkujące te wrzutki i u jednej z nich znalazłem wpis o tym, że jeszcze sto lat temu, alzheimera (i wiele innych chorób) leczono muchomorem czerwonym. Reasumując, polski rząd prowadząc taką, a nie inną politykę informacyjną, doprowadził do sytuacji, w której jakaś część społeczeństwa uznaje te idiotyczne wrzutki za w pełni wiarygodne. To jest, swoją drogą, cokolwiek zjawiskowe. Zjednoczona Prawica doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak działają tego rodzaju wrzutki, bo w 2015 sama używała ich na potęgę (szczując na uchodźców), równocześnie legitymizując skrajnie prawicowych pato-influencerów. Tym samym, spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy musieli być świadomi zagrożenia, a mimo tego nie zrobiono absolutnie nic, żeby im w jakikolwiek sposób przeciwdziałać, zamiast tego jeszcze je wzmacniali. Odnoszę wrażenie, że do partii rządzącej pomału zaczęło docierać to, że sytuacja robi się poważna, albowiem (pozwolę sobie zacytować jednego ze znajomych ćwiterian): „o debil z Ministerstwa Zdrowia wreszcie dostał maseczkę” (edycja – już po napisaniu tekstu okazało się, że debil został pochwalony zbyt wcześnie, bo znowu olewa maseczki). Jak już wspomniałem, zaczęło to do nich docierać pomału, bo części z nich nadal się wydaje, że sprawa nie jest na tyle poważna, żeby jej nie wykorzystywać do pompowania balonika wizerunkowego. Na ten przykład, jeden z dronów z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Łukasz Schreiber uznał, że warto pochwalić Premiera Tysiąclecia i przyjebać się do opozycji:  „Kto zdał test na polityczną odpowiedzialność ws pandemii. Opozycja przy wsparciu części mediów chciała wybory prezyd. jesienią Premier @MorawieckiM w marcu: „Wybory prezydenckie powinny się odbyć w zaplanowanym terminie, gdyż (...) np. jesienią może nastąpić nawrót koronawirusa”. Wydaje mi się, że gdyby Premier Tysiąclecia „zdał test na polityczną odpowiedzialność”, to nie pierdoliłby o tym, że „wirus jest w odwrocie” i postarał się przygotować państwo do tego, co dzieje się teraz (nie, kupowanie niewidzialnych respiratorów się, kurwa, nie liczy). Osobną kwestią jest to, że wypowiedzi o wirusie będącym w odwrocie nie da się w żaden sposób obronić, bo wirus byłby w odwrocie w przypadku, w którym mielibyśmy skuteczną szczepionkę (względnie, lek). Ponieważ tak nie było, można było mówić o chwilowym spadku w dziennych przyrostach potwierdzonych zachorowań. Jeżeli mam być szczery, to się wam w tym miejscu przyznam, że niby człowiek ma trochę nadziei na to, że to jednak nie pierdolnie, ale mam świadomość tego, że to raczej niemożliwe.


Teraz pora na temat, który został wypchnięty z pierwszego miejsca (w rolach głównych: Borys Budka). Bardzo niedawno temu okazało się, że szefem MEN ma zostać fundamentalista religijny o skrajnych (nawet jak na Zjednoczoną Prawicę) poglądach. Nie będę bawił się w cytowanie jego wypowiedzi, bo są one powszechnie znane. Co zrozumiałe, zapowiedź oddania MEN komuś takiemu wywołała spory odzew wśród suwerena. Powinien to być wyraźny sygnał dla opozycji, że ma zielone światło do napierdalania w kogoś, kogo nie można nazwać talibem tylko i wyłącznie dlatego, że wyznaje nieco inną religię, niż wyżej wymienieni. I w tym momencie wchodzi Borys Budka, cały na biało: „Blisko 2 tys. nowych zachorowań, rekordowy deficyt, kryzys gospodarczy. Ale wszyscy będą zajmować się jednym ministrem-homofobem, który w dodatku dopuszcza kary cielesne wobec dzieci? Przecież właśnie o to chodzi #Kaczyński.emu. O kolejną wojnę ideologiczną. Hipokryta.” Jeżeli ktoś jeszcze nie wie w czym rzecz, to już tłumaczę: chodzi o coś, co część polityków i komentariuszy nazywa „tematem zastępczym”. Część komentariatu i polityków wychodzi z założenia, że jeżeli ktoś mówi „kurwa mać, skąd oni wytrzasnęli tego oszołoma”, to ten ktoś automatycznie przestaje dostrzegać problem koronawirusa. Zjeba, którą Budka dostał na ćwitrze sugeruje, że suweren ma odmienne zdanie na ten temat. Wydaje mi się, że kiedyś już się produkowałem w kwestii nieistniejących „tematów zastępczych”, ale Borys Budka wkurwił mnie tak bardzo, że uznam, że coś się popsuło i nie było mnie słychać, to powtórzę jeszcze raz: opowiadanie o „tematach zastępczych, to jest jakaś porażka”. Mam nieodparte wrażenie, że ludzie, którzy w pewnych momentach wyciągają kartę „temat zastępczy”, traktują to jako coś w rodzaju karty „wychodzisz wolny z więzienia”, bo np. nie chce im się wypowiadać w jakiejś kwestii. Przykładowo – temat aborcji jest problematyczny dla największej partii opozycyjnej (ze względu na to, że jej członkowie mają różne poglądy w tej kwestii). Tym samym, nietrudno zgadnąć dlaczego komentariat każdą informację o tym, że Zjednoczona Prawica może chcieć zaostrzyć prawo aborcyjne, określają mianem „tematu zastępczego”, który PiS „wyciąga” po to, żeby ukryć jakieś inne tematy. Zastanawia mnie jedno. Czy komentariat składa się z kretynów, czy też z wyrachowanych cyników. Prawda jest bowiem taka, że gdyby w 2016 suweren uznał, że zygotariański projekt autorstwa Ordo Iuris jest „tematem zastępczym” i nie doszłoby do masowych protestów, to od paru lat ten projekt byłby obowiązującym prawem. PiS nie cofnął się wtedy dlatego, że „taki był plan”, ale dlatego, że spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy zdali sobie sprawę z tego, że zwolennicy zaostrzenia prawa aborcyjnego są w absolutnej mniejszości. Nawiasem mówiąc, kwestie aborcyjne były kolejnym, niewykorzystanym przez opozycję argumentem, którego można było użyć w trakcie kampanii wyborczej 2019 (i prezydenckiej 2020). Nie chciałbym być źle zrozumiany, to nie jest tak, że ja uważam, że to czy w Polsce prawo aborcyjne zostanie zaostrzone to kwestia tylko i wyłącznie „polityczna”, ale chyba zgodzicie się ze mną jeżeli napisze, że jest to również kwestia polityczna i temat ten jak najbardziej należało wyciągać w trakcie kampanii. No, ale to dygresja jest tylko (zaś do tematu zaostrzania prawa aborcyjnego wrócę jeszcze w tym Przeglądzie). Jeżeli kogoś nie przekonuje to, że komentariat mianem „tematów zastępczych” określa to, co sprawia problem największej partii opozycyjnej, to takiemu komuś mam do powiedzenia jedynie tyle, że LGBT. Ponieważ to, co PiS odpierdala w kwestii mniejszości seksualnych (instytucjonalne szczucie przy wsparciu organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości) jest problemem (niby o tym wspominają, ale bardzo rzadko ktoś wprost powie/napisze, że chodzi o elbagiety), komentariat każdy PiSowski wysryw, mający na celu uprzykrzenie życia mniejszościom seksualnym – nazwie tematem zastępczym, względnie, w ogóle nie będzie się wypowiadać, a jeżeli już, to będzie opowiadać o tym, że winne są dwie strony bo Margot/etc. Ciekawe, czy komentariat jest świadomy tego, że za jakiś czas ktoś może uznać, że próby uPRLowienia wszystkich mediów w Polsce to też „temat zastępczy”, bo przecież PiS by tego na pewno nie zrobił i że na pewno stara się coś ukryć.


Skoro zaś poruszyłem (przy okazji dygresji) tematy okołoaborcyjne, to trzeba się będzie pochylić nad tym, co się będzie działo 22 października 2020. Otóż, Trybunał Przyłębski ogłosi wtedy wyrok w sprawie tego, czy w Polsce legalna powinna być terminacja ciąży w przypadku, w którym badania prenatalne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.  Jeżeli mam być szczery, to nie mam pojęcia „co to będzie”. Media zainteresowane tą tematyką (których to mediów nie ma tak znowu zbyt wiele) twierdzą, że Trybunał Przyłębski najprawdopodobniej zaostrzy prawo aborcyjne, ale ja nie jestem tego taki pewny. Argumenty za zaostrzeniem „bo do wyborów jeszcze sporo czasu” nie do końca mnie przekonują, bo jakoś tak w 2016 też było daleko do wyborów, a jednak PiS się nie zdecydował na zaostrzenie prawa aborcyjnego. Jednakowoż z drugiej strony, tamten projekt zakazywał aborcji całkowicie, a ten zniósłby „tylko” (cudzysłów użyty z rozmysłem) jeden wyjątek. Z trzeciej zaś strony, jeżeli ktoś pamięta to, co działo się po tym, jak Chazan (zwany również „pięćsetką”) odjebał to, co odjebał, to taki ktoś wie, że w przypadku tego „wyjątku” zwolennicy zaostrzenia prawa aborcyjnego są w mniejszości (i nie zmienią tego nawet pierdyliony zdjęć z uśmiechniętymi dziećmi z zespołem downa), a zaostrzenie prawa aborcyjnego oznaczałoby sporo takich przypadków, z których każdy generowałby gigantyczny wkurw (nie, dla ludzi nie miałoby znaczenia to, że teraz „zgodnie z prawem” można kazać spierdalać kobiecie, która nosi płód z bezmózgowiem). Z czwartej strony Zjednoczona Prawica może się zdecydować na zaostrzenie prawa aborcyjnego przy użyciu trybunału, bo wizerunkowe obciążenie dla partii będzie mniejsze, niż gdyby zrobiono to przy pomocy ustawy. Tyle, że z piątej strony wszyscy (łącznie z betonem, który to chwali) mają świadomość tego, że trybunał zrobi to, czego sobie zażyczą Czynniki Decyzyjne (aka Jarosław Kaczyński), tak więc wina za to, co się stanie spadnie na Zjednoczoną Prawicę, niezależnie od sposobu, w który zaostrzy ona prawo aborcyjne. Z szóstej strony, PiS może usiłować zajść Solidarną Polskę z prawej strony, bo partia ta już od jakiegoś czasu pozycjonuje się „po prawej stronie” PiSu. Jednakowoż z siódmej strony, równie dobrze PiSowi może chodzić o to, żeby zdystansować się od Solidarnej Polski. Gdyby trybunał uznał, że ten konkretny wyjątek jest zgodny z Konstytucja, to PiS wysłałby wyraźny sygnał do suwerena „ok, może jesteśmy pojebami, ale nie aż takimi jak Solidarna Polska”. Mógłbym tak wyliczać jeszcze długo, ale już tych kilka (tak, siedem to też kilka) punktów wystarczy, żeby dostrzec złożoność sprawy. Zresztą, o tym, że to nie jest dla PiSu prosta decyzja, niech zaświadczy to, że wniosek o zbadanie konstytucyjności ustawy (czy jak to się tam nazywa) złożono prawie trzy lata temu i jakoś tak Trybunał Przyłębski się nie śpieszył z rozpoznaniem sprawy (dla porównania sprawa „Drukarza z Łodzi” została ogarnięta w półtora roku [o tym również będzie w Przeglądzie]). Jeżeli PiS zdecyduje się na zaostrzenie prawa aborcyjnego, to za cenę kupienia sobie chwili spokoju od upierdliwych zygotarian (którzy przeca nie odpuszczą pozostałym wyjątkom od zakazu aborcji), zafundują sobie otwarcie frontu, którego nie uda się zamknąć niezależnie od tego, kiedy będą kolejne wybory. Gdyby bowiem zaostrzono prawo, to nawet nieogarnięta największa partia opozycyjna musiałaby wreszcie zająć jakieś stanowisko (i raczej byłoby to stanowisko „trzeba zliberalizować prawo aborcyjne) i nie unikać tematu (komentariatowi byłoby przykro, bo nie mógłby już mówić o temacie zastępczym). Ponieważ zaś liberalizacja prawa aborcyjnego wymagałaby zmian w Konstytucji, opozycja miałaby „paliwo wyborcze” w postaci argumentu, że no spoko, my to możemy zmienić, ale musicie zrobić tak, żeby partie opozycyjne miały większość konstytucyjną, bo prawicowy szuriat na to nie pozwoli. Nie mam pojęcia, jaka będzie ostateczna decyzja, ale wiem jedno: trzeba zachowywać się i działać tak, jak gdyby pewne było, że prawo zostanie zaostrzone. Część komentariatu twierdziła, że no ok, protesty to mogą być, ale łatwiej wpływać na polityków, niż na sędziów trybunału. Czy Ty jesteś, kurwa, poważny komentariacie? Może i sędzia będzie miał w dupie protesty, ale jego polityczni przełożeni już niekoniecznie. Jeżeli zaś protestów nie będzie, a suweren będzie siedział cicho, to Zjednoczona Prawica uzna to za zielone światło do zmian.  


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Chyba wszyscy pamiętają to, jak bardzo Zjednoczona Prawica (i pewien instytut, o którym nie można mówić wiecie czego) była dumna z tego, że Trybunał Przyłębski uznał, że karanie kogoś za odmowę wykonania usługi jest niekonstytucyjne (czym w praktyce wprowadzono „klauzulę sumienia dla przedsiębiorców”). Bardzo szybko okazało się, że (cóż za brak zaskoczenia) w całej sprawie nie chodziło o to, żeby przedsiębiorcy mogli odmawiać komuś wykonania usługi, ale o to, żeby fundamentaliści religijni mogli gnoić ludzi, których nie lubią. W związku z powyższym doszło do absurdalnej sytuacji, o której już wspominałem, ale się powtórzę. Kiedy Empik zapowiedział, że jeżeli „Gazeta Polska” nie zmieni zdania i dołączy do swojej gadzinówki naklejki ze strefą wolną od części Polaków, to Empik wycofa nakład i nie będzie u siebie sprzedawał tego numeru, Jerzy Kwaśniewski z Ordo Iuris „pękał z dumy”, że Empik to może zrobić zgodnie z prawem. Trzy miesiące później, wiadomy instytut wydalił z siebie „ekspertyzę”, z której wynikało, że to, co zrobił Empik to cenzura prewencyjna/etc. Innymi słowy, było to zgodne z prawem, ale jednak nie było to zgodne z prawem. Na początku września na ćwitrze pojawił się wpis jednego z kapelanów Twittera, w którym stało, że jakaś tam parafia się remontuje i chce sobie zamówić beton, ale już trzy firmy kazały jej spierdalać (po tym, jak dowiedziały się kto zamawia ów beton). Ksiądz był na tyle oburzony, że szukał pomocy u Ordo Iuris (nie wiem, czy sprawa miała ciąg dalszy). Tenże sam ksiądz jarał się, rzecz jasna, wyrokiem TK w sprawie „Drukarza z Łodzi”. Nieco później (acz również we wrześniu) prawy sektor zatrząsł się z oburzenia, bo w jednej z sieciowych restauracji odmówiono obsłużenia zygotarian. Ponieważ w nagonkę na sieć włączyły się rządowe mendia, sieć przeprosiła za całe zajście, mimo że jej pracownicy nie zrobili niczego, co byłoby niezgodne z prawem. Warto w tym miejscu nadmienić, że bezczelność rządowych mendiów bierze się stąd, że przypominaniem o wyroku Trybunału Przyłębskiego zajmują się głównie użytkownicy mediów społecznościowych, bo żadnemu „większemu” graczowi się nie chce. Nie chce się dużym mediom, nie chce się politykom. Dzięki czemu rządowe media mogą tworzyć narracje o „prześladowaniach” zygotarian mimo, że wcześniej tłumaczyły, że Drukarz z Łodzi, który odmówił wykonania usługi i został za to zjebany „padł ofiarą prześladowań”. Również dzięki temu rządowe mendia, mogły udawać, że wcale nie jarały się wyrokiem Trybunału Przylębskiego w „sprawie Drukarza z Łodzi”.


Mniej więcej w połowie września trafiłem na informację, która była tak bardzo absurdalna, że gdyby nie to, że wiem do czego zdolna jest Zjednoczona Prawica, to pewnie uznałbym to za fejka. Żeby nie trzymać was dłużej w niepewności, już tłumaczę, o którą informację chodziło: „Kinga Duda została powołana na doradcę społecznego prezydenta RP”. Ponieważ informacja nie była fejkiem, na głowę państwa (nie no, żartuje, nikt nie miał o to pretensji do Jarosława Kaczyńskiego) posypały się gromy. Co zrozumiałe, Prezydentowi RP zarzucano nepotyzm. Zarzut ten jest w stu procentach słuszny, tak więc z niecierpliwością czekałem na to, w jaki sposób media rządowe (i politycy partii rządzącej) będą bronić córki Prezydenta RP (tak, w tym miejscu należy przypominać o tym, że to rodzina Prezydenta RP, bo gdyby nie była jego córką, to nie dostała by tej fuchy). Jeden z prezydenckich dronów nie czekał na przekaz dnia i zaczął tłumaczyć, że „prezydent chce umożliwić dalszy rozwój zawodowy swojej córce”. Dodatkowo tłumaczył, że w sumie to córka Prezydenta RP jest wyedukowana i zna się na tym i owym. Czy z tego, że córka Prezydenta RP skończyła takie, a nie inne studia i praktykowała tam gdzie praktykowała wynika, że w Polsce nie znalazłby się nikt o lepszych kwalifikacjach? Oczywiście, że, kurwa, nie wynika. Tyle że Dera wytłumaczył, że chodziło o to, że ojciec chciał zadbać o dalszy rozwój zawodowy córki, więc jeżeli ktoś ma jakieś pretensje, to niech spierdala. Jak się Zjednoczona Prawica ogarnęła z przekazem dnia, to się okazało, że tu nie ma mowy o żadnym nepotyzmie, bo chodzi o doradcę społecznego, który za swoje doradzanie nie bierze szekli. Ta argumentacja jest tak idiotyczna, że aż się prosi o suchar „w Polsce bezrobocie jest takie niskie, że nikt nie chciał doradzać Prezydentowi RP za darmo i dopiero jego córka się poświęciła”. Potem zaś okazało się, że może być jeszcze bardziej śmiesznie i jeszcze bardziej bezczelnie. Okazało się bowiem, że córka Prezydenta RP będzie zajmować się reformą wymiaru sprawiedliwości. Ponieważ Zjednoczona Prawica jara się Trumpem, warto w tym miejscu poczynić spostrzeżenie, że to zajmowanie się „reformą wymiaru sprawiedliwości” wygląda tak, jak oddelegowanie zięcia Trumpa do tego, żeby zrobić coś, żeby wreszcie był pokój na Bliskim Wschodzie. Tak swoją drogą, to jest zjawiskowe, jak bardzo zuchwała jest Zjednoczona Prawica. Tzn. ja rozumiem, że obecny Prezydent RP ma już na wszystko wyjebane, bo to jego ostatnia kadencja, ale partia rządząca raczej chciałaby sobie jeszcze porządzić pewnie, a takie rzeczy jej szkodzą. Tzn. w sumie powinny, bo jeżeli jest coś pewnego to to, że w chwili obecnej opozycja nie jest w stanie wykorzystywać absolutnie żadnych sytuacji, których dostaje od Zjednoczonej Prawicy całe pierdyliony. To trochę tak, jakby opozycja nie potrafiła skupiać się na kilku tematach jednocześnie. CZEKAJCIE! Chyba już wiem o co chodzi z tymi tematami zastępczymi! I nie, to nie jest tak, że jak do wyborów jest kawałek, to można sobie odpuszczać. Tzn., owszem, można, ale potem okazuje się, że jest to prosta droga do przejebywania wyborów za wyborami.


Jakiś czas temu dywagowałem sobie w temacie tego, co dalej będzie na linii Zachód (odnosiło się to do UE, ale, nie oszukujmy się, dla obecnych władz UE to „zgniły Zachód”) – Polska w kwestii gnojenia mniejszości seksualnych przez władze naszego kraju. Wszystko bowiem wskazywało na to, że Zachód pójdzie „na zwarcie”. Zaczęło się od obcięcia części z funduszy, które miały z UE uzyskać gminy, które uznały, że one chcą być wolne od jednej takiej nieistniejącej ideologii. Potem wszedł oberprokurator, cały na biało, i powiedział, że on im wyrówna straty. Tylko,S że nieco później okazało się, że potrzeba będzie więcej wyrównywania, bo gminom ujebano również tzw. „fundusze norweskie”, a to, (za Oko Press): „Dla samego Kraśnika oznacza to utratę od 3 do 10 mln euro”. Radni z Kraśnika uznali, że mają to w dupie i w trakcie głosowania nad uchyleniem wiadomej uchwały zagłosowali za tym, żeby uchwała u nich została (tak chodzi o ten sam Kraśnik, w którym nie chcą ideologii 5G). Minęło trochę czasu i w mediach głośno zrobiło się o liście pięćdziesięciu ambasadorów. O liście pierwsza wspomniała ambasadorka USA (która od jakiegoś czasu napierdala się z polskimi władzami przy użyciu konta ćwiterowego): „Prawa człowieka to nie ideologia - są one uniwersalne. 50 ambasadorów i przedstawicieli się z tym zgadza - napisała w swoim poście.”. Prawy sektor zareagował na to w sposób zrozumiały (czytaj: dokonał zesrania się) i zaczęto tłumaczyć, że ambasadorowie mają chuja do gadania, a w ogóle to w niektórych z tych krajów, co to z nich ambasadorowie są, to elbagiety mają gorzej etc. W przysłowiowym międzyczasie, do kwestii stref wolnych od wiadomo czego, odniósł się kandydat na prezia USA, Joe Biden, który napisał na ćwitrze, że jeżeli chodzi o wiadome strefy, to nie ma na nie miejsca ani w UE, ani w ogóle na świecie. Na reakcję polskiej dumbasady w USA nie trzeba było czekać. Dumbasada wytłumaczyła, że Biden to se może pospierdalać, bo w Polsce nie ma takich stref, więc lewaki dupa cicho. Nawiasem mówiąc, mniej więcej w tym samym czasie, w mendiach rządowych można było zaobserwować znacznie więcej proTrumpowych wrzutek, niż wcześniej. O tym, że polska dyplomacja stawia na to, że Trump wygra, bo, jak można było przeczytać w piśmie, (którego teraz nie oźródłuje, bo nie jestem w stanie go wygrzebać) co prawda może on przegrać, ale już tyle zainwestowano w dobre kontakty z nim, że nie warto nawet myśleć o tym, co będzie, jeżeli Trump przegra (tak, to był legitny dokument i tak to są aż tacy kretyni), wiadomo od dłuższego czasu. Niemniej jednak teraz w działania polskich władz wkradła się pewna nerwowość (która ma swoje odzwierciedlenie w tym, jak działają rządowe media). Z nerwowości tej można wywnioskować tyle, że polskie władze obawiają się zwycięstwa Bidena (a media rządowe zachowują się tak, jak zachowywały się w trakcie wyborów w Polsce, bo nie potrafią inaczej reagować). Nie dziwie im się, bo, po pierwsze zwycięstwo Bidena oznaczałoby powrót części administracji Obamy, która to administracja mogłaby niezbyt przychylnym okiem patrzeć na to, co odjebują polskie władze (a wszyscy wiemy, że polskie władze w kontaktach z USA od dyskutowania do wypełniania poleceń dzieli jedno tupnięcie nogą ambasadora/innej figury amerykańskiej). Po drugie to, że Biden zwrócił uwagę na te zasrane strefy pokazuje, że jeżeli wygra wybory, to jego administracja może się pochylić nad tymi kwestiami (bo to nie jest Trump napierdalający ćwitami 24/7, bo nikt nie ma nad tym żadnej kontroli). Moje pojęcie na temat amerykańskiej polityki nie pozwala mi na jakiekolwiek prognozy wyniku wyborów, ale moje obserwacje polskiej polityki pozwalają na stwierdzenie, że polskie władze są zesrane.


Dawno nie pochylałem się nad moim ulubionym politykiem, Doktorem Chłopakiem z Biedniejszej Rodziny, tak więc teraz trzeba nadrobić zaległości. Dzień po tym, jak o liście pięćdziesięciu ambasadorów zrobiło się głośno, temat poruszył wyżej wymieniony jegomość: „Apeluje do konserwatystów, aby przestali używać terminu „ideologia LGBT” , który nie jest używany i zrozumiały na świecie. A do tego łatwo nim manipulować. Chodzi o neomarksistowską ideologię „Gender”. Jej autorzy wprost piszą o niszczeniu tradycyjnego modelu rodziny (…) A my mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek jej bronić. Bo tak mówi nasza ustawa zasadnicza. Tu pisze o tym, że mówiąc o „ideologii LGBT” tak naprawdę chodzi o „ideologie Gender” (…) Sam się łapałem na tą semantykę i potem w PE i tak musiałem przechodzić z „Ideologii LGBT” na bardziej zrozumiałe Gender. Język ma znaczenie”. Jednocześnie Patryk Jaki przypomniał swój wiekopomny tekst, do zrozumienia którego wystarczy tytuł artykułu z „w Polityce”: „Patryk Jaki: Czy ideologia LGBT istnieje? "Skoro nie ma takiej ideologii, to czego uczą na całym świecie katedry gender?"” Jestem pierwszą osobą, która byłaby skłonna do nabijania się z DChzBR, ale w tym momencie muszę przyznać, że jako pierwszy z przedstawicieli prawicowego szuriatu zorientował się, że pieprzenie o ideologii LGBT przyciąga problemy jak magnes i wywołuje konflikty na linii Polska – (szerokopojęta) zagranica. Przypominam, że Jaki jest człowiekiem, który był skłonny bronić współtworzonej przez siebie gównoustawy nawet po tym, jak wywołała ona ostre spięcie dyplomatyczne na linii Polska – Izrael + USA. Jeżeli tego rodzaju myśliciel zwrócił na coś uwagę, to znaczy, że jest to, kurwa, bardziej niż ewidentne. Tym niemniej sposób, w który Patryk Jaki chce „wybrnąć” z całej sytuacji pokazuje, jak bardzo nieogarniętym politykiem jest (mimo swojego ponadprzeciętnego cwaniactwa). Prawda jest bowiem taka, że „straszenie genderem” było obiektem tak wielu kpin ze strony niePiSowskiego otoczenia, że najprawdopodobniej była to jedna z przyczyn, dla których partia rządząca zaczęła szczuć na mniejszości seksualne i przestała w kółko napierdalać o „genderze”. Mało prawdopodobne jest więc to, że ktokolwiek (może poza partyjnymi ziomkami i ziomkiniami Patryka Jakiego) przejmie się jego „apelem”. Ponieważ Patryk Jaki nie zasługuje na dwa osobne wątki, pozwolę sobie dopisać do tego kolejny temat. Kiedyś grzebałem na wikipedyjnej stronie Jakiego (celem poznęcania się nad wyżej wymienionym) i trafiłem tam (w podzakładce „poglądy”) kurwa, na szczere złoto: „Patryk Jaki deklaruje się jako zwolennik kary śmierci za najcięższe przestępstwa, w stosunku do których nie ma żadnych wątpliwości co do winy sprawcy”. Jeżeli ktoś popełnił ten błąd, że zaczął się zastanawiać nad tym „o chuj tu chodzi”, to już tłumaczę. Zwolennicy kary śmierci od pewnego czasu odbijają się od kontrargumentu, którego w żaden sposób nie są w stanie sensownie podważyć. Otóż, przeciwnicy kary śmierci (do których zalicza się niżej niepodpisany) tłumaczą, że wszystko fajnie, ale wymiar sprawiedliwości jest omylny, a to oznaczałoby skazywanie na śmierć niewinnych ludzi. I w tym miejscu pojawia się Patryk Jaki, który tłumaczy, że, owszem, on popiera karę śmierci, ale tylko wtedy, gdy winny jest winny (bo do tego się sprowadza jego „argumentacja”). Warto sobie (albowiem Patrykowi Jakiemu nie warto) zadać pytanie „jak nazywamy osobę, w przypadku której są wątpliwości odnośnie tego, czy jest winna”. Jeżeli odpowiedzieliście „taką osobę nazywamy „niewinną””, to muszę wam pogratulować – do Solidarnej Polski by was z takimi poglądami nie przyjęli. Ja wiem, że mogę sobie tylko pomarzyć, ale chciałbym, żeby któryś z dziennikarzy dopytał Jakiego w temacie tego, co należy robić z osobami, w przypadku których są wątpliwości odnośnie tego, czy są winne i grillował Jakiego, aż do uzyskania odpowiedzi (ciekaw jestem, jak bardzo Jaki by się spocił w trakcie udzielania tejże). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że człowiek wygadujący tego rodzaju bzdury był (uwaga Capslock będzie grany) WICEMINISTREM SPRAWIEDLIWOŚCI.


Na sam koniec zostawiłem sobie temat, o którym jest dość cicho, a o którym powinno się napierdalać 24/7. O tym, że Zjednoczonej Prawicy nie podobało się to, co działo się w Muzeum Drugiej Wojny Światowej (do momentu przejęcia kontroli nad tymże muzeum) pochylałem się dawno temu. Pochylałem się również nad kretyńskimi analizami (wykonanymi na zlecenie partii rządzącej), z których wynikało, że ekspozycja w MIIWŚ jest chujowa, bo pokazuje jedynie negatywną stronę wojny (tak, to zostało napisane na serio) również. Teraz zaś przyszedł czas, coby pochylić się nad tym, co serwuje się w Jedynie Słusznym Muzeum. Estera Flieger z Oko Press napisała była tekst pt. „Karol Marks: Jak rozpętałem drugą wojnę światową. Recenzujemy wystawę w przejętym przez PiS muzeum”. Potem był lead, z którego jasno wynikało, że tytuł nie był clickbaitem: „Za wybuch wojny odpowiedzialni są Marks, Engels i Nietsche, bo ich prace filozoficzne zaprzeczały istnieniu Boga. Taką wersję historii najnowszej prezentują autorzy wystawy w przejętym przez PiS Muzeum II Wojny Światowej”. Teraz zapnijcie pasy, bo zafunduje wam cytat z pierdolnięciem: „Dyrektor Karol Nawrocki w nagraniu promującym wystawę mówi: „U jej fundamentów położyliśmy szeroką refleksję o antychrześcijańskich prądach filozoficznych, które zaprzeczały istnieniu Boga (…) Słowa zapisane przez takich myślicieli jak Marks, Engels czy Nietzsche, wypaczone potem w niektórych aspektach przez polityków i twórców sowieckiego komunizmu i niemieckiego nazizmu, a w innych wprost oddające to, co myśleli filozofowie o nadczłowieku, wojnie i terrorze doprowadziły w końcu do wybuchu II wojny światowej””. W tym miejscu pora na kolejne wyznanie z mojej strony. Otóż, muszę się przyznać do tego, że przez bardzo długi czas nie interesowałem się historią. Tzn. interesowałem się na tyle, na ile mi to było do czegoś potrzebne. Jednakowoż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że, niestety, bez znajomości historii człowiek jest narażony na to, że będzie robiony ordynarnie w chuja przez ludzi, którzy może i sami się nie znają na historii (np. Ziemkiewicz), ale inni nie znają się bardziej, tak więc nie będą mogli zweryfikować tego, czy są robieni w chuja. Zacząłem się dokształcać w miarę możliwości, a potem mnie wciągnęło. Gdybym ten wysryw zobaczył jakieś dziesięć lat temu, to co prawda bym w niego nie uwierzył, ale nie byłbym w stanie udowodnić, że to bzdura (polska prawica do perfekcji opanowała rzucanie bzdurnych teorii [których nie popiera żadnymi argumentami] i oczekiwanie od oponenta, że ów udowodni, że prawicowiec się pomylił). Jak tak sobie czytałem różne pozycje o II Wojnie Światowej, to sobie tam wypatrzyłem, że wśród tych historyków, których czytałem, panuje zgodność odnośnie tego, że II WŚ była konsekwencją pierwszej między innymi zaś tego, jak potraktowane zostały Niemcy (nie żeby sobie na to nie zapracowały) i tego, że porażka Niemiec była traktowana przez niektórych obywateli tego kraju, jako (w uproszczeniu) „zdrada elit”, bo żołnierze sobie doskonale radzili, a elity polityczne mimo tego poddały kraj (to, że Niemcy gospodarczo nie udźwignęłyby dalszego prowadzenia wojny, nie miało znaczenia, bo nie pasowało do tezy). Na takich fundamentach zbudowano narrację o hańbie, którą można zmyć praktycznie tylko i wyłącznie w jeden sposób (Uczynić Niemcy Wielkimi Raz Jeszcze). Jeżeli zaś chodzi o ZSRR, to ciekaw jestem, czy mózgi, które skupiły się na Marksie i Engelsie, w ogóle zwróciły uwagę na fakt, że powstał ów związek również przez to, że Rosja zaangażowała się w pierwszą wojnę światową, a jej gospodarka sobie średnio radziła (przez co w Rosji było generalnie przejebane). Obstawiam, że ten szczegół mógł umknąć mózgom z MIIWŚ, bo średnio im to pasowało do tezy. Jeżeli bowiem zwalamy winę za wszystko na Marksa i Engelsa, to nie możemy tłumaczyć, że bolszewicy (którzy spierali się z mienszewikami między innymi w kwestii podejścia do tego, co napisał Marks [zgadnijcie, kto miał do tego podejście raczej luźne i dlaczego tym kimś byli bolszewicy]) doszli do władzy w głównej mierze w efekcie pierwszej wojny światowej. Nie spięłoby się to ni chuja z tezą, którą sobie wymyślili zawiadowcy MIIWŚ. Na domiar złego musieliby wspomnieć coś na temat tego, dlaczego wybuchła pierwsza wojna światowa, a tego już ni chuja nie da się zrzucić na Marksa i Engelsa. Nawiasem mówiąc, jeżeli kogoś interesuje temat pt. „jak doszło do pierwszej wojny światowej”, to polecam „1914. Rok końca świata” Paula Hama (w pewnym momencie głośno zrobiło się o książce pt. „Lunatycy Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914” Christophera Clarka, ale mnie bardziej do gustu przypadła książka Hama). W telegraficznym skrócie, do wojny doszło dlatego, że przywódcy części krajów zakładali, że inne kraje będą chciały atakować ich kraje, tak więc zaczynali wykonywać działania, które inni przywódcy odczytywali jako zapowiedź ataku/etc. A potem wszyscy zaczęli się radośnie napierdalać, a wojna, która miała potrwać kilka miesięcy, trwała cztery lata z hakiem. Generalnie rzecz ujmując, to wszystko są złożone kwestie i ostania rzecz, której potrzebujemy, to banda kretynów, która albo nie zna historii, albo zna, ale usiłuje ją napisać od nowa. Ignorowanie faktu, że do obu wojen doszło ze względu na nacjonalizm (który po pierwszej wojnie wszedł na znacznie wyższe obroty) i tłumaczenie, że to „Wina Marksa”, to groźny idiotyzm. Z tego zaś z kolei wynika, że w Zjednoczoną Prawicę powinno się za to napierdalać non stop i (słusznie) zarzucać jej pisanie historii od nowa. Tym powinni się zajmować politycy partii opozycyjnych i media o dużym zasięgu, bo to jest (w kontekście zjednoczonoprawicowej napinki „trzeba nauczać historii”) samograj. Niestety, zajmują się tym jedynie pasjonaci (nie, nie mam tu na myśli samego siebie, ale np. autorkę tekstu na Oko Press, której się chciało przebijać przez ten bullshit, który zawiadowcy MIIWŚ nazywają „historią”). Aczkolwiek, zapewne się mylę, a pisanie historii od nowa, to kolejny „temat zastępczy”.


Źródła:

https://twitter.com/LukaszSchreiber/status/1313758881559052289

https://twitter.com/bbudka/status/1311588964403417088

https://tvn24.pl/polska/aborcja-eugeniczna-trybunal-konstytucyjny-zajmie-sie-wnioskiem-wsprawie-przerwania-ciazy-ze-wzgledu-na-ciezkie-wady-plodu-4694924

https://www.newsweek.pl/polska/aborcja-eugeniczna-pis-zakaze-aborcji-za-pomoca-tk/r8dhqfp

https://lodz.wyborcza.pl/lodz/7,35136,22829271,odmowil-uslugi-dla-organizacji-lgbt-sprawa-zajmie-sie-trybunal.html

https://wpolityce.pl/polityka/452504-minister-ziobro-ten-wyrok-to-swieto-wolnosci

https://twitter.com/jerzKwasniewski/status/1153356510640189447

https://twitter.com/OrdoIuris/status/1174984529506971653

https://twitter.com/PanZolty/status/1304146437966622720

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1309241416879665155

https://tvn24.pl/polska/kinga-duda-doradczynia-spoleczna-prezydenta-kim-jest-corka-prezydenta-jakie-ma-doswiadczenie-4694301

https://tvn24.pl/polska/kinga-duda-doradca-prezydenta-andrzeja-dudy-andrzej-dera-chce-umozliwic-dalszy-rozwoj-zawodowy-swojej-corce-4695215

https://www.donald.pl/artykuly/WRggRFFA/fakt-kinga-duda-jako-doradczyni-prezydenta-zajmie-sie-reforma-wymiaru-sprawiedliwosci?

https://oko.press/gminy-wolne-od-lgbt-bez-funduszy-norweskich/

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/7833136,lgbt-lgbti-list-ambasador-mosbacher-prawo-ideologia.html

https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-biden-krytykuje-strefy-wolne-od-lgbt-ambasada-rp-odpowiada,nId,4746816

https://www.tvp.info/50240185/nie-bede-na-to-tracil-czasu-trump-odmowil-wirtualnej-debaty-z-bidenem

https://twitter.com/PatrykJaki/status/1310529158527807488

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26349431,patryk-jaki-apeluje-zeby-juz-nie-mowic-ideologia-lgbt-jezyk.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Patryk_Jaki

https://oko.press/recenzujemy-wystawe-w-przejetym-przez-pis-muzeum/


Wielka wojna dzbanów
25.09.2020

Z napisaniem notki na temat bijatyki wewnątrz „Zjednoczonej” Prawicy chciałem poczekać, aż wszystko się skończy, ale gdzieś tak w środę wieczorem uznałem, że chuj wie, ile ten tasiemiec jeszcze potrwa, bo jedyne czego się można dowiedzieć, to tego, czego się będzie można dowiedzieć i kto nam to powie (potem zaś wychodził ten czy inny rzecznik i informował, że w sumie to niczego się nie dowiemy). Media zaś, z uporem godnym lepszej sprawy, informowały nas 24/7 o tym, że (na ten przykład): „W środę wieczorem doszło do kolejnego spotkania prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego z szefem Solidarnej Polski Zbigniewem Ziobro - poinformowały media. Wcześniej tego dnia odbyło się spotkanie kierownictwa PiS, a także posiedzenie zarządu Solidarnej Polski”. Zaś 33 minuty później mogliśmy się dowiedzieć, że: „W środę wieczorem zakończyło spotkanie Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry. Doszło do niego w należącej do Kancelarii Prezydenta willi przy ul. Bacciarellego, tej samej, w której politycy spotkali się w poniedziałek wieczorem. Wcześniej odbyły się niezależne narady obu partii.”. Media sprowadziły się do roli przekaźników między kłócącymi się koalicjantami. Przy pomocy mediów PiS przekazał Solidarnej Polsce, że jak się członkowie tej drugiej partii nie ogarną, to oni mają już pierdylion chętnych na miejsce Zbigniewa Ziobry. Ziobro zaś przekazał PiSowi, że jak się nie dogadają, to on z przyjemnością opowie o nieznanych faktach/etc. Oczywiście, przekazywali to sobie przy pomocy „źródeł zbliżonych do partii”/etc.  


Tak na dobrą sprawę w momencie, w którym zacząłem dłubać przy tym tekście, pewna jest w sumie tylko jedna rzecz: ta napierdalanka była na serio. Ponieważ zaś była na serio, w trakcie trwania tejże napierdalanki można było się sporo dowiedzieć, trzeba było tylko wiedzieć, gdzie patrzeć. Nie chodzi mi, rzecz jasna o to, co dostarczały nam media (bo to podsumowałem we wstępie), ale o to, co się wymykało napierdalającym się działaczom partyjnym (którym zdarzały się chwile rozbrajającej szczerości) i tym, których przeraziło widmo rozpadu koalicji. Przykładowo, na ćwitrze można było trafić na influencerskie „prawe” konta, które klęły na PiS po tym, jak Suski oznajmił, że w sumie to koalicji już nie ma. Można było przeczytać np. o tym, że jak będą wybory, to oni już nie zagłosują na PiS ni cholery. Wierzę w to, że ci ludzie pisali prawdę. Czemu? Bo byłbym się gotów założyć, że konta te prowadzą ludzie, którzy dostali jakieś stołki w ramach koalicji. Jeżeli taki ktoś dostał stołek (bo był, na ten przykład, z Solidarnej Polski), to wyleciałby z niego, gdyby koalicja się rozpadła i głosowanie na PiS w przedterminowych wyborach nie miałoby dla takiej osoby sensu (bo stołek by od tego nie wrócił). Gdyby partie opozycyjne (albo np. jakieś media) zajmowały się (na serio) monitorowaniem tego, co dzieje się w sieci, to w ciągu 24 godzin po tym, jak Suski powiedział to, co powiedział, mogłyby ogarnąć sobie praktycznie kompletną siatkę powiązań kont influencerskich z konkretnymi partiami (bądź politykami). Ponieważ zaś to, co dzieje się w soszjalach #nikogo, szansa została zaprzepaszczona. Być może będzie kolejna (jeżeli towarzystwo się faktycznie rozpadnie [na co się w środę wieczorem nie zanosiło], albo zejdzie i potem znowu zacznie napierdalać o kasę i stołki).


Starając się samemu doinformować w temacie tego „co się dzieje”, śledziłem sobie wymiany uprzejmości między działaczami Zjednoczonej Prawicy i trafiłem na taką, którą można uznać za żyłę złota. Patryka Jakiego (aka Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny) nikomu przedstawiać nie trzeba. Wojciech Wybranowski jest być może mniej znany (tworzy [Edycja: tworzył, bo parę miesięcy temu sobie poszedł] w „Do Rzeczy”, jara się Narodowymi Siłami Zbrojnymi i jest jednym z wielu medialnych cyngli Zjednoczonej Prawicy). Między tymi dwoma milusińskimi wywiązała się dyskusja, którą przytoczę w całości, a potem skupię się na tym, czego można się było dowiedzieć z tej wymiany zdań. Wszystko zaczęło się od wpisu Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny:


„Czytam, że Gowin zostaje a Ziobro leci, bo jako Prokurator Generalny nie chciał się zgodzić na ustawę o bezkarności. Słuchajcie, to musi być #FakeNews ZP musi przetrwać dla (w tym miejscu była polska flaga)”


Wybranowski odpisał mu tak: „To rzeczywiście jest fejk nius. W pewnym sensie Wiewiórki ćwierkają bowiem, że Ziobro się zgadzał na ustawę covidowa. A później uległ młodym współpracownikom z resortu, którym wydawało się, że umieją w politycznego pokera. Zalicytowali i skończyło się jak w 2011”

Patryk Jaki: Byłem przy rozmowie dotyczącej tej ustawy. Więc proszę nie udawać, że wie Pan więcej o rozmowie niż jej uczestnik.

Wybranowski: Proszę nie udawać, że jest Pan w tej sprawie bezstronnie rzetelny. Swoją drogą myślałem, że od 2011 roku w SolPolu wyleczyliście się z mocarstwowych mrzonek Pati. A jednak nie.

PJ: Nawet nie wiem jak Panu odpisać. Pan coś pisze o tym co ktoś Panu powiedział - a ja brałem udział we wszystkich rozmowach, są dokumentu pokazujące kto co ws. tej ustawy więc z sympatii do Pana proszę, aby Pan nie brnął.

W: I to jest właśnie ten sam problem, który ciągnie się za Panem od 2011 roku, od akcji ze słynnym sondażem, z którego wynikało, że SolPol się nikomu z niczym nie kojarzy. Do momentu, w którym ZZ nie uświadomiono, że bez ustawy ma bata na ludzi premiera i Mario, był za.

PJ: O roku 2011 i SP możemy porozmawiać osobo. To kwestia oceny. Ostatni raz jak SP startowała sama miał 4%. Natomiast co do ustawy każdy kolejny Pana wpis (i tu była emotka sugerująca, że Jaki załamał się tak, jak autor niniejszej notki, kiedy po raz pierwszy przeczytał wysrywy Jakiego o tym, że ów był pochodził z biedniejszej rodziny)

W: Panie Europośle trochę za daleko zabrnął Pan w swoich manipulacjach. "Kiedy SolPol startowała oddzielnie miała 4 proc" - pisze Pan. SolPol nigdy nie startowała oddzielnie do Sejmu. A żeby porównywać wybory do PE z krajowymi to trzeba (tu były 3 heheszkowe emotki)

PJ: Pisałem o „ostatnich wyborach, w których startowała samodzielnie” a nie „do sejmu” . Więc nie wiem, gdzie tu manipulacja. Pozdrawiam

W: Manipulacja w porównywaniu warunków wyborczych do PE w 2014 i sejmowych.”

 
(uwaga natury ogólnej, w powyższej wymianie zdań poprawiłem literówki, bo mnie za bardzo wkurwiały).


Wymiana ćwitów zaczęła się od czegoś, co Patryk Jaki opanował do perfekcji. Otóż, ilekroć ów przemiły jegomość się z kimś skonfliktuje, bądź też po prostu chce kogoś przeczołgać medialnie – tylekroć zaczyna się produkować w „soszjalach”. Bywają też sytuacje, w których np. zalicza wtopę w trakcie jakiegoś wywiadu (co nie jest specjalnie trudne, wystarczy, że dziennikarz zacznie go odrobinę grillować) i do akcji wkraczają „zaprzyjaźnieni” influencerzy, którzy z wywiadu wyciągają jakiś krótki fragment, po czym wrzucają go z komentarzem „Jaki zaorał”, ale to tylko dygresja. Standardową metodą stosowaną przez Jakiego jest próba ośmieszenia kogoś, kogo obrał na swój cel. Przykładowo, gdy Adam Bodnar (który działał tak, jak powinien działać Rzecznik Praw Obywatelskich) upomniał się o typa, którego policja potraktowała tak, żeby w mediach można było pokazać, że Zjednoczona Prawica się nie pierdoli w tańcu z mordercami, Jaki postanowił ośmieszyć Bodnara, wrzucając „prześmiewczą” listę „pomysłów Bodnara”.  Innym razem „zażartował” sobie z TVNu i tłumaczył, że stacja ta nie jest bezstronna, bo nie robią materiałów o Soku z Buraka, a o Małej Emi mówili dużo. Rzecz jasna, każda z tych wrzutek wykręcała duży zasięg, dzięki czemu Jaki mógł pielęgnować swój wizerunek „ulubieńca suwerena”. Co prawda, te duże zasięgi były wykręcane głównie dzięki wsparciu rządowych dronów/influencerów, ale to nie miało znaczenia, bo przecież nikt do tych jego wpisów nie dołączał statystyk „tyle i tyle % polubień zapewniła strona rządowa”. Poza tym, trudno się dziwić temu, że sporo ludzi wierzyło w to, że te zasięgi są oddolne, skoro w swą „potęgę” internetową uwierzył również Patryk Jaki. Zanim ktoś zapyta „ale skąd wiesz, że uwierzył”, odpowiem: bo usiłował zastosować tę samą metodę w starciu z Prawem i Sprawiedliwością i napisał „prześmiewczy” ćwit, z którego wynikało, że przecież to nie może być prawda, że chcą wywalić Zbyszka, bo on się jedynie nie chciał zgodzić na „ustawę o bezkarności”. Gdyby dotychczasowe zasięgi Patryk Jaki zawdzięczał zapatrzonemu weń suwerenowi, to jego wpis zebrałby pewnie więcej favów niż te, które produkował w takcie „Bitwy Warszawskiej”. Ponieważ zaś nie są to „oddolne” zasięgi, wpis cieszył się umiarkowanym zainteresowaniem (obstawiam, że mógł liczyć na wsparcie tylko i wyłącznie „swoich” internautów). Na uwagę zasługuje niemierzalna bezmyślność i zarozumiałość Jakiego, który próbował swojego popisowego numeru w tym konkretnym starciu. Jeżeli bowiem popatrzymy na to z nieco innej perspektywy, to wyjdzie na to, że Patryk Jaki usiłował bawić się w przepychanki z PiSem w mediach społecznościowych mimo tego, że to PiSowi zawdzięcza lwią część swoich zasięgów.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty



Niemniej jednak to, co napisałem powyżej to jedynie przygrywka, bo prawdziwą bombę atomową zdetonował Wojciech Wybranowski, który w pewnym momencie napisał, że: „Do momentu, w którym ZZ nie uświadomiono, że bez ustawy ma bata na ludzi premiera i Mario, był za.”. W tym momencie poczynię pewną dygresję. Kiedy trafiłem na tę wymianę ćwitów i na to konkretne zdanie, od razu zrobiłem sobie screeny, bo uznałem, że jak się obaj panowie ogarną, to cała ta dyskusja zostanie wypierdolona z ćwitra. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że do tej pory się nie ogarnęli. Czemu to zdanie jest tak bardzo istotne? Z wielu przyczyn, które z przyjemnością wam wymienię.


Po pierwsze, jeżeli ktoś zastanawiał się nad tym, czy rządowi mediaworkerzy wierzą w to, że ich pracodawcy są kryształowi, zaś wszystkie krytyczne materiały medialne na ich temat są po prostu wytworem wyobraźni pracowników „polskojęzycznych mediów”, czy też po prostu kłamią w żywe oczy, wiedząc o tym, że ich pracodawcy robią gigantyczne wały, to taki ktoś może się już przestać zastanawiać. Oni to wszystko wiedzą, a bełkot o „niepolskich mediach, które krytykują najlepszy rząd”, jest, no cóż, zasłoną dymną i niczym więcej. Żeby w pełni zrozumieć, jak bardzo Wybranowski się wysypał, trzeba najpierw zastanowić się nad tym, co się musi stać, żeby Ziobro miał „bata” na kogokolwiek. Zacznę od tego, że funkcja Ziobry, jako capo di tutti capi prokuratury jest przeceniana, bo co prawda może on umarzać postępowania, ale gdyby chciał poszczuć prokuratorów na „swoich” (którzy nic nie zrobili), to pewnie z miejsca zostałby wypierdolony, a postępowania zostałyby umorzone (to, czy przez prokuratorów Ziobry, czy też przez tych, którzy zajęliby ich miejsca, jest w tym miejscu bez znaczenia). Próba ruszenia niewinnego „swojaka” mogłaby się również skończyć dla niego i jego podwładnych (biorących w tym udział) zarzutami za fabrykowanie dowodów/etc. (nie wiem, jak to wygląda od strony prawnej, ale na pewno są na to jakieś paragrafy). Owszem, mogłoby to pociągnąć za sobą rozpad koalicji i ponowne wybory, ale póki co PiS i tak jest na prowadzeniu, tak więc partia ta na pewno brałaby udział w powoływaniu kolejnego oberprokuratora. Ziobro, owszem, może przeczołgać kogoś, kogo jedyną przewiną było to, że wkurwił kogoś ze Zjednoczonej Prawicy, ale tylko pod warunkiem, że jest to ktoś z zewnątrz (przeczołgać „swojego” może tylko wtedy, gdy dostanie zielone światło od Najważniejszych Czynników Decyzyjnych). Prawdziwa siła oberprokuratora polega na tym, że może on (niebezpośrednio, of korz) umarzać postępowania. Ponieważ zaś nie wolno mu ruszać swoich, którzy niczego nie zrobili, chodzi o te postępowania, w trakcie których ucierpieć mogliby „swojacy”, mający swoje za uszami. Co zrozumiałe, postępowania sobie można umarzać, ale czasem można go też nie umorzyć, bo np. do mediów trafi przeciek, który rzuci na sprawę tyle światła, że ciężko by to było umorzyć nie ryzykując wkurwienia suwerena. Podsumowując, ów „bat” Ziobro ma tylko i wyłącznie wtedy, gdy mamy do czynienia z realnymi wałami. Gdyby przepchnięto ustawę bezkarnościową, Ziobro nie miałby nic do gadania i nie byłby potrzebny do umarzania śledztw. Nawiasem mówiąc, ta ustawa byłaby kartą „wychodzisz wolny z więzienia” praktycznie dla każdego znajomego królika, bo biorąc pod rozwagę dotychczasowe podejście Zjednoczonej Prawicy do prawa – okazałoby się pewnie, że praktycznie każdy wał miał związek z „walką z covidem”, tak więc Zbyszku, dupa, cicho, twoje usługi są niepotrzebne. Warto również mieć na uwadze to, że gdyby ustawa weszła w życie, to media mogłyby sobie pisać do usranej śmierci (albo innej repolonizacji) o wałach, bo „nie ma wału, jak ktoś walczy z covidem”.


Po drugie, mamy potwierdzenie tego, że w przypadku, ekhm, „walki z covidem” dochodziło do wałów. Nie mam pojęcia, czy mediom udało się już wykopać wszystko w temacie tych wałów, ale biorąc pod rozwagę rozmach Zjednoczonej Prawicy, można bezpiecznie założyć, że może nas czekać jeszcze parę „niespodzianek”. Osobną kwestią jest to, że ustawa bezkarnościowa nie miałaby „daty ważności”, więc w praktyce jej wejście w życie oznaczałoby możliwość robienia jeszcze większych wałów, tym razem już w świetle jupiterów, bo „chuja nam zrobicie”.


Po trzecie, czarno na białym (czy jakie tam komu się kolory na ćwitrze wyświetlają) mamy napisane, że prokuratura jest wykorzystywana do walki politycznej. Niby nie powinno to nikogo dziwić, ale przypominam, że to jest rządowy mediaworker. Gdyby napisał to jakiś polityk opozycyjny, albo dziennikarz niePiSowski, to miałoby to znacznie inną wagę, bo byłyby to tylko podejrzenia. Rządowy mediaworker nie musi niczego podejrzewać, bo on to po prostu wie.


Po czwarte, w Zjednoczonej Prawicy panuje olbrzymie napięcie wewnętrzne. Co prawda, to było jasne od dawna (dla każdego, kto interesuje się politykę na tyle, żeby wiedzieć, że w polityce żadna partia/koalicja nie jest monolitem), ale teraz zostało to potwierdzone przez „czynniki wewnętrzne”. Napięcie to jest na tyle duże, że prokuratura jest wykorzystywana do wewnątrzkoalicyjnych rozgrywek. Wydaje mi się, że opozycja mogłaby próbować jakoś rozgrywać te napięcia, ale zapewne się mylę, bo nie jestem politykiem opozycji, tylko blogerem z Podkarpacia.  


Po piąte, dla obu panów to, o czym rozprawiali, to są takie oczywiste oczywistości, że Patryk Jaki nawet nie próbował zachowywać pozorów i w jakikolwiek sposób zaprzeczyć. Odniósł się jedynie do tego, że to wcale nie tak z tą ustawą, ale nie zaprzeczył temu, że prokuratura jest wykorzystywana do walki politycznej. Panowie byli ze sobą szczerzy i chyba zapomnieli, że czytają ich inni ludzie.


Nie mam pojęcia o tym, ile tego rodzaju złotonośnych dyskusji przetoczyło się przez ćwitra, ale jestem się w stanie złożyć o wiele, że ta nie była jedyna. Tekst kończyłem pisać w czwartek wieczorem i (co za brak zaskoczenia) nadal nie było wiadomo „co dalej”. Jakieś plotki o tym, że być może Prezes Polski wejdzie do rządu, że chyba się dogadali, ale bez gwarancji miejsc na listach (co byłoby bardzo dobrym rozwiązaniem dla PiSu – wykorzystać głosy przystawek, a potem wyciąć członków SP i Porozumienia za pięć dwunasta, żeby nie wyrobili się z rejestracją własnych list). Media nadal zapierdalają za każdym politykiem ze Zjednoczonej Prawicy, byle tylko móc zreferować, że „w sumie to się chyba dogadali, ale trzeba poczekać, tak więc nic nie wiadomo na pewno”.


Tak na sam koniec pozwolę sobie na dywagowanie na temat tego „co to będzie” i „dlaczego”. Część komentariatu (na początku politycznego tasiemca, który funduje nam Zjednoczona Prawica) twierdziła, że jak Solidarna Polska wyleci z koalicji, to w sumie nic się nie stanie, bo po pierwsze rząd mniejszościowy może hulać (tylko, że nie, bo opozycja nawalałaby jednym wotum nieufności za drugim [tak jak w 2007]), a taka, na ten przykład, Solidarna Polska to jest już na tyle rozpoznawalna, że sobie bezproblemowo przekroczy próg wyborczy w przypadku wyborów. Moim zdaniem, Solidarna Polska miałaby czysto „matematyczne szanse” na to, żeby samodzielnie przekroczyć próg wyborczy. Czemu? Bo ok, teraz może i łapią jakieś 3-4% w sondażach, ale rozpad koalicji skończyłby się dla nich tym, że napierdalałaby w nich machina propagandowa, z której usług teraz sami korzystają. W internecie też by specjalnie nie poszaleli, ze względu na to, że ich dotychczasowi koalicjanci zaczęliby ich zwalczać (i skończyłyby się duże zasięgi). Kolejnym problemem byłoby to, że Solidarna Polska musiałaby walczyć o skrajny elektorat z Konfederacją, którą ciężko przebić jeżeli chodzi o poziom oszołomstwa (nawet ziobroidom byłoby ciężko). Ktoś (np. jakiś „dziennikarz”) może powiedzieć „no ale Ziobro ma haki i nie zawaha się ich użyć”. Tylko, że to działa w dwie strony. Jeżeli normą w Zjednoczonej Prawicy było używanie prokuratury do rozgrywek wewnętrznych, to nie uwierzę w to, że PiS nie ma haków na Solidarną Polskę. Chciałbym również nieśmiało przypomnieć o tym, że tych umorzonych postępowań było sporo, a bohaterami części z nich byli politycy Solidarnej Polski, ja zaś naprawdę wątpię w lojalność prokuratorów od Ziobry, którzy w razie rozpadu koalicji zostaliby bez kryszy. Warto również pamiętać o tym, co już zasygnalizowałem wcześniej. Gdyby Zjednoczona Prawica się rozpadła, to Solidarna Polska zostałaby bez mediów. Haki zebrane przez Ziobrę na niewiele by się zdały, bo nie docierałyby one do ich elektoratu (dlatego, że ich publikowaniem zajmowałyby się jedynie media niePiSowskie, zaś te PiSowskie tłumaczyłyby, że to ściema). Prawda jest taka, że jedyną kartą przetargową Solidarnej Polski są głosy, które SP wnosi do Zjednoczonej Prawicy. Wiadomo było, że po tym, jak SP powiększyła stan posiadania w Sejmie (kosztem PiSu) ziobroidy będą się domagać większego kawałka koryta. Ponieważ liczba stołków nie jest nieskończona (mimo starań Zjednoczonej Prawicy) musiało się to skończyć konfliktem. Wybranowski napisał, że do konfliktu doszło, bo Ziobro posłuchał swoich młodych podwładnych, którym wydawało się, że potrafią w politykę. Wydaje mi się, że to tak właśnie było. Te młode typy nie mają zbyt dużo doświadczenia w polityce i najprawdopodobniej uwierzyli w to, że ich wizerunki, pompowane przez rządowe media przekładają się na ich siłę sprawczą (casus Jakiego, który próbował przepychanek z PiSem to potwierdza). Młode Dzbany wiedzą, że bez ich głosów PiS sobie nie poradzi, ale zupełnie umknęło im to, że jeżeli wkurwią Zakon PC, to ten jest w stanie zaryzykować samodzielny start w wyborach, byle tylko pozbyć się z koalicji ludzi, którym „zerwało beretki”. Nie wiadomo jak skończy się ten konflikt, ale jeżeli efekt końcowy będzie taki, że PiS dogada się z przystawkami i elementem tej umowy nie będą „gwarancje miejsc na listach”, to raczej ciężko będzie to uznać za zwycięstwo Zbigniewa Ziobry i jego młodych przydupasów. Jak już wspomniałem wcześniej, ten konkretny konflikt, w trakcie którego dotychczasowi koalicjanci lali się sztachetami po mordach w mediach społecznościowych, był idealnym momentem na obserwację. Co w międzyczasie robiła największa partia opozycyjna? Złożyła wniosek o wotum nieufności dla Zbigniewa Ziobry. Pozwolę sobie tego nie skomentować, bo chyba wyczerpałem limit wulgaryzmów przysługujących mi na jedną notkę (co prawda nie mam takowego, ale brzmi to lepiej niż kolejne „to jest dramat, kurwa”).


Źródła:

https://fakty.interia.pl/polska/na-zywo-waza-sie-losy-zjednoczonej-prawicy-przelomowy-dzien,nzId,246,akt,232106

https://www.se.pl/wiadomosci/polityka/ruszyla-gielda-nazwisk-w-sprawie-nowego-ministra-sprawiedliwosci-kto-za-ziobre-aa-ihYi-eDBb-7gHP.html

https://twitter.com/JNizinkiewicz/status/1307565145120485376

https://twitter.com/miko_ala/status/1306914154385674242

https://wpolityce.pl/polityka/451735-patryk-jaki-drwi-z-pomyslow-bodnara

https://dorzeczy.pl/kraj/136994/patryk-jaki-kpi-z-tvn-fajna-stacja-super-sa-tam-wywiady.html

https://twitter.com/wybranowski/status/1307792576691437569

https://dorzeczy.pl/kraj/154723/rmf-fm-solidarna-polska-i-porozumienie-bez-gwarancji-ws-list.html

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26329032,zbigniew-ziobro-reaguje-na-zapowiedz-wniosku-o-wotum-nieufnosci.html



Hejterski Przegląd Cykliczny #71
18.09.2020

Ponieważ zaliczyłem spory poślizg z Przeglądami (można powiedzieć, że są to hejterskie poślizgi cykliczne), pozwolę sobie zacząć od wstępu, który poprzedzi kolejny wstęp, coby naświetlić czemu tenże poślizg się mi przydarzył. Otóż, ilekroć siadałem do pisania o opozycji (której poświęciłem spory kawałek Przeglądu), tylekroć (eufemizując) przechodziła mi ochota. Co prawda (uwaga, spoilery) w pewnym momencie potwierdziło się coś, o czym wiedziałem od dość dawna, ale nie dało rady o tym pisać, bo były to anecdaty, jednakowoż jakoś tak, kurwa, niespecjalnie mnie to ucieszyło (i was pewnie też średnio będzie to cieszyć).


Niniejszy Przegląd zacznę od tematu poruszanego przeze mnie już pierdylion razy, czyli od totalnego nieogarnięcia opozycji. Przyznać muszę, że temat ten wywołuje u mnie mieszane uczucia, albowiem z jednej strony wkurwia mnie on straszliwie, a z drugiej nuży. Idealnym przykładem tego, jak bardzo opozycja nie umie w bycie opozycją, było głosowanie w sprawie podwyżek (dla posłów, ministrów/etc.). Nad samym pomysłem (i tym, że opozycja w ogóle ów pomysł poparła) się pastwiłem, tak więc nie będę się powtarzał, bo pewnie czytaliście uważnie. Po tym fuckupie opozycji czekałem już tylko na sondaże, z których wyniknie, że cała ta sprawa odbije się najbardziej na słupkach opozycji, a Zjednoczonej Prawicy to w ogóle nie zaszkodzi. Kiedy te sondaże się pojawiły, byłem zszokowany swoim brakiem bycia zszokowanym takimi, a nie innymi rezultatami. I nie, nie jest to mądrość post factum (no bo przeca wcześniej nie napisałem, że tak będzie, to może sobie dorabiam ideologię do tego teraz?). Spodziewałem się takich, a nie innych słupków dlatego, że przez ostatnie pięć lat przyzwyczaiłem się do tego, że Zjednoczona Prawica może robić co jej się podoba, a słupki sondażowe (które potem przekładały się na wygrane wybory) na to praktycznie nie reagują. Było kilka sondaży (i to prawilnych, nie zaś CBOSowych albo innych Social Changesowych),  w których „było blisko”, ale partia rządząca zawsze potrafiła to ogarnąć. Ktoś pamięta jeszcze o tym, że kiedyś była taka partia jak „Nowoczesna”? Otóż, pod koniec roku 2015 (który w wymiarze politycznym był dla Polski takim małym rokiem 2020), Nowoczesna najpierw dogoniła PiS w sondażach, a potem go przegoniła. Idealną pointą do tych sondaży będzie pytanie: gdzie jest teraz Nowoczesna i Ryszard Petru? Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że spora część komentariatu wieszczyła wtedy rychły „koniec PiSu”. W tym miejscu warto sobie zadać pytanie: ile razy myślałem/łam, że ta, czy inna afera/sytuacja/etc., to będzie „koniec PiSu”? Jeżeli odpowiedź na to pytanie brzmi: sporo, to nie powinniście mieć do siebie pretensji najmniejszych. Zjednoczona Prawica przetrwała pierdylion sytuacji, które zdmuchnęłyby każdą władzę, która nami zawiadywała po roku 1989. Przypominam, że na ten przykład SLD zostało zmiecione przez „aferę Rywina”. Gdyby podobna sytuacja zdarzyła się teraz (i gdyby umoczeni w nią byli członkowie partii rządzącej), to rządowe media zrobiłyby z Rywina bohatera (pewnie dostałby jakiś medal od oberprokuratora za wspieranie polskiej gospodarki), zaś słupki sondażowe PiSu nawet by nie drgnęły. Dlatego też, kiedy (na ten przykład) usłyszałem o tym, jak to sobie oberprokurator umorzył (tak, wiem, on tylko „nadzorował”) postępowanie we własnej sprawie, to sobie pomyślałem, że pewnie #nikogo. W telegraficznym skrócie wygląda to wszystko tak, że Zjednoczona Prawica może sobie pozwolić na praktycznie wszystko. Jak to możliwe? Po części dlatego, że obecne władze „może i kradną, ale się dzielą” (z narzucenia tej narracji bardzo cieszyły się rządowe drony), po części dlatego, że ludzie głosują na PiS, bo to dla nich „mniejsze zło”. Część wyborców to beton, który głosowałby na swoją ukochaną partię nawet, gdyby usiłowała zalegalizować pedofilię, ale nie jest to większość wyborców partii rządzącej, tym samym, nie można „betonem” tłumaczyć wysokich słupków. Czym więc można? Chujowością opozycji, która nie potrafi wykorzystywać fuckupów partii rządzącej. Nie chce się tu bawić w jakieś psychologizowanie, ale wydaje mi się, że politycy opozycji doszli do wniosku, że oni się nie będą przemęczać. Nie będą, bo przecież afery Zjednoczonej Prawicy na pewno doprowadzą do tego, że słupki im same spadną. Ja bym takie podejście rozumiał gdzieś tak przed półmetkiem pierwszej kadencji Zjednoczonej Prawicy i Prezydenta RP, bo wtedy słupki potrafiły skakać jak pojebane i można było z tego wyciągnąć wniosek taki, że jeżeli dojdzie do wyborów, to suweren będzie już na tyle wkurwiony, że wykopie Zjednoczoną Prawicę. Tylko, że potem słupki były już takie, a nie inne i powinna się opozycji zapalić lampka alarmowa. Wyniki wszystkich wyborów (poza Senatem) od 2015 nie pozostawiają złudzeń odnośnie tego, czy się ta wyżej wymieniona lampka zapaliła. Nie lubię głowologizowania, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że proces decyzyjny u przeciętnego polityka opozycji wygląda mniej więcej tak: O! Kolejna afera Zjednoczonej Prawicy, tym razem na pewno się ludzie na nich wkurwią, dzięki czemu mojej partii uda się wygrać wybory, tak więc nie muszę nic robić. Ufff, bycie w opozycji to ciężki kawałek chleba”. Nie wrzucenie przed wyborami listy pierdyliona afer, której to listy nikt nie będzie chciał czytać, bo jest, kurwa, za długa, nie wystarczy. Tak, wiem, po 1989 nie było w Polsce władzy, która stosowałaby tak agresywną retorykę i to na tak wielką skalę. Tyle, że temu to się można było dziwić na początku bytności Pereirów i innych prawicoidów w mediach rządowych, potem była to już sytuacja zastana. Zastana, czyli taka, którą należało wkalkulować w swoje plany polityczne (kampanijne, przedkampanijne/etc.). Jeżeli bowiem się tego w swoich planach nie uwzględnia, to równie dobrze można sobie te plany wsadzić tam, gdzie partia rządząca ma zdanie opozycji. Poza tym, warto pamiętać o tym, że PiS przed 2015 nie zawiadywał mediami o takim zasięgu, a jednak potrafił się przebić ze swoim przekazem. Obecna opozycja nawet nie próbuje przebić się ze swoim. Ponieważ nieogarnięcie opozycji zaczyna wywoływać spory dysonans po tej stronie elektoratu, która, eufemizując, nie przepada za Zjednoczona Prawicą, ludzie starają sobie to jakoś wytłumaczyć. Na ten przykład, spotkałem się wielokrotnie w rozmowach z narracją „opozycja nie chciała wygrać, bo wie, że budżet jest w złym stanie i że w ogóle będzie przejebane”. Z tą narracją jest jeden, spory problem. Gdyby opozycja faktycznie „planowała” przejebanie wyborów, to kierownictwo w PO by się nie zmieniło. No bo ok, przejebaliśmy wybory, ale przecież taki był plan, więc nie ma podstaw do zmiany kierownictwa. Ponieważ zaś kierownictwo zostało zmienione...


Temat się rozrósł mi był, więc go podzieliłem. W tym kawałku pochylę się nad tym, co zasygnalizowałem we wstępie, czyli na anecdatach, które się potwierdziły. Otóż, anecdaty te były spójne i trafiały do mnie praktycznie od 2015. W skrócie chodziło w nich o to, że do największej partii opozycyjnej dobijali się spece od marketingu politycznego, PR-u/etc., którzy widzieli, że „źle się dzieje” i oferowali swoją pomoc (całkowicie nieodpłatnie). Scenariusz był zawsze taki sam: spec dowiadywał się od jakiegoś działacza, że w sumie to wszystko fajnie, ale oni mają to ogarnięte, więc niech sobie jednak pospierdala (kronikarski obowiązek każe wspomnieć w tym miejscu, że anecdaty nie odnosiły się tylko do PO, ale o nich było tych anecdat najwięcej). W teorii, można było o tym napisać, ale w praktyce, ciężko oźródłować anecdatę. I w tym momencie wchodzi Rafał Trzaskowski, cały na biało (mimo, że to już po drugiej aferze Czajki) i publikuje na swoim FB coś takiego: „Kiedy PiS uruchomił stronę z licznikiem ścieków, które w ostatnich dniach zmuszeni jesteśmy kierować do Wisły - sugerując, że to strona mojego nowego ruchu - dostałem tysiąc pomysłów w jaki sposób na to odpowiedzieć. Najmocniejszy z nich zakładał uruchomienie strony, na której pokazalibyśmy licznik ze ściekami, które lały się do Wisły w trakcie kadencji Lecha Kaczyńskiego. Nawet wyliczono mi ile litrów ścieków wpłynęło do Wisły w tym czasie.  Oczywiście kusząca propozycja. Pewnie jeszcze klika lat temu ochoczo bym na to przystał. Przecież nie ma większej satysfakcji w polityce niż się odwinąć. Uderzają w Ciebie ściekami, obrzuć ich tym samym. I tak od lat. I tak bez końca. (...) Ale ja nie dam rządzącym tej satysfakcji. Nie wejdę w polityczną walkę na poziomie ścieków. Oni marzą o tym, żeby ściągnąć mnie do tego poziomu i wykończyć doświadczeniem, ale ja wiem, że nie warto kłócić się z głupcem, bo po jakimś czasie ktoś, kto się temu przygląda, czyli nasz wyborca, przestanie dostrzegać między nami różnice.” Chciałbym w tym miejscu podziękować Rafałowi Trzaskowskiemu za to, że swoim wpisem potwierdził wszystkie te anecdaty. Nawiasem mówiąc, jeżeli zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy politycy czytają wasze komentarze (z jakimiś np. poradami) albo wpisy na blogach, albo jakiekolwiek litery, w których ktoś proponuje jakieś rozwiązania, to właśnie uzyskaliście odpowiedź: owszem, czytaja, ale mają to w dupie, bo „wiedzą lepiej”. To jest na serio, kurwa, zjawiskowe. Elektorat Trzaskowskiego oczekuje od niego tego, żeby wreszcie się odwinął, a ten ma to w dupie, bo wie lepiej. Przypomina mi to pewną historię z wyimaginowanego miasta nad akwenem. Otóż, wyobraźcie sobie sytuacje taką. Dzieją się wybory na prezydenta miasta i urzędujący prezydent praktycznie na pewniaka idzie po reelekcję (a miejscowi komentatorzy twierdzą, że wygra dlatego, że „nie ma z kim przegrać”). Zarozumiałość i pycha skończyły się tym, że do drugiej tury wszedł z drugiego miejsca (i naprawdę niewiele brakło, żeby typ, który zajął trzecie miejsce „na pudle” go minął). Jak na to zareagował urzędujący prezydent? Otóż, doszedł on do wniosku, że to nie jest tak, że mieszkańcy już nie chcą, żeby był prezydentem. Nic z tych rzeczy. Po prostu ten elektorat dał mu „żółtą kartkę” w pierwszej turze. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że zaklinanie rzeczywistości skończyło się dla prezydenta wyimaginowanego miasta nad akwenem srogą porażką w drugiej turze. Wpis Trzaskowskiego sugeruje podobne oderwanie od rzeczywistości. Wiem, że się powtarzam, ale JEGO WŁASNY ELEKTORAT sugeruje mu rozwiązania (bo ma dosyć patrzenia na to, jak Zjednoczona Prawica wyciera posadzki kolejnymi osobami), ale on wie lepiej. Generalnie różnica między partią rządzącą, a opozycją polega również na tym, że Zjednoczona Prawica potrafi rozkręcić inbę z byle powodu, zaś opozycja nie potrafi rozkręcić inby w ogóle (nawet jeżeli są po temu zajebiste powody). Idealnym przykładem rozkręcania inby z byle powodu niech będzie oburzenie prawego sektora na to, że Trzaskowski domagał się zmiany muzyki imprezując w jakimś klubie. Rządowe media i rządowe drony internetowe domagały się, między innymi, dymisji Trzaskowskiego, zarzucały mu to, że Czajka rozpierdolona, a ten se imprezuje. Jeden z rządowych mediaworkerów, Wojciech Biedroń, zaczął się martwić, no bo co by było, gdyby w Wawie coś się stało, kiedy prezydent miasta był najebany w klubie? To ostatnie mnie szczególnie urzekło. Primo, widać w tym, jak bardzo medialna ekipa Zjednoczonej Prawicy ma zryte banie. Oni już tak długo tkwią w systemie wodzowskim (jedna osoba decyduje o wszystkim), że nie potrafią inaczej patrzeć na rzeczywistość. Nawet niewielkim miastem (takim, jak wyimaginowane miasto nad akwenem) nikt nie będzie rządził samojeden. Po pierwsze ma zastępców, po drugie, nawet gdyby ich nie miał, to ma odpowiednie wydziały/referaty, które zajmują się konkretnymi sprawami. Nie jest więc tak, że jak prezydent/burmistrz dostanie grypy żołądkowej i coś się w tym samym czasie stanie w mieście, to miasto jebnie, bo nikt nie będzie mógł niczego zrobić bez zgody Tej Najważniejszej Osoby. Innymi słowy, miasta nie działają tak, jak Zjednoczona Prawica. Gwoli ścisłości, wodzowski system partii był pewnie jedną z przyczyn, dla których kandydaci Zjednoczonej Prawicy nie cieszyli się zbyt dużym poparciem w wyborach na prezydentów/burmistrzów miast. Prawda jest bowiem taka, że taki włodarz nie byłby samodzielny, bo nawet gdyby sobie coś tam wymyślił, to musiałoby to przejść przez wyższe szarże. Gdyby zaś okazało się, że Najwyższy Czynnik Decyzyjny chciałby, żeby coś się w danym mieście zadziało, to włodarz miałby wyjebane na opinie obywateli. No, ale to tylko dygresja w dygresji. Druga sprawa, na miejscu rządowych mediaworkerów nie skupiałbym się na tym, że ktoś tam był nawalony, bo ktoś mógłby (zupełnie bez związku ze sprawą) przypomnieć, jak to korespondent mediów narodowych w Berlinie, najebany w trzy dupy (typ się zataczał i bełkotał walcząc ze szczękościskiem) wyszedł przed kamery, żeby relacjonować to, co się działo po zamachu terrorystycznym. No ale, jak mniemam te sytuacje są nieporównywalne, bo korespondent chlał dla Polski, a prezio Wawy imprezował, bo nie szanuje ojczyzny. Generalnie rzecz ujmując, w Trzaskowskiego rzucano wszystkim, czym się dało. Gdyby Polska odpowiedź na Równinę Dzbanów (aka Solidarna Polska) nadal lansowała się na reprywatyzacji (jakoś tak wszystko ucichło ostatnio w tym temacie, prawda?), to pewnie wspomniano by o tym, że Trzaskowski imprezuje w mieście, w którym działali czyściciele kamienic, tak więc wstyd w chuj. Ja rozumiem, że ktoś może mi w tym momencie napisać, że no ok, ale jak opozycja będzie się napierdalać z partią rządzącą, używając tych samych metod, to będzie źle, bo debata publiczna. No więc, jak już wielokrotnie to hejtowałem, debata publiczna w Polsce ma niemierzalne poziomy, bo żadne urządzenia pomiarowe nie są w stanie dotrzeć tak głęboko. Ponadto, niestety napierdalanka jest jedynym sposobem na to, żeby nawiązać równorzędną walkę z partią, która ma po swojej stronie dwa molochy zajmujące się propagandą (pierwszym są rządowe media, drugim Kościół), które to molochy działają w myśl zasady kto nie z Mieciem, tego zmieciem. Nie da się ignorować rzeczywistości. Tzn. da się, ale efekt będzie ten sam: przejebywane wybory + obiecywanie sobie, że „następnym razem się uda” i czekanie na to, że Zjednoczona Prawica się rozleci sama z siebie. Jak to powiedział klasyk, „to jest dramat, kurwa”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


W jednym z poprzednich Przeglądów pastwiłem się nad kwestią podwyżek. W trakcie pastwienia się, wspomniałem o tym, że tłumaczenia „musimy płacić więcej, żeby do rządu chcieli przyjść fachowcy”, są, jak to się mawiało za czasów mojej młodości „o kant chuja rozbić”. Nikomu bowiem nie będzie zależało na zatrudnianiu fachowców, bo taki fachowiec będzie miał swoją opinię i nie będzie się bał jej wyartykułować. Minęło trochę czasu i zastępca rzecznika prasowego Prawa i Sprawiedliwości potwierdził to, co napisałem. Zjednoczona Prawica (po raz kolejny) była grillowana za obsadzanie Spółek Skarbu Państwa członkami rodzin, znajomymi/etc. Radosław Fogiel uznał, że tak dalej być nie może i postanowił uciąć wszelkie spekulacje: „Z podobnym problemem mierzyliśmy się, kiedy sprawowaliśmy władzę w latach 2005-2007. Wtedy poszliśmy w kierunku eksperckim, w kierunku otwartych konkursów. Wtedy do zarządów spółek trafiali eksperci z rynku, osoby z tytułami naukowymi. Problem okazał się taki, że ich sposób myślenia o gospodarce i o zarządzaniu był zupełnie sprzeczny z tym, co Prawo i Sprawiedliwość ma w swoim programie”. Tłumacząc to z rzecznikowego na polski: obsadzamy stołki rodzinami, bo fachowcy uważają nas za kretynów. Trzeba przyznać, że Fogiel jest kolejną po Beacie Mazurek osobą, która wprost idealnie nadaje się do pełnienia funkcji. Gdyby Fogiel był strażakiem, gasząc pożar klatki schodowej w bloku przy okazji zburzyłby całe osiedle. Nie dość bowiem, że ni chuja nie wyjaśnił dlaczego Zjednoczona Prawica bawi się w nepotyzm, to jeszcze otworzył drugi front „fachowcy się z nami nie zgadzają”. Powinniśmy być wdzięczni za te nieliczne chwile szczerości działaczy Zjednoczonej Prawicy. Żeby nie było tak różowo w ramach pointy dodam od siebie, że opozycja i tak nie będzie w stanie tego wykorzystać w żaden sposób.


Czytelników uprasza się o założenie odzieży ochronnej, gdyż przyjdzie nam teraz pochylić się nad Rzecznikiem Praw Skrajnej Prawicy (wcześniej: Rzecznik Praw Dziecka), który jest spektakularnym przypadkiem skrajnie prawicowego foliarstwa. Będzie trochę achronologicznie, albowiem chciałem zacząć do najbardziej efektownego tematu. Otóż, RPSP w trakcie rozmowy z dziennikarzem wyraził swoją opinię na temat edukacji seksualnej: „Panie redaktorze, a czy pan zagwarantuje, że wpuścimy edukatorów seksualnych do 20 tysięcy szkół i oni będą wprowadzali takie treści, jak chociażby w Poznaniu, gdzie wychwytują dziecko gdzieś rozchwiane, zaniedbane, i któremu dają ci edukatorzy, z tych środków [finansowych - red.], jakieś środki farmakologiczne, żeby zmieniać jego płeć? Bez wiedzy jego rodziców i lekarzy!” Co zrozumiałe, wypowiedź ta została potraktowana tak, jak powinna być, czyli jako przykład foliarstwa. Pawlak bazował bowiem na artykule z jednej z rządowych gadzinówek, który to artykuł bazował na zapisie czatu. Ponieważ Pawlak został wyśmiany, zgłosił całą sprawę do prokuratury (jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby jego wypowiedź spotkała się z innym przyjęciem, darowałby sobie prokuraturę). Ponieważ sprawa nie chciała przyschnąć, RPSP zaczął się bronić: „Dobro naszych dzieci, które są naszą przyszłością, jest ważniejsze. Dzieciom trzeba pokazywać prawdziwe wartości i ja to będę robić (…) chodzi o istniejący w zamkniętym, hermetycznym środowisku proceder nakłaniania dzieci do zażywania leków hormonalnych i ich nielegalną sprzedaż, poza kontrolą lekarską”. - Nigdzie nie powiedziałem, że to się dzieje w szkołach”. To drugie jest typowym dupochronem. Bo owszem, Rzecznik nie powiedział, że dzieje się to w szkołach, ale jego intencje były raczej, kurwa, jednoznaczne, bo słowa te padły w trakcie rozmowy o edukacji seksualnej. To po pierwsze. Po drugie zaś, wypowiedź była raczej jednoznaczna: „Panie redaktorze, a czy pan zagwarantuje, że wpuścimy edukatorów seksualnych do 20 tysięcy szkół i oni będą wprowadzali takie treści, jak chociażby w Poznaniu, gdzie (...)”. Z tego co prawda nie wynika, że Rzecznik powiedział, że to „dzieje się w szkołach”, ale że „nie da się wykluczyć, że do tego nie będzie w szkołach dochodzić”. To jest kolejny przykład tego, jak dobrze przeszkoleni są przedstawiciele skrajnej prawicy. Gdyby Rzecznik powiedział, że do tego doszło w szkole, musiałby podać jakieś konkrety (bo np. ktoś ze szkoły by mu zasugerował, że albo powie o chuj chodzi, albo może się nadziać na pozew). Ponieważ zaś powiedział, że „nie da się wykluczyć, że”, no cóż. Sprawa miała ciąg dalszy, bo tego rodzaju tłumaczenia przekonać mogły jedynie Solidarną Polskę i jej wyznawców, tak więc Rzecznik Praw Skrajnej Prawicy postanowił wytłumaczyć się raz jeszcze. Tym razem powiedział, że: „wypowiedź w takim ferworze z redaktorem Piaseckim jest skrótowa” i dodał, że: „Dzieciom sprzedaje się środek farmakologiczny będący syntetycznym odpowiednikiem estradiolu, czyli hormonu, który działa za pośrednictwem swoistych receptorów na narządy płciowe, gruczoł sutkowy, podwzgórze, przysadkę warunkując drugo- i trzeciorzędne cechy płciowe”. Moim zdaniem byłoby to lepsze, bo w pierwotnej wypowiedzi mamy wzmiankę o tym, że coś się dziecku daje, a tutaj jest wzmianka o sprzedawaniu. Przyznacie chyba, że to spora różnica. Nawiasem mówiąc, ciekaw jestem, czy gdyby Rzecznik opowiadał tę historię nie mając na twarzy maseczki, to czy na jego twarzy dałoby się dostrzec rumieniec w momencie, w którym wypowiadał słowo „sutkowy”? Nieco później Mikołaj Pawlak po raz pierdylionowy usiłował się wytłumaczyć ze swoich słów: „Chodzi o środek farmakologiczny, estrogen. Moje zgłoszenie miało miejsce na podstawie zgłoszenia rodzica. To, czy dotyczy to transaktywistów, czy edukatorów, bada prokuratura. Podobnie jak to, z jakich serwerów korzystali i w jaki sposób dzieciom te środki [na zmianę płci] pakowali. Widziałem takie plecaki z tymi środkami - odpowiedział Pawlak.”. Od czego by tu zacząć? Może od tego, że Pawlak twierdzi, że widział „plecaki”, potem zaś dopowiada, że zgłoszenie miało miejsce na podstawie zgłoszenia rodzica. Ileż plecaków miała latorośl tego rodzica i jak dużo piguł mu tam „pakowali”? Poza tym, w chuj wiarygodnie brzmi wersja o „pakowaniu” środków do plecaków, w kontekście tego, że dwa dni wcześniej RPSP mówił, o tym, że dzieciom się te środki sprzedaje (jak pamiętamy, było to dla niego trudne, bo musiał publicznie użyć słowa „sutkowy”). Nie znam się na cenach leków, ale wydaje mi się, że nawet gdyby dzieciakowi napakowali do plecaka (plecaków?) aspiryny, to nie byłaby to tania impreza. Na koniec rozbijania tego cytatu na części składowe, zostawiłem sobie fragment, w którym Mikołaj Pawlak powiedział: „To, czy dotyczy to transaktywistów, czy edukatorów, bada prokuratura.”. I wszystko pięknie, tyle że w swojej inicjalnej wypowiedzi Pawlak stwierdził, że byli to edukatorzy. Jak to więc możliwe, że Pawlak mówił o edukatorach, skoro dopiero prokuratura będzie to wyjaśniać? Ktoś złośliwy zapewne powiedziałby, że Pawlak kłamał, ale zapewne chodziło o to, że on po prostu przedstawiał „alternatywne fakty”.


Ponieważ trochę się rozpisałem w temacie Rzecznika, konieczne było podzielenie wątków. W tym pochylimy się nad jego ćwiterową twórczością. Zapewne nikt nie będzie zaskoczony tym, że człowiek o mentalności foliarza (który czerpie swoją wiedzę z filmików z żółtymi napisami) na ćwitrze publikuje kłamliwe i agresywne wpisy. Pod koniec sierpnia doszło do wymiany ćwitów między Sylwią Spurek i oficjalnym kontem Rzecznika Praw Skrajnej Prawicy (nie wiem, czy on to prowadzi sam, czy nastąpił outsourcing i konto obsługuje mu jakiś inny foliarz). Zacytuję wam tę wymianę ćwitów. Sylwia Spurek napisała była: „Rzecznik Praw Dziecka usprawiedliwia dawanie dzieciom klapsa, jest przeciw edukacji seksualnej w szkołach. Pełnomocniczka Rządu ds. Równego Traktowania kwestionuje prawa człowieka. Czy tak powinny wyglądać standardy sprawowania urzędów publicznych?” (ćwit ten był komentarzem do wypowiedzi pełnomocniczki ds. równego traktowania, która ochoczo przyłączyła się do hejtowania mniejszości seksualnych przez rząd). Na koncie rzecznika pojawiła się następująca odpowiedź: „Pani kłamie! Tak wyglądają standardy lewackiego europarlamentarzysty”. Ten wpis doczekał się odpowiedzi Sylwii Spurek: „Panie Rzeczniku, a co jest nieprawdą w tym, co napisałam? Nie występował Pan przeciwko edukacji seksualnej w szkołach, nie tłumaczył dawania klapsów dzieciom? Zamiast się oburzać, proszę się zająć realną obroną praw dzieci, a nie tylko pewnej ideologii.”. I w tym momencie mogliśmy (po raz pierdylionowy) zaobserwować typowo prawicową techniką obrony, czyli tłumaczenie, że nie powiedziało się tego, co się powiedziało: „Pani kłamie w każdym zdaniu. W wywiadzie dla DGP powiedziałem: „Absolutnie nie wolno bić dzieci. I to jest bezwzględne. Koniec pieśni”. Edukacja seksualna jest w szkole, nie chcę seksedukatorów LGBT. Pełnomocnik rządu walczy o prawa wszystkich. Pani to skrajna lewica, czyli lewak”. Nie będę się pochylał nad wypocinami odnoszącymi się do edukacji seksualnej (bo o tym traktował wcześniejszy kawałek Przeglądu), skupię się na cytacie. Owszem, prawdą jest, że Mikołaj Pawlak powiedział, że „Absolutnie nie wolno bić dzieci”. Zapomniał jedynie wspomnieć o tym (co zostało mu przypomniane w ćwitach pod wpisem), że zacytował wybiórczy fragment wywiadu. Zacytuję cała wymianę zdań między nim a dziennikarką (bo jest krótka):

„Magdalena Rigamonti: Może to był tylko klaps. Pan jest za klapsem?

Mikołaj Pawlak: Klaps nie zostawia wielkiego śladu.

MR: Skąd pan wie? A jaki ślad zostawia?

MP: Trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie.

MR: A da się rozróżnić?

MP: Wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc.

MR: Pytam pana o klaps, a nie podniesienie głosu.

MP: Absolutnie nie wolno bić dzieci. I to jest bezwzględne. Koniec pieśni.”


Czy Pawlak powiedział, że dzieci nie należy bić? Owszem. Jednakowoż powiedział również, że „trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”. Z tego zaś z kolei wynika tyle, że zdaniem Rzecznika Praw Skrajnej Prawicy klaps biciem nie jest. Można się czepiać tego, że Spurek powiedziała, że Pawlak „zachwalał” dawanie klapsów, jednakowoż moim zdaniem, jeżeli ktoś pełniący taką, a nie inną funkcję, bawi się w rozróżnianie klapsów od bicia, to wypowiedź Spurek była uprawniona. Reasumując, Pawlak (bądź też osoba obsługująca oficjalne konto urzędu) kłamał. Tak swoją drogą, miarą upadku wszelkiej maści państwowych urzędów pod wodzą Zjednoczonej Prawicy jest to, że na oficjalnym koncie Rzecznika Praw Skrajnej Prawicy pojawiają się wpisy godne tępego trolla internetowego, który wszystko, co nieprawilne, będzie wyzywał od „lewactwa”. Tak sobie myślę, że po pięciu latach zamieniania państwa z tektury w państwo z odchodów nie powinno mnie to dziwić, ale jednak trochę dziwi. Powołanie osoby, która wypowiada się publicznie w ten, a nie inny sposób, byłoby samobójcze dla praktycznie każdej władzy. Praktycznie, bo tej to zapewne ni chuja nie zaszkodzi, albowiem opozycja musiałaby zacząć coś robić. I nie, nie chodzi o to, żeby składać glejty o odwołanie RPSP, bo o ile PiS nie będzie chciał odwołać tego człowieka, to coś mi mówi, że takowe odwołanie się raczej nie uda. Chodzi o doprowadzenie do takiej sytuacji, w której PiS sam z siebie złożyłby takowy wniosek. Dałoby się to osiągnąć, gdyby opozycja w ogóle, kurwa, kontaktowała się ze społeczeństwem w sensowny sposób. Ponieważ zaś opozycja jest taka, a nie inna...  


23 sierpnia w Katowicach odbył się spęd skrajnej prawicy. Jeden z uczestników spędu hajlował sobie stojąc kilka metrów od policjantów ładujących się do bagietowozu. Być może nic by mu się nie stało (zapowiadało się na to, albowiem hajlujący nie został zatrzymany na gorącym uczynku), gdyby nie to, że jego performance został uwieczniony na zdjęciach, które doczekały się reakcji (między innymi) oficjalnego konta Muzeum Auschwitz. Ponieważ sprawa zaczęła bardzo śmierdzieć, nacjo-sebix został zatrzymany następnego dnia, zaś wiceminister MSWiA, Paweł Szefernaker, (aka „tańczący z dronami”) powiedział, że w sumie to bagiety zareagowały jak trzeba, a jak ktoś je krytykuje, to niech przestanie bo nie tak było: „Prosiłbym, żeby nie komentować i nie szafować argumentami, że policja powinna tak czy inaczej zachować się w pewnej sytuacji, dlatego że nie wiemy, jak było na miejscu, ilu było funkcjonariuszy w tym dokładnym momencie, czym oni się zajmowali (…) być może w momencie, w którym ta osoba wykonywała ten gest, nie było takiej ilości policjantów". Zupełnie bez związku z całą sprawą przypomniało mi się, jak na lokalnym forum w Wyimaginowanym Mieście Nad Akwenem (forum również było wyimaginowane), dawno temu pojawił się wpis wkurwionego mieszkańca. Mieszkaniec opisał sytuację, w której blisko jakiegoś placu zabaw chlała sobie spora grupa kiboli, która to grupa zachowywała się bardzo głośno. Komentujący napisał, że kontaktował się z właściwymi służbami, ale jedyną reakcją było przyjęcie zgłoszenia (kibole zaś pochlali sobie jeszcze kilka godzin i rozeszli się do domów). Momentalnie odezwał się inny użytkownik forum, który zaczął tłumaczyć, że pewnie było tak, że bagiety tam po kryjomu przyjechały i narobiły zdjęć i pewnie potem zatrzymali wszystkich, tak więc wszystko odbyło się tak, jak trzeba. Ponieważ jego wpis spotkał się z negatywnym odbiorem, zaczął tłumaczyć, że policjanci nie zatrzymali nikogo na miejscu, bo pewnie nie chcieli doprowadzić do „eskalacji”/etc. Moim skromnym zdaniem to jest po prostu dupochron, którego używają mundurowi. Prawda jest bowiem taka, że argumentu o tym, że ktoś nie chciał, żeby „doszło do eskalacji” można użyć nawet, jeżeli mamy do czynienia z jednym pijanym typem. Bo to wiadomo na kogo się trafi? Sam kiedyś widziałem, jak na osiedlu (nadal mówimy o wyimaginowanym mieście) pięciu policjantów ledwie sobie poradziło z jednym pijanym typem, którego cudem udało im się zapakować do bagietowozu. Przeca gdyby było ich mniej, to po prostu by ich sprał i poszedł do domu trzeźwieć. Jeżeli, na ten przykład, ktoś dzwoni po bagiety i mówi im, że gdzieś siedzi tylu, a tylu kiboli, to bagiety powinny wybrać się na miejsce dysponując odpowiednimi, że tak to ujmę, siłami. Czemu tak być powinno? Bo od tego, kurwa, są bagiety. Już mi się nawet nie chce pisać o tym, że gdyby w opisywanej przeze mnie sytuacji ktoś faktycznie najebał zdjęć tym chlejącym kibolom, to gówno by im zrobiono, bo kibol mógłby powiedzieć, że no co prawda miał butelkę, ale tam nie było alkoholu/etc. Żyję już trochę lat na tym łez padole i napatrzyłem się na to, kiedy bagiety są wyrywne, a kiedy nie są. W telegraficznym skrócie, wyrywne są wtedy, gdy trzeba się zająć ludźmi, których się nie boją (bo jak się boją, to wtedy „nie chcą doprowadzić do eskalacji”). Nie wspominając już o tym, że służby mundurowe mają tendencję do przypierdalania się do ludzi bez powodu, w myśl zasady, że może się takowy powód znajdzie. Przyznam szczerze, że w czasach, w których byłem młodszy o jakieś 20 kilogramów i nie miałem jeszcze wyglądu typowego podkarpackiego intelektualisty (+ miałem długie włosy) byłem „spisywany” pierdylion razy, przeważnie za to, że było ciemno, a ja gdzieś szedłem. Raz spisano mnie (i trójkę znajomych) za to, że byliśmy nietrzeźwi i znajoma (trzeźwa) nas odwoziła autem do domu. Bagieciarnia była tak sumienna, że nawet sprawdzili ile mam punktów karnych (nie wiem tylko po chuj, bo siedziałem na tylnym siedzeniu [nie pytałem po co to robili, bo już wtedy byłem nauczony tego, że dociekliwość, szczególnie kiedy jest się nietrzeźwym, może się źle skończyć]). Of korz kierowczyni nie musiała dmuchać, więc równie dobrze mogła być najebana jak szpadel (i po prostu wyglądać na trzeźwą). Tego rodzaju interakcji z mundurowymi miałem naprawdę w chuj i do tej pory nie wiem, czemu miały one służyć. Rozpisałem się trochę, bo wkurwia mnie tego rodzaju zachowanie, szczególnie w kontekście bierności mundurowych w sytuacjach, w których wypadałoby jednakowoż jakoś zareagować. Taką sytuacją jest, na ten przykład, hajlujący kilka metrów od policjantów nacjo-Sebix. Jedyny powód, dla którego ten człowiek nie został zatrzymany na miejscu to taki, że policjantom nie chciało się go zatrzymywać. Nawiasem mówiąc o tym, że tacy ludzie mogą liczyć na pobłażliwość organów ścigania, może zaświadczyć to, jak sprawa się dalej potoczyła: „mężczyzna jest podejrzany o publiczne propagowanie faszyzmu, usłyszał już zarzut z art. 256 par.1 kk, przyznał się, wyraził skruchę i dobrowolnie poddał karze”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że hajlujący „wyraził skruchę” dlatego, że ktoś mu zasugerował, że tak będzie lepiej. Nie, nie wierzę w to, że ktoś na tyle, że tak to ujmę, sprytny, żeby hajlować stojąc kilka metrów od bagietowozu, był na tyle przebiegły, żeby samemu wpaść na to, że jak wyrazi skruchę, to sprawa się może po kościach rozejść.


Jeszcze przed rekonstrukcją rządu doszło do wymiany na stołku szefa MSZ, albowiem Czaputowicz katapultował się z rządu. Jego następcą został Zbigniew Rau. Ciężki przypadek, który w trakcie kampanii rzygał na Zachód, bredził o cywilizacji śmierci/etc. Ciekawiło mnie to, jak na ten wybór zareagują drony. Wszedłem więc na prawe konto i w sumie to narracja dronów była spójna. Można ją streścić w sposób następujący „może i Rau się nie nadaje, ale w sumie chuj tam z polityką zagraniczną, najważniejsze, że lewactwo boli dupa” (pozwolę sobie nie linkować tych wysrywów w Źródłach). Po tym, jak Czaputowicz przestał być ministrem powiedział, co sądzi na temat MSZ: „Na poziomie ministra i wiceministrów nie ma obecnie w MSZ nikogo, kto przeszedł przez szkołę dyplomatyczną, szczeble kariery czy był choćby na jakiejś placówce.”. Wspominał również o tym, że on to w sumie chciał czasami coś podziałać, ale mu nie pozwolili. Większość komentarzy odnoszących się do tych wypowiedzi można by skompresować do „skoro było mu tak chujowo, to czemu tam siedział?” Ja również wychodzę z podobnego założenia. Jeżeli bowiem ktoś tkwił w jakimś układzie, który mu ewidentnie nie odpowiadał, to, no cóż, po co w nim tkwił? Warto również pamiętać o tym, że Czaputowicz został kiedyś srogo przeczołgany. Działo się to w październiku 2018, kiedy to polskie władze szarpały się z TSUE, a oberprokurator stwierdził, że on pierdoli TSUE i że Trybunał Przyłębski (niegdyś Trybunał Konstytucyjny) ma stwierdzić, czy te traktaty unijne to w ogóle są zgodne z Konstytucją. MSZ przyjebało wtedy dość boleśnie w to, co wyprodukował z siebie Ziobro: „Trybunał Konstytucyjny nie bada konstytucyjności unijnych Traktatów", "tylko Trybunał Sprawiedliwości UE może decydować o swoich kompetencjach", "SN miał prawo zawiesić stosowanie ustawy”. Kilkanaście dni później Czaputowicz oznajmił: „W pełni popieram wniosek Zbigniewa Ziobry do TK”. Gdyby Czaputowicz nie cierpiał na Gowinozę, to primo, nie dałoby się go zmusić do publicznej rejterady, względnie oznajmiłby, że „ok, podpiszę to gówno, ale potem stąd spierdalam i bawcie się sami”. Znamienne było to, że dokument, w którym MSZ pastwiło się nad bzdurami Ziobry, miał 12 stron i było w nim sporo rzeczowych argumentów. Trzeba być człowiekiem pozbawionym RiGCzu, żeby potem to wszystko zanegować przyznając racje komuś, kto jej, kurwa, ewidentnie nie miał i nie ma. Być może Czaputowicz faktycznie miał jakieś inne pomysły na polską dyplomację, ale nieszczególnie dało się to odczuć, on zaś doskonale wiedział na co się pisze, albowiem, do kurwy nędzy, jego poprzednikiem był Witold Waszczykowski, który powiedziałby i napisał wszystko, czego tylko zażyczyłyby sobie Najwyższe Czynniki Decyzyjne w Zjednoczonej Prawicy.


Wspominałem kiedyś o tym, że bardzo długo wzbraniałem się przed uwierzeniem w to, że praktycznie wszystkie wyskoki polskiego Kościoła, który przyłączał się do nagonki na mniejszości seksualne, biorą się stąd, że Kościół stara się odwrócić uwagę od tego, że nie radzi sobie z pedofilią wśród duchownych. 28 sierpnia KEP opublikował wysryw, w którym stało między innymi, że w sumie to Kościół popiera „leczenie” osób homoseksualnych (ciekawym, czy zwolennicy tego zabobonu uwierzyliby, gdyby ktoś im powiedział, że odpowiednią terapią można kogoś „wyleczyć” z heteroseksualizmu). Coś mi zaświtało w głowie i odpaliłem przeglądarkę. Jakiż był mój brak zdziwienia, kiedy okazało się, że kilka dni wcześniej: „Diecezja tarnowska przyznaje się do zaniechań ws. księdza pedofila. Przerzucany do innych parafii, krzywdził kolejne dzieci”. Co prawda diecezja przyznała się do tego naście lat za późno, niemniej jednak przyznała. Nikogo więc nie powinno dziwić to, że kilka dni później biskupi opublikowali to, co opublikowali. Praktycznie każdy tego rodzaju wysryw poprzedzony jest jakąś „problematyczną” sytuacją, w której opinia publiczna była zapoznawana z dokonaniami jakiegoś duchownego pedofila. Ponieważ po filmach Sekielskiego atmosfera wokół Kościoła zaczęła się zagęszczać, Kościół zaczął bardzo zajadle i zapamiętale gnoić mniejszości seksualne. Ze względu na to, że ludzi to nieszczególnie przekonuje, Kościół popada w coraz cięższą duginozę (a razem z nim praktycznie cała polska prawica). W kontekście tego, jak bardzo gnojone są teraz mniejszości seksualne małą pociechą jest to, że Kościół prędzej czy później poniesie konsekwencje swoich działań.


Już po napisaniu Przeglądu dowiedziałem się tego, że Zjednoczona Prawica pożarła się o stołki na tyle bardzo, że Metatron Najważniejszych Czynników Decyzyjnych, Ryszard Terlecki oznajmił, co następuje: „Prezes odniósł się do sytuacji negocjacji z naszymi koalicjantami, stwierdzając, że w tej sytuacji nie mają one sensu, skoro nasi czasowi koalicjanci występują z innym programem i pomysłami niż cały klub - dodał Terlecki.". Zaznaczył też, że: "jeżeli sytuacja do tego zmusi, rekonstrukcja rządu nastąpi bez uzgodnień z koalicjantami. Podkreślił, że rząd mniejszościowy jest niemożliwy, ale jeżeli zajdzie taka sytuacja, to PiS pójdzie do wyborów sam.”. Najważniejsze Czynniki Decyzyjne miały również grozić wypierdoleniem ze stołka każdemu, kto złamałby dyscyplinę partyjną w trakcie głosowań. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że scenariusz ten przypomina trochę to, co się działo w trakcie pierwszych rządów PiSu, kiedy to PiS (w trakcie prowadzenia rozmów koalicyjnych) postraszył LPR i Samoobronę tym, że albo się dogadają, albo będą przedterminowe wybory. Ironia losu polegała na tym, że LPR i Samoobrona do koalicji weszły, a przedterminowe wybory i tak się odbyły (acz odbyły się później). Ciekaw jestem, jak potoczy się cała ta sprawa. Prawdą bowiem jest, że Ziobro coraz bardziej się panoszy po prawej stronie (powoływanie ciężkich przypadków foliarstwa na wysokie stanowiska tego dowodzi). Niemniej jednak widać wyraźnie, że panu Zbyszku mało i chciałby więcej. Z drugiej jednakowoż strony PiS nie może się cofać w nieskończoność. Oznaczałoby to bowiem odstąpienie stołków Ziobrystom, a to może wkurwić doły partyjne. Poza tym, na tego rodzaju „cofaniu się” cierpi kult Prezesa. Coraz trudniej bowiem będzie tłumaczyć suwerenowi, że Kaczyński jest Genialnym Strategiem i że on sobie to wszystko zaplanował. Z trzeciej zaś strony, przystawki zdają sobie doskonale sprawę z tego, że co prawda bez nich nie ma samodzielnych rządów, ale bez PiSu w Sejmie nie będzie przystawek. Gdyby bowiem doszło do rozłamu i przedterminowych wyborów, to rządowe media rozjechałyby swoich niedawnych koalicjantów (którzy to koalicjanci nie dysponowaliby żadnym wsparciem medialnym). Jeszcze inną kwestią jest to, że nie wiadomo na ile lojalni okazaliby się stołkobiorcy z przystawek. Mogło by się bowiem okazać, że zupełnym przypadkiem nastąpiłyby transfery personalne z przystawek do PiSu. Z czwartej strony, Ziobro naprawdę wkurwia Najważniejsze Czynniki Decyzyjne i może się okazać, że Prezes zaryzykuje te wcześniejsze wybory, byle tylko odegrać się na Ziobrze. Nie mam pojęcia jak to się dalej potoczy. Do tej pory Zjednoczonej Prawicy udawało się dogadywać. Do spięć dochodziło, ale nie były one tak poważne jak to, które możemy obserwować teraz.


Tak na sam koniec chciałbym wystosować krótki apel do polityków i działaczy opozycji: OGARNIJCIE SIĘ (Would you kindly).


Źródła:

https://www.newsweek.pl/polska/sondaz-ibris-poparcie-dla-partii-nowoczesna-wyprzedza-pis/2mjp0hf

https://tvn24.pl/polska/zbigniew-ziobro-nadzorowal-sledztwo-w-sprawie-wlasnej-partii-zostalo-umorzone-4676709

https://www.facebook.com/rafal.trzaskowski/posts/10158285202676091?__tn__=K-R

https://wiadomosci.onet.pl/warszawa/rafal-trzaskowski-nagranie-z-klubu-w-warszawie-miasto-jest-moje-mowi-do-dj/66l91zz

https://twitter.com/WBiedron/status/1305415235852029953

https://next.gazeta.pl/next/7,151003,26287138,ludzie-pis-w-radach-spolek-fogiel-w-kuriozalny-sposob-wyjasnil.html

https://konkret24.tvn24.pl/polska,108/edukatorzy-seksualni-daja-dzieciom-srodki-na-zmiane-plci-twierdzi-rzecznik-praw-dziecka-nie-ma-dowodow,1028522.html?

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26257060,rzecznik-praw-dziecka-edukatorzy-seksualni-podaja-dzieciom.html

https://tvn24.pl/polska/rzecznik-praw-dziecka-mikolaj-pawlak-o-lgbt-i-margot-4680086

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1489899,rpd-zawiadomienie-do-prokuratury-leki-wspomagajace-zmiane-plci.html

https://www.rp.pl/LGBT/200909735-Rzecznik-praw-dziecka-Mozecie-mnie-atakowac-obrazac-krzyczec-protestowac-i-zadac-odwolania-Nie-ustapie.html

https://wyborcza.pl/7,82983,26289564,senat-wznowil-obrady-informacja-rzecznika-praw-dziecka.html

https://twitter.com/RPDPawlak/status/1298908132534616064

https://twitter.com/RPDPawlak/status/1299004940745166848

https://edgp.gazetaprawna.pl/e-wydanie/56824,19-czerwca-2019/69110,Dziennik-Gazeta-Prawna.html/697438,Nazwa-mnie-katorzecznikiem.html

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-08-24/pawel-szefernaker-w-programie-graffiti-ogladaj-od-745/

https://www.polskieradio24.pl/5/1222/Artykul/2569893,Mezczyzna-hajlujacy-w-Katowicach-przyznal-sie-do-winy-Dobrowolnie-poddal-sie-karze

https://wyborcza.pl/7,75398,26238227,czyim-czlowiekiem-jest-nowy-minister-spraw-zagranicznych-zbigniew.html

https://www.rp.pl/Polityka/308309973-Jacek-Czaputowicz-Premier-strona-w-sporze-z-Ziobra.html

https://oko.press/czaputowicz-sie-wychylil-tlumaczy-ziobrze-jak-dziala-prawo-ue-i-poucza-go-o-autonomii-sadow/

https://fakty.interia.pl/raporty/raport-unia-europejska/polska-w-ue/news-czaputowicz-wniosek-ziobry-do-tk-jest-bezzasadny,nId,2651594

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/584356,czaputowicz-ziobro-wniosek-tk-rozbieznosci-minister-sprawiedliwosci-szef-msz.html

https://oko.press/biskupi-chca-leczyc-z-homoseksualnosci-siegaja-po-niebezpieczna-pseudonauke/

https://krakow.wyborcza.pl/krakow/7,44425,26238691,diecezja-tarnowska-przyznaje-sie-do-zaniechan-w-sprawie-ksiedza.html

Uwaga, spoilery do pierwszego Bioshocka:

https://bioshock.fandom.com/wiki/Would_You_Kindly


Państwo teoretyczne z pandemią w tle – odcinek 5 – edukacja
28.08.2020

Ponieważ tytuł notki jest z gatunku selfexplanatory, daruję sobie jakieś przydługie wstępy. 1 września zaczyna się nowy rok szkolny. Od marca wiadomo było, że kolejny rok szkolny będzie wyglądał inaczej, tym samym polskie władze miały kupę czasu, żeby ogarnąć ten temat. Ponieważ zaś Zjednoczona Prawica jest Zjednoczoną Prawicą temat tego, jak powinno działać szkolnictwo w trakcie pandemii, został całkowicie olany. Pech polskiego szkolnictwa, uczniów i ich rodziców polegał na tym, że w czasie, w którym trzeba było myśleć nad tym „co zrobić, żeby nauczanie nie zamieniło się w gigantyczne korona-party” Zjednoczona Prawica miała ważniejsze problemy. Jednym z nich były wybory prezydenckie, a drugim (chyba nawet ważniejszym) walka z mniejszościami seksualnymi. Na przemyślenie tego, jak powinno wyglądać szkolnictwo w czasie pandemii po prostu nie starczyło czasu. Już po napisaniu powyższego zdania, zdałem sobie sprawę z tego, że trochę przesadziłem. Tzn. nawet, gdyby Zjednoczona Prawica miała więcej czasu i tak olałaby temat szkolnictwa z tej prostej przyczyny, że jej wierchuszka jest po prostu zbyt głupia, żeby zajmować się takimi złożonymi problemami. Ponieważ zaś w rządzie Zjednoczonej Prawicy nikt za nic nie odpowiada (jeszcze o tym wspomnę w notce), nie dziwota, że ministerstwa, które powinny się zajmować tematem funkcjonowania szkolnictwa w czasie pandemii, miały na to wypierdolone.


Pozwolę sobie w tym miejscu po raz kolejny przypierdolić się do opozycji. Otóż, gdyby nasza opozycja potrafiła w bycie opozycją, to mniej więcej od połowy wakacji (kiedy wiadomo już było, że Zjednoczona Prawica olewa temat szkolnictwa) hurtowo przypominano by politykom tej formacji, jak to w trakcie rządów PO-PSL martwili się o to, że zła Platforma chce posyłać 6-latki do szkół, które nie są do tego przygotowane. W teorii dałoby się to pewnie wpleść w kampanię wyborczą, ale w praktyce rządzący mogliby się bronić tym, że oni maja prawie skończony plan, a poza tym sporo czasu, więc lewaki dupa cicho. Jeżeli chodzi o wypowiedzi i działania „martwiących się o dzieci” członków Zjednoczonej Prawicy (i ludzi, którzy wspierali PiS z zewnątrz [khe, khe, Elbanowscy]), to było w czym przebierać, bo inba o to, czy 6-latki powinny iść do szkół trwała na tyle długo, że pomysł ten krytykowała Joanna Kluzik-Rostowska z Prawa i Sprawiedliwości. Pora na krótki eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że mamy nieco inną sytuację: to PO rządzi, a PiS jest w opozycji i to PO usiłuje tłumaczyć, że w sumie to dzieci mogą na luzie iść do szkół. Zastanówmy się przez chwilę, ile powstałoby fundacji  „ratujmy Fiaty 126p” i jak szybko PiS (wspierany przez kler) zacząłby opowiadać, że to, co robi partia rządząca, to Cywilizacja Śmierci. Warto również zastanowić się nad tym, jak szybko PiSowskie media zaczęłyby biegać za politykami PO z kamerami i pytać ich o to „dlaczego chcą mordować polskie dzieci”. Gwoli ścisłości, nie twierdzę, że dzisiejsza opozycja powinna robić to samo co PiS, ale, do kurwy nędzy, mogłaby z łaski swojej choć odrobinę docisnąć rząd w tej sprawie.


Myliłby się ten, kto uznałby, że skoro Zjednoczona Prawica olała kwestię szkolnictwa, to jej członkowie unikają tematów z nim związanych. Gdzie tam. Politycy partii rządzącej wypowiadają się o tym często i gęsto. Wypowiedzi (do których za moment przejdziemy) pokazują wprost, że Zjednoczona Prawica podeszła do tego problemu tak, jak do każdego innego: „Jacek nas i tak wybroni, więc na chuj drążyć temat”. Innymi słowy, partia rządząca podeszła do tego tematu, jak do problemu natury wizerunkowej. Świadczą o tym, choćby wypowiedzi byłej szefowej MEN, która pod koniec lipca napisała: „Czekając na konferencję MEN o bezpiecznym powrocie dzieci do szkół, sprawdzajmy czy jest tam ciepła woda i mydło. Szanowni rodzice, pamiętajcie, że właścicielami budynków są z reguły samorządy. #koronawirus”. Nieco później w podobnym tonie wypowiadał się Piontkowski w wywiadzie dla DGP. Tutaj pozwolę sobie na zacytowanie obszernego fragmentu wywiadu, bo to jest, kurwa, szczere złoto:

„Artur Radwan: To w Warszawie dzieci mają się zarażać?

Dariusz Piontkowski: Broń Boże, nie chcemy tego! Przygotowaliśmy wytyczne, które pozwalają na stworzenie takiej organizacji pracy szkoły, aby można było bezpiecznie prowadzić zajęcia. Wszyscy dyrektorzy muszą dopasować te ogólne zasady do warunków swojej placówki.

AR: Ja rozumiem, że duże miasta to nie jest wasz elektorat i dla obecnej władzy sytuacja w tamtejszych szkołach nie jest zbyt istotna, ale troszczyć się chyba trzeba o wszystkich. A wytyczne MEN i GIS oraz MZ w zderzeniu z realiami to po prostu są nierealne.

DP: Wytyczne nie mają barw politycznych, a lekarze, inspektorzy sanitarni rozpatrywali je ze względów epidemiologicznych. Pamiętajmy, że urzędnicy ministerstw są w większości mieszkańcami stolicy, a część z nich ma dzieci lub wnuki. Nie różnicujemy szkół, miast, powiatów pod względem politycznym, a staramy się tylko najlepiej zadbać o zdrowie uczniów, nauczycieli i pracowników szkoły oraz ich rodzin.

AR: Proszę przyjść do warszawskiej podstawówki w porze obiadowej i zobaczyć, jak uczniowie czekają w gigantycznych kolejkach na posiłek i stoją nad tymi, którzy akurat jedzą zupę.

DP: Od tego jest dyrektor szkoły, aby ustalić odpowiednią liczbę przerw obiadowych i aby one nie trwały 10 minut, tylko co najmniej 20. Trudno, aby minister wiedział, co się dzieje w poszczególnych placówkach. Rodzice powinni interesować się tym, jak jest zorganizowana praca szkoły. Prezydent miasta także powinien się tym zainteresować. Jeszcze raz przypomnę, że to samorządy odpowiadają za prowadzenie szkół, ich wyposażenie, a więc także za ewentualne przepełnienie. Epidemia tych negatywnych zjawisk, które pan opisał, nie spowodowała.

AR: To się zgadza. Tylko może być taka sytuacja, że wyjdą dyrektorzy tych placówek, a za nimi staną ci prezydenci i burmistrzowie i oznajmią, że wskutek zbyt dużej liczby uczniów nie są wstanie sprostać waszym wytycznym. I co wtedy pan im powie?

DP: Za warunki nauki w szkole odpowiedzialny jest samorząd, a pan chciałby, abym jednym rozporządzeniem je poprawił. O tym, że są samorządy, które zbyt mało wydają na oświatę, mówiliśmy wielokrotnie. Zbyt późno budowane są budynki przedszkolne i szkolne na nowopowstałych osiedlach. To nie jest winą ministerstwa i państwa, że część samorządowców nie myśli perspektywicznie i nie stwarza odpowiednich warunków do pracy i nauki dzieciom. Jeśli samorząd tego nie robił przez tyle lat, to my nie jesteśmy w stanie zmienić tej sytuacji w ciągu jednego tygodnia, czy miesiąca. Stworzyliśmy takie ramy prawne, które przy obecnym stanie epidemicznym powinny zapewnić bezpieczeństwo w placówkach oświatowych.”


W telegraficznym skrócie: no napisaliśmy sobie te wytyczne, a jeżeli ktoś ich nie ogarnie, to będzie wina samorządów, dyrektorów i rodziców (bo nie interesowali się wcześniej warunkami, w których dzieci się uczą). Sobie, rzecz jasna, szef MEN nie ma nic do zarzucenia. W tym miejscu pora na dygresję, która będzie się co prawda opierać na anecdacie, ale wydaje mi się, że można tę anecdatę bezproblemowo ekstrapolować na większość szkół. Otóż, dziennikarz tak nie do końca miał rację. Tzn. owszem, w Warszawie pewnie szkoły są najbardziej „nabite”, ale to nie jest problem tylko i wyłącznie Warszawy. O tym, że moja rodzicielka jest nauczycielką (teraz już emerytowaną) wspominałem wielokrotnie. Nie trzeba było chyba wspominać o tym, że uczyła „na prowincji”. Od pewnego czasu było tak, że nauczyciele praktycznie co roku martwili się o to, czy będzie dla nich etat. Owszem, wynikało to z faktu, że dzieci jest, tak jakby, nie za dużo. Gdyby naszym krajem rządzili rozsądni ludzie, którzy nie mieliby wyjebane na system edukacji (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że takowych chyba nie uświadczyliśmy w naszej Nowej Odrodzonej Rzeczypospolitej), to uznaliby zmniejszenie liczby uczniów za szansę. Na co? Na to, żeby klasy były mniej liczne (dzięki czemu nauczyciel miałby więcej czasu dla każdego ucznia). Ponieważ polski system edukacji nie ma szczęścia do decydentów, z szansy nie skorzystano. W praktyce „na prowincji” wyglądało to tak, że mimo mniejszej liczby uczniów, nadal gnieździli się oni w ponad 30-osobowych klasach. Czemu tak to wyglądało? Ano temu, że gdyby tych uczniów podzielić na dwie klasy, to potrzebnych byłoby dwóch nauczycieli, a tak  wystarczy jeden. W teorii można by to było teraz naprawić i podzielić klasy, ale biorąc pod rozwagę sygnały, z których wynika, że jakieś 15-20% pracowników budżetówki może zostać wyjebanych z roboty, raczej nie powinniśmy liczyć na opamiętanie rządzących. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że kilka miesięcy, które Zjednoczona Prawica miała na planowanie, zaowocowało w chuj absurdalnymi wytycznymi (których autorzy dziecka nie widzieli na oczy i nie mają pojęcia, jak dzieci się zachowują) i spotem, który skierowany był pewnie do Naczelnika Państwa, żeby wiedział, że jego podwładni się nie opierdalają, bo do dzieci raczej nie bardzo (z tych samych przyczyn co wcześniej wymienione „wytyczne”).


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Ponieważ w pewnym momencie pojawiły się opinie, z których wynikało, że rodzice boją się posyłać dzieci do szkoły, Dariusz Piontkowski, z właściwą swej kondycji intelektualnej subtelnością wyjaśnił: „szkoły powinny wrócić do tradycyjnego sposobu nauczania, a rodzice są zobowiązani do tego, by ich dzieci spełniały obowiązek szkolny, bądź obowiązek nauki (…) Rodzic nie jest epidemiologiem. W proces decyzyjny dotyczącym sposobu funkcjonowania szkół włączyliśmy Inspekcję Sanitarną. Tam znajdują się fachowcy, którzy będą określali, w jakich sytuacjach pobyt w szkole jest bezpieczny, a w jakich nie”. I wiecie, ja się częściowo zgadzam z Piontkowskim. Owszem, rodzic nie jest epidemiologiem. Tyle że tu, do kurwy nędzy, obawy rodziców nie są spowodowane tym, że nagle wszyscy poczuli się epidomiologami, ale tym, że spora część rodziców zdaje sobie sprawę z tego, jakie Zjednoczona Prawica ma podejście do praktycznie każdego problemu. Podejście to doskonale opisuje określenie „mądrość etapu”. Jak trzeba było mobilizować elektorat, to przed kamery wyszedł Premier Tysiąclecia i powiedział, że w sumie to wirusa już nie ma i wszyscy mają zapierdalać do urn. Potem (co za brak szoku) liczba dziennych stwierdzonych zachorowań zaczęła bić rekordy i Najbardziej Przemęczony Minister Zdrowia w historii Polski musiał tłumaczyć, że jak Premier Tysiąclecia mówił, że wirus jest w odwrocie, to był w odwrocie. Nie powinno więc dziwić nikogo to, że część rodziców doszła do wniosku, że rząd opowiada, że w sumie to można normalnie do szkół chodzić, bo nikomu nie chciało się pomyśleć nad tym, jak powinno wyglądać nauczanie w trakcie pandemii. Całkiem realny jest scenariusz, w którym w pewnym momencie część szkół zamienia się w ogniska koronawirusa, a jakiś Ważny Typ z Rządu (albo innego GISu) wyjdzie przed kamery i powie, „wydawało nam się, że w szkołach będzie bezpiecznie” i zwali całą winę na: dzieci, rodziców, nauczycieli, dyrektorów i generalnie wszystkich „innych”, byle tylko nie przyznać, że coś się samemu zjebało.
 

Wspomniałem wcześniej o tym, że rząd (i ludzie odpowiedzialni za system edukacji) byli za bardzo zajęci walką z mniejszościami seksualnymi, żeby zajmować się takimi pierdołami, jak szkolnictwo. Pora więc na kilka przykładów. Wpisów Barbary Nowak nie będę cytował, dość powiedzieć, że najprawdopodobniej ściga się ona z członkami Solidarnej Polski w wyścigu naczyń gospodarczych o szerokim zastosowaniu, zwykle służących do przenoszenia (przechowywania) płynów lub drobnoziarnistych materiałów sypkich, zwycięzcą którego to wyścigu będzie osoba, która napisze/powie najwięcej bredni w temacie mniejszości seksualnych. Kilka dni temu telewizja Trwam postanowiła rozbić bank i zaprosiła do studia Barbarę Nowak i Grzegorza Wierzchowskiego (ówczesny kurator łódzki). W trakcie programu rozmawiano o wirusie. Wydaje się to zrozumiałe, bo oboje zaproszonych to kuratorzy oświaty, zaś niebawem ma ruszyć nauczanie w szkołach. Nie no, co wy, rozmawiano o innym wirusie. O którym to wirusie, zapytacie? Ano o wirusie elgiebete, który to wirus jest bardo groźny. Potem zaś łódzki kurator poleciał ze stanowiska i spora część ludzi uznała, że to pewnie przez wypowiedź (ja się do tej grupy nie zaliczam, bo jakoś tak się złożyło, że pani Nowak nikt z roboty nie wyjebał za znacznie gorsze wypowiedzi). Do grupy ludzi, którym się „wydawało”, zaliczali się również członkowie Solidarnej Polski, którzy stanęli murem za kuratorem łódzkim i domagali się wyjaśnień. Efektem tego „domagania się” była sytuacja, która nie powinna już nikogo dziwić (bo w końcu to już druga kadencja PiSu). Chodzi, rzecz jasna, o to, że po raz pierdylionowy broniono wypowiedzi, która absolutnie nie powinna paść. Tak sobie myślę, że gdyby wypowiedź kościelnego funkcjonariusza, Michalika, o wciąganiu dzieci w pedofilie padła teraz, to działacze prawicy (i rządowi mediaworkerzy) urządziliby sobie zawody „kto bardziej udowodni, że Michalik miał rację”, no ale to dygresja tylko. Okazało się bowiem, że po pierwsze to kurator miał rację, a po drugie to jego wypowiedź nie wzywają do żadnej formy nienawiści. W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję historyczną. Otóż, zacząłem sobie czytać niedawno książkę pt. „Nadejście Trzeciej Rzeszy” Richarda J. Evansa (to pierwszy tom trylogii). Jak można łatwo wywnioskować z tytułu, w pierwszym tomie Evans skupia się na tym „jak do tego doszło”. Opisuje więc to, jak w Niemczech (konkretnie zaś w Cesarstwie Niemieckim) ewoluował antysemityzm. Cytuje on, między innymi, jegomościa, który nazywał się Lagbehn i który w 1892 tłumaczył, że tacy jedni „byli dla nas trucizną i jako tacy będą musieli być traktowani”, oraz „są jedynie przelotną plagą i zarazą”. W owym czasie nikt jeszcze nie wiedział o tym, do czego doprowadzi twórczość Langbehna i jego podobnym. Niemniej jednak teraz już to wiadomo. Opowiadał o tym, na ten przykład, jeden z byłych więźniów obozu zagłady, Marian Turski, w swoim wykładzie: „Auschwitz nie spadło nam z nieba”. Na sam koniec dygresji historycznej chciałbym dodać jedynie tyle, że w myśl narracji, które produkowali naziści, oni jedynie „bronili ojczyzny” przed zagrożeniem.


Skoro temat straszliwego, nieistniejącego zagrożenia mamy już za sobą, można wrócić do tematu przewodniego. Ponieważ suweren jest tak trochę średnio przekonany do tego, że uczniowie powinni wrócić do szkół (widziałem przynajmniej jeden sondaż, ale nie było w nim wzmianki o tym, że respondentami byli tylko i wyłącznie rodzice, których dzieci mają iść do szkół od 1-go września, tak więc nie będę się bawił w cytowanie). Zjednoczona Prawica zaczęła przekonywać, że inaczej się nie da, bo: „Wiemy, że nauka na odległość nie była tak efektywna jak stacjonarne zajęcia. Potwierdzają to także informacje z innych krajów. Wiemy również, że miała ona negatywne skutki społeczne, taka izolacja ludzi nie jest dobra”. Tematyka negatywnych skutków izolacji społecznej przewijała się w narracjach rządowych. Tym samym, dotarliśmy do kolejnego tematu, który przerasta rządzących nami kretynów. Mamy bowiem do czynienia ze złożoną sprawą, do której nie powinno się podchodzić w sposób zero-jedynkowy (czyli sprawą, która jest zbyt złożona dla tych matołów). Z jednej bowiem strony, każdy kto ma jakiekolwiek pojęcie o rozwoju dzieci wie, że potrzebują one kontaktów z rówieśnikami, żeby się, no cóż, „poprawnie rozwijać”. Z drugiej jednakowoż strony, do poprawnego rozwijania się dzieci potrzebują również tego, żeby np. nie chorować (z czym zgadzają się wszyscy, prócz antyszczepionkowych dzbanów). Z koronawirusem jest ten problem, że nie do końca wiadomo, czy jak sobie bombelek zachoruje na koronę i przejdzie ją „na luzie”, to czy korona nie zostawi po sobie jakichś powikłań. Jest już trochę badań odnośnie tego, że część dorosłych, która przeszła koronę bezobjawowo, załapała się na różne powikłania. Nie powinno więc nikogo dziwić to, że część rodziców się po prostu, kurwa, martwi. Tak swoją drogą, jestem się w stanie założyć o wiele, że ci sami ludzie, którzy dziś tłumaczą, że nauczanie „standardowe” jest potrzebne „bo rozwój” mieliby odmienne zdanie (i wychwalaliby izolację społeczną), gdyby partii rządzącej taka narracja była do czegoś potrzebna. No, ale wracajmy do tematu, który przerósł dzbanów z partii rządzącej. W pewnym sensie nie dziwię się temu, że idą po linii najmniejszego oporu. Ci ludzie poszli do władzy po to, żeby się (eufemizując) nażreć. Nikt nie mógł przewidzieć (tak, wiem, naukowcy przed tym przestrzegali, ale poza naukowcami [których politycy słuchają wtedy, gdy jest im to do czegoś potrzebne] to #żodyn), że wystąpi incydent pandemiczny i nagle rządy nie będą mogły się ograniczać do „trwania”, bo politycy Zjednoczonej Prawicy będą musieli podejmować decyzje, które mogą mieć daleko idące konsekwencje. Kluczowe w powyższym zdaniu jest „musieli”, bo mamy do czynienia z sytuacją, w której nie da się nie podjąć żadnej decyzji, a nie da się przewidzieć tego, która decyzja będzie zła, a która dobra. Właśnie sobie zdałem sprawę z tego, że nieco się zagalopowałem, bo kolesiom, którzy nami rządzą takie refleksje są raczej obce. Czemu zdecydowano się więc na „normalne” nauczanie? Bo to wymagało mniej roboty. Rzuci się głównym zainteresowanym jakieś ochłapy (vide „wytyczne” i spot telewizyjny), a o resztę niech się martwią sami. Póki Zjednoczona Prawica (aka „porozumienie monowładzy”) rządzi naszym krajem, jej członkowie są praktycznie bezkarni. Czasem, co prawda, zdarzają się pechowcy, którzy wkurwią Prezesa i Oberprokuratora jednocześnie, ale jeżeli chodzi o jakieś w chuj grube tematy (np. respiratory i maseczki), to „za czynienie dobra nie wsadzają”. Jeżeli chodzi o zakup maseczek, to Oberprokruator powiedział: „Mogę powiedzieć, że na ten moment nie widzę żadnych powodów, by minister Szumowski miał się bać odpowiedzialności. Oczywiście śledztwo jest w toku”.  Warto zwrócić uwagę na to, że Ziobro użył sformułowania „na ten moment”, niemniej jednak jest to raczej wyraźna sugestia, że Wielkiemu Zmęczonemu włos z głowy nie spadnie.


Na sam koniec notki zostawiłem sobie temat, który niestety jest w chuj istotny. Otóż, nawet gdyby nie rządziła nami banda dzbanów, nawet gdyby wytyczne były przemyślane zajebiście, a szkoły bardzo dobrze przygotowane do nauczania w trakcie pandemii, to mielibyśmy jeden, spory problem. Problemem tym są kretyni, którzy „nie wierzą w wirusa”. Niestety, część z tych kretynów to rodzice, którzy z uporem godnym lepszej sprawy tłumaczą swoim pociechom, że koronawirus to ściema i w ogóle to nie ma się czego bać. Niestety, ludzi takowych będzie coraz więcej. Winę za ten stan rzeczy ponosi w głównej mierze partia rządząca, do której członków nie dotarło, że pandemia to problem o trochę innym kalibrze niż te, z którymi się do tej pory mierzyli. Zjednoczona Prawica z powodzeniem (od dłuższego czasu) stosuje swoją ukochaną metodę „wielonarracji” (którą to metodę podpatrzono u Trumpa). Mądrzyłem się już na ten temat wielokrotnie, tak więc pozwolę sobie to wszystko skompresować: w skrócie sprowadza się to do tego, że Zjednoczona Prawica produkuje pierdylion narracji na jeden temat. Jak ktoś te narracje zbierze do kupy, to się okazuje, że są ze sobą sprzeczne. Niemniej jednak, zanim ktoś je zbierze do kupy – każda z nich trafi do tej grupy docelowej, do której była skierowana. I w tym momencie wchodzą antyszczepionkowcy, cali na biało. Otóż ludzie Ci bardzo uważnie przyglądają się rządowym narracjom i momentalnie wychwytują wszystkie niespójności, których to niespójności potem używają jako argumentów za tym, że „nie ma żadnej pandemii”. Pamiętacie może występy polityków partii rządzącej, którzy olewali obowiązek noszenia maseczek i social distancing? Antyszczepy przetłumaczyły to sobie tak, że (w skrócie) „oni nie noszą maseczek, bo wiedzą, że wirus to bzdura”. Idiotyczne narracje o tym, że „wirus się cofa” i późniejsze tłumaczenia, że no w sumie to nie, ale jak Premier Tysiąclecia to mówił, to się cofał, w niczym nie pomagają. Znamienne jest to, że o ile część rządowych mediaworkerów zaczyna dostrzegać problem w postaci rosnącej liczby ludzi, którzy uważają, że pandemia to jakaś ściema, to najprawdopodobniej nie dociera do nich to, że sami są częścią problemu. Podsumowując, liczba „niewierzących rośnie” i chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, dlaczego to zajebisty problem. Szczególnie w kontekście tego, że powrót do „normalnego” nauczania nie został należycie przemyślany, a co za tym idzie, praktycznie cały system edukacji (poza uczelniami wyższymi [które same sobie ten temat ogarniają]) jest nieprzygotowany do tego, co się będzie działo. W kontekście powyższego pytaniem, które należy sobie zadać ,nie jest pytanie o to „czy będzie przejebane”, ale o to, „jak bardzo”.


Źródła:

https://tvn24.pl/polska/siedem-godzin-debaty-ws-6-latkow-sejm-podzielony-glosowanie-za-dwa-tygodnie-ra365807-3448775

https://www.wprost.pl/kraj/139940/PiS-przeciwne-posylaniu-6-latkow-do-szkol.html

https://twitter.com/AnnaZalewskaMEP/status/1289135071459508225

https://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/1487972,piontkowski-o-powrocie-dzieci-do-szkol.html

https://aszdziennik.pl/130375,geniusz-men-oto-10-absurdalnych-przykazan-dla-uczniow

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,173952,26185840,dariusz-piontkowski-o-obawach-rodzicow-przed-powrotem-dzieci.html

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,173952,26187964,szumowski-bronil-morawieckiego-za-slowa-o-slabszym-wirusie.html

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/polska/news-gis-wydawalo-nam-sie-ze-wesela-beda-bezpieczne-przedstawimy-,nId,4647641

https://www.wprost.pl/kraj/10355364/lodzki-kurator-mowil-w-tv-trwam-o-etapie-wirusa-ideologii-lgbt-bedzie-wniosek-o-odwolanie.html

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1489034,kurator-grzegorz-wierzchowski-lgbt-wojcik-solidarna-polska.html

https://tvn24.pl/polska/minister-edukacji-dariusz-piontkowski-komentuje-slowa-lodzkiego-kuratora-o-wirusie-lgbt-4673571

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Polityka/Wirus-LGBT-grozniejszy-od-koronawirusa-Terlecki-zgadza-sie-z-Grzegorzem-Wierzchowskim

https://www.youtube.com/watch?v=BwveeOmDN4o

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,26233831,piontkowski-o-powrocie-do-szkol-wielu-dyrektorow-chwali-wrecz.html

https://www.wprost.pl/polityka/10356147/ziobro-nie-obralismy-szumowskiego-na-celownik-to-raczej-morawiecki-nie-ma-czego-sie-bac.html

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/514445-coraz-wiecej-polakow-sadzi-ze-pandemia-to-sciema


Hejterski Przegląd Cykliczny #70
21.08.2020

Nikogo chyba nie zaskoczy to, że niniejszy Przegląd zaczniemy od jednego z największych fuckupów polskiej klasy politycznej (i to praktycznie całej [- Razem i parę osób z KO]). Chodzi, rzecz jasna, o kwestię podwyżek (dla posłów, ministrów, etc.). Od czego by tu zacząć ten wątek. Może od tego, że o ile jestem świadom faktu, że pracownicy ministerstw (chodzi mi o znacznie szerszą kategorię niż tylko minister/wiceminister) powinni zarabiać trochę więcej, to już w samych podwyżkach dostrzegam zajebiste zagrożenie. Część komentatorów argumentuje, że no w sumie to te podwyżki dla ministrów/wiceministrów (of korz, pracowników merytorycznych, bez których ministerstwa nie będą działały, komentariat ma w dupie [co mnie nieszczególnie dziwi]) to muszą być, bo jak będziemy płacić więcej ministrom/wickom, to wtedy na te stanowiska będzie się dało ściągnąć ludzi, którzy są merytorycznie mocni. Jak sobie tak czytam te komentarze, to jedno mnie zastanawia. Czy ci ludzie wierzą w to, co piszą/mówią, czy też bawią się w trolling? Jeżeli po prostu trollują, to jest dla nich jeszcze nadzieja, ale jeżeli w to wierzą, to powinni przestać zajmować się obserwowaniem i komentowaniem polskiej polityki, ze względu na stopień niezrozumienia tejże. Bo owszem, w teorii zwiększenie zarobków w ministerstwach mogłoby pomóc przyciągnąć do nich fachowców, ale w praktyce nie miałoby to, kurwa, żadnego znaczenia, bo żadna z partii rządzących do tej pory nie była zainteresowana zatrudnianiem fachowców. Czemu? Bo taki fachowiec byłby najprawdopodobniej niesterowalny (jeżeli bowiem radził sobie dobrze zanim „zrobiono” go ministrem, to poradzi sobie równie dobrze w razie dymisji). Nikogo chyba nie trzeba przekonywać do tego, że „niesterowalność” ministrów nie jest cechą pożądaną w żadnej partii rządzącej. Doskonałym przykładem będzie tu Zbigniew Religa, którego Prawo i Sprawiedliwość „zrobiło” Ministrem Zdrowia. Przeczytałem sobie byłem kiedyś jego biografię i tam trafiłem na ciekawostkę. Otóż, Religa po przyjściu do MZ nie zrobił czystek kadrowych. Zanim ktoś powie „no ale to chyba dobrze”, niech sobie ten ktoś popatrzy na to z perspektywy partii rządzącej, która chciała obdarować stołkami biernych miernych i wiernych. Na domiar złego (dla partii rządzącej) Religa był w owym czasie dość popularny, więc nie dało się go tak po prostu wyjebać (bo raczej szybko na jaw wyszłyby prawdziwe powody wyjebania). Prawo i Sprawiedliwość odrobiło lekcje i od tamtej pory, jeżeli nie musi dać stołka osobie niesterowalnej, to tego nie robi. Tutaj z kolei dobrym przykładem będzie Zbigniew Ziobro, którego Prezes Polski już dawno posłałby w cholerę, ale nie może tego zrobić, bo braknie mu głosów do większości parlamentarnej. No dobrze, bo sobie trochę podygresjowałem. Wracajmy do meritum. Gdyby ktoś mi zadał pytanie (ponieważ nikt tego nie zrobił, zadam je sobie sam) „czym w Polsce są stołki ministrów/wiceministrów?” odpowiedziałbym „zdobyczami politycznymi”. Tercet: Kaczyński, Ziobro i Gowin nie napierdala się o stołki po to, żeby je potem oddać fachowcom, ale po to, żeby obsadzić je swoimi ludźmi. Jedyne, co by się zmieniło po podwyżkach dla ministrów/wiceministrów to to, że koalicjanci napierdalaliby się o te stołki jeszcze bardziej. W tym miejscu warto zauważyć, że podwyższenie zarobków pracowników merytorycznych w ministerstwach mogłoby mieć (w kontekście polityki kadrowej) opłakane konsekwencje, bo skończyłoby się to pewnie tak, że wszystkie stołki zostałyby obsadzone przez matołów z „plecami”. No ale, jeżeli komuś się wydaje, że gdyby w ministerstwach płacili lepiej, to wiceministrami nie zostaliby tacy tytani intelektu, jak Sebastian Kaleta, Patryk Jaki, Janusz Kowalski, albo inny Jacek Ozdoba (zaś ministrami ludzie pokroju Sasina, Szumowskiego czy też Gowina), to ja takiej osobie gratuluje optymizmu (i trochę zazdroszczę, bo w 2020 każdemu by się przydał optymizm). W teorii, można by było w takiej ustawie „o podwyżkach” umieścić bezpiecznik, który uniemożliwiłby naczyniom ceramicznym (bez kwalifikacji) pełnienie tych funkcji. Tylko, że rządy Zjednoczonej Prawicy pokazały, ile warte są takie bezpieczniki (działają, jeżeli partia rządząca ma ochotę się nimi przejmować). Tym samym, umieszczanie tego rodzaju bezpieczników w ustawach jest totalnie, kurwa, bezsensowne. Równie bezsensowne są opinie komentariatu, który opowiada pierdoły o tym, że podwyżki są konieczne. Jeżeli ktoś w tym momencie jeszcze się trochę waha, no bo komentariat komentariatem, ale może faktycznie te „większe pieniądze” sprawiłyby, że jacyś fachowcy by się w życiu politycznym pojawili, to takiej osobie mam do powiedzenia w sumie dwie rzeczy. Primo, Parlament Europejski. Zarabia się tam (jak na polskie realia) w chuj szekli, a kogo posłała tam partia rządząca? Geniuszy w rodzaju Patryka Jakiego, Dominika Tarczyńskiego, Joachima Brudzińskiego, Elżbiety Witek, Beaty Mazurek, Beaty Szydło, Ryszarda Czarneckiego, etc. Ludzi tych łączy to, że nie są w stanie absolutnie niczego załatwić. Secundo, Spółki Skarbu Państwa. Gdyby racje miał komentariat, zawiadowcami tych spółek zostawaliby fachowcy. Ponieważ zaś klimat mamy inny, zostają nimi ludzie, którzy mają na tyle mocne plecy, że ktoś ich tam wepchnie. Znamienne jest to, że część tych „fachowców” siedzi w SSP np. rok, a potem zwalniają miejsce dla innych. Podsumowując, nie mają absolutnie żadnego przełożenia na „fachowość” w polityce. Odpryskiem dyskusji o podwyżkach były komentarze, z których wynikało, że do polityki nie powinno się iść dla pieniędzy, tak więc taki kandydat na posła (czy tam innego ministra) powinien się wcześniej dorobić. O ile z pierwszą częścią się zgadzam (bo ludzie „dorabiający się” na polityce to jeden z największych problemów polskiego życia politycznego, to z drugą częścią („powinni się dorobić wcześniej”) ni chuja się nie zgodzę. Nie, nie jestem zwolennikiem tezy, że „skoro ktoś się dorobił, to pewnie jest złodziejem”, ale prawdą jest niestety to, że bardzo niewielu „dorobionych” zdaje sobie sprawę z tego, w jakich realiach ekonomicznych żyje spora część społeczeństwa, a tak się jakoś złożyło, że politycy podejmują decyzje, które mają wpływ na społeczeństwo. Nie oznacza to, że moim zdaniem wszyscy politycy muszą (że tak to ujmę) „reprezentować biedę” (bo od tego, jest przecież Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny), ale część z nich powinna.  


Ponieważ temat się mi rozrósł, podzieliłem go na kawałki. W drugim kawałku będę się pastwił nad przyczynami, dla których opozycja w ogóle się zgodziła na tego rodzaju pomysł. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w przypadku Zjednoczonej Prawicy nie trzeba się nad niczym zastanawiać, bo jeżeli ich rządy czegoś nas nauczyły to tego, że Zjednoczona Prawica kocha pieniądze. Innymi słowy, w przypadku Zjednoczonej Prawicy chodziło po prostu o to, żeby jeszcze bardziej się nażreć. Zjednoczona Prawica uznała najwyraźniej, że co prawda suweren może się trochę zdenerwować, ale przecież do kolejnych wyborów są trzy lata, a za coś przecież, kurwa, pracownicy rządowych mediów biorą pieniądze, prawda? No dobrze, a o co tak właściwie chodziło opozycji? Po części chodziło pewnie o pieniądze (tzn., coby sobie posłowie więcej zarobili). Jestem się jednakowoż w stanie założyć o to, że niebagatelną rolę odegrała również propozycja podniesienia subwencji partyjnych. Co prawda nie wyrównałoby to szans, bo do subwencji partyjnej obecnej partii rządzącej należałoby doliczyć praktycznie cały budżet państwowy (vide 2 miliardy rocznie na partyjną telewizję), ale jednak trochę mogłoby pomóc. O ile, rzecz jasna, pieniądze zostałyby dobrze wydane (o co bym się, kurwa, nie zakładał, bo trochę już tę naszą opozycję i jej poczynania obserwuję). Niemniej jednak, nawet jeżeli decydującym czynnikiem były te dotacje, to politycy partii opozycyjnych (uwaga natury technicznej, Konfederacja nie jest dla mnie „partią opozycyjną”, tylko politycznym odpowiednikiem nowotworu złośliwego) powinni się, kurwa, zastanowić nad tym, czy aby na pewno moment jest odpowiedni. Część ludzi straciła pracę, część dopiero straci, wszystko drożeje, ludzie są w chuj niepewni tego, co ich czeka w nieodległej przyszłości, a ci kretyni/kretynki uznali, że warto sobie jebnąć podwyżki. Kolejna rzecz, o którą jestem się gotów założyć to to, że elementem dealu politycznego było to, że Zjednoczona Prawica pewnie obiecała, że założy kagańce swoim mediaworkerom i nikt nie będzie za bardzo drążył tematu. Zresztą, rządowe media nie miały zbyt wielkiego pola manewru, bo gdyby chcieli przypierdalać się do opozycji za głosowanie za podwyżkami, to nawet gdyby nie wspomnieli o tym, jak głosowali przedstawiciele partii rządzącej, suwerenowi raczej by to nie umknęło. To, że opozycja poszła na ten deal, pokazuje poziom jej odklejenia. Co oni sobie, kurwa, myśleli? Że jak rządowe media nie będą mówić o podwyżkach, to ich elektoraty nie zwrócą na to uwagi? Wasze elektoraty nie oglądają mediów rządowych, wy bando kretynów. Jak sobie do tego wszystkiego dodamy fakt, że opozycja (słusznie) napierdala w Zjednoczoną Prawicę tym, że politycy tejże partii są wiecznie nienażarci i wiecznie im mało kasy, to otrzymujemy obraz opozycji, która (eufemizując) naprawdę bardzo niewiele ogarnia. W pewnym momencie część komentariatu zaczęła tłumaczyć, że wszystko to było jakąś tam strategią PiSu, mającą na celu ośmieszenie opozycji. Po pierwsze, opozycja doskonale sobie sama z tym radzi, a po drugie, nie, PiSowi chodziło o kasę. To, że potem zaczęto zwalać winę na opozycję nie ma tu znaczenia, bo to „damage control” wywołany tym, że opozycja jednak się ogarnęła i w Senacie zagłosowała przeciw (co z kolei sprawiło, że popierający ustawę senatorowie Zjednoczonej Prawicy zaczęli wyglądać trochę kiepsko). W tym konkretnym przypadku narracja jest co prawda bardzo karkołomna (bo pod projektem podpisali się politycy Zjednoczonej Prawicy), ale biorąc pod rozwagę poziom naszej opozycji, partii rządzącej może się tę narrację udać narzucić. O tym, że sprawa była dogadana i absolutnie nikt nie spodziewał się problemów niech zaświadczy to, jak bardzo partia rządząca i opozycja nie były przygotowane do tego, żeby tego pomysłu bronić. Sensownych argumentów nie było, a te które się pojawiały nie nosiły znamion sensowności. Poseł Porozumienia, Kamil Bortniczuk, zapytany o to „co zrobi z dodatkową kasą” (po ewentualnej podwyżce) odpowiedział: „Ja mam czworo dzieci i żonę, która sprawuje osobistą opiekę nad najmłodszym z nich w związku z czym nie pobiera żadnych świadczeń ani w miejscu zatrudnienia, ani ze strony państwa, więc o nadwyżkach trudno będzie mówić. Pomysł na to jak wydatkować dodatkowe środki na pewno się znajdzie”. Co prawda pod koniec użył dupochronu („dodatkowe środki”), ale wcześniej zaznaczył, że to i tak nie będzie nadwyżka, bo (…). Posłanka Koalicji Obywatelskiej, Barbara Nowacka: „Poparliśmy podwyżki, gdyż uważamy, że zmiany systemowe w wynagradzaniu osób sprawujących funkcje publiczne są niezbędne. Kraj, w którym wiceminister finansów zarabia 7 tys. zł, a firmy mogą sobie kupić dowolnego posła czy radnego za 2 tys. zł miesięcznie, to kraj galopujący w stronę korupcji”. Poseł Lewicy, Maciej Gdula: „Polakom rosło przez 10 lat, posłom spadało i teraz jest tak, że posłowie zarabiają 5700. To jest mniej więcej pensja na poziomie kierownika takiego większego sklepu”. Równie dobrze, wszyscy politycy popierający ten projekt w Sejmie mogli wystosować wspólne oświadczenie: „jeśli tyle dla was znaczy ludzie takie zaangażowanie społeczne, jak nasze (...)”. Wiem, że się powtarzam, ale ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że rządowi spece od mieszania ludziom w głowach spinowali już nie takie tematy i uznali, że uspokoją suwerena do kolejnych wyborów, ale nie mogę zrozumieć zaćmienia opozycji (o której i tak mam, eufemizując, nienajlepsze zdanie).


Na samiutki koniec pastwienia się nad tematami podwyżek zostawiłem sobie kwestię tego, jak na to wszystko zareagowały internety (i jak na tę reakcję zareagował komentariat). Pozwolę sobie zacytować Partyka Słowika: „Wielka to sztuka - i PiSu, i KO - że PiS wymyślił podwyżki dla polityków, a niemal cały ludzki gniew spada na polityków KO. Abstrahując od tych podwyżek, ta sprawa trochę mówi o tym, dlaczego PiS wygrywa wybory.”.Tego rodzaju komentarzy było więcej, zaś autorzy części z nich utyskiwali, że w ogóle to do dupy, bo wyborcy opozycji ją hejtują, a wyborcy Zjednoczonej Prawicy złego słowa nie powiedzą o „swoich” (i dlatego PiS wygrywa wybory/etc.) Obserwacja komentariatu jest w tym momencie po części słuszna. Czemu po części? Bo owszem, w bańce ćwiterowej, tak to właśnie wyglądało. Tzn. opozycja była batożona przez „swoich”, a Zjednoczonej Prawicy praktycznie żaden influencer (niestety musiałem użyć dupochronu „praktycznie”, bo tych ludzi jest od cholery i być może któryś się wyłamał) nie skrytykował partii rządzącej. Przejrzałem sobie kilka „niezależnych kont” ćwiterowych i jakiż był mój brak zdziwienia, kiedy zorientowałem się, że temat podwyżek tam praktycznie nie istnieje. Jedna ćwiternautka skomentowała, że ta różnica ładnie pokazuje to, kto ma wyborców, a kto ma wyznawców. Tutaj znowu przyjdzie mi się częściowo zgodzić. Gdyby bowiem ci „niezależni internauci” robili to, co robią sami z siebie, to faktycznie można by ich było określić mianem wyznawców. Tylko, że to nieprawda. Może inaczej – na pewno jakaś część zjednoczono-prawicowego ćwitera to ludzie, którzy faktycznie są wyznawcami swojej partii, ale jestem się w stanie założyć o to, że znaczna ich większość to po prostu rządowe drony, które realizują przekazy dnia i nie zrobią absolutnie nic, co mogłoby zaszkodzić ich chlebodawcom. Czego więc dowodzi reakcja „niezależnych internautów”? Tego, że ćwiterowa banieczka Zjednoczonej Prawicy jest zdominowana przez rządowe drony. Była to więc doskonała okazja do stworzenia sobie siatki takich influencerów-dronów. Okazja, z której najprawdopodobniej ani opozycja, ani nie-PiSowskie media nie skorzystały.


W trakcie pastwienia się nad tematem podwyżek poruszyłem dość istotną (przynajmniej moim zdaniem) kwestię, którą było traktowanie budżetu państwa tak, jak gdyby była to subwencja partii rządzącej. Skoro zaś tę kwestię poruszyłem, to trzeba będzie ją pociągnąć dalej. Jakiś czas temu UE się wkurwiło na gminy, które przegłosowały uchwały autorstwa instytutu, o którym wiecie czego nie wolno pisać i przykręciły kurek z kasą. Oberprokurator się wtedy bardzo zdenerwował i domagał się interwencji Premiera Tysiąclecia, bo nie może być tak, żeby władze nie mogły prowadzić nagonki na część swoich obywateli. Ponieważ apele Oberprokuratora były cokolwiek bezsensowne (albowiem UE nie cofnęłaby dotacji, gdyby nie istniał przepis, który to umożliwiał), pan Zbyszek postanowił wziąć sprawy w swoje ręce: „W wymiarze symbolicznym jest to gest sprawiedliwości, że polskie państwo nie pozostawia takich gmin opresji Komisji Europejskiej" - stwierdził minister Ziobro, przyznając małopolskiej gminie Tuchów, która ogłosiła się "strefą wolną od LGBT", 250 tys. złotych z Funduszu Sprawiedliwości”. W tym momencie chciałoby się rzec „jaka sprawiedliwość, taki minister i taki fundusz”, ale nie można poprzestać na tym sucharze. Nie można, bo nie tak dawno temu, państwo polskie zaliczyło spektakularny fuckup, którego zwieńczeniem był fakt ułaskawienia typa, który zgwałcił swoją nastoletnią córkę. Kiedy o sprawie zrobiło się głośno, okazało się, że (cóż za brak zaskoczenia) większość „niezależnych internautów” wychodzi z założenia, że jeżeli do gwałtu/molestowania doszło po pijanemu, to wszystko jest w porządku. Rządowe media, próbując bronić decyzji Prezydenta RP tłumaczyły między innymi, że no w sumie to spoko, że ułaskawił, bo się tam wszyscy pogodzili w rodzinie, a poza tym rodzina miała problemy finansowe, a typ po wyjściu z pierdla pracuje i może tej rodzinie pomóc. Kiedy czytałem te wysrywy we łbie kołatało mi się jedno: „gdzie jest, kurwa, Fundusz Sprawiedliwości?” Czemu nie użyto go do pomocy ofiarom przestępstwa? Przecież ten fundusz właśnie temu ma, kurwa, służyć. Zamiast tego używa się go do pompowania kasy w samorządy, które zajmują się hejtowaniem części własnych obywateli. Polska nie jest państwem teoretycznym, Polska jest państwem z tragifarsy.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!


https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Skoro zaś wspomniałem o szczuciu na część obywateli, trzeba powiedzieć o tym, że Kaja Godek (aka „Kafar Episkopatu”) znowu bawi się w  antyobywatelską inicjatywę ustawodawczą. Tym razem pani Kaja chce zakazu marszów równości oraz (w telegraficznym skrócie) zakazu bycia mniejszościami seksualnymi. Nie wiem, jak wy, ale ja mam jakieś dziwne skojarzenia z Norymbergą, ale prawo Godwina zakazuje mi zwerbalizowania (a raczej zliterowania) tych skojarzeń. Ponieważ nie da się tego wysrywu skomentować nie używając nadmiarowej liczby wulgaryzmów, zamiast tego zapraszam was do kolejnego eksperymentu pt. „co by było gdyby”. Otóż wyobraźmy sobie, że ktoś zorganizował sobie grupę ludzi, którzy będą przygotowywać obywatelskie projekty i zbierać pod nimi podpisy. Pierwszym projektem, który ujrzałby światło dzienne, byłby projekt o nazwie „Stop pedofilii”. Projekt ów dotyczyłby wprowadzenia ustawowego zakazu nauczania religii w szkołach, uczestnictwa dzieci w mszach świętych, wyjeżdżania na kolonie, na których opiekunami są osoby duchowne, „propagowania stanu duchownego” i tak dalej i tak dalej. W trakcie konferencji prasowej, na której projekt zostałby „ogłoszony” (konfa odbyłaby się na pewno, bo polskie media uwielbiają clickbaity), inicjatorzy opowiadaliby o tym, że ich zdaniem projekt zdobędzie szerokie poparcie społeczne, bo tu przecież chodzi o dobro dzieci, tak więc sprzeciwiać się temu projektowi mogłoby chyba jedynie jakieś lobby pedofilskie. Autorzy projektu zawczasu przygotowaliby się do backlashu i do argumentów Kościoła, prawicy i konserwatystów, które to środowiska tłumaczyłyby, że tak nie można, bo Konstytucja i konkordat. Jak wyglądałyby przygotowania? Ano tak, że równolegle do pierwszego projektu, powstałyby dwa inne. Jeden dotyczyłby zmian w Konstytucji, drugi wypowiedzenia konkordatu. Jeden wniosek nosiłby nazwę „stop zboczeniom”, drugi „chrońmy dzieci”. Rzecz jasna w przypadku Konstytucji chodziłoby o takie zmiany, które sprawiłyby, że rację bytu straciłyby argumenty „tak nie można bo Konstytucja”. Co zrozumiałe, autorzy przez cały czas opowiadaliby o tym, że oni rozumieją doskonale, że nie każdy duchowny to pedofil, ale nie można ryzykować, bo tu chodzi o dzieci. 24/7 opowiadaliby o tym, co robił Kościół na Zachodzie (tuszowanie pedofilii/etc.) i stawiali pytania w rodzaju: „czy chcemy, żeby to samo działo się w Polsce? Czy może powinniśmy wyciągnąć lekcję z doświadczeń Zachodu?”. Na jakiekolwiek słowa krytyki opowiadaliby opisami dokonań polskich duchownych pedofilów i pytaniami „czy wysłałby/łaby pan/pani swoje dzieci na kolonie z taką osobą? Czy chciałby/łaby pan/pani żeby takie osoby nadal miały tak łatwy dostęp do dzieci w wieku szkolnym? Ponieważ podnoszono by argumenty w rodzaju „rodzice mają prawo do wychowywania dzieci zgodnie ze swoim wyznaniem”, organizatorzy tłumaczyliby, że dobro dziecka jest nadrzędne. Ponieważ takich argumentów byłoby całkiem sporo, organizatorzy ogarnęliby konferencję prasową, na której (z poważnymi minami) opowiadaliby o tym, że nie spodziewali się tego, że wiadome lobby ma aż takie poparcie i że tak bardzo będzie się „stawiać”. Na tej samej konferencji zapowiedziano by kolejną inicjatywę ustawodawczą, która miałaby doprowadzić do takich zmian w polskim prawie, które uniemożliwiłyby adopcję dzieci przez pary katolickie (lub takie, w których przynajmniej jedna osoba jest katolikiem). Argumentowano by to tak, że większość katolików nie odcięła się od kościelnej pedofilii, a część z nich (o zgrozo!) sprzeciwia się wcześniejszym inicjatywom ustawodawczym. Rzecz jasna, opowiadając o „wiadomym lobby” nikt nie podałby żadnego nazwiska i żadnej nazwy organizacji. Pytania o konkrety zbywano by „wiadomo o jakie środowiska chodzi i jak bardzo wpływowe są te środowiska”. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że nawet wyżej opisane działania (które wymagałyby sporych nakładów finansowych i drobiazgowego planowania) nie są odzwierciedleniem tego, co odpierdalają w Polsce konserwatyści. Niemniej jednak, z przyjemnością oglądałbym gównoburzę, którą wywołałyby takie działania, bo wydaje mi się, że Wersal się, kurwa, skończył i części środowisk ktoś powinien pokazać lustro. Nie, nie interesuje mnie to, że takie działania mogłyby „zaszkodzić debacie publicznej”, bo ta debata (dzięki działaniom prawej strony) od dawna przypomina dawno nie czyszczone i kiepsko zabezpieczone szambo.

 
Sam fakt, że w Polsce ktoś w 2020 poważnie traktuje szurię, która chce wykluczenia mniejszości seksualnej z praktycznie każdej dziedziny życia (gdyby mogli, to wszystkim elbagietom odebraliby polskie obywatelstwo, żeby mieć dodatkowy argument za „obroną Polski”), zaś szef Ministerstwa Sprawiedliwości bawi się w dotowanie instytucjonalnej homofobii  pokazuje, jak bardzo przesunięto w Polsce wyżej wymienione nieczyszczone szambo (które ktoś przez przypadek nazywa „debatą publiczną”). Ten proces trwał od jakiegoś czasu i walka z nim była z góry skazana na porażkę ze względu na gigantyczną dysproporcję  środków, którymi dysponowały „strony”. Po 2015 dysproporcja powiększyła się jeszcze bardziej, a prawa strona przestała się kryć ze swoim zdziczeniem (bo absolutnie nic jej już nie groziło). Nie wiem, kiedy zaczął się ten proces, ale przyspieszył on w momencie, w którym prawa strona przestała się pierdolić w tańcu i jawnie wychwalać Franko, Pinocheta i innych prawicowych zbrodniarzy. Równolegle do wychwalania jednych zbrodniarzy przebiegał proces „odcinania” się prawicy od tych, których wybronić się nie dało. Tenże właśnie proces obserwujemy od pewnego czasu, czytając kretyńskie wypowiedzi bieda-historyków, którzy tłumaczą, że nikt przed nimi nie zwrócił uwagi na to, że w nazwie NSDAP jest słowo „socjalistyczna”, tak więc trzeba anulować kilkadziesiąt lat opracowań historycznych i drobiazgowych analiz, bo ich autorzy najwyraźniej nie znali nazwy partii, której zawiadowcą był Adolf Hitler. Ten proces nie ma swojego odpowiednika po „lewej” stronie. Nikt nie tłumaczy, że w sumie to Stalin był bohaterem, bo może i trochę ludzi przez niego zginęło, ale III Rzesza wykrwawiała się głównie na Froncie Wschodnim, więc Stalin jest bohaterem. Nikt również nie tłumaczy, że Stalin nie był lewicowy bo (na ten przykład) II Wojnę nazwano „Wielką Wojną Ojczyźnianą”, a przecież lewica to internacjonalizm/etc. Nie wykluczam, że tego rodzaju opinie mogą się pojawić w odmętach internetu (bo w internecie jest prawie wszystko), ale żaden z polityków lewicy nie wyskoczył jeszcze z takim idiotyzmem. Owszem, zdarzały się historykom (nie pamiętam już gdzie to przeczytałem) wzmianki o tym, że takie na ten przykład oblężenie Leningradu nie miałoby racji bytu, gdyby oblężone zostało jakieś miasto na Zachodzie (bo zostałoby poddane), a co za tym idzie dywagacje o tym, czy udałoby się zatrzymać III Rzeszę (która miała w dupie życie ludzkie), gdyby na jej drodze nie stanął ZSRR (który, a jakże, również miał w dupie ludzkie). Niemniej jednak są to tylko rozważania akademickie, w których nikt nie tłumaczy, że Stalin był bohaterem, bo co prawda zrobił to i to źle, ale jego oponent był jeszcze gorszy. Uwaga natury ogólnej, trafiły mnie odpryski dyskusji o książce Hobsbawma „Wiek skrajności”, w której to książce ponoć stoi, że stalinizm nie był tak straszny jak hitleryzm i tak dalej, ale nie jestem się w stanie do tego odnieść, bo książki (jeszcze) nie czytałem. Jednakowoż, nawet jeżeli tak sobie to autor był napisał, to nijak się to ma do wychwalania zbrodniarzy, które u nas jest na porządku dziennym. Prawica nie jest w stanie pogodzić się z tym, że każda ideologia może się zdegenerować. Skutkiem czego płodzi swoje narracje w myśl których albo „zły” wcale nie był zły, bo skoro był prawicowy to nie mógł być zły, albo był zły, ale z tego z kolei wynika, że nie był prawicowy (bo gdyby był, to /etc.). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że przesuwanie kredensu w prawo zawdzięczamy również tej części liberałów, która potrafi bronić Pinocheta „bo coś tam”. Ja wiem, że są różne odcienie szarości, ale moim zdaniem, niuansowanie kończy się wtedy, gdy ktoś zaczyna wychwalać tego, czy innego zbrodniarza (niezależnie od tego, z której ideologii się ów zbrodniarz wywodził). Ponieważ prawica uważa się za „jasną stronę” oponenci prawicy muszą być źli, prawda? Ponieważ zaś są źli, to walka z nimi jest obowiązkiem. Polskiej prawicy odjebało do tego stopnia, że ogromna jej większość nie widzi nic złego w tym, co robi Kaja Godek. Dla nich to jest przecież „wojna cywilizacyjna”. Nikt, łącznie z prawicą nie wie, o co chodzi w tej wojnie, ale prawica na pewno wie, kim jest jej wróg i że jak się z tym wrogiem walczy, to cel uświęca środki. Nawiasem mówiąc, nie bez winy jest w tym wszystkim komentariat, który nie jest w stanie zrozumieć, co się tak właściwie dzieje. Idealnym przykładem będzie wpis Nizinkiewicza, który na swoim ćwitrze grzmiał: „Wojna kulturowa i podgrzewanie nastrojów przeciwko LGBT służy wzmacnianiu pozycji Z.Ziobro, który chce być przyszłym prezydentem PL i walczy o schedę po Kaczyńskim. Trzeba być ślepym,żeby tego nie widzieć i mało roztropnym,żeby dawać się wciągać w ideologiczne zapasy. #Ziobro2025”. Wielkiemu umysłowi nie przyszło do głowy to, że Ziobrę wzmacnia każde „cofnięcie się” przed jego retoryką, której nie nazwę po imieniu ze względu na prawo Godwina. Wzmacnia go również każdy „dziennikarz”, który bezrefleksyjnie powtarza brednie o „wojnie kulturowej”.
 

Ponieważ zrobiło się nieco zbyt ciężko (sorry, taki mamy klimat), to pozwolę sobie teraz na wątek humorystyczny. Tzn. to też jest ciężki wątek, ale ponieważ wpływ na to mamy żaden, można się z niego już tylko śmiać. O tym, że Georgette Mosbacher od czasu do czasu srogo opierdala polskie władze, wiedzą wszyscy. Wszyscy wiedzą również o tym, że wstanięte z kolan państwo, które nie ma problemów z opierdalaniem dowolnego innego państwa za jakieś wyimaginowane przewiny, w przypadku USA jest w chuj grzeczne i ogranicza się do robienia notatek. Wszyscy również wiedzą, dlaczego tak się dzieje. Jeżeli bowiem skonfliktowaliśmy się ze wszystkimi dookoła i wszędzie opowiadamy o tym, że naszym głównym sojusznikiem są Stany Zjednoczone, a cała reszta może sobie pospierdalać, to trzeba się liczyć z tym, że nasz „jedyny partner”, będzie nas traktował nieszczególnie „po partnersku”. Tak więc, wiedzą to wszyscy poza Witoldem Waszczykowskim (aka Tommy Wiseau polskiej dyplomacji), który jakiś czas temu opublikował kilka „oburzonych” ćwitów. Pierwszy z nich był komentarzem do wpisu ambasadorki Stanów Zjednoczonych, która zjebała na funty Antoniego Macierewicza (za to, że hejtował TVN): „W mojej ocenie tego typu dzielące i nienawistne wypowiedzi są okropne i godne pożałowania. Każdy przyzwoity człowiek powinien odrzucić tego rodzaju retorykę!”. Waszczykowski się wkurwił i napisał: „To jest niebywałe, aby ambasador podejmował publiczną polemikę polityczną z politykami kraju, w którym sprawuje funkcję dyplomatyczną. Art 41 konwencji wiedeńskiej 1961 mówi, aby nie mieszać się do spraw wewn państwa przyjmującego”. Na reakcję ambasadorki nie trzeba było długo czekać: „Złożenie przysięgi jako ambasador nie oznacza, że odrzuciłam etykę, wartości i umiejętność odróżniania dobra od zła. Jeśli widzę, że historia jest zniekształcana lub interpretowana ze złych pobudek, zabieram głos niezależnie od mojego stanowiska.” (w ćwicie otagowała Waszczykowskiego i Macierewicza). Waszczykowski zareagował z właściwą swej kondycji intelektualnej delikatnością: „Mamy w Polsce de facto trzech ministrów spraw zagranicznych, urzędujących równolegle w trzech instytucjach. Może któryś zareaguje i zakończy tę magafonową dyplomację w mediach. Ambasador ma też zasługi dla Polski, spotkania prezydentów i program bez wiz. Szacunek mimo wszystko”. Znamienne jest to, że Waszczykowski, który wywołał ćwiterową gównoburzę wezwał potem ministrów do tego, żeby „coś z tym zrobili”. Znamienne jest również to, że człowiek, który odpowiadał za polską politykę zagraniczną nie ma, kurwa, pojęcia o tym, dlaczego Stany Zjednoczonej od czasu do czasu pozwalają sobie na potraktowanie Polski „z buta”. No ale, jestem przekonany o tym, że gdyby ministrowie zarabiali więcej, to Waszczykowski byłby znacznie bardziej ogarnięty i rozumiałby znacznie więcej. Jedno mnie w tym wszystkim ciekawi. Konkretnie zaś to, czy polskie władze zdają sobie sprawę z tego, że same doprowadziły do sytuacji, w której „najważniejszy partner” może publicznie chłostać nasz kraj i gówno można mu za to zrobić, czy też ze zdziwieniem reagują na każdy wpis Mosbacher albo sugestię, że mogą sobie pospierdalać z tym, czy innym podatkiem i zastanawiają się nad tym „dlaczego ich to spotyka?”.


Ponieważ poruszyłem temat polityki zagranicznej, którą prowadzi Zjednoczona Prawica, pozwolę sobie na pociągnięcie tematu dalej i zapoznanie was z tym, jak bardzo polskie władze nie wiedzą „co dalej” z Białorusią. O tym, że kolejne wybory Łukaszenki mogą mieć nieco inny przebieg niż poprzednie, świadczyło to, jak dużo ludzi przychodziło na spotkania z opozycyjną kandydatką (Swiatłana Cichanouska). Zacięła się również machina Łukaszenki, która zaczęła popełniać coraz więcej błędów. Bo ok, wszyscy wiedzieli o tym, że wybory na Białorusi są fałszowane, ale nigdy wcześniej w internecie nie pojawił się filmik, na którym członkini jednej z komisji wyborczych spierdala przez okno z reklamówką pełną kart wyborczych (drabinę trzymał jej jakiś mundurowy). Dlatego przed wyborami wyborcy kandydatki opozycji zmówili się w internetach, że będą kilkukrotnie składać kartę wyborczą i w internetach pojawiło się sporo zdjęć urn wypełnionych poskładanymi kartami wyborczymi. Ostatni dyktator Europy miał na to wyjebane i uznał, że skoro do tej pory się udawało, to tym razem też się uda. Ogłoszono więc jego zwycięstwo (exit poll). Co zrozumiałe, wkurwieni Białorusini wyszli na ulice. Baćka zaś zastosował jedyną znaną sobie metodę prowadzenia dialogu ze społeczeństwem i poszczuł na ludzi OMON. Najprawdopodobniej liczono na powtórzenie scenariusza z 2010 roku (i z lat wcześniejszych), kiedy to napierdalanie protestujących odnosiło efekt „mrożący” i w kolejnych dniach przeciwko przemocy protestowało już bardzo niewielu ludzi. Osobną kwestią jest to, że w przeciwieństwie do tego, co działo się wcześniej – tym razem protestowali również mieszkańcy innych miast. Reżim Łukaszenki nie spodziewał się takiego scenariusza i ściągnął do Mińska kupę OMONowców, celem „rozprawienia się” z opozycją, skutkiem czego OMONu „brakło” w innych miastach. Tym razem było inaczej (co zaskoczyło również całą kupę obserwatorów). Otóż przemoc wywołała gigantyczny opór społeczny. Tak swoją drogą, to obserwatorzy pomylili się również w swojej ocenie tego, „co będzie dalej”. Zapanował bowiem konsensus odnośnie tego, że protesty się „wypalą” samoczynnie, zaś po wyjeździe Cichanouskiej do Litwy podkreślali, że teraz to już prawie na pewno będzie po protestach, bo nikt nie będzie tego wszystkiego nadzorował. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że część zidiociałego komentariatu (inaczej się tego, kurwa, nazwać nie da) zaczęła krytykować kandydatkę opozycji za to, że wyjechała z kraju. Moim zdaniem, jest to poziom dzbanizmu, który powinien kończyć się „no platform”, ale to tylko dygresja. Potem obserwatorzy znowu zostali zaskoczeni, bo protesty wcale nie wygasały. Mało tego, zaczęli się do nich przyłączać robotnicy. Równie zaskoczony takim scenariuszem był reżim, który nie wiedział, co robić. Jednym z katalizatorów wkurwu Białorusinów prawie na pewno było wrzucenie do telewizji publicznej filmików z pobitą młodzieżą, która obiecywała, że już więcej nie będzie próbowała rewolucji robić. Nie wiem kogo i do czego usiłował przekonać reżim, ale (abstrahując od skrajnego zdziczenia osób, które to zrobiły) to było po prostu tak, kurwa, absurdalnie głupie, że ciężko to ogarnąć. Coraz bardziej pogubiony reżim chciał udowodnić, że lud jednak kocha Łukaszenkę i w Mińsku zorganizowano spęd prołukaszenkowski, na który dowożono ludzi z innych miast. Już samo to świadczy o skali upadku, bo do miasta, w którym mieszka prawie dwa miliony Białorusinów trzeba było „dowozić” „sympatyków”. Spęd był mizerny, a dodatkowo wkurwieni Białorusini zorganizowali „marsz wolności”, na którym było (eufemizując) od cholery więcej ludzi. Gospodarska wizyta w fabryce ciągników kołowych też nie wyszła, bo Łukaszenka został wygwizdany i zagłuszały go okrzyki „uchadzi”. Ponieważ nie jestem przedstawicielem komentariatu i staram się nie zachowywać jak polski publicysta, nie będę pisał o tym, co „moim zdaniem” się tam będzie działo, bo nie mam zielonego pojęcia. Faktem jest, że prędzej czy później, ktoś będzie musiał ustąpić. Wkurwienie Białorusinów jest tak wielkie, że naprawdę ciężko sobie wyobrazić to, że nagle odpuszczą, rozejdą się do domów, a Łukaszenka sobie będzie rządził w najlepsze (a potem przepisze swojemu synowi Białoruś w spadku). W teorii Łukaszenka może próbować rozwiązań siłowych, ale w praktyce skala protestów i wkurwienia jest zbyt duża. Z tego, rzecz jasna nie wynika, że Łukaszenka na pewno nie będzie próbował „starych sprawdzonych metod”, ale będą one raczej przeciwskuteczne, bo ujmując rzecz kolokwialnie: nie da się zastraszyć praktycznie całego społeczeństwa. Nie, proszę mi tu nie wyjeżdżać z przykładami zastraszonych społeczeństw w reżimach totalitarnych, bo w praktycznie każdym z nich to był raczej długotrwały proces i nie działo się to z dnia na dzień. Poza tym, Łukaszenka już tę metodę stosował i właśnie przestała działać. Nie mam pojęcia „co będzie dalej”, ale mam nadzieję, że wszystko się skończy lepiej niżby to wynikało z faktu, że mamy rok 2020.
 

W powyższym kontekście należy osadzić polską politykę zagraniczną. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy okazało się, że władze, które bezlitośnie hejtowały kraje Zachodu za jakieś wyimaginowane winy, w pierwszych dniach po „wyborach Łukaszenki” nie były w stanie wykrzesać z siebie jednoznacznego potępienia dla działań reżimu. Polskie władze (i rządowi mediaworkerzy) wyprodukowali całe mnóstwo wypowiedzi, których każdy przyzwoity człowiek by się po prostu, kurwa, wstydził. Zacznijmy od oberprokuratora, który powiedział: „W tej sprawie musimy działać w sposób przemyślany i nie postępować pochopnie. Naturalnym odruchem jest sympatia do protestujących wobec zdarzeń, które mają tam miejsce. Wiemy, co to jest reżim Łukaszenki, ale jako przedstawiciele władzy musimy widzieć całą większą złożoność (…) W tej złożonej i skomplikowanej konstelacji międzynarodowej, jaka występuje wokół Białorusi, z punktu widzenia Polski najgroźniejszym graczem jest Władimir Putin. Musimy zapytać, czego chce, jakie są działania Rosji i do czego mogą one doprowadzić. Bez odpowiedzi na te pytania nie można w mojej ocenie podejmować działań, które nie uwzględniałyby tych okoliczności. Zastrzegam jednak, że to mój prywatny pogląd”.  Bo widzicie, Zachód można jebać za to i za tamto, ale Łukaszenki nie można tak bezrefleksyjnie, bo tu trzeba złożoność większą widzieć. Nie da się nawet, kurwa, wprost powiedzieć, że to, co robi Łukaszenka, jest po prostu jednoznacznie złe. Zamiast tego mamy lakoniczne „wiemy co to jest reżim Łukaszenki”. Pięć lat pierdolenia o wstawaniu z kolan, a w momencie, w którym trzeba było okazać RiGCz okazuje się, że się go nie ma, bo „trzeba zapytać Putina”. Tak, wiem, zagrożenie ze strony Rosji nie jest wyimaginowane, ale do tej pory Zjednoczona Prawica miała na to wyjebane, konfliktując nas z państwami, które mogłyby stanowić przeciwwagę dla tegoż zagrożenia. Być może, gdyby nie wcześniejsze „rozpychanie się łokciami” i „rośnięcie w siłę”, to teraz można by było się zachować tak, jak Litwa? Z jakichś bowiem przyczyn Ciachnouska wyjechała tam, gdzie wyjechała, a nie do „mocarstwa” za jakie, w myśl narracji Zjednoczonej Prawicy, uchodzi Polska.  Rządowi mediaworkerzy poszli o krok dalej. Na moim ulubionym (nadal, konto warszawskiej policji musi się bardziej postarać) portalu „wPolityce”, pojawił się artykuł, w którym Karnowski stawiał Bardzo Istotne Pytanie: „Musimy wspierać, ale i pytać. Jaka będzie Białoruś pod rządami opozycji? Jaki będzie jej stosunek do obecnej Polski?”.  Nie mam, kurwa, pojęcia jaka to będzie Białoruś (o ile opozycji uda się pozbyć Łukaszenki [czego życzę wszystkim Białorusinom]), ale wydaje mi się, że ten stosunek może mieć dużo wspólnego z tym, w jaki sposób teraz zachowują się polskie władze i jakie komentarze pojawiają się w rządowych mediach. W telegraficznym skrócie polską reakcję można podsumować tak „ej, Unjo, zrup coś, no!”. Ja wiem, że już macie trochę dosyć, ale to był wstęp do spektakularnego upadku, który stał się udziałem Prezydenta RP (który to upadek absolutnie w niczym mu nie zaszkodzi). Ponieważ ciekawiło mnie to, „co zrobi Prezydent RP”, obserwowałem jego konto ćwiterowe. Ze względu na to, że Prezydent RP poświęcił Białorusi cztery ćwity, z których każdy jest po prostu szczerym złotem, zacytuję je wszystkie. 10 sierpnia Prezydent RP napisał był: „Przed chwilą odbyłem rozmowę z Ambasadorem RP na Białorusi Panem Arturem Michalskim. Odebrałem raport na temat dotychczasowych wydarzeń i aktualnej sytuacji. Monitorujemy sprawy na bieżąco i będziemy reagowali adekwatnie do zdarzeń i okoliczności.”  14 sierpnia zaćwitował po raz kolejny: „Właśnie odbyłem długą rozmowę z Panem Kacprem Sienickim, który wrócił dziś z więzienia na Białorusi. Bardzo cenna i aktualna relacja o sytuacji na ulicach Mińska i nastrojach w białoruskim społeczeństwie. Sporo przeszedł. Dzielny i rzeczowy Gość.” 17 sierpnia przejął się sytuacją tak bardzo, że popełnił dwućwit: „1/2 Właśnie odbyłem telekonferencję z Prezydentami Litwy, Łotwy i Estonii. Jej celem była wymiana opinii na temat rozwoju wydarzeń na Białorusi, szczególnie w kontekście regionalnego bezpieczeństwa. Nasze cztery państwa podtrzymują stanowisko wyrażone w apelu do władz Białorusi. 2/2 Podtrzymujemy także gotowość do wsparcia procesu politycznego, który realizować będzie wolną wolę narodu białoruskiego. Umówiliśmy się na kontynuację ścisłej współpracy prezydentów Polski, Litwy, Łotwy i Estonii w tych kwestiach i wspólne monitorowanie sytuacji.”. Gdyby ktoś zadał mi pytanie: co robi Prezydent RP w sprawie tego, co dzieje się na Białorusi, to takiej osobie odpowiedziałbym „rozmawia z mądrzejszymi od siebie (choć przyznaję, to jest bardzo nisko zawieszona poprzeczka) i chwali się tym na ćwitrze”. Czy robi coś więcej? Myślę, że wątpię. Trochę kiepsko, jak na Prezydenta, który tyle opowiadał o tym, jak dużo „może” Polska pod rządami Zjednoczonej Prawicy.


Na koniec niniejszego Przeglądu zostawiłem sobie temat polskiej policji, która ostatnimi czasy robi wiele, żeby za jakiś czas potrzebować rebrandingu, który służby przechodziły już dawno temu, kiedy milicja przeistoczyła się w policję. Do pewnego momentu łudziłem się tym, że to nie jest tak, że działania bagieciarni odzwierciedlają poglądy części tej służby i że po prostu jest tak, że muszą robić to, co każą im przełożeni (a nad tymi stoją jastrzębie z PiSu). Kiedy pojawiały się fotki bagiet z jakimiś mieczykami, które symboliką nawiązywały do przedwojennych organizacji faszystowskich, wychodziłem z założenia, że to są, kurwa, jakieś robaczywe jabłka, z którymi nikt teraz nic nie zrobi, bo „jastrzębie”. Tylko, że w pewnym momencie tego się zrobiło za dużo, a państwo najpierw olało obowiązek ochrony części obywateli, a potem zaczęło tych obywateli gnoić. O ile bowiem w Lublinie policja zadbała o to, żeby agresywne sebixy nie zagrażały uczestnikom Marszu Równości, to w Białymstoku nie udało się tego bezpieczeństwa zapewnić. W tym miejscu pora na dygresję, albowiem chuj mnie strzela, jak czytam/słucham wypowiedzi o tym, że mniejszości seksualne są agresywne i że wojna cywilizacyjna i prześladowania chrześcijan. Ta dygresja będzie w formie pytania: czy kiedykolwiek w Polsce zdarzyła się sytuacja, w której procesja musiała być ochraniana przez prewencję, bo w przeciwnym razie nie dałaby rady przejść przez miasto, a jej uczestnicy dostaliby srogi wpierdol? Wydaje mi się, że znam odpowiedź na to pytanie. Zjednoczona Prawica nie kryła swojej niechęci do mniejszości seksualnych, ale przez jakiś czas powstrzymywała się od instytucjonalnego szczucia. Zmieniło się to dlatego, że jakiś spindoktor, który odnalazłby się w jednym takim kraju w latach 30-stych XX wieku uznał, że szczucie na mniejszości seksualne może pomóc w wygraniu wyborów. Inny kretyn (pseudonim roboczy „Heinrich”) wpadł na równie genialny pomysł. Zamiast ogarnąć kwestię instytucjonalnego ukrywania pedofilów przez Kościół, trzeba połączyć pedofilię z mniejszościami seksualnymi, bo wtedy, po pierwsze, Kościół będzie zadowolony, a po drugie, będzie łatwiej szczuć na te mniejszości. Efektem tych kretyńskich pomysłów była całkowita bierność bagiet w stosunku do pewnych ciężarówek (które nazywane są różnie, a to „szurgonetka”, a to „fuhrerobusy”). Ciekawe, czy bagieciarze broniący tych jebanych szurgonetek zdają sobie sprawę z tego, że tym lobby, które chce uczyć dzieci jest (uwaga będzie capslock) ŚWIATOWA ORGANIZACJA ZDROWIA? Ciekawe, czy bagiety zdają sobie sprawę z tego, że autorzy akcji hejtują WHO za to, że organizacja ta miała czelność stworzyć wytyczne, które znacznie utrudniłyby pedofilom „polowanie” na dzieci. Czy bagiety zdają sobie sprawę z tego, że w wytycznych, które tak bardzo rozsierdziły skrajną prawicę są np. takie, w których stoi, że dziecku należy od małego wpajać postawę „moje ciało należy do mnie” i uczyć tego, że, niestety, są ludzie, którzy mogą robić krzywdę innym i tłumaczyć, że jeżeli stało się coś „złego”, albo coś, czego dziecko nie rozumie, ale czuje się z tym źle to, powinno porozmawiać o tym z kimś, komu ufa. Ponieważ polska debata publiczna już dawno została zdominowana przez ciężkie oszołomstwo, skrajnej prawicy udało się narzucić części społeczeństwa narrację, w myśl której ŚWIATOWA ORGANIZACJA ZDROWIA to jakieś „lobby pedofilskie”, które chce „uczyć 4-letnie dzieci masturbacji”. Ja tam, co prawda, jestem zwykłym blogerem z Podkarpacia, a my na Podkarpaciu nie rozumiemy zbyt wiele, ale wydaje mi się, że każdy mundurowy, który chce „bronić” szurgonetki powinien się, kurwa, zastanowić nad tym, po czyjej stronie tak naprawdę stoi i czy aby na pewno jest to strona, która „walczy z pedofilią”. Bo wiecie, z tego, że ktoś sam o sobie mówi, że „chroni dzieci” wcale, kurwa, nie wynika, że je faktycznie chroni. Cebulą na torcie jest to, że choć szurgonetki hejtują (między innymi) wytyczne edukacji seksualnej WHO, to ich właściciele zabezpieczyli się przez potencjalnym pozwem, na który by się nadziali, gdyby napisali wprost, o co im chodzi i zamiast WHO jest „lobby LGBT” (czyli zlepek, który jest kolejną „ideologią gender” albo innym „marksizmem kulturowym”). O rzygach, które odnoszą się do samych mniejszości seksualnych wspominać nie będę (nie, homoseksualiści nie są pedofilami, tak samo, jak nie są nimi heteroseksualiści). Idźmy dalej. W Warszawie odbył się (nielegalny) spęd nacjoSebixów, z których część nie kryła się ze swoimi neonazistowskimi poglądami (bo znowu przyszli obwieszeni taką, a nie inną symboliką). Czy policja reagowała na to równie szybko, jak na tęcze na pomniku? No, kurwa, nie. Kiedy ktoś zwrócił uwagę policji na to, że się opierdala i podrzucił zdjęcia ziomberiady, która miała ze sobą flagi przedwojennych polskich organizacji faszystowskich, bagieciarnia dopowiedziała: „Które konkretnie z tych znaków, które wskazuje Pani, są w Polsce prawnie zakazane? Proszę wskazać - można również złożyć od razu zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, jeżeli nadal Pani uważa, że są one prawnie zakazane. Gdyby tak było zapewniamy, że włączymy się.”. Nieśmiało przypominam, że ta sama policja, która tłumaczyła, że, hehehe, nic nie możemy, bo te symbole nie są w Polsce zakazane, hehehe, wcześniej klarowała, że powieszenie tęczowej flagi na pomniku to jego ZNIEWAŻENIE. Tak, wiem, ktoś powinien zatrzymać tę karuzelę śmiechu, bo zaraz się wszyscy porzygamy, ale niestety, trzeba będzie jeszcze chwile wytrzymać. Otóż, dzień po tym, gdy okazało się, że „policja nic nie może obywatelko, bo takie, a nie inne przepisy”, na koncie warszawskiej bagieciarni pojawi się wpis tak głupi, że część ludzi musiała go zobaczyć na własne oczy, albowiem uznali to a fejk: „Około godziny 14:30 na Krakowskim Przedmieściu, grupa osób zanieczyściła jezdnię na odcinku 60 metrów, rozsypując n/n proszek. Na miejsce skierowano policjantów wrd, którzy stwierdzili, że substancja stanowi zagrożenie dla ruchu pojazdów. O zagrożeniu poinformowano władze miasta”. Ale spoko, nadal przekonujcie mnie do tego, że działania policji nie mają absokurwalutnie nic wspólnego z poglądami części bagieciarni. Ignorowanie faszystowskiej i neonazistowskiej symboliki i nadgorliwość w zwalczaniu tęczy na pewno świadczy o tym, że policja to bezstronni fachowcy, którzy nie kierują się w pracy swoimi poglądami. W teorii, to co napisałem można by było uznać, za niesprawiedliwą generalizację, bo przecież „nie wszyscy policjanci” są tacy. W praktyce, generalizacja ta mogłaby zostać uznana za „niesprawiedliwą”, gdyby ci „nie wszyscy” w jakiś sposób zareagowali na to co się dzieje z ich „firmą”. Ponieważ zaś reakcji brak...


Eh, nie udało mi się do tego Przeglądu wepchnąć kawałka o polskiej fantastyce, tak więc ów kawałek (oburzenie prawicowych „fantastów”) wrzucę do notki o fantastyce (będę miał dodatkowy argument za tym, żeby się wreszcie wziąć za nią).  


Źródła:

https://oko.press/nocny-projekt-ogromnych-podwyzek-dla-poslow-ministrow-prezydenta/

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26218166,nie-bedzie-podwyzek-dla-politykow-terlecki-opozycja-oszukala.html

https://gospodarka.dziennik.pl/finanse/artykuly/7802582,podwyzki-opozycja-pis-terlecki-kulisy.html

https://wyborcza.pl/7,82983,26221197,terlecki-oskarza-opozycje-zdradzamy-kto-do-kogo-pierwszy-przyszedl.html

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-08-16/protesty-na-bialorusi-podwyzki-dla-politykow-sniadanie-w-polsat-news-ogladaj-od-g-10/

https://www.tvp.info/49425060/nowacka-firmy-moga-kupic-dowolnego-posla-czy-radnego-za-2-tys-zl

https://fakty.tvn24.pl/ogladaj-online,60/podwyzki-dla-politykow-w-jednej-sprawie-ten-po-pis-jest-jednomyslny,1026719.html

https://twitter.com/powderblush/status/1295279136043339776

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-08-04/polskie-samorzady-bez-unijnych-pieniedzy-za-strefy-wolne-od-lgbt-sprawdzilismy/

https://oko.press/ziobro-dal-gminie-wolnej-od-lgbt-250-tys-z-funduszu-sprawiedliwosci/

https://oko.press/co-zrobil-przestepca-ulaskawiony-przez-dude-ujawniany-wyrok-sadu-pieklo-przemocy-seksualnej/

https://polskatimes.pl/kaja-godek-chce-zakazac-manifestacji-lgbt-jest-gotowy-projekt-ustawy-trwa-zbiorka-podpisow/ar/c1-15134936

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1293128706903420928

https://twitter.com/WaszczykowskiW/status/1282754021875490819

https://twitter.com/WaszczykowskiW/status/1283522083809624064

Uwaga natury ogólnej, w przypadku Białorusi ograniczyłem liczbę linków do niezbędnego minimum, bo oblinkowanie wszystkiego co się tam działo wymagałoby minimum kilkudziesięciu sznurków.

https://oko.press/bialoruski-sierpien-najwiekszy-wiec-opozycyjny-w-historii/

https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103086,26196311,bialorus-exit-poll-lukaszenka-zdobywa-prawie-80-proc-w-wyborach.html

https://www.tvp.info/49361873/cichanouska-wyjechala-z-bialorusi-jest-bezpieczna

https://www.donald.pl/artykuly/P8WL7Zjq/bialorus-telewizja-panstwowa-pokazuje-pobita-mlodziez-ktorej-odechcialo-sie-rewolucji

https://wyborcza.pl/7,75399,26214357,lukaszenka-zwozi-ludzi-do-minska-na-wiec-poparcia-ale-pierwszy.html

https://info.wprost.pl/wydarzenia-dnia/10353825/krzyczeli-odejdz-lukaszenka-dziekuje-dopoki-mnie-nie-zabijecie-innych-wyborow-nie-bedzie.html


https://twitter.com/PiknikNSG/status/1292761185981534208

https://telewizjarepublika.pl/z-ziobro-z-punktu-widzenia-polski-najgrozniejszym-graczem-jest-wladimir-putin,99645.html

https://www.polskieradio24.pl/130/5553/Artykul/2562704,Musimy-widziec-tu-kontekst-rosyjski-Ziobro-o-wyborach-prezydenckich-na-Bialorusi

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1293146718884765698

https://twitter.com/AndrzejDuda/status/1292804941921296389

https://twitter.com/AndrzejDuda/status/1294344361279455232

https://twitter.com/AndrzejDuda/status/1295303576600956928

https://twitter.com/AndrzejDuda/status/1295304124410531840

https://www.wprost.pl/kraj/10353180/aktywisci-lgbt-zatrzymali-homofobusa-interweniowala-policja-mogla-stac-sie-tragedia.html

https://twitter.com/surpanna/status/1294331433776041984

https://twitter.com/Policja_KSP/status/1295010683160010753

https://twitter.com/PolskaPolicja/status/1294716178041049088


Siła bezsilnych
08.08.2020

Niniejszą notkę zaczniemy od kilku eksperymentów myślowych.


Wyobraźmy sobie co by było, gdyby w Polskę ruszyły furgonetki ze screenami z jakiegoś kiepskiego porno, na którym jakiś typ przebrany za policjanta macha fiutem w miejscu publicznym (zasada 34 jest bezlitosna, na pewno dałoby się znaleźć coś takiego). Wyobraźmy sobie, że na furgonetce ktoś umieścił dane z IDzD, z których wynika, że policjanci nie robią nic innego poza gwałceniem dzieci. Wyobraźmy sobie, że ktoś tam dodał napis „tacy chcą pilnować bezpieczeństwa Twoich dzieci”. Jak szybko bagieciarnia zawinęłaby taką furgonetkę i jak szybko jej kierowca wylądowałby na dołku?


Wyobraźmy sobie inną furgonetkę. Na tej, dla odmiany, ktoś napisał, że Prawo i Sprawiedliwość to pedofile (tu nawet byłaby podkładka, bo jeden z radnych tej formacji wysyłał swoje nagie fotki uczniom szkoły). Do tego ktoś dodałby jakieś dane liczbowe (również z tego samego instytut) i dodał napis „tacy chcą bronić Twoich dzieci”. I znowuż, zastanówmy się nad tym, jak szybko Zbyszek doprowadziłby do tego, że na dołku wylądowaliby wszyscy, którzy mieli jakikolwiek związek z tą furgonetką (łącznie z agentem ubezpieczeniowym, u którego wykupiono polisę OC i diagnostą, który dał dopuszczenie do ruchu).


Wyobraźmy sobie jeszcze inną furgonetkę. Na tej, dla odmiany, ktoś umieściłby jedynie fakty dotyczące ukrywania pedofilii przez Kościół (+ parę nagłówków odnoszących się do kościelnej pedofilii + może parę cytatów z obrońców pedofilów [np. o „dawaniu ciumka”]) i może jakiś screen z zawartości dysku twardego Księdza G. (Dominikańskie media się nie pierdoliły w tańcu i w materiale o księdzu G. pojawiły się fragmenty [rzecz jasna ocenzurowane] filmików z jego dysku). Tutaj ktoś mógłby po prostu napisać, że „tacy chcą uczyć Twoje dzieci”. Furgonetki, rzecz jasna, powinny być ustawione pod kościołami. Tutaj pytanie, które należałoby sobie postawić brzmi następująco: kto byłby szybszy? Chłopaki od Zbyszka, czy owieczki, które spaliłyby furgonetkę i spuściły wpierdol kierowcy?


Wyobraźmy sobie, że po miastach innych państw w UE zaczynają jeździć furgonetki, na których ktoś wrzucił dane dotyczące tego, ilu przestępstw dokonali w danym kraju Polacy. Dodatkowo na furgonetkach znalazłyby się opisy tych najbardziej drastycznych. Prócz tego, na furgonetce znalazłby się napis „tacy chcą przyjeżdżać do naszego kraju”. Jak szybko zostałyby uruchomione polskie służby dyplomatyczne (i jak szybko wezwanoby ambasadora danego kraju na dywanik do MSZ)?


Albo wiecie co? Zapomnijcie o danych z IDzD. Wyobraźmy sobie, że na tych furgonetkach opisano jedynie prawdziwe sytuacje. Znalezienie ich nie byłoby trudne, bo, jak już wspomniałem, radny z PiS wysyłał swoje nagie fotki dzieciom, zaś (o tym nie wspomniałem) bez problemu można znaleźć wiadomości o pedofilach w mundurach policyjnych. Czy takie furgonetki mogłyby sobie jeździć po Polsce albo np. stać sobie pod kościołami, biurami PiSu, czy komendami policji? No, kurwa, nie. Bagieciarnia momentalnie by zareagowała, a chłopcy i dziewczęta od Zbyszka znaleźliby jakieś paragrafy, którymi dałoby się rzucić w autorów akcji.


Czemu miały służyć te eksperymenty myślowe? Ano temu, żebyście mogli w pełni docenić to, jak bardzo państwo nic nie robi z tym, że po Polsce jeżdżą furgonetki oklejone tekstami, których nie powstydziliby się twórcy der Sturmera. Acz to, że państwo „nic nie robi” to takie niedopowiedzenie, bo te furgonetki mają czasami policyjną obstawę. Rozumiecie?  Furgonetki, na których znajdują się kłamliwe wypowiedzi, mające na celu szczucie ludzi na mniejszości seksualne (tak więc łamiące prawo), dostają obstawę policyjną. Jeśli to nie jest jawne demonstrowanie pogardy państwa dla mniejszości seksualnych, to nie bardzo wiem, jak to, kurwa, nazwać.


Jednym z największych absurdów jest to, że polskie władze (z Prezydentem RP) na czele, budują narracje, w myśl których za mniejszościami seksualnymi stoi jakieś wszechpotężne lobby i chuj wie jakie pieniądze. Przedstawiciele partii rządzącej (również ci zatrudnieni w mediach rządowych) opowiadają brednie, z których wynika, że elbagiety to tacy w sumie bolszewicy i naziści (tak, ci pierdoleni kretyni porównują prześladowane przez III Rzeszę mniejszości seksualne do nazistów. Być może można być większym kretynem, ale potrzebowałbym mocnych dowodów, żeby w to uwierzyć). Innym absurdem jest to, że skrajna prawica, z Kościołem na czele, wszystkich, których nie lubi, określa mianem marksistów. No bo wiecie, feministki walczą z mężczyznami (tylko, że nie walczą), elbagiety walczą z heterykami (tylko, że nie walczą), a skoro marksiści walczyli z klasami posiadającymi, to w sumie jest to samo. Tym idiotom zupełnie umyka fakt, że w myśl swoich własnych gówno-definicji, sami są marksistami, bo walczą ze wszystkimi dookoła. Z liberałami, z lewicą, z mniejszościami seksualnymi, z uchodźcami, z ateistami, z Zachodem, z feministkami i tak dalej i tak dalej. Dyskutowałem kiedyś z jednym panem, który sugerował, że co prawda marksizm kulturowy nie ma definicji, ale można przyjąć, że jest nim np.  bezrefleksyjne przyjmowanie jakichś wzorców z Zachodu. Kiedy zapytałem, czy w takim razie marksizmem kulturowym jest mówienie o marksizmie kulturowym (bo to, ekhm, „pojęcie” przyszło do nas z Zachodu i nic nie znaczy), okazało się, że „te sytuacje są nieporównywalne”.


No dobrze, ale po co polskie władze robią to, co robią? Po co szczują ludzi na mniejszości seksualne (i np. robią jakieś gównoakcje wydając na to pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości)? Po to, żeby wreszcie udowodnić, że mniejszości seksualne są złe. Prawica stosuje dość standardowe metody (acz przez to, że rządzą krajem i mają pod sobą policję i wszelkiej maści służby można powiedzieć, że te działania są „na sterydach”). Otóż w czasach, w których PiS już i jeszcze nie rządził obserwowałem te działania i wyglądało to tak, że produkowano narracje na temat jakiegoś środowiska tak długo, aż wreszcie dane środowisko się wkurwiło i zareagowało. Rzecz jasna, żelazny elektorat otrzymywał informacje tylko i wyłącznie o reakcji i nie był informowany o tym, co działo się wcześniej. I nie, nie mam tu na myśli „prowokacji” w ujęciu prawicowym, czyli tego, że na ten przykład, jakiemuś łysemu karkowi wydawało się, że ktoś na niego krzywo spojrzał i (w ramach samoobrony przed krzywym spojrzeniem) spuścił wpierdol temu, kto krzywo patrzył. Tylko, np. działania organizacji zygotariańskich, które non stop wyzywają swoich oponentów od morderców i za każdym razem, gdy ktoś im odwarknie, zgrywają ofiary. Prawica opanowała te metody do perfekcji i z powodzeniem stosuje je od momentu, w którym przejęła w Polsce władze. Szczujemy na jakieś środowisko tak długo, aż ktoś się wkurwi, a potem nagłaśniamy jakąś wypowiedź, którą udało się nam wywołać. Stosowano w przypadku konfliktu na linii władza – dowolna grupa, która podpadła. Czy to lekarze, czy to nauczyciele, czy to ktoś z opozycji. Różnica między tymi środowiskami, a mniejszościami seksualnymi polega na tym, że te środowiska mogłyby uniknąć gnojenia przez władze. W jaki sposób? Ano w taki, że np. nie będą protestować, domagać się podwyżek albo na ten przykład, tłumaczyć, że państwo polskie przeznacza zbyt mało pieniędzy na opiekę zdrowotną (takie sugestie są przecież jawnym skandalem, bo pod wodzą Zjednoczonej Prawicy nie brakuje na nic pieniędzy) i tak dalej. Generalnie rzecz ujmując, to szczucie ma doprowadzić do takiej sytuacji, w której wszyscy będą grzeczni i nie będą podskakiwać.


Mniejszości seksualne nie mają takiej możliwości. Niezależnie od tego, co zrobią i jak bardzo „nie będą się obnosić”, polskie władze i tak będą je prześladować. Nie będzie Marszów Równości? Nic takiego, będzie można wrzucać zdjęcia z jakichś eventów BDSM z Zachodu i tłumaczyć suwerenowi, że ONI CHCĄ ŻEBY W POLSCE BYŁO TAK SAMO. Organizacje LGBT będą siedzieć cicho i nie będą interweniować na skandaliczne wypowiedzi, których nie powstydziliby się twórcy Der Sturmera? To nawet lepiej, bo wtedy będzie można straszyć suwerena „ukrytym” wrogiem. Mniejszości seksualne będą się ukrywać (i np. partnerzy nie będą chodzić „za rękę” [ja wiem, że to i tak rzadkość ze względu na „klimat”, który u nas panuje) i nie będą się przyznawać do orientacji? Jeszcze lepiej. Po pierwsze dlatego, że łatwiej jest straszyć tym, czego ktoś nie zna, po drugie, będzie można tłumaczyć, że skoro się ukrywają, to pewnie „rozumieją, że coś jest z nimi nie tak”, a po trzecie, Patryki Jakie i Sebastiany Kalety będą mogły przypiąć sobie odznaki „obrońcy polskich rodzin przed elbagietami” i tłumaczyć, że udało im się powstrzymać drang nach osten w wykonaniu wrażych sił pod dowództwem generała LBGT. Zjednoczona Prawica nie odpuści mniejszościom seksualnym, bo to dla nich idealny wróg. Można na niego bezkarnie szczuć (ok, UE się trochę ruszyło, ale póki co, to zbyt mało, żeby nasze władze się cofnęły), bo nie stanowi żadnego zagrożenia. Dodatkowo, jak się tego elbagieta wkurwi i np. ktoś powiesi flagę na pomniku (czym, rzecz jasna, zrani uczucia religijne pomnika), to będzie dowód na to, że te środowiska są agresywne i w ogóle nikogo nie szanują. O tym, że wcześniej się te środowiska porównywało do zarazy, bolszewizmu, nazizmu, pedofilów (i chuj wie do czego jeszcze), polskie władze nie będą wspominać.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


To, co odjebało się w Warszawie pokazuje, w którą stronę zmierza nasze państwo. Pomijając już idiotyczną decyzję sądu o 2-miesięcznym areszcie dla kogoś, kto do wszystkiego się przyznał (oberprokurator twierdził, że istniało ryzyko mataczenia [oczywiście, że nie istniało, ale idealnie wpisuje się to w narracje o wszechmocnych elbagietach]) i nie zamierzał uciekać, to policja celowo doprowadziła do eskalacji. Można było to załatwić inaczej, ale nie, trzeba było odjebać szopkę, bo liczono na to, że ktoś będzie chciał jej bronić (ze względu na idiotyczną i krzywdzącą decyzję sądu). Zanim ktoś powie „no ale ona tę furgonetkę i kierowcę” - proszę wrócić do eksperymentu myślowego z początku tekstu. Te furgonetki nie powinny mieć prawa do wyjechania na ulicę, a gdyby ktoś je zaparkował gdzieś pod osłoną nocy, to powinny zostać odholowane na parking policyjny, zaś autorzy akcji powinni zostać zmuszeni (wyrokiem sądowym) do sprostowania bzdur, które opowiadają (tak, żeby sprostowanie miało porównywalnie szeroki zasięg). Of korz, wtedy odezwałyby się głosy fundamentalistów, że są prześladowani, ale prawda jest taka, że w Polsce od dłuższego czasu „wolność religijna” i „sumienie” to pojęcia-wytrychy, które oznaczają prawo do gnojenia mniejszości seksualnych (albo też dowolnego „innego”) i nieponoszenia z tego tytułu żadnej odpowiedzialności. Cieszy mnie to (o ile cokolwiek, kurwa, może mnie cieszyć), że lewica ma swoją reprezentacje w Sejmie i że ta reprezentacja pokazała wczoraj zajebisty RiGCz. Prawda jest bowiem taka, że gdyby za tymi ludkami nie wstawił się nikt z immunitetem (i np. gdyby posłanki nie blokowały dojazdu bagieciarni), to zebrani tamże dostaliby srogi wpierdol. Dobrze, że ogarnął się też ktoś z KO, ale jak na największą partię opozycyjna, to była to reprezentacja dość, kurwa, mizerna (no ale, pewnie nie było jeszcze fokusów i nie wiadomo, jak reagować, co nie?).


Pozwolę sobie w tym miejscu wyrwać pewną wypowiedź z kontekstu (którym była kolejna próba uPRL-owienia sądów). W grudniu 2018 Prezes Polski powiedział, że: „Państwo nie jest dzisiaj silne wobec słabych, a słabe wobec silnych. I tak pozostanie, jeśli my będziemy u władzy”. To, co stało się w Warszawie (i wcześniejsze ściganie ludzi za powieszenie flagi na pomniku) wprost idealnie wpasowuje się w tę wypowiedź. Kibole zablokowali autostradę i lali się tam po ryjach? Policja, na wszelki wypadek pojawiła się tam, jak już było po wszystkim, a teraz opowiada o tym, że no szukają winnych, ale to może być długotrwałe śledztwo. NacjoSebixy odpalają pierdyliony rac na swoim spędzie? Policja nie reaguje. Ktoś wiesza podobizny polityków opozycji na szubienicy? No przeca to happening. Nazistowska retoryka i symbolika na spędzie nacjosebixów? Okazało się, że niosący banner powiedzieli, że to nie ich i prokuratura odpuściła. Wiecie, ja się na Podkarpaciu wychowałem (niegdyś „tarnobrzeskie”) i napatrzyłem się na to, jak bardzo policja daje dupy w sytuacji, w której istnieje ryzyko dostania po mordzie od jakiegoś karka. Nigdy nie zapomnę radiowozu, który jechał sobie spokojnie, aż tu nagle zawrócił i zaczął spierdalać, bo bagieciarnia zobaczyła kilkunastu karków, którzy (z nagimi torsami) szli sobie po chodniku i ulicy. Ta sama policja odważnie spisywała ludzi, którzy mieli czelność siedzieć sobie na przystanku w nocy i nie wydzierać mordy, ani nie spożywać napojów alkoholowych. Człowiek się na takie rzeczy napatrzył wcześniej i naiwnie myślał, że to jakoś tak, kurwa, w niebyt odejdzie wraz z pokoleniem bagiet, które mentalnie nie wyszły z czasów, w których policja (wtedy jeszcze milicja) miała nieco inne obowiązki, niż w czasach słusznie minionych. Minęło trochę czasu i bagieciarnia zaczęła sprawiać wrażenie bardziej ogarniętej. A potem np. trafiało się na siłowni na jakichś nakoksowanych jegomościów (ważących tak pi razy oko po 120 kg), którzy głośno rozprawiali o tym, że w sumie to oni mali są i że trzeba znowu przyjebać bombę, a gdzieś w trakcie rozmowy okazywało się, że panowie są z policji. No, ale człowiek patrzył na tych koksów i se myślał, że, chuj, trudno. Kibolstwo wpierdala sterydy wiadrami, policmajstry też muszą. Tylko, że od jakiegoś czasu obserwuje się nadpobudliwość policji w sytuacjach, w których można by było sobie poradzić bez użycia siły. To zupełnie tak, jakby ktoś szczuł tych nakoksowanych kretynów na ludzi w ramach pokazu siły: bądź grzeczny, bo dostaniesz wpierdol, a potem jeszcze poprawimy Ci zarzutami i po chuj Ci to?


Ja wiem, że to jest anecdata, ale pojawia się sporo opinii, w których stoi, że po tym, co teraz odpierdala policja (pilnowanie pomników, ściganie ludzi za powieszoną flagę i brandzlowanie się tym w mediach społecznościowych) odbudowanie wizerunku tejże służby potrwa bardzo długo. I tak sobie myślę, że ludzie wygłaszający te opinie co prawda mają sporo racji, ale nie biorą pod rozwagę tego, że być może policji wizerunek „zbrojnego ramienia partii” nie przeszkadza? Jeżeli ktoś chce mi tutaj powiedzieć, że nie wszyscy policjanci są źli, to ja takiej osobie odpowiem, że teraz jest, kurwa, dobry moment na to, żeby ci „nie-źli” zareagowali na to, co się dzieje. Jeżeli bowiem nie reagują, to znaczy, że sytuacja im albo nie przeszkadza, albo wręcz odpowiada. Jeżeli zaś ktoś się boi zareagować, to chyba nie bardzo nadaje się do pełnienia funkcji kogoś, kto ma stać na straży prawa.


https://tvn24.pl/tvnwarszawa/mokotow/warszawa-furgonetka-anty-lgbt-w-towarzystwie-policyjnych-wozow-4656088

https://tychy.naszemiasto.pl/policjant-z-jaworzna-zostal-oskarzony-o-seks-z-6-latka/ar/c1-5079781

https://radioszczecin.pl/6,381428,kaczynski-dzis-panstwo-nie-jest-silne-wobec-slab

https://sport.dziennik.pl/pilka-nozna/artykuly/7781488,ustawka-autostrada-a4-pseudokibice.html


Hejterski Przegląd Cykliczny #69
07.08.2020

Na samym wstępie pozwolę sobie (bo któż mi zabroni?) na opisanie przyczyn, dla których zaliczyłem lekki poślizg. Pierwszą z przyczyn było to, że trochę wakacjowałem i dozowałem sobie politykę, zaś trolling ograniczyłem sobie do ćwitra. Druga przyczyna to taka, że w niniejszym Przeglądzie po raz pierdylionowy przyjdzie mi pochylać się nad (eufemizując) chujowością polskiej opozycji i szczerze się w tym miejscu przyznam, że potrzebowałem czasu do tego, żeby w ogóle zabrać się za pisanie. W „Dobrym Omenie” był taki bohater, który się zwał Newton Pulsifer. Bohater ów potrafił zepsuć dowolny sprzęt elektroniczny (of korz, niespecjalnie, po prostu usiłując na tymże sprzęcie pracować). Polska opozycja to taki Newton Pulsifer, z tą różnicą, że nie psują elektroniki, ale, na ten przykład, kampanie wyborcze. Po głębszym namyśle doszedłem do wniosku, że polscy politycy opozycyjni mogliby uchodzić za personifikację Praw Murphyego: jeżeli można coś zjebać, to polski polityk opozycyjny znajdzie sposób na zjebanie tego czegoś. Najgorsze w tej chujowatości opozycji jest to, że przez nią partia rządząca robi się coraz bardziej bezczelna. Bezczelność ta przejawia się choćby w tym, że Prezydent RP wygrał wybory mimo tego, że mówił językiem Krystyny Pawłowicz i Dariusza Oko. To niemoc opozycji sprawiła, że Patryk Jaki (aka „Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny”), zrobił spektakularną karierę polityczną (a w jego ślady podążają: Kaleta, Matecki, Ozdoba, Kowalski i wielu innych). Politycy ci zorientowawszy się, że można powiedzieć dowolną bzdurę i nie ponieść za to żadnych konsekwencji, opierają na tym swoje kariery. Niestety, na tym się sprawa nie kończy, bo skoro można bezczelnie kłamać, to czemu nie miałaby z tego korzystać wierchuszka Zjednoczonej Prawicy? Pamiętacie pewnie bardzo dobrze, jak to Premier Tysiąclecia ogłosił, że epidemia jest już w odwrocie, więc całkiem spoko, że Polacy się już nie boją koronawirusa. Wypowiedź była skrajnie nieodpowiedzialna, bo z koronawirusem jest tak, że w odwrocie to on będzie, jeżeli uda się Big Pharmie ogarnąć szczepionkę i okaże się, że przeciwciała nie są krótkotrwałe. Co zrozumiałe, Premier Tysiąclecia był okładany swoją wypowiedzią. Równie zrozumiałe jest to, że Premier Tysiąclecia jest broniony przez swoją formację. Łukasz Szumowski (aka „człowiek insomnia”) powiedział, że: „Wszystko to kwestia semantyki. Mieliśmy wtedy 200 zakażeń dziennie. Pan premier powiedział, że wirus jest w odwrocie, bo wtedy był. Teraz przyrósł (...) Widzimy, że zawsze trzeba pamiętać i mieć z tyłu głowy, że epidemia to jest dzikie zwierzę. W każdej chwili może wyrwać się z kontroli, którą wydawało się nam że mamy”. Temat ten poruszył również zastępca Szumowskiego (Janusz Cieszyński): „Premier Morawiecki mówił o sytuacji, która miała miejsce w połowie lipca. Rzeczywiście było tak, jak mówił Morawiecki, że na początku czerwca mieliśmy dziennie średnio ok. 450 przypadków. Później to systematycznie spadało, a w połowie lipca osiągnęło ok. 250 zakażeń, więc kiedy te słowa padały, to wirus rzeczywiście był w odwrocie”. Obaj panowie tłumaczą, że Premier Tysiąclecia tak jakby miał rację (choć jej nie miał), ale tylko jeden rozpostarł  dupochron i dodał wzmiankę, że, „epidemia może się wyrwać spod kontroli”. Żaden z panów nie zwrócił uwagi na to, że idiotyczna wypowiedź ich pracodawcy mogła mieć demobilizujący wpływ na Polaków. No bo skoro korona jest w odwrocie, to można trochę wyluzować z tymi wszystkimi maskami, płynami do dezynfekcji, social distancingami/etc., prawda? Warto w tym miejscu wspomnieć, że nie mam tu na myśli foliarzy spod znaku „walki z 5G”, ale zwykłych ludzi, którzy są deczko tym wszystkim zmęczeni i nagle usłyszeli, że w sumie to nie ma się czego bać. Czemu więc żaden z tych panów o tym nie wspomniał? Bo ich jedynym zadaniem było wytłumaczenie suwerenowi, że Premier Tysiąclecia „miał rację”, żeby przypadkiem nikomu nie przyszło do głowy, że wyżej wymieniony Prezes Rady Ministrów powinien przeprosić za swoją durną wypowiedź. Innym przypadkiem skrajnej bezczelności był ćwit europosłanki (ex ministry edukacji) Anny Zalewskiej, która napisała była, że: „Czekając na konferencję MEN o bezpiecznym powrocie dzieci do szkół, sprawdzajmy czy jest tam ciepła woda i mydło. Szanowni rodzice, pamiętajcie, że właścicielami budynków są z reguły samorządy. #koronawirus”. Bo wiecie, co prawda MEN decyduje o tym, czy i kiedy dzieci wrócą do szkół, ale to samorządy ponoszą odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo, tak więc nie czepiajcie się rządu!


Podobnie bezczelnych i głupich wypowiedzi Zjednoczona Prawica wyprodukowała w trakcie swoich rządów tyle, że gdyby ktoś zechciał je wszystkie zebrać do kupy, musiałby sobie pożyczyć diamentową strukturę wielkości Jowisza z układu Adro. Im bardziej opozycja nie rozlicza partii rządzącej z takich wypowiedzi, tym więcej politycy partii rządzącej ich produkują. Czy z tego, co napisałem, wynika, że opozycja w ogóle nie grilluje partii rządzącej za takie wypowiedzi? Nic z tych rzeczy. Czasem (ale są to wyjątkowe sytuacje) takie grillowanie się zdarza. Problem polega na tym, że przeważnie wygląda to tak, że opozycja „rusza do boju” po tym, jak nad daną wypowiedzią pochylą się internauci i np. jakiś temat zaczyna trendować na ćwitrze (albo wykręcać gigantyczne zasięgi na FB). W powyższym zdaniu kluczowe jest „po tym”, bo opozycja się z tym nie śpieszy i rzadko kiedy uda się jej wpasować w jakiś wkurw. Przeważnie wygląda to tak, że jakaś wypowiedź wkurwia internautów, którzy dają wyraz swojemu wkurwieniu w mediach społecznościowych, a jakiś tydzień później polityk/polityczka opozycji wypowiada się w tym temacie w „starych” mediach (przy okazji ignorując jakiś bieżący temat). Zupełnie inaczej rzecz się ma z politykami Zjednoczonej Prawicy, bo ci do perfekcji opanowali umiejętność indukowania wkurwienia (czasem muszą długo tłumaczyć suwerenowi, że powinien się wkurwić), a potem grzania tematu „na bieżąco”. Opozycja nauczyła Zjednoczoną Prawicę tego, że ta druga może robić zwroty narracji o 180 stopni i nie szkodzi jej to w najmniejszym stopniu. Wystarczy sobie przypomnieć to, jak politycy partii rządzącej „uspokajali” wszystkich, że w sumie to wszystko w porządku z tą koroną będzie, bo po pierwsze, to ona jest daleko, a po drugie, to nawet jak przyjdzie, to jesteśmy przygotowani na każdą ewentualność. Potem zaś okazało się, że (co za brak zaskoczenia) wirus jakoś tak się nie przejął tym, że „Chiny są daleko”, a Polska okazała się średnio przygotowana (vide, braki środków ochrony indywidualnej/etc.). Nie przeszkodziło to Zjednoczonej Prawicy w narzuceniu narracji, w myśl której oni od początku traktowali zagrożenie koronawirusem „na poważnie”. Nikogo nie powinno dziwić to, że opozycja nie podjęła jakichś sensownych działań mających na celu „przełamanie” tych narracji. Rzecz jasna, nikogo nie powinno to dziwić dlatego, że opozycja nas do tego przyzwyczaiła. Czasem (acz bardzo rzadko), ktoś z opozycji się zorientuje, że może warto by było (z przyczyn stricte pragmatycznych) pochylić się nad jakimś tematem i zetrzeć się z partią rządzącą celem „popsucia” jakiejś narracji. W praktyce wygląda to tak, że trochę się tam politycy poprztykają, ale opozycja praktycznie zawsze taki temat szybko odpuszcza. Takie „odpuszczanie” cieszy Zjednoczoną Prawicę, która (jak to już wcześniej zaznaczyłem) bezkarnie robi narracyjne zwroty o 180 stopni.  


Praktycznie za każdym razem, gdy ktoś zaczyna krytykować opozycję za „niemoc”, pojawiają się jej obrońcy, którzy zaczynają tłumaczyć, że jeżeli ktoś jest taki mądry, to czemu „sam czegoś nie zrobi”. I tu dochodzimy do kolejnej istotnej kwestii. Otóż, owi obrońcy w ogóle nie zwracają uwagi na to, że naprawdę spora liczba ludzi „coś robi”. Przykładowo, jakiś polityk partii rządzącej zaczyna opowiadać coś, co stoi w sprzeczności z jego wcześniejszymi wypowiedziami (albo wypowiedziami jego kolegów). W ogromnej większości przypadków, ta sprzeczność zostaje wyłapana przez jakichś ćwiternautów, którzy momentalnie zaczynają delikwenta/delikwentkę bombardować screenami i cytatami. Od czasu do czasu taki ćwiterowy grill zostaje podchwycony przez jakieś medium i dany polityk otrzymuje „trudne pytanie” na antenie. Kiedy nad sprawą pochylą się media, do akcji wkracza opozycja, która albo nie robi nic, albo tak długo zastanawia się nad tym „co robić”, że spóźnia się na imprezę. Wydaje mi się, że niemoc opozycji idealnie obrazuje to, co się stało w kontekście wyjebanego przez sztab Prezydenta RP kampanijnego konta z 2015. Najprawdopodobniej pamiętacie o tym, że zanim wyżej wymienione konto kampanijne zostało usunięte, skopiowałem prawie wszystkie ćwity, które tam sobie wisiały. Potem napisałem o tym notkę. Notka przyciągnęła uwagę kilku portali, które nagłośniły sprawę, tym samym „zniknięcie” sztabowego konta miało swoje pięć minut. Pięć minut i ani sekundy dłużej, bo żaden sztab nie pochylił się nad wypowiedziami z 2015, którymi można by było bezlitośnie okładać kandydata Zjednoczonej Prawicy w 2020 roku. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że spodziewałem się takiego finału i swój tekst o znikniętym koncie spointowałem w sposób następujący: „Sposobów na wykorzystanie tych wpisów jest od cholery i obstawiam, że tego (również) bali się sztabowcy obecnego Prezydenta, którzy „schowali”, konto. Brak reakcji na to, co się stało sugeruje, że sztabowcy bali się zupełnie niepotrzebnie.”


Od dłuższego czasu uwaga Zjednoczonej Prawicy zwrócona jest w stronę mediów. Media bowiem mają czelność patrzeć władzy na ręce i wyciągać na światło dzienne rzeczy, które władza wolałaby nadal trzymać pod dywanem. Ilekroć zostajecie trafieni histeryczną narracją „polskojęzyczne media szkalują rząd”, tylekroć możecie być pewni, że mediom udało się wynorać coś, co władze starały się przed wami ukryć. Ilekroć widzicie wpisy internautów, którzy klarują, że polski rząd powinien te media przejąć (bo o to chodzi w „repolonizacji”), tylekroć widzicie rządowego drona, który zaczyna panikować. No bo ok, do tej pory Zjednoczona Prawica była teflonowa, ale zawsze istnieje ryzyko, że któraś z odkopanych przez media spraw wkurwi suwerena tak bardzo, że nie będzie czekał na wybory i pojedzie do Warszawy z taczkami. I tu znowuż przyjdzie nam w pełni docenić kunszt opozycji. Media non stop wyciągają władzy jakieś trupy z szafy, a opozycja ma to w dupie. W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję: nie, kurwa, nie wystarczy nawalanie wnioskami o wotum nieufności. Taki wniosek powinien być poprzedzony kampanią informacyjną, w trakcie której suwerenowi opisywano by dokonania osoby, której dotyczy wotum. A teraz wróćmy do meritum. Ile razy w trakcie kampanii prezydenckiej 2020 ktoś wspomniał o stalkerach/hejterach powiązanych z Ministerstwem Sprawiedliwości? Ile razy ktoś wspomniał o tym, że służby specjalne usiłowano wykorzystać do politycznej zemsty na Ludmile Kozłowskiej (Fundacja Otwarty Dialog)? W tym drugim przypadku, pechowo dla Zjednoczonej Prawicy (i szczęśliwie dla Kozłowskiej) zaangażowano w to służby innych krajów, które bardzo szybko ogarnęły, że powody, dla których Kozłowską objęto banem na wjazd do Schengen pochodziły z IDzD. Takich (kurewsko ciężkich) tematów było mnóstwo. Praktycznie żaden nie pojawił się w kampanii. A może ktoś chce porozmawiać o tym, jak to obecny Prezydent RP unikał konferencji prasowych i absolutnie nikt z opozycji nie potrafił tego jakoś sensownie „pospinować”? I tak sobie dumam. Czy opozycji w ogóle zależy na odsunięciu PiSu od władzy, czy zależy jej tylko na odsuwaniu PiSu od władzy? Jak to, kurwa, jest, że PiS od 2015 stosuje dokładnie te same metody i absolutnie nikt nie wypracował jeszcze skutecznej strategii zaradczej, coby jakoś sobie z tymi PiSowskimi metodami poradzić? Pięć pierdolonych lat i nadal nic? A nie, przepraszam! Zapomniałem o tym, że opozycja wypracowała metodę radzenia sobie z dysonansem poznawczym i zwalania winy za swoje porażki na elektorat. Że za głupi, że się sprzedał za 500 złotych, że w sumie to temu głupiemu elektoratu nie zależy na wolności/etc., a w ogóle to tego, co teraz został Prezydentem RP, to wybrała gorsza część Polski/etc. Brawo, kurwa, wy opozycjo.


Skoro już mamy za sobą wstęp, możemy przejść do właściwej części Przeglądu. Gdzieś tam na początku roku 2020 (biorąc pod rozwagę to, co się dzieje w bieżącym roku, początek tegoż można uznać za „zamierzchłą przeszłość”) zacząłem sobie zbierać linki z wiadomościami, w których stało, że zagraniczne miasta partnerskie zrywają współprace z polskimi miastami, które przyjęły uchwałę autorstwa pewnego instytutu, o którym nie można mówić, że wiecie co. Ponieważ sprawa zrobiła się tak jakby medialna, wypowiadać na jej temat zaczęły się tuzy ze Zjednoczonej Prawicy. Wiceszef MSZ powiedział, na ten przykład, że: „o niedobrze, jeżeli różnice w postrzeganiu niektórych aspektów światopoglądowych przekładają się na współpracę. Ale to źle świadczy o tych francuskich samorządach, które przedkładają sprawy światopoglądowe i ideowe na współpracę samorządową, bo wydaje mi się, że to są dwie różne rzeczy”. Tak więc, widzicie, to nie jest tak, że winę za ten stan rzeczy ponoszą polskie samorządy, które przegłosowały tę uchwałę, ale francuskie samorządy, które się na to wkurwiły. O tym, że hejtowanie mniejszości seksualnych jest dla wiceszefa MSZ „sprawą światopoglądową”, wspominać nie trzeba. Ciekaw jestem, jak zareagowałyby polskie władze, gdyby samorządy w krajach Zachodu zaczęły przegłosowywać analogiczne uchwały, z tą różnicą, że w miejscach, w których można było znaleźć odniesienia do mniejszości seksualnych, znalazłyby się odniesienia do Polaków. Konkretnie zaś ciekawi mnie to, czy to również zostałoby uznane za „sprawę światopoglądową”. No, ale to tylko dygresja. Samo zerwanie współpracy nie było jakoś specjalnie bolesne dla miast, bo (w telegraficznym skrócie) nie przełożyło się na żadne wymierne straty finansowe. Owszem, takie zerwane partnerstwo oznacza, że, delikatnie rzecz ujmując, może być problem z wymianami uczniów, ale potem do Europy wjechała pandemia i tego rodzaju problemy przestały być problemami. Teraz okazało się, że sprawa będzie miała ciąg dalszy. Otóż, UE uznało, że jeżeli jakiś samorząd sobie uchwalił to, co Ordo Iuris napisało, to będzie strefą wolną od funduszy na partnerstwo miast. Tutaj strata jest już wymierna, więc w sukurs gminom przyszło zarówno Ordo Iuris (które w tym wypadku gówno może), jak i część polityków Zjednoczonej Prawicy (np. Poprzedniczka Premiera Tysiąclecia), którzy (z racji prowadzenia genialnej wręcz polityki zagranicznej), również gówno mogą. W tym miejscu pozwolę sobie na kolejne odniesienie do tego, jak bardzo opozycja nie ogarnia. Otóż, swego czasu pompowano balonik wizerunkowy poprzedniczce Premiera Tysiąclecia. Narracje, które wpompowano w balonik można było podsumować tak: „ona wszystko może”. Teraz zaś okazało się, że owo „wszystko” sprowadza się do pisania Bardzo Stanowczych Ćwitów. Czy opozycja podchwyciła ten temat? Ni chuja. Jest to o tyle bardziej spektakularne od zwyczajowego jebałpiesizmu opozycji, że w takcie wyborów do PE opozycja budowała narracje, z których wynikało, że PiS, a jakże, gówno może w UE. Wydawać by się mogło, że to idealny moment na rzucenie narracją „a nie mówiliśmy”, ale najwyraźniej opozycja ma inne zdanie w tym temacie. Mało tego, rzecznik PO postanowił spróbować swoich sił w dyscyplinie zwanej „symetryzmem”: „Rzecznik Platformy Obywatelskiej Jan Grabiec powiedział, że przyjęte przez samorządy uchwały są "wyrazem ideologii" i nie leżą one w gestii samorządów. - Z drugiej strony karanie lokalnych społeczności za to, że radni podjęli głupią uchwałę jest czymś niedobrym - zwrócił uwagę. - Te pieniądze powinny trafić do beneficjentów, czyli mieszkańców tych konkretnych miejscowości, na programy edukacyjne, infrastrukturalne, a nie zostać zablokowane na poziomie europejskim – przyznał.”. Nie no, panie rzeczniku, oczywista sprawa. Najlepiej by było, gdyby UE wymyśliła sobie taką reakcję na te uchwały, którą to reakcję samorządy mogłyby mieć w dupie, prawda? Nawiasem mówiąc, na Unię Europejską zdenerwował się nadprokurator Zbigniew Ziobro, który nazwał decyzję o wstrzymaniu finansowania „bezprawną” i wezwał Premiera Tysiąclecia do „zrobienia czegoś”. Jeżeli w UE można być czegokolwiek pewnym, to tym czymś jest to, że absolutnie każda decyzja tej wagi ma poparcie w „papierach”. Jeżeli zaś można być czegoś pewnym w kontekście Zbigniewa Ziobry (i innych zelotów z Solidarnej Polski) to tego, że jeżeli wypowiada się na jakiś temat, to pewnie nie zadał sobie trudu zapoznania się z „przedmiotem dyskusji”. Tego rodzaju taktyka może działać w Polsce, bo komuś, kto trzyma za mordę prokuraturę i część sądów ciężko podskoczyć, ale zupełnie nie sprawdzi się w starciu z wkurwioną Unią Europejską, która może mieć wyjebane na Ziobrę i jego Stanowcze Wypowiedzi. Znamienne jest to, jak bardzo pogubiła się Zjednoczona Prawica w sytuacji, w której ktoś zaczął z nią prowadzić „dialog” z pozycji siły. Zastanawia mnie to, czy decyzja o wstrzymaniu dofinansowania to „incydent”, czy też zapowiedź pójścia kursem kolizyjnym. Tym, czego polskie oreły dyplomacji (i generalnie polskie władze) nie biorą pod rozwagę jest fakt, że elektoraty z krajów Zachodu mogą sobie, na ten przykład, życzyć przeczołgania pyskatych przygłupów, którym wydaje się, że „wszystko mogą”. Nie jestem specjalistą od „mierzenia nastrojów” w innych krajach, ale można bezpiecznie założyć, że część mieszkańców tychże krajów przygląda się temu, co robią nasze władze (szczególnie zaś połajankom, które nasze władze serwowały i serwują wszystkim dookoła) i mogą chcieć, żeby „ktoś coś z tym zrobił”. Na nasze nieszczęście – nie da się przeczołgać Zjednoczonej Prawicy bez przeczołgania całego kraju. Ponieważ sobie już zacząłem gdybać w tym wątku, to pogdybam sobie jeszcze trochę. Część rządowych dronów decyzję o uwaleniu tych konkretnych funduszy skwitowała tak, że „hehehe, teraz będą nastroje antyunijne rosnąć”. Ponieważ jestem z natury pesymistą, od razu sobie pomyślałem, „a co jeżeli ktoś to wkalkulował w ryzyko?”. Prawda jest bowiem taka, że przycięcie finansowania może się skończyć dwojako. Albo władza się cofnie (a kasa wróci), albo władza pójdzie na zwarcie i będzie tłumaczyła, że UE to chuj. Pytaniem, które należy sobie w tym momencie zadać, jest pytanie o to, czy aby nie jest tak, że ktoś uznał, że to sytuacja z gatunku win/win. Albo władze się ogarną i się uspokoją, albo się nie ogarną i będą musiały szczuć na UE (bo na kogoś trzeba będzie zwalić winę za to, że pieniędzy brakuje), co może się prędzej, czy później skończyć jakimś referendum (Konfederacja i Solidarna Polska już o to zadbają) i będzie można te władze przeczołgać tak, jak Wielką Brytanię. Mam szczerą nadzieję na to, że to tylko moje czarnowidztwo, ale uważam, że trochę naiwne byłoby trwanie w przeświadczeniu, że Zjednoczona Prawica będzie mogła non stop srać na wszystkich i nie ponosić z tego tytułu żadnych konsekwencji. Moment do zaostrzenia kursu dla UE jest dobry, bo w Polsce wygrał kandydat, którego raczej nie uważa się w UE za euroentuzjastę, a jego wypowiedzi, których nie można skomentować bez wpadania na prawo Godwina, zrobiły na Zachodzie sporą karierę.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Trochę po premierze pierwszego filmu Sekielskich Zjednoczona Prawica obiecała, że powstanie komisja ds. pedofilii. Od razu jednakowoż zaznaczono, że to nie tak, że pedofilia to tylko w Kościele, bo w innych środowiskach też i ta komisja to będzie się też zajmowała tymi innymi środowiskami. Jest to typowy dla Zjednoczonej Prawicy fikołek narracyjny: ponieważ Sekielscy nakręcili film o instytucjonalnym tuszowaniu pedofilii przez Kościół, należy powołać komisję, która będzie wyjaśniać, czy jakiś murarz-pedofil nie uniknął kary i nie został przez biskupa murarzy przeniesiony na inną budowę, prawda? Komisja została zapowiedziana, ale, o ile czegoś nie pomyliłem, to pracę nad utworzeniem komisji ruszyły po drugim filmie Sekielskich. Ponieważ Zjednoczona Prawica jest Zjednoczoną Prawicą, szefem tejże komisji został typ z Ordo Iuris. Zupełnie bez związku z całą sprawą przypomnę artykuł, który cytowałem w tekście dotyczącym wyżej wymienionego Instytutu: „W międzyczasie ksiądz Jerzy, jako oskarżyciel prywatny, wytoczył proces Legierskiemu, zarzucając mu pomówienia i zniesławienie. Nie podobało mu się, że w swoich wpisach i wywiadach polityk określał go mianem "księdza-pedofila". Uznał też, że cała ta sprawa „poniżyła go w opinii publicznej oraz naraziła na utratę zaufania potrzebnego dla urzędu proboszcza parafii oraz posługi kapłana Kościoła katolickiego”. Co ciekawe, w tej sprawie reprezentował go prawnik Ordo Iuris”. Jestem przekonany, że pan z Instytutu będzie się ze wszystkich sił starał bronić ofiar pedofilii w Kościele, o ile, rzecz jasna, ktoś mu wcześniej powie kim są ofiary, bo w kontekście tego, kogo (i w jakiej sprawie) reprezentował jego instytutowy kolega, można bezpiecznie założyć, że wszyscy członkowie Instytutu mogą mieć problemy z ustaleniem tego „kto zawinił”. Jeżeli zaś chodzi o samą komisję, to jeżeli nawet część konserwatywnej prawicy (np. Terlikowski) uważa ją za kpinę, to kimże ja jestem, żeby traktować ten twór poważnie? Kwestia pedofilii jest dla Zjednoczonej Prawicy równie istotna, jak wszystkie inne (poza dorabianiem się na publicznych pieniądzach). Innymi słowy, Zjednoczona Prawica ma na to wyjebane. O tym, jak bardzo, niech zaświadczy ćwit Kurskiego, który czekał z emisją filmu „Nic się nie stało” na premierę drugiego filmu Sekielskich. Po tym, jak się już doczekał (zaś filmy zostały wyemitowane w TVP i TVN), Kurski napisał był na swoim ćwitrze: „Pojedynek filmów o pedofilii w telewizji linearnej: 20.05. ‘Nic się nie stało’ (TVP1) 3,5 mln; debata po filmie 2,6 mln. 21.05, ‘Zabawa w chowanego’ (TVN), śr 1,9 mln”. Co prawda ćwit został usunięty (bo Kurski został za niego zjebany i najprawdopodobniej ucierpiała na tym jego miłość własna), ale, moim zdaniem, nie ma lepszego komentarza odnośnie podejścia Zjednoczonej Prawicy do problemu pedofilii. Cebulą na torcie było udawane przejęcie Zjednoczonej Prawicy tym, co można było zobaczyć w filmie Latkowskiego (film był mało odkrywczy, bo wcześniej praktycznie wszystko zostało opisane w książce pt. „Zatoka świń”). Otóż po emisji obudził się nadprokurator Ziobro i zapowiedział powstanie (a jakże) komisji, która ma wyjaśnić to i owo. Co zrozumiałe, nikt nie dopytywał Ziobry o to, czemu komisja nie powstała wcześniej. Mogła powstać po tym, jak wydano książkę „Zatoka świń”? Mogła. Mogła powstać po tym, jak wierchuszka Zjednoczonej Prawicy zapoznała się z filmem Latkowskiego (litości, chyba nikt nie uwierzy w to, że partia rządząca po raz pierwszy zobaczyła film wtedy, gdy puścił go Kurski)? Mogła. Czemu zaś nie powstała? Bo tu przecież nie chodzi o to, żeby zajmować się pedofilią, ale o to, żeby zbudować zasłonę dymną, za którą będzie się mógł schować Kościół, który to Kościół rewanżuje się Zjednoczonej Prawicy poparciem w wyborach.


Niewiele brakło, a polscy zygotarianie dorobiliby się pierwszego bohatera. Mniej więcej w połowie kwietnia: „Do kliniki ginekologii we Wrocławiu wtargnął uzbrojony mężczyzna, który groził personelowi szpitala. Miał krzyczeć, że "pozabija morderców nienarodzonych dzieci". Na szczęście dla personelu kliniki, i na nieszczęście dla zygotarian (którzy potrafią przekonywać, że np. antyaborcyjny terroryzm, w którym specjalizowali się zachodni zygotarianie jest dobry, bo to „obrona życia”), w klinice było dwóch żołnierzy, którzy obezwładnili niedoszłego bohatera i przekazali go policji. Niestety, sprawa trochę przycichła i nie wiadomo, czy Ministerstwo Sprawiedliwości nie planuje uhonorowania wyżej wymienionego jegomościa jakimś medalem.


Zastanawiałem się nad tym, czy tematowi, nad którym się pochylę nie poświęcić osobnej notki, ale potem uznałem, że nie warto. O jaką tematykę chodzi? Ano o taką, że obserwuję sobie naszą polską prawicę od dłuższego czasu, ale dopiero w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, jaka zajebista próżnia intelektualna panuje po prawej stronie. Nie, nie chodzi o to, że brakuje tam np. ludzi z tytułami naukowymi (bo ich nie brakuje), ale o to, że nawet ci ludzie z tytułami zachowują się i wypowiadają jak skończeni kretyni i zamiast „ciągnąć w górę” swoje środowisko, zniżają się do używania tych samych technik propagandowych (i np. pierdolą farmazony o tym, że Zachód umiera, że w tym i tym kraju, to ludzi zmusza się do uczestnictwa w Marszach Równości/etc.,). Nie chciałbym być źle zrozumiany, to nie jest tak, że ja tu w jakiś zawoalowany sposób staram się przemycić rzyg, który pojawił się w pewnych, że tak to ujmę przegranych „kręgach”, nie mogących znieść porażki kandydata Koalicji Obywatelskiej i napawających się tym, że "HEHEHE, NA TEGO Z PRAWICY GŁOSOWALI DEBILE”. Gardzę tego rodzaju argumentacją z wielu przyczyn. Jedną z nich jest to, o czymś pewnie się już kiedyś wymądrzałem, ale ponieważ coś się popsuło i nie było  mnie słychać, to powtórzę jeszcze raz: skoro na kandydata Zjednoczonej Prawicy głosowali debile, których tak łatwo jest zmanipulować, to czemu sami nie zmanipulowaliście tych debili? Przecież debilowi wszystko jedno kto nim manipuluje, prawda? W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. Próżnia intelektualna po prawej stronie jest równoważona przez lekki nadmiar po lewej. Na ten przykład. „Prześniona rewolucja” Ledera, to bardzo dobra książka, ale gdybym nie był po kierunku humanistycznym, to pewnie bym tą książką jebnął po paru stronach, bo słownictwo, którego Leder używa jest, delikatnie rzecz ujmując, wymagające momentami. Jak bardzo wymagające? Tak bardzo, że prawica usiłując dyskutować z tym, co Leder napisał, dyskutowała głównie z zajawką do książki. No, ale dość tego dygresjowania, wracajmy do tematu przewodniego. W czym się przejawia próżnia intelektualna polskiej prawicy? Ano np. w tym, że prawica używa jakichś haseł wydmuszek (w rodzaju „ideologii gender”, „marksizmu kulturowego”, „ideologii LGBT”) i nie bardzo wie, co one znaczą. Aczkolwiek nie powinniśmy zbyt wiele wymagać od ludzi, którzy używają określenia „lewak” i też nie bardzo wiedzą, co to słowo ma znaczyć (i np. lewakiem zostaje ktoś o skrajnie liberalnych [w wymiarze ekonomicznym] poglądach, kto nazywa 500+ rozdawnictwem). Jeżeli ktoś jest ciekaw tego, jak bardzo prawica nie ogarnia terminów, których sama używa (acz to nie jej wina, bo terminy te nie doczekały się sensownych definicji [ciekawym, kurwa, czemu]), to w źródłach może znaleźć moją dyskusję z niejakim panem Maciejem Pieczyńskim („literaturoznawcą”), z którym rozmawialiśmy sobie o tym, czym jest marksizm kulturowy. Rozmowa wyglądała tak, że usiłowałem od niego wyciągnąć jakąś definicję, ale się nie udało. Od razu nadmieniam, że trzeba będzie trochę poklikać, bo pan Pieczyński miał tendencję do dość chaotycznego odpisywania i np. zamiast odpisać na ostatni ćwit w wątku, odpisywał na środkowy. Niektórzy przedstawiciele polskiej prawicy dostrzegają problem i usiłują temu jakoś przeciwdziałać, ale starania te rozbijają się o ich dzbanizm. Jakiś czas temu Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny usiłował dowodzić, że ci, którzy tłumaczą, że nie ma „ideologii LGBT”, kłamią, bo skoro jej nie ma, to niby czego uczą „katedry gender”. Od razu zaznaczam, że nie wiem czego uczą „katedry gender”, ale wiem, że Patryk Jaki nie powinien się brać za pisanie tekstów, które w jego opinii mają uchodzić za „naukowe”, bo trochę podważa swój własny dyplom absolwenta kierunku humanistycznego. Idzie mu to bowiem równie chujowo, co opozycji wygrywanie wyborów z PiSem. Była to jego pierwsza (od czasu wpierdolu, który zebrał w wyborach prezydenckich w Wawie) próba wyjścia z przekazem poza swój betonowy (jakże adekwatna nazwa) elektorat i jak można się było spodziewać, skończyła się tak, że jarała się tym jedynie prawicowa szuria. Nieco później Patryk Jaki postanowił popełnić tekst w temacie tego, dokąd zmierza Zjednoczona Prawica i był on jeszcze bardziej spektakularny od tego o „ideologii LGBT”. Niemniej jednak w strumieniu nieświadomości Patryka Jakiego znalazł się fragment, który jest dość istotny. Otóż, w pewnym momencie Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny zaczął utyskiwać na to, że kultura: „To pole, na którym ciągle przegrywamy. Oczywiście, to wyjątkowo trudne zadanie, bo generalnie ludzie kultury (szczególnie masowej jak np. kinematografia), na całym świecie to w zdecydowanej większości ludzie, u których dominuje ultraliberalne podejście do kwestii obyczajowych, a już szczególnie ograniczeń wynikających z etyki chrześcijańskiej. Stąd nienawiść do prawicy, której działalność odwołuje się do tej sfery wartości”. Po przeczytaniu tego kawałka zacząłem się zastanawiać nad tym, czy w przeszłości ktoś w podobny sposób utyskiwał nad tym, że ludzie kultury mają ultraliberalne podejście do niewolnictwa i segregacjonizmu i że trzeba z tym walczyć, ale będzie to trudne? To porównanie jest bardzo adekwatne, bo cała walka prawicy z mniejszościami seksualnymi opiera się na przeświadczeniu tejże prawicy o tym, że przedstawiciele tychże mniejszości są w jakiś sposób gorsi (napisałbym, że uważają ich za podludzi, ale choć to o wiele bardziej adekwatne, to jednak prawo Godwina stoi mi na przeszkodzie). Żeby w pełni docenić intelektualną „głębie” prawicy wystarczy zadać pytanie o to, „w jaki sposób legalizacja związków partnerskich/małżeństw jednopłciowych miałaby zniszczyć rodzinę?” To jest bardzo proste pytanie, które należałoby zadawać każdemu prawicowemu politykowi/działaczowi (albo też funkcjonariuszom Kościoła, którzy mają dużo do powiedzenia w temacie rodzin) aż do skutku. Wydaje mi się, że co bardziej rozgarnięci przedstawiciele prawicy (nie podejmę się oceny tego, czy Patryk Jaki się do nich zalicza) doskonale zdają sobie sprawę z tego, że całe to pierdolenie o „zamachu na rodzinę”etc., jest, no właśnie, po prostu pierdoleniem. Dlatego też chowają się za frazesami w rodzaju „obrona chrześcijaństwa”, „etyka chrześcijańska”, prawo naturalne” , „chrześcijańskie korzenie Europy” i tak dalej i tak dalej. Gdyby ktokolwiek zadał sobie trud i spróbował (przed kamerami) porozmawiać z Patrykiem Jakim o szczegółach (czyli, o co tak właściwie chodzi z tą "obroną rodziny, chrześcijańskich korzeni i inszych wartości”, to najprawdopodobniej odbiłby się od ściany, na której stałoby, że „papież Polak”. Ujmujące jest to, że (nawet) Jaki dostrzega to, że jeżeli chodzi o szeroko pojętą kulturę, to prawica jest w czarnej dupie (i stąd np. deprecjonowanie nobla dla Tokarczuk, Oskara dla „Idy”etc.). Ujmujące jest to, że Jaki dostrzega również to, że spora część ludzi kultury nie przepada za prawicowymi poglądami (rzecz jasna, w ujęciu polskim, bo dla polskiej prawicy niemiecka chadecja to „lewacy”), ale nie jest w stanie zrozumieć dlaczego tak się dzieje. Tzn. szuka przyczyn w pieniądzach Sorosa (wcześniejsze fragmenty tekstu) i inszych takich i pewnie nawet sam w to wierzy, bo inne wyjaśnienie tego, ekhm, „fenomenu” cokolwiek go przerasta. Przerasta go niemożność zrozumienia, że tworzenie filmów, książek, etc., w których budowano by pozytywny obraz poglądów, które Jaki z kolegami i koleżankami uznaje za „prawicowe”, można przyrównać do kręcenia filmów/etc., w których budowanoby pozytywny obraz niewolnictwa i segregacjonizmu. Owszem, takie dzieła kultury również znalazłyby swoją niszę, ale byłaby to nisza, bo generalnie rzecz ujmując na Zachodzie zapanował konsensus odnośnie tego, że niewolnictwo i segregacjoznim były chujowe i że powinny pozostać (niezbyt chlubnym) elementem historii. Nawiasem mówiąc, próba powiązania poglądów prawicowych (powtarzam, chodzi o polskie ujęcie tychże poglądów) z Kościołem, skończy się bardzo źle dla tej instytucji, bo od pewnego momentu jest ona w Polsce przez sporą część ludzi utożsamiana z ciężkim oszołomstwem spod znaku skrajnej prawicy. Nawet kościelni specjaliści od mieszania ludziom w głowach mają gigantyczne problemy ze spięciem klamrą „miłuj bliźniego swego” z rzygami o „tęczowej zarazie” i bredniach o „neobolszewizmie”. Ponieważ nie jestem specjalnym fanem wyżej wzmiankowanej instytucji, niespecjalnie mnie to martwi.


Trochę za bardzo mi się rozrósł wątek o prawicy, tak więc postanowiłem go podzielić na dwa kawałki. W tym kawałku pozwolę sobie podjąć próbę odpowiedzi na pytanie (spoiler alert: nieudaną): jak to, kurwa, jest, że prawica jest zbiorowiskiem matołów i quasiintelektualistów, którzy klepią idiotyzmy wyczytane w internecie (hurr durr marksizm kulturowy) i ta sama prawica od 2015 roku wygrywa wszystkie kolejne wybory. Przecież tak na podkarpacki rozum, rozjebanie ich nie powinno stanowić problemu. Czemu więc jest tak, jak jest? Można to, rzecz jasna, tłumaczyć miałkością (ileż razy można używać w tekście określenia „chujowy”?) opozycji, ale ta miałkość jest również zastanawiająca. Nie twierdzę, że polska opozycja to orły intelektu (bo jeszcze mnie nie pojebało), ale nawet ci ludzie nie powinni mieć problemu z rozmontowaniem strategii Zjednoczonej Prawicy. Zamiast tego, polska opozycja znajduje coraz to nowe sposoby na przepierdalanie wyborów. Zjednoczona Prawica przypomina kogoś, kto gra w grę planszową (albo w jakąś strategię turową), stosuje cały czas tę samą strategię (niestety, nie dało się uniknąć powtórzenia) i wygrywa. Opozycja zaś od 2015 stosuję tę samą strategię, przegrywa i za każdym razem wydaje się być zdziwiona swoją przegraną. Nie mam, zielonego pojęcia, jak można przegrywać z takimi dzbanami. Tzn., może inaczej. Rozumiem, że dzieje się tak dlatego, że opozycja non stop ustępuje pola (ok, nie cała, bo, na ten przykład Lewica z RiGCzem poszła na zaprzysiężenie Prezydenta RP), ale nie mam pojęcia czemu ktoś tam uważa, że to dobry pomysł. Czemu nie ma tam rozkminy: „no tak, mają to TVP i nas nim batożą, tak więc musimy zrobić coś, żeby utrudnić im życie”. Nie, zapowiadanie „jak wygramy, to zaorzemy TVP", nie wystarczy. Przez moment sobie nawet dumałem, że może jest i tak, że po prostu opozycja to większe dzbany od Zjednoczonej Prawicy, ale jakoś tak ciężko znaleźć mi po opozycyjnej stronie odpowiedniki Sebastiana Kalety, Jacka Ozdoby, Janusza Kowalskiego, czy, na ten przykład Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że zarówno Kowalski, jak i Jaki zaczynali kariery w PO, ale „rozwinęli się” dopiero będąc „po prawej stronie”). Znamienne jest to, że nawet część komentariatu Zjednoczonej Prawicy zauważyła, że ich partia-chlebodawca musi nieco spuścić z tonu, jeżeli chodzi o pewne kwestie, bo ich kandydat nie miał zbyt dużej przewagi w wyborach prezydenckich. W przysłowiowym międzyczasie Solidarna Polska non stop napierdala o „wojnie cywilizacyjnej”, o złych elbagietach/etc. Co w tym czasie robi największa partia opozycyjna? Wymyśla sobie jakąś „Nową Solidarność” i opowiada o tym, że w sumie to najlepiej by było, gdyby partie opozycyjne do wyborów poszły w jednym bloku. BARDZO DOBRY POMYSŁ, PANIE PLATFORMA, TEGO JESZCZE NIE PRÓBOWALIŚCIE, WIĘC NA PEWNO SIĘ UDA. Warto w tym miejscu wspomnieć, że partia rządząca, praktycznie za każdym razem (poza wyborami samorządowymi 2018, bo wtedy szli na pewniaka i wydawało im się, że nawet Warszawę odbiją) lekko obawiała się porażki (albo zbyt małego zwycięstwa [w parlamentarnych]). Pamiętam, na ten przykład, panikę prawicowego komentariatu, który przestraszył się frekwencji w trakcie eurowyborów 2019 (jak się okazało, niesłusznie, ale co się nadenerwowali, to ich). Znamienne było to, że po każdym wpierdolu zebranym przez opozycję, opozycja zapewniała, że to już ostatni raz i że następnym razem pokaże temu PiSu gdzie raki zimują. Nie chciałbym wyjść na niedowiarka, ale jakoś tak, kurwa, nie wierzę w te zapewnienia. No dobrze, to co powinna taka największa partia opozycyjna zrobić? Nie wiem, może, kurwa, zareagować na to, co robi Ziobro i jego zeloci? Skoro nawet część prawicowego komentariatu uważa, że „nie tędy droga”, to może warto pójść tym tropem? W tym miejscu powinna być jakaś pointa, ale zamiast tejże, zostawiam was z pytaniem „jak opozycja może przegrywać z tymi dzbanami?”


Mniej więcej na początku lipca, media zaatakowały moje oczy wiadomościami: „Ogromne zarobki zarządu Razem (…) Po 200 tys. zł, czyli po ponad 16,5 tys. zł miesięcznie - tyle z kasy partii dostali w 2019 r. posłowie Razem Adrian Zandberg, Marcelina Zawisza, Maciej Konieczny i Paulina Matysiak. Ugrupowanie tłumaczy, że pieniądze te zostały później przekazane na komitet wyborczy Lewicy, co rodzi pytania o zgodność z prawem finansowania jej kampanii do parlamentu”. Poczytałem sobie te doniesienia medialne, pomyślałem sobie (jak na intelektualistę przystało) „co do chuja” i czekałem na dalszy rozwój wypadków. Wyjaśnianiem całej sprawy zajął się bloger Galopujący Major, który w kilku notkach tłumaczył, że wszystko się odbyło zgodnie z prawem (linkuję wam jedną, ale bez problemu sobie znajdziecie resztę). Zacznę od tego, że Onet (bo to od nich pożyczyłem ten łamiący lead) mógłby sobie dać na wstrzymanie, bo jeżeli to, co zrobiło Razem „rodzi pytania o zgodność z prawem finansowania kampanii do parlamentu”, to mam dla Onetu bardzo złą wiadomość: praktycznie wszystkie komitety robią to samo. Czasem bywa jeszcze bardziej spektakularnie, bo sztaby organizują działania „prekampanijne”, których ni chuja nie można sfinansować z pieniędzy komitetu wyborczego, bo w tym czasie takowych komitetów jeszcze nie ma. No dobrze, skoro mam to już za sobą, to pozwolę sobie zadać w tym miejscu pytanie: Partio Razem, czy Ty jesteś, kurwa, poważna? Ja doskonale rozumiem, że są takie, a nie inne realia i że skądś trzeba brać pieniądze na kampanię, ale może powinniście głośno o tym powiedzieć wtedy, kiedy to robiliście? Na co liczyliście? Że nikt tego nie wypatrzy w waszych oświadczeniach majątkowych? Gdybyście o tym opowiedzieli od razu, to może ktoś tam by poburczał trochę, ale sprawa miałaby znacznie mniejszy kaliber, niż w momencie, w którym wykopał ją prawicowy klaun, który wpisał sobie w bio „publicysta lewicowy”. Jak na partie, która wcześniej tłumaczyła wszystkim to, jak istotna jest jawność w życiu publicznym (z czym się, kurwa, zgadzam w całej rozciągłości), to troszeczkę żeście przydzbanili. Nawiasem mówiąc, znamienne jest też to, że tłumaczeniem całej sprawy (po tym, jak została wykopana przez prawicowego klauna, który każe się nazywać lewicowcem) zajął się Galopujący Major. Z tego bowiem wynika, że Razemy nie były do tego przygotowane, mimo że do odpierania tych konkretnych zarzutów partia powinna być gotowa już w momencie, w którym podejmowano decyzję o tym, żeby „dofinansować” kampanię w ten, a nie inny sposób. Potykanie się o własne nogi nie pomoże wam z walce z prawicową machiną propagandową.


Na sam koniec zostawiłem sobie kwestię obrazy uczuć religijnych pomnika. Chodzi mi, rzecz jasna, o happening, w trakcie którego elbagiety powiesiły tęczową flagę na pomniku Jezusa. Bardzo szybko okazało się, że nie dość, że to rani uczucia religijne (za moment się do tego odniosę), ale jest to również „dewastacja” pomnika. Gdybym był złośliwy (a nie jestem) to napisałbym, że ktoś tu chyba, kurwa, nie zna definicji słowa „dewastacja”, ale ponieważ złośliwy nie jestem, przejdę do „uczuć religijnym”. Otóż, te same uczucia religijne nie zostały zranione wtedy, gdy na krzyżu na Giewoncie zawieszono banner wyborczy kandydata Zjednoczonej Prawicy. Co to, to nie! To była „głupota”, ale nikt nie poczuł się dotknięty tym, że ktoś potraktował krzyż jak słup ogłoszeniowy. Niespecjalnie mnie to dziwi, bo kościoły już od dawna pełnią rolę szczekaczek partii rządzącej i, delikatnie rzecz ujmując, „agitowanie nie jest im obce”, tak więc wszyscy zdążyli się przyzwyczaić. Ale żeby żaden z prawicowych tuzów oburzonych tęczową flagą, choćby, kurwa, dla zasady nie powiedział, że tamto też mu przeszkadzało? No to już jest potknięcie, które opozycja mogłaby wykorzystać, gdyby faktycznie zależało jej na tym, żeby odsunąć PiS od władzy. Jedynym powodem, dla którego tęczowa flaga może „ranić czyjeś uczucia religijne” jest to, że ten ktoś traktuje mniejszości seksualne jako coś „nieczystego” (a co za tym idzie „gorszego” od siebie). Ponieważ Zjednoczona Prawica nie uznaje półśrodków, autorów happeningu zawinięto na dołek i przetrzymano 48 godzin. Czemu? Najprostsza odpowiedź brzmi „bo tak”. Bardziej złożona zaś odpowiedź wymagałaby ponownego pochylenia się nad tym, że nadprokurator chce uchodzić za najbardziej prawego z prawych (tak, wiem, nie on jest bezpośrednim przełożonym policmajstrów, ale na pewno od niego wyszło „zapotrzebowanie” na to, żeby zawinąć wieszających flagę). Stołeczna policja przez dwa dni brandzlowała się swoją skutecznością w walce z „obrazą uczuć religijnych”. Jeżeli ktoś chce w pełni docenić ten dzbanizm, to linki do ćwitów znajdzie w Źródłach. Nie był to pierwszy przypadek, w którym Zjednoczona Prawica deczko, kurwa, przesadziła z reakcją, ale ten był na tyle spektakularny, że partia rządząca była non stop jebana w internetach. Ponieważ internet nie chciał przestać, uruchomiono prorządowe publikatory, które usiłując pomóc partii-matce wykopały zatrzymanie, do którego doszło po tym, jak jakaś kobieta rozrzuciła świńskie łby w meczecie. Nic lepszego nie znaleziono, więc politycy partii rządzącej trzymają się tego przypadku jak pijany płotu. Do pustych łbów nie dociera, że między tymi sytuacjami nie ma żadnej symetrii, bo ekwiwalentem akcji ze świńskimi łbami byłoby rozrzucenie fekaliów w kościele. O tym, że policja, która zatrzymała tamtą kobietę, nie brandzlowała się tym faktem, rządowe publikatory już jakoś nie wspominają. W tym miejscu chciałbym wyrazić nadzieję, że ludzi, którzy bronili postępowania policji (oraz samych policmajstrów, którzy robili coś, czego wcale nie musieli) w przyszłości spotka to samo. Że zostaną zatrzymani w sumie to bez powodu, posiedzą na dołku, a w międzyczasie ktoś będzie na nich srał w mediach, tłumaczył, że są jakimiś bandosami i że tak po prawdzie to się im, kurwa, należało. Wszystkim zaś, którzy twierdzą, że „no trochę tym razem te elbiagiety przesadziły” chciałbym zadać pytanie: w jaki sposób mniejszości seksualne mają reagować na działania prawicy? W jaki sposób mają zwracać uwagę na to, że, delikatnie rzecz ujmując, dzieje się im chujowo? Siedząc w domach nic nie robiąc, żeby nie przeszkadzać wam w odsuwaniu PiSu od władzy? Powtórzę po raz kolejny (tym razem capslockiem): NAWET PRAWICOWY KOMENTARIAT TWIERDZI, ŻE PIS NIE POWINIEN JUŻ SZCZUĆ, może i wy powinniście na to zwrócić uwagę i spróbować rozliczać PiS z tego, co robi?


Ponieważ rozrósł mi się ten Przegląd trochę bardzo, temat uciskania prawicowych pisarzy fantastów przerzucam do kolejnego (choć tu pasowałby on bardziej ze względu na to, że było o „kulturze”). Poza tym, apel polskich pisarzy-prawicowców przekonał mnie do tego, żeby odkopać materiały, które sobie kiedyś zebrałem do notki na temat polskiej prawicowej fantastyki, tak więc może tym razem uda się ją napisać.


Źródła:

https://www.politykazdrowotna.com/61276,premier-wirus-jest-w-odwrocie-who-nie-jestesmy-nawet-blisko-konca

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/koronawirus-w-polsce-lukasz-szumowski-o-zwiekszeniu-obostrzen/nc2d4v6

https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/koronawirus-janusz-cieszynski-kiedy-premier-mowil-o-odwrocie-wirusa-to-byla-prawda/xqyx7ft,79cfc278

 https://twitter.com/OnetWiadomosci/status/1289249103616958464

https://twitter.com/AnnaZalewskaMEP/status/1289135071459508225

http://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2020/02/przypomnimy-to-panu-hurtowo.html

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Polityka/Tuchow-traci-partnerstwo-z-francuskim-Saint-Jean-de-Braye.-Zawazyla-strefa-wolna-od-LGBT

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,25703195,francuska-gmina-zerwala-partnerstwo-z-tuchowem-wszystko-przez.html

https://www.facebook.com/1683534065241470/posts/2557444854517049/

https://www.dziennikwschodni.pl/krasnik/francuskie-miasto-rezygnuje-ze-wspolpracy-z-krasnikiem-na-tej-decyzji-najbardziej-straca-dzieci,n,1000260990.html

https://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/6445413,strefy-wolne-od-lgbt-miasta-francja-polska.html

https://tvn24.pl/polska/samorzady-z-uchwalami-stref-wolnych-od-lgbt-z-odrzuconymi-wnioskami-o-unijne-dofinansowanie-zbigniew-ziobro-chce-interwencji-premiera-4651329

https://www.newsweek.pl/polska/polityka/morawiecki-zapowiada-panstwowa-komisje-ktora-zajmie-sie-pedofilia-nie-tylko-w/bvgf4fn

https://wiadomosci.onet.pl/warszawa/krystian-legierski-oskarza-ksiedza-ktory-go-molestowal-w-dziecinstwie/t188gpc

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-07-25/przewodniczacy-komisji-ds-pedofilii-zwiazany-z-ordo-iuris-kmieciak-wyjasnia-w-polsat-news/

https://fakty.interia.pl/polska/news-jacek-kurski-o-pojedynku-filmow-o-pedofilii,nId,4510323

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1478167,latkowski-nic-sie-nie-stalo-ziobro.html

https://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/7,35771,25873851,zainspirowany-antyaborcyjnymi-banerami-grozil-lekarzom-z-kliniki.html

Wielce Uczona Debata Piknika z Panem Literaturoznawcą

(tylko dla ludzi o mocnych nerwach)

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1227675715635535872

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/504901-patryk-jaki-czy-ideologia-lgbt-istnieje

https://niezalezna.pl/344129-wspolna-lista-opozycji-w-wyborach-parlamentarnych-posel-psl-to-wykluczone

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/partia-razem-ogromne-zarobki-zarzadu-zandberg-zawisza-konieczny-i-matysiak-dostali-po/11wxghf

https://galopujacymajor.wordpress.com/2020/07/03/znalazlem-200-000-pln-pensji-w-partii-razem-czyli-o-tekscie-w-onecie-i-rzepie/

https://www.tvp.info/48791017/potezne-zarobki-razem-sie-tlumaczy-zgubiliscie-co-najmniej-140-tys-od-lba

https://oko.press/bielan-teczowa-flaga-na-jezusie-jak-wieprzowina-w-meczecie-cynizm-czy-ignorancja/


https://twitter.com/Policja_KSP/status/1290647051995435008

https://twitter.com/Policja_KSP/status/1291002728903303168

https://twitter.com/Policja_KSP/status/1290919301633974272














Na skraju Dnia Świstaka
17.07.2020
Ponieważ przez internety przewala się fala komentarzy pt. „jak to się stało?” uznałem, że pora na to, żebym wszedł cały na lewacko i dorzucił do tego swoje pięć szekli. Zacznę od tego, że ponieważ nie jestem optymistą, miałem raczej złe przeczucia odnośnie tego, jak skończą się te wybory. Przez moment sobie pozwoliłem na odrobinę optymizmu. Momentem tym było kilka godzin pomiędzy ogłoszeniem exit-poll i late poll. Exit poll był taki, że mogło się to gibnąć w dowolną stronę, late poll pokazał, że gibnęło się w stronę obecnego Prezydenta RP. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że mimo zwycięskiej przemowy Prezydenta RP, jego sztab wcale nie był taki pewny zwycięstwa. Nie jestem w stanie tego oźródłować, ale jeżeli ktoś sobie znajdzie nagrania z wieczoru wyborczego i popatrzy na twarze sztabowców (np. poprzedniczki Premiera Tysiąclecia), to raczej nie zobaczy on tam wielkiej radości. Zamiast tejże dominowała niepewność. Tak, wiem, Premier Tysiąclecia się cieszył, ale jego wystudiowane gesty i mimika popsutego androida jakoś niespecjalnie przekonująco wyglądały.


No dobrze, skoro wstęp mamy już za sobą, to teraz pora na przejście do meritum, czyli do mojego wymądrzania się w temacie tego „how the fuck did we get here?”. Od razu nadmienię, że jest to raczej złożona sprawa, choć spora część tego, co tu przeczytacie, mogliście (wielokrotnie) przeczytać na łamach („łamy”, jak to dumnie brzmi), mojego bloga. Jeżeli chodzi o samą kampanię Trzaskowskiego, to biorąc pod rozwagę to, ile miał czasu, jego kampanię można określić mianem zajebiście zorganizowanej. Gdyby podobną kampanię miał pięć lat temu ówczesny prezydent z ramienia Platformy Obywatelskiej, to nie siedzielibyśmy tutaj i nie zastanawiali się nad tym, jak bardzo tym razem będzie przejebane. No, ale to tylko dygresja. Faktem jest, że w przeciwieństwie do Bronisława „Gajowego” Komorowskiego, Trzaskowski musiał prowadzić kampanię w skrajnie niekorzystnych warunkach. Faktem jest również to, że jego partia (co prawda, raczej nieświadomie, ale to w niczym nie umniejsza jej odpowiedzialności) współtworzyła te warunki. Jeżeli więc już część lewicowego komentariatu musi kogoś biczować za to, że sztab Trzaskowskiego przed drugą turą mizdrzył się do Bosaka i Konfederacji, to uprzejmie podpowiadam, że tym kimś nie powinna być ta część lewicowego elektoratu, która w pierwszej turze zagłosowała na Trzaskowskiego (do tej części lewicowego komentariatu odniosę się w dalszej części).


Punktem wyjściowym mojego wymądrzania się będą wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich, w której to pierwszej turze Prezydent RP wraz z Bosakiem zebrali 50,28%. Dobry wynik Bosaka był o tyle zastanawiający, że Prezydent RP nie stronił od skrajnie prawicowej retoryki. Rzecz jasna, Bosak dzbanił znacznie bardziej, ale jeżeli chodzi o szczucie na mniejszości seksualne, to obaj panowie mówili bardzo podobne rzeczy. Pora na pierwszy w tej notce eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie co by było, gdyby Prezydent RP wygadywał podobne idiotyzmy (o „prawdziwej rodzinie”/etc.) w trakcie kampanii wyborczej 2015. Konkretnie zaś wyobraźmy sobie, jaki byłby tego efekt końcowy. Moim skromnym zdaniem, gdyby ówczesny kandydat Zjednoczonej Prawicy używał tak skrajnej retoryki, to raczej nie wszedłby do drugiej tury, a jeżeli już, to dostałby w niej srogi wpierdol (obstawiam, że byłoby to jakieś 60:40). Prócz tego, zostałby przez większą część suwerena uznany za ciężki przypadek oszołoma. Jak to więc możliwe, że w 2020 „oszołomska” retoryka pozwala na zwycięstwo w wyborach? Ano tak to, że mamy za sobą 5 lat prawicowo-konserwatywnej urawniłowki. Nie wiem, po co Zjednoczona Prawica ją zapoczątkowała (nie uwierzę w to, że „z badań” im wyszło, że stosowanie takiej retoryki nie tylko nie przeszkodzi im w wygrywaniu wyborów, ale wręcz pomoże w ich wygrywaniu), ale praktycznie zaraz po przejęciu mediów publicznych zaczęło się ostre napierdalanie we wszystko, co niekonserwatywne i nieprawilne. Im dłużej trwały rządy Zjednoczonej Prawicy, tym ostrzejsza była retoryka, to się raczej nie zmieni, tak więc lojalnie uprzedzam, że „Inwazja” to nie jest wszystko na co stać media rządowe.


Ktoś może powiedzieć, no dobrze, wszyscy wiemy co odpierdalają rządowe media, ale gdzie tu widzisz winę Platformy Obywatelskiej, lewaku? Ano w tym, że PO zrobiło bardzo niewiele, żeby się temu przeciwstawić. Śladowe ilości progresji można było odnaleźć w obietnicach wyborczych w trakcie wyborów do PE, ale potem PiS tupnął nogą (zaczął szczucie na mniejszości seksualne) i PO sobie odpuściło progresywność, zaś część liberalnego komentariatu w tych śladowych ilościach „postępowości” dopatrywała się przyczyn porażki wyborczej Koalicji Europejskiej. O tym, że była to wierutna bzdura wspominać nie trzeba (bo szkoda na to miejsca). Zamiast tego pozwolę sobie zauważyć, że „postępowość” KE była tak bardzo śladowa, że kiedy Paweł Rabiej powiedział, że: „Najpierw przyzwyczajmy ludzi, że związki partnerskie to nie jest samo zło, że nie niszczą tkanki społecznej i polskiej rodziny. Potem łatwiej będzie o kolejne kroki, o równość małżeńską z adopcją” i wybuchła gigantyczna gównoburza (kręcona głównie przez rządowe media), Rabiejowi oberwało się od praktycznie wszystkich. Cebulą na torcie była wypowiedź Grzegorza Schetyny (gdyby ktoś kiedyś zbadał, jaki odgłos mają spadające słupki sondażowe, to bardzo możliwe, że odgłos ten przypominałby głos Schetyny), który oznajmił z rozbrajającą szczerością, że: „Nie akceptuję wypowiedzi wiceprezydenta Warszawy Pawła Rabieja na temat adopcji dzieci przez pary homoseksualne; to nie jest wypowiedź nikogo z Koalicji Europejskiej ani z Platformy”. Wcześniej w temacie wypowiedzi Rabieja zwymiotował jeden z polityków PSL, który stwierdził, że "Rabiej to se może psa adoptować”. Tego rodzaju wypowiedzi było od cholery i, co znamienne, padały one również z tej „liberalnej” i antyPiSowej strony. To, co działo się po wypowiedzi Rabieja, to idealne egzemplum tego, jak wyglądało ostatnie pięć lat. Gdzieś tam padła jakaś wypowiedź, która na Zachodzie mogłaby paść z ust jakiegoś chadeka, albo konserwatysty (no wiecie, małżeństwa jednopłciowe, adopcja dzieci przez pary jednopłciowe/etc.)? Zjednoczona Prawica momentalnie rozkręcała hejty (że zgniłe lewactwo, że degrengolada i chuj wie, co jeszcze). W momencie, w którym odłamkami zaczynała obrywać PO – jej konserwatywny człon zaczynał się odcinać od jakiegokolwiek „postępu”. Jeżeli nie robili tego członkowie PO, robił to za nich Roman Giertych. Efekt końcowy był taki, że jeżeli chodzi o tematy takie, jak małżeństwa jednopłciowe (i adopcja dzieci prze pary jednopłciowe), to mniejszości seksualne mogły liczyć tylko i wyłącznie na lewicę, która to lewica i jej postulaty była potem flekowana przez rządowe media i konserwatywnych członków PO. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że wygadywaniem idiotyzmów na temat mniejszości seksualnych zajmowało się nie tylko PO. We wrześniu 2016 Ryszard Petru (był kiedyś taki polityk), zawiadowca partii o nazwie „Nowoczesna” (była kiedyś taka partia) powiedział był: „Najgorszą rzeczą jest to ukrywać. Bo człowiek całe życie musi funkcjonować w ukryciu. Dobrze by było, aby w Polsce ludzie, którzy mają inną orientację niż heteroseksualna nie musieli się tego wstydzić, co nie znaczy, że muszą się z tym obnosić”. 


W ten oto sposób w ciągu pięciu lat udało się doprowadzić do sytuacji, w której „oszołomem” nie był Prezydent RP, bełkoczący o neobolszewizmie, ideologii i „prawdziwej rodzinie”, ale lewicowi politycy, którzy opowiadali się za równością małżeńską/etc. Pięć lat cofania się, ilekroć Zjednoczona Prawica tupnęła nóżką. Pięć lat pierdolenia, z którego wynikało, że no w sumie to te osoby homoseksualne to niby są „jak ludzie”, ale małżeństw dla nich się nie przewiduje, a o adopcji dzieci niech zapomną. Żaden z tuzów z liberalnego komentariatu nie wpadł na to, że tego rodzaju działania doprowadzą do stanu, w którym znaczna część suwerena uzna, że skoro prawie wszyscy podchodzą do tego tematu, jak pies do jeża, to coś musi być nie tak z tymi elbagietami. Jeżeli ktoś chciałby w tym miejscu zgłosić votum separatum i powiedzieć, że to nie tak, bo Trzaskowski podpisał kartę LGBT, to ja takiej osobie zacytuję Grzegorza Schetynę: „My nie krytykujemy Kościoła. Karta LGBT nie przystaje do naszego programu”. W niczym nie pomagało również to, że część liberalnego komentariatu (i polityków PO) wspierało PiSowską narrację, w myśl której w Polsce mamy, kurwa, jakąś „skrajną lewicę”. Jeżeli bowiem ludzie słyszą o tym, że w Polsce jest jakaś skrajna lewica, a „skrajna lewica” w Polsce to np. Razem, albo inna Wiosna (tak była kiedyś taka partia), to nietrudno przewidzieć, że po jakimś czasie takiego prania mózgów część ludzi dojdzie do wniosku, że postulaty odnoszące się do legalizacji związków partnerskich są „skrajnie lewicowe” (lub „lewackie”). Nawiasem mówiąc, nieco ujmująca jest ta obawa PO przed tym, że ktoś ich nazwie „lewakami”. Choćby dlatego, że proces „ulewaczania” Platformy Obywatelskiej trwał od dłuższego czasu. Potrzebny dowód? Proszę bardzo. Kwiecień 2013, Jarosław Kaczyński komentuje dymisję Jarosława Gowina: „Nie jestem zwolennikiem tego rządu, więc powtórzę, że przydałaby się dymisja całego rządu, ale poszczególne dymisje ministrów specjalnie mnie nie interesują. Nie będę się wtrącał w ich wewnętrzne strony. PO jest już partią nie lewicową, ale lewacką – powiedział Kaczyński pytany o ewentualną dymisję ministra Gowina. Dodał, że w sprawie ewentualnego przyjęcia ministra sprawiedliwości do PiS nie może powiedzieć nic, ponieważ Jarosław Gowin nie zgłosił chęci akcesu.”. PiS swojemu betonowemu elektoratowi od dawna tłumaczył, że PO to „lewaki” (co jest o tyle zabawne, że lejtmotywem PiSowskiej kampanii wyborczej w 2005 roku była „polska solidarna vs. polska liberalna”) i to w żaden sposób nie przekładało się słupki sondażowe obu partii, ani też na ich wyniki wyborcze. Platforma nie przejebała wyborów w 2015 dlatego, że była powszechnie uznawana za „lewaków”, ale dlatego, że zjebała obydwie kampanie wyborcze w tymże roku. Moim zdaniem w chuj ironiczne jest to, że do momentu, w którym politycy Platformy Obywatelskiej (i liberalny komentariat) olewali to, że PiS określał Platformę mianem „lewackiej partii”, PiSowski przekaz trafiał tylko do betonu spod znaku Radia Maryja i księdza Oko, kiedy zaś zaczęto się tym straszliwie przejmować (obstawiam, że były to nieudolne próby zrozumienia przyczyn porażek w 2015), PiSowska narracja okazała się bardzo skuteczna. Im bardziej PO unikało etykietki „lewackiej partii” tym bardziej PiSowi udawało się tę etykietkę przyczepiać. Finałem było to, że Zjednoczonej Prawicy udało się (skutecznie) nastraszyć część wyborców „kartą LGBT”, którą Trzaskowski miałby wprowadzić w Polsce po wygranych wyborach. Przez moment miałem ochotę zapodać w tym miejscu rant na to, że sztab Trzaskowskiego nawet nie próbował tłumaczyć tego, co to tak właściwie jest ta „karta LGBT” (bo może akurat suweren mniej by się jej obawiał, albo co), ale potem do mnie dotarło, że to było awykonalne. Nie da się w przeciągu paru dni nadrobić kilku lat ulegania Zjednoczonej Prawicy, jak przysłowiowemu wrzodowi na przysłowiowej dupie.


No dobrze, ale czy gdyby PO postawiła się Zjednoczonej Prawicy i broniła mniejszości seksualnych, to czy cokolwiek by to zmieniło? Zmieniło by całkiem sporo. Nie jest tajemnicą to, że spora część liberalnego komentariatu przyklaśnie każdemu pomysłowi PO. Gdyby PO stanęło w obronie mniejszości seksualnych (i nie pierdoliło się w tańcu ze Zjednoczoną Prawicą), to liberalny komentariat również by ich bronił, a co za tym idzie, broniłaby ich również część mediów sprzyjających Platformie Obywatelskiej (słowo komentarza „media sprzyjające” to nie to samo, co media zarządzane przez daną partię, to tak na wypadek nagłego ataku centrystów). PO mówi głośno o potrzebie uregulowania kwestii związków partnerskich i małżeństw jednopłciowych, a Zjednoczona Prawica zaczyna bełkotać o genderze, lewakach i niszczeniu rodziny? Politycy PO idą do mediów i mówią o tym, że to w sumie urocze, że PiSowi wydaje się, że to są „lewackie postulaty”, bo w tym i tym i tym kraju wprowadzali je chadecy i konserwatyści (w tym Cameron, który był przeca strategicznym partnerem Genialnego Stratega w UE). Co prawda, trzeba by było zakneblować Giertycha (i odebrać mu hasło do ćwitra), ale byłoby to wykonalne. Zjednoczona Prawica zaczyna bełkotać w mediach o skrajnej lewicy? Politycy PO tłumaczą prostymi słowy, że w Polsce skrajnej lewicy nie ma, jest za to problem ze skrajną prawicą, która robi to, to, to i to. Zjednoczona Prawica zaczyna bełkotać o gejach i neobolszewizmie? Politycy PO idą do mediów i tonem, z którego wynika, że są zatroskani kondycją intelektualną polityków partii rządzącej pytają o to, czemu Zjednoczona Prawica próbuje dzielić Polaków na kategorie? Zjednoczona Prawica opowiada o zagrożeniu zgnilizną moralną, która przychodzi z Zachodu? Politycy PO idą do mediów i mówią, że no wszystko spoko, ale czemu tak właściwie Zjednoczona Prawica opowiada jakieś brednie, które da się znaleźć na stronach pisanych cyrylicą? I tak dalej i tak dalej. Ilekroć Zjednoczona Prawica zaczynałaby bełkotać, dostawałaby po łapach. Jakże, kurwa, odmienna byłaby sytuacja polityczna w naszym kraju, gdyby PO nie było tak straszliwie zesrane? Owszem, media rządowe nadal snułyby swoje fantasmagorie, ale miałyby one o wiele mniejszą siłę rażenia, zaś ich powtarzanie mogłoby się skończyć tym, że naczelny, że tak to ujmę, organ, partii byłby uznawany za coś w rodzaju TV Republiki (której nikt nie oglądał i nikt nie ogląda), albo inszej Frondy.


Na moment odejdźmy od tematu wyborczego i podumajmy w temacie tego „co będzie dalej” ze skrajnie prawicowo-kosnerwatywnymi narracjami i działaniami serwowanymi nam przez Zjednoczoną Prawicę. Jest nad czym dumać, bo w samej Zjednoczonej Prawicy najprawdopodobniej ktoś się zorientował, że srogo przegięto pałę w tej kampanii. Sporo uwagi poświęcono wystąpieniu córki obecnego Prezydenta RP na wieczorze wyborczym. Zacytuję tutaj fragment wypowiedzi: „Chciałabym zaapelować o to, by nikt w naszym kraju nie bał się wyjść z domu. Niezależnie od tego, w co wierzymy, jaki mamy kolor skóry, kogo popieramy i kogo kochamy. Wszyscy jesteśmy równi i wszyscy zasługujemy na szacunek. Nikt nie zasługuje na to, by być obiektem nienawiści, absolutnie nikt”. Od razu nadmienię, że nie wierzę w to, żeby którekolwiek z tych słów było szczere. Komentujący tę wypowiedź podzielili się w głównej mierze na dwa obozy. Jeden twierdzi, że jeżeli córce Prezydenta RP tak bardzo zależało na tym, żebyśmy się wszyscy szanowali wzajemnie, to mogła poruszyć ten temat w trakcie kampanii, kiedy to jej ojciec i jego sztab uprawiali radosne szczucie na mniejszości seksualne. Drugi obóz twierdzi, że w sumie to jest wiekopomna chwila, że to jest wezwanie do pojednania narodowego i że w ogóle propsy dla córki Prezydenta RP, za to, że to powiedziała/etc. Gwoli ścisłości, celem uniknięcia jakichkolwiek nieporozumień, zgadzam się ze stanowiskiem tego pierwszego obozu. Jeżeli komuś faktycznie zależałoby na krzewieniu tolerancji, to ten ktoś nie czekałby do wieczoru wyborczego, ale odezwał się w trakcie kampanii, mając wyjebane na to, jaki wpływ owo odezwanie się miałoby na kampanię ojca tego kogoś. Jeżeli zaś chodzi o obóz drugi (propsy dla córki/etc.) to mam temu obozowi do powiedzenia kilka słów. Czy wy jesteście, kurwa, poważni? Czy wam się wydaje, że ktoś wpuścił córkę Prezydenta RP na mównicę, a wcześniej dał jej wolną rękę w kwestii tego, o czym będzie mówić? Ta wypowiedź została przygotowana przez sztab wyborczy i miała wywołać efekt „ocieplenia wizerunku” Prezydenta RP. Wniosek z tego płynie taki, że swoim oślim zachwytem wspieracie działania spindoktorów Zjednoczonej Prawicy. To, że część z was uważa się za „dziennikarzy”, zakrawa na kpinę. Wspomniałem o tej wypowiedzi właśnie ze względu na to, że została ona przygotowana przez ludzi odpowiedzialnych za kreowanie wizerunku Zjednoczonej Prawicy i Prezydenta RP. Owszem, chodziło o ocieplenie wizerunku, ale należy zwrócić uwagę na to, że część elektoratu Zjednoczonej Prawicy, to ludzie o skrajnych poglądach i im tego rodzaju odezwa mogłaby nie przypaść do gustu szczególnie, że szczuto ich przez ostatnie pięć lat na mniejszości seksualne. Obstawiam, że ułożenie takiej, a nie innej wypowiedzi wzięło się „z badań”. Nie wiem, z jakim wyprzedzeniem Zjednoczona Prawica dorwała się do badań exit-poll, ale jeżeli zrobiła to odpowiednio szybko, to „mózgi” mogły ogarnąć, że obecny Prezydent RP raczej kiepsko wypadł wśród ludzi młodych, a to źle rokuje na przyszłość.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Kolejnym sygnałem sugerującym, że ktoś w Zjednoczonej Prawicy zaczął się zastanawiać nad tym, czy przypadkiem nie nadszedł „czas na zmiany”, był wpis, który pojawił się na koncie Marcina Palade. Ów człowiek jest konserwatywnym betonem, który od dłuższego czasu mocno kibicuje Zjednoczonej Prawicy (nie wiem, czy ma z nią jakieś powiązania natury formalnej, ale w ciemno można założyć, że raczej nie jest outsiderem). Cóż takiego napisał Marcin Palade? „Nieznaczna wygrana PAD z RT powinna dać do myślenia Nowogrodzkiej. Zwłaszcza jak wejdziemy w strukturę wyborców. To była ostatnia kampania, którą PiS mogło wygrać "na Niemca i LGBT". Polska się modernizuje i laicyzuje, rosną aspiracje. Kierunek do 2023 wydaje się więc oczywisty.” Zanim przejdę do meritum pozwolę sobie na dygresję krótką. Ciekawym, czy gdyby wybory prezydenckie wygrał kandydat, który ewidentnie szczułby na katolików (i np. złożył projekt zmiany Konstytucji, w którym stałoby, że katolicy powinni mieć zakaz adopcji dzieci), opowiadałby o tym, że katolicyzm, to taki współczesny neobolszewizm/etc., to czy Marcin Palade, analizując ten rodzaju argumentacji również ograniczyłby się do wzmianki o tym, że ów ktoś wygrał wybory metodą „na katolika”? Sądzę, że wątpię. Skoro zaś już wiemy, jakie podejście do mniejszości seksualnych ma pan Palade, zastanówmy się przez chwilę nad tym, jak bolesna musiała być dla niego świadomość, że być może partia rządząca będzie musiała przystopować. Jestem się w stanie założyć o wiele, że Palade nie jest jedyną osobą z obozu władzy, która dostrzegła ten „problem” (cudzysłów, albowiem jest to problem w ich optyce).


Czy z tego, co napisałem powyżej wynika, że Zjednoczona Prawica się uspokoi? No nie bardzo. Wynika z tego co najwyżej tyle, że „może” się uspokoić. Z jednej bowiem strony Prezydent RP opowiada o tym, że jeżeli ktoś się poczuł urażony, to on przeprasza (swoją drogą, jest to podręcznikowy wręcz przykład „non-apology”), ale z drugiej strony, projektu zmiany Konstytucji nie wycofał. Warto również wspomnieć o tym, że o ile część ludzi w Zjednoczonej Prawicy ogarnia to, że być może czas na zmiany, to jest tam również taka część, która widzi tylko to, że w ten sam sposób (szczucie) udało się wygrać kolejne wybory. Dla takich ludzi przekaz „no dobra, te i poprzednie i jeszcze poprzednie w ten sposób wygraliśmy, ale kolejne możemy przez to przejebać”, będzie zbyt trudny do ogarnięcia.  Poza wszystkim innym, nawet gdyby Zjednoczona Prawica doszła do wniosku, że może jednak nie warto (z przyczyn czysto pragmatycznych) szczuć na własnych obywateli, to tego nie da się załatwić za pomocą „przestawienia wajchy”. Nie da się pstryknięciem palców wymazać ludziom z głów pięciu lat masowego szczucia. Warto również wspomnieć o tym, że nawet gdyby Zjednoczona Prawica uznała, że „trzeba przystopować”, to natrafiłaby na dwa problemy. Jednym z nich jest Konfederacja, która po „przystopowaniu” przez Zjednoczoną Prawicę, ochoczo zaczęłaby tłumaczyć wszystkim dookoła, że oni od dawna mówili, że PiS to lewaki, a teraz mają kolejny dowód. Ponadto, Konfederacja równie ochoczo zagospodarowałaby część elektoratu Zjednoczonej Prawicy, która to część byłaby „zniesmaczona” spolegliwością względem zgnilizny moralnej, która przyszła do nas z Zachodu. Drugim problemem, znacznie bardziej istotnym od pierwszego, jest Solidarna Polska. Zjednoczona Prawica jest zlepkiem partii, które mają skrajnie konserwatywne poglądy, ale nawet na tle pozostałych Solidarna Polska się wyróżnia. Jeżeli chodzi o twórczość polityków Solidarnej Polski, to, w telegraficznym skrócie wygląda to tak, że jeżeli widzicie gdzieś wypowiedź, która wskazuje na to, że jej autor jest skrajnie prawicowym szurem i jego nazwisko nic wam nie mówi, to możecie być pewni, (gdzieś tak na 90%), że macie do czynienia z politykiem tej formacji. Takie nazwiska jak Kaleta, Jaki, Matecki, a ostatnio Kowalski wypromowano głównie dzięki skrajnie prawicowej retoryce. Ponieważ skrajność wypowiedzi i zachowań polityków Solidarnej Polski jest tym, co wyróżnia tę partię w Zjednoczonej Prawicy, raczej nie powinniśmy się spodziewać „nawrócenia”. Może inaczej – nawet gdyby Zjednoczona Prawica (większość tejże) uznała, że lepiej się uspokoić, to Solidarna Polska najprawdopodobniej będzie się temu sprzeciwiać. Aczkolwiek, gdyby zaszła taka potrzeba, to politycy tej formacji potrafią udawać, że przeszli przemianę (vide, Patryk Jaki, który udawał spoko ziomka [który już nie lubi mniejszości seksualnych], żeby zwiększyć swoje szanse w wyborach na prezia Wawy).


Kolejnym problemem, z którym musieli się mierzyć wszyscy kontrkandydaci obecnego Prezydenta RP było to, że praktycznie całe państwo zamieniło się w jego sztab. Rządowe media (z TVP Info na czele) były tak bezstronne, że powinno się na nich umieszczać informację: „materiał przygotowany przez sztab obecnego Prezydenta RP, ale sfinansowany z pieniędzy podatnika”. Czy ktokolwiek był tym faktem zaskoczony? Raczej nie. Czy uznaliśmy to za sytuację w miarę normalną (normalną w naszym kraju, pod rządami Zjednoczonej Prawicy)? Owszem. I to jest, moim zdaniem, zajebisty problem, który wziął się stąd, że nic z tym fantem nie zrobiono. Ktoś może powiedzieć, no ale przecież Zjednoczona Prawica trzyma KRRiTV i całe media i nic się z tym faktem nie da zrobić. Owszem, nie da się w żaden sposób „zabrać”mediów rządowych, ale można było zrobić wiele, żeby były one wiarygodne dla znacznie mniejszej liczby ludzi. Nie, powtarzanie, że TVP kłamie nie wystarcza. Trzeba to ludziom pokazać. Media rządowe powinny być debunkowane 24/7. Powinny się doczekać bazy danych, w której przeciętny obywatel mógłby bez problemu znaleźć wszystkie ściemy (bądź też wszystkie narracje „zapożyczone” od Rosjan), które byłyby dokładnie opisane. Można było wykonać badania, w których sprawdzono by „gdzie ludzie oglądają TVP” i zawalić te regiony kampaniami informacyjnymi, w których opisywano by np. to, że „w ciągu tygodnia TVP skłamało tyle i tyle razy (obstawiam, że nie byłaby to liczba mniejsza od 1000), podatnika kosztowało to tyle i tyle, czy naprawdę tego chcesz?” A do tego billboardy, na których opisywano by (w skrócie) najbardziej ordynarne ściemy. Trzeba było, kurwa, zafundować rządowym mediom kampanię, którą swego czasu zafundowano sędziom. Można było robić krótkie filmiki na temat twórczości mediów rządowych. Można było zrobić cokolwiek – nie zrobiono nic. Ja wiem, że debunkowanie samego TVP Info 24/7 wymagałoby ogromnych nakładów finansowych i zaangażowania w to sporej liczby ludzi, ale wydaje mi się, że największa partia opozycyjna nie narzeka na brak jednego i drugiego. Uniewiarygodnienie mediów rządowych nie byłoby na pewno proste, ale dało się zrobić. Zamiast tego mieliśmy jedynie przekaz „TVP kłamie” i zapowiedź likwidacji TVP. No spoko, tylko że dla części suwerena (i nie mam tu na myśli betonu) media, ekhm, „publiczne” są wiarygodne i dla nich ta zapowiedź była równoznaczna zamachem na niezależność telewizji publicznej/etc. Gdyby wcześniej zrobiono kampanię informacyjną z mediami, ekhm, „publicznymi”, to ci sami ludzie domagaliby się zaorania tychże mediów.


Jeżeli chodzi o kwestie stricte kampanijne, to sporo pisano na temat tego (ja również to robiłem), że Zjednoczona Prawica robi reenacting kampanii z 2015 (próbując osadzać Trzaskowskiego w roli nowej odmiany Bronisława Komorowskiego). Praktycznie nikt (ze mną włącznie) nie zwrócił uwagi na to, że Platforma robiła to samo, z tym, że Platformersi usiłowali robić reenacting kampanii PiSu i zdominować internet. Co prawda im się to udało (głównie za sprawą wkurwionego suwerena, który flekował PiS przy każdej okazji), ale to był taki trochę cult cargo – ktoś bowiem uznał, że dominacja w internecie (która jest niezaprzeczalna, bo PiS od jakiegoś czasu jest nieprzerwanie w głębokiej defensywie [powtarzam, chodzi o internet]), wystarczy do wygrania wyborów. Okazało się, że nie bardzo. PiSowi zresztą dominacja w internecie nie jest do niczego potrzebna. Ok, przegrywanie sond i bełkotanie o „koreańskich botach” i „kupionych głosach” jest może trochę czerstwe, ale, jak widać, w niczym nikomu nie przeszkadza. PiS używa internetów w sposób (jak na tę partię) subtelny. Kiedy dochodzi do sytuacji, w której trzeba powiedzieć coś, czego nie może powiedzieć żaden polityk Zjednoczonej Prawicy, PiS (/Zjednoczona Prawica) robi następującą rzecz. Do „zareagowania” w adekwatny sposób oddelegowany zostaje jakiś dron-influencer Zjednocznej Prawicy, a rządowe media potem tę „reakcję” rozpowszechniają. Chcecie przykładu? Proszę bardzo. W trakcie jednej z wielu słownych utarczek na linii Mosbacher – polski rząd, do akcji wkroczyło konto o nazwie Nagroda Złotego Goebbelsa, które zaczęło tłumaczyć, że w sumie to sobie Mosbacherowa pogadała, ale ona się nie zna, bo to, to to i to. Nie obserwuję tego konta i praktycznie nigdy nie ląduje ono na moim TL ćwiterowym. Jak więc się o tym dowiedziałem? A no tak, że na TVP Info pojawił się następujący materiał: „„Nagroda Złotego Goebbelsa” odpowiada ambasador Mosbacher i punktuje manipulacje TVN”. W artykule zaś pojawiła się praktycznie cała „argumentacja” NZG. Po to właśnie PiS działa w internecie. Żeby pokazać, że „internauci” reagują na to i owo. Nie ma tu znaczenia fakt, że owi internauci w 99% przypadków są dronami-influencerami Zjednoczonej Prawicy. Obozowi opozycyjnemu wystarczyło spuszczanie Zjednoczonej Prawicy wpierdolu w internetach i nikt się za bardzo nie przejmował tym, że to, co stało się na ćwitrze, zostało na ćwitrze. Zjednoczona Prawica używa też internetu w jeszcze inszy sposób. Otóż, ilekroć ktoś z obozu „anty PiS” popełni jakiś wysryw, tylekroć media rządowe to pokazują i tłumaczą, że to jest właśnie pogarda liberalnego salonu/etc. Dla porównania, strona przeciwna nie potrafiła wykorzystać przeciw Zjednoczonej Prawicy twórczości Dariusza Mateckiego. Różnica między nim, a jakimś antyPiSowskim influencerem polegała na tym, że on jest, kurwa mać (uwaga CAPS) CZŁONKIEM SOLIDARNEJ POLSKI (a co za tym idzie Zjednoczonej Prawicy). To jest znacznie większy kaliber, niż wpis z internetowego konta Krystyny Jandy albo innej Manueli Gretkowskiej. Opozycja nie wykorzystuje również internetowej twórczości pracowników mediów rządowych, choć byłaby to żyła złota (i zrobiłoby furorę, gdyby ktoś to wydrukował i zrobił z tego outdoorowe materiały), ale to już szczegół.


Nieco wcześniej zasygnalizowałem, że pochylę się nad częścią lewicowego komentariatu, który był niemożebnie skonfundowany tym, że lewica nie ma żelaznego elektoratu. Wiecie, ja rozumiem wkurwienie na kiepski wynik Roberta Biedronia, ale to, co robi część lewicowego komentariatu, jest o wiele bardziej spektakularne od tego, co robi po każdej porażce komentariat liberalny. Otóż różnica polega na tym, że komentariat liberalny hejtuje „wrogi” elektorat, a część komentariatu lewicowego hejtuje swój własny. Powtarzam, podzielam wkurw na zły wynik Biedronia, ale hejtowanie elektoratu, który w pierwszej turze zagłosował na Trzaskowskiego, to nie jest dobry pomysł. Nie jest winą elektoratu to, że Biedroń miał, eufemizując, niezbyt dobrą kampanię. Co w sumie nie jest dziwne, bo SLD raczej nie zależało na tym, żeby miał zbyt dobry wynik (bo to wzmocniłoby jego pozycję negocjacyjną w trakcie rozmów „fuzyjnych” pomiędzy Wiosną i SLD). Wróćmy na moment do argumentacji, z której wynikało, że ta część lewicowego elektoratu, która zagłosowała na Trzaskowskiego w pierwszej turze jest odpowiedzialna za to, że sztab Trzaskowskiego mizdrzył się do Bosaka i niespecjalnie pochylał się nad tym, żeby pozyskać lewicowy elektorat. Ponieważ przychodzicie tu po brutalną szczerość, toteż będę brutalnie szczery: wynik Biedronia nie miał znaczenia. Po pierwsze, ze względu na to, że kredens debaty publicznej został przesunięty tak bardzo w prawo, że żaden z kandydatów, którzy weszli do drugiej tury nie zabiegał o lewicowy elektorat (choć obaj musieli mieć świadomość tego, że „lewaków” jest znacznie więcej, niżby to wynikało z mizernego wyniku Biedronia). W 2010, kiedy debata publiczna jeszcze nie była tak bardzo jebnięta w prawo, Jarosław Kaczyński mizdrzył się do SLD („My się nie boimy żadnych zarzutów. Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi - może i po trosze jesteśmy. Dzisiaj zresztą warto używać tego słowa - lewica, a nie postkomunizm - mówił w Szczecinie (…) Jeśli ktoś mnie zapyta, kim jest Józef Oleksy, to powiem: "jest to polski lewicowy polityk - no powiedzmy sobie - starszo-średniego pokolenia"). Ktoś może podnieść argument, że to dlatego, że Napieralski miał dobry wynik (13,68%), ale, (pozwólcie, że trochę sobie pogdybam) moim zdaniem, nawet gdyby Biedroń miał jakieś 10%, to obecny Prezydent RP nie pochyliłby się nad tym elektoratem (bo, primo, byłoby to sprzeczne z jednym z filarów jego kampanii, a secundo, lewicowy elektorat nie nabrałby się na mutację piosenki „I can change”). Tym samym, lewicowy elektorat miałby mocno ograniczony wybór w drugiej turze, a co za tym idzie, Trzaskowski też niespecjalnie musiałby o ten elektorat zabiegać. Natomiast obaj kandydaci zabiegaliby o elektorat Bosaka i Hołowni. Sorry, taki mamy klimat. Jeżeli lewica chce cokolwiek ugrać, czeka ją tytaniczna wręcz praca, bo warunki są dla lewicy wybitnie niesprzyjające (bardziej niż zazwyczaj). Ktoś może powiedzieć, no ale jak to, przecież sam wcześniej pisałeś, że nawet Zjednoczona Prawica może się ucywilizować ze względu na to, że społeczeństwo się zmienia/etc. Owszem, tylko że warto mieć na uwadze to, że o ten „progresywny” elektorat z lewicą będzie walczyła Platforma Obywatelska, a jak wiadomo „duży może więcej”. Osobną kwestią jest to, że gdyby Zjednoczona Prawica się ucywilizowała, to właśnie po to, żeby spróbować przyciągnąć do siebie ten elektorat. Jeżeli ktoś chce mi tutaj napisać, że to się Zjednoczonej Prawicy na pewno nie uda, to ja uprzejmie przypominam, że nie takie szpagaty się temu ugrupowaniu udawały (głównie dzięki niemocy opozycji). 


Na sam koniec zostawiłem sobie troszeczkę miejsca na to, żeby napisać „co dalej” będzie się działo z naszym pięknym krajem nad Wisłą. Pozwolę sobie przytoczyć historię, którą kiedyś opowiedział mi znajomy, który nieco wcześniej przeczytał (bądź obejrzał, nie pamiętam już, bo to dawno temu było) wywiad z jakimś kierowcą rajdowym (tak więc będzie anecdata z anecdaty). Nie wiem, jakie było pytanie dziennikarza, ale z odpowiedzi kierowcy można było wywnioskować, że było to coś w rodzaju „co robić jak się wpadnie w poślizg przy dużej prędkości”. Kierowca odpowiedział, że w takiej sytuacji pozostaje jedynie czekanie na to, „z której strony trafi się coś twardego” (w domyśle, albo jakiś kamień, albo drzewo, albo coś w ten deseń). W chwili obecnej nie pozostaje nam w sumie nic innego. Może się okazać, że jakoś wyjdziemy z tego poślizgu, ale moim skromnym zdaniem, raczej w coś przyjebiemy. Kwestią otwartą jest jedynie to, co to będzie.


Źródła:

https://wybory.gov.pl/prezydent20200628/

https://www.tvp.info/41763210/polityk-psl-krytykuje-slowa-rabieja-moze-adoptowac-sobie-psa

https://www.tvp.info/41760514/schetyna-nie-akceptuje-wypowiedzi-rabieja-na-temat-adopcji

https://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,20721325,petru-dostalo-sie-za-slowa-o-obnoszeniu-z-orientacja-seksualna.html

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/602390,schetyna-kosciol-lgbt-wybory.html

https://www.wprost.pl/prime-time/telewizja/397641/kaczynski-po-jest-partia-lewacka.html

https://polskatimes.pl/kinga-duda-w-ogniu-krytyki-po-wieczorze-wyborczym-paulina-mlynarska-i-karolina-korwinpiotrowska-o-slowach-corki-prezydenta/ar/c1-15078745

https://twitter.com/MarcinPalade/status/1282950852479717376

https://www.tvp.info/47672158/nagroda-zlotego-goebbelsa-odpowiada-ambasador-mosbacher-i-punktuje-manipulacje-tvn

https://dorzeczy.pl/kraj/146838/gretkowska-nie-wytrzymala-sprzedaje-dom-i-wyjezdza-z-polski-godnie-spieram.html

https://tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/kaczynski-o-nowym-jezyku-jak-mnie-zapytaja-kim-jest-oleksy,137675.html?h=21b1

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_prezydenckie_w_Polsce_w_2010_roku


Wszystko gnije
10.07.2020
Na samym początku tejże notki muszę przyznać, że pomysł na nią ewoluował przez jakiś czas (nie, tym razem nie chodziło o moje wrodzone [bądź też nabyte, to kwestia dyskusyjna] lenistwo). Zaczęło się od tego, że w trakcie starcia na linii Gowin (aka Reed Richards) – Kaczyński (aka – Genialny Strateg), naszła mnie myśl, że państwo chyba nie powinno działać w ten sposób, że spotyka się dwóch typów  (nie wiem, czy przy kawie i ciastkach, bo atmosfera była na tyle napięta, że spodziewałbym się tam raczej cykuty, dioksyn, albo innego nowiczoka) i ustalają, że wybory nie odbędą się wtedy i wtedy, a cały aparat państwowy ma się do tego dostosować. Nie chciałbym być źle zrozumiany, pomysł zorganizowania wyborów w maju był pomysłem skrajnie idiotycznym, tak więc dobrze się stało, że zostały one przesunięte. Niemniej jednak sposób, w jaki do tego doszło pozostawia, kurwa, wiele do życzenia. Dość długo zastanawiałem się nad tym, jak zatytułować tę notkę, i czy „porozumienie monowładzy” będzie odpowiednie, ale (jak się pewnie domyśliliście) zmieniłem zdanie. Wspominam o tym dlatego, że nadal uważam za zabawne, że człowiek, który samodzielnie steruje państwem napisał kiedyś książkę pt. „Porozumienie przeciw monowładzy”.


Jak się zapewne domyślacie, notka będzie o gniciu państwa. Co prawda to, co się odjebało z „wyborami kopertowymi” było tylko jednym z wielu przykładów (nie pierwszym i nie ostatnim) na to, jak bardzo sobie obecne władze wycierają dupę powagą państwa (niestety, żadne lepsze określenie mi do łba nie przyszło, tak więc musi być ta „powaga”), ale było to na tyle zjawiskowe, że będzie punktem wyjścia dla niniejszej notki. Od razu nadmieniam, że będzie to telegraficzny skrót, bo na temat tych wyborów dałoby się pewnie książkę napisać. Wszystko zaczęło się zapewne wtedy, gdy sieknięto lockdownem i ktoś w Zjednoczonej Prawicy doszedł do wniosku, że choć lockdown nam pomoże uniknąć scenariusza włoskiego, to jednak może mieć zły wpływ na gospodarkę, to zaś może mieć zły wpływ na finanse publiczne etc., na końcu tych rozważań pojawiło się pewnie „to będzie miało zły wpływ na nasze notowania”. Owszem, potem robiono sondaże, z których wynikało, że obecny Prezydent RP ma bardzo zmotywowany elektorat, który, co prawda, bał się koronawirusa tak samo, jak inne elektoraty, ale mimo tego chciał głosować, ale to nie mogło wpłynąć na inicjalną decyzję, bo ta zapadła zanim takowe sondaże zaczęto przeprowadzać. Co zrozumiałe, tego rodzaju słupki, z których wynikało, że jeżeli wybory odbędą się w maju, to obecny Prezydent RP zdobędzie w nich 65%, na pewno utwierdzały większą część Zjednoczonej Prawicy w przekonaniu o tym, że te wybory są dobrym pomysłem. Raczej nie dowiemy się tego, kiedy zapadła decyzja o tym, że majowe wybory muszą się odbyć (bo raczej nikt nie wyprodukował glejtu opatrzonego datą), ale można bezpiecznie założyć, że temat ten był poruszany w trakcie rozmów o potrzebie wprowadzenia lockdownu. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że jeszcze przed wprowadzeniem lockdownu zrobiono sondaż (z pytaniem badawczym obarczonym błędami metodologicznymi), z którego wynikało tyle, że jeżeli liczba zachorowań wzrośnie, to ponad połowa respondentów wolałaby, żeby wybory zostały przesunięte. Szczerze wątpię w to, żeby „Do Rzeczy” samo z siebie ogarniało ten sondaż, tak więc Czynniki Decyzyjne w Zjednoczonej Prawicy musiały wiedzieć o tym, że suweren jest raczej przeciwny organizowaniu tych wyborów. Mimo tego podjęto taką, a nie inną decyzję i przez dłuższy czas się jej trzymano z uporem godnym lepszej sprawy. Pod koniec marca obecny Prezydent RP, który słynie ze średnio przemyślanych wypowiedzi, oznajmił, że: „Jeżeli są warunki, by chodzić do sklepu, to są warunki, by pójść do lokalu wyborczego”.


Potem zaś praktycznie przez cały kwiecień Zjednoczona Prawica (acz niecała, albowiem Gowin) zapewniała wszystkich o tym, że wybory w maju się odbędą, bo muszą, bo gdyby się nie odbyły, to czeka nas koniec Polski, śmierć, kutas i zniszczenie. Im więcej było sondaży, w których stało, że obecny Prezydent RP wygra pierwszą turę gigantyczną przewagą głosów nad oponentami, tym więcej było wypowiedzi, z których wynikało, że wybory się na pewno odbędą. W przysłowiowym międzyczasie Zjednoczona Prawica zaczęła lawirować w temacie tego, jakie te wybory w ogóle powinny być. Pod koniec marca Sejm przegłosował (w ramach jednej z Tarcz Antypracowniczych) zmianę w kodeksie wyborczym, z której wynikało, że seniorzy będą mogli głosować korespondencyjnie. Rządowe media od razu zaczęły tłumaczyć, że rząd spoko, bo seniorzy bezpiecznie zagłosują. O tym, że zmianę tę przegłosowano „bez żadnego trybu” (bo pierwsze czytanie się powinno odbywać nie wcześniej niż 30 dni od doręczenia posłom druku) wspominać chyba nie trzeba, prawda? Ponieważ praktycznie od razu zaczęły padać pytania o to, czemu tylko seniorzy mieliby głosować korespondencyjnie, Zjednoczona Prawica jebła kolejnym projektem, z którego wynikało, że teraz to już wszyscy zagłosują korespondencyjnie. Żebyście mogli w pełni docenić kunszt legislacyjny Zjednoczonej Prawicy trzeba wam wiedzieć, że zmianę „dla seniorów” przegłosowano 28 marca, a 31 marca złożono projekt ustawy, w którym stało, że głosować korespondencyjnie będą wszyscy. Śmiem twierdzić, że jedynym powodem, dla którego posłowie PiS złożyli projekt tej ustawy było to, że zarzucono im wcześniej to, że tylko seniorzy będą mogli głosować.


To nie było przemyślane działanie, bo całkowicie zapomniano o tym, że Senat ma 30 dni na rozpatrzenie ustawy. Gwoli ścisłości, to nie jest żadna luka prawna – takie są po prostu przepisy. PiS ma co prawda wyjebane na proces legislacyjny, ale w Senacie PiS nie ma większości, tak więc nie było szans na przepchnięcie ustawy w przeciągu kilku godzin. Z tego z kolei wziął się taki problem, że wybory trzeba by było przeprowadzić w oparciu o przepisy, które nie zostały jeszcze podpisane przez nadwornego skrybę Zjednoczonej Prawicy (aka obecny Prezydent RP). Wielki Organizator, Jacek Sasin, miał to w dupie i mimo tego próbował wybory zorganizować. Przy każdej możliwej okazji opowiadał o tym, że wybory da się ogarnąć, ale jeżeli się nie będzie dało, to będzie wina Senatu, bo ów złośliwie przetrzymuje ustawę. I tu dochodzimy do kolejnej „śmiesznostki”. Otóż, to nie jest tak, jak twierdzi Zjednoczona Prawica – tzn. nie jest tak, że Senat coś, kurwa, złośliwie przetrzymuje, wykorzystując jakieś tam luki prawne. Senat po prostu pracuje nad ustawami zgodnie z obowiązującymi przepisami (to, czy robi to złośliwie, czy też nie, jest w tym momencie raczej mało istotne). Owszem, w wyjątkowych sytuacjach potrzebna jest „przyspieszona” ścieżka legislacyjna, ale takową sytuacją nie jest taka, w której ktoś się uparł, że zorganizuje wybory w maju i oczekuje, że wszyscy inni się mają dostosować. Śmiem twierdzić, że gdyby nie (nie wierzę, że to napiszę): zdecydowane stanowisko Gowina, to te wybory by się odbyły. Gdyby Gowin nie zagroził zagłosowaniem przeciwko tej ustawie (po jej powrocie z Senatu), to byłoby już po zawodach. Nie miałoby znaczenia to, że frekwencja byłaby chujowa (bo wątpię w to, żeby udało się dojechać do prognozowanych 30%), że całość odbyłaby się w oparciu o nieistniejące przepisy, że nikt nie byłby w stanie zagwarantować, że wszystko odbyłoby się, że tak to ujmę, uczciwie. Sprawa jest prosta jak budowa cepa: sfałszowanie wyborów „klasycznych” jest praktycznie niemożliwe, bo w każdej komisji siedzą osoby, które sobie wzajemnie patrzą na ręce. Przykład? W trakcie pierwszej tury, jeden z członków komisji w Bytomiu fałszował karty do głosowania i unieważniał głosy na Trzaskowskiego. Udało mu się unieważnić całe cztery, zanim przewodniczący się kapnął i wezwał policję. Zupełnie inaczej rzecz by się miała w sytuacji, w przypadku wyborów korespondencyjnych, bo tam dużo mogłoby się wydarzyć zanim karty dotarłyby do ludzi, którzy mieli je liczyć. Dodajmy do tego fakt, że TVN-owi udało się wynorać, że wydrukowano 3 miliony kart więcej niż w Polsce jest głosujących (ja rozumiem, że można zorganizować jakiś lekki „nadmiar” na wypadek, gdyby któreś były wadliwie, alboco, ale 3 miliony to już jest, kurwa, gruba przesada). Do tego faktu dodajmy to, że Poczta nie chciała mówić o tym, ile tych kart wydrukowano, bo „tajemnica przedsiębiorstwa” i moje zaufanie do tego, że proces wyborczy byłby przeprowadzony uczciwie można porównać do zaufania widza do Diatłowa, który stwierdził, że nikt nie mógł zobaczyć płonącego grafitu, bo tego grafitu tam nie było.


W tym miejscu pora na krótką dygresję, albowiem chciałbym wam pokazać, że mienie wyjebane na to, jak powinna wyglądać legislacja to coś, co Zjednoczona Prawica miała jeszcze zanim stała się zjednoczoną prawicą. Otóż  13 września 2013 roku Sejm miał głosować nad ustanowieniem 17 września „Dniem Sybiraka”. Niestety, do głosowania nie doszło. Jak to się stało? Ano tak, że: „Posłowie PiS, wśród których znajdował się sprawozdawca projektu uchwały, nie pojawili się bowiem na piątkowym posiedzeniu Sejmu, by zamanifestować w ten sposób solidarność z protestującymi związkowcami. (…) Aby formalnie upamiętnić zesłańców już w tym miesiącu, Sejm musiał przyjąć podczas dzisiejszego posiedzenia stosowną uchwałę. Nie zrobił tego, ponieważ sprawozdawca projektu uchwały, poseł Piotr Babinetz z PiS, dołączył do protestu swojej partii i nie pojawił się na Wiejskiej. Tymczasem regulamin Sejmu wymaga, by przed głosowaniem poseł sprawozdawca osobiście przedstawił izbie swoje sprawozdanie.”. Posłowie PiS burczeli potem, że w sumie to nie ich wina, bo coś tam coś tam, ale prawda jest taka, że po prostu zjebali okrutnie. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby do analogicznej sytuacji doszło teraz – tzn. jakiś poseł sprawozdawca z PiS się gdzieś zapodział, to głosowanie i tak zostałoby „klepnięte”, bo nikt się już nie przejmuje takimi drobnostkami, jak regulaminy/etc. Wystarczy sobie przypomnieć Szeregowego Posła, który wlazł na mównicę „bez żadnego trybu” i zbluzgał opozycję. Szeregowy Poseł dostał za to zbluzganie upomnienie od Sejmowej Komisji Etyki, ale prawda jest taka, że Marszałek powinien go wypierdolić z mównicy w trakcie jego performance'u, bo wszedł tam, jak sam powiedział „bez żadnego trybu”.


Wróćmy do tematu wyborów. Jak już wspomniałem wcześniej, przez praktycznie cały kwiecień Sasin wraz z kolegami i koleżankami opowiadali o tym, że wybory się odbędą i że przygotowania trwają. 7 kwietnia Sasin powiedział, że: „Jestem przekonany, że wybory w trybie korespondencyjnym mogą się odbyć bardzo sprawnie” W trakcie tej samej rozmowy doszło do dość zabawnej (z perspektywy czasu) wymiany zdań. Sasin został zapytany o to, czy jeżeli wybory się nie udadzą, to czy poda się do dymisji: „Mogę się podać, jeśli dzisiaj to jest komuś potrzebne, to oczywiście mogę to dzisiaj zadeklarować”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Sasin doprecyzował, że ta dymisja, to jedynie wtedy, gdyby Poczta coś zjebała, więc nie da się go za to hejtować ze względu na ten dupochron. 22 kwietnia atmosfera była już dość napięta i Sasin tłumaczył, że: „Wszystko byłoby prostsze, gdyby nie obstrukcja opozycji, a tak jesteśmy w pewnym kłopocie - przyznał wicepremier. Senat przekracza swoją misję - a tą misją jest zapewnienie bezpieczeństwa wyborom, które się odbędą”. 4 maja Sasin oznajmił, że: „Tydzień przed wyborami Polacy nie wiedzą, kiedy będą wybory i za ten galimatias odpowiada opozycja i Senat. Senat postanowił storpedować wybory prezydenckie w Polsce”. Sasina zapytano o to, „co będzie jeżeli posłowie Porozumienia nie poprą ustawy o głosowaniu korespondencyjnym”. Wielki Organizator odpowiedział, że raczej zagłosują, a jeżeli nie, to będą spierdalać ze Zjednoczonej Prawicy. Na temat tego, co w takim wypadku (bunt „Porozumienia”) będzie z wyborami, Sasin się nie wypowiedział. Potem było to, co było. Tzn. Szeregowy Poseł spotkał się z Największą Zagadką Współczesnej Ortopedii i ustalili, że wyborów nie będzie. Biorąc pod rozwagę fakt, że to Zjednoczona Prawica (- Gowin z paroma osobami) upierała się przy tych wyborach, zrozumiałe byłoby, gdyby owa formacja poniosła konsekwencję swojego oślego uporu. Szczególnie w kontekście tego, że na wybory, które się nie odbyły, przejebano kilkadziesiąt baniek PLNów. Z tą odpowiedzialnością to, rzecz jasna, taki żarcik tylko, bo ani Wielkiemu Organizatorowi, ani jego kolegom włos z głowy nie spadł. Tak to bowiem jest, że mniej więcej od momentu, w którym Zjednoczona Prawica rozgościła się w ławach rządowych w 2015 – nikt za nic nie odpowiada, a wszystkiemu jest (zawsze) winna opozycja. Tak, wiem, czasem zdarzają się wyjątki, ale nie oszukujmy się, to nie jest tak, że jak kogoś dopadnie prokuratura, to dzieje się tak dlatego, że ma coś za uszami. Może inaczej, bycie na bakier z prawem na pewno ma jakiś wpływ na to, że nad tym, czy innym działaczem pochylają się podwładni Ziobry, ale znacznie bardziej istotne jest to, że taka osoba musiała najpierw podpaść komuś na tyle, że pozwolono Ziobrze przeczołgać taką osobę.  


Do 2015 wyglądało to trochę inaczej, bo jak, na ten przykład, Sławomir Nowak spieprzył swoje oświadczenie majątkowe, to kosztowało go to stołek ministra i tłumaczenie się przed sądem. Dla porównania, Jan Szyszko zaniżył w oświadczeniu majątkowym wartość stodoły (która stodołą była jedynie z nazwy). Rzecz jasna, nic mu się z tego tytułu nie stało. Idźmy dalej: „Szef KPRM Michał Dworczyk w co najmniej 12 oświadczeniach majątkowych zataił, że ma udziały w spółce, która zapewnia budynki i wyposażenie szkołom pod patronatem Opus Dei. Fałszywe deklaracje składał jako radny, poseł i minister. Grozi za to do 5 lat więzienia”. Może i coś mu za to groziło, ale, co zrozumiale, okazało się, że „nic się nie stało”. Tego rodzaju sytuacji (umorzeń/etc) jest pierdylion. Jak to więc możliwe,że nie oburzają one suwerena w takim stopniu, w jakim oburzały wcześniej? Otóż moja robocza teoria jest taka, że oburzają one trochę mniej (bo jednak ludzie są się w stanie przyzwyczaić do wszystkiego), ale część ma to po prostu w dupie. Czemu? Bo nasze państwo gniło już od dawna. Gnicie miało wiele przyczyn, ale jedną z ważniejszych (poza niezbyt przemyślaną transformacją) była reforma administracyjna. Nie interesowałem się w owym czasie polityką, tak więc nie wiem, jakie argumenty przemawiały za zmniejszeniem liczby województw, ale wiem czym się to skończyło. A skończyło się to „zwijaniem się” Polski B/powiatowej, czy jak tam Mądrzy Ludzie określają prowincję. Ja wiem, że to, co teraz napiszę, może zabrzmieć jak mądrość post factum, ale mechanizm ten jest na tyle prosty, że raczej dało się go przewidzieć wcześniej.


Zmniejszenie liczby województw to takie „tanie państwo” w pigułce. W teorii, wszystko miało wyglądać spoko, bo będzie mniej Urzędów Wojewódzkich, będzie mniej urzędników, a zarządzanie będzie tak samo dobre. W praktyce chuj z tego wyszedł, bo przełożyło się to na znacznie mniejszą kontrolę nad tym, co dzieje się „na prowincji” i utrudniło wspieranie tej części „Polski B”, która miała problemy z „płynnością finansową”. Ja wiem, że to będzie anecdata, ale obstawiam, że każdy kto pamięta skutki tej reformy znalazłby kilka anecdat podobnych. Otóż, w wyimaginowanym mieście nad akwenem (które wtedy jeszcze było miastem nad Wielką Dziurą w Ziemi) była bardzo dobra dochodzeniówka. Po tym, jak weszła w życie reforma administracyjna – dochodzeniówka się rozjechała po miastach wojewódzkich (Kielce, Rzeszów). Inny przykład anecdatyczny. W wyimaginowanym Mieście nad Akwenem, jest co prawda jakieś regionalny oddział NFZ, ale gdyby ktoś chciał sobie w nim załatwić ubezpieczenie dobrowolne, no to już tak nie bardzo by mógł (ta anecdata jest sprzed jakiegoś czasu, ale szczerze wątpię w to, że coś się zmieniło). Żeby załatwić sobie ubezpieczenie trzeba było jechać do Rzeszowa. Jednocześnie pani z NFZ (do której nie mam żadnych pretensji, bo to nie jej wina, że ktoś sobie to tak wymyśli) powiedziała, że najlepiej się wcześniej umówić telefonicznie z tym Rzeszowem, bo oni tam to załatwiają (o ile mnie pamięć nie myli) w konkretnym dniu tygodnia, a czasem bywa tak, że to konkretne biuro może być zamknięte/etc.). Jednym z efektów Reformy Administracyjnej były wszelkiego rodzaju „oszczędności”, czyli likwidacja wszelkiej maści instytucji, które z punktu widzenia Warszawy (bądź też stolic województw) były zbędne na danym zadupiu. A to komisariat policji, a to oddział Poczty, a to laboratorium sanepidu. Efekt końcowy był taki, że żeby załatwiać różne rzeczy, trzeba było się nierzadko wybrać w dość odległą podróż (o tym, że nie miało się gwarancji tego, że coś tam się uda załatwić wspominać chyba nie trzeba, prawda?) I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie taki drobny szczegół, jak wykluczenie komunikacyjne. Tak się bowiem składa, że liczba połączeń (czy to kolejowych, czy to autobusowych) ciutkę nam zmalała i jeżeli ktoś mieszka na jakimś pechowym zadupiu (jako człowiek wychowany na jednym z zadupi, mam prawo do używania tej nazwy), to może nie mieć czym dojechać, czy to do pracy, czy to do jakiegoś urzędu, który mu Reforma Administracyjna przeniosła chuj-wie-gdzie. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nawet jeżeli na jakiejś linii kursują busy, to ich punktualność ogranicza się do tego, że wyjadą z przystanku o godzinie, która stoi na rozkładzie, ale jeżeli ktoś chciałby wsiąść do takowego busa na przystanku późniejszym, to musi np. wyjść 20 minut wcześniej, bo kierowcy zachciało się zapierdalać, a przecież nie będzie stał na przystanku 20 minut i po prostu odjedzie wcześniej. Jeżeli kogoś stać na auto, to wykluczenie komunikacyjne mu nie grozi, jeżeli kogoś na auto nie stać, to ma zamaszyście przejebane. Jeżeli zaś dodamy sobie do tej układanki fakt, że na zadupiu generalnie jest ciężko z robotą i trzeba do niej dojeżdżać, mamy prawdziwe combo.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Ktoś może powiedzieć, no dobrze, ale w jaki sposób to się wiąże z tym, że suweren się, tak jakby, nie oburza na wały Zjednoczonej Prawicy (nie oszukujmy się, przed 2015 żaden rząd nie utrzymałby się mając za uszami jakieś 10% tego, co teraz uzbierała Zjednoczona Prawica)? Odpowiedź brzmi 500+. Nie, kurwa, to nie jest tak, że Zjednoczona Prawica sobie „kupiła wyborców”. Chodzi o to, że, część wyborców boi się tego, że wraz ze zmianą warty w Sejmie/etc. mogą władze mogą przejąć ludzie, którzy zlikwidują ten program. Przyznam się szczerze do tego, że wydawało mi się, że suweren się w końcu wkurwi na Zjednoczoną Prawicę za to, że ta praktycznie na każdym kroku nawija o tym, że „to my wprowadziliśmy program 500+”. Dopiero niedawno dotarło do mnie, że może i suweren się wkurwia, ale o wiele bardziej boi się tego, że tych pieniędzy może mu braknąć. Owszem „braknąć”, bo dla sporej liczby ludzi program ten oznaczał wyjście na prostą i pozbieranie się (w wymiarze ekonomicznym). Jaki to wszystko ma związek z wykluczeniem komunikacyjnym? Pozwólcie, że zacytuję wam kilka fragmentów z artykułów z portalu natemat.pl (oba datowane na lipiec 2016), w którym cytowano dr Małgorzatę Starczewska-Krzysztoszek, główną ekonomistkę Konfederacji Lewiatan: „Aż 78 proc. klientów portalu z używanymi samochodami przyznało, że na zakup auta przeznaczy pieniądze z programu "500 plus". – Ja tego nie akceptuję! – mówi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan. To kolejny dowód na to, że pieniądze z budżetu trafiają do osób, które nie powinny ich dostawać.” We wcześniejszym artykule stało, że: „Nie pieluchy, nie jedzenie i nawet nie rachunki. Pieniądze z 500+ ogromna większość przeznaczy na samochody.” Kluczowy był w tym artykule fragment, który autor napisał, ale chyba go, kurwa, nie zrozumiał: „Samochody zaczęły kupować rodziny, które nie miały na to wcześniej pieniędzy.”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nie będę się tutaj skupiał na tym, że 500+ miało być „programem demograficznym”, bo nie ma to w tym momencie najmniejszego znaczenia. Wracajmy do świadectwa ludzi oburzonych tym, że za 500+ kupowano samochody. Być może się mylę, ale wydaje mi się, że jeżeli na zakup auta decyduje się ktoś, kogo wcześniej na to nie było stać, to nie robi tego dlatego, że auto jest dla niego jakimś, kurwa, symbolem bogactwa, ale dlatego, że auto jest mu po prostu potrzebne. Przypominam, że mowa tu o ludziach, którzy nauczyli się liczyć każdy grosz i nie wypierdalaliby pieniędzy na coś, co im się nie przyda. Nie, nie jest tak, że Zjednoczonej Prawicy udało się rozwiązać problem wykluczenia komunikacyjnego (bo nie każdy wykluczony dostaje 500+), ale na pewno udało się to wykluczenie w jakimś stopniu zmniejszyć, zaś ludzie, którzy wcześniej musieli chodzić „po prośbie” do znajomych, żeby ich gdzieś podwieźli (bo, np. nie mogli się dostać z dzieckiem do lekarza), mogli wreszcie odetchnąć trochę. Dzięki 500+ część Polaków mogła zabrać dzieci na wakacje (co, rzecz jasna, również było obśmiewane, no bo przeca przyjechali nad morze i srają na wydmach). Generalnie rzecz ujmując, program ten (mimo że nie przełożył się na boom demograficzny) zrobił wiele dobrego. Ludzie to widzą i zastanawiają się nad tym, „czemu tamci tego nie wprowadzili?”. Jakiś czas temu, na ćwitrze pojawił się wpis jednego z tuzów Zjednoczonej Prawicy (niestety, nie oblinkuję tego, bo wyszukanie tego wpisu graniczy z niemożliwością), który bardzo ucieszył się z tego, że gdzieś tam usłyszał, że PiS kradnie jak PO, ale przynajmniej się dzieli z obywatelami. Jestem przekonany o tym, że mniej więcej takie podejście do Zjednoczonej Prawicy ma część wyborców (jaka to część, tego nie wiem, ale na pewno „wystarczająca”). Ci wyborcy wiedzą, że obecne władze robią wał za wałem, ale, no właśnie „dzielą się”. I właśnie to „dzielenie się” skutecznie zniechęca część wyborców do głosowania na „kogoś innego”, nie zaś pierdolenie o tym, że „a bo wcześniej to mafie VATowskie ukradły pierdylion cebulionów złociszy”. Obstawiam również, że brak chęci do „rewolucji” bierze się stąd, że jeżeli przez sporą część czyjegoś życia państwo miało na tego kogoś wyjebane, to ten ktoś teraz nie zamierza organizować Majdanu dlatego, że ten, czy owy przepierdolił ileś tam milionów złotych albo, że coś tam się dzieje z jakimś tam Trybunałem, albo sądem, albo z Telewizją Publiczną. Jeżeli mam być szczery, to nie potrafię mieć tego za złe tym ludziom, zaś każdego, kto zaczyna opowiadać o tym, że „hurr durr sprzedali się za pińcet” z automatu zaczynam traktować, jak kretyna.


Końcowym efektem tego wszystkiego jest to, że póki co Zjednoczona Prawica może sobie pozwolić na dosłownie wszystko, bo przecież nikt jej nie podskoczy. Jeżeli obecna władza utrzyma Pałac Prezydencki, to będzie znacznie gorzej. Czemu? Choćby dlatego, że jeżeli brunatny rzyg Prezydenta RP i jego „poprawka Konstytucji” (siłą powstrzymuję się przed porównaniem tego gówna do pewnych ustaw, albowiem nie chcę się nadziać na prawo Godwina), nie wywołuje masowego odzewu, to znaczy, że „wolno wszystko”. Jeżeli ułaskawienie takiej, a nie innej osoby i późniejsze tłumaczenia (w które zaangażowała się praktycznie cała machina propagandowa Zjednoczonej Prawicy), że w sumie to nie było tak źle, bo gość to robił po pijaku, nie sprawią, że obecny Prezydent niebawem będzie emerytowanym Prezydentem RP, to będzie znaczyło, że wolno wszystko. W tym miejscu muszę się z wami podzielić złą nowiną. Nawet jeżeli okaże się, że obecny Prezydent RP niebawem uda się na zasłużoną emeryturę, to z tego wcale nie będzie wynikać, że wszystko się nagle poprawi. Mało tego. Przez moment załóżmy, że obecny Prezydent RP niebawem będzie byłym Prezydentem RP. Załóżmy, że zapoczątkowałoby to proces, który zakończyłby się odsunięciem od władzy Zjednoczonej Prawicy. Zła wiadomość polega na tym, że to również nie będzie oznaczało, że sytuacja się poprawi. Prawda jest bowiem taka, że państwo zgniło nam do tego stopnia, że ciężko sobie wyobrazić, jak miałaby wyglądać jego naprawa.


Jeszcze inny przejaw gnicia państwa będziemy mogli zaobserwować, kiedy przyjrzymy się temu, co obecne władze robią w temacie reprywatyzacji. Z jednej bowiem strony Zjednoczona Prawica tłumaczy, że tzw. „dzika reprywatyzacja” to zło, ale z drugiej strony nie robi nic, żeby ten proceder ukrócić. Nie wiem, czy kojarzycie jedną z teorii spiskowych, z której wynikało, że lek na raka to już dawno temu został wynaleziony, ale koncerny farmaceutyczne nie chcą go wyprodukować, bo wolą ludzi leczyć, niż ich wyleczyć. Wspominam o tej teorii spiskowej (do której zdebunkowania wystarczy świadomość, że rodzajów nowotworów jest od cholery i jeszcze trochę, tak więc nie dałoby się ich wszystkich wyleczyć przy pomocy jednego leku), bo idealnie wręcz opisuje ona mechanizm, który Zjednoczona Prawica stosuje w ramach „walki” z reprywatyzacją. Zapowiadana przez duet Jaki&Kaleta ustawa reprywatyzacyjna gdzieś tam leży i nikt jej nie przegłosował. Zamiast tego Kaleta lansuje się na „szeryfa” walczącego z reprywatyzacją, bo PiS będzie głosował nad ustawą, która „ma usprawnić przekazywanie odszkodowań dla lokatorów poszkodowanych przez reprywatyzację.”. Czy wzmianka o odszkodowaniach mogłaby się znaleźć w Dużej Ustawie Reprywatyzacyjnej? Owszem. Czy z tego by wynikało, że można byłoby to wszystko przegłosować za jednym razem? Owszem. Tylko, że wtedy nie można by było się lansować na reprywatyzacji, bo problem zostałby rozwiązany, a cholera wie ile jeszcze karier politycznych Zjednoczona Prawica chce wypromować przy okazji swojej „walki” z reprywatyzacją.


Jakiś czas temu wziąłem udział w gównoburzy na ćwitrze. Zapoczątkowała ją wrzutka jednego z ćwiterian, który przyznał rację Trzaskowskiemu w kwestii tego, że media narodowe trzeba zaorać, posypać solą i zrzucić na nie głowicę nuklearną (dla pewności). Część ćwiterian nieco zdenerwował ten postulat, bo uważają, że w Polsce powinny być media publiczne. Argumentowali to tak, że byłyby one przeciwwagą dla mediów prywatnych. Twierdzili, że owszem, potrzebna będzie tam miotła (celem wyjebania z nich wszystkich zaangażowanych w zamianę mediów publicznych w partyjną telewizję). Rozumiem tę argumentacje, ale, niestety, jej nie podzielam. Moim zdaniem, media publiczne (jako instytucja) zostały w Polsce doprowadzone do takiego stadium, że nie jest możliwa jakakolwiek ich naprawa. Acz to tylko jedna strona medalu. Druga jest taka, że nawet naprawa mediów publicznych nie zagwarantuje nam tego, że ktoś nie będzie ich używać tak, jak teraz robi to Zjednoczona Prawica. Wszyscy bowiem widzą, że choć to straszliwy paździerz i większość Polaków uważa TVP za niewiarygodne (z sondażu IBRISu wyszło, że 21% Polaków uważa, że TVP info rzetelnie pokazuje kampanię [Wiadomości 17,6%]), to jednak ta mniejszość jest cholernie zmotywowana. W teorii, większość polityków partii opozycyjnych publicznie brzydzi się tym, w co zamieniono media publiczne w Polsce, w praktyce, jakaś część tychże polityków zastanawia się nad tym, „jakby to było mieć własne TVP Info”.


W internetach cyklicznie wręcz pojawia się nagranie z jednego z sejmowych wystąpień Janusza Palikota. Treść jest wam pewnie znana, ale pozwolę sobie na zacytowanie fragmentu: „Pomijam, że można było dawno rozliczyć Prawo i Sprawiedliwość. Dlaczego Ziobro i Kaczyński nie są przed Trybunałem Stanu? Wciąż! Dlaczego Kamiński nie odpowiada w prokuraturze? Dlaczego nie ma komisji w sprawie Macierewicza? – wyliczał Janusz Palikot w jednym z sejmowych przemówień sprzed lat. – Nie zabezpieczyliście państwa w sposób elementarny na wypadek, gdyby Kaczyński i Korwin wygrali następne wybory (…) To jakie oni zastaną procedury w tych ministerstwach? Jakie oni zastaną prawo? Czy przygotowaliście państwo na wypadek, kiedy Kaczyński i Korwin będą rządzić naszym krajem? Czy jest wiadomo, co może zrobić urzędnik publiczny, jakie są procedury i że za złamanie tych procedur jest odpowiedzialność tych urzędników? Czy od tej strony przygotowaliście nasz kraj? Nie!”. Nagranie to jest praktycznie zawsze opatrzone tytułem „Janusz Palikot przewidział”, lub czymś w tym rodzaju. Wrzucający owo wystąpienie tłumaczą, że gdyby tylko posłuchano Janusza Palikota, to nie bylibyśmy w tak czarnej dupie, w jakiej znaleźliśmy się teraz. Wszystkim, którzy tak uważają, mam do napisania tyle, że to, niestety, nieprawda. Nie dało się w żaden sposób zabezpieczyć państwa przed tym, co z nim teraz robi PiS. Jedyną możliwością było nie oddawanie PiSowi władzy. Załóżmy przez moment, że PO „zabezpieczyło” państwo przed nadużywaniem władzy/etc. Czy to powstrzymałoby PiS? Dupa tam. Pierwsze, co zrobiłaby Zjednoczona Prawica, to ściągnięcie tych bezpieczników. Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości w tej materii, to niech sobie ten ktoś przypomni, co zrobiono ze Służbą Cywilną. Bardzo szybko po przejęciu władzy Zjednoczona Prawica sprawiła, że: „wyższe stanowiska w SC będą obsadzane w drodze powołania, a nie konkursu. Bez konkursu będzie też powoływany prezes ZUS. (…) Posłowie zgodzili się również na poprawkę PiS, która likwiduje wobec szefa służby cywilnej wymóg posiadania co najmniej 5-letniego doświadczenia na stanowisku kierowniczym w administracji rządowej lub co najmniej 7-letniego doświadczenia na stanowisku kierowniczym w jednostkach sektora finansów publicznych.”. Czy ktoś jeszcze ma jakiekolwiek wątpliwości odnośnie tego, co stałoby się z „bezpiecznikami”, które miałyby powstrzymać PiS przed demolowaniem państwa?


Praktycznie cały aparat państwa opiera się na tym, że (w gigantycznym uproszczeniu) od dłuższego czasu panował polityczny konsensus odnośnie tego, jak ów aparat ma funkcjonować. Zjednoczona Prawica wytarła sobie dupę tym konsensusem. Sąd wydaje wyrok, który nie podoba się Zjednocznej Prawicy? Machina propagandowa zaczyna tłumaczyć, że był to wyrok polityczny, sędzia był komuchem, a cioteczna babka jego kolegi ze szkoły podstawowej była kandydatką na członkinię PZPR, z czego z kolei wynika, że wyrokiem nie należy się przejmować. Skazano nie tę osobę, co trzeba? Obecny Prezydent z przyjemnością ją ułaskawi (mając wyjebane na to, jak powinien przebiegać takowy proces) i jeszcze nazwie ułaskawionego Kryształowym Człowiekiem. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że w całej tej, zasranej, „reformie” sądownictwa, chodzi o to, żeby wyroki nieprawilne nie zapadały (albo zapadały ze znacznie mniejszą częstotliwością). O ile bowiem można przy pomocy prokuratury ukręcić łeb postępowaniu, to jednak czasem pojawiają się sprawy cywilne i tu już nie jest tak kolorowo. Niemniej jednak, to tylko dygresja. Nie da się zabezpieczyć państwa przed kimś, kto nie przejmuje się „bezpiecznikami”. Przez moment załóżmy, że jakimś cudem przed 2015 udało się zmienić Konstytucję i tamże umieścić jakieś bezpieczniki. Czy to cokolwiek by zmieniło? No nie bardzo. Obecne władze nieszczególnie przejmują się Konstytucją. Tak, wiem, bywa ona momentami nieprecyzyjna (prawnicy na ćwitrze napierdalają się w tym temacie praktycznie od początku pierwszej kadencji Zjednoczonej Prawicy), ale nawet gdyby była precyzyjna, to i tak nic by to nie dało. Zjednoczona Prawica po prostu by to olała, zaś po przejęciu TK okazywałoby się, że wszystko, co robi Zjednoczona Prawica jest zgodne z Konstytucją i chuj im zrobicie. W teorii, Zjednoczona Prawica może ponieść konsekwencje tego, co się teraz dzieje, ale w praktyce, najpierw musiałaby przegrać wybory (i to przegrać je bardzo). Niestety, nawet przeczołganie Zjednoczonej Prawicy (które to przeczołganie ją, mam nadzieje, kiedyś spotka) nie sprawi, że „odstanie się” to, co się stało. Jak to już bowiem przed momentem napisałem byłem: Zjednoczona Prawia pokazała, że można mieć wyjebane na wszystko. Można sprowadzić praktycznie cały aparat państwa do roli „wykonawcy” poleceń Genialnego Stratega. Wystarczy być odpowiednio bezczelnym i non stop tłumaczyć, że to nie jest tak, jak mówią krytycy, a poza tym poprzednicy to też nie są tacy kryształowi. Zawsze można zacząć pierdolić głupoty o tym, że media, które wspominają o tym, czy owym, to są niepolskie, więc nie powinny się wtrącać w polskie sprawy/etc. Tak swoją drogą, PiS już dawno zaorałby media, gdyby nie to, że ich nemezis jest własnością amerykańskiego koncernu, zaś Amerykanie mogą mieć co prawda w dupie wiele rzeczy, ale swoimi firmami się akurat bardzo przejmują.


Jeżeli chodzi o media, to jedna rzecz mi się po łbie kołacze. Zjednoczona Prawica naprawdę nie rozumie idei niezależnych mediów. Przy okazji któregoś z rzędu upomnienia, które spotkało obecne władze ze strony ambasadorki USA, Georgette Mosbacher, jeden z moich ulubieńców, Patryk Jaki, próbował ją ośmieszyć pokazując, że kiedyś tam TVN nabijał się z Trumpa (nie oblinkuję tego, bo musiałbym się przedzierać przez pierdyliony jego wpisów). Of korz, zebrał kupę favów. Zebrał je mimo że tego, że to, co zrobił pokazało, jak bardzo nie ogarnia o co chodzi z tymi niezależnymi mediami. Dla Jakiego (i jego kolegów) wolne amerykańskie media to takie, które nie będą się nabijać z władz USA. Per analogiam, wolne i niezależne polskie media, nie będą się nabijały (ani też krytykowały) polskich władz. Idealnie wpasowuje się w to ostatnia gównoburza, która wybuchła po tym, jak „Fakt” opisał to, co robił typ ułaskawiony przez obecnego Prezydenta RP. Po publikacji tuzy Zjednoczonej Prawicy zapowiedziały, że będą interweniować u niemieckiej dyplomacji. I znowuż okazało się, że jeżeli Niemcy posiadają pakiet kontrolny akcji jakiegoś koncernu medialnego (w tym miejscu przyznam się, że nie wiem, czy posiadają, bo na ćwitrze była batalia odnośnie tego „czyj jest Axel Springer”), to niemiecki rząd na pewno będzie wpływał na to, co publikuje się w mediach należących do tegoż koncernu. Ciekawym, skąd u członków Zjednoczonej Prawicy wzięło się takowe przeświadczenie...


To, co robi Zjednoczona Prawica prędzej czy później odbije się na naszej pozycji międzynarodowej. Już teraz jesteśmy traktowani, jak trędowaci, zaś nasze kontakty zagraniczne idą siłą rozpędu. Ja tam, co prawa specem od polityki zagranicznej nie jestem, ale nawet ja zdaje sobie sprawę z tego, że większość państw utrzymuje z nami kontakty dlatego, że inaczej nie wypada. Suweren zaś jest mamiony tym, że każdy wyjazd do tego, czy innego państwa, czy też umowa podpisana z tym czy innym państwem to dowód na to, że „skutecznie rozpychamy się na arenie międzynarodowej”. To nie będzie trwało wiecznie. Ja osobiście nieco się obawiam tego, że, na ten przykład, następca Angeli Merkel może być nieco mniej przyjaźnie nastawiony do naszego kraju, no ale to dygresja. Jeżeli Zjednoczona Prawica będzie „trwała” u władzy, to w pewnym momencie skończy się taryfa ulgowa, na którą możemy liczyć. Ktoś w UE może uznać, że skoro polski suweren chce, żeby było tak jak było, to niech spierdala z Unii Europejskiej. Udowodnienie obywatelom Zachodu, że przyjęcie nas do UE było błędem, wymagałoby jedynie cytowania wypowiedzi polskich polityków i niczego ponadto. Jeżeli obecny Prezydent RP utrzyma się na stanowisku, jedyną nadzieją na to, że Zjednoczonej Prawicy nie uda się nas zorbanizować, jest to, że w Stanach Zjednoczonych wybory wygra Biden (bo to oznaczałoby powrót administracji Obamy) i że komuś w USA będzie się chciało przejmować tym, co odpierdala się w Polsce.


Podsumowując: jest źle, a może być znacznie gorzej. Nawet jeżeli jakoś się wygrzebiemy z tego, w co wjebała nas Zjednoczona Prawica, to nie ma najmniejszych szans na to, żeby zabezpieczyć państwo przed kolejną partią, która wpadnie na to, że zamiana państwa w prywatny folwark to dobry pomysł. Nawet jeżeli Zjednoczona Prawica zostanie przeczołgana sądownie (po oddaniu władzy, rzecz jasna), nie powstrzyma to jej mentalnych następców. No bo owszem, ryzyko przeczołgania istnieje, ale najpierw to trzeba przegrać wybory, prawda? Poza tym, wszystkich winnych rozpierdalania państwa ukarać się nie da, tak więc po co się bać na zapas? Co jakiś czas odzywają się głosy, że młodzi ludzie są nieco inni (nie, większość z nich nie popiera Konfederacji) i że oni naprawią nasz kraj. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ten drobny szczegół, że to wcale nie musi być prawda. Tzn., owszem, może być tak, że młodzi naprawią to, co zostało rozpierdolone (bo znajdą na to jakiś sposób), ale może być też tak, że po prostu stąd wyjadą, bo dojdą do wniosku, że nie warto kopać się z koniem. Warto bowiem mieć na uwadze fakt, że o ile do tej pory ludzie wyjeżdżali z Polski głównie w celach zarobkowych, to postępujące gnicie naszego kraju może sprawić, że zaczną wyjeżdżać po to, żeby żyć (i, na ten przykład, wychowywać dzieci) w normalnym państwie. Nie mam tu na myśli ludzi, którzy przy okazji każdych wyborów pierdolą o tym, że „jak PiS wygra, to wyjadą”, ale tych, którzy nie roztrząsają tego na forum publicznym.   


Na sam koniec zostawiłem sobie kwestię wyborów prezydenckich 2020. Mimo, że przyszłość jawi mi się w niezbyt różowych barwach niezależnie od tego, kto wygra wybory, to pójdę i zagłosuję za tym, żeby obecny Prezydent RP sobie, kurwa, poszedł. Zmiana na stanowisku Prezydenta RP co prawda nie uzdrowi naszego państwa, ale przynajmniej pozwoli nieco spowolnić procesy gnilne. Kontrkandydat obecnego Prezydenta RP (eufemizując), nie jest, kurwa, z mojej bajki i momentami straszliwie mnie wkurwia, ale nie będę opowiadał o tym, jak bardzo będę cierpiał idąc do komisji i stawiając krzyżyk przy jego nazwisku (bo cierpieć z tego powodu nie będę). Pomijając wszystko inne, fajnie byłoby popatrzeć na twarze polityków Zjednoczonej Prawicy (również tych zatrudnionych w mediach rządowych), do których dociera to, co się stało. „Wiadomości” bym co prawda z tego powodu nie obejrzał (no bo, kurwa, szanujmy się), ale jakoś tak miło by mi było, gdyby ludzie, od kilku lat szczujący na swoich współobywateli musieli się pogodzić z tym, że ich dni w mediach są policzone, bo kadencja KRRiTV potrwa jeszcze trochę, ale jednak, w pewnym momencie się skończy a 3 z 5 członków tejże rady nie będzie już wybierać Zjednoczona Prawica.

 
Źródła:

https://tvn24.pl/magazyn-tvn24/rozliczenie-z-gowinem-to-kwestia-czasu-kulisy-wyborczej-porazki-kaczynskiego,269,4720

https://wyborcza.pl/7,75398,25820060,dlaczego-pis-prze-do-wyborow-podczas-epidemii-zamowilismy.html

https://dorzeczy.pl/kraj/132533/czy-wybory-powinny-zostac-przelozone-oto-co-sadza-polacy.html

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1465221,prezydent-jezeli-sa-warunki-by-chodzic-do-sklepu-to-sa-warunki-by-pojsc-do-lokalu-wyborczego.html

https://tvn24.pl/wybory-prezydenckie-2020/koronawirus-w-polsce-glosowanie-korespondencyjne-dla-osob-na-kwarantannie-i-powyzej-60-l-pis-pod-oslona-nocy-zmienia-kodeks-wyborczy-4516633

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-03-31/glosowanie-korespondencyjne-w-wyborach-prezydenckich-klub-pis-zlozyl-projekt/

https://bytom.naszemiasto.pl/czlonek-komisji-wyborczej-w-bytomiu-falszowal-karty-do/ar/c1-7782812

https://konkret24.tvn24.pl/polityka,112/wspolczuje-czlonkom-tych-komisji-jak-beda-liczone-glosy,1014674.html

https://natemat.pl/74815,poslowie-pis-wyszli-z-sejmu-wiec-nie-bedzie-dnia-sybiraka-a-sami-o-niego-zabiegali

https://natemat.pl/232729,jaka-kare-otrzymal-prezes-kaczynski-za-slowa-o-zdradzieckich-mordach

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1467763,sasin-wybory-prezydenckie-glosowanie-korespondencyjne.html

https://www.rp.pl/Wybory-prezydenckie-2020/200429763-Sasin-Karty-do-glosowania-drukowane-Senat-przekracza-misje.html

https://www.wprost.pl/wybory-prezydenckie-2020/10322223/sasin-trudno-bedzie-przeprowadzic-wybory-10-maja-za-caly-galimatias-odpowiada-opozycja-i-senat.html

Jeżeli chodzi o Nowaka, to wrzucam link do Wiki, bo tam cała sprawa jest dobrze skompilowana:

https://pl.wikipedia.org/wiki/S%C5%82awomir_Nowak

https://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/522716,newsweek-uderza-w-jana-szyszke-wart-setki-tysiecy-zl-dom-wpisal-do-oswiadczenia-jako-stodole.html

https://natemat.pl/185837,to-nie-jest-program-wspierania-rodzin-to-jest-program-rozdawania-pieniedzy-500-plus-idzie-na-samochody-nie-dla-dzieci

https://natemat.pl/185817,mialy-zwiekszyc-dzietnosc-wspomoga-motoryzacje-78-osob-przeznaczy-pieniadze-z-500-na-zakup-samochodu

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/sondaz-ibris-dla-onetu-polacy-ocenili-rzetelnosc-programow-telewizyjnych/lc2bezh

https://warszawa.tvp.pl/48552143/w-sejmie-projekt-ustawy-ws-reprywatyzacji-i-odszkodowan-dla-lokatorow

https://natemat.pl/203771,to-nagranie-sprzed-lat-po-prostu-poraza-janusz-palikot-przewidzial-wszystko-co-prawo-i-sprawiedliwosc-zrobi-z-polska

https://www.pb.pl/sejm-znowelizowal-ustawe-o-sluzbie-cywilnej-817155

https://inforfk.pl/cykle-tematyczne/tresc,inforfk,00,INF0000000000000694295,Jak-obsadzac-wyzsze-stanowiska-w-sluzbie-cywilnej-po-zmianach-od-23-stycznia-2016.html

https://www.rp.pl/Wybory-prezydenckie-2020/200709795-Adam-Bielan-oczekuje-interwencji-ambasadora-Niemiec.html

https://twitter.com/SzSz_velSek/status/1280845134570164224


https://pl.wikipedia.org/wiki/Krajowa_Rada_Radiofonii_i_Telewizji



Hejterski Przegląd Wyborczy #2
26.06.2020
Trochę czasu minęło od momentu, w którym pochylaliśmy się nad tematami wyborczymi, tak więc doszedłem do wniosku, że warto ogarnąć kolejny (tak, drugi to też „kolejny”) Przegląd Wyborczy. Zacznę od takiej uwagi o charakterze ogólnym, którą to uwagę ostatnio jakoś tak coraz częściej się mi zdarza wrzucać do tekstów. Tak, to jest wstęp pt.: „patrzę na politykę od dłuższego czasu, ale jednak udało się mnie komuś zaskoczyć”. Skoro mamy to za sobą, to teraz przejdźmy do tego, co mnie zaskoczyło. O obecnym Prezydencie RP mam zdanie takie, a nie inne. Niemniej, kurwa, jednak to, co się ostatnio odjebało, wprowadziło mnie (na moment) w taki stupor, że gdybym był członkiem załogi „Niezwyciężonego” i akurat wizytował pewien wąwóz razem z Grupą Rohana, to też bym pewnie ocalał. Mamy łatwo obserwowalny dowód na to, do czego prowadzi ignorowanie fundamentalistów. Jeszcze siedem lat temu wypowiedzi w rodzaju: „Genderrewolucjonistów z powodzeniem można określać mianem neobolszewików pamiętając, że różnią się od nich jedynie stosowanymi metodami”, padały głównie z ust tytanów intelektu pokroju księdza Oko. W 2020 Prezydent RP publicznie bredzi o tym, że: „To, że próbowano dzieciom w szkołach wcisnąć komunistyczną ideologię, to był bolszewizm, ideologizowanie ludzi. Dzisiaj też naszym dzieciom próbuje się wciskać zupełnie inną ideologię, aczkolwiek to jest taki neobolszewizm.”. Muszę przyznać, że upadek Prezydenta RP jest tak wielki, że nawet wyrżniecie „Ariela” w powierzchnię Marsa to przy tym pestka. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w przeciwieństwie do upadku „Ariela”, upadek Prezydenta RP miał swoją przyczynę w skrajnej, kurwa, bezmyślności.


Nie chciałbym być źle zrozumiany. Nie chodzi mi o to, że osoba będąca Prezydentem RP nie ma szans na reelekcję po tym rzygu. Chodzi mi o to, że przez ten rzyg ucierpiała powaga urzędu sprawowanego przez tę osobę. Bo jeżeli Głowa Państwa może sobie pozwolić na coś takiego, to znaczy, że „wolno wszystko”. Co zrozumiałe, Prezydent RP brnie od dłuższego czasu w bełkotliwe tłumaczenia, z których wynika, że ideologia LGBT istnieje, że on wcale nikogo nie obraził i że nie zamierza nikogo przepraszać. Cała sprawa jest bagatelizowana przez drony pokroju Pawła Rybickiego, że hohoho, hahaha: „Najlepsze jest to, że to całe podniecenie się lewacko-liberalnej warszaffki paroma tekstami w zagranicznej lewacko-liberalnej prasie nie ma żadnego przełożenia na polskie realia. Potem jak zwykle będą zdziwieni jak w 2015 albo 2019”. Przez moment zastanawiałem się nad tym, czy budowanie takiej narracji „hehehe, lewaków boli dupa” to przejaw głupoty, czy też wyrachowania, ale uznałem, że jednak chodzi o bramkę numer jeden. Do obecnych władz nie dociera to, że co prawda ich betonowy elektorat ma takie tematy w głębokim poważaniu (i pewnie się cieszy, że „znowu pokazaliśmy tym pajacom z zagranicy!”), ale tego rodzaju „wypowiedzi” są bardzo, ale to bardzo szkodliwe dla naszego kraju. Po pierwsze, wzmacniają wizerunek dzbanów narodowych zamieszkujących nasz kraj, po drugie zaś mogą mieć bardzo duży wpływ na nasze relacje międzynarodowe. No bo to jest tak, że Prezydent RP (w teorii przynajmniej) powinien jeździć i „zagranico” dogadywać się z głowami innych państw. Kto będzie chciał się dogadywać z typem, który bredzi o tym, że walka o związki partnerskie to taki neobolszewizm? Rzecz jasna, nikt nie zerwie z naszym państwem stosunków dyplomatycznych z tego powodu, ale nieśmiało przypominam o tym, że w polityce zagranicznej w chuj istotne jest tzw. „soft power”, której Zjednoczona Prawica pozbawia nas z uśmiechem na twarzy. Być może już kiedyś mi się zdarzyło coś takiego napisać, ale Zjednoczona Prawica sprowadziła nas w polityce zagranicznej do roli wiecznie najebanego wujka, którego trzeba zapraszać na spotkania (bo to rodzina), ale wszyscy mają go dosyć i generalnie to nie liczą się z jego opinią. Do tego pięknego obrazka dodajmy teraz kolejną składową. Otóż, nasz wujek się właśnie zrzygał na stół, na siebie i na wszystkich dookoła, po czym oświadczył, że on nikogo nie zamierza przepraszać, bo ma prawo do własnej opinii. Uwaga natury ogólnej, nie skupiałem się w powyższym wstępie na tym, że upadek Prezydenta RP miał również wymiar etyczny, bo Zjednoczona Prawica wielokrotnie udowadniała, że ma na to wyjebane. Tzn. jeżeli szczucie może im w czymś pomóc, to będą szczuli. Gdyby tak nie było, to pewien wysoko postawiony funkcjonariusz Kościoła, bełkoczący o zarazie, nie dostałby tylu pochwał od rządowych mediów i polityków partii rządzącej, a rządowe media nie jarałyby się „strefami wolnymi od”. Gwoli ścisłości (bo ten wątek mógł wprowadzić trochę zamętu). Tak, Zjednoczona Prawica szczuła, szczuje i będzie szczuć (jeżeli damy jej taką możliwość), niemniej jednak tego rodzaju narracja w wykonaniu prezydenta, to pewne novum. Warto w tym miejscu zauważyć, że to, czy Prezydent RP w tym momencie wykonywał polecenia sztabowców, czy też po prostu opowiadał o tym, co mu leży na sercu (czy też oba naraz), nie ma w tym miejscu najmniejszego znaczenia.


Ponieważ dłubanie przy tej notce trochę mi zajęło, okazało się, że w przysłowiowym międzyczasie, Kancelaria Prezydenta RP rzuciła prezydentowi worek cegieł z przyklejoną kartką z napisem „koło ratunkowe”. Jak do tego doszło? Otóż: „Jeden z twórców Atlasu Nienawiści, Jakub Gawron, wysłał do Kancelarii Prezydenta pytania na temat Karty Rodziny”. Zapytano, między innymi o to: „co to jest ideologia LGBT?”, „W jaki sposób zostanie wprowadzony zakaz "ideologii LGBT" w instytucjach państwowych? Za pomocą rozporządzenia? Nowelizacji ustawy? Nowej ustawy?”. Pytań było znacznie więcej, ale cytowanie ich nie ma sensu, albowiem Kancelaria Prezydenta RP odpisała, że: „Żądane informacje dotyczą kampanii wyborczej Kandydata na Prezydenta RP Andrzeja Dudy, a nie działań podejmowanych w ramach pełnionej funkcji Prezydenta RP”. Tak więc, wiecie rozumiecie, Prezydent może i sobie coś tam powiedział, ale powiedział to jako kandydat, więc wypad, pajace! Kancelaria poinformowała pytających o tym, że takie pytania to se można kierować do sztabu wyborczego, ale napisała również, że: „żądanie dostępu do informacji publicznej "nie dotyczy zdarzeń przyszłych, zamiarów, planów czy zapowiedzi przedstawiciela władzy publicznej”, tak więc wydaje mi się, że chyba wiem, co się stanie, jak podobne pytania zostaną skierowane do sztabu wyborczego. Poza wszystkim innym, reakcja Kancelarii Prezydenta RP jest tak bardzo typowa dla polskiej prawicy, że gdyby w którymś słowniku było hasło „mówienie głupot i nie branie odpowiedzialności za to, co się powiedziało”, to w definicji stałoby: „zobacz: „polska prawica””. Tak się bowiem składa, że jak prawica coś powie, to zawsze jest, kurwa, wyrwane z kontekstu, albo skrót myślowy, albo chuj wie co. Pod tym względem obecny Prezydent RP idealnie wpasowuje się w prawicowy krajobraz.

 
No dobrze, ale jak to się w ogóle stało, że Prezydent RP zdecydował się na stosowanie narracji, które do tej pory utożsamiane były ze skrajnym dzban-konserwatyzmem, który miał w zamierzeniu zjednać mu elektorat Konfederacji (mocno konserwatywne kawałki elektoratu PSL)? Wszystkiemu winny jest clusterfuck, który Zjednoczona Prawica sama sobie zafundowała. Na swoje własne nieszczęście, Zjednoczona Prawica tego nie dostrzega i wszystkie swoje problemy zrzuca na karb tego, że POKO dokonało wymiany kandydata. Owszem to, że zamiast Małgorzaty Kidawy Błońskiej startuje teraz Rafał Trzaskowski również jest dla Zjednoczonej Prawicy problemem, ale nie tak wielkim, jak to, w co Zjednoczona Prawica sama się wkopała.


Moim skromnym zdaniem, początkiem nieszczęść Zjednoczonej Prawicy był jej ośli upór w kwestii majowych wyborów. Ów ośli upór miał kilka przyczyn. Pierwszą (i chyba najważniejszą) było to, że Zjednoczona Prawica nie bardzo wiedziała „co będzie dalej” z epidemią, z polską gospodarką etc. Zakładała więc, że „będzie źle”, ponieważ zaś to sobie założyła, czynniki decyzyjne uznały, że trzeba wybory przeprowadzić póki słupki sondażowe są takie, a nie inne. Wiele napisano o „słuchu społecznym” Zjednoczonej Prawicy, ale o ile takowy w ogóle kiedyś istniał (a moim zdaniem był on efektem wydawania pierdyliona złotych na badania), to zupełnie zanikł w marcu 2020. Tak się bowiem składa, że badania odnośnie tego „co z wyborami” przeprowadzano jeszcze przed lockdownem i na pytanie: „Czy uważa Pani/Pan, że gdyby w Polsce znacząco wzrosła liczba zachorowań wywołanych koronawirusem należałoby przełożyć wybory prezydenckie? 51,7 proc. odpowiedziało "tak". "Nie" odpowiedziało 28,1 proc. Odpowiedzi "Nie mam zdania" udzieliło 20,2 proc.”  (badanie przeprowadzono 10-11 marca). Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że pytanie było obarczone przynajmniej dwoma błędami metodologicznymi (miało sugerującą treść i coś, co się zwie „błędem znawstwa” [skąd respondent ma wiedzieć co to jest „znaczący przyrost”?]). Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że praktycznie wszystkie późniejsze sondaże wskazywały na to, że suweren tych wyborów w maju nie chce. Niechęć suwerena oznaczała znacznie mniejszą frekwencję (z różnych sondaży wynikało, że będzie to jakieś 31% albo gorzej). Zjednoczoną Prawicę ta niska frekwencja bardzo cieszyła, albowiem jak można było wyczytać z sondażu Kantar dla Wyborczej: „sprawdziliśmy, kto odważy się zagłosować mimo trwającej epidemii i okazało się, że głównie wyborcy Andrzeja Dudy. Jeśli wybory prezydenckie odbędą się podczas epidemii, Duda dostanie w I turze aż 65 proc. głosów. Jeśli już po epidemii: 44 proc.”. Tak więc, może i większa część suwerena nie chciała tych wyborów, ale wystarczająca część elektoratu Prezydenta RP była gotowa wziąć w nich udział, tym samym, resztę można było mieć w dupie. W międzyczasie wymyślono sobie wybory korespondencyjne i zaczęto udowadniać, że Polacy tych wyborów chcą (w jednym z sondaży [ciekaw jestem metodologii] dojechano do 57,5% frekwencji). Przekonywano również suwerena do tego, że jeżeli wybory nie odbędą się w maju, to równie dobrze Polskę będzie można zlikwidować. Potem zaś wybory się nie odbyły i nagle się okazało, że alarmistyczny ton polityków Zjednoczonej Prawicy był (co za szok) zwykłą ściemą.


Kolejnym problemem, który zafundowała sobie Zjednoczona Prawica były autograbie sondażowe. Zjednoczona Prawica chwaląc się sondażowymi wynikami obecnego Prezydenta RP, całkowicie pomijała przyczyny, dla których ma on tak wysokie słupki sondażowe (które dojeżdżało do 60 punktów procentowych i więcej). Nie wspominano praktycznie w ogóle o tym, że kilkuprocentowe poparcie innych kandydatów bierze się stąd, że ich elektoraty nie chcą brać udziału w wyborach ze względu na, że tak to ujmę, „okoliczności przyrody”. Dodatkowo, flekowano Koalicję Obywatelską za to, że Małgorzata Kidawa-Błońska ma „rekordowo niskie poparcie” (w pewnym momencie było to 2%). Rządowe media i politycy partii rządzącej budowali narrację, że jeżeli chodzi o to poparcie, to jest ono efektem tego, że Polacy uznali, że KO jest po prostu do dupy i nie chcą głosować na ich kandydatkę. Co prawda, niektórzy się wyłamywali z tych narracji (Jacek Karnowski tłumaczył, że to poparcie niskie to dlatego, ze MKB wezwała do bojkotu), ale przekaz był prosty jak budowa cepa: Polacy uważają, że obecny Prezydent RP = dobrze i uważają, że opozycja = niedobrze. Spindoktorzy, którzy wymyślali te narracje, nie brali pod rozwagę scenariusza, w którym wyborów w maju nie będzie. Ponieważ zaś wybory w maju się nie odbyły, wszystkie te narracje są dla Zjednoczonej Prawicy autograbiami. Nie da się bowiem podtrzymywać narracji „Polacy kochają obecnego Prezydenta RP”, w sytuacji, w której zalicza on 20% spadek w sondażach. Tak samo, jak nie da się tłumaczyć, że Polacy generalnie to uważają, że CHWDP największej partii opozycyjnej, kiedy wymieniony kandydat poprawia sondażowe wyniki swojej poprzedniczki. Ja wiem, że najtwardszy elektorat przyjmie wszystko, ale sam beton nie wystarczy do wygrania wyborów. Niższe słupki sondażowe obecnego Prezydenta RP pojawiać się zaczęły również w „badaniach” przeprowadzanych przez moją ulubioną, niezależną sondażownie (Social Changes). Polski komentariat nie byłby polskim komentariatem, gdyby nie zaczął się w tym dopatrywać spisku. Spisek ów miał polegać na tym, że partia rządząca celowo zaniża te słupki, żeby mobilizować swój  elektorat. Na pierwszy rzut oka, teoria brzmi legitnie, bo chyba nikt nie ma wątpliwości odnośnie tego, do czego używa się sondaży u nas i po co się je publikuje. Tylko, że na drugi rzut oka teoria ta jest mocno dziurawa. Nie ma w niej co prawda tylu dziur, ile można by było znaleźć na tradycyjnym nakryciu głowy pastafarianina, ale są one na tyle duże, że ciężko traktować tę teorię poważnie. Pierwszą dziurą w teorii jest panika obozu władzy, który non stop podejmuje histeryczne działania. Ponieważ o działaniach będzie za moment, teraz można skupić się na inszych dziurach w teorii. Drugą dziurą jest to, że gdyby chodziło o zaniżanie poparcia celem zmobilizowania elektoratu, to ktoś uprzedziłby CBOS, że rzucanie sondażem, w którym deklarowana frekwencja wynosi 84% (swoją drogą, bardzo bym chciał, żebyśmy takową mieli), a poparcie obecnego Prezydenta RP wynosi 49% (kandydat KO miał w tym badaniu 16%), może zdemobilizować elektorat partii rządzącej. Po trzecie, obóz władzy nie przejmuje się niskimi słupkami. Jak bardzo? Ano tak bardzo, że w rozmowie z „Wprostem” członkowie obozu władzy opowiadali o tym, że: „ich wewnętrzne sondaże są lepsze od tych publikowanych. – Oficjalne sondaże, które pokazują, że Rafał Trzaskowski ma coraz większe poparcie, mobilizują nasz elektorat, który był do tej pory nieco uśpiony. Nasze wewnętrzne badania dają Andrzejowi Dudzie w I turze dwucyfrową przewagę, a w II od 4 do 2 proc. więcej niż Rafałowi Trzaskowskiemu”. Jeżeli ktoś decyduje się na zagrywkę: a chuj, powiem, że mam własne sondaże, w których jest lepiej, to znaczy, że sytuacja jest dla tego kogoś raczej mało komfortowa. Takie „wyjawianie” tajemnic kłóci się również z teorią o celowym zaniżaniu słupków celem zmobilizowania elektoratu.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Na ćwitrze można czasem przeczytać inne teorie, z których wynika, że te słupki obecnego Prezydenta RP są takie, a nie inne dlatego, że jest on niedoszacowany. Przyznam szczerze, że ciężko dyskutować z takim argumentem, bo generalnie rzecz ujmując, polskie sondaże są tak doskonale przeprowadzane, że praktycznie zawsze ktoś w nich jest niedoszacowany, albo przeszacowany. Wystarczy sobie przypomnieć „finałowe” sondaże przedwyborcze z wyborów parlamentarnych 2019 i ranking Onetu, który po wyborach zestawiał te sondaże z wynikami. Tym niemniej, jednym z największych fuckupów sondażowych było to, co się działo w trakcie wyborów samorządowych 2018. W teorii, najłatwiej byłoby zrobić legitny sondaż w Warszawie (bo to największe miasto). W praktyce, chyba żadnej sondażowni się to nie udało. To „chyba” w poprzednim zdaniu to nie jest dupochron, po prostu nie widziałem sondażu, w którym Trzaskowski miałby poparcie zbliżone do swojego wyniku wyborczego. Mało tego. Wyniki sondaży zbudowały coś w rodzaju Matrixu. Kiedy Polska The Times walnęła sondażem, z którego wynikało, że Trzaskowski wygra z Chłopakiem z Biedniejszej Rodziny w drugiej turze (53,5 do 40), to obserwatorzy (którzy wcześniej wieszczyli, że Chłopak z Biedniejszej Rodziny wygra) zatrzęśli się z oburzenia, bo co to, kurwa, za sondaż inny od tych, z których im wynikało, że obaj kandydaci idą niemalże łeb w łeb? A potem przyszły wyniki wyborów i okazało się, że nawet ten „inny” sondaż się rozminął z rzeczywistością. Czy z tego wynika, że w 2020 obecny Prezydent RP może być niedoszacowany? Jak to mawiał klasyk: nie można tego wykluczyć. Tylko, że nie można wykluczyć również tego, że niedoszacowany jest jego, że tak to ujmę „główny” oponent. Jeżeli chodzi o sondażowe powody do zmartwienia, to Zjednoczona Prawica ma jeden, zajebiście duży problem, który polega na tym, że elektorat negatywny obecnego Prezydenta RP w drugiej turze poprze prawie każdego kontrkandydata (nawet Bosak mógłby liczyć na spore poparcie [o zaczadzeniu tym kandydatem przez część komentariatu wspomnę jeszcze w tej notce). Te drugoturowe sondaże są praktycznie niezmienne, niezależnie od tego, co robi Zjednoczona Prawica. Pojawiają się tam jakieś wahnięcia, ale obstawiam, że są one wynikiem błędów pomiarowych.


Ostatnim selfmade fuckupem Zjednoczonej Prawicy jest jej nieumiejętność pogodzenia się z tym, że to nie jest rok 2015, a ich najgroźniejszym przeciwnikiem nie jest już Bronisław „Gajowy” Komorowski. To jest, swoją drogą, cokolwiek fascynujące, bo poprzednia próba wmanewrowania kogoś w to, żeby był postrzegany jak Gajowy, która to próba była tak subtelna, że „niezależni internauci” założyli na ćwitrze konto o nazwie „Trzaskowski jak Komorowski”, skończyła się srogim wpierdolem wyborczym. Mimo tego, nikt w Zjednoczonej Prawicy nie zorientował się, że być może, jedną ze składowych tego wpierdolu było stosowanie metody, która jest nieskuteczna. Tzn. ja wiem, że Zjednoczona Prawica wypiera to, co się stało w Warszawie, a gdy nie może udawać, że to się nie stało (bo np. jakiś dziennikarz o coś zapyta), to wtedy się zaczyna budowanie narracji „wiadomo, że nasz kandydat nie miał szans” (pewnie dlatego Chłopaka z Biedniejszej Rodziny nadal wkurwia to, co się wtedy stało), ale dziwi mnie totalny brak refleksji. Mimo tego, że w Warszawie się nie udało, Zjednoczona Prawica usiłowała stosować metodę „na Komorowskiego” żeby poradzić sobie z Kidawą-Błońską. Mimo tego, że MKB była taką, a nie inną kandydatką, te narracje nie działały. Wydaje mi się, że sztabowcy obecnego Prezydenta RP byli o krok od poznania Wielkiej Prawdy pt. „to se ne vrati”, ale potem się objawiła pandemia i kandydatka POKO wraz ze swoim sztabem się pogubiła w narracjach i zaczęły jej spadać słupki sondażowe. W międzyczasie wezwała do bojkotu wyborów, przez co jej poparcie spadało do poziomu poparcia Magdaleny Ogórek w 2015. To był najprawdopodobniej moment, w którym Zjednoczona Prawica uznała, że te spadki to pewnie po części dlatego, że ich metoda znowu okazała się skuteczna (zapewne była to jedna z przyczyn, dla których partia rządząca zafundowała sobie sondażowe autograbie). Skoro więc metoda działała, a POKO zmieniło kandydata, to co należy zrobić? Zgadliście, należy tłumaczyć suwerenowi, że Trzaskowski jest jak Komorowski, mimo że metoda ta ni cholery nie zadziałała w 2018 w Warszawie.


Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że gdyby obecny Prezydent RP miał tak doskonałą kampanię w 2015, to najprawdopodobniej wyrównałby wynik Magdaleny Ogórek, ale ponieważ złośliwy nie jestem, zapraszam was na krótką wycieczkę po wyimkach z kampanii prezydenckiej, żebyście mogli w pełni docenić to, jak bardzo ci ludzie się, kurwa, pogubili. W pewnym momencie Czynniki Decyzyjne Zjednoczonej Prawicy uznały, że dość już tego udawanka z tym, że Kurski popadł w niełaskę i zdecydowano się na (oficjalne) przywrócenie go do łask. O tym, że wywalenie Kurskiego miało być dowodem na polityczną siłę obecnego Prezydenta RP, najprawdopodobniej zapomniano. No dobrze, ale po co im ten Kurski? Po to, żeby podkręcić hejty na Trzaskowskiego. To jest w sumie dość zabawne, bo już na początku hejtowania kandydata KO przez media rządowe – widać było, że to nie jest Komorowski, albo Kidawa-Błońska i że raczej nic z tego nie będzie. Tym samym decyzja o tym, żeby jeszcze bardziej się na nim wyżywać, była decyzją cokolwiek idiotyczną. Osobną kwestią jest to, że Trzaskowski ma doświadczenie w byciu flekowanym przez praktycznie cały aparat państwowy, bo raczej nie zapomniał tego, co się działo w trakcie kampanii samorządowej 2018, kiedy to „cała Polska” wspierała Chłopaka z Biedniejszej Rodziny. Wspierano go tak bardzo, że Rządowy Organ (aka „Gazeta Polska”) zlustrował matkę Rafała Trzaskowskiego (pewne rzeczy są niezmienne: szczepionki są dobre, narodowcy są rasistami, a PiS będzie napierdalał teczkami w nieprawilnych ludzi). Jestem się w stanie założyć o wiele, że w momencie, w którym Trzaskowski podejmował decyzję o tym, że jednak chce kandydować, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co się będzie działo. Dlatego też nie bawił się w dyplomację, tylko zapowiedział likwidację TVP. Nie będę się w tym miejscu pochylał nad zasadnością tego postulatu, bo nigdy nie skończę tej notki (acz obiecuję, że jak napiszę tekst o tym, jak PiS rozpierdala szeroko pojętą państwowość, to w tym tekście się pojawią dywagacje na temat TVP), od siebie dodam, że TVP robiło potem wszystko, żeby udowodnić, że ich zaoranie byłoby dobrym pomysłem.


Żeby nie przedłużać, przejdźmy do wyimków. Od razu nadmieniam, że będzie ich tylko kilka, bo gdybym chciał tu opisać wszystkie fuckupy mediów rządowych, których działanie to „niedźwiedzi pocałunek” (copyright Samuel Pereira) dla ich kandydata, to pewnie musiałbym popełnić książkę całą. 30 maja pracownik rządowych mediów zadał Rafałowi Trzaskowskiemu bardzo istotne pytanie: „Dlaczego pan wraz z żoną wycofał dzieci z przygotowań do pierwszej komunii świętej?” Co zrozumiałe, bardzo szybko zareagował na to obecny Prezydent RP, który doskonale wie, jak to jest, jak się komuś wciąga rodzinę do kampanii (vide, wpis z fejkowego konta Kingi Dudy, który to wpis pojawił się w programie Tomasza Lista). Dobra, żartowałem. Obecny Prezydent (ani też Poprzedniczka Premiera Tysiąclecia, ani też inne Mastalerki) nie zająknął się w tym temacie. 13 czerwca, na portalu TVP Info pojawił się artykuł poruszający bardzo istotną kwestię. Pozwolę sobie na nieco obszerniejszy cytat, żebyście mogli w pełni docenić skalę problemu: „Trzy sceny, w których główną rolę w kampanii zaczyna odgrywać z pozoru nic nie znaczący przedmiot” – napisał na Twitterze wiceszef publicystyki TVP Info Daniel Liszkiewicz. Do wpisu załączył nagranie dwóch sytuacji z udziałem kandydata KO na prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego i jednej, w której widzimy prezydenta Andrzeja Dudę. (…) W trakcie kolejnego fragmentu widać, jak parasol zostaje rozłożony nad tłumaczką na język migowy, przekładającą przemówienie prezydenta Warszawy. W pewnym momencie parasol przejmuje sam Trzaskowski, pozostawiając kobietę bez osłony przed deszczem. (…) Z tymi sytuacjami skonfrontowano sytuację, do jakiej doszło w trakcie dzisiejszego wystąpienia Andrzeja Dudy. Kiedy zaczął padać deszcz, prezydent odmówił zasłonienia się parasolem.  „To tylko parasol, a tyle prawd potrafi ujawnić. Trzy sceny, w których główną rolę w kampanii zaczyna odgrywać z pozoru nic nie znaczący przedmiot” – skomentował sprawę sam Liszkiewicz.”. Nie wiem, jak wy, ale ja jestem, kurwa, zszokowany i uważam, że kwestią parasola powinna zająć się komisja śledcza. Idźmy dalej, 16 czerwca kandydat KO po raz kolejny musiał mierzyć się z dociekliwym pracownikiem mediów rządowych, który z narażeniem się na śmieszność zapytał: „Dwa lata temu zamiast na defiladę z okazji rocznicy Bitwy Warszawskiej wybrał się pan na jarmark, kupić m.in. dżem. Czy podobnie postąpiłby pan jako prezydent RP?” Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że kandydat się odwinął, zaś na ćwitrze bardzo szybko trendować zaczął hashtag #dżem. Politycy Zjednoczonej Prawicy usiłowali jakoś ratować tę sytuację i tłumaczyć, że żarty Trzaskowskiego z dżemu to: „Żenująca próba zdetonowania wizerunkowego problemu polegającego na tym, że Trzaskowski 2 lata temu dokładnie w ten sam sposób kpił z parady wojskowej w Dzień Wojska Polskiego... kupując dżem. A dzisiaj udaje obronnością i wojskiem zatroskanego.” (pozdrowienia dla Sebastiana Kalety), ale trochę im to, kurwa, nie szło. Niezwykle Ważnych Pytań zadawanych kandydatowi KO było od cholery, ale zawsze kończyło się to tak, że zadający pytanie dostawał po łapach. Ktoś poszedł więc po rozum do głowy (a przynajmniej tak się mu wydawało) i Trzaskowskiemu, który mówi językami ludzi i aniołów (tak, musiałem) podesłano pana z Wirdżinii (to odpowiedni moment na puszczenie sobie „Take Me Home, Country Roads”), który chyba miał zagiąć Trzaskowskiego, ale wyszło, jak zwykle. Ponieważ Zjednoczona Prawica nie wie, kiedy przestać, usiłowano tłumaczyć, że heheszki z akcentu pana z Wirdżinii (jako oglądacz serialu „Justified” muszę stwierdzić, że nie brzmiało to, kurwa, przekonująco), to dowód na to, że Trzaskowski jest niedobrym człowiekiem.


O tym, jak bardzo zesrana jest rządowa Machina Propagandowa niech zaświadczy inny fuckup, który przeszedł praktycznie niezauważony, mimo że moim zdaniem ma znacznie cięższy kaliber. Otóż na portalu TVP Info pojawił się artykuł, którego lead był z gatunku self-explanatory: „Rafał Trzaskowski w środę, przed debatą w TVP, apelował do kontrkandydatów o szacunek i pouczał, by nie „dzielili Polek i Polaków”, ponieważ w ten sposób „powstają rany, które są trudne do zagojenia”. Jeden z internautów przypomniał mu działalność jego „znajomego”, Bartosza Kramka.”. Generalnie chodziło o to, że Kramek nabijał się z ikony MBCz. Niemniej jednak, na tym się artykuł nie skończył, albowiem w pewnym momencie można było przeczytać, że: „Związki fundacji Kramka z Rafałem Trzaskowskim mają już kilkuletnią historię. Przed wyborami samorządowymi w 2018 r., w których Trzaskowski kandydował na urząd prezydenta Warszawy, jedną z głównych postaci jego kampanii była stołeczna radna, Aleksandra Gajewska. Gajewska była jednocześnie szefem zespołu politycznego Fundacji Otwarty Dialog. Radna tłumaczyła, że działała w niej jako wolontariuszka. W czasie, gdy wspierała Trzaskowskiego w walce o fotel prezydenta stolicy, wątpliwości wokół finansowania fundacji sprawiły, że jej szefowa i żona Kramka, Ludmiła Kozłowska, została z rekomendacji ABW wydalona z Polski i Unii Europejskiej.”. Pod koniec cytatu media rządowe zafundowały sobie autograbie. Tzn. zafundowałyby, gdyby ktoś się nad tym pochylił i zapytał autora tekstu o to, czemu nie dopisał w tekście tego, jaki finał miała akcja polskich służb. Jeżeli ktoś nie pamięta, to, w telegraficznym skrócie, polskie służby dały Kozłowskiej bana na wjazd do UE w oparciu o kwity, które spreparowano na zlecenie mołdawskiego oligarchy. Cebulą na torcie było to, że kwity owe opierały się na insynuacjach, które autorzy kwitów pożyczyli sobie od polskich mediów rządowych (tak więc, zastosowanie miała tu zasada dzbanów połączonych). Finał był łatwy do przewidzenia: ban został uchylony, a polskie służby dostały po łapach od służb innych krajów (bo ich „raport” został uznany za niewiarygodny) O tym, że sąd uchylił decyzję o wydaleniu Kozłowskiej z Polski, wspominać nie trzeba, bo wiadomo, że sądy są złe i gdyby nie robiły partii rządzącej na złość, to pewnie kolonizowalibyśmy już Obłok Magellana. Tego rodzaj wpadek jest od cholery, ale te, w których nie chodzi o dżem, są mało medialne, choć odpowiednio nagłośnione, miałyby znacznie większe pierdolnięcie.


Nikogo zapewne nie zaskoczy to, że do wypowiedzi polityków (bądź też ich bliskich) podchodzę z absolutnym brakiem zaufania. Z fragmentem wywiadu z Małgorzatą Trzaskowską i jej mężem, które to fragmenty pojawiły się w mediach w charakterze zajawki (cały wywiad w „Newsweeku” był) było tak samo. Małgorzata Trzaskowska powiedziała, że: „Jestem osobą wierzącą. Szukali sensacji u mnie w pracy, nic nie znaleźli, rozmawiali z byłymi studentkami męża, żeby coś znaleźć, a jak się nie udało, to czepiają się wszystkiego. To jest absurd!”. Popatrzałem na to i sobie pomyślałem, „ok, niby mogli rozmawiać z tymi studentkami, ale niby jak to zweryfikować?”. A potem sobie przypomniałem ćwit Jacka Nizinkiewicza, który już ponad miesiąc temu napisał na swoim ćwitrze: „Wiewiórki na mieście donoszą, że lada dzień zostanie zdetonowana bomba, która ma uszkodzić nieodwracalnie kandydata Platformy. Jeśli myślicie, że widzieliście już brudną kampanię, to niczego jeszcze nie widzieliście.” i tak sobie pomyślałem, że najprawdopodobniej było tak, że w momencie, w którym zaczęto ryć w poszukiwaniu czegokurwakolwiek na Trzaskowskiego, ktoś niecierpliwy rozpuścił plotki, że „hohoho, zobaczycie co się będzie działo”. Potem zaś, kiedy okazało się, że niczego nie wygrzebano, temat się urwał, a Nizinkiewicz został ze swoim ćwitem (którym podniecał się prawy sektor), jak Jacek Sasin z 30 (czy ile ich tam było) milionami kart do głosowania.


Nie tylko rządowe media są pogubione i zesrane. Panikuje również rząd, który na finiszu kampanii usiłuje pomagać swojemu kandydatowi, rzucając mu wolframowe koła ratunkowe. Ostatnio wymyślono „Bitwę o Wozy”. O co w niej chodzi? Otóż: „W każdym województwie gmina do 20 tys. mieszkańców z największa frekwencją w pierwszej turze wyborów prezydenckich otrzyma wóz strażacki – powiedział wiceminister Maciej Wąsik. 16 takich pojazdów sfinansuje w całości MSWiA”. Jeżeli ktoś sobie w tym momencie pomyślał „no zaraz, czy do tej pory w tych gminach Zjednoczona Prawica nie miała największego poparcia”, to taki ktoś będzie miał rację. Na pierwszy rzut oka, zamysł wydaje się być całkiem sensowny, bo Zjednoczona Prawica ma największe poparcie w tych właśnie gminach. Tylko, że tak sobie myślę, że część suwerena może się srogo wkurwić. Czemu? Bo prawda jest taka, że od tego, jak szybko wóz strażacki przyjedzie na miejsce zdarzenia może zależeć czyjeś życie, a rząd uzależnia sprezentowanie takiego wozu od tego, czy mieszkańcy gminy pójdą do urn. Tak przy okazji, nie udało mi się wygrzebać informacji o tym, ile gmin do 20 tysięcy mieszkańców przypada na jedno województwo, ale wydaje mi się, że raczej sporo i ktoś się może kapnąć, że jeden wóz na województwo, to raczej, kurwa, niewiele.


Niewiele lepiej radzi sobie sztab Obecnego Prezydenta RP (i on sam). Ponieważ w 2015 dobrze sprzedawała się „beka z Komorowskiego”, sztab obecnego Prezydenta RP usiłuje zagrywać w kółko tę samą kartę. Jak to wychodzi w praktyce? Pozwólcie, że zapoznam was z jednym z najnowszych pomysłów sztabu: „Maskotka w kształcie liczby 67 będzie przypominać, że kandydat KO na prezydenta Rafał Trzaskowski w 2016 r. był przeciwny obniżeniu wieku emerytalnego, który koalicja PO-PSL podwyższyła – poinformowali w niedzielę rzecznik sztabu prezydenta Andrzeja Dudy Adam Bielan i europoseł Elżbieta Rafalska.”. Jeżeli widzieliście tę maskotkę, to szczerze wam współczuję. Jeżeli nie widzieliście, to wyobraźcie sobie trójwymiarową mutację „Enki”. Wyżej wymieniona „Enka” była jednym z wielu przykładów na to, że Ryszard Petru nie powinien żartować (bo najlepsze żarty wychodziły mu, kiedy działał „na poważnie” [np. kiedy wymyślił sobie partię „TERAZ!”]). Jeżeli zainteresował was temat „Enki”, to w Źródłach znajdziecie link opatrzony ostrzeżeniem. Gdyby ktoś kiedyś zrobił odcinek „Ulicy Sezamkowej”, w której chciałby poruszyć problematykę tych dwóch „maskotek”, to literką sponsorującą odcinek byłaby literka C, bo to od niej zaczyna się słowo „Cringe”. Jeżeli zaś chodzi o samego Prezydenta RP, to ów, bardzo stara się pokazać, że „coś robi”. Efekty tych starań można było oglądać ostatnio, kiedy internet zalały memy z obecnym Prezydentem RP, który w kapoku patrzył (chyba) na wodę. Poza tym, obecny Prezydent RP pisze i mówi rzeczy, których nie powinien pisać (z innych przyczyn niż te, dla których powinien sobie darować wspomniany na początku tekstu brunatny rzyg). Czasem bywa to śmieszne, jak np. w przypadku wypowiedzi cytowanej przez TVP Info: „Poprosiłem o zintensyfikowanie prac naukowców nad lekiem na koronawirusa”. Nie no, Panie Prezydencie RP, dziękuję za to, że powiedział pan tym jebanym nierobom, żeby się pośpieszyli, bo pewnie zapomnieli o tym, że pandemię mamy i że pasowałoby ogarnąć jakiś lek/szczepionkę. Czasem bywa to po prostu tragicznie wręcz bezmyślne. Dziś (25-06-2020) doszło w Wawie do poważnego wypadku autobusowego. Obecny Prezydent RP, który (jak się pewnie domyślacie) na co dzień nie interesował się tego rodzaju sprawami, nagle bardzo, ale to bardzo, przejął się tym wypadkiem. Tak bardzo się tym przejął, że do momentu, w którym napisałem ten kawałek tekstu, zdążył napisać trzy ćwity na ten temat. Z tych trzech ćwitów zacytuję pierwszy, dlatego, że on wkurwił mnie najbardziej: „Dramatyczny wypadek na moście Grota-Roweckiego w Warszawie. Autobus przegubowy spadł z mostu. Jest wiele Ofiar. Na miejscu trwa akcja ratownicza, są wszystkie służby. Poprosiłem min. M. Kamińskiego i min. Ł. Szumowskiego o szczególną pieczę nad niesieniem pomocy poszkodowanym”. Widzicie? Tak bardzo się tym przejmuję, że aż poprosiłem ziomków z partii, żeby się nad tym pochylili, bo gdybym tego nie zrobił, to przecież nikt nie wiedziałby co trzeba robić i autobus leżałby tam, gdzie się przewrócił aż do momentu, w którym uległby biodegradacji. Dziękuję Pan Prezydent! Nie, to nie jest tak, że się przypierdalam bez sensu. Gdyby obecny Prezydent RP był w trakcie trwania kadencji zaangażowany w poprawę bezpieczeństwa na drogach w Polsce, to bym się nie czepiał. Ponieważ zaś, nagle sobie przypomniał o tym, że w Polsce ludzie giną na drogach i wystarczy w tym „nagle” zmienić kilka liter, żeby wyszło „kampania wyborcza”, zastrzegam sobie prawo do przypierdalania się do niego. Wróćmy na moment do sztabu obecnego Prezydenta RP. Ważną Personą w tym sztabie jest Poprzedniczka Premiera Tysiąclecia, która w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” powiedziała, że: „Andrzej Duda nie wygra, jeśli miliony ludzi, które skorzystały z jego zwycięstwa w 2015-ym roku, nie ruszą do walki.”. Portal „w Polityce” w mig załapał o co chodzi i opatrzył artykuł o tym wywiadzie tytułem: „Miliony, które cieszą się z wolnej i solidarnej Polski, które skorzystały na zmianie z 2015-go roku, muszą się ruszyć”. Muszę przyznać, że jest to mało subtelne, nawet, jak na standardy mojego ukochanego portalu.


Nerwowa atmosfera udziela się również politykom Zjednoczonej Prawicy. Przejawów tej nerwowości jest sporo, ale ja zaserwuję wam wpis Zdzisława Krasnodębskiego: „Gdyby Polacy, nie będący "żelaznym" elektoratem PiS, rozejrzeli się po Europie, po "Zachodzie", a następnie" bez gniewu i uprzedzenia" spojrzeli na Polskę, Andrzej Duda wygrałby w I turze z miażdżąca przewagą. I sprawiedliwości stałoby się zadość.”. Nikt mi nie wmówi, że ten wpis wziął się stąd, że pan Zdzisław jest zadowolony z tego, co się dzieje (a dostęp do „wewnętrznych” sondaży pewnie też ma). Niemniej jednak, jest to przepiękny przykład rzygnięcia elitariusza na „prostego człowieka”, którego zachowanie nie odpowiada elitariuszowi. Tak zupełnie bez związku z całą sytuacją przypomniała mi się beka, którą Zjednoczona Prawica miała z ludzi, którym nie podobało się to, że w 2015 PiS wygrał wybory prezydenckie i parlamentarne. No bo wiecie „demokracja jest wtedy, jak wygrywają nasi kandydaci, a jak inni, to już jej nie ma”. Coś mi mówi, że gdyby wynik wyborów 2020 był nie taki, jak tego by chciała Zjednoczona Prawica, to niegdysiejsza „beka z PO” okaże się autoparodią.


Zdaję sobie sprawę z tego, że niniejszy tekst zdominowany został przez świętą wojnę PO z PiSem, ale, czy nam się to podoba, czy też nie (mnie, na ten przykład, nie bardzo) nasza sytuacja polityczna wygląda, tak, a nie inaczej. Obie partie tak bardzo zdominowały polską scenę polityczną, że od dłuższego czasu wygląda to wszystko tak, że jeżeli jedna z nich rządzi, to ta druga ma największe szanse na pokonanie tej rządzącej. Analogicznie jest z kandydatami na prezydenta RP wystawianymi przez te partie. Tak więc, mamy obecnego Prezydenta RP, który jest kandydatem partii rządzącej. Mamy największą partię opozycyjną, której kandydat ma największe szanse na pokonanie obecnie urzędującego Prezydenta RP. Na tym jednakowoż powtarzalność polskiej polityki się nie kończy, albowiem (po raz kolejny) pojawiła się kolejna „trzecia siła”, mającą być lekiem na duopol. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w 2011 takim lekiem miał być Ruch Palikota. W 2015 Paweł Kukiz wystartował w wyborach i okazał się być w nich czarnym koniem, potem założył ugrupowanie, które (i tak dalej i tak dalej). W 2019 powstała „Wiosna”. Dzisiaj Szymon Hołownia zapowiada utworzenie partii po wyborach prezydenckich (i liczy na powtórzenie wyniku Pawła Kukiza z 2020). Jeżeli chodzi o tego ostatniego człeka, to w tym miejscu chciałbym pochylić czoła przed skutecznością (jego, bądź jego doradców) w zakresie kreowania wizerunku.


Nie można w tym tekście pominąć pierdolca, którego ewidentnie, kurwa, dostała spora część komentariatu. Pierdolec ów im się udzielił, albowiem Bosak. Komentariat (w tym, również część lewicowego) uznał, że w sumie spoko by było, jakby Bosak miał dobry wynik, bo zabierze część wyborców obecnemu Prezydentowi RP. Ja się chciałbym w tym miejscu uprzejmie zapytać: nie popierdoliło was przypadkiem? Moja opinia na temat obecnego Prezydenta RP jest raczej znana, więc nie muszę jej powtarzać, ale pompowanie balonika wizerunkowego Bosakowi, żeby obecny Prezydent RP przegrał, przypomina trochę próbę leczenia choroby nowotworowej cyjankiem potasu. Bosak nie jest fajnym kolesiem, tylko typem, który reprezentuje skrajnie prawicową formację. Ja rozumiem, że w Polsce wiele osób jest skłonnych uwierzyć w to, że „ludzie się zmieniają” (np. PiS w 2015 roku, albo, na ten przykład Hołownia), ale po pierwsze, politycy się nie zmieniają (po prostu karmią nas wizerunkiem, który nam bardziej odpowiada w danym momencie), a po drugie, to nawet jeżeli jakiś polityk miałby się zmienić, to tym kimś nie jest, kurwa, Krzysztof Bosak. Typ, który po zamachu w redakcji Charlie Hebdo radził Francji, coby sobie wprowadziła obrazę uczuć religijnych do Kodeksu Karnego, powinien być objęty dożywotnim banem medialnym. Ja rozumiem, że zapraszanie tego rodzaju ludzi zwiększa oglądalność, ale ogarnijcie się, kurwa. Wszystkim, którzy uważają, że nie ma nic złego w dobrym wyniku Bosaka, o ile oznaczałby on porażkę kandydata Zjednoczonej Prawicy, proponuję eksperyment myślowy: jak wysokie poparcie Bosaka bylibyście w stanie zaakceptować, gdyby oznaczało ono porażkę obecnego Prezydenta RP? 5%? 10%? 20%? 25%? Domyślam się, że każdy w pewnym momencie uznałby, że „nie no, to nie jest tego warte”. Takiej osobie mam do powiedzenia tyle, że żadne poparcie Bosaka powyżej błędu statystycznego nie jest tego, kurwa, warte. Gdyby kredens debaty publicznej nie był w Polsce przesunięty tak bardzo zajebiście w prawą stronę, to nikomu nie przyszłoby do głowy propsowanie Bosaka. Ponieważ zaś wszystko jest u nas przesunięte, to możemy sobie jedynie powiedzieć „sorry, taki mamy klimat”. Tak sobie myślę, że dobrym sposobem na walkę z partia, która traktuje transfery społeczne w sposób instrumentalny i stara się udawać, że jest „wrażliwa społecznie” (no chyba, że chodzi o nauczycieli, pielęgniarki, lekarzy, niepełnosprawnych/etc.), byłoby propsowanie lewaków, którzy nie muszą udawać pewnych rzeczy (bo z jakiegoś powodu zostali lewakami). Tak swoją drogą, jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby Zjednoczonej Prawicy wyszło z badań, że likwidacja 500+ da ich kandydatowi zwycięstwo w pierwszej turze, to ci sami ludzie, którzy dzisiaj udają wrażliwych społecznie, tłumaczyliby, że beneficjenci 500+ są nierobami i srają na wydmach. No, ale to dygresja tylko. Gwoli ścisłości, to nie jest tak, że moim zdaniem wyniki sondażowe Roberta Biedronia biorą się stąd, że komentariat woli się jarać Bosakiem (bo, w ich opinii, odbiera głosy obecnemu Prezydentowi RP), niż Biedroniem (który odebrałby trochę głosów). Tzn. jest to jedna ze składowych. Tylko, że od dawna wiadomo, że czegokolwiek nie robiłaby lewica – będzie flekowana. Przez skrajną prawicę z przyczyn pryncypialnych. Przez Zjednoczoną Prawicę dlatego, że lewica nie musi udawać tego, czym PiS chce sobie zjednywać wyborców. Przez liberałów dlatego, że na jej tle mogą chujowo wyglądać ze swoim „tanim państwem”. Przez konserwatystów dlatego, że nie chce się miziać z Kościołem. I tak dalej i tak dalej. Dodajmy do tego przesunięcie kredensu w prawo i pierdolenie o Wenezueli za każdym razem, gdy ktoś powie, że no on, to w sumie jest zwolennikiem państwa opiekuńczego. Jak już wspomniałem, to wszystko wiadomo od dawna, a mimo tego, lewica nie wypracowała metod radzenia sobie z realiami (chciałbym w tym miejscu pozdrowić redaktora Sroczyńskiego, który dał się sflekować Radosławowi Sikorskiemu [hurr durr Wenezuela]). To nie wróży zbyt dobrze na przyszłość. To, jaka narracja jest budowana przez lewicową bańkę na ćwitrze pokazuje, jak bardzo duże nieogarnięcie tam zapanowało. Otóż narracja jest taka, że trzeba głosować na Biedronia, bo jeżeli ów będzie miał zły wynik, to oponentom będzie łatwo budować narracje, z których wynika, że Polacy nie chcą progresywnych programów/etc. Tylko że to, kurwa, bullshit. Tzn., owszem, tego rodzaju narracje będą budowane, ale wiecie co? One były budowane już wcześniej (teraz zresztą też są budowane). Więc wynik wyborczy Roberta Biedronia absolutnie nic nie zmieni w tej materii – lewica i tak będzie flekowana przez tych samych ludzi, którzy flekowali ją do tej pory (bo: jezu, komunizm, Wenezuela, gułagi, laogai i Saloth Sar). I niech ten optymistyczny akcent wystarczy za pointę.


Na samiutkim końcu dodam, żebyście poszli na wybory (zachowajcie maksimum środków ostrożności i nie olewajcie social distancingu). Zwyczajowo już, nie zamierzam wam tłumaczyć, na kogo moim zdaniem powinniście zagłosować. Wszyscy mamy trochę za dużo RiGCzu, żeby bawić się w takie rzeczy.







https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1482299,wybory-prezydenckie-kto-wygra-sondaz.html

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/wyniki-wyborow-ktory-sondaz-najlepiej-je-przewidzial/k8s500v





https://dorzeczy.pl/kraj/76198/GP-Matka-Trzaskowskiego-wspolpracowala-z-SB.html

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/rafal-trzaskowski-zapowiedzial-likwidacje-tvp-info-chce-zniszczyc-dziennikarzy

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26038363,tvp-pyta-trzaskowskiego-o-wizyte-na-jarmarku-i-zakup-dzemu.html


https://dorzeczy.pl/kraj/144272/powiedzial-ze-jest-z-usa-i-zaczal-mowic-po-angielsku-oto-jak-zareagowal-trzaskowski.html




https://www.gov.pl/web/mswia/bitwa-o-wozy--mswia-sfinansuje-wozy-strazackie-dla-gmin-o-najwyzszej-frekwencji-wyborczej


Ok, ja wiem, że ciekawi was to, „co to była ta Enka”, ale ja na waszym miejscu nie klikałbym w ten link...

https://natemat.pl/177723,enka-mowi-no-more-pis-ryszard-petru-prezentuje-nowego-czlonka-nowoczesnej



https://twitter.com/JNizinkiewicz/status/1262700955725946884



https://twitter.com/krzysztofbosak/status/553235137274859520?

Instytut
12.06.2020
Pierwotnie mój zamysł był taki, że tekst ten miał się pojawić w kawałkach w Przeglądzie, ale w trakcie zbierania materiałów wsadowych zdałem sobie sprawę z tego, że tego jest po prostu za dużo i dlatego też instytutowi, o którym nie wolno mówić, że już wy dobrze wiecie co, poświęciłem osobną ścianę tekstu. Na samym początku muszę zaznaczyć, że tekst nie będzie się opierał na jakichś (cudem pozyskanych) tajnych informacjach, które udało mi się uzyskać z narażeniem życia. Tekst będzie się opierał na ogólnodostępnych informacjach. Gdyby zaś stało się tak, że przyplącze się tu jakiś tańczący z pozwami stażysta z Ordo Iuris, to takowego stażystę lojalnie uprzedzam, że wszystko tutaj będzie oźródłowane, tak więc szkoda zachodu. Właśnie sobie zdałem sprawę z tego, że chyba niezbyt roztropne było użycie w poprzednim zdaniu słowa „zachód”, bo co prawda nie jest to „Zachód” pisany wielką literą, ale to i tak instant-trigger dla ludzi z Ordo Iuris...


Czym zajmuje się ów instytut? Prawniczym bullyingiem. Ponieważ prawo mamy takie, a nie inne, toteż działalność Ordo Iuris jest całkowicie zgodna z obowiązującymi przepisami. Działalność tego instytutu pokazuje, że jak się chce, to można prawie wszystko. Na ten przykład, w kraju, w którym praktycznie wszystkie kluczowe stanowiska „trzymają konserwatyści” (a Minister Sprawiedliwości razem z kolegami zachowują się jak fundamentalista religijny), można zrobić karierę na tłumaczeniu konserwatystom (i wszelkiej maści religiantom), że są uciskani i prześladowani. Rzecz jasna, instytut (którego troskę o dzieci można przyrównać chyba jedynie do troski, którą przejawiał „Instytut” z książki Stephena Kinga) zajmuje się również innymi rzeczami. Między innymi, próbą wprowadzenia w Polsce religijnej urawniłowki (o czym za moment), tworzeniem nikomu niepotrzebnych analiz prawnych, z których (zawsze) wynika, że racje mają konserwatyści. O miłości instytutu do mniejszości seksualnych wspominać chyba nie trzeba, prawda?


Zacznijmy od tematu wprowadzania religijnej urawniłowki. W 2016 doszło w Polsce do pierwszego (za czasów rządów Zjednoczonej Prawicy) protestu, którego władza się autentycznie przestraszyła. Chodzi mi, rzecz jasna o Czarny Protest, który odbył się 3 października 2016. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że nikt nie przypuszczał, że protest będzie miał aż taką skalę. Zjednoczona Prawica była tak bardzo pewna swego, że na samym początku protestu pluszaki władzy (pełniące obowiązki dziennikarzy/publicystów) usiłowały go wyśmiewać. Idealnym przykładem będzie Marcin Makowski, który na swoim ćwitrze opublikował zdjęcie, na którym widać było niewielką grupkę ludzi i opatrzył je komentarzem: "„Piknik strajkowy" Czarnego Protestu w Krakowie. Tłumów nie ma..". Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że dzień później dostałem od niego bana za to, że wyśmiałem ten wpis razem z jego autorem. Czemu w ogóle doszło do tego protestu? Bo istniało realne ryzyko wprowadzenia w Polsce jednej z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych na świecie. Projekt ustawy został skonstruowany w sposób, który zostawiał olbrzymie pole do interpretacji. Moim zdaniem napisano go tak, żeby jego autorzy mogli tłumaczyć, że „krytycy się pomylili, bo my mieliśmy co innego na myśli”. Przykładowo: krytycy całkiem sensownie podnosili argument, że po wejściu w życie, kobiety będą mogły być karane za poronienia. Autorzy projektu tłumaczyli, że wcale nie, bo: „Poronienia samoistne są zjawiskiem pozostającym poza zainteresowaniem prawa karnego. Nasz projekt jasno stwierdza, że również te poronienia, które są efektem niezachowania należytej staranności przez matkę nie będą karane”. Tylko, że to ma niewielki związek z zawartością projektu, w którym stało, że co prawda: „w przypadku nieumyślnego czynu, matka nie podlega karze.”. Niemniej jednak, ktoś musiałby najpierw ocenić, czy wyżej wymieniony czyn był umyślny, czy też nieumyślny. Osobną kwestią jest to, że najpierw ktoś musiałby ocenić, czy poronienie było samoistne. Podsumowując, autorzy (w mediach) swoje, a projekt swoje. Wspominam o tym projekcie dlatego, że jego autorami byli członkowie Ordo Iuris. Nawiasem mówiąc, Jerzy Kwaśniewski w ramach bronienia projektu powiedział był coś, co zacytuję w tym miejscu, albowiem przyda się nam to w dalszej części: „Karanie kobiet za aborcje to światowy standard” (takim tytułem był opatrzony artykuł w RzePie). Zapamiętajcie sobie to zdanie (bo przyda się nam ono w dalszej części).


Już po napisaniu powyższego kawałka rozmawiałem sobie z jednym znajomym, który dowiedziawszy się o tym, że zamierzam się produkować w temacie OI zapytał, czy tego co, oni robią, nie dałoby się aby podciągnąć pod SLAPP. Przyznać muszę, że nie wiedziałem o co chodzi, więc musiałem odpalić guglarkę. Po odpaleniu tejże okazało się, że SLAPP to „strategic lawsuit against public participation -› praw. pozew sądowy mający na celu zastraszenie i uciszenie krytyków przez zaangażowanie ich w obronę prawną, której kosztów mogą nie udźwignąć." Ów znajomy podrzucił mi również link do odcinka „Last Week Tonight”, w którym John Oliver się produkował w temacie tegoż zjawiska. W odcinku opisano to zjawisko nieco szerzej i okazało się, że w SLAPP chodzi w głównej mierze o to, żeby kogoś przeczołgać w sądzie. Po co? Żeby przeczołgany był przykładem dla innych: podskocz mi to spotka cię to samo. Ekipa z LWT nakręciła trochę wcześniej program poświęcony jednemu z „baronów węglowych” (aka Bob Murray). Ponieważ nie spodobał mu się program, zostali pozwani. Ponieważ zadbali o to, żeby wszystko, o czym mówili miało pokrycie w faktach (czytaj: ich researcherzy nie uczyli się swojego fachu od Ziemkiewicza), pozew został odrzucony. Wygrana sądowa batalia kosztowała ich kilkaset tysięcy dolarów. A teraz sobie wyobraźmy, że tę samą robotę wykonał ktoś, za kim nie stoi korporacja. Sprawę by wygrał, ale przy okazji musiałby pewnie zaciągnąć kilka kredytów na opłacenie prawników. W odcinku wspomniano również o Trumpie, który pozwał jednego typa (domagał się 5 miliardów dolarów). Po przegranej w sądzie Trump powiedział, że pozwał tego typa tylko i wyłącznie po to, żeby mu uprzykrzyć życie i że w sumie to mu się udało, więc jest szczęśliwy.


Czy działalność OI można „podciągnąć” pod polską wersję SLAPP? Pozwólcie, że opowiem wam o przygodach pewnych studentów. Jakiś czas temu, grupka studentów Uniwersytetu Śląskiego złożyła skargę na jedną z wykładowczyń: „Studenci twierdzą, że zamiast wiedzy prezentowała im swój światopogląd radykalno-katolicki, homofobiczny, nienaukowy (rodzina to mężczyzna i kobieta, antykoncepcja równa się aborcja).”. Potem sprawy potoczyły się tak, że rzecznik dyscyplinarny UŚ wnioskował o ukaranie wykładowczyni naganą, a ta się sama katapultowała z uczelni. Zanim przejdę dalej, pozwolę sobie na dłuższą dygresję. W tej konkretnej sprawie wierzę w stu procentach w to, co wykładowczyni zarzucali studenci. Czemu? Bo się wychylili. Na uczelniach (tak jak wszędzie) pracują ludzie różni, w tym tacy, którzy nieco się minęli z powołaniem i używają swojej pozycji do siania propagandy (względnie, do opowiadania straszliwych bredni [a czasem oba naraz]). Studenci się do tego przyzwyczajają, bo niby co mogą zrobić? Co prawda, można złożyć skargę, ale człowiek nigdy nie ma pewności, czy prowadzący, który przegina pałę, nie jest aby dobrym przyjacielem Kogoś Wysoko Postawionego. W takiej sytuacji złożenie skargi mogłoby się bardzo źle skończyć dla skarżących. Osobną kwestią jest to, że czasem po skardze (nawet ustnej), można się nadziać na grupkę fanatyków jakiegoś prowadzącego. Pamiętam bardzo dobrze jednego wykładowcę z mojej Alma Mater. Wykładowca miał ogromną wiedzę, ale absolutnie nie potrafił jej przekazać. Ponadto, jego wykłady miały bardzo niewielki związek z programem danego kursu (praktycznie cała kadra była tego świadoma). Jakoś się z nim przemęczyłem, ale ktoś z niższych roczników nie wytrzymał i kilka osób poszło na skargę, do dziekana bodajże (pamiętam nazwisko, ale nie pamiętam funkcji, którą pełnił ów jegomość wtedy). Potem wydarzyły się dwie rzeczy. Poinformowano decyzyjną osobę o tym, że wykłady prowadzącego nie mają związku z przedmiotem kursu/etc. (tak więc, powiedziano to, o czym wszyscy wiedzieli). Skargę przekazano prowadzącemu, ale zanonimizowano osoby, które z nią przyszły. Okazało się, że decyzja o zanonimizowaniu była trafna, bo okazało się, że nie wszystkim się ta skarga podobała. Pierwszą grupą byli jacyś Przewodniczący Czegoś Tam (bodajże samorząd studencki), którzy poczuli się dotknięci tym, że ktoś śmiał złożyć skargę i nie przyszedł do nich najpierw. Obrazili się również Fanatycy Prowadzącego, którzy zajmowali się hejtowaniem skarżących na forum wydziałowym, no bo „skoro oni rozumieją i szanują prowadzącego, to inni też powinni”. Ja wiem, że to, co napisałem powyżej to anecdata, ale nie wydaje mi się, żeby to był odosobniony przypadek. Jeżeli dzieciakom (uczniom/etc.) wpaja się, odkąd tylko potrafią odbierać komunikaty, że jeżeli chodzi o autorytety, to mają ich słuchać i jak im się coś nie podoba, to mogą zamknąć mordy, to raczej trudno, żeby ktoś po takiej tresurze się wychylił i powiedział „prowadzący przegina”. Obecnie studiujące pokolenia (trochę staro się czuję pisząc takie rzeczy), są ukształtowane już nieco inaczej i pewne sytuacje (skargi) zdarzać się mogą częściej. Niemniej jednak, złożenie skargi na prowadzącego zajęcia zawsze będzie ryzykowne, a studenci są tego świadomi. Poza tym, w skardze było zbyt dużo konkretów (link do artykułu na Oko Press, w Źródłach), żeby komukolwiek chciało się to wymyślać. Poza tym, bądźmy poważni, po co student miałby wymyślać jakieś bzdury i w oparciu o te bzdury pisać skargę? Wychylanie się w słusznej sprawie to (niestety) spore ryzyko, a wychylenie się w sprawie niesłusznej, to praktycznie „studenckie” samobójstwo.


Rzecz jasna, praktycznie od razu odezwał się prawicowy klub „co by było gdyby”. Na ten przykład, Sławomir Cenckiewicz na swoim ćwitrze napisał był: „Gdyby sytuacja była odwrotna (a zdarza się b. często): że wykładowca propaguje lewicowe poglądy a nawet lży prezydenta, rząd i polityków prawicy, to studenci o innych przekonaniach byliby bezradni a ich protest stałby się początkiem ich własnych kłopotów!”. Nie czas i nie miejsce na to, żeby zastanawiać się co Cenckiewicz rozumie poprzez „lewicowe poglądy” i dlaczego (zapewne) chodzi o antropogeniczność globalnego ocieplenia, krytykę skrajnie prawicowych organizacji (Cenckiewiczowi zdarzyło się bronić Sebixów obwieszonych celtykami metodą „Na wyspach brytyjskich faszyści z ONR i MN stawiali swoje znaki już w V wieku...” ze zdjęciem Wysokiego Krzyża [tak, ten człowiek ma stopień naukowy])/etc. Za to i czas i miejsce na to, by wspomnieć, że Cenckiewicz wymyśla sobie nieistniejący problem, żeby jakoś usprawiedliwić to, co spotkało studentów. A spotkało ich to, że w cała sprawę wmieszało się Ordo Iuris. Nawiasem mówiąc, już sam fakt zaangażowania się w sprawę wyżej wymienionego instytutu jest wyraźną sugestią, że wykładowczyni jest skrajną konserwatystką. To zaś bardzo uprawdopodobnia wersję studentów. No dobrze, w sprawę wmieszało się Ordo Iuris. Co było dalej? Ano dalej jest to, że studenci są teraz przesłuchiwani w charakterze świadków: „Przesłuchano już siedmioro. Na pierwszych przesłuchaniach studenci byli sami. Mają niewiele ponad 20 lat i to ich pierwszy kontakt z organami ścigania. Każda taka wizyta w komisariacie trwała od czterech do sześciu godzin. Treści pytań nie możemy ujawniać, bo to jest wstępne dochodzenie. Zdarzyło się, że było ich ponad 70, większość zadała przedstawicielka Budzyńskiej, czyli Ordo Iuris. Tak wynika z informacji od pełnomocników studentów. Gdy weszli do gry, na 80 procent pytań studenci odpowiadali: nie wiem.”. Wiadomo również, że: „Ordo Iuris chce, żeby studenci byli przesłuchiwani przez prokuratora i nagrywani”. W sprawie wypowiedziała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka: „Inicjowanie postępowań karnych w sprawach skarg studentów korzystających z przysługujących im praw może wywołać efekt mrożący i powstrzymywać przed sygnalizowaniem uczelni dostrzeżonych nieprawidłowości”. Muszę się w tym miejscu przyznać, że nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jak bardzo byłbym zestresowany tym, gdyby przez kilka godzin maglowano mnie na komisariacie kiedy miałem tyle lat, co wyżej wymienieni studenci. Domyślam się, że po kilkudziesięciu minutach przyznałbym się do wszystkiego, z zabójstwem Kennedy'ego włącznie, ponadto wskazałbym miejsce, w którym ukryłem Bursztynową Komnatę i Złoty Pociąg. Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić tego, jaki efekt wywrą na studentach kilkugodzinne przesłuchania. Choć w sumie, kilkugodzinne przesłuchanie nie wywarłoby wrażenia chyba tylko i wyłącznie na kimś, kto ma spore doświadczenie w tych sprawach, albo stać go na sztab prawników, który go będzie reprezentował. Dla przeciętnego obywatela to będzie traumatyczne przeżycie.  Nie uwierzę w to, że ktoś, kto układał listę pytań, nie miał świadomości tego, że odpytywanie świadka potrwa kilka godzin (i tego, jaki to będzie miało wpływ na świadka). Tym samym, nie wydaje mi się, żeby było to przypadkowe zagranie ze strony Ordo Iuris. Skoro więc nie był to przypadek, to o co chodziło? O SLAPP. Wydaje się wam, że możecie podskoczyć konserwatystom? No to popatrzcie na to, co się dzieje i zastanówcie się nad tym, czy aby na pewno warto.


W tym miejscu pora na kolejną dygresję, bo, moim zdaniem, konieczne jest poruszenie tematu, który łączy się wręcz nierozerwalnie z działalnością Ordo Iuris. Tematem tym jest szeroko pojęte „obrażanie”, konkretnie zaś to, w jaki sposób nauczyła się to robić skrajna prawica. Ostatnio głośno było o Kai Godek, której obrońcy (bądź obrońca) domagał się od pozywających Kaję, żeby udowodnili, że kiedy ich klientka opowiadała brednie o homoseksualistach (nie będę ich tu cytował), to miała na myśli akurat tych, którzy ją pozwali. To jest metoda, którą skrajna prawica opanowała do perfekcji i stosuje ją od dawna (o czym za moment). Owszem, co jakiś czas zdarza się jakiś Ziemkiewicz, który zwyzywa kogoś używając personaliów, ale to są raczej wyjątkowe sytuacje. Ktoś może w tym miejscu poprosić o dowody, no bo skoro stawiam tezę, że oni to opanowali do perfekcji, to pasowałoby takowe przestawić. W 2015 roku napisałem notkę poświęconą Kai Godek. W tekście pochyliłem się nad retoryką pani Kai, która hejtując in vitro powiedziała: „Tak jak Wanda Nowicka brała pieniądze od biznesu aborcyjnego, tak owe fundacje i stowarzyszenia są za swoją pracę sowicie wynagradzane przez koncerny zarabiające na produkcji dzieci z probówki”. Opatrzyłem to swoim komentarzem, którego fragment brzmiał następująco: „Nawet jeśli jakieś koncerny faktycznie płacą tym stowarzyszeniom, to co z tego?”. Bodajże dzień po publikacji pod notką pojawił się wpis kogoś, kto najprawdopodobniej pracował w stowarzyszeniu „Nasz Bocian” (wynikało to z treści komentarza). Zacytuję tutaj kilka fragmentów tego komentarza: „stowarzyszenia pacjenckie działające na rzecz osób niepłodnych są dwa- jedno to Nasz Bocian, a drugie to katolickie stowarzyszenie wspierające niepłodne małżeństwa.” Nietrudno więc odgadnąć, w którą stronę skierowana była wypowiedź o koncernach płacących stowarzyszeniom/etc. W komentarzu stało również, że: „nasz bocian nie przyjmuje darowizn od klinik ani firm farmaceutycznych, jednym wyjątkiem może być darowizna rzeczowa (np. zestawy do wykonania badań genetycznych) pod warunkiem, że zostaną przekazane na rzecz pacjentów w celu konkursu. Z tego powodu rzucenie konkretnego oskarżenia pod naszym adresem (nie: "owe fundacje i stowarzyszenia są za swoją pracę sowicie wynagradzane przez koncerny zarabiające na produkcji dzieci z probówki.”, ale z podaniem nazwy) skończyłoby się procesem, który z przyjemnością byśmy założyli, jako że jego finał jest najzupełniej jasny” (…) I również dlatego pani Godek nie sprecyzuje adresata swoich insynuacji, ponieważ prawdopodobnie jest świadoma powyższego i woli poprzestawać na wrzucaniu gówna w wentylator, co oszczędza jej potem kompromitacji w sądzie, gdyż oczywiście nie możemy jej pozwać, skoro nie zostaliśmy wskazani z nazwy." Kilka dni później Anna Dryjańska potykała się w programie „Tak czy Nie” z Mariuszem Dzierżawskim (Kaja Godek z nim wtedy współpracowała, a dopiero potem założyła własną fundację). Niestety, nie będę mógł oźródłować programu, bo po przescrollowaniu praktycznie całej zakładki z archiwum Polsatu, dojechałem do późniejszych programów. Ten, o którym mowa wrzucono na antenę 9 kwietnia 2015. W trakcie programu Mariusz Dzierżawski zaczął opowiadać o dziennikarzach i publicystach sponsorowanych przez wiadome koncerny. Anna Dryjańska poprosiła go o to, żeby podał jakieś konkretne nazwiska. Jak się zapewne domyślacie, nie podał ich z powodów, dla których Kaja Godek opowiadała o „stowarzyszeniach” i nie wymieniła żadnej nazwy. Druga strona (tzn. niefundamentalistyczna) nie opanowała tej metody. Dlatego też Marta Lempart nie może przez rok powtarzać wiecie czego, o wiadomo którym instytucie. Gwoli ścisłości, temat Kremla zostanie poruszony w tej notce i będziecie się mogli przekonać, że można było powiedzieć to samo, ale innymi słowami. To niedostosowanie otoczenia do walki ze skrajnymi konserwatystami, to wprost idealne warunki dla Ordo Iuris, który czepiając się nieprecyzyjnych wypowiedzi może udowadniać, że w sumie to konserwatyści są prześladowani, albowiem są pomawiani i rzuca się w nich oszczerstwami/etc. 


Przez dłuższy czas Ordo Iuris było traktowane jako grupka w sumie niegroźnych fanatyków, którymi nie trzeba się przejmować, bo mają bardzo niewielką siłę sprawczą. Znamienne jest to, że nadal można się natknąć na takie opinie, mimo że od dłuższego czasu wiadomo, że siła sprawcza Ordo Iuris nie powinna być przedmiotem żartów. Niewiele brakło, a Ordo Iuris zafundowałoby nam drakońskie prawo antyaborcyjne. Nieco później Ordo Iuris stało za projektem nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Co miała zmienić nowelizacja? Np. definicję przemocy: „z definicji mówiącej, że przemoc to „jednorazowe albo powtarzające się umyślne działanie lub zaniechanie naruszające prawa lub dobra osobiste” wykreślone zostało słowo „jednorazowe”” oraz  „procedurę zakładania Niebieskiej Karty – wprowadza konieczność uzyskania zgody ofiary na „wszczęcie procedury monitorowania przemocowej rodziny przez policję i pracowników socjalnych”.” Projekt został wynorany przez Piotra Kupsia  (zawiadowca „To Nie Przejdzie”), bo jak się pewnie domyślacie, wszystko było robione po cichu, gdyż Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej jakoś tak się nim nie chciało chwalić. Po tym, jak o projekcie zrobiło się głośno, wydarzyło się kilka rzeczy. Jedną z nich było to, że Jerzy Kwaśniewski z Ordo Iuris bronił tegoż projektu (ale to chyba nie powinno nikogo dziwić). Drugą było to, że Mateusz Morawiecki uwalił ten projekt. Trzecią rzeczą było to, że z pełnienia swojej funkcji zrezygnowała wiceministra z wyżej wymienionego ministerstwa (Elżbieta Bojanowska), która powiedziała, że: „taka wersja projektu nie powinna wyjść poza mury tego resortu, ale takie zapisy nie powinny pojawić się nigdy, nawet w wersji roboczej”. Ja mam w tym miejscu jedno pytanie: skoro te zapisy nie powinny się pojawić, to czemu tak właściwie się pojawiły? To nie była zapisana serwetka, którą personel sprzątający znalazł w męskiej toalecie, to był projekt nowelizacji, który pojawił się na stronie Rządowego Centrum Legislacji. Ktoś może w tym momencie powiedzieć, że skoro projekt nie przeszedł, to może to OI nie jest takie mocne? Tyle, że było na tyle mocne, że ten projekt się w ogóle pojawił i że nikt nie uznał, że wprowadzanie tego rodzaju zmian to średni pomysł. 


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Rzecz jasna, Ordo Iuris nie złożyło broni i zeszło o oczko niżej, do samorządów/ Sejmików Wojewódzkich, w których zaczęli lansować tzw. „Samorządowa Kartę Praw Rodzin”. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że w projekcie chciano zmienić również nazwę (tytuł?) ustawy z „ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie”, na „ustawę o przeciwdziałaniu przemocy domowej”. Bo wiecie, w rodzinie nic złego nie może się nikomu stać, prawda? Nie powinno to nikogo dziwić, bo dla skrajnie konserwatywnych i fundamentalistycznych organizacji i polityków pojęcie „rodziny” jest pojęciem kluczowym. Z jednej strony, przekonują wszystkich, że „jak co złego”, to na pewno nie rodzina. Z drugiej strony, ilekroć gdzieś pojawi się jakiś konserwatywny dokument z „rodziną” w nazwie, tylekroć można mieć pewność, że dokument będzie czymś w rodzaju matrioszki. Na wierzchu będzie, rzecz jasna, rodzina, ale w środku prawie na pewno pojawią się hejty na „niekonserwatystów”. Co zrozumiałe, hejty będą przeprowadzone przy użyciu wielu mądrze brzmiących określeń wydmuszek w rodzaju „ideologii LGBT”, albo „marksizmu kulturowego” (sprawdzić, czy nie bolszewizm kulturowy). Przykłady? Samorządowa Karta Praw Rodzin, albo „Karta Rodziny”, której podpisaniem ostatnio chwalił się obecny Prezydent RP. W tej podpisanej przez Prezydenta RP stało, że rodzina jest ważna/etc, ale, rzecz jasna, wrzucono tam idiotyzmy o walce z „ideologią LGBT”. Jeżeli chodzi o tę konkretną wydmuszkę pojęciową, to jej utworzenie było kolejnym majstersztykiem prawicy. Ową „ideologię” można obwiniać o wszystko, a jeżeli jakiś przedstawiciel mniejszości seksualnej się poczuje dotknięty i pójdzie do sądu, to przecież nie udowodni, że chodziło o niego, prawda? Z drugiej strony, ta część suwerena, która jest podatna na retorykę zrównującą (między innymi) homoseksualizm z pedofilią i tak będzie „wiedziała, o co chodzi”. Wróćmy na moment do tzw. „Samorządowej Karty Praw Rodzin”. Tam udało się połączyć dwie kwestie. Po pierwsze, hejtowanie „ideologii”, a po drugie, no cóż, sami popatrzcie (ale przed lekturą zapnijcie pasy, bo będzie trzęsło). Gotowi?  No to jedziemy: „Samorządowe programy profilaktyczne, które mają na celu przeciwdziałanie przemocy i pomoc jej ofiarom, przeciwdziałanie alkoholizmowi i narkomanii oraz realizację celów polityki zdrowotnej, powinny uwzględniać zasadę poszanowania integralności rodziny, która może zostać uchylona tylko w sytuacjach wyjątkowych, jak zagrożenie życia lub zdrowia jej członków. Tylko w ten sposób uda się uniknąć patologicznych sytuacji, gdy dochodzi do nieproporcjonalnej ingerencji w życie rodzin, w tym nawet odbierania dzieci, która nie jest uzasadniona jakimikolwiek poważnymi przesłankami.”. Zastanawiam się nad tym, ilu radnych (którzy przegłosowywali tę kartę w swoich samorządach) przeczytało ten dokument i zadało sobie trud zrozumienia tego, co przeczytali. Po pierwsze, fragment ów został raczej nieprzypadkowo skonstruowany nieprecyzyjnie. Jak bowiem należałoby interpretować „zagrożenie życia lub zdrowia”? Wbrew pozorom definicja ta jest wybitnie wybiórcza. Jeden z członków rodziny pobił swoje dziecko, albo swojego partnera? Jeżeli pobicie nie było ciężkie, a co za tym idzie „zdrowie nie było zagrożone”, to ważniejsza będzie integralność rodziny. Rodzic jest alkoholikiem/narkomanem i wynosi z domu różne przedmioty, celem spieniężenia ich? O ile nie sprzeda czyjejś pompy insulinowej – ciężko udowodnić, że to zagrożenie dla życia lub zdrowia. Co z przemocą psychiczną? Ano nic, bo fundamentaliści w nią nie wierzą. Prawda jest taka, że, jak wspomniałem, definicja jest wybiórcza i nie mieści się w niej bardzo dużo patologicznych zachowań, które są szkodliwe, ale „nie są poważnymi przesłankami”, które pozwoliłby naruszyć „integralność rodziny”. Generalnie rzecz ujmując, ten zapis powinien wywołać podobny skandal, jak wcześniejsza próba nowelizacji Ustawy o Przeciwdziałaniu Przemocy w Rodzinie, ale go nie wywołał, bo nikomu (z radnymi, którzy nad tym głosowali na czele) najprawdopodobniej nie chciało się przeczytać dokumentu.


Bardzo istotnym elementem działalności Ordo Iuris są ich analizy prawne. Cóż takiego analizuje OI? O wiele łatwiej byłoby zapytać: „czego nie analizuje”. W skrócie, wygląda to tak, że praktycznie za każdą wypowiedzią kogokolwiek z Ordo Iuris, „stoi” analiza, którą wykonało Ordo Iuris. Nie jestem prawnikiem, więc nie będę się tu zajmował rozbiorem tychże analiz (tym powinni zająć się ludzie, którzy się na tym znają), ale biorąc pod rozwagę to, jakiej argumentacji używają członkowie Ordo Iuris, można bezpiecznie założyć, że punktem wyjściowym praktycznie każdej takiej analizy jest „konserwatyzm = dobrze” i „niekonserwatyzm = źle”. Skąd taki wniosek? Już tłumaczę. Pamiętacie, jak nieco wcześniej poprosiłem was o zapamiętanie sobie wzmianki o tym, że „karanie kobiet za aborcję, to światowy standard”? W czasie, w którym wypowiedź ta podbijała internety, odbyłem krótką (i bardzo kształcącą) dyskusję z jednym z członków Ordo Iuris, Olafem Szczypińskim. W jego bio na stronie OI stoi: „były koordynator Zespołu Analitycznego Centrum Analiz Legislacyjnych Instytutu Ordo Iuris”. Dyskusję zacytuję w całości:  

(Wtrąciłem się do dyskusji w momencie, w którym Pan Olaf zaczął nauczać kogoś, kto ostro skrytykował wypowiedź Jerzego Kwaśniewskiego):

Pan Olaf: proponuję najpierw zapoznać się z przepisami innych państw, a później komentować.

Lewacki Troll z Podkarpacia: Chodzi o te przepisy według których aborcja jest legalna?

PO: Np. art. 145 Hiszpańskiego Kodeksu karnego: (w tym miejscu był screen)

LTzP: Ty na serio starasz się udowodnić, że "karanie kobiet za aborcje to norma" powołując się na przykład kraju, w którym aborcja jest dostępna "na życzenie" (do 14 tygodnia)? Pytam bo chyba nie zrozumiałeś fragm. "outside cases allowed by Law"

PO: to jest właśnie istotą kary kryminalnej, a o tym tu mowa. Działanie w granicach prawa nie podlega karze.

LTzP: Czyli Twoim zdaniem nie ma różnicy między całkowitym zakazem aborcji a legalną aborcją na życzenie do 14 tygodnia ciąży? Jeśli nie ma różnicy, to może przepiszcie całe prawo aborcyjne od Hiszpanów?

PO: jeśli nie rozumiesz różnicy między penalizacją a bezkarnością, to nie mamy o czym rozmawiać. Dobrego weekendu!

LTzP: Jeśli nie rozumiesz różnicy między karaniem za nielegalną aborcję w kraju, w którym jest liberalne prawo aborcyjne a krajem w którym aborcja miała być całkowicie zakazana, to faktycznie nie mamy o czym rozmawiać, "prawniku".


Pan Olaf się już więcej nie odezwał, ale z drugiej strony, nie dostałem bana, więc nie poszło tak źle.


Z powyższej wymiany ćwitów można wywnioskować na czym Jerzy Kwaśniewski oparł swój wywód o „światowy standard”. Otóż, oparł go na tym, że w niektórych krajach kobiety są karane za (muszę capslocka uruchomić) NIELEGALNĄ aborcję. Niemniej jednak jest bardzo wielka różnica między karaniem za nielegalną aborcję w sytuacji, w której mają one dostęp do aborcji „na życzenie” do nastego tygodnia ciąży, a karaniem kobiet za nielegalną aborcję, w sytuacji, w której jest ona całkowicie zakazana. To jest tak oczywista oczywistość, że nawet prawnicy z Ordo Iuris musieli sobie zdawać z tego sprawę. Mimo tego, budowali swoją narrację, z której wynikało, że to „światowy standard”. Tego rodzaju fikołków jest znacznie więcej, ale pozwolę sobie zaprezentować wam jeszcze dwa. Tym razem w roli głównej wystąpi Jerzy Kwaśniewski. Pierwszy przypadek był na tyle spektakularny, że pan Jerzy wylądował na Asz Dzienniku, ale nie uprzedzajmy faktów. W październiku 2018 usiłowano (prawnie) zablokować Marsz Równości w Lublinie. Zaczęło się od tego, że wojewoda Przemysław Czarnek dokonał słownego zwymiotowania na mniejszości seksualne, a potem prezydent Lublina, Krzysztof Żuk wydał: „zakaz organizacji planowanego na 13 października Marszu Równości(...)”. Decyzja została uchylona przez sąd, zaś marsz się odbył. Bardzo nie spodobało się to nacjo-Sebixom, których musiała spacyfikować policja. Jerzy Kwaśniewski skomentował to w sposób następujący: „Na marginesie Marszu Równości w Lublinie.  Trzeba powiedzieć, że jego przebieg potwierdził obawy prezydenta Lublina i Wojewody Czarnka. Ustawa i Konstytucja pozwalają na zakaz manifestacji w imię bezpieczeństwa publicznego. Sąd Apelacyjny stworzył zagrożenie dla wielu osób”. W tym samym roku Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała Marszu Niepodległości (przyczyny, na które się powołała były podobne to tych, na które powołał się prezydent Lublina). Zakaz został uchylony przez sąd. Zanim sąd wydał taką, a nie inną decyzję, sprawę skomentował Jerzy Kwaśniewski: „Doszło do rażącego naruszenia Konstytucji. Zgromadzenie cykliczne odwołane przed jakimkolwiek naruszeniem prawa. Organ nadzoru nawet nie zweryfikował, jakie nadzwyczajne środki bezpieczeństwa planowało Stowarzyszenie Marsz Niepodległości”. Tak więc, rozumiecie: rażące naruszenie Konstytucji jest wtedy, gdy zakazuje się Marszu Niepodległości, bo jeżeli zakazuje się Marszu Równości, to wtedy „Ustawa i Konstytucja pozwalają na zakaz manifestacji w imię bezpieczeństwa publicznego”. Proste, prawda? W drugim przypadku szpagat był moim zdaniem niemniej spektakularny, ale tym razem zainteresowało się tym mniej osób. Chodzi o wyrok Trybunału Konstytucyjnego (który powinien zmienić nazwę na Trybunał Przyłębski, względnie Trybunał Kaczyński), który uchylił artykuł, w oparciu o który skazano Drukarza z Łodzi (za odmowę wykonania usługi „bo LGBT”). Drukarza, rzecz jasna, reprezentowało Ordo Iuris, tak więc po ogłoszeniu wyroku TK członkowie OI dość długo się poklepywali po plecach. Niecały miesiąc później (lipiec 2019) głośno zrobiło się o pewnej rządowej gadzinówce, która produkowała naklejki ze „strefami wolnymi od”. Po tym, jak Empik zdecydował, że jeżeli ta naklejka zostanie dołączona do gadzinówki, to nakład się w Empiku nie pojawi, Jerzy Kwaśniewski napisał na swoim ćwitrze: „Muszę przyznać, że pękam z dumy. Dzięki zaangażowaniu Ordo Iuris, dzisiaj szefostwo Empiku może cieszyć się wolnością gospodarczą w nieskrępowany sposób. Nie byłoby tej wolności, gdyby nie sprawa drukarza z Łodzi. A to jaki kto czyni ze swej wolności użytek, to już ich sprawa”. Pod spodem dopisał: „Oczywiście to trochę tak z poczuciem humoru ;) Nie znam okoliczności, w tym treści wiążącej umowy, ogólnych warunków (o ile takie funkcjonują), argumentacji Empiku. Rzecz w tym, że dzięki sprawie drukarza ten spór jest już tylko cywilny. Prawo karne nie ma już nic do niego”. Tutaj wszystko jest proste jak budowa cepa: dzięki Ordo Iuris Empik miał prawo „zbojkotować” Gazetę Polską i jeżeli wydawcy coś się nie podoba, to może iść do sądu cywilnego. Dwa miesiące później na portalu Ordo Iuris można było przeczyta artykuł pt.: „Cenzura prewencyjna w Empiku. Wycofanie „Gazety Polskiej” ze sprzedaży narusza Konstytucję”. Na końcu artykuł stało zaś, że: „Instytut Ordo Iuris analizuje możliwość podjęcia działań w związku z nagannymi praktykami Empiku m.in. na gruncie prawa prasowego oraz ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji.”.  Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że OI nie chwali się, jak poszła ta walka z „nagannymi praktykami”, no ale to dygresja tylko. Wróćmy do meritum. Jak to możliwe, że najpierw Jerzy Kwaśniewski „puchł z dumy”, bo dzięki niemu Empik mógł zbojkotować Gazetę Polską, a dwa miesiące później okazało się, że to, co zrobił Empik było naruszeniem Konstytucji, cenzurą /etc.? Te pytania należy kierować do Ordo Iuris. To, że nikt (w domyśle, żadne medium) ich nie zadał, dobitnie świadczy o tym, że spora część ludzi nadal nie bierze na poważnie OI. Jest to cokolwiek absurdalne, bo mediom nie umknęło to, że w 2019 były założyciel Ordo Iuris dostał stołek w Sądzie Najwyższym. Nie wiem, jak wam, ale mnie się wydaje, że między pobłażliwym stosunkiem do OI (przez który żaden z członków instytutu nie został nigdy solidnie zgrillowany w mediach), a tym, że OI wchodzi sobie „gdzie chce”, jest jakiś związek. 


Gdzie jeszcze udało się dostać instytutowi? W miejsce, w którym żaden jego członek nie powinien się pojawić. W maju w mediach pojawiła się informacja, z której wynikało, że: „Rzecznik Praw Dziecka powołał pierwszego członka komisji ds. pedofilii. To ekspert z Ordo Iuris”. Decyzja ta spotkała się z oporem, ale ponieważ media mamy takie, a nie inne, poza lekkim oburzonkiem pt. „bo Ordo Iuris”, nikt nie dostarczył żadnego sensownego (tzn. takiego, który przemówiłby do suwerena) argumentu przeciw powołaniu „eksperta z Ordo Iuris” do tej komisji. Jak się zaraz przekonacie, takowy argument jest i będzie to argument z gatunku tych, po zapoznaniu się z którymi, człowiek mocno zaciska zęby. Wcześniej wzmiankowany zawiadowca profilu „To Nie Przejdzie” rzucił na ćwitra informacje, która była dla mnie tak absurdalna (w kontekście powołania „eksperta z Ordo Iuris” na takie, a nie inne stanowisko), że musiałem ją sam zweryfikować, bo choć mam zaufanie do tegoż zawiadowcy, to jednak ciężko mi było uwierzyć w to, co czytam. Weryfikacja nie zajęła mi zbyt dużo czasu, bo wystarczyła chwila z guglarką, żebym znalazł artykuł, po lekturze którego zachciało mi się rzygać (nie, „zrobiło mi się niedobrze”, to byłby eufemizm, a ja się nie będą bawił w eufemizmy). Artykuł nosił tytuł: „Polityk oskarża księdza, który go molestował w dzieciństwie. "Myślałem, że wykrztusi choć słowo: przepraszam””. W leadzie artykułu można było przeczytać: „To pierwsza taka sprawa w Polsce. Krystian Legierski, prawnik, lewicowy polityk, działacz LGBT i były radny warszawski, składa zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez księdza, który w dzieciństwie molestował go seksualnie. Oskarża go o składanie fałszywych zeznań w trakcie procesu o zniesławienie, który wytoczył mu duchowny. - On wciąż idzie w zaparte i kłamie w sądzie - mówi Onetowi Legierski.” Po przeczytaniu leadu momentalnie zacząłem się zastanawiać nad tym „ale o jaki proces o zniesławienie chodzi?”. W dalszej części tekstu znalazłem odpowiedź: „W międzyczasie ksiądz Jerzy, jako oskarżyciel prywatny, wytoczył proces Legierskiemu, zarzucając mu pomówienia i zniesławienie. Nie podobało mu się, że w swoich wpisach i wywiadach polityk określał go mianem "księdza-pedofila". Uznał też, że cała ta sprawa „poniżyła go w opinii publicznej oraz naraziła na utratę zaufania potrzebnego dla urzędu proboszcza parafii oraz posługi kapłana Kościoła katolickiego”. Co ciekawe, w tej sprawie reprezentował go prawnik Ordo Iuris (...)” Warto w tym miejscu zaznaczyć, że ksiądz Jerzy był na tyle winny, że nawet sąd diecezjalny uznał go winnym: „Postępowanie to na etapie diecezjalnym zakończyło się 8 czerwca 2017 r., uznaniem go za winnego popełnienia tych czynów. Duchowny złożył jednak odwołanie, w związku z czym sprawa została przekazana do Kongregacji Nauki Wiary w Watykanie.” Nie wiem, jak się potoczyła sprawa odwołania, ale szczerze wątpię w to, żeby Watykan uchylił decyzję „miejscowych”. Jeżeli zaś chodzi o proces wytoczony Legierskiemu, to ksiądz-pedofil go przegrał. Podsumujmy to, co można wyczytać w artykule: Legierski opowiedział o tym, co go spotkało i nazwał swojego oprawcę pedofilem. W oprawcy wzburzyła się krew i uznał za stosowne pozwanie Legierskiego. W trakcie rozprawy reprezentował go członek Ordo Iuris. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Nie mnie oceniać, czy prawnik powinien brać sprawę księdza-pedofila pozywającego ofiarę. Niemniej jednak znamienne jest to, że reprezentował go członek skrajnie konserwatywnej organizacji, która stara się wszystkich przekonywać do tego, że duchowni, konserwatyści, ludzie wierzący/etc. są ofiarami nagonek. I znowuż, nie mnie oceniać, czy OI powinno reprezentować tego księdza. Jednakowoż, jeżeli instytut się na to zdecydował, to żaden z jego członków nie powinien mieć wstępu do jakiejkolwiek komisji, która będzie się zajmować walką z pedofilią. Co sobie bowiem pomyśli ofiara pedofilii, która zobaczy w takiej komisji uśmiechniętą twarz członka organizacji, która reprezentowała księdza pedofila, który (caps jest konieczny) POZWAŁ SWOJĄ OFIARĘ? Warto w tym miejscu wspomnieć, że jakiś czas temu „Do Rzeczy” wyprodukowało laurkę pod adresem Ordo Iuris, którą zatytułowano „adwokaci normalności”. No, ale to dygresja tylko. Czy tylko mnie się wydaje, że po tym, jak Rzecznik Praw Dziecka powołał do wcześniej wzmiankowanej komisji „eksperta z Ordo Iuris”, właśnie ta sprawa „pozwania” powinna pojawić się we wszystkich mediach, zaś RPD powinien się tłumaczyć z tego, czy wiedział o tym, kogo reprezentował jeden z prawników Ordo Iuris i miał to w głębokim poważaniu, czy też nie wiedział, bo nie sprawdził, choć był to jego obowiązek? Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że Ordo Iuris powołało swój własny „Zespół ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży”. Powinienem to jakoś skomentować, ale chyba mi się nie chce, bo dopiero co jadłem.


Trochę wcześniej zasygnalizowałem, że w tekście zostanie poruszona kwestia Kremla. Nie jest tajemnicą to, że Ordo Iuris ma powiązania ze Światowym Kongresem Rodzin. Media wspominały o tym wielokrotnie i, o ile mnie pamięć nie myli, Ordo Iuris nikogo za to nie pozwało. Na stronie instytutu można przeczytać: „W ramach Światowego Kongresu Rodzin powstała inicjatywa sformułowania dokumentu programowego, który tworzyłby doktrynalny punkt odniesienia dla współpracy środowisk działających na rzecz rodziny. Jej efektem jest Światowa Deklaracja Rodziny. Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris został poproszony o dołączenie do grona organizacji, które poręczają treść tej deklaracji. Dokument jest już dostępny w internecie i każdy, komu zależy na wsparciu dla współczesnej rodziny, może go podpisać.”. Czemu wspominam o Światowym Kongresie Rodzin? Miło, że pytacie. Pozwolę sobie zacytować obszerny cytat książki Mashy Gessen pt. „Będzie to, co było. Jak totalitaryzm odradza się w Rosji.”:


„Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy powstawał tam (w Moskwie) wydział socjologii, jego założyciele sięgali po kolegów po fachu z Zachodu, którzy znajdowali się z dala od liberalnego akademickiego mainstreamu. Jedną z tych osób był Allan Carlson, amerykański historyk, wykładający na ultrakonserwatywnym Hillsdale College w Michigan. Carlson był następcą Pitirima Sorokina, jednego z rosyjskich myślicieli wygnanych na Statku Filozofów w 1922. W jego bogatym dorobku znajdowało się apokaliptyczne ostrzeżenie o staczaniu się zachodniej cywilizacji i na tych właśnie ideach Carlson oparł swoje teorie. Napisał z pół tuzina książek, wszystkie ze słowem „rodzina” w tytule a w każdej twierdził, że rodzina to podstawa cywilizacji oraz jedyny klucz do przetrwania ludzkości. Carlson odwiedził Uniwersytet Moskiewski w 1995 roku, w którym nauki społeczne, ale także i wiele mediów zdominował kryzys demograficzny Rosji (…)


Wyjaśnienie Allana Carlsona było całkowicie odmienne – wczesna śmiertelność Rosjan jest pochodną osłabienia tego, co nazywał „naturalna rodziną”. W czasie swojej wizyty wraz z członkami wydziału socjologii postanowił zorganizować konferencję na temat tego, co Rosja oraz inne kraje mogą, żeby przetrwać atak na rodzinę prowadzony przez dekadencki Zachód. Konferencja, zorganizowana w Pradze w 1997 roku pod nazwą Światowy Kongres Rodzin, przyciągnęła prawie siedemset osób. Zachodni uczestnicy wywodzili się głównie z konserwatywnych organizacji religijnych, zmobilizowanych w walce przeciwko przyznawaniu większych praw gejom. Uczestnicy z Europy Wschodniej przybyli z nowo powstałych niezależnych państw narodowych – niektóre z nich były niewielkie, ale wszystkie borykały się ze zmianą kulturową i ekonomiczną – napędzała ich zatem egzystencjalna panika, Rosjan zresztą też.


Zainspirowani frekwencją, organizatorzy przekształcili Światowy Kongres Rodzin w trwała organizację poświęconą walce przeciwko prawom gejów, prawu do aborcji i przeciw studiom gender. Jej siedziba mieściła się w Illinois, jednak ośrodek duchowy był w Rosji, na wydziale socjologii Uniwersytetu Moskiewskiego. W ciągu następnej dekady, Rosjanie, którzy zaczęli jako uczniowie Carlsona, zostali w organizacji starszymi partnerami. Korzystając z poparcia rządu oraz Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, mogli dodać politycznego wsparcia całej strukturze.

(…)

W pierwszej dekadzie XXI wieku Światowy Kongres stworzył stanowiska dla osób, które nazwano ambasadorami – dla lobbystów przy różnych organizacjach międzynarodowych i europejskich, w tym USA Zajęcie to powierzono Rosjanom, którzy wykorzystywali powagę rosyjskiej delegacji, by organizować nieformalne koalicje domagające się antygejowskich inicjatyw oraz przeciwstawiające się poszerzaniu praw społeczności LGBT."



Tak okołotematowo. Polecam tę książkę każdemu, kto jest zainteresowany tym, co działo się w Rosji, ale uprzedzam, że książka jest momentami bardzo „ciężka”. Nietrudno w niej znaleźć odniesienia do naszej rzeczywistości. W Rosji przez moment zapanowało coś na kształt „obyczajowej odwilży”, ale owa odwilż się bardzo szybko skończyła, zaś „wszystkiemu winni byli geje”. Gessen opisuje to, co wyczyniają w Rosji bojówki skrajnie prawicowych organizacji (i robią to za przyzwoleniem władz). Nie będę się wdawał w szczegóły i napiszę jedynie, że punktem wyjściowym tego, co robią owe organizacje, było zrównanie homoseksualizmu z pedofilią. W Polsce owa odwilż trwa już od jakiegoś czasu, a społeczeństwo jest bez porównania bardziej tolerancyjne względem osób homoseksualnych, ale z tego wynika jedynie to, że fundamentalistyczne organizacje znacznie silniej starają się „uwstecznić” ten znienawidzony przez siebie postęp. Retoryka, której używają dziś polskie władze, odnosząc się do mniejszości seksualnych, nie różni się praktycznie w ogóle od retoryki, której używają władze Rosji. Wracając zaś do meritum. Wydaje mi się, że cytat nie wymaga specjalnego komentarza (ani żadnej „analizy prawnej”), bo jest on raczej z gatunku self-explanatory i wyjaśnia skąd się nagle wzięła cała kupa organizacji, które „walczą o dobro rodziny”.


Ja wiem, że rządy Zjednoczonej Prawicy mogą potrwać jeszcze jakiś czas, ale mam nadzieję, że po tym, jak przyjdzie jakaś „lepsza zmiana” odpowiednie służby, które trzeba będzie najpierw odbudować (proces ów pewnie trochę potrwa) pochylą się nad polskimi organizacjami, mającymi powiązania ze Światowym Kongresem Rodzin, bo na tym, że ustawiają nas one na kursie kolizyjnym z Zachodem zyskuje tylko i wyłącznie Kreml. Kilka dni temu, Krzysztof Bosak, powielający rosyjskie „dezinfo”, z którego wynikało, że Antifa organizuje zadymy w USA, grzmiał (na ile, rzecz jasna, Krzysztof Bosak może „grzmieć”), że powinno się wprowadzić: „zakaz zagranicznego finansowania lewicy”. Zażartowałem sobie na ćwitrze, że ciekaw jestem, jak Bosak zareagowałby na postulat zakazu zagranicznego finansowania prawicy i czy aby przypadkiem nie wzburzyłyby się w nim Krew i Honor. Czemu o tym wspominam? Ano temu, że służby powinny się również przyjrzeć skrajnie prawicowym organizacjom finansowanym z zagranicy oraz tym, które mają powiązania z zagranicznymi organizacjami neonazistowskimi i faszystowskimi (te organizacje same się tak określają, więc potencjalnych zwolenników prawdopośrodkizmu proszę o nie wzmaganie się). 


To, że państwo powinno chronić swoich obywateli przed działalnością fundamentalistycznych organizacji jest dla mnie oczywiste. Niemniej jednak nastąpi to nieprędko, a taki, na ten przykład Instytut Ordo Iuris działa już teraz. Czy można coś z tym zrobić? Owszem, można, ale wymagałoby to sporych nakładów finansowych, a mimo prawicowych narracji, w myśl których lewica (rozumiana, jako „wszystko co nie jest konserwatywną prawicą”) dysponuje nieograniczonymi finansami „bo Soros”, nie jest to prawda. Dawno temu napisałem, że lewica potrzebuje „swojego” Ordo Iuris. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że takiej organizacji potrzebują wszyscy obywatele, bo każdy może stanąć po „złej stronie” tej, czy innej analizy prawnej autorstwa Ordo Iuris. Poza ochroną obywateli takie Obywatelskie Ordo Iuris powinno zajmować się bullyingiem (rzecz jasna, całkowicie zgodnym z prawem), który wymierzony by był w tych, którzy teraz uprawiają bullying. Powinno produkować swoje własne analizy prawne, które rozbierałyby na czynniki pierwsze twórczość Ordo Iuris. Powinno monitorować działalność i wypowiedzi członków OI pod kątem możliwości popełnienia przestępstwa i pod kątem możliwości pozywania ich „na drodze cywilnej”. Do tej pory Ordo Iuris czuło się w sądach bardzo dobrze, ale to zmieniłoby się w momencie, w którym instytut zostałby zepchnięty do defensywy. Każda organizacja ma skończone moce przerobowe i to samo odnosi się do Ordo Iuris. Gdyby udało się doprowadzić do „zapchania się” Ordo Iuris, to organizacja ta stanęłaby przed wyborem: albo robi to, co teraz i zaniedbuje obronę samej siebie, albo odpuszcza część dotychczasowej działalności i skupia się na obronie  (dzięki czemu część obywateli nie musiałaby się obawiać Ordo Iurisowych SLAPPów). Fajnie by było, gdyby Obywatelskie Ordo Iuris zafundowało Instytutowi na Rzecz Kultury Prawnej to samo, co ów instytut zafundował studentom z UŚ, czyli wielogodzinne przesłuchania (powód by się na pewno znalazł i na pewno byłby zgodny z prawem). Co prawda ryzyko, że jakiś nieszczęsny stażysta/praktykant z OI, który zaczął czytać niniejszy tekst dotrwał do tego momentu, jest niewielkie, ale nie jest ono zerowe. Tym samym chciałbym takiej osobie przekazać, że jeżeli uważa, że to, co moim zdaniem powinno stać się udziałem Ordo Iuris (czyli bycie po przeciwnej stronie SLAPPów) jest niefajne, to niech się taki praktykant/stażysta zastanowi nad tym, czy fajne jest to, co robi jego organizacja.


Na sam koniec muszę się z wami podzielić swoimi dywagacjami w temacie tego, po co w ogóle PiSowi jest Ordo Iuris. Organizacja ta niemalże bez przerwy ściąga PiSowi na głowę problemy wizerunkowe. Czarny Protest, który spadł na głowy polityków Zjednoczonej Prawicy, był efektem działalności Ordo Iuris. Oburzenie na próby nowelizacji Ustawy o Przeciwdziałaniu Przemocy w Rodzinie również. Takich przypadków było więcej (rzecz jasna nie były równie spektakularne co Czarny Protest, niemniej jednak były), a mimo tego PiS cały czas trzyma się Ordo Iuris i pozwala się rozpychać tej organizacji w przestrzeni publicznej. Tak wiem, część polityków Zjednoczonej Prawicy to fundamentaliści i oni traktują te wszystkie analizy OI, jak prawdę objawioną. Tak, wiem, część z nich to koniunkturaliści, którzy byliby gotowi przekonywać, że „Protokoły Mędrców Syjonu”, to autentyczny dokument i to, co w nim stoi, to szczera prawda. Owszem, ci ludzie tam są, ale jest tam na pewno trochę ludzi, którzy potrafią używać mózgu i na pewno dostrzegają to, do czego prowadzi działalność OI (i jemu podobnych organizacji). Na pewno dostrzegają to, że nie jest to kierunek, w który powinniśmy kierować kraj. Na pewno część z tych ludzi jest świadoma tego, że Prezydent RP wygaduje jakieś „duginowskie” brednie i że jest to retoryka bliźniaczo podobna do tej, którą raczy swoich obywatelki rząd rosyjski. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest apel do tych „rozsądnych” polityków Zjednoczonej Prawicy, bo ci już dawno temu udowodnili, że nie przeszkadza im kurs obrany przez „ciało decyzyjne”. Po prostu dziwi mnie to, że król jest tak bardzo nagi, bo ci ludzie obudzą się kiedyś z ręką w nocniku i nie będą mogli udawać, że „o niczym nie wiedzieli”. Tzn. udawać będą mogli, ale nic im z tego nie przyjdzie.



https://www.rp.pl/Plus-Minus/311039915-Szef-Ordo-Iuris-Karanie-kobiet-za-aborcje-to-swiatowy-standard.html

https://www.youtube.com/watch?v=UN8bJb8biZU












Link do mojej dyskusji z Panem Olafem z Ordo Iuris:

https://twitter.com/PiknikNSG/status/794573113614860289

Bio Pana Olafa:

https://ordoiuris.pl/olaf-szczypinski




https://www.tvp.info/43233459/karanie-za-odmowe-wykonania-uslugi-niekonstytucyjne-jest-wyrok-tk-w-glosnej-sprawie

https://twitter.com/jerzKwasniewski/status/1153362434935185409


https://oko.press/zalozyciel-ordo-iuris-wchodzi-do-sadu-najwyzszego-to-juz-drugi-aktywista-tej-formacji-w-sn/


https://ordoiuris.pl/rodzina-i-malzenstwo/skuteczna-pomoc-ofiarom-naduzyc-seksualnych-ordo-iuris-uruchamia-zespol-ds

https://oko.press/od-anti-choice-do-pro-family-religijni-fundamentalisci-na-niebiesko-rozowo-swiatowy-kongres-rodzin/

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1756232,1,religijni-radykalowie-cwicza-w-polsce.read

Masha Gessen „Będzie to, co było – Jak totalitaryzm odradza się w Rosji”




Hejterski Przegląd Cykliczny #68
27.05.2020
Coś się popsuło i nie było mnie słychać, to powtórzę jeszcze raz... Zaś nieco bardziej na serio, trochę się Przegląd zrobił acykliczny przez tematy okołokoronawirusowe (i to w sumie bardziej acykliczny, niż zazwyczaj). Ponieważ trochę czasu minęło od ostatniego Przeglądu, poza sprawami aktualnymi, będzie trochę archeologii. Wybory się tu za to nie pojawią (najwyżej jako tło do czegoś innego), albowiem kwestie okołowyborcze to temat na osobną notkę. Aczkolwiek lojalnie uprzedzam, że Prezydent RP pojawi się gościnnie w notce.


Przyznam szczerze, że zastanawiałem się od czego zacząć i doszedłem do wniosku, że skoro już zapowiedziałem gościnny występ Prezydenta RP (za moment się będziecie mogli przekonać, że „występ” był sucharowym wordplayem), to ów występ przyda się do inauguracji Przeglądu. O tym, że pracownicy polskiej ochrony zdrowia zostali przez rząd doskonale przygotowani do tego, żeby mieć przejebane, wiedza wszyscy. Ponieważ władze zawiodły, społeczeństwo radzi sobie, jak może. Przykładowo raperzy zorganizowali akcję Hot16challenge („Wyzwanie polegające na nagraniu materiału wideo w którym raper wykonuje tzw. „szesnastkę” (zwrotkę składająca się z 16 wersów) pod dowolny beat, a następnie nominuje innych wykonawców ”), która to akcja jest zbiórką kasy na rzecz personelu medycznego. Tym razem, już na samym początku przyjdzie nam się zmierzyć z moją ulubioną zabawą pt. „eksperyment myślowy”. Otóż, wyobraźcie sobie, że jesteście prezydentem/prezydentką państwa, w którym ochrona zdrowia ledwie dycha. Co prawda, nie możecie sami z siebie wprowadzać ustaw, ale dysponujecie inicjatywą ustawodawczą i macie świadomość tego, że gdybyście jebnęli ustawą, w której zakładano by zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia, to większość parlamentarna musiałaby się poważnie zastanowić nad tą kwestią, bo ujebanie tej ustawy mogłoby się źle skończyć. Co więc robicie? No oczywiście, że zamiast się bawić w jakieś tam, kurwa, ustawy, bierzecie udział w akcji, żeby sobie trochę porapować. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że obecny Prezydent RP puścił się poręczy z tak wielkim impetem, że udało mu się wyprzedzić sondę Voyager-1. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, zamierzam się popastawić nad walorami artystycznymi rapsów Prezydenta RP. Zanim to zrobię, pozwolę sobie na krótką dygresję. W naszym kraju, tego rodzaju inicjatywy (wspieranie ochrony zdrowia przez pospolite ruszenie) są, niestety, potrzebne. Co za tym idzie, nie powinno się hejtować jakości tego, co ludzie sobie tam wyśpiewują (nawet jeżeli krwawią uszy), bo robią to w dobrym celu. Of korz, od tej reguły jest kilka wyjątków. Jednym z nich jest człowiek, który mógłby zrobić dla służby zdrowia znacznie więcej, a zdecydował się na lansik. Innymi słowy, Prezydent RP zasłużył sobie na każde wiadro błota, które zostało (i zostanie) na niego za to wylane. Ad meritum. Produkcja stoi na bardzo wysokim poziomie, na tak wysokim, że bez problemu można sobie wyobrazić, że w scenie, w której Martwybasen (wraz z koleżanką i kolegą) idzie się rozprawić z Franciszkiem, powinno się zastąpić kawałek DMX „X Gon' Give it to Ya” rapsami o ostrym cieniu mgły. Na uwagę zasługuje również warstwa tekstowa. Wyżej wzmiankowany „ostry cień mgły” podbił internet, acz wydaje mi się, że nie o taki rodzaj fejmu chodziło Prezydentowi RP (z jakiegoś powodu skasowano możliwość komentowania pod filmikiem). Rapsy Prezydenta RP były na tyle dobre, że do tej pory nie wiadomo, o co tak właściwie mu chodziło z tym „ostrym cieniem”. Kiedy narodowa beka z Prezydenta RP rozkręciła się na dobre, na ćwitrze odezwał się Hartman, który stwierdził, że to był cytat z Talmudu (ale dodał, że tłumaczenie kulawe). Szczerze mówiąc, nie znam się na Talmudzie (a jeszcze bardziej nie znam się na Talmudzie w oryginale), ale nawet jeżeli Prezydent RP chciał sobie pośpiewać na ten temat, to ja chyba jednak wolałbym Matisyahu. Niestety, nie możemy jeszcze zatrzymać karuzeli żenady, albowiem sprawa Hartmanowego ćwita miała ciąg dalszy. Prezydent w ramach jednej ze swoich sesji Q&A odniósł się do tegoż wpisu (bo pytano go o ten Talmud). Wypowiedź zacytuję w całości, bo to prawdziwy brylant argumentacyjny: „Jak słyszę, że niektórzy dali się nabrać na dość tanią prowokację prof. Hartmana, który lubi rzucić takim tekstem, który jest na zasadzie – uderz w stół, a nożyce się odezwą i ma prowokować antysemickie wypowiedzi i zachowania. Tam razem też się udało – wskazał. – Jestem katolikiem, nie jestem religioznawcą, ale z tego co słyszałem od poważnych ludzi, nie jest to fragment z Talmudu. Jeśli niektórzy dali się naciągnąć na tanią prowokację prof. Hartmana, to mogę tylko wyrazy współczucia przekazać – dodał.”. Urocze, nieprawdaż? Można było po prostu powiedzieć „nie, to nie Talmud”, albo „no generalnie to sam sobie to wymyśliłem, żeby fajnie brzmiało”, „zbieżność jest całkowicie przypadkowa”. Nie, trzeba było zacząć bredzić (a to i tak eufemizm) o tym, że  Hartman chciał na niego poszczuć antysemitów. W tej samej wypowiedzi mamy specyficzny dupochron, bo wybory idą i trzeba walczyć z Bosakiem o elektorat: „jestem katolikiem” i wzmianka o tym, że mądrzejsi od Prezydenta RP twierdzą, że to nie jest cytat z Talmudu. No bo wiecie, Prezydent RP sam z siebie by nie mógł tego sprawdzić, bo przecież jest katolikiem, więc mu nie wolno, prawda, no więc głosujcie na mnie zamiast na Bosaka, plz! Czy jesteście już najedzeni? Zapewne. Czy to znaczy, że możemy zamknąć ten temat? Nic z tych rzeczy, albowiem szachinszach researchu, Rafał Ziemkiewicz po raz kolejny udowodnił, że gdyby na olimpiadzie była konkurencja „chwalenie się informacjami pochodzącymi z iDzD”, to Ziemkiewicz dożywotnio zdobywałby złote medale. Ponieważ beka z prezydenckiego rapu robiła się coraz bardziej spektakularna, ochotnicze internetowe hufce Zjednoczonej Prawicy miały pod górkę z bronieniem go. Najbardziej pod górkę miał jednakowoż Rafał Ziemkiewicz, który w pewnym momencie oświadczył, że ten ostry cień mgły jest (werble) cytatem z Biblii. Ziemkiewicz podparł się (a jakże) obrazkiem znalezionym w internetach. Tym razem Ziemkiewicz zjebał tak bardzo, że nie przeszkodziły mu nawet karawany Dudanitów (aczkolwiek mogło chodzić o aktyw partyjny dowożony na spotkania z prezydentem [jeżeli komuś się wydaje, że takie rzeczy się nie dzieją, to ma rację, wydaje mu się]). Co zrozumiałe, ćwiter momentalnie zaczął Ziemkiewicza wyśmiewać. Co jeszcze bardziej zrozumiałe, ów wyjebał swojego ćwita i nawet nie przeprosił za fejka (tak swoją drogą, czy tym się przypadkiem Ordo Iuris nie powinno zająć? Przeca to na kilometr pachnie obrazą uczuć religijnych). Wyznawcy Ziemkiewicza mieli, mają i będą mieli wyjebane na to, że ich idol non stop ordynarnie ściemnia, albo publikuje niesprawdzone informacje, bo jest, kurwa, zbyt leniwy, żeby użyć przeglądarki.


Kolejnym politykiem, który postanowił się trochę polansować w ramach hot16challenge, był Janusz Korwin Mikke (aka „Waszka G”), który najprawdopodobniej chciał nagrać cover „życia ostrego jak maczeta”, ale zapewne uznał, że lepiej będzie pierdolić o zabijaniu socjalistów. Rzecz jasna, kuce z miejsca zakochali się w rymach Korwina (musiałem). Trochę czasu minęło i jeden typ z Analogsów (o ksywce „Piguła” [przyznaję się w tym miejscu, że o ile Analogs kojarzyłem i parę kawałków znałem, to po ksywach bym ich nie rozpoznał]) przyjebał Korwinowi dissem (link w źródłach znajdziecie). Ponieważ „Piguła” śpiewał o tym, że gdyby mu JKM pomachał scyzorykiem, to wyciągałby go sobie z dupy, kuce momentalnie się obruszyły. Czemu? Odpowiem wam dygresją. Kiedyś mi w internetach mignął krótki tekst (nie wiem, kto był jego autorem), w którym stało, że piosenka „a na drzewach zamiast liści” jest dla kuców fajna, ale jeżeli zastąpi się w niej słowo „komuniści” słowem „korwiniści”, to się nagle okazuje, że lewaki są brutalne i że mamy do czynienia z drugim Katyniem. Tak więc, Korwin śpiewający o mordowaniu socjalistów jest spoko, ale ktoś śpiewający o tym, że gdyby mu pomachano scyzorykiem to machający musiałby się liczyć z uszkodzeniem odbytu, to już przemoc. Nawiasem mówiąc, dobrze, że „Piguła” nie zaśpiewał o tym, że otworzy Korwinowi parasol w dupie, bo pewnie kuce napisałyby donos do prokuratury (albowiem groźby karalne). Po co o tym wszystkim wspominam? Żeby nakreślić wam zajebisty problem, który mamy w Polsce z debatą publiczną. Kredens debaty publicznej jest tak bardzo przesunięty w prawo, że trzeba na tę debatę popatrzeć z zewnątrz, żeby to w ogóle zauważyć. Zadam wam kilka pytań pomocniczych. Pierwsze pytanie brzmi następująco: kto jest w Polsce uznawany za skrajną lewicę? Jak się tak człowiek zastanowi, to mu wychodzi, że generalnie, to mniejszości seksualne, zwolennicy prawa wyboru, progresji podatkowej, ludzie domagający się rozliczenia Kościoła z instytucjonalnego ukrywania pedofilów przed wymiarem sprawiedliwości, zwolennicy edukacji seksualnej, wegetarianie (o weganach nie wspominając), rowerzyści i na tym przerwę wyliczankę, bo niezależnie od tego, jak długa by ta lista nie była, to i tak ogromna większość tejże listy ze „skrajną lewicą” ma tyle wspólnego, co Ziemkiewicz z dziennikarstwem. W telegraficznym skrócie, „skrajną lewicą” może zostać praktycznie każdy. No dobrze, teraz przyszła pora na drugie pytanie pomocnicze. Kto w Polsce jest uznawany za skrajną prawicę? Ultranacjonaliści, neonaziści, faszyści (jeżeli ktoś wskrzesza organizację, która przed wojną była uznawana za faszystowską, to jest faszystą i jebie mnie to, że ów ktoś czuje się tym dotknięty), fundamentaliści religijni, skrajni konserwatyści etc. Lista ta powinna być znacznie dłuższa, ale prawda jest taka, że nie spotkałem się z tym, żeby mianem skrajnej prawicy nie został określony ktoś, kto na to nie zasłużył. Uwaga natury ogólnej, wszyscy, którzy chcą mi tłumaczyć, że (przykładowo) PiS nie jest skrajną prawicą, bo (…), proszeni są o wysyłanie swoich polemik na adres mamtowdupiewiecnicniewysyłaj na gmailu. Pora na kolejne pytanie pomocnicze: które media w Polsce uznawane są za „lewackie”? Tutaj odpowiedź jest raczej prosta: wszystkie, które nie podobają się prawicy. Jednakowoż nie można napisać, że chodzi o media „nieprawicowe”, bo prawicowa szuria ma tendencję do wzajemnego wyzywania się od lewaków. Lista mediów prawicowych byłaby cholernie długa, począwszy od TVP (homofobiczne rzygi, sebixo-nacjonalizm/etc. pozwalają zakwalifikować to medium do kategorii „skrajnie prawicowe”), poprzez wszelkiej maści wreale, pierdylion prawackich portali mających w nazwie „narodowy”, na prawicowej prasie („Do Rzeczy”, „Gazeta Polska”/etc.) kończąc. O kwintylionie prawicowych fanpejów (z których połowę prowadzi Vloger Dariusz) wspominać nie trzeba. Przed nami ostatnia para pytań pomocniczych: jakie poglądy głoszą ludzie, którzy są w Polsce uznawani za skrajną lewicę? Odpowiedziałem na to pytanie wcześniej (progresja podatkowa, dostęp do edukacji seksualnej/etc.). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że od „komuchów” (oraz od skrajnej lewicy) ludzie o wyżej wymienionych poglądach bywaj wyzywani również przez liberalną część komentariatu. No, ale to dygresja tylko.  Jakie poglądy głoszą ludzie uznawani za skrajną prawicę? Zabijanie (zrzucanie z helikopterów, wieszanie, rozstrzeliwanie/etc. i torturowanie ludzi ), propsowanie „oczyszczania białej rasy” (tak więc jaranie się czystkami etnicznymi), najbardziej cywilizowani przedstawiciele skrajnej prawicy wzywają „jedynie” do pobić. Nie będzie zbytnim uproszczeniem stwierdzenie, że skrajna prawica jara się przemocą i owa przemoc jest praktycznie jedynym „pomysłem” skrajnej prawicy na rozwiązywanie większości „problemów”. Owszem, skrajnie prawicowe organizacje miewają również inne pomysły, ale jeżeli ktoś chciałby mnie zrzucić z helikoptera dlatego, że jestem lewakiem, to tak trochę mnie te inne pomysły jebią.


Właśnie nastała historyczna chwila, w której podzieliłem ten sam temat na dwa kawałki (żeby już nikt mi nie mógł zarzucić, że nie umiem w akapity!). No dobrze, skoro mamy to już za sobą, to pora na podsumowanie tego, co udało się ustalić w poprzednim kawałku. W telegraficznym skrócie: w Polsce nie istnieje coś takiego, jak „skrajna lewica”. Zanim ktoś zdąży nabrać powietrza, żeby krzyknąć „no ale Antifa”, uprzejmie taką osobę poinformuję, że nie trzeba być lewakiem, żeby nie lubić sebixów obwieszonych krzyżami celtyckimi. Jednym z największych sukcesów prawicy, było wmówienie sporej części społeczeństwa, że umiarkowane poglądy socjaldemokratyczne to poglądy „skrajnie lewicowe”. Prawicę w tym dziele wspiera ta mniej ogarnięta część liberalnego komentariatu, która widząc propozycję wprowadzenia progresji podatkowej (albo propozycje transferów społecznych), zaczyna pierdolić o gułagach i Wenezueli (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Wenezuela wyjebała się na niskich cenach ropy [tak po prawdzie, w takich warunkach wyjebałby się każdy inny kraj]). Kolejnym (nie mniejszym) sukcesem była normalizacja zachowań, które powinny się kończyć zarzutami i dotkliwymi karami z pierdlem włącznie. Chodzi o bardzo szerokie spektrum zachowań: wieszanie podobizn polityków, groźby (vide, casus byłej radnej PiS, Anny Kołakowskiej), noszenie rasistowskich bannerów  (tzn. najpierw zapowiadano „swift justice”, a potem się okazało, że co prawda ktoś niósł transparent, ale to nie był jego transparent, więc nic się nie dało zrobić), publikowanie rasistowskich (i nie tylko) treści w social media. Czasem sprawa była na tyle jednoznaczna, że trzeba było uruchomić „machinę trywializacyjną” (brzmi to trochę, jak jakaś machina z „Cyberiady”, ale jestem katolikiem, nie jestem religioznawcą, ale z tego co słyszałem od poważnych ludzi, nie jest to fragment z „Cybierady”). Ktoś został spoliczkowany? Doigrał się. Ktoś został pobity? „Sytuacja nie powinna mieć miejsca, ale też ich rozumiem”. Innym razem okazywało się, że to wcale nie było pobicie, tylko ustawka. Dowodem miał być filmik puszczony w tak bardzo zwolnionym tempie, że gdyby ktoś odpalił z taką prędkością filmik z nokautami Tysona, to wyszłoby na to, że to też były ustawki. Nawiasem mówiąc, próba przekonania opinii publicznej do tego, że dokonania skrajnie prawicowych organizacji nie są w sumie takie złe, nie zaczęła się w 2015 roku. Ten proces trwał dość długo. Niemniej jednak do momentu, w którym nie wziął się za to prawicowy mainstream (z Ziemkiewiczami, Pereirami i politykami Prawa i Sprawiedliwości na czele), była ona skazana na porażkę. Osobną kwestią jest to, że dopiero przejęcie kontroli nad prokuraturą sprawiło, że nad skrajną prawicą otwarto parasol ochronny (ok, czasem ktoś oberwie zarzutami, ale to są przypadki, których nie da się zamieść pod dywan w żaden sposób). Jak już wspomniałem, to był długotrwały proces. Jak to wyglądało w praktyce? Ano tak, że z kiboli robiło się AK-owców (tego rodzaju pseudointelektualny wysryw pojawił się w którymś numerze „Frondy” i o ile mnie pamięć nie myli, autorem tegoż był Pereira). Wyglądało to tak, że tolerowało się agresję względem dziennikarzy, o ile agresja była skierowana w odpowiednią stronę. Przykładem niech będzie Marsz Niepodległości 2014, w trakcie którego Bartłomiej Graczak (wtedy Republika, teraz TVP) został obrzucony butelkami. Czemu? Bo rzucającym wydawało się, że jest z TVN-u. Jest nawet filmik, w którym Graczak (stojący na jakimś dachu) mijany jest przez tłum, który się drze „jebać (wiadomą stację)”. Graczak w pewnym momencie nie wytrzymał i zaczął się drzeć: „tutaj nie ma, kurwa, TVNu, tu Republika”. Potem, z uśmiechem na ustach, opowiadał o tym, że tłum na dole pozdrawia stację TVN, a maszerujący myśleli, że on jest z TVNu. Reasumując, Graczak nie miał pretensji o to, że ktoś zachowuje się agresywnie względem mediów, problemem było to, że ktoś wydarł ryj na niego. Takich sytuacji było pierdylion (i dałoby się pewnie napisać na ten temat obszerną książkę). Jaki przyniosły efekt? Co prawda, nie udało przekonać większości społeczeństwa do tego, że bandyci ganiający ludzi po ulicach są bohaterami, ale udało się wprowadzić w Polsce taką nową normalność. Po prostu przyzwyczajono nas do tego, że takie rzeczy się zdarzają, a jak już się zdarzają, to nigdy tak do końca nie wiadomo, czy aby na pewno wydarzyły się z winy bijącego, bo (i tu wstawcie sobie dowolną gówno-wymówke). O tym, że przy okazji tych działań wypromowano całą masę skrajnie prawicowych portali/vlogów wspominać chyba nie trzeba? Prawicy udało się doprowadzić do sytuacji, w której za oszołoma uznawana jest Sylwia Spurek (bo jest weganką), ale oszołomami nie są Braun, Korwin i wszyscy inni jarający się mordami politycznymi. Stało się tak dlatego, że do pierdolenia o mordach politycznych (pobiciach/etc.) po prostu przywykliśmy. Do tej układanki dodajmy jeszcze skretyniały komentariat, który buduje symetrię między (nieistniejącą) skrajną lewicą i skrajną prawicą. Warto sobie w tym miejscu zadać pytanie: czy istnieje jakakurwakolwiek symetria między zachowaniem Sylwii Spurek i zachowaniem JKM? Czy Sylwia Spurek twierdzi, że ludzi jedzących mięso (do których to ludzi się zaliczam) należałoby postawić przed plutonem egzekucyjnym? Jeżeli komuś się wydaje, że trochę to wszystko przejaskrawiam, to ja bym takiemu komuś proponował eksperyment myślowy: co by się stało, gdyby w hot16challenge wziął udział Adrian Zandberg wymachujący maczetą i pistoletem, który to Adrian Zandberg śpiewałby o tym, że prawicowców i kler należy zabijać, bo nie ma innej metody. Potem zaś sobie wyobraźmy, że tenże sam Zandberg opowiadałby przed kamerami o tym, że premier powinien stanąć przed plutonem egzekucyjnym. Ciekawym, jak szybko zajęłyby się nim odpowiednie służby i jak szybko powstałaby narracja o zagrożeniu lewackim ekstremizmem. Czemu więc nie reagujemy w ten sam sposób na wysrywy prawicy? Bo nas tak wytresowano. Na sam koniec tej przydługiej tyrady zostawiłem sobie takie dwa wyimki z mediów rządowych. Swego czasu, na portalu prowadzonym przez vlogera Dariusza, pojawiła się rozmowa z Braunem (ta w której stało, że Tusk powinien stanąć przed plutonem egzekucyjnym). Rozmowa była promowana tym cytatem i tekstem „jeżeli się zgadzasz, to udostępnij”. Obecne władze jebało to tak bardzo, że vloger Dariusz dostał miejsca na listach wyborczych w wyborach samorządowych i parlamentarnych (a zarówno Ziobro, jak i Jaki pompowali mu balonik wizerunkowy w trakcie wyborów). Kilka lat później, tenże sam Braun opowiadał w Sejmie o tym, że jeżeli Polacy zostaną wypuszczeni z kwarantanny, to może Szumowski nie zostanie powieszony na placu Trzech Krzyży. Co ciekawe, tym razem rządowe media nie miały problemu z interpretacją i na portalu TVP Info można było przeczytać artykuł pt.: „Szokujące słowa Brauna (...)”. Jak mniemam, wcześniej redaktorów z TVP Info słowa Brauna nie szokowały, bo mówił o zabijaniu „tych, co trzeba”. 


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


No dobra, miało być o tematach bieżących, a zrobiło się lewackie teoretyzowanie. Wracajmy do teraźniejszości. Trwa odmrażanie gospodarki. Każda „odmrażana” branża musi liczyć się ze sporą liczbą obostrzeń i ograniczeń (co jest akurat całkiem sensowne). Przy okazji „odmrożenia” restauracji, do jednej z nich udał się, z gospodarską wizytą Premier Tysiąclecia i pokazał (po raz kolejny), że polskie władze mają (w stopniu absolutnym) wypierdolone na jakiekolwiek obostrzenia. Odpowiedzialne i rozsądne władze starałyby się dawać dobry przykład, ale polityków partii rządzącej nie można podejrzewać o to, że są odpowiedzialni i rozsądni. „Przy jednym stoliku może przebywać rodzina lub osoby pozostające we wspólnym gospodarstwie domowym - tak brzmi oficjalne i powszechne zalecenie dotyczące klientów restauracji i barów. I w tym kontekście zainteresowanie wzbudziła seria zdjęć Mateusza Morawieckiego z Gliwic, opublikowanych na oficjalnym twitterowym profilu kancelarii premiera. Widać na nich szefa rządu oraz m.in. właścicieli jednej z gliwickich restauracji, którzy skorzystali z rozwiązań zawartych w rządowej tarczy antykryzysowej. Wszyscy siedzą przy jednym stoliku, nikt nie ma na twarzy maseczki ani niczego innego, co zasłaniałoby usta i nos." Dla nikogo nie było niespodzianką to, że media zaczęły grillować Premiera Tysiąclecia w tym temacie. W takiej sytuacji, każdy polityk, niebędący naczyniem gospodarczym o szerokim zastosowaniu, zwykle służącym do przenoszenia (przechowywania) płynów lub drobnoziarnistych materiałów sypkich, zdawałby sobie sprawę z tego, że należałoby przeprosić za fuckup i zadeklarować poniesienie konsekwencji (mandat i te sprawy). Nikogo więc nie powinno dziwić to, że Premier Tysiąclecia zachował się zupełnie inaczej i powiedział, że co prawda: „pewne odległości są zalecane, ale nie są nakazywane”. Ponieważ Premier Tysiąclecia (delikatnie rzecz ujmując) minął się z prawdą, jedynym (sensownym) wyjściem z sytuacji było przeproszenie i zaproponowanie „dobrowolnego poddania się karze”. I znowuż, nikogo nie powinno dziwić, że Premier Tysiąclecia zareagował inaczej. Tzn. w sumie to w ogóle nie zareagował, bo do zareagowania oddelegowany został rzecznik rządu, Piotr Muller, który przeprosił za to, że "z winy politycznego zaplecza" premier Mateusz Morawiecki nie wiedział, że "zalecenie dotyczące zachowania dystansu 1,5 metra w restauracji od osób, z którymi nie mieszka się w jednym gospodarstwie domowym, jest zaleceniem obowiązującym.” Przyznam się w tym miejscu, że kilka razy te wynurzenia czytałem i zastanawiałem się nad tym, dlaczego rzecznik rządu zaserwował wszystkim narracje, z której wynikało, że Premier Tysiąclecia, jest nieogarem, który nie wie, jak wyglądają obostrzenia, które jego ekipa wprowadza w Polsce. A potem mnie olśniło. Jestem się w stanie założyć o wiele, że załatwiono to w ten sposób dlatego, że Premier Tysiąclecia nie chciał się z niczego tłumaczyć plebsowi i za cokolwiek ów plebs przepraszać. Mogło być również tak, że Premier Tysiąclecia chciał wyjść przed kamery i przeprosić, ale podwładni go powstrzymali, bo chciał to zrobić w koszulce z napisem #wyjebane.


Jest sobie w internetach taki komiks jak „niezrozumiały człowiek”. Niestety, komiks ów nie był aktualizowany od dłuższego czasu. Niemniej jednak, autor powinien być dumny, bo doczekał się kontynuatora swojego dzieła i to kontynuatora w randze ministra. Skąd wiedzieliście, że chodzi o Szumowskiego i jego podejście do obowiązku zakrywania twarzy? Można mu darować inicjalne wypowiedzi, w których hejtował noszących maseczki. Tzn., ok, może i wyszedł na nieogara, ale załóżmy, że po prostu nie wiedział, że one jednakowoż trochę mogą pomóc. Potem zdecydowano o tym, że zakrywanie nosa i ust będzie obowiązkowe. Przyznać muszę, że po wejściu w życie tego nakazu (albo, może „zalecenia”? Nie wiem, nie jestem Premierem), bardzo rzadko widywało się kogoś bez maski na twarzy. Policja upominała „lekkoduchów” i te upomnienia nie budziły jakiegoś specjalnego sprzeciwu społecznego. A potem pomału następowało rozprzężenie, które, moim zdaniem wywołane było tym, że władze non stop opowiadały o tym, że w sumie to jest już zajebiście i że wychodzimy na prostą i że w sumie gdyby nie ukryta opcja niemi.., znaczy się Śląsk, to w sumie byłoby po koronawirusie. Zaczęło się od noszenia maseczek na brodzie, potem spora część ludzi w ogóle przestała nosić maski. Co w takiej sytuacji robi odpowiedzialna i rozsądna władza? Zwiększa liczbę patroli, które będą upominały ludzi olewających nakaz zakrywania ust i nosa, wrzuca w media informacje o tym, że te maski to powinniśmy, kurwa, nosić, żeby bezobjawowi nie zarażali innych ludzi. Co robią nasze władze? Ano, noszą się z zamiarem zniesienia nakazu zakrywania ust i nosa. Dopuszczają „regionalizację”, tzn. w tych regionach, które są na tyle nierozsądne, że dalej mają zachorowania (mimo tego, że minister Szumowski się tak bardzo nie wysypiał), nakaz będzie nadal obowiązywał. Warto nadmienić, że zniesienie nakazu będzie dotyczyło „przestrzeni otwartej”, bo w zamkniętych pomieszczeniach nadal będzie on obowiązywał. Pamiętacie może te porady, z których wynikało, że należy unikać dotykania okolic twarzy? Nie wiem, jak wy, ale ja jestem absolutnie wręcz pewien, że wachlowanie się maską w trakcie wchodzenia i wychodzenia ze sklepów, nie przełoży się na to, że ludzie będą się częściej macać po twarzach. Ja wiem, że ja już się wielokrotnie pastwiłem nad tym, że nasze władze są w chuj nieogarnięte, jeżeli chodzi o politykę informacyjną w czasach pandemii, ale to, co teraz się odjebuje w sprawie maseczek, jest przysłowiową cebulą na torcie. Jakiś czas temu Szumowski stwierdził, że w maskach będziemy śmigać, być może, aż do czasu wynalezienia szczepionki. Rozumiem, że wypowiedź ta mogła być efektem tego, że media zamiast zająć się czymś produktywnym, wolały truć dupę Szumowskiemu pytaniami „do kiedy te maski?”. Ok, rozumiem to, ale ta wypowiedź została usłyszana przez bardzo wiele osób. Teraz się okazuje, że albo wynaleziono szczepionkę, ale nikt nam nic o tym nie powiedział, albo nakaz zakrywania zostaje zniesiony dlatego, że w sumie to skoro ludzie nie noszą masek, to równie dobrze można to nienoszenie „zalegalizować”. Genialne, kurwa, w swojej prostocie. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że mniej więcej pod koniec czerwca, polskie szwalnie uszyją 100 milionów maseczek. Tylko, nie bardzo wiadomo, po chuj. Wspominam o tych maseczkach dlatego, że to jest kolejna, dość wyraźna sugestia, że nakaz zakrywania ust i nosa miał być nakazem raczej długoterminowym. Co się więc zmieniło? Nie wiadomo. Władza na wszelki wypadek nie rozmawia o tym z obywatelami, bo przecież to wymagałoby traktowania obywateli po partnersku, a już sam fakt istnienia czegoś takiego, jak TVP pokazuje, że władze nie dorosły do tego, żeby społeczeństwo traktować „na poważnie”.


Od tematu maseczek można gładko przejść do tematu środków ochrony indywidualnej, co niniejszym czynię. Nie wiem, czy wiecie, ale w Polsce mamy coś takiego, jak podziemie antywirusowe, które zaopatruje personel medyczny w środki ochrony indywidualnej. Ktoś może zapytać: jak to możliwe? Przecież polski personel medyczny jest doskonale zaopatrzony w te środki! Tak przynajmniej twierdzą władze, a one by nas nie okłamały. Właśnie dlatego. Ponieważ ochrona zdrowia ma przypominać gigantyczną wioskę potiomkinowską dla suwerena, personel medyczny nie może głośno powiedzieć, że czegoś tam brakuje. Czemu nie może? Miło że pytacie. Traf chciał, że jeden z członków mojej rodziny od lat pracuje w szpitalu. Osoba ta opowiadała o tym, że ich placówka jest chujowo przygotowana, że nie mają praktycznie żadnych środków ochrony indywidualnej (problem z doproszeniem się o testy po tym, jak się okazało, że jeden z pacjentów miał koronę, of korz też był). Osoba ta opowiadała o tym, że tak to ujmę, „nieoficjalnie”, bo gdyby poszła z tym do jakiejś gazety, albo do inszych mediów, to zostałaby wyjebana z roboty. Innymi słowy, w ochronie zdrowia jest tak dobrze, że aż nie wolno o tym opowiadać. Właśnie dlatego ludzie, którzy chcieli zaopatrywać personel medyczny w przyłbice, muszą to robić drogą nieoficjalną. Gdyby bowiem ktoś oficjalnie poprosił o takie rzeczy, to pewnie wyjebanoby go z roboty. Wczujcie się na moment w tę sytuację. Wiecie, że macie kontakt z chorymi. O tym, że choroba jest groźna nikogo nie trzeba przekonywać, bo jest sporo przypadków tego, że wylogowywali się z jej powodu młodzi ludzie, którzy ponoć mieli przechodzić tę chorobę w miarę bezproblemowo. Choroba może również zostawić sporo różnych powikłań. Tym samym od tego, w jaki sposób będziecie chronieni, może zależeć wasze zdrowie i życie. Szpitale nie są w stanie zapewnić wam środków ochrony indywidualnej, bo ich po prostu nie mają. Nie wolno wam głośno o tym mówić, ani też poprosić o te środki, bo będziecie mieli przesrane. Innymi słowy, odebrano wam prawo do tego, żeby dbać o swoje zdrowie (i życie). Pozwolę sobie w tym miejscu na kolejną dygresję. Ja rozumiem, że partia rządząca dba o swój wizerunek i trudno się jej przyznać do tego, że cokolwiek zjebała bez opowiadania o tym, że przez osiem ostatnich lat przed ostatnimi pięcioma latami, to mafie vatowskie jadły ośmiorniczki (czy jakoś tak). Ja to rozumiem, ale nie jestem w stanie zrozumieć bycia chujem na tak wysokim poziomie, że stawia się ludzi przed alternatywą: albo zamkniesz mordę i być może się zarazisz, albo się odezwiesz i być może się nie zarazisz, ale głównie dlatego, że zostaniesz wyjebany z roboty. Jeżeli ktoś jest ciekaw tego, jak wygląda podziemie antywirusowe, to w źródłach znajdziecie link do artykułu, którego lektura może być ekwiwalentem kilku mocnych kaw.


Jakiś czas temu na ćwitrze doszło do wymiany ćwitów, o której bardzo szybko zrobiło się bardzo głośno. Krystyna Pawłowicz popełniła wpis w sprawie radiowej Trójki: „Trujka”... Samooczyszczenie...”. Jej wpis skomentował Radosław Sikorski, który napisał był: „zamknij się, wariatko”. Być może to, co teraz napiszę, będzie dość niepopularne, ale jeżeli mam być szczery, to gdyby Sikorski darował sobie to „wariatko” (a mógł sobie, kurwa, darować, bo osoby z problemami natury psychicznej są u nas stygmatyzowane na każdym kroku), to uznałbym jego wpis za całkiem sensowny. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Sikorski brnął później w dywagacje, że skoro takie, a nie inne słowo istnieje, to chyba po to, żeby z niego korzystać/etc. No więc, kurwa, nie bardzo. No, ale wróćmy do meritum. Czemu zaś, ach czemu ostoja uprzejmości i osoba brzydząca się stosowaniem wulgaryzmów (etc., etc.), czyli niżej podpisany, uznałby wpis „zamknij się”, za sensowny? Bo wiecie, mam już, kurwa, szczerze dosyć tego, że w polskiej debacie publicznej funkcjonują osoby, które są „równiejsze”. Osoby takie mogą sobie pozwolić na praktycznie wszystko (i włos im z głowy za to nie spadnie), ale jeżeli ktoś będzie dla tych ludzi nieuprzejmy, to spotyka się to z powszechnym oburzeniem. Znamienny jest tytuł artykułu z TVP Info „„Wariatka” – Sikorski obraził sędzię TK. Tak jak rok temu”. Jestem, kurwa, przekonany, że gdyby Sikorski kazał się Pawłowicz zamknąć, to tytuł artykułu byłby ten sam, tak więc skupię się na jego drugiej części. Wydaje mi się, że jeżeli osoba o mentalności prymitywnego trolla internetowego zostaje sędzią TK, to taką osobę nadal należy traktować jak prymitywnego trolla internetowego. Jeżeli ktoś zasłużył sobie na brak szacunku, to tym kimś jest właśnie Krystyna Pawłowicz. To, że została sędzią TK niczego nie powinno zmieniać. Zanim ktoś powie „no ale debata publiczna!”. Poziom debaty publicznej w Polsce jest niemierzalny, bo jeszcze żaden ludzki instrument pomiarowy nie dotarł tak głęboko.


Czy w Polsce można dostać rok więzienia za próbę dokonania zamachu terrorystycznego i ani razu nie zostać nazwanym terrorysta? Oczywiście, że można. „Rok bezwzględnego więzienia - taką karę wymierzył sąd małżeństwu z Lublina, które na tamtejszy Marsz Równości przyniosło zrobione w domu materiały wybuchowe. Chcieli obrzucić nimi uczestników marszu. Arkadiusz i Karolina S. mieli przy sobie pojemniki z gazem do zapalniczek, do których taśmą klejąca i drutem przyczepione były petardy. Biegli orzekli, że gdyby te ładunki wybuchły w tłumie, mogłyby spowodować ofiary śmiertelne.” Co prawda chłopakowi i dziewczynie – prawdziwej rodzinie groziło do 8 lat wolności, ale chyba nikt nie jest specjalnie zaskoczony tym, że spotkała ich tak, zajebiście, surowa kara, jak rok pozbawienia wolności, prawda? Dodajmy sobie do tego fragment wyjaśnień składanych przez Arkadiusza S., do których dotarł Onet: „Na koszulce mam krzyż celtycki. Oznacza to, że jestem za Polakami i rodziną. Dla mnie wartości rodzinne to chłopak i dziewczyna”. Mamy więc typa z celtykiem, który razem z żoną zaniósł na Marsz Równości materiały wybuchowe domowej roboty, żeby pozabijać trochę ludzi. Gdybym był złośliwy, to napisałbym, że w sumie to dziwne, że nie dostał medalu od Ministerstwa Sprawiedliwości, ale ponieważ złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że to kolejna odsłona „normalizacji” skrajnej prawicy i jej dokonań. Pora na kolejny eksperyment myślowy: wyobraźcie sobie, co by się działo, gdyby jakiś typ z sierpem i młotem na koszulce został złapany w trakcie próby wniesienia ładunku wybuchowego domowej roboty, na jakiś event religijny. Obstawiam, że pięć minut później Sebastian Kaleta domagałby się zdelegalizowania wszystkich partii lewicowych w Polsce. Ponieważ zaś zamachu terrorystycznego chciał dokonać jakiś skrajny prawak, nikomu się specjalnie nie chciało nad tym pochylać. Na uwagę zasługują też media, które nie nazywają rzeczy po imieniu. Ok, prokuratura nie chciała oskarżać tych ludzi o terroryzm, ale z tego, kurwa, nie wynika, że ci ludzie nie usiłowali dokonać takowego zamachu.


I tym optymistycznym akcentem zakończę niniejszy Przegląd. Miałem tutaj poruszyć znacznie więcej kwestii, ale z racji rozpisania się, raczej by się nie zmieściły. W przyszłym Przeglądzie będzie, między innymi o Ordo Szuris (i coś mi mówi, że spory kawałek tekstu im poświęcę), instrumentalnym traktowaniu przez Zjednoczoną Prawicę ochrony dzieci przed pedofilią, kolejnym radykale z Solidarnej Polski (który dostaje ostatnio sporo czasu antenowego). Będę również hejtował media (nie tylko rządowe) za gówniany research i fejki.  


Źródła:

https://www.wprost.pl/kraj/10325381/prezydent-duda-rapowal-wers-z-talmudu-tania-prowokacja-prof-hartmana.html

https://twitter.com/donald_PL_/status/1261597808018194432

https://www.youtube.com/watch?v=bRMnuOSr42Q

https://tvn24.pl/pomorze/gdansk-umorzenie-w-sprawie-wpisu-kolakowskiej-ra752769-2501725

https://oko.press/to-nie-byl-moj-baner/



https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-06-26/sytuacja-nie-powinna-miec-miejsca-ale-tez-ich-rozumiem-beata-mazurek-o-bojce-w-radomiu/

https://www.press.pl/tresc/57970,wiceszef-publicystyki-tvp-info-w-zajsciach-na-marszu-rownosci-w-bialymstoku-dopatrzyl-sie-ustawki

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,16950383,Dziennikarze_TV_Republika_zaatakowani_przez_chuliganow_.html


Zamiast linkować vlogera Dariusza, linkuje swój ćwit, w którym zebrałem jego twórczość.

https://www.tvp.info/47907820/koronawirus-polska-szokujace-slowa-grzegorza-brauna-o-ministrze-zdrowia-byc-moze-nie-zostanie-powieszony-na-latarni-wieszwiecej


https://tvn24.pl/polska/premier-po-wizycie-w-restauracji-zalecenia-to-nie-nakazy-ustawa-istnieje-obowiazek-stosowania-zalecen-4592558

https://www.rp.pl/Koronawirus-SARS-CoV-2/200529616-Rzecznik-rzadu-Premier-nie-wiedzial-ze-to-zalecenie-obowiazuje.html


https://www.gov.pl/web/rozwoj/100-mln-maseczek-z-polskich-szwalni

Podziemie antywirusowe:

https://www.tvp.info/48140710/wariatka-sikorski-obrazil-sedzie-tk-tak-jak-rok-temu

Państwo teoretyczne z pandemią w tle – odcinek 4 – tupolewizm
05.05.2020
Moja opinia na temat partii rządzącej jest znana każdemu czytelnikowi niniejszego bloga. Niemniej jednak, gdyby coś się popsuło i nie było mnie słychać, to powtórzę jeszcze raz: jeszcze nigdy tak nieliczni nie mieli tak bardzo wyjebane na tak wielu. Mimo tego, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak wyglądają rządy Zjednoczonej Prawicy i z racji tego, że staram się być w miarę na bieżąco z  twórczością tegoż ugrupowania, udało im się mnie, kurwa, zaskoczyć. Decyzja o otwarciu przedszkoli/żłobków to jeden z największych crossoverów w historii. W jednym miejscu zebrały się: tupolewizm, jebałpiesizm, propaganda sukcesu, brak planowania strategicznego, olewanie zdrowia Polaków oraz traktowanie ich jak pionki na szachownicy, których można poświęcić ile wlezie, byle tylko wygrać partię. Tak, przed rozpoczęciem lektury niniejszego tekstu należy zapiąć pasy.


Zacznę od tego, że do bardzo niedawna wydawało mi się, że szkoły, przedszkola i żłobki się już w tym roku szkolnym raczej nie otworzą. Wypowiedzi Szumowskiego, który opowiadał o tym, że być może w maskach będziemy łazić przez rok, utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Co prawda, 16 kwietnia Mateusz Morawiecki produkował się w temacie tego, że: „Przewidywany jest też stopniowy powrót do szkół. W klasach 1-3 ma zostać zorganizowana opieka nad dziećmi po wcześniejszym ustaleniu maksymalnej liczby dzieci w sali. To samo dotyczy żłobków i przedszkoli.”, ale 24 kwietnia Piontkowski powiedział, że: „obecne warunki epidemiczne nie pozwalają na to, abyśmy odwiesili działalność szkół, przedszkoli i żłobków. Dlatego zdecydowaliśmy o dalszym ograniczeniu działalności tych placówek na znacznie dłuższy termin, bo do 24 maja.”. Wypowiedź ta była na tyle jednoznaczna, że raczej ciężko byłoby ją interpretować w sposób inszy, niż taki, z którego wynikało, że do 24 maja nie ma mowy o uruchamianiu żłobków i przedszkoli. Potem zaś Piontkowski produkował się w Gazecie Polskiej Codziennie: „Czy szkoły wznowią stacjonarne zajęcia w tym roku szkolnym? - Jest to jeden z wariantów, które bierzemy pod uwagę. Decyzję podejmiemy pod koniec maja, kiedy będziemy wiedzieli więcej na temat sytuacji epidemicznej (…) Chodzi głównie o ewentualne zapewnienie opieki dzieciom najmłodszym, tym, których samych zostawić w domu nie można, tak aby rodzice mogli wrócić do pracy. Czy i kiedy jednak to wprowadzimy, poinformujemy za kilka dni, wtedy powinniśmy mówić o tym szerzej". Jestem się w stanie założyć o wiele, że po tej wypowiedzi większość głównych zainteresowanych (rodziców dzieci uczęszczających do żłobków/przedszkoli) zaczęła sobie zdawać pytanie „co do chuja? Przecież wcześniej mówiliście, że przed 24 maja nie otworzycie przedszkoli i żłobków”. I wtedy (29 kwietnia) wszedł Morawiecki, cały na biało: „Zgodnie z zapowiedzią premiera, od 6 maja nastąpi otwarcie żłobków i przedszkoli. – Decyzję o tym otwarciu podejmą organy założycielskie, a otwarcie będzie obowiązywało zgodnie z wymaganiami sanitarnymi. Zapewnimy środki dezynfekcyjne w dodatkowych ilościach – poinformował szef rządu.”. Warto zapamiętać fragment, w którym stoi, że „decyzje o tym otwarciu podejmą organy założycielskie”, bo przyda się on nam niebawem.


Co zrozumiałe, po wypowiedzi Morawieckiego, eufemizując, gówno wpadło w wentylator, bo wszyscy „główni zainteresowani” chcieli się czegoś dowiedzieć. Od razu zastrzegam, że będę się tutaj powoływał na informacje, których (z przyczyn, które się staną zrozumiałe za moment), nie da się oźródłować. Rodzice zaczęli wydzwaniać do przedszkoli i żłobków, żeby się czegokolwiek dowiedzieć. Bardzo szybko stało się jasne, że w ludzie pracujący w przedszkolach wiedzą tyle, ile rodzice, bo o wszystkim dowiedzieli się z konferencji prasowej. Jeżeli ktoś sobie w tym momencie pomyślał, że pracownicy przedszkoli nic nie wiedzieli, bo nie usiłowali się dowiedzieć, to ten ktoś były w błędzie. Praktycznie zaraz po wystąpieniu Morawieckiego, pracownicy przedszkoli/żłobków zaczęli wydzwaniać do sanepidów. W trakcie tych rozmów dowiedzieli się jedynie tego, że sanepidy nic nie wiedzą i nie mają absolutnie żadnych wytycznych, którymi mogłyby się podzielić. Wierzcie mi, ja bym chciał sobie w tym momencie raźnie konfabulować, albo publicystyczyć, jak jakiś Ziemkiewicz, ale prawda jest niestety taka, że sanepidy również dowiedziały się o wszystkim z konferencji Morawieckiego. Skoro zaś już jestem przy sanepidach, to pozwolę sobie na króciutki rant w ramach dygresji. Czasem zerkam sobie na komentarze pod artykułami traktującymi o koronawirusie (robię to rzadko, bo od momentu, w którym partyjne drony uznały, że każdy artykuł jest dobry do spamowania, komentarze przypominają coś rodem z prozy Lovecrafta) i okazuje się, że generalnie rzecz ujmując, wszystkiemu winne są sanepidy, tak więc chwdp tymże. Jeżeli chodzi o moją opinię na ten temat, to ja nieśmiało przypominam, że sanepidy (tak jak cała budżetówka [z wyłączeniem stanowisk kierowniczych w SSP]) są niedofinansowane i mają za mało kadr (o tym, że zarabia się tam chujowo, wspominać chyba nie trzeba?). A teraz sobie warto zadać pytanie: co się stanie, gdy niedofinansowaną organizację (z brakami kadrowymi) wrzucimy w sam środek pandemii i dlaczego stanie się to, że będzie przejebane, bo nie ma najmniejszych szans na to, żeby organizacja była wydolna? Winę za to, co się teraz dzieje w sanepidach, ponoszą praktycznie wszystkie kolejne władze odnowionej, demokratycznej Rzeczpospolitej Polskiej, które uznawały, że w sumie to po chuj dawać pieniądze na ten sanepid? A może by tak przyoszczędzić i polikwidować laboratoria? I tak dalej i tak dalej. Aż w pewnym momencie pojawia się pandemia i nagle się okazuje, że olewana do tej pory organizacja, która powinna nadzorować walkę z pandemią – ni chuja nie jest w stanie wyrobić. Zrozumiałym jest więc, że w takiej sytuacji obywatele powinni hejtować sanepid, a nie ludzi, którzy doprowadzili do tego, że sanepidy nie miały szans na to, żeby to wszystko ogarnąć. Nawiasem mówiąc, casus sanepidów to idealny przykład na to, do czego prowadzą oszczędności na bezpieczeństwie. No bo wiadomo, że w czasie, w którym sanepidy traciły laboratoria, nikt nawet nie przypuszczał, że w 2020 jebnie w nas pandemia i się nagle okaże, że te laboratoria by się przydały (bo im więcej laboratoriów, tym więcej testów można wykonać). Tylko, że wiecie co? Chuj mnie to obchodzi, że wtedy nikt o tym nie wiedział. Trzeba było finansować te laboratoria, nawet gdyby wykonywały one pół testu miesięcznie. Trzeba było to robić, właśnie dlatego, że kiedyś może się okazać, że będą one bardzo potrzebne. No, ale to tylko dygresja była, wracajmy do wątku głównego.


O skali tego, jak bardzo nikt niczego nie wiedział (i jak bardzo decyzja o otwarciu żłobków/przedszkoli była „z dupy”) może zaświadczyć to, że wytyczne odnośnie tego „jak to ma wyglądać” pojawiły się na stronach Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (oraz GISowskich) 30 kwietnia. O tym, że wytyczne, które wyprodukował GIS przypominają coś, co mógłby wyprodukować uczeń, który zapomniał o tym, że ma do przygotowania pracę zaliczeniową i przepisał ją od kilku kolegów jednocześnie (nie przejmując się tym, że praca miała być z matematyki, a on przepisuje od kolegów geografię i historię), wspominać chyba nie trzeba. Rzecz jasna, na pewno nie jest to efekt tego, że przed ogłoszeniem przez Morawieckiego „otwarcia” przedszkoli, nikt nie miał pojęcia o tym, że rząd planuje je otworzyć (być może, z Morawieckim włącznie, bo nie można wykluczyć tego, że wytyczne dostał na kilka chwil przed konferencją). Jeżeli ktoś chce się pośmiać (acz uprzedzam, że mamy tu do czynienia z wisielczym humorem), to polecam lekturę całości dokumentu z wytycznymi, ja tutaj pozwolę sobie zacytować jedynie moją ulubioną: „W sali, w której przebywa grupa należy usunąć przedmioty i sprzęty, których nie można skutecznie uprać lub dezynfekować (np. pluszowe zabawki). Jeżeli do zajęć wykorzystywane są przybory sportowe (piłki, skakanki, obręcze itp.), należy je dokładnie czyścić lub dezynfekować”. Na Onecie pojawił się tekst o tym, co na temat wytycznych sądzą dyrektorzy żłobków/przedszkoli, w którym to tekście odnoszono się do wyżej wymienionej wytycznej: „Z przedszkoli i żłobków mają zniknąć rzeczy, których nie da się zdezynfekować, np. pluszowe misie. Dotyczy to też wykładziny dywanowej. Jak zerwać ją w dwa dni, kiedy pod spodem jest betonowa wylewka?". Pojawiły się również dywagacje odnośnie tego, czy „puzzle, kredki, albo kartka papieru są takimi zabawkami”, których nie da się zdezynfekować. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że to nie są jakieś, kurwa, akademickie rozważania. Autorzy wytycznych zadbali bowiem o to, żeby były one wieloznaczne i żeby ich interpretacja sprawiała problemy. Czemu, moim zdaniem, ktoś zadał sobie trud skonstruowania takich wytycznych? Przyczyny są, w mojej opinii, dwie. Po pierwsze, gdyby wytyczne były klarowne, gdyby zostały skonstruowane na tyle jednoznacznie, żeby nie było możliwości „złego zinterpretowania przepisów”, to twórca wytycznych musiałby wziąć za nie odpowiedzialność. Konkretnie zaś musiałby wziąć odpowiedzialność za potencjalne zakażenia w przedszkolach/żłobkach (przy założeniu, że wszystkie wytyczne zostały ogarnięte przesz te placówki). Ponieważ zaś wytyczne skonstruowano tak, a nie inaczej, jeżeli okaże się, że uruchomienie żłobków/przedszkoli przełoży się na wzrost zachorowań, to Zjednoczona Prawica będzie mogła za to zjebać samorządy (no bo „nie dostosowały się do wytycznych” [do których dostosować się nie mogły ze względu na ich niejednoznaczność]). Po drugie, im bardziej niejednoznaczne wytyczne, tym większe prawdopodobieństwo tego, że samorządy nie uruchomią przedszkoli/żłobków i będzie je można za to napierdalać paskami w TVP.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek złudzenia odnośnie tego, czy obecne władze potraktowały kwestię uruchamiania żłobków i przedszkoli „na poważnie”, to ja pozwolę sobie zacytować kawałek z wytycznych ze strony MRPiPS „dla instytucji opieki nad dziećmi do lat 3”: „Na ile jest to możliwe, wyjaśnij dzieciom, jakie zasady w instytucji obowiązują i dlaczego zostały wprowadzone. Przekazuj komunikat w formie pozytywnej, aby wytworzyć w słuchaczach poczucie bezpieczeństwa i odpowiedzialności za swoje zachowanie, a nie lęku.”. Przypominam, to były wytyczne dla żłobków. Autor wytycznych równie dobrze mógł tam napisać, że przy okazji można wytłumaczyć dzieciom, o co chodzi w rachunku całkowym, fizyce kwantowej i w „Revolverze” Guya Ritchiego. Warto również przypomnieć konferencję prasową, w trakcie której zapytano Szumowskiego: „Czy po otwarciu przedszkoli, dzieci będą musiały nosić w nich maseczki i co z zachowaniem dystansu w żłobkach i przedszkolach”? (pytanie zadała pracowniczka mediów rządowych). Szumowski odparł, że: „nie, nie będą musiały nosić maseczek, w żłobkach zachowanie dystansu, trudno odpowiedzieć na to pytanie” (widać było wyraźnie, że pytanie go rozbawiło). W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. Czasem się mnie niektórzy z was pytają, czemu się nie zakręciłem przy jakiejś redakcji, no bo zasięg byłby większy, a i dałoby się czasem zgrillować tego, czy owego polityka. Pozwolę sobie odpowiedzieć na to pytanie przy pomocy mojej ulubionej zabawy w eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie, że wyżej wymieniona konferencja odbyła się z udziałem dziennikarzy (tutaj pytania zadawał ktoś, kto czytał pytania przesłane przez dziennikarzy). Wyobraźcie sobie, że polazłem na taką konferencję i na żywo mogłem się przekonać, że ministra ewidentnie rozbawiło pytanie o zachowanie dystansu. A teraz spróbujcie sobie odpowiedzieć na pytanie: co by się stało, gdybym po takich heheszkach ministra zadał tzw. „follow-up question” w rodzaju: „Ciebie to na serio, kurwa, śmieszy, typie?”. Teraz zaś sobie wyobraźcie, co stałoby się z osobą, która zadała takie pytanie. Mam nadzieję, że ów eksperyment myślowy będzie zadowalającą odpowiedzią na wcześniej wymienione pytanie. Bo wiecie, ja rozumiem przepychanki słowne, ja rozumiem, że polityk, któremu zada się niewygodne pytanie, będzie się starał kluczyć. Przyznam, że czasem lubię sobie popatrzeć na takie „kluczenie”. Tyle, że w sytuacji, w której przedmiotem pytania jest czyjeś bezpieczeństwo, takie kluczenie mnie po prostu wkurwia. Owszem, pytanie było trochę podchwytliwe (choć, jak już wspomniałem, padło ono z własnego okopu), ale to nie znaczy, że można je było olać. Wiadomo, że małe dzieci będą miały wyjebane na dystans społeczny, a opieka nad nimi będzie wymagała od opiekunów wielokrotnego „naruszenia” tegoż dystansu. Tylko, że z tego wcale, kurwa, nie wynika, że to powinien być przedmiot do żartów. Bo to „trudno odpowiedzieć na to pytanie” brzmi jak: „wiem, że brak dystansu może zwiększyć ryzyko wystąpienia zakażeń koronawirusem, ale mam to w dupie, więc dajcie następne pytanie”. Nie można w tym wątku pominąć tego, że w wytycznych dla żłobków autorzy umieścili przepiękny dupochron. We fragmencie „najważniejsze wytyczne dla organów prowadzących instytucje opieki nad najmłodszymi dziećmi” możemy przeczytać o tym, że bardzo istotne jest: „przekazanie rodzicom informacji o czynnikach ryzyka COVID-19 zarówno u dziecka, jego rodziców lub opiekunów, jak i innych domowników oraz o odpowiedzialności za podjętą decyzję związaną z wysłaniem dziecka na zajęcia, jak i dowożeniem dziecka do instytucji.”  Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować klasyka: urocze.


Ponieważ lubię się przypierdalać konstruktywnie, tedy napiszę, co powinny zrobić odpowiedzialne władze, gdyby pomysł otwieraniu przedszkoli/żłobków był pomysłem „na serio”. Primo, byłoby to widać po lekturze wytycznych. Inne wytyczne dostałyby województwa, w których jest dużo zachorowań (ostrzejszy reżim sanitarny), a inne dostałyby te, w których zachorowań jest mniej (łagodniejszy reżim sanitarny). Co zrozumiałe, województwa, w których reżim sanitarny miałby być łagodniejszy, zostałyby poinformowane o tym, że muszą się (na wszelki wypadek) przygotować do wprowadzenia ostrzejszego reżimu, gdyby liczba zachorowań wzrosła. Secundo, różne województwa dostałyby różne rekomendacje. To nie wyglądałoby tak, że „no, to se teraz, kurwa, możecie otwierać te przedszkola! POWODZENIA!”. Wprowadzono by stopniowe otwieranie przedszkoli w zależności od liczby zachorowań.  Jeżeli dysponuje się szczegółowymi i dokładnymi danymi o liczbie zachorowań można na ich podstawie stworzyć sobie mapę, na której zaznaczone by były „bezpieczne” regiony oraz te, które są strefami „no-go”. No chyba, że się wie o tym, że testów się robi za mało i że dane na temat liczby zachorowań są (eufemizując) chuja warte, tak więc opieranie na nich czegokolwiek (poza decyzją o przeprowadzeniu wyborów, rzecz jasna) jest cokolwiek bezsensowne. Tertio, decyzja o otwarciu przedszkoli powinna zapaść na długo przed wyznaczonym terminem otwarcia tychże. Przykładowo w Holandii podjęto decyzję o tym, że 11 maja otwarte zostaną (między innymi) przedszkola i żłobki. Gdyby Holandią rządziła partia, która uczyni Holandię znowu wielką, to decyzję tę ogłoszono by pewnie dzisiaj. Ponieważ zaś Holandii już nie ma, ogłoszono ją 21 kwietnia. Tego samego dnia ogłoszono, że jeżeli chodzi o wytyczne, to będą one dopracowywane w przeciągu nadchodzących tygodni, bo różne szkoły mogą wymagać różnych środków zaradczych (w oryginale było po prostu measures, ale kontekst jest raczej jednoznaczny). Innymi słowy, dopracowano by te wytyczne w oparciu o to, jakie uwagi zgłosiłyby żłobki/przedszkola. Zamiast tego, mamy jakieś planowanie, które jest oderwane od realiów znacznie bardziej, niż partia rządząca, która upiera się przy majowym terminie wyborów. Nie wspominając już o tym, że osoby odpowiedzialne za stworzenie tychże wytycznych, najprawdopodobniej nie mają pojęcia o tym, jak zachowują się dzieci i dlaczego część wytycznych jest po prostu idiotyczna. Quatro, minister powiedziałby wprost, że nawet jeżeli przedszkola/żłobki wypełnią wszystkie wytyczne i będą w 100% przestrzegać reżimu sanitarnego, to przybytki te nie będą w 100% bezpieczne. Zamiast takiej deklaracji, mieliśmy do czynienia z wcześniej cytowanym dupochronem oraz z wypowiedzią Szumowskiego, który powiedział rodzicom: „Jeżeli nie musicie posyłać dzieci do przedszkoli i żłobków, to rekomenduję by zostać w domu”. Gdyby Szumowski był poważnym ministrem, to zaraz po tym, powiedziałby dlaczego rekomenduje zostawienie dzieci w domu. Ponieważ zaś Szumowski jest ministrem zmęczonym, rodzice sami muszą się domyślać, o co chodziło. Quinto, gdyby rządzili nami ludzie, którzy nie muszą się ze wszystkim, kurwa, wyrywać tylko po to, żeby pracownicy mediów rządowych mogli potem nawalać paskami „Polska przodowniczką Europy w walce z koronawirusem”, „Ministrowie wykonali 130% normy!”, to zrobiono by rzecz następującą. Ogłoszono by, że rząd zastanawia się nad tym, czy przedszkola i żłobki otworzyć. Powiedziano by również, że z decyzją o tym „czy i kiedy” rząd wstrzymuje się do momentu, w którym będzie widać, czy w Holandii, otworzenie żłobków i przedszkoli nie przełożyło się na wzrost zachorowań. Jeżeli się nie przełoży, to polscy ministrowie poproszą swoich holenderskich odpowiedników o przesłanie wytycznych (opisu reżimów sanitarnych/etc.) i będą je wprowadzać w Polsce. No ale, jak się ma rząd, który żywi się głównie tłumaczeniem suwerenowi, że Zachód ma popsute zęby i śmierdzą mu stopy, to przeca „godnośc człowieka” takiego rządu nie pozwoli na to, żeby czegokolwiek się dowiadywać od takiego Zachodu, bo taki Zachód trzeba wyprzedzać. Przeszło mi przez myśl, że być może rząd obserwuje to, co dzieje się w Danii (tam część żłobków i przedszkoli otwarto 15 kwietnia [pozostałe dostały więcej czasu na dostosowanie się do reżimu sanitarnego]), ale gdyby tak było, to 24 kwietnia Piontkowski nie opowiadałby o tym, że wyżej wymienione instytucje opiekuńczo-wychowawcze będą zamknięte jeszcze przez najbliższy miesiąc.


Nieco wcześniej wspomniałem, że w całej tej akcji, moim zdaniem, chodziło między innymi o przyjebanie się do samorządów. O ile zaraz po odpaleniu protokołu „uruchamiamy żłobki i przedszkola” nie było to takie oczywiste, to już po kilku wypowiedziach ludzi ze Zjednoczonej Prawicy intencje tejże formacji zrobiły się cokolwiek oczywiste. Reakcja samorządów, które nagle dowiedziały się o tym, że za kilka dni mają uruchomić żłobki/przedszkola, a w ciągu tych kilku dni mają zrealizować pierdylion zaleceń, z których część wymagałaby, na ten przykład, dobudowania paru pomieszczeń do budynku przedszkoli (na wypadek, gdyby trafił się ktoś z podejrzeniem koronawirusa i trzeba by go było odseparować od innych), remontu (rwanie wykładzin/etc.) oraz przeszkolenia kadry w kwestii tego „jak w przedszkola i żłobki w trakcie pandemii”, była raczej łatwa do przewidzenia. Tak więc, raczej nikogo nie zdziwiło to, że część samorządów zakomunikowała partii rządzącej, że chyba ją pojebało (rzecz jasna, użyto innych słów). Zarzut najczęściej formułowany przez samorządy odnosił się do tego, że rząd dał im za mało czasu na ogarnięcie tego, co rząd na nich zrzucił. Prezydent Częstochowy zwrócił się do Ministerstwa Zdrowia w sprawie testów dla pracowników oświaty, którzy mieliby pracować z dziećmi w otwartych żłobkach/przedszkolach. To kolejna rzecz, o której Wyprzedzająca Wszystkich Swoim Geniuszem partia rządząca nie pomyślała. Teraz, zanim przejdę dalej, zaproponuję wam kolejny eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie, że Zjednoczona Prawica odniosła sukces w trakcie wyborów samorządowych 2018 i że „wzięła” miasta. Tzn., że prezydentem Wawy został Chłopak z Biedniejszej Rodziny, że w Krakowie rządzi Małgorzata Wasserman i tak dalej. A teraz, odpowiedzcie sobie na pytania: czy ci ludzie „zablokowali” by decyzję o otwarciu przedszkoli 6 maja, czy też otworzyliby je (mając wyjebane na to, że nie udało się ogarnąć do tego czasu reżimu sanitarnego)? Warto w tym miejscu przypomnieć, jak to hejtowano Warszawę za Czajkę i tłumaczono, że to koronny argument za tym, żeby jednak te samorządy były trochę mniej samorządne, bo „sobie nie radzą” i że władze centralne to jednak są najlepsze. Teraz zaś mamy do czynienia z sytuacją, w której władze centralne przestały ogarniać do tego stopnia, że ich decyzje stanowią (literalnie) zagrożenie dla zdrowia i życia obywateli. Co zrozumiałe, ówcześni krytycy samorządów, które sobie „nie radzą”, nie proponują zaorania władz centralnych i nadal napierdalają w samorządy. Ponieważ sporo samorządów się postawiło, nawet prezydent Stalowej Woli (który bez mrugnięcia okiem podrzucił Poczcie Polskiej dane mieszkańców, mimo że podstawa prawna była cokolwiek, ekhm, wątpliwa) wolał się zapytać (na FB) mieszkańców o to, czy otwierać przedszkola/żłobki (do momentu, w którym napisałem ten kawałek tekstu, decyzja o tym, czy Stalowa Wola otwiera żłobki/przedszkola nie zapadła). Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby Zjednoczona Prawica wzięła odpowiednią liczbę miast, to pewnie wszyscy ich włodarze dostaliby wytyczne z Nowogrodzkiej, w których by stało, że mają podjąć samodzielną decyzję o otwarciu żłobków/przedszkoli i nikt by się nie postawił. Najprawdopodobniej postawiliby się jedynie włodarze, którzy nie mieliby związków z partią rządzącą, ale nietrudno byłoby ich przedstawić jako grupkę wichrzycieli.


No dobrze, samorządy się znarowiły, bo nie mają ochoty na narażanie życia obywateli. Dla każdego, kto nie jest skończonym dzbanem, byłby to wyraźny sygnał (ale też i okazja) do tego, żeby się jednak cofnąć. Można było przecież powiedzieć, że w związku z informacjami spływającymi z samorządów podjęto decyzję o przesunięciu terminu otwarcia przedszkoli/żłobków. Wiadomo, że sytuacja jest napięta i że każdy się może pomylić/etc. No chyba, że chodziło o to, żeby móc się przypierdalać do samorządów, prawda? Na reakcje Zjednoczonej Prawicy nie trzeba było długo czekać. Najbardziej spektakularne były wpisy i wypowiedzi szefa MEN, Dariusza Piontkowskiego: „Prezydenci dużych miast związani z Platformą Obywatelską, bez konsultacji z RODZICAMI mówią, że się „nie da”. My jesteśmy gotowi pomóc samorządom w otwieraniu przedszkoli.” Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że jeżeli ktoś w tym układzie zrobił coś bez konsultacji z RODZICAMI (nie mogłem się powstrzymać) to chyba jednak rząd, ale ponieważ złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że gdyby w tym wszystkim chodziło o obywatela (to taka inna nazwa suwerena), to nikt nie walnąłby taką decyzją z kilkudniowym wyprzedzeniem, nie uprzedzając o niej nawet służb sanitarnych (które potem są jebane w komentarzach za to, że niczego nie ogarniają). Nie wspominając już o tym, że może warto by było wyjaśnić, czemu najpierw tłumaczono, że nie ma szans na to, żeby otworzyć przedszkola i żłobki przed 24 maja, a po kilku dniach okazało się, że jednak jest już na tyle zajebiście, że można je otworzyć 18 dni wcześniej. Jeżeli komuś wydaje się, że poziomu bezczelności w tym wpisie Piontkowskiego nie da się przeskoczyć, to taki ktoś się myli, bo Piontkowski bardzo szybko udowodnił, że się da. Na jednej z konferencji prasowych szef MEN był łaskaw zrzygać się na samorządy twierdząc, że no oni co prawda doprecyzowali te swoje wytyczne (of korz, nawet po „doprecyzowaniu” te wytyczne były niejednoznaczne), ale: „wydawało nam się, że samorządy dlatego są samorządne, że potrafią na podstawie ogólnych zapisów wywieść także i procedury szczegółowe”. Jeżeli mam być szczery, to za ten konkretny przejaw bezczelności samorządy powinny być wdzięczne Piontkowskiemu, bo tutaj już czarno na białym stoi, że Zjednoczona Prawica miała wyjebane na procedury i chciała to wszystko zrzucić na samorządy. Niemniej jednak, warto się na moment pochylić nad tą wypowiedzią. Taki, na ten przykład Trzaskowski, ma możliwości i dostęp do specjalistów (epidemiologów/etc.), którzy pomogą mu ten burdel ogarnąć. W zupełnie innym położeniu są włodarze niewielkich miast, którzy mogą liczyć tylko i wyłącznie na pomoc lokalnych sanepidów (które to sanepidy mają cała kupę problemów). Najbardziej absurdalne jest to, że sanepidy, dopytywane przez samorządowców i tak musiałyby się zwrócić do GIS/ministerstw odnośnych z prośbą o doprecyzowanie tego „co autor wytycznych miał na myśli”. Ujmując rzecz innymi słowy, Piontkowski przypierdalał się do samorządów, nie mając najmniejszych podstaw do przypierdalania się (nie, przekaz dnia, który się dostało w mailu/smsie się nie liczy). Równie bezczelną wypowiedzią była wzmianka o tym, że: „prezydenci dużych miast mówią, że się ""nie da", tylko dlatego, że decyzję wydał rząd”. Pozwolę sobie w tym miejscu na parafrazę: „prezydenci dużych miast mówią, że się nie da tylko dlatego, że decyzja rządu jest idiotyczna i nieprzemyślana” (teraz wygląda to znacznie lepiej).


Piontkowski próbował również zastosować metodę „na zapłakaną kuzynkę”: „Prezydent Białegostoku o godz. 9-10 rano w czwartek powiedział, że na pewno nie otworzy przedszkoli do 24 maja. Nie zapytał ani jednego nauczyciela czy rodzica, czy są zainteresowani tą opieką. Tuż po tym, jak prezydent miasta to zapowiedział, otrzymałem SMS-a od nauczycielki: "Załamałam się. Już cieszyłam się, że 6 maja wracamy do pracy" – stwierdził.”. Potem Piontkowski strzelił sobie spektakularnie w stopę, cytując też wiadomość od „jednego z burmistrzów”, „który napisał do niego: "Otwieram przedszkola od 6 maja. Myślę, że około 20 proc. rodziców wyśle dzieci. Dobra decyzja".” Aż dziw bierze, że Piontkowski nie zapytał (nieistniejącego burmistrza) o to, „czemu tylko 20%?” i nie dodał „Polacy, to jednak niewdzięczny naród”.  Rzecz jasna, po tym, jak wydano rozkaz „do boju”, flekowaniem samorządów zajęły się również drony w rodzaju Błażeja Pobożego, który na swoim ćwitrze napisał: „Pan Trzaskowski znowu biadoli. Nie potrafił wysłać straży miejskiej na patrole w celu kontroli zgromadzeń, nie potrafił wprowadzić ograniczenia w liczbie pasażerów komunikacji miejskiej, dziś narzeka że nie uruchomi żłobków i przedszkoli. Kwintesencja platformianego „niedasizmu”.”  Tego rodzaju wartościowych „opinii” prawy sektor wyprodukował całe mnóstwo. Wygłaszające te opinie drony mają całkowicie wyjebane na to, że mamy do czynienia z pandemią i otwieranie przedszkoli (ogłaszane z kilkudniowym wyprzedzeniem), może nie być najtrafniejszą decyzją. Wielokrotnie zdarzały się (w trakcie rządów Zjednoczonej Prawicy) momenty, w których bez pudła dałoby się ustalić to, czy konkretny influencer jest faktycznie zwykłym internautą, który sympatyzuje z partią rządzącą, czy też jest dronem, który będzie propsował każdą decyzję partii rządzącej, bo przecież Zjednoczona Prawica jest nieomylna. Gdyby drony nie były dronami, to na ich kontach stałoby coś w rodzaju „no elo, mordy, ja was generalnie popieram, ale teraz to was chyba nieco pojebało”. Nie uwierzę bowiem w to, że ktoś niebędący kretynem z własnej woli popierałby decyzję, która naraża zdrowie i życie wielu osób.


Tak swoją drogą, dopiero po tym, jak się rozpisałem, dotarło do mnie to, jak bardzo nieprzemyślaną (pod kątem bezpieczeństwa Polaków) decyzję podjęła Zjednoczona Prawica. Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby po decyzji o otwarciu żłobków/przedszkoli rodzice wszystkich dzieci uczęszczających do przedszkoli/żłobków uznali, że to doskonały pomysł i postanowili, że ich dzieci wrócą do wyżej wymienionych przybytków 6 maja (czy też w momencie, w którym samorządy je otworzą). Jak wyglądałoby „odstawianie” dzieci do przedszkoli/żłobków i jak bardzo mało wspólnego miałoby to z zachowaniem bezpiecznego dystansu? O tym, że spora część żłobków/przedszkoli miałaby zajebisty problem z powierzchnią, bo jeżeli, na ten przykład, grupa przedszkolna liczyła 25 dzieci, to zgodnie z wytycznymi (12-osobowe grupy, zaś w wyjątkowych przypadkach 14-osobowe) przedszkole potrzebowałoby dwóch sal, zamiast jednej. Co powinna zrobić placówka wychowawczo-opiekuńcza, której nie wystarczyłoby sal? Nie wiadomo, bo władza o tym nie pomyślała (członkowie Zjednoczonej Prawicy zapewne uznali, że budynki przedszkoli/żłobków to takie Torby Przechowywania). Choć z drugiej strony, może to i dobrze, że władza nie zaczęła nad tym dumać, bo jeszcze by wydumała, że przedszkola i żłobki powinny pracować w systemie „czterobrygadowym” (rzecz jasna, żeby ułatwić rodzicom powrót do pracy). Jak już wspomniałem na samym początku tekstu, mimo tego, że jestem na bieżąco z dokonaniami Zjednoczonej Prawicy, to jednak decyzja o otwarciu żłobków/przedszkoli ogłoszona z kilkudniowym wyprzedzeniem (przez co wszyscy mieli aż trzy dni robocze, żeby się przygotować), mnie zaskoczyła. Spodziewałem się tego, że „odmrażanie gospodarki” w wykonaniu Zjednoczonej Prawicy będzie straszliwym fuckupem, niemniej jednak, nie spodziewałem się tego, że partia rządząca będzie miała aż tak bardzo no to wyjebane. Wydaje mi się, że odpowiednią dla tego tekstu pointą będzie parafraza jednego z haseł, Zjednoczonej Prawicy: wara od naszych dzieci, bando bezmyślnych kretynów.


Źródła:



https://gpcodziennie.pl/129890-hipokryzjaprezesaznp.html

A tutaj ciekawostka. W GPC jest oryginalny cytat z Piontkowskiego. W każdym innym medium ów cytat przypisano Szumowskiemu. Bądź tu człowieku mądry i pisz notki.


https://gis.gov.pl/wp-content/uploads/2018/04/Wytyczne-dla-przedszkoli-oddzia%C5%82%C3%B3w-przedszkolnych-w-szkole-podstawowej-i-innych-form-wychowania-przedszkolnego-oraz-instytucji-opieki-nad-dzie%C4%87mi-w-wieku-do-lat-3.pdf

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/koronawirus-otwarte-zlobki-i-przedszkola-boja-sie-dyrektorzy-nauczyciele-i-rodzice/tqzmdr3


O sanepidzie:


https://zielonagora.wyborcza.pl/zielonagora/1,35182,15056719,Wojewoda_oszczedza__Zamyka_stacje_sanepidu.html

http://www.sejm.gov.pl/sejm7.nsf/InterpelacjaTresc.xsp?key=074C50E3

https://wyborcza.pl/1,75398,13496877,Sanepidy_traca_laboratoria.html



https://czestochowa.wyborcza.pl/czestochowa/7,48725,25915087,prezydent-czestochowy-pisze-do-ministra-zdrowia-o-testy-dla.html


https://twitter.com/D_Piontkowski/status/1255876304869756929

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-04-30/nie-ma-obowiazku-posylania-dzieci-do-przedszkoli-i-zlobkow-uscisla-szumowski/

https://twitter.com/pobozy/status/1255592821140193280



Trzydziestolecie międzytransformacyjne
28.04.2020
Od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem (czyt.: miałem pomysł na notkę, ale nie mogłem się zmobilizować) napisania notki na temat tego, jak to wszystko u nas w Polsce wygląda x lat po transformacji. Mój brak mobilizacji brał się stąd, że temat ten (niestety) jest tematem, który jest zawsze aktualny ze względu na to, jak dobrze się ta transformacja udała. A potem przyszła pandemia i jak sobie tak o tym myślę na spokojnie (na tyle, na ile się da spokojnie myśleć) to mi wychodzi, że czeka nas kolejna transformacja gospodarcza. Of korz, nie tylko nas, bo jak to powiedziało kiedyś pewno Bardzo Stare Drzewo: „Świat się zmienia. Czuję to w wodzie. Czuję to w ziemi. Czuję to w powietrzu”. Nie ma bowiem najmniejszych szans na to, żeby było tak, jak było. Z jednej strony to dobrze, bo bywało mocno chujowo i teraz będzie szansa na to, żeby to jakoś lepiej poskładać. Jednakowoż z drugiej strony, nie ma żadnych gwarancji, że efekt nadchodzącej transformacji nie będzie bardziej chujowy (chujowszy?). Tak gwoli ścisłości, to nie jest tak, że ja wam tutaj tłumaczę, że w naszym pięknym kraju nad Wisłą (ponoć jeszcze płynie) zmieni się ustrój polityczny (bo tego nam na szczęście partia rządząca nie jest w stanie sprzedać, bo wynik wyborów był taki, że Zjednoczona Prawica nie uzyskała większości orbanizacyjnej). Ja jedynie delikatnie sygnalizuję, że w gospodarce się nam raczej pozmienia sporo. Po części ze względu na nadciągającą recesję, czy też jak to tam mądre ludzie nazywają, a po części ze względu na główną przyczynę, dla której recesja nadciągnie (starring: koronawirus). Wydaje mi się, że większość Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że „nie będzie tak jak było”. Niemniej jednak skala tego, jak bardzo nie będzie tak, jak było, zaczyna do nas dopiero docierać. Ponieważ komentariat od dłuższego czasu opowiada o tym, że teraz to te milenialsy (i inne) dostaną po dupie i zobaczą jak to jest, jak nie ma rynku pracownika, w niniejszej notce pojawi się dość obszerny opis tego, jak to ten „rynek pracownika” wyglądał w Polsce postransformacyjnej. Jestem się gotów założyć o to, że ponieważ od czasu transformacji minęło już tyle czasu, to co napiszę, na pewno nikogo nie zdenerwuje i nie wywoła kontrowersji. Równie mało kontrowersji wywoła mój komentarz odnośnie systemu, który to miał sam siebie regulować (przy użyciu niewidzialnej kończyny) i który to system, no cóż, działa tak rewelacyjnie, że trzeba „otwierać” gospodarki (liczba mnoga, bo odnosi się to praktycznie do każdego kraju), bo inaczej się wszystko w cholerę zawali. Warto nadmienić, że w tej notce będzie więcej gawędy i mało źródeł, bo też i nie bardzo sobie wyobrażam oźródłowania transformacji, komentariuszy zaś, którzy wypisują idiotyzmy pt. „hehehe, dostaniecie po dupach”, nie będę linkował, bo się brzydzę.


Od czego by tu zacząć? Może od tego „co się pozmienia?”. Gdybym chciał iść na łatwiznę, to bym napisał, że „prawie wszystko”, względnie walnął jakimś sucharem w rodzaju: „hehehe, łatwiej byłoby wskazać to, co się nie pozmienia!”. Ponieważ jednak nie lubię chodzić na łatwiznę, a wy tu przychodzicie po ściany tekstu, toteż trzeba się będzie trochę rozpisać. Ze względu na to, że jestem z Podkarpacia i nie znam się na tych wszystkich mądrych słowach (jakieś wskaźniki, jakieś zmienne i takie tam), będę musiał użyć prostego przykładu, bo w przeciwnym wypadku sam nie zrozumiem tego, co napisałem. Idealnym dla podkarpacianina przykładem, na którym można by było oprzeć dywagacje, będą siłownie/fitness cluby. Pogrzebałem trochę w internecie i mi wyszło, że w 2018 roku w Polsce było 2,5 tysiąca fitnessclubów, w których to klubach pociło się prawie 3 miliony Polaków. Nawet jeżeli były to dane ze stycznia (tak, ten suchar był konieczny), to mamy do czynienia ze sporą liczbą. W związku z powyższym, mogę bezpiecznie założyć, że raczej niemała część osób, które czytają moje wypociny (ten suchar był równie niezbędny co poprzedni), również korzystała z usług wyżej wymienionych przybytków. Nie bez przyczyny napisałem „korzystała”, albowiem wraz z lockdownem, przestała korzystać. W tym miejscu muszę się podzielić anecdatą. 11 marca sobie poszedłem byłem na siłownię. Ponieważ sytuacja związana z koronawirusem się zagęszczała, zapytałem ludków pracujących tamże, czy mają już jakieś sygnały, że będą ich zamykać (bo lockdown), alboco. Ludkowie mi powiedzieli, że nic im o tym nie wiadomo. Wcześniej zaś zrobili tyle ile mogli: sieknęli nowy regulamin, w którym reżim sanitarny podkręcili. Dosłownie dzień później wjechał lockdown. Anecdatę tę wam zaprezentowałem, żeby po raz pierdylionowy pokazać, jak bardzo Państwo Polskie odzyskało RiGCz i jak bardzo nikogo o niczym nie informowało. Gdyby nasze niemiłościwie panujące władze traktowały nas poważnie, to zamiast Pinkasa opowiadającego pierdoły o wsadzaniu sobie lodu do majtek, ktoś powiedziałby, że „no póki co, to nie bardzo wiemy, co będzie, ale jeżeli będzie źle to być może potrzebny będzie lockdown”. No, ale to dygresja tylko anecdatyczna.


Zapewne sporo osób zadaje sobie teraz pytanie: no dobra, to co dalej z tą moją siłownią albo inszym fitness clubem? W planie odmrażania gospodarki/otwierania kraju co prawda stało, że jak się już Polska doczołga do IV etapu odmrażania, to fitnesscluby zostaną otwarte. Tylko, że po pierwsze, nie wiadomo kiedy ten IV etap nadejdzie, a po drugie, jeżeli mam być szczery, nie za bardzo sobie jestem w stanie to wyobrazić. Może inaczej, zachowanie „podkręconego” reżimu sanitarnego na siłowni jest, moim zdaniem, cokolwiek nierealne. Badanie temperatury przed wejściem, jest nieskuteczne ze względu na to, że zarażają również bezobjawowi. Maska ochronna? W trakcie intensywnego treningu pewnie trzeba by było ją kilka razy wyżymać (nie wspominając już o tym, że trzeba by ją było ściągać pierdylion razy, żeby się napić). Poza tym, na siłowniach jest kupa miejsc, na których patogen sobie może dość długo siedzieć. Na to nie ma praktycznie żadnej rady, poza dezynfekcją całego wyposażenia (łącznie z gryfami, obciążeniem /etc.). Siłownia siłownią, a co z grupowymi zajęciami? Rozdawać ludziom stroje ochronne? Im dłużej sobie dumałem nad tym „no ok, ciekawe kiedy będzie można iść i bezpiecznie robić ten #TricepsDlaMarksa”, tym bardziej do mnie docierało, że raczej nieprędko. Prawda jest bowiem taka, że jedna „bezobjawowa” osoba na siłowni mogłaby zarazić w cholerę innych. No dobrze, ale co to ma wszystko wspólnego z tym, że się u nas „pozmienia”. Choćby to, że nie wiadomo ile fitnessclubów „dociągnie” do momentu, w którym będą mogły się znów otworzyć. Znamienne jest to, że nikt nie ma zielonego pojęcia o tym, kiedy nadejdzie ów moment, w którym wyżej wymienione przybytki będą mogły normalnie funkcjonować. Mój podkarpacki rozum (i godnośc człowieka) podpowiada mi tyle, że całkowicie bezpiecznie (nie wliczając dzbanów, którzy przychodzą na siłownię mając grypę, bo się wcześniej nażarli różnych medykamentów, mających działanie objawowe i pomyśleli, że już są zdrowi) będzie w tych klubach wtedy, gdy nam Big Pharma ogarnie szczepionkę. Owszem, może się okazać, że władze ściągną lockdown z siłowni na długo przed ogarnięciem szczepionki przez Big Pharmę, ale nie wiadomo, czy ludzie nie będą się bali z nich korzystać. W tym miejscu trzeba powtórzyć pytanie: ile siłowni doczołga się do tego momentu? Obstawiam, że jakieś pomniejsze albo te, które są częścią MOSiRów.


Jeżeli ktoś jest wielkim fanem wolnego rynku (nad wolnym rynkiem będę się pastwił nieco później), może sam siebie uspokajać, że „no może i te siłownie padną, ale przecież potem pojawią się następne, prawda?”. Jak to powiedział bohater filmu, który to film jest znany każdemu szanującemu się koneserowi chujni („Smoleńsk”): „to nie jest proste, a nawet wręcz przeciwnie”. Do tej pory, jak komuś się udało rozbujać siłownię (miał sprzęt dobrej jakości, stałą klientelę, odpowiednią liczbę karnetów, trenerów personalnych/etc.), to sobie mógł sobie działać i działać. Koronawirus to zmienił. Teraz każdy, kto sobie umyśli otworzenie fitnessclubu, będzie musiał w trakcie układania biznesplanu dopisać do tegoż ryzyko wystąpienia pandemii, a co za tym idzie wprowadzenia lockdownu. Teraz zaś sobie należy zadać jedno, zajebiście ważne pytanie: w ilu jeszcze branżach trzeba będzie sobie wkalkulować pandemię do biznesplanu? Jeżeli doliczyliście do „o, kurwa, w aż tak wielu?”, to wydaje mi się, że nasze szacunki są raczej zbliżone. Pytaniem, które należy sobie teraz zadać, nie jest pytanie o to, czy będzie to miało wpływ na gospodarkę, ale pytanie o to, „jak duży” będzie to wpływ. Śmiem twierdzić, że będzie on raczej spory. Wygląda to raczej nieciekawie, prawda? To teraz sobie do tego jeszcze dodajmy taki drobny (niczym sfera Dysona) szczegół, jak to, że niebawem przejedzie się po nas recesja, a nasze władze robią wszystko, żebyśmy zostali przejechani bardziej, nawalając coraz bardziej antypracowniczymi rozwiązaniami. W tarczy 3.0 (już nawet nie chce mi się żartować z tego, ile jeszcze tarcz wyprodukuje nasza władza, nie chce mi się również żartować z tego, że jeszcze trochę i cała gospodarka wyląduje na tych tarczach), stoi bowiem, że pracownika będzie można wyjebać z roboty: „wystarczającą przyczyną zwolnienia będzie to, że pracownik posiada inne, dodatkowe źródło utrzymania (np. emeryturę, rentę, drugi etat lub prowadzi działalność gospodarczą)”. Aha, no i będzie można pracownika zwolnić przy pomocy emaila (aczkolwiek media nie doprecyzowały, czy każdego, czy tylko tego, który ma inne źródło utrzymania/etc.). Jestem w stanie zrozumieć powód, dla którego ktoś wpadł na to, żeby takie rozwiązania wrzucać do prawodawstwa. Pomysłodawcom chodzi o to, żeby ocalić jak najwięcej firm/etc. Takie firmy sobie ocaleją i już „po wszystkim” będą zatrudniać ludzi z powrotem. O tym, że zwalniani będą w międzyczasie wpierdalać gruz (o ile go nie zabraknie), ustawodawca nie pomyślał. W teorii zamysł ochrony firm poprzez mielenie pracowników jest dobry, tylko że w praktyce wygeneruje inny problem, który jest związany z wcześniej zasygnalizowanym jedzeniem gruzu przez zwalnianych ludzi. Otóż, być może w mojej podkarpackiej ograniczoności ja to wszystko źle rozumiem, ale wydaje mi się, że „samopoczucie” gospodarki krajowej jest nierozerwalnie związane z zasobnością portfeli obywateli tegoż kraju. Powtarzam, być może jestem tylko podkarpackim nieogarem, ale odnoszę wrażenie, że im mniej szekli będą mieli Polacy, tym mniej będą mogli ich wydawać. Im mniej będą wydawali, tym mniejsze będzie zapotrzebowanie na usługi/etc. świadczone przez firmy, które polskie władze starają się (nieudolnie) chronić kosztem pracowników. Im mniejsze będzie zapotrzebowanie na usługi/etc., tym mniejszy obrót (czy jak to tam mądre ludzie nazywają) będą miały firmy. Gdybym był członkiem rządu Zjednoczonej Prawicy, to w tym momencie napisałbym, że im mniejszy obrót będą miały firmy, tym chętniej będą zatrudniały z powrotem pracowników, których zwolniły w trakcie lockdownu/etc. Ponieważ zaś jestem tylko prostym blogerem, napiszę jedynie tyle, że: no chyba, kurwa, nie bardzo ten plan.


Na tym jednakowoż geniusz obecnych władz się nie kończy. Otóż 21 kwietnia obecny Premier RP popełnił przepięknego uroborosa argumentacyjnego. W trakcie konferencji prasowej (czy tam innego Q&A) pytano go (między innymi) o to: „jaka może być skala cięć i zwolnień w administracji publicznej na skutek kryzysu wywołanego epidemią koronawirusa”. Odpowiedzi trudno nazwać uspokajającymi: „W administracji publicznej przede wszystkim staramy się  również o to, żeby zaszczepić gen oszczędności. To nie jest dzisiaj czas na nagrody, na premie, na bonusy na podwyżki (…) W samej budżetówce chcemy jak najwięcej miejsc pracy ocalić, bo dziś chcemy zadbać o każde miejsce pracy (...) Jednak my również w administracji musimy zacisnąć trochę pasa, bo dzięki temu ocalimy miliony miejsc pracy gdzieś indziej; wszystkiego naraz nie da się zapewnić”. Gdyby ktoś chciał tę mowę-trawę uprościć brzmiałoby to tak: co prawda ludzie stracą pracę, ale dzięki temu ludzie nie stracą pracy. Ile są warte zapowiedzi o „ocalaniu milionów miejsc pracy” można się było przekonać w trakcie lektury kolejnej edycji tzw. „tarczy antykryzysowej” (coś mi mówi, że gdyby „tarcza antykryzysowa” była budynkiem, to projektowałby ją Bezdennie Głupi Johnson), w której procedura wywalania ludzi z roboty została bardzo uproszczona. Na uwagę zasługują również słowa Premiera: „będę za chwilę o tym również rozmawiał z prezydentami polskich miast - apeluję o to, żeby tam zachowywać się bardzo oszczędnie ponieważ my tych pieniędzy dziś potrzebujemy na ratowanie miejsc pracy”. Gdybym nie interesował się polityką uznałbym, że słowa Premiera RP brzmią sensownie.. Skoro bowiem wszyscy oszczędzają, to budżetówka i samorządy też powinny. Tylko, że tak się składa, że patrzam na politykę od dłuższego czasu i tak jakoś wiem do czego (praktycznie zawsze) sprowadzają się tego rodzaju odezwy do „oszczędzania”, bądź też „odchudzania administracji”. Proponuję wam w tym momencie krótki eksperyment myślowy. Kto szybciej straci pracę: Znajomy Królika/partyjny nominat, który dostał kierownicze stanowisko (mimo, że nic a nic nie ogarnia) i zarabia (łącznie z nagrodami) jakieś 18 koła miesięcznie? Czy też może pracę straci kilku pracowników merytorycznych, którzy (łącznie z nagrodami) zarabiają mniej od wyżej wymienionego Znajomego Królika? Tego rodzaju sytuacje to, niestety, norma. Jeżeli ktoś ma gdziekolwiek na czymśkolwiek oszczędzać, to w pierwszej kolejności zacznie wypierdalać z roboty pracowników merytorycznych. Ktoś w tym miejscu może zapytać: no dobrze, ale przecież jak się tych ludzi wywali, to coś trzeba zrobić z ich obowiązkami. Owszem, „coś trzeba zrobić” i tym „czymś” jest przerzucenie tychże obowiązków na innych pracowników. Potem zaś, co za brak szoku, okazuje się, że pracownicy, którzy zarabiają gówniane pieniądze wykonując obowiązki, którymi dałoby się obdarować kilka osób, pracują po kilkanaście godzin i popełniają błędy. To zaś przekłada się na, ekhm, nieco gorsze funkcjonowanie urzędów, jednostek administracji publicznej/etc. A co się robi, jak tego rodzaju przybytki funkcjonują gorzej, niż by się tego suweren spodziewał? Zgadliście! Zaczyna się opowiadać o tym, że trzeba zacząć oszczędzać na tychże przybytkach, bo chujowo działają, a ludzie w nich pracujący zarabiają zbyt dużo. Jest to genialna wprost strategia, która do tej pory sprawdzała się wyśmienicie. Co prawa Genialny Bankster (zwany również Premierem RP) nie opowiadał o tym, że administracja publiczna „źle działa”, ale doskonale sobie zdawał sprawę z tego, że społeczeństwo, któremu od lat kładzie się do głowy, że pracownik budżetówki to jebany nierób, nie będzie tejże budżetówki bronić (choć powinno to robić, w swoim najlepiej pojętym interesie). To, że władze nie szczują na pracowników ochrony zdrowia, spowodowane jest tylko i wyłącznie tym, że obecny kryzys ma, że tak to ujmę, wymiar medyczny. Gdyby nie to, zapewne dowiedzielibyśmy się, że w sumie to lekarze, pielęgniarki/etc. to lenie, które to lenie już nie raz protestowały i wcale im nie zależy na dobru pacjentów. Podsumowując, kolejny (genialny) pomysł obecnych władz skończy się tym, że jakaś część pracowników budżetówki (i urzędów miejskich/etc.) zostanie wyjebana z roboty, co przełoży się na jeszcze większą kartonowość  państwa.


UWAGA!

Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Skoro już sobie popisałem o tym, że będzie chujowo, to warto chyba pochylić się nad tym, „jak było do tej pory?”. Komentariat twierdzi, że było zajebiście i że (tak jak to napisałem na początku) milenialsy to dopiero teraz dostano po dupie, bo się im skończy rynek pracownika! Tak między nami, obecny kryzys pandemiczny był idealną wręcz szansą dla pewnej części komentariatu, z której to szansy komentariat nie skorzystał. Chodziło, rzecz jasna, o szansę na to, żeby zamknąć mordę i przestać pierdolić głupoty. Tak się bowiem składa, że ów „rynek pracownika” jest odpowiedzialny za to, co teraz się dzieje. Rynek pracownika działał bowiem tak, że spora część personelu medycznego pracuje w kilku miejscach jednocześnie. Nie, ci ludzie nie pracują w kilku miejscach (przeważnie na „samozatrudnieniu”, bo wtedy kodeks pracy ma wyjebane na to, że ktoś pracuje np. dwie doby z rzędu w różnych szpitalach, albo DPSach) dlatego, że są chytrzy, ale dlatego, że gdyby pracowali w jednym miejscu, to najprawdopodobniej nie starczyłoby im do pierwszego (w tym miejscu powinien być obowiązkowy żart o Gowinie, ale ostatnio Gowina jest tak dużo wszędzie, że się powstrzymałem). Powiedzmy sobie wprost – wypychanie ludzi na „kontrakty” i zmuszanie ich (w wymiarze ekonomicznym) do pracowania w kilku miejscach, połączone z chujowym przygotowaniem polskiej ochrony zdrowia do epidemii, przełożyło się na sporą część zachorowań, których dałoby się uniknąć. Innymi słowy, wychwalany przez część komentariatu „rynek pracownika” okazał się być cokolwiek zabójczy. Wydaje mi się, że wiem, skąd się wzięło przeświadczenie komentariatu o tym, że sytuację w naszym kraju można uznać za „rynek pracownika”. Najprawdopodobniej, jako skali porównawczej używali oni tego, co działo się w trakcie transformacji w latach 90-tych (spokojnie, do tego też dojdziemy) i w trakcie dwóch kolejnych kryzysów. Jeden z tych kryzysów był kryzysem dość „cichym”. Wziął się on stąd, że mniej więcej pod koniec lat 90-tych na rynek pracy wchodził wyż demograficzny. Nikt nie zadbał o to, żeby ów wyż mógł znaleźć jakieś sensowne zatrudnienie. Z czego z kolei wynikło tyle, że pracodawca mógł dowolnie przeczołgiwać pracownika, bo jeżeli ten by się postawił, to pracodawca miał „pięćdziesięciu Polaków na jego miejsce”. Być może wspominałem o tym w którejś z poprzednich notek, ale powtórzę tę anecdatę. Dawno temu pracowałem sobie jako „fizyk” w branży wykończeniowej. Tak się złożyło, że pracowałem w Radomiu. Działo się to w czasach, w których sytuacja z robotą wyglądała tak, że pozwolę sobie na anecdatę w anecdacie. Siedziałem sobie kiedyś byłem na radomskim dworcu kolejowym i czekałem na transport. Rozmawiałem sobie wtedy z typem w moim wieku, który był żołnierzem zawodowym. Tak sobie gadamy, a typ się mnie pyta, jak to w ogóle się stało, że zjechałem do Radomia. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że „do roboty”. Moja odpowiedź wywołała salwę śmiechu i komentarz „no nie pierdol, do Radomia do roboty przyjechałeś?”. Jakem wtedy przyjechał, to robiliśmy remont w pewnym przybytku, który z racji wysokoprocentowego asortymentu musiał mieć ochronę. Bardzo szybko się zgadaliśmy z pracownikami firmy ochroniarskiej, którzy pracowali w owym przybytku. Równie szybko dowiedzieliśmy się, jakie kokosy zarabiali ci pracownicy. Była to oszałamiająca kwota 2 złote 30 groszy na godzinę, nie mam pojęcia, czy była to kwota brutto, bo po prostu bałem się o to zapytać. Co zrozumiałe, ochroniarze robili zmiany po kilkanaście godzin, żeby w ogóle cokolwiek zarobić. W teorii, mogliby spróbować się upomnieć o podwyżkę, ale w praktyce, nikt się na to nie odważył, bo co prawda 2 zety i 30 groszy na godzinę, to gówniane pieniądze, ale lepsze były takie, niż żadne. Jak się poznało te realia, to jakoś tak się człowiekowi w kieszeni otwierała katiusza, kiedy słyszało się ówczesny komentariat opowiadający o tym, że „no są nieroby takie, co to mówią, że im się nie opłaca pracować”. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że komentariat ów nigdy nie musiał zapierdalać za takie nędzne grosze, żeby nie zdechnąć z głodu.


Moim „ulubionym” (wydaje mi się, że nawet bardziej ulubionym, od krzywo wyrastającej ósemki) argumentem, który to argument można spokojnie określić mianem „wysrywu”, był w owym czasie argument, z którego wynikało, że „no w sumie, jak ci ludzie nie chcą pracować za grosze, to przeca mogą zmienić pracę”. Argument ów, niestety nadal trzyma się mocno (i można bezpiecznie założyć, że w trakcie nadchodzącego kryzysu ekonomicznego będzie przeżywał prawdziwy renesans). Ludzie wypowiadający te idiotyzmy całkowicie wypierają to, że bardzo często bywało tak, że ktoś pracujący za grosze, pracował za te grosze bo nie miał innego wyjścia. Umykało im również to, że nawet jeżeli ktoś „zmieni pracę i weźmie kredyt”, to kto inny zajmie miejsce tego ktosia. Innymi słowy – stanowisko z głodową płacą nie zniknie (choć powinno wraz z dzbanem, który je stworzył). Jeżeli wyżej opisaną sytuację uznamy za „normę”, to faktycznie nietrudno by było dojść do wniosku, że sytuacja, w której pracownik nie jest dymany na każdym kroku, to ni mniej ni więcej „rynek pracownika”. Kryzys „wyżowy” rozwiązał się w ten sposób, że weszliśmy do UE i o wiele łatwiej było wyjechać za granicę do roboty. Tak więc, ludzie wyjeżdżali, a władze cieszyły się z tego, że słupki bezrobocia spadają. Potem zaś przyszedł do nas kryzys finansowy wywołany przez USA i sytuacja się znowu zagęściła. Zagęściła się tak bardzo, że pozwolę sobie na kolejną anecdatę. Gdzieś tak w roku 2012 (mogę się pomylić o rok) znajoma szukała pracy w Krakowie i dzwoniono do niej (wielokrotnie) z gównoofertami w rodzaju „praca na kasie za 2 złote 80 groszy na godzinę (w porywach do 3)”. Znajoma z ofert nie skorzystała, ale chyba jasne jest to, że jeżeli jakaś pijawka (to i tak eufemizm) dzwoni z taką ofertą, to znaczy, że istnieje spora szansa na to, że da się kogoś upolować w ten sposób. I znowuż, jeżeli uznamy, że takie sytuacje są „normalne”, to faktycznie przez kilka ostatnich lat mieliśmy w Polsce „rynek pracownika”.


No dobrze, ale jak to się w ogóle stało, że przez sporą część trwania „odnowionej, demokratycznej Rzeczpospolitej Polskiej” pracownicy mieli w naszym kraju aż tak bardzo przejebane? Stało się tak dlatego, że transformację w latach 90-tych przeprowadzono w taki, a nie inny sposób. W pogoni za ustabilizowaniem niektórych „wskaźników makroekonomicznych” (aż się spociłem z wysiłku w trakcie pisania zawartości cudzysłowu) totalnie olano pracowników. Ktoś może powiedzieć, no zaraz, ale czy to przypadkiem nie ci robotnicy ryzykowali zdrowiem i życiem w trakcie strajków? Czy przypadkiem nie było tak, że gdyby nie oni, to znacznie dłużej by było tak, jak było? A i owszem. Co robotnicy zyskali w zamian? To, że w trakcie projektowania nowego ładu polityczno-ekonomicznego w odnowionej, demokratycznej Rzeczpospolitej Polskiej nikt się nie liczył z nimi. Nie wiem, czy ludzie, którzy projektowali nową Polskę korzystali z excela (był on dostępny na rynku od 1987 roku, tak więc nie da się tego wykluczyć), ale jeżeli z niego korzystali, to robotnicy zostali przerzuceni do kolumny, którą ktoś zatytułował „expendables” względnie „chuj nas to obchodzi”. W tym momencie ktoś dociekliwy mógłby zapytać, ale przecież wtedy „Solidarność” działała! Jak to się stało, że pozwolono na wydymanie robotników? Pozwolę sobie zacytować dwa fragmenty z książki Davida Osta, o wiele mówiącym tytule „Klęska Solidarności”. „Byłem obecny na tym zjeździe (II Krajowy Zjazd w kwietniu 1990), tak jak i na pierwszym, we wrześniu 1981 roku, i zdumiało mnie, że związek zawodowy o wiele więcej czasu poświęca na dyskusje o aborcji (wyrażając bardzo ostry sprzeciw) niż na określenie stanowiska wobec reformy rynkowej (opowiedział się za nią, z umiarkowanymi zastrzeżeniami). Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że to znak nadchodzących czasów.” Kilka lat później było jeszcze lepiej: „1996 roku związek zawodowy „Solidarność" ogłosił, że zamierza sformować koalicję „prawicowych" partii i ruchów, żeby w nadchodzących wyborach w roku następnym zdobyć większość w parlamencie. Przewodniczący „Solidarności" Marian Krzaklewski zaczął objeżdżać kraj, zwracając się w swych wystąpieniach nie tylko do prawicowych grup, które zamierzał zorganizować, ale do całego społeczeństwa. Zajmował się głównie takimi sprawami, jak walka o utrzymanie delegalizacji aborcji oraz wprowadzenie do preambuły konstytucji (która właśnie powstawała) sformułowania jednoznacznie oddającego cześć Bogu i religii katolickiej.” Tak, „Solidarność”, która powinna się zajmować ochroną robotników, zajmowała się szeroko-pojętym czym innym. Ost wspominał również, że wszystkich tych, którzy chcieli skupić się na tym, czym powinna się zajmować „Solidarność” wycinano, żeby nie bruździli.


Niestety to, co zrobiono robotnikom, nie ograniczyło się do ich olania. Gdyby bowiem tak się stało, to takie „olanie” mogłoby wytworzyć spore ciśnienie. Zaczęło się więc budowanie narracji, w myśl której w odnowionej, demokratycznej Rzeczpospolitej Polskiej, każdy ma równe szanse i jeżeli ktoś z tych szans nie umie skorzystać, to chuj mu na grób, bo sam jest sobie winien, albowiem każden jeden jest kowalem własnego losu i takie tam. Nie chcę tu wchodzić w zbędne psychologizowanie, ale tego rodzaju narracja trafiła na podatny grunt. Nie było bowiem tak, że w efekcie transformacji wszyscy mieli przejebane. Części społeczeństwa dzięki zmianom udało się osiągnąć względną stabilizację ekonomiczną. Raczej ciężko by się żyło ze świadomością, że udało się coś osiągnąć dzięki temu, że władze (za przeproszeniem) wychujały sporą liczbę robotników. Na szczęście, nie trzeba było żyć z tą świadomością ze względu na narracje o kowalach własnego losu. Warto pamiętać o tym, co działo się w trakcie transformacji, bo właśnie „dzięki temu” rządzi nami taka, a nie inna partia. Dawno temu często zdarzało mi się wpaść w srogą zadumę, gdy sobie patrzyłem na to, jak nośne potrafią być narracje, z których wynikało, że elity III RP rozkradły Polskę, wyprzedały co się dało i generalnie robiły całe mnóstwo chujowych rzeczy. Jeżeli ktoś chciałby w tym momencie powiedzieć, że te narracje wcale nie są tak nośne, to ja sobie pozwolę na tego rodzaju wątpliwości odpowiedzieć w sposób następujący: Patryk Jaki (i zachęcić do zapoznania się z tym, jakich słów-kluczy najczęściej używa Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny). Otóż, moim skromnym zdaniem, te narracje są nośne z bardzo prostej przyczyny. Ludziom o wiele łatwiej jest uwierzyć w to, że ich chujowa sytuacja ekonomiczna wzięła się stąd, że po prostu ktoś ich „okradł” niż w to, że ów ktoś po prostu miał na nich wyjebane i nie przejmował się nimi nawet na tyle, żeby ich z czegoś okraść. O wiele łatwiej pogodzić się z tym, że polskie przedsiębiorstwa zostały „wyprzedane za bezcen” dlatego, że „elity tego chciały” niż w to, że stało się tak dlatego, że owe elity miały to w dupie. Nikt nie pomyślał, że potrzebne są jakiekolwiek „strategie ochronne”, bo nikogo to nie obchodziło. Łatwiej było uwierzyć w to, że polskie zakłady padały jeden po drugim dlatego, że „elity III RP chciały zrobić miejsce dla firm swoich mocodawców z zagranicy” niż w to, że owe elity uznały za pewnik, że „część przedsiębiorstw padnie” i nie zrobiły nic, żeby choćby spróbować ochronić część z tych zakładów pracy. 


Łatwość, z którą (ówczesne) nowe elity polityczne olały ludzi, dzięki którym stały się elitami, można przyrównać jedynie do łatwości, z którą obrońcy tamtych decyzji tłumaczą to, co się stało „koniecznością dziejową”. Pora na kolejny eksperyment myślowy. Od razu zaznaczam, że ów eksperyment nie ma na celu wpędzenia kogokolwiek w poczucie winy, po prostu chodzi o zwykłe „wczucie się w sytuację”. Kontekstem eksperymentu niech będą wszystkie historie, z których wynika, że ktoś miał w życiu pod górkę, ale dzięki swojej ciężkiej pracy (nie, nie ty, Patryku Jaki) jakoś dał radę zrobić karierę. Jeżeli jesteś takową osobą, to wyobraź sobie, że pracowałeś równie ciężko, jak pracowałeś i nic z tego nie masz. Zamiast dobrze płatnej pracy, masz jakieś dorywcze zajęcia, ale przeważnie jednak siedzisz na bezrobociu, bo nie ma zapotrzebowania na ludzi z Twoimi kwalifikacjami. Odbijasz się od ściany, ilekroć idziesz na jakąkolwiek rozmowę kwalifikacyjną (o ile w ogóle ktoś raczy zareagować na Twoje CV). Jednocześnie w mediach gadające głowy tłumaczą Ci non stop, że sam jesteś odpowiedzialny za wszystko, co Cię spotkało. W internecie możesz przeczytać wysrywy quasiintelektualistów, którzy tłumaczą, że to nawet nie tak, że jesteś leniwy, ale jesteś po prostu głupi, zbyt głupi, żeby zrozumieć, że sam jesteś sobie winien. Jeszcze inne mądre głowy tłumaczą, że nie jesteś w stanie docenić wolności, którą dała Ci transformacja. I tak sobie czasem myślisz nad tym, czy masz te, kurwa, wolność zacząć jeść, czy też płacić nią rachunki. Potem zaś nadchodzi moment, w którym gadające głowy zaczynają do Ciebie apelować, bo jeżeli w wyborach wygra partia X, to z demokracją będzie chujowo. I teraz sobie odpowiedz na pytanie: jak bardzo masz to w dupie?


O tym, jak bardzo urawniłowka o byciu „kowalem własnego losu” i „nierobach” wżarła się nam wszystkim w głowy, niech zaświadczy to, że partia, która od dłuższego czasu pozycjonuje się w roli antyestablishmentowej (nie przeszkadza jej w tym nawet to, że od 2015 sama jest establishmentem), używa dokładnie tej samej retoryki. Ilekroć którakolwiek grupa społeczna (tylko proszę mnie tu nie wjeżdżać z definicjami socjologicznymi) zaczyna protestować, tylekroć szczuje się na nią ludzi, którym się tłumaczy, że protestują lenie i nieroby, opłaceni prowokatorzy, albo bananowa młodzież, której się w dupach poprzewracało (vide, szczucie na rezydentów). Teraz zaś okazuje się, że obecne elity polityczne robią to samo, co zrobiły „początkujące” elity w latach 90-tych. Tzn. ze względu na „konieczność dziejową” zaczęły dymać pracowników, tłumacząc wszystkim, że „inaczej się nie da”. Głosami krytycznymi (względem antypracowniczych pomysłów) nikt się nie przejmuje. Szczucie na narzekających zwalnianych jeszcze się (chyba, bo coś mi mogło umknąć) nie zaczęło, ale to pewnie kwestia czasu.


Warto się na moment pochylić nad kwestią taką, jak „konieczność dziejowa”. Jeszcze kilka miesięcy temu część komentariatu tłumaczyła, że państwo nie miało żadnego obowiązku w pomaganiu upadającym (w latach 90-tych) zakładom pracy, bo były one nierentowne, nie mogły sobie poradzić w nowej rzeczywistości, dobrze się stało, że zostały one zastąpione przez nowe-lepsze firmy etc. Minęło kilka miesięcy i jakoś tak wyszło, że zwolenników „konieczności” dziejowej jest tak jakby, nieco mniej. A przecież mają doskonałą okazję do tego, żeby głosić swoje poglądy, w myśl których państwo nie powinno się w ogóle pochylać nad upadającymi zakładami pracy i firmami, bo przecież wolny rynek (o nim też za moment) wszystko wyreguluje. Firmy padną? Trudno, na ich miejsce przyjdą inne firmy, a równowaga w galaktyce zostanie przywrócona. Jestem się w stanie założyć o wiele, że ta niechęć do „konieczności dziejowej” jest mocno wybiórcza. Może inaczej, jestem w stanie założyć się o wiele, że ci sami ludzie, którzy dzisiaj popierają państwowy interwencjonizm, krytykowaliby ten sam interwencjonizm, gdyby ktoś ich zapytał, czy był on również wskazany w latach 90-tych. Zaraz po tym, jak zaczął się lockdown i jasnym stało się to, że albo państwo coś zrobi, albo gospodarka jebnie, komentariat zaczął tłumaczyć, że „coś trzeba zrobić”. Wypowiedzi te były bezlitośnie trollowane przy użyciu wcześniejszych wypowiedzi tegoż samego komentariatu. Najmniejszym zaskoczeniem było to, że komentariat nie ogarnął, że wypowiedzi, którymi jest trollowany („nie wolno pomagać firmom, bo to komunizm, niech przedsiębiorcy ciężej pracują, zamiast wyciągać rękę po pieniądze publiczne/etc.”) to jego własne wypowiedzi i nagle się okazało, że pisanie takich rzeczy świadczy o niedojrzałości/głupocie/etc. autorów.

Niestety, nie możemy na tym zakończyć tematu „konieczności dziejowej”, bo, jak to dużo wcześniej sygnalizowałem, część komentariatu zaczyna wystosowywać odezwy, z których wynika, że chuj tam z koronawirusem, trzeba wracać do pracy, bo inaczej gospodarka nam jebnie. Na argumenty w rodzaju „ekhm, wiecie, wszystko fajnie, ale jeżeli się za bardzo rozpędzimy, to będziemy tu mieli Włochy na sterydach", odpowiadają, że no może i ludzie będą umierać, ale jeżeli padnie gospodarka, to też będą umierać, więc o czym tu w ogóle mowa: zapierdalać do roboty. Jednym z największych absurdów kolejnych Rzeczypospolitych (jakiś czas temu pogubiłem się w numeracji) jest to, że na ludzi, którzy produkują tego rodzaju kretynizmy (i wygłaszają je z mądrymi minami) zapotrzebowanie jest zawsze. Recesja, nie recesja, ci ludzie biedni nie będą. Zawsze będzie zapotrzebowanie na „mądre głowy”, albo na producentów gówno-sondaży, z których wynika to, czego życzy sobie zamawiający. Ja bym jeszcze był w stanie zrozumieć jakiegoś biednego człowieka, który boi się, że jak nie wróci do pracy, to niebawem nie będzie miał tej pracy (w tym miejscu ukłony należą się obecnym władzom, które mają totalnie w dupie takich ludzi). Dla dobrze sytuowanych komentariuszy, którzy opowiadają te brednie nie ma, kurwa, żadnego usprawiedliwienia. Ludzie ci powinni być objęci wiecznym „spierdalaj” z programów publicystycznych. Niestety, tak się pewnie nie stanie. Czy z tego, co tam napisałem wynika, że moim zdaniem państwo powinno zostać „zamrożone” aż do momentu, w którym koronawirus sobie pójdzie? Gdyby ogarnięcie szczepionki było kwestią paru tygodni, to odpowiedź byłaby twierdząc, ale ponieważ mowa tu o miesiącach, byłoby to nie do zrobienia. Niemniej jednak warto zwrócić uwagę na to, że praktycznie wszystkie państwa muszą nieco po omacku i w cholerę ostrożnie odmrażać gospodarki. Problem z odmrażaniem gospodarki i otwieraniem państwa polega na tym, że jeżeli coś pójdzie nie tak, to trzeba będzie się „cofnąć” o kilka kroków, bo ludzie zaczną umierać. Gdybym był złośliwy, to zacząłbym tutaj pisać o tym, jak to słyszałem kiedyś o takim ustroju politycznym, który sprawiał, że nie dało się zapewnić mieszkańcom kraju bezpieczeństwa, w którym ludzie musieli pracować nierzadko ryzykując życiem i który to ustrój działał ponoć tylko na papierze, bo w praktyce się nie sprawdził nigdzie. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że teraz się jakoś tak okazuje, że obecnie obowiązujące systemy też się dość kiepsko sprawdzają i to nie tylko w jednym miejscu, ale wszędzie.


Jak się odnalazł w nowych realiach pan Wolny Rynek? Doskonale wręcz. Dzięki temuż wolnemu rynkowi, można było do tej pory kupować rzeczy po najniższej możliwej cenie. W praktyce sprowadzało się to do tego, że zawsze dało się znaleźć państwo, którego władze mają swoich obywateli tak bardzo w dupie, że nie będą miały nic przeciwko temu, żeby obywatele ci zapierdalali za jakieś grosze. Dzięki temu, na ten przykład, można było kupować substancje czynne do leków w Indiach. A potem przyszedł pan koronawirus i okazało się, że nawet Indie nie mają tak wyjebane, żeby nie wprowadzić lockdownu: „Hindusi przestali produkować substancje czynne do leków. Najprawdopodobniej w czerwcu zabraknie w polskich aptekach wielu medykamentów”. Potem co prawda pojawiła się informacja, że część polskich producentów ma duże zapasy leków (w tekście stało też, że polscy wytwórcy leków nie chcą substancji czynnych od polskich producentów, bo z Chin jest taniej), ale w tym samym tekście można było przeczytać o tym, że: „Na zakończenie należy podkreślić, że w chwili obecnej nie występują systemowe problemy z dostępnością do leków na terenie Polski. Jednakże z uwagi, iż sytuacja jest bardzo dynamiczna a pandemia rozprzestrzenia się na całym świecie nie można wykluczyć iż w przedmiotowym zakresie mogą wystąpić czasowe niedobory leków. Z tych względów Minister Zdrowia przygotował wiele rozwiązań w spec ustawie mających na celu przeciwdziałanie lub złagodzenie skutków takiej sytuacji”. Biorąc pod rozwagę fakt, że nasze obecne władze nie robią niczego, czego zrobić nie muszą, nietrudno dojść do wniosku, że chyba jednak będziemy mieli problem. 


Jednakowoż nic (i to absolutnie, kurwa, nic) nie umywa się do tego, co usiłował zrobić jakiś czas temu Donald Trump. Nie, nie chodzi o to, że polecał ludziom picie wybielaczy. Gdzieś tak w połowie marca pojawiły się informacje, z których wynikało, że: „Donald Trump oferował CureVac miliard dolarów za udostępnienie USA formuły leku na wyłączność”. Jestem przekonany o tym, że gdyby mu się ta sztuczka udała, to USA pod jego wodzą na pewno podzieliłoby się szczepionką z każdym innym krajem i na pewno zrobiłoby to za darmo. Na pewno nie doszłoby to sytuacji, w której jakiś kraj dostaje szczepionkę za darmo, inny musi za nią płacić cholera-wie-ile, a jeszcze inny jej nie dostanie, bo Trump go nie lubi, więc ma spierdalać. No, ale przecież jest wolny rynek, więc taki kraj mógłby sobie kupić taką szczepionkę w innym sklepie ze szczepionkami. Ciekawym, czy kogokolwiek zaskoczyło to, co usiłował odjebać Trump. Z punktu widzenia wyznawców yes cannons slow market nie usiłował zrobić niczego złego, przecież każdy mógł złożyć taką samą propozycję, prawda? Do niektórych zapewne nigdy nie dotrze to, że wszędzie (w tym, na rynku, który nie może być „wolny”) musi działać bezpiecznik, uniemożliwiające zrobienie czegoś takiego, co usiłował zrobić Donald The Bleach Elemental. Nawiasem mówiąc, w powyższym kontekście padły słowa, których nasze obecne władze zapewne nie pojmą nigdy: ”Najważniejsza teraz w jest współpraca międzynarodowa, a nie interes narodowy” (Erwin Rüddel, komisja zdrowia Bundestagu). Nasze władze nadal nie ogarnęły skali tego, co się dzieje i powtarzają wszędzie idiotyzmy o tym, że „UE się nie sprawdziła”, a zaraz potem dodając, że radzą sobie „jedynie państwa narodowe”. Do tych ludzi nie dociera to, że żadne „pojedyncze państwo” nie jest sobie w stanie poradzić z kryzysem, który ma wymiar globalny. Rozumiem jednakże przyczyny, dla których władze paru krajów usiłują wcisnąć swoim obywatelom narracje, z których wynika, że winni temu, co się stało są „inni” i chętnie wskazują tych innych. Niemniej jednak, uważam, że kiedy już do władzy dojdzie Jeszcze Lepsza Zmiana, to odpowiednie służby powinny się bardzo uważnie przyjrzeć ludziom, którzy tak chętnie wygłaszali te putinowskie bzdury, celem ustalenia czy byli to tylko pożyteczni idioci, czy też chodziło o rozmyślne działanie.


Pod sam koniec notki warto się pochylić nad jeszcze jedną kwestia, którą jest ochrona zdrowia. Jeżeli od czegoś należałoby zacząć naprawę naszego kraju, żeby nie był on już tworem z kartonu, to tym czymś powinna być ochrona zdrowia. Żeby w pełni oddać zajebiście groźny absurd, który stał się udziałem pracowników ochrony zdrowia, pozwolę sobie użyć filmowej analogii. Być może część z was oglądała film „K 19 The Widowmaker”. Film traktował o radzieckim okręcie podwodnym o napędzie atomowym, który to okręt w pewnym momencie zaczął mieć problemy z reaktorem i trzeba było trochę ów reaktor nareperować. Okazało się, że na okręcie nie ma kombinezonów, które chroniłby przed radiacją, więc marynarze dostawali kombinezony przeciwchemiczne. Dokładnie to samo spotkało pracowników polskiej ochrony zdrowia, którzy zostali wrzuceni w „młyn” koronawirusowy bez niezbędnych środków ochrony indywidualnej. Jednocześnie w mediach rządowych odpalono narracje, w myśl których wszystko jest pod kontrolą, a w szpitalach i inszych przybytkach medycznych absolutnie niczego nie brakuje. Rzecz jasna, w tym samym czasie odpalono „damage control” i zabroniono personelowi medycznemu wypowiadania się w temacie tego, „jak jest”. Co prawda, kłóci się to trochę z narracjami „daliśmy radę”, bo przecież skoro jest tak zajebiście, to personel medyczny powinien mieć prawo do opowiadania o tym co się dzieje, bo byłyby to same dobre rzeczy, prawda? No, ale to tylko dygresja. Niestety, jestem praktycznie pewny tego, że obecne władze nie są w stanie ogarnąć tego, jak głębokich zmian wymaga państwo polskie. Co gorsza, nie ogarnia tego pewnie również część opozycji (szczególnie zaś ta pod wezwaniem „konieczności dziejowych”, które miały miejsce w latach 90-tych). Wymagałoby to wszystko bowiem (co za szok) zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia, a tego nie dałoby się zrobić bez podwyższenia składki zdrowotnej i bez wprowadzenia progresji podatkowej. Po obecnych władzach spodziewam się raczej kolejnych „wezwań” do oszczędności (dobrze, że nikt nie proponował personelowi medycznemu wymieniania się rękawiczkami jednorazowymi [jak tak sobie zażartowałem w ten sposób, to dotarło do mnie, że w obecnym układzie nie można wykluczyć tego rodzaju zaleceń i zrobiło mi się trochę nieswojo]). Lekko przerażające jest to, że spora część klasy politycznej najprawdopodobniej wychodzi z założenia, że wystarczy trochę poklaskać, a ochrona zdrowia się sama naprawi. Od dłuższego czasu tkwimy w błędnym kole, albowiem kolejne partie obiecują nam tanie państwo (w sensie, takie do którego nie trzeba się za bardzo dorzucać), które to państwo będzie jednocześnie państwem skutecznym. Kiedy okazuje się, że „taniość” przekłada się na nieskuteczność, karmi się nas idiotyzmami o tym, że to wszystko działa chujowo, bo ludzie się nie przykładają do pracy. Rozwiązaniem problemu mają być kolejne cięcia i oszczędności (bo skoro się budżetówka opierdala, to po co jej płacić sensownie?). Efektem tych rozwiązań jest to, że państwo działa coraz gorzej. Wtedy zaś pojawia się kolejny mędrzec, który tłumaczy, że rozwiązaniem będzie obniżka podatków/etc. Jeżeli ktoś chce mieć „tanie państwo”, to musi się liczyć z tym, że będzie ono skuteczne jedynie w dymaniu własnych obywateli i w zapewnianiu tych, których akurat nie dyma, że owa czynność jest „koniecznością dziejową”.


Sporo osób zadaje sobie w tym momencie pytanie: co dalej? Ja się w tym miejscu muszę przyznać do tego, że choć lubię się czasem powymądrzać, to nie odważyłbym się na prognozowanie czegokolwiek. Dzięki nieudolności naszych władz od pewnego czasu żyjemy w zawieszeniu. Obecne władze, zamiast zająć się czymś sensownym, z uporem godnym lepszej sprawy usiłują kolanem przepchnąć kopertowe wybory, przekonując nas do tego, że w obecnej chwili jest to priorytet, bo inaczej będzie chaos i w ogóle przejebane. Zupełnie umyka im ten drobny szczegół, że chaos i w „ogóle przejebane” jest już teraz, a będzie tylko gorzej. Nadchodzi recesja, pozmienia się nam gospodarka (z przyczyn, które opisałem na samym początku tekstu). Nie znam osoby, która nie martwiłaby się o swoje zatrudnienie, część z moich znajomych już straciła robotę, część ją straci na pewno, a część równie dobrze mogłaby rzucać monetą w intencji sprawdzenia, czy jeszcze nie zostali zwolnieni (w ramach ratowania milionów miejsc pracy, rzecz jasna). W przysłowiowym międzyczasie, nasze władze starają się zrobić wszystko, żeby nasze państwo działało jeszcze bardziej chujowo niż do tej pory. Nie wiem, jak was, ale mnie to nie napawa optymizmem.


Źródła:

https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/press-releases/articles/blisko-3-miliony-polakow-korzysta-z-klubow-fitness.html


https://praca.gazetaprawna.pl/artykuly/1472410,rzad-ulatwi-zwolnienia-pracownikow-tarcza-antykryzysowa.html





https://mgr.farm/aktualnosci/polscy-producenci-lekow-nie-chca-substancji-czynnych-od-rodzimych-wytworcow/

https://polskatimes.pl/szczepionka-na-koronawirusa-donald-trump-oferowal-curevac-miliard-dolarow-za-udostepnienie-usa-formuly-leku-na-wylacznosc/ar/c1-14862355





Państwo teoretyczne z pandemią w tle – odcinek 3 – lockdown
17.04.2020
Lockdown w naszym kraju trwa już od (pi razy oko) miesiąca. Nie wiadomo jeszcze do kiedy będzie trwał, bo zależy to w głównej mierze od tego, czy uda się ogarnąć epidemię. Władze przebąkują o potrzebie „rozmrażania gospodarki”, a ja mam przeczucie graniczące z pewnością, że temat ten pojawił się tylko i wyłącznie dlatego, że „zagranica” będzie gospodarkę uruchamiać, a my nie możemy być gorsi. Nie wierzę bowiem w to, że nasz rząd dysponuje jakim-kurwa-kolwiek planem, poza „zobaczymy, jak zagranica rozmraża gospodarkę i zrobimy coś podobnego, ale nie identycznego, żeby nikt nam nie mógł zarzucić tego, że robimy to samo, bo przecież nasze działania wyprzedzają działania innych krajów”. Zapewne będzie tak, jak w przypadku putinizacji sądownictwa – powybierane zostaną jakieś pojedyncze rozwiązania z różnych krajów i jak coś nie zadziała (albo zadziała chujowo), to wyjdzie jakiś Kaleta i powie, że „robimy tak, jak inni, to nie nasza wina, że to nie działa”. No ale, trudno oczekiwać od obecnych władz tego, żeby próbowały ogarnąć to, co dzieje się w kraju w sytuacji, w której są one za bardzo zajęte organizowaniem wyborów w trakcie pandemii. Kiedy sobie pisałem te słowa, w mediach się pojawiła rządowa wrzutka, że: „jutro (czyli 16-04-2020) przedstawimy szczegółowy plan dotyczący zarówno najbliższego tygodnia, jak i zarysujemy nasze propozycje dotyczące kolejnych faz zmiany w obostrzeniach na najbliższych kilka tygodni, mniej więcej do połowy maja”, ale jestem, kurwa, pewny, że ten szczegółowy plan będzie się pewnie potem zmieniał z dnia na dzień. Nie chciałbym być źle zrozumiany, ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że jeżeli chodzi o pandemię, to teraz wszyscy po omacku z tą gospodarką i jej odmrażaniem, ale biorąc pod rozwagę to, o ile więcej szekli inne kraje pompują w gospodarkę, można bezpiecznie (niestety, bezpiecznie nie dla nas) założyć, że ich „po omacku” może być znacznie lepiej przeprowadzone. 


Żeby nie było najmniejszych wątpliwości, popierałem i nadal popieram decyzję o lockdownie, bo nie było innej metody, która uchroniłaby nas przed powtórzeniem się scenariusza włoskiego. Tyle, że w momencie, w którym podjęło się decyzje o rozpoczęciu lockdownu, należało mieć choćby zarys planu pt. „co dalej”. Bo chyba dla każdego jasne było, że jak się ten lockdown zrobi, to będzie miał on konsekwencje poważne i trzeba będzie sobie z nimi jakoś poradzić. O tym, jak bardzo Zjednoczona Prawica nie miała żadnego planu, może zaświadczyć choćby to, że pierwsza Tarcza Antykryzysowa była tak doskonała, że potem potrzebna była Tarcza Antykryzysowa 2.0. Obie tarcze są zaś tak doskonałe, że nikt nie ma najmniejszych wątpliwości odnośnie tego, że czeka nas srogie jebnięcie. Jedyną niewiadomą jest tylko skala tegoż jebnięcia. Negatywne efekty lockdownu potęgowane są przez totalne nieogarnięcie partii rządzącej. Domyślam się, że zdaniem, które pada najczęściej w trakcie rozmów „ludzi władzy” jest coś w rodzaju „kurwa, co my teraz zrobimy?”.


No dobrze, ale może ja jestem niesprawiedliwy? Może rząd ma jakiś plan? Popatrzmy na to, co się działo (i dzieje) w przypadku szkolnictwa. Zamknięcie przedszkoli, szkół, uniwerków/etc. miało służyć wypłaszczeniu krzywej zachorowań (tl;dr ograniczenie przyrostu zachorowań tak, żeby nasza, zajebiście niedofinansowana, służba zdrowia dała sobie z tym radę). Decyzja o zamknięciu szkół zapadła 12 marca. Zapowiedziano jednocześnie, że szkoły/etc. pozostaną zamknięte co najmniej do 25 marca. 16 marca Łukasz Szumowski (z którego robi się bohatera tylko i wyłącznie dlatego, że (wybaczcie mój podkarpacki) ma wory pod oczami, powiedział: „Ze szczytem epidemii będziemy walczyć za dwa lub trzy tygodnie”. Co wynikało z tej wypowiedzi? To, że działania Ministerstw Zdrowia zaczęły nosić znamiona sensownych i ktoś tam wreszcie zaczął ogarniać jakieś modele statystyczne. Z wypowiedzi tej wynikało również to, że choćby chuj na chuju stawał, szkół się nie otworzy ani w przeciągu tych 2-3 tygodni, ani w przeciągu kilku następnych, bo to skończyłoby się zapewne kolejnym szczytem zachorowań. 20 marca Mateusz Morawiecki ogłosił, że w Polsce wprowadzony został stan epidemii, a szkoły/etc. pozostaną zamknięte co najmniej do Wielkanocy. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że polskie media sieją zajebisty zamęt, bo ta sama wypowiedź Szumowskiego była różnie referowana w różnych mediach. Z tej samej wypowiedzi Rzeczpospolita wywnioskowała, że: „Szczyt epidemii za 3-4 tygodnie” (mimo, że Szumowski mówił o 2-3 tygodniach). Co zrozumiałe, pytanie o to, kiedy w Polsce będziemy mieli szczyt zachorowań przewija się w mediach dość często i za każdym razem można było usłyszeć nieco inną odpowiedź. 8 kwietnia Szumowski, w trakcie jednej z wielu rozmów z mediami (to „wielu” to nie zarzut, to stwierdzenie faktu) oświadczył, że: „Przewidywania dotyczące rozwoju epidemii koronawirusa są oparte na modelach. Modele, które były aktualne tydzień temu, nie są aktualne dzisiaj. Obecne pokazują, że szczyt zachorowań będzie w ciągu najbliższych tygodni. Ale równie dobrze, jeśli będziemy mocno trzymali się reżimów sanitarnych, możemy ten szczyt przesunąć dalej”. Następnego dnia, Mateusz Morawiecki oznajmił, że szkoły będą zamknięte przynajmniej do 26 kwietnia. Wróćmy jednakże do wypowiedzi Szumowskiego, bo tam jest fragment, na który powinniśmy zwrócić uwagę: „jeśli będziemy mocno trzymali się reżimów sanitarnych, możemy ten szczyt przesunąć dalej”. Ja tam nie jestem wirusologiem, ale tak na mój podkarpacki rozum, z tego wynika, że rację mogą mieć ci rodzice, którzy już od jakiegoś czasu mówią o tym, że w sumie to liczą się z tym, że szkoły to raczej nie ruszą w tym roku szkolnym.


Zamknięcie szkół spowodowało, że główni zainteresowani tematem zaczęli pytać o to „co z egzaminami ósmoklasisty i maturami?”. 18 marca Piontkowski oznajmił, że: „Jeżeli przerwa w zajęciach w szkole skończyłaby się wraz ze Świętami Wielkanocnymi, to wówczas spokojnie te egzaminy mogłyby się jeszcze odbyć (...) Gdyby ta przerwa jednak się wydłużała, to oczywiście egzaminy nie mogłyby się odbyć, musielibyśmy je przenieść – wyjaśnił. Zaznaczył przy tym, że ma tu na myśli zarówno egzaminy ósmoklasisty, jak i majowe matury.”. 21 marca Minister Edukacji Narodowej powiedział był: „Na tę chwilę nie zostaną wprowadzone żadne zmiany w kalendarzu szkolnym. Egzaminy mogą się odbyć, jeżeli przerwa w zajęciach zakończyłaby się wraz ze świętami wielkanocnymi. Odpowiednie decyzje zostaną podjęte w przypadku braku zmiany sytuacji epidemicznej”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że egzamin ósmoklasisty miał odbyć się w dniach 21-23 kwietnia 2020. Przypominam, że szef MEN opowiadał o tym, że „egzaminy mogą się odbyć” kilka dni po tym, jak Szumowski powiedział, że jego zdaniem szczyt zachorowań się u nas objawi najprawdopodobniej w tygodniu przedświątecznym. Innymi słowy, szef MEN twierdził, że egzamin da się bezproblemowo przeprowadzić pi razy oko 2 tygodnie po tym, jak przyjebie w nas szczyt zachorowań. 26 marca MEN po raz kolejny wypowiedział się w temacie matur/egzaminów ósmoklasistów: „Obecne regulacje nie nakazują przesuwania terminów egzaminów. Oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że sytuacja jest bardzo dynamiczna. Przygotowujemy się na różne scenariusze. Dla nas kluczowe są wytyczne Ministerstwa Zdrowia i GIS, a także to, jak rozwijać się będzie sytuacja epidemiczna w kraju”. 9 kwietnia rząd się zlitował i: „Na konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że termin egzaminów ósmoklasisty i matur ulegnie zmianie. Wiadomo już, że egzaminy będą przesunięte, ale nie jest znana dokładna data. Premier powiedział jednak, że egzamin ósmoklasisty i matura odbędą się najwcześniej w czerwcu”


Kilka dni później, 15 kwietnia – Rzepa cytowała ekspertów (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nie chodzi o Ziębitów, ale o sensownych ludzi), którzy prognozowali, że szkoły zostaną otwarte nieprędko, a dla bezpieczeństwa najlepiej byłoby ich nie otwierać w tym roku szkolnym. 16 kwietnia w sprawie otwierania szkół wypowiedział się dla RMFu wicepermier pełniący obowiązki Jacka Sasina: „Pytany o otwarcie szkół minister Sasin odpowiedział zdecydowanie: Szkoły na razie nie. Przyznał, że ze względu na to, że społeczności szkolne mogą być bardzo liczne, rząd na razie nie chce ich otwierać.  Nie było to dyskutowane, będziemy nad tym myśleć w dalszej kolejności - szkoły to jednak bardzo duże skupiska ludzi.”. Wypowiedź Sasina należałoby osadzić w kontekście dwóch wypowiedzi Szumowskiego. 14 kwietnia (czyli dzień przed Sasinem) Szumowski powiedział: „Szumowski powiedział, że trwają analizy scenariuszy, według których miałyby być otwierane szkoły”. Nieśmiało przypominam, że dzień później Sasin opowiadał o tym, że nie dyskutowano nad tym, co ze szkołami. Drugą, równie, istotną wypowiedzią jest tak, która pojawiła się w „Fakcie”, któremu Szumowski udzielił wywiadu:  „Minister zdrowia, zapytany o to, czy obowiązek zakrywania ust i nosa może potrwać nawet rok, odpowiedział: "Być może tak". Jak dodał, "trudno powiedzieć, jak będzie wyglądał proces wynajdywania leków, przebiegał proces immunizacji społeczeństwa".


Gdybym miał podsumować jednym słowem politykę informacyjną rządu, odnoszącą się do szkolnictwa, to słowem tym byłby „chaos”. Nie jest to jednakże typowa dla Zjednoczonej Prawicy wielonarracja, ale efekt tego, że rząd nie ma żadnej spójnej strategii „jak w szkolnictwo w trakcie pandemii”. Czemu jej nie ma? Trudno mieć jakąś spójną strategię, jeżeli ma się na dany problem totalnie wyjebane. Przesadzam? Biorąc pod rozwagę to, że szef MEN indagowany w temacie tego co zrobić, jeżeli brakuje komputerów do pracy zdalnej, odparł, z właściwą swej kondycji intelektualnej wrażliwością, że samorządy te komputery powinny kupić. Nie wspomniał co prawda za co i kiedy, ale to chyba nie powinno nikogo dziwić. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że szef MEN był łaskaw zrzygać się na nauczycieli, albowiem oznajmił, że: „to jest szansa na to, aby nauczyciele także pokazali, że nie tylko potrafią strajkować i ubiegać się o wyższe wynagrodzenie, ale także są po prostu dobrymi wychowawcami i nauczycielami”.


Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że teraz (w trakcie pandemii) minister miał szanse, aby pokazać, że nie tylko potrafi hejtować i opowiadać brednie, ale także jest człowiekiem, który ma choćby niewielkie pojęcie o tym, czym powinien zajmować się szef MEN. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że minister z tej szansy nie skorzystał. Prawda jest bowiem taka, że gdyby ktokolwiek w tym (eufemizując) zasranym rządzie poważnie zastanowił się nad tym „co dalej ze szkołami w trakcie pandemii”, to już dawno zostałaby podjęta decyzja o tym, że w trakcie tego roku szkolnego – uczniowie do szkół nie wrócą. Kto w ogóle, kurwa, wpadł na pomysł, żeby zamykać te szkoły na dwa tygodnie? Czy w rządzie ludzie byli na tyle spizgani, że ktoś uznał, że „nie no, dwa tygodnie wystarczą, żebyśmy sobie ogarnęli te epidemię”? Potem zaś było przedłużanie „no dobra, to do świąt”, potem „do 26”, teraz zaś pojawiły się informacje, że no teraz to na pewno nie, bo to nie jest najważniejsze. Efekt tego galopującego kretynizmu jest taki, że rodzice nie mają pojęcia „co dalej”, bo nikt nie wie, czy rządowi się nie odmieni za kilka tygodni i nie uzna, że dosyć tego dobrego – wszyscy wypierdalać do szkoły. Ponieważ rząd ma wyjebane – rodzice nie bardzo wiedzą, do kiedy będą sobie organizowali czas (żeby dzielić go między pracę, opiekę nad dziećmi/etc.). Ponieważ rząd ma wyjebane – rodzicom pozostaje szukanie strzępów informacji w pierdylionie wypowiedzi ministrów. Nie bez przyczyny chwilkę wcześniej zacytowałem Szumowskiego, który stwierdził, że nie ma pojęcia, czy z tymi maskami to przypadkiem nie będzie tak, że będziemy w nich popierdalać przez rok. Z tej wypowiedzi wynika bowiem tyle, że social distancing z nami zostanie przez dłuższy czas. Z tego zaś, kurwa mać, wynika, że nie ma mowy o otwarciu szkół. Jestem sobie bowiem w stanie wyobrazić to, że uczelnie wyższe wpuszczą trochę studentów do budynków, tak, coby zachowany był social distancing (+ maseczki + dezynfekcja stolików + pierdylion innych środków ostrożności). Of korz, zajęcia musiałyby się odbywać rotacyjnie jedynie w pomieszczeniach o odpowiedniej kubaturze (tak więc nie mogłyby się odbywać w przytulnych klitach). Byłoby to spore wyzwanie logistyczne (a rząd na pewno by się do tego nie dołożył, bo są ważniejsze sprawy, np. wybory), niemniej jednak w teorii dałoby się to jakoś ogarnąć. Tyle, że to byłoby możliwe jedynie w przypadku uczelni wyższych, bo w przypadku uczniów (szczególnie tych podstawówkowych [i dzieci w wieku przedszkolnym]) social distancing dałoby się osiągnąć chyba jedynie poprzez przytwierdzenie dzieci na stałe do krzesełek. Ujmujące jest to, że Szumowski w jednym z wywiadów stwierdził, że: „Trudno rok trzymać dzieci w domach, to jest też nie do zrobienia”. Jest to ujmujące o tyle, że w chwili obecnej nie da się całkowicie wykluczyć takiego scenariusza. No, ale to tylko dygresja jest. Faktem natomiast jest to, że nasz niemiłościwie panujący rząd już jakiś czas temu powinien ogłosić, że „ban” na szkoły potrwa do końca roku szkolnego. Ułatwiłoby to wszystkim życie, bo przynajmniej byłoby wiadomo na czym się stoi. Zamiast tego mamy typowy „jakoś-to-będzizm” połączony z jebałpiesizmem.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Już po napisaniu powyższego kawałka, objawił się w internetach „plan” otwierania państwa. Okazało się, że w jednym z przypadków mamy do czynienia raczej z otwarciem parasola w dupie. Otóż III etapem (daty nie są określone, bo będą zależały od tego, czy poprzednie etapy „otwarcia” nie przełożyły się na wzrost zachorowań) jest „Organizacja opieki nad dziećmi w żłobkach, przedszkolach i w klasach szkolnych 1-3 – ustalona max. liczba dzieci w sali”. Dla porównania – kolejnym etapem ma być otwarcie „teatrów i kin w nowym reżimie sanitarnym”. Widzicie więc, moi drodzy, nasz zajebiście przygotowany do wszystkiego rząd uznał, że reżim sanitarny łatwiej utrzymać w żłobku, przedszkolu i szkole (klasy 1-3), niż w kinach/teatrach, w których się z założenia siedzi na dupie.


Kolejnym przejawem tego, jak zajebiście przygotowane były do wszystkiego nasze władze i jak rewelacyjnie sobie wszystko przemyślały może być to, co działo się w kontekście maseczek ochronnych. W końcówce stycznia pojawiło się sporo newsów o tym, że ludzie zaczęli kupować maseczki ochronne. Pod koniec lutego kupowali praktycznie wszystko, co przypominało maski. Of korz, nie mogło być tak, żeby na ludzkiej panice nie usiłowały skorzystać pijawki, które sprzedawały na allegro „maski przeciwwirusowe”. Również pod koniec lutego Szumowskiego pytano o to, czy maski chronią przed koronawirusem. Ów, jakże, kurwa, dobrze przygotowany merytorycznie minister, zaczął się nabijać, że on w sumie nie wie, czy te maski to powinno się „stosować doustnie, czy na ręce”, potem powiedział, że maseczki ni chuja nie pomagają i że on nie wie, po co ludzie je noszą. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Szumowski opowiadał, że maseczki nie chronią przed zarażeniem się i nie poruszał kwestii tego, czy maseczka noszona przez chorego może ochronić przed chorobą osoby postronne. Tylko, że wiecie, kurwa, co? Chuj mnie to obchodzi, bo wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś wypowiada się na jakiś temat, to powinien wiedzieć o czym mówi. Temat maseczek ochronnych przewalał się przez debatę publiczną praktycznie przez cały marzec. Pod koniec marca Szumowski wypowiedział się (po raz kolejny) w temacie maseczek: „W tej chwili skala zachorowań nie jest tak duża, żebyśmy rekomendowali noszenie masek przez zwykłych obywateli”. Dzień później: „Lekarze rodzinni z Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia zaapelowali o wprowadzenie obowiązku noszenia maseczek ochraniających nos i usta w miejscach publicznych i w zakładach pracy (…) Odpowiedzialne noszenie maseczek pozwoli ograniczyć rozprzestrzenianie się zarazy i tym samym – o czym jesteśmy przekonani – uratuje niejedno ludzkie życie”– napisali w liście otwartym do premiera Mateusza Morawieckiego, ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego i do głównego inspektora sanitarnego Jarosława Pinkasa. Lekarze PPOZ”. Potem nastąpiło zwolnienie bębna maszyny losującej, które potrwało jakiś tydzień i: „na konferencji prasowej 9 kwietnia minister zdrowia Łukasz Szumowski wprowadził obowiązek zakrywania twarzy. Noszenie maseczek jest teraz wymagane w miejscach publicznych. Maseczki ochronne są obowiązkowe dla wszystkich. Maseczki ochronne lub chustki zakrywające twarz będą musieli nosić wszyscy od czwartku 16 kwietnia”. Ponieważ polscy dziennikarze są pod wielkim wrażeniem tego, jak bardzo Szumowski jest niewyspany i jak bardzo ciężko pracuje, żaden z nich nie zadał mu bardzo prostego pytania. Otóż, żaden z dziennikarzy nie zapytał Szumowskiego o to, o ile mniej zachorowań mielibyśmy dziś w Polsce, gdyby pod koniec lutego Szumowski nie robił sobie jaj z noszenia masek? Ilu zachorowań udałoby się uniknąć, gdyby razem z lockdownem wprowadzono obowiązek noszenia maseczek ochronnych? Abstrahując od wszystkiego innego, jeżeli Szumowskiemu zdarza się czasem odrobina refleksji, to bardzo być może, że powodem, dla którego kiepsko sypia nie jest to, że się, kurwa, przepracowuje, ale świadomość tego, jak straszliwie dał dupy. Na uwagę zasługuje również wypowiedź z końcówki marca, kiedy to nie rekomendowano noszenia masek, bo mieliśmy (w uproszczeniu) za mało zachorowań. I znowuż, ze mnie to żaden wirusolog, ale wydaje mi się, że w całym tym lockdownie/etc. chodziło głównie o to, żeby ograniczyć skalę zachorowań. Tym samym – nierekomendowanie jednego ze środków ochrony (który mógłby ograniczyć liczbę zachorowań) dlatego, że zachorowań jest zbyt mało, to jest straszny, kurwa, idiotyzm.


W tym miejscu pora na dygresję. Jeżeli jesteście ciekawi tego, w jaki sposób polscy dziennikarze traktują Szumowskiego, to zaraz wam pokażę ćwit, który mógłby być wzorcem z Sevres tegoż traktowania: „Medialnie minister Łukasz Szumowski wciąż robi bardzo dobre wrażenie. Rzeczowo odpowiada na pytania, nie ucieka od odp., nie kręci, nie zmienia tematu, nie zagaduje, spokój, opanowanie, bez jadu, kulturalnie. Bardzo sprawny polityk, przed którym najważniejsza decyzja zawodowa.” (tą decyzją mają być najprawdopodobniej rekomendacje odnośnie tego, „co z wyborami”). Biorąc pod rozwagę dziennikarską kryszę nad Szumowskim, trudno się dziwić temu, że stał się on liderem w rankingu zaufania.


Niestety, nie możemy w tym momencie przerwać tematu maseczek, bo polskie władze nawet w trakcie pandemii i nawet w temacie, którego nie powinny poruszać (ze względu na wcześniejszy jebałpiesizm) odpierdalają taką propagandę sukcesu, że to się po prostu w pale nie mieści. 16 kwietnia, tak więc w dniu, w którym noszenie namordników jest już obowiązkowe, ogłoszono kolejny sukces: „Kilka milionów maseczek ochronnych tygodniowo powstanie w polskich zakładach produkcyjnych. Prezydent Andrzej Duda ogłosił inicjatywę Koalicja "Polskie szwalnie", w ramach której ponad 200 firm wyprodukuje do końca czerwca 100 mln maseczek.”  Wtórowała mu wicepermier Emilewicz: „Polska jest dzisiaj jedynym państwem Unii Europejskiej, na terenie którego znajdują się szwalnie i takie obiekty produkcyjne. Maseczki są potrzebne nam wszystkim, także tym pracującym w handlu, usługach. Będziemy ich potrzebować bardzo dużo, zatem uniezależnienie się w tej kwestii od Chin jest jednym z naszych największych wyzwań”. Wiecie, mnie tam cieszy to, że będziemy sobie sami tutaj w Polsce szyli maski. Jednakowoż ogłaszanie w dniu, w którym (uwaga CAPS) ZACZYNA OBOWIĄZYWAĆ NAKAZ NOSZENIA MASECZEK OCHRONNYCH tego, że pi razy oko, za półtora miesiąca (ponoć moce przerobowe mają się zwiększać z czasem) uszyjemy sobie tyle masek, ile potrzeba by było do tego, żeby sobie każdy obywatel mógł wyjść z domu tegoż dnia, to jest jednak, kurwa, parodia. I to znacznie większa od urządzania uroczystego powitania i pożegnania dla samolotu transportowego. Nie wspominając już o tym, że owych uszytych w Polsce masek raczej nikt nam nie będzie rozdawał za darmo. Tak zupełnie bez związku z cała sprawą się zacząłem zastanawiać nad tym, ile maseczek można by było uszyć i rozdać Polakom, gdyby przeznaczyć na ten cel kwotę rzędu 2 miliardów złotych. Gdyby obywatel czekał na to, aż władza (bardzo dobrze przygotowana do epidemii) załatwi mu maski, żeby mógł po prostu wyjść z domu, to by sobie, kurwa, długo poczekał. Nawiasem mówiąc, wyjątkowo wrażliwy społecznie jest rząd, który wprowadza nakaz noszenia maseczek ochronnych i ma totalnie wyjebane na to, czy aby na pewno wszyscy mają do nich dostęp.


Ostatnią częścią lockdownowej notki będzie to, jak bardzo przemyślane były te wszystkie rozporządzenia kwarantannowe. Otóż, były one w chuj przemyślane. Na tyle bardzo w chuj, że w pewnym momencie doszło do bardzo ciekawej wymiany ćwitów. Twitterowe konto jednej z radiowych redakcji motoryzacyjnych (MotoSygnały się to konto zwie) rzuciło ćwit, w którym otagowało konto polskiej policji: „Hej @PolskaPolicja @BorowiakPolicja to jak jest z tym myciem samochodów - można, nie można? Dla kolegi pytam” (Borowiak to rzecznik poznańskiej policji). Do ćwita dołączony był filmik, na którym widać było policyjne auto, w myjni samochodowej. I w tym momencie wchodzi Polska Policja cała na biało: „Nie ma mandatów za bieganie, za mycie auta, za wymianę opon. Mandaty są za przebywanie w miejscach wyłączonych z użytku publicznego jak np. parki, za grupowanie się, za niestosowanie się do przepisów ograniczających izolację itp. Akurat czynności zawodowe są wyłączone z obostrzeń”. I w tym momencie wchodzi Polska Policja, cała na biało: „„Za mycie, za jazdę na rowerze i bieganie po ulicach i chodnikach” jak to określają media będą mandaty, jeśli nie jest to zaspokajanie bieżących potrzeb życiowych a na chwilę obecną tylko rekreacja, z którą można poczekać.”. Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości: tak, oba wpisy „policyjne” pochodziły z tego samego konta twitterowego. Można się z nich dowiedzieć, że mandatów za bieganie nie ma, no chyba że biega się w celach rekreacyjnych. I teraz, kurwa, trzeba sobie odpowiedzieć na jedno zajebiście ważne pytanie: w jaki sposób odróżnić bieganie w ramach zaspokajania bieżących potrzeb życiowych, od biegania w celach rekreacyjnych? Przyznam się w tym miejscu do tego, że trochę sobie biegałem (po tym, jak mnie zamknęli siłownie i nie mogłem se na orbitreku śmigać) po zadupiastych rejonach, w których ludzi mija się raczej rzadko, ale jak się zaczęły sypać mandaty, to uznałem, że chyba zbastuję. Gdybym trafił na rozsądną osobę, pewnie nikt by mi nie truł dupy, ale nigdy nie ma gwarancji, że się nie trafi na jakiegoś upierdliwego typa z poczuciem misji, który zacznie mi tłumaczyć, że ponieważ obok jest trawa, to biegam po terenach zielonych, a w takim a takim rozporządzeniu stało, że nie wolno. No, ale wróćmy do naszych milusińskich stróżów prawa. Wyżej wymieniona wymiana ćwitów była pokłosiem doniesień medialnych i całej kupy wpisów ludzi (takich zwykłych, a nie niezależnych internautów, którzy od 2015 publikują „świadectwa”, które zawsze idealnie wpasowują się w narracje Zjednoczonej Prawicy [vide „zapłakana kuzynka”]), z których wynikało, że, ujmując rzecz delikatnie, część polskich policjantów trochę pojebało. O ile bowiem nikt nie miał pretensji o to, że ten, czy inny dzban łamiący kwarantannę dostał wysoką karę, to już zawracanie dupy komuś, kto wyszedł na spacer z dziećmi (nie, nie łaził po parku), wkurwieni lockdownem ludzie zaczęli znajdywać, jako trochę denerwujące.


Równie wkurwiające były (ja przepraszam za to co teraz napiszę, ale żadne inne określenie tutaj nie pasuje) twitterowe wysrywy, które pojawiały się na koncie rzecznika komendy głównej policji. Otóż, pan niedorzecznik w ramach rozładowywania napięcia, postanowił wrzucać na swoje konto jakieś pojebane filmiki. A to jakieś brutalne zatrzymanie w Hiszpanii, które opatrzył komentarzem: „Ten mężczyzna w jednym z krajów nie stosował się do obowiązków kwarantanny i izolacji... Zostawiam tylko do obejrzenia....”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że przyczyną, dla której „bohater” filmiku został zglebowany (po uprzednim zrzuceniu z motocykla) było to, że odepchnął policjanta. Innym razem wrzucił filmik z komentarzem: „Uwaga, szef policji w jednym z państw (Uganda) ostrzega przed pandemią... Tak tu zostawię tylko do przemyślenia...”. Na filmiku jakiś czarnoskóry jegomość darł ryj i bluzgał tak, że nawet na mnie robiło to wrażenie. Bardzo szybko okazało się, że na filmiku z „szefem policji z Ugandy” produkował się jakiś Amerykanin, który już wcześniej przebierał się za policjanta. Co prawda, jestem tylko blogerem z Podkarpacia, ale wydaje mi się, że chyba wiem, co chciał osiągnąć pan niedorzecznik. Zapewne chodziło o to, żeby pokazać, że jego wyrywni koledzy może i dają mandaty, ale gdzie indziej ludkowie, to by was napierdalali pałami, więc bądźcie grzeczni i nie narzekajcie, ok? Ta wersja (moja autorska) wydaje mi się bardziej prawdopodobna od tej, którą przypinają niedorzecznikowi niektórzy komentatorzy twierdzący, że po prostu chciałby, żeby w Polsce też można było napierdalać ludzi pałami.


W przysłowiowym międzyczasie na ćwiterowym koncie warszawskiej policji, pojawiła się grafika opatrzona komentarzem: „"Oni podjechali za blisko, tamten podszedł, ta pani za bardzo się zbliżyła, to on tak jechał...". Tłumaczenia są różne. Efekt może jednak być ten sam, kolejne zarażone osoby.” Muszę w tym miejscu przyznać, że osoba obsługująca to konto ma bardzo dużo odwagi cywilnej, bo wpis nadal wisi. Nadal, mimo tego, co część polityków partii rządzącej odjebała w ramach smoleńskiego eventu rocznicowego. O tym, że banda nierozgarniętych polityków zrobiła sobie spęd (który był transmitowany przez równie nierozgarniętych dziennikarzy), na którym to spędzie olano coś takiego, jak social distancing, wiedzą chyba wszyscy. Tak samo, jak o tym, że jedyną osobą, która miała maskę na tym evencie był kuzyn Kaczyńskiego (przyznam szczerze, że o istnieniu tegoż kuzyna dowiedziałem się dopiero z „Ucha Prezesa”). Noszenie maski przez kuzyna (który miał tę maskę na szyi) skończyło się tak, że został on opierdolony przez Prezesa Polski i schował maskę do kieszeni, no ale to dygresja. Tak więc, polskie władze zrobiły sobie spęd. Ponieważ działo się to w czasie, w którym część policjantów przeżywała wzmożenie, momentalnie posypały się pytania do policji, czy już zaczęli napierdalać mandatami w wierchuszkę Zjednoczonej Prawicy. Odpowiedzi na to pytanie udzielono przy pomocy twitterowego konta warszawskiej policji: „W związku z obchodami 10. rocznicy katastrofy smoleńskiej przypominamy, że nie mamy w tym przypadku do czynienia ze zgromadzeniem w trybie ustawy, a poszczególne osoby wykonują swoje zadania w ramach pełnionych urzędów i funkcji. Podobnie, jak prowadzący relacje dziennikarze.”. Ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że ta sytuacja była dość, ekhm, mało komfortowa dla policmajstrów. Gdyby bowiem chcieli przestrzegać przepisów, to musieliby przyjebać srogie mandaty wszystkim uczestnikom tegoż spędu (a organizatorów eventu trzeba by było „podać” do jakiegoś GISu, żeby poprawił jakąś karą administracyjną za organizowanie zgromadzeń nielegalnych). Problemem było to, że wszyscy wiedzą, że nasze obecne władze bywają w chuj małostkowe i takie wystawianie mandatów skończyłoby się zapewne tym, że paru (albo parunastu/parudziesięciu w zależności od humoru Prezesa Polski) policjantów mogłoby wylecieć z roboty. Tylko, że wiecie co? Mam na to, kurwa, wyjebane. Olewanie takiego spędu, przy jednoczesnym jebaniu mandatami w ludzi, którzy mieli czelność iść pobiegać w celach rekreacyjnych, to podważanie resztek zaufania, które część obywateli z niezrozumiałych przyczyn jeszcze ma do naszego państwa z tektury. I jeszcze to kretyńsko-płaszczące się tłumaczenie, że ten spęd to „w ramach pełnionych urzędów i funkcji”. Serio? To znaczy, że dogadaliście się z koronawirusem i on wam powiedział, że skoro to w ramach pełnionych urzędów i funkcji, to spoko, on nie będzie zarażał. O tym, że nasze władze powinny same z siebie wpaść na to, żeby nie organizować spędu, wspominać chyba nie trzeba, bo to raczej oczywista oczywistość. Jakim trzeba być, kurwa, dzbanem, żeby w trakcie pandemii i po tym, jak się ludzi przekonywało do tego, że powinni siedzieć w domach – samemu pokazać, że ma się na wszystko wyjebane? Tu już nie chodzi o PR-owy fuckup ani o foliarzy, którzy zaczęli komentować: „ONI WIEDZĄ, ŻE NIE MA ŻADNEJ EPIDEMII”. Chodzi o zwykłych ludzi, którzy siedzą na dupach w domu (część z nich to siedzenie na dupie przypłaciło robotą, część z nich dopiero przypłaci, że nie wspomnę o osobach tkwiących w przemocowych związkach, które mają obecnie cholernie mocno ograniczone możliwości uzyskania pomocy/wsparcia [kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że dla prawicowych dronów jest to zajebisty temat do żartów]) i którym władza pokazuje, że ograniczenia to są dobre dla szaraczków, bo nam nikt nie podskoczy. Cebulą na torcie było to, co zaraz potem zrobił Prezes Polski, który sobie wjechał limuzyną na Powązki (na które to Powązki nikt inny nie mógł się dostać ze względu na pandemię). Ludzie wkurwili się do tego stopnia, że Prezesa postanowił bronić nie kto inny, a sam Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny, który stwierdził, że co prawda Prezes wjechał na Powązki, ale: „To był element uroczystości państwowych i pełnienia uroczystości państwowych, które są wyłączone z rozporządzenia”. Ciekawym, czy do spindoktorów Zjednoczonej Prawicy dotarło to, jak bardzo zjebali szansę na to, żeby móc pokazać, że „władza jest blisko ludzi” i przestrzega tych samych obostrzeń/przepisów?


Wydawać by się mogło, że po 10 kwietnia cały obóz władzy zrozumiał, że warto by było trochę przystopować i chociaż udawać, że nie ma się wyjebane na własne rozporządzenia, bo reakcja społeczeństwa była raczej jednostronna (władz broniły tylko i wyłącznie rządowe drony). Jeżeli po
takim wstępie uznaliście, że trzeba zapiąć pasy, to znaczy, że już trochę mnie znacie. Okazało się, że jednak nie wszyscy zrozumieli. Taki, na ten przykład, rzecznik Ministerstwa Zdrowia uznał, że co prawda w Polsce obowiązuje nakaz chodzenia w maseczkach ochronnych, ale on ma to w dupie i w pierwszy dzień obowiązywania tegoż nakazu, przylazł na konferencję prasową bez maski. Dziennikarze tym razem nie zawiedli i zapytano pana rzecznika, czy ma rozum i godnośc człowieka. Z jego odpowiedzi wynika, że nie bardzo. Czemuż, ach czemuż to, rzecznik MINISTERSTWA ZDROWIA przyszedł bez maski? Zgadliście „bo mu wolno”. Pan rzecznik powiedział, że: „„paragraf 18, punkt 2, podpunkt 4, zwalniający osoby wykonujące zadania służbowe na terenie budynków użyteczności publicznej z obowiązku noszenia maseczki”, a on jest na terenie ministerstwa, tak więc spierdalać. Oko Press wytknęło panu rzeczniku, że co prawda zacytował przepisy, ale nie do końca, bo gdyby zacytował to wyszłoby na to, że jednak by tę maskę musiał mieć na twarzy, ale pan rzecznik się tym raczej niespecjalnie przejął. Ja się muszę przyznać, że ja tam się nie znam, ale wydaje mi się, że osobiście wolałbym założyć maskę na ryj, niż robić z siebie kretyna tłumacząc „dlaczego wolno mi jej nie nosić”, powołując się na przepisy, które albo źle zapamiętałem, albo dobrze zapamiętałem i teraz muszę niedokładnie cytować, żeby mieć jakiś
dupochron.


Żeby nie przedłużać. Mam niejasne przeczucia, że rządowy jebałpiesizm może się niestety przełożyć na nonszalancję w trakcie „rozmrażania gospodarki”. Problem polega na tym, że teraz nie chodzi o to, że ktoś tam wyda ileś milionów na jakieś bzdury, albo wyda dwa miliardy na partyjną szczujnie. Jeżeli rozmrażaniu gospodarki będzie przyświecał wyżej wymieniony (zwyczajowy dla Zjednoczonej Prawicy) jebałpiesizm, to może się to wszystko tragicznie skończyć dla nas wszystkich. Niestety, nic nie wskazuje na to, że Zjednoczona Prawica ma jakiś dobrze przemyślany plan. Wiele zaś wskazuje na to, że po inicjalnym zesraniu się ze strachu (wywołanym tym, co działo się we Włoszech) i po wprowadzeniu lockdownu (który, powtarzam, był bardzo dobrym pomysłem) Zjednoczona Prawica ochłonęła i zaczęła traktować pandemię, jak każdy dotychczasowy problem, czyli jako coś, co da się załatwić przy użyciu propagandy. Jeżeli mam być szczery, to jakoś tak mnie to wszystko, kurwa, nie napawa optymizmem.


PS – jeżeli tylko możecie, zostańcie w domu


PPS – jeżeli nie możecie zostać w domu, to pamiętajcie o zakładaniu masek.


Źródła:


https://konkret24.tvn24.pl/zdrowie,110/w-ktorych-krajach-zamknieto-szkoly-sprawdzamy,1008801.html


https://zdrowie.wprost.pl/koronawirus/10313360/szumowski-o-scenariuszach-wygasniecia-pandemii-moze-w-grudniu-moze-za-15-roku.html


https://echodnia.eu/swietokrzyskie/matura-2020-i-egzamin-osmoklasisty-2020-przesuniete-czy-beda-egzaminy-osmoklasisty-i-matury-jest-decyzja-egzaminy-w-czerwcu/ar/c1-14908572

https://www.rp.pl/Covid-19/304159886-Szczyt-zachorowan-przed-nami-Szkoly-zamkniete-do-wakacji.html

https://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/poranna-rozmowa/news-jacek-sasin-z-punktu-widzenia-przygotowania-wyborow-17-maja-,nId,4441596








https://gazetakrakowska.pl/od-16-kwietnia-maseczki-ochronne-obowiazkowe-ile-kosztuja-maseczki-na-twarz-wybor-jest-spory/ar/c1-14912796

https://twitter.com/JNizinkiewicz/status/1250480772730978306

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/6479724,lukasz-szumowski-lider-ranking-zaufania-sondaz-koronawirus-covid-19.html





https://twitter.com/Policja_KSP/status/1247905837600948224

https://twitter.com/Policja_KSP/status/1248533456059011072












Państwo teoretyczne z pandemią w tle – odcinek 2 – wybory
02.04.2020
Notkę tę zacznę trochę niestandardowo, albowiem będą to moje własne, osobiste, subiektywne jak cholera obserwacje odnośnie tego, jak się żyje w lockdownie i jakie przemyślenia się człowiekowi po łbie pałętają. Jeżeli chodzi o kwestie pracowe, to na moje szczęście, robotę miałem i mam zdalną, tak więc nie było żadnych problemów z „przejściem na home office”. Jedyna komplikacja polega na tym, że teraz się homeofficeuję razem z resztą członków rodziny, którzy na ten przykład też mają homeoffice albo też placówki przedszkolne mają zamknięte. Zdaję sobie sprawę z tego, że mam farta, bo gdybym miał inszą robotę, to pewnie bym do niej uczęszczał (i był w niej non stop zesrany ze strachu, że ktoś mnie zarazi). Wychodzenie z domu ogranicza się do niezbędnego minimum. Jak się już z domu wychodzi, to widać głównie puste ulice. Praktycznie w każdym sklepie obowiązują „kwarantannowe” przepisy (max kilku klientów + odstępy etc.). Przed sklepami (pocztami, aptekami etc.) ustawiają się kolejki, ale z zachowaniem odstępów. Widać więc wyraźnie, że spora część ludzi przejęła się lockdownem. Rzecz jasna, różnie to bywa w różnych miejscach, bo przecież ludzi, którzy nie wierzą w wirusy albo uważają, że to wszystko przez sieci 5G, nie da się przekonać do niczego poza dożylnymi wlewami szuroskrętnych kwasów zięboaskrobinowych. Niemniej jednak, można zaobserwować znaczny spadek poziomu naszego polskiego jebałpiesizmu. Niestety partia rządząca stara się nadrobić te spadki i dokłada do tego swój najukochańszy tupolewizm, ale nad tym pastwić się będę w dalszej części tekstu. Wracajmy jednak do lockdownowej obserwacji uczestniczącej. Interakcje społeczne ograniczają się do telefoniczno-internetowych. I się muszę przyznać, że jak sobie tak gadam ze znajomymi i mówimy sobie „do zobaczenia w lepszych czasach”, to sobie człek zaczyna dumać nad tym, że nie bardzo wiadomo, kiedy te lepsze czasy (w domyśle – postpandemiczne) nadejdą. Może inaczej – człek się po prostu zastanawia nad tym, kiedy będzie można się spotkać ze znajomymi nie ryzykując zamiany spotkania w nieświadome koronaparty. Święta traktowałem od dość dawna jako czas, w którym można było spokojnie posiedzieć na dupie z rodziną. Tym razem praktycznie cała rodzina będzie „świętować” oddzielnie. Jeżeli chodzi o moje first world problems, to zaliczyłbym do tego fakt, że Triceps Dla Marksa muszę teraz robić w domu, albowiem siłownie pozamykali. Ponieważ nie wiadomo, jak długo to wszystko potrwa, człek sobie zaczyna zadawać również inne pytania. Np. takie „kurwa, co będzie z moją robotą?”. Z jednej bowiem strony, moja sytuacja zawodowa jest raczej stabilna, ale z drugiej strony – już mi się przydarzyła przygoda w postaci „nieprzewidzianej okoliczności” (wywołanej dzbanizmem osoby trzeciej), która to przygoda skończyła się dla mnie szukaniem innej roboty. Teraz zaś cały kraj ma do czynienia z „nieprzewidzianą okolicznością”, tak więc moja „stabilna sytuacja zawodowa” może się w pewnym momencie okazać niezbyt stabilna. Wiem, że niektórzy już teraz „mają gorzej” jeżeli chodzi o robotę, bowiem z moich informacji anecdatycznych wynika, że zaczęło się zwalnianie. Ja tam nie jestem specem od ekonomii, ale wydaje mi się, że można bezpiecznie założyć, że im dłużej potrwa lockdown, tym więcej osób wyleci z roboty. W naszym kraju bywało mocno chujowo z bezrobociem, ale tym razem będzie o tyle gorzej, że nie będzie ono niwelowane przez emigrację zarobkową. Gwoli ścisłości, nie wiadomo, czy cały ten clusterfuck nie skończy się powrotami z emigracji zarobkowej. W telegraficznym skrócie, nikt nie ma pojęcia „co będzie dalej”. Pewne jest tylko i wyłącznie to, że raczej niewielu Polaków ma powody do optymizmu. Jakiś tydzień temu na portalu Dziennik Gazeta Prawna pojawiły się sondażowe słupki, które pokazywały stosunek Polaków do obostrzeń (jeżeli ktoś jest ciekaw tych słupków, to w Źródłach link znajdzie) i generalnie to wynikało z nich, że się na te obostrzenia i zakazy zgadzamy i jesteśmy gotowi na kolejne (poza wycięciem transportu publicznego [tutaj większość była na „nie”]). Ciekawe jest to, że choć tytuł artykuły brzmiał następująco: „Boimy się wirusa, akceptujemy dalsze zakazy. Pytanie, na jak długo”, to nikt nie pytał o to respondentów. No, ale to tylko dygresja była. Co prawda, zbyt wielu badań na ten temat jeszcze nie przeprowadzono, bo sondażownie są zajęte przeprowadzaniem sondaży wyborczych, ale wydaje mi się, że nasze społeczeństwo rozumie, że te wszystkie obostrzenia/zakazy nie są spowodowane tym, że rząd popierdoliło, ale dlatego, że chcemy uniknąć pierdyliona zgonów z powodu „chorób współistniejących”. W kontekście powyższego, warto sobie zadać pytanie: jak bardzo trzeba być pojebanym, żeby w zaistniałej sytuacji próbować organizować wybory prezydenckie w maju 2020? Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że trzeba być Zjednoczenie Pojebanym, ale ponieważ złośliwy nie jestem, proszę was o udanie się w kierunku dalszej części tekstu, żebyście mogli w pełni docenić gargantuiczny wręcz poziom odklejenia, który prezentuje obecna władza.


Po raz kolejny przyjdzie mi posypać głowę obierkami z cebuli (acz, jak się zaraz przekonacie, po raz kolejny w polskiej polityce mamy do czynienia ze stanem kwantowym). W pierwszej połowie marca sobie napisałem Hejterski Przegląd Wyborczy, który to Przegląd spointowałem tak: „Teraz zaś wszystko zostało zdominowane przez Wiadomy Temat, zaś kampania została praktycznie zawieszona (ogranicza się ona do reagowania na Wiadomo Jaką Sytuację), a same wybory odbędą się najprawdopodobniej nie-wiadomo-kiedy. (...)”. To były piękne czasy, w których wydawało mi się, że rządząca nami partia, może i nie ogarnia pewnych rzeczy, ale że nawet ta partia nie będzie na tyle durna, żeby, kurwa, organizować wybory w trakcie pandemii i że po prostu zostaną one przełożone. Niecały tydzień później sobie napisałem pierwszy odcinek „Państwa teoretycznego z pandemią w tle” i opisałem tam konflikt w Zjednoczonej Prawicy. Konflikt ów wziął się stąd, że z wypowiedzi publicznych nomenklatury Zjednoczono Prawicowej wynikało, że wybory może się odbędą, a może się nie odbędą. Potem musiałem dodać, że Morawiecki i Witek twierdzili, że wybory się na pewno odbędą. Już sam fakt trwania konfliktu (sprzeczne wypowiedzi nie wzięły się z powietrza) oznaczał to, że zakładanie, że wybory zostaną na pewno przełożone ze względu na pandemię, było (eufemizując) przejawem naiwności, do której to naiwności się przyznaję, bo pomimo mojej bezbrzeżnej nieufności do rządzących i mojego raczej niskiego o nich mniemania – uznałem, że nie są oni do tego stopnia popierdoleni, żeby organizować wybory w trakcie pandemii.


Skoro posypywanie głowy obierkami z cebuli mamy za sobą, można przejść dalej. Warto w tym miejscu odnotować, że wypowiedzi, w których wierchuszka Zjednoczonej Prawicy zapewniała, że wybory się odbędą, doczekały się sprzecznych reakcji komentariatu. Część komentariuszy twierdziła, że tych wyborów to w maju nie będzie, choćby chuj na chuju stawał, zaś te wypowiedzi, że „zrobimy” to tylko po to, żeby przykryć fuckup z chujowym zaopatrzeniem szpitali w środki, które by się szpitalom przydały bardzo w trakcie epidemii. Druga część komentariatu twierdziła, że te wybory się odbędą, bo PiS ma wyjebane na potencjalne konsekwencje (wiadomo jakie). Przyznam, że nie przemawiała do mnie teoria z „zasłoną dymną”. Nie przemawiała, bo jest cokolwiek bezsensowna. Żeby wykazać jej bezsens, przez moment załóżmy, że to prawda. Tzn., że Zjednoczona Prawica nie chce tych wyborów w maju i chce je przesunąć, ale używa wypowiedzi „zrobimy” w charakterze sztuczki prestidigitatorskiej. Czy da się na tym cokolwiek zyskać? W krótkiej perspektywie, owszem. Tyle, że jeżeli wybory miały by być przełożone, to ta krótsza perspektywa czasowa nie będzie miała znaczenia, bo do tych (w zamyśle) przełożonych wyborów będzie dość czasu, żeby każde niedopatrzenie „epidemiczne” zostało wyciągnięte na światło dzienne. Poza tym, do tych kolejnych wyborów ciągnęłoby się za twórcami „zasłony dymnej” to, że chcieli organizować wybory w trakcie pandemii. Jedynym powodem, dla którego ktoś opowiadałby o tym, że chce zorganizować wybory jest to, że chce zorganizować wybory. Owszem, od czasu do czasu padają wypowiedzi w rodzaju: „Kluczowa będzie opinia ministra zdrowia. Jeśli sytuacja będzie pozwalała na przeprowadzenie normalnych, demokratycznych wyborów, to one się odbędą” (Dworczyk 31-03-2020), „Za tydzień lub dwa wydam rekomendacje” (Szumowski 31-03-2020), ale są to bezpieczniki, które „w razie czego” pozwoliłyby się wycofać z wyborów z twarzą (tzn. z resztkami tejże, bo obciążenie: „idioci, w trakcie pandemii wybory chcieli organizować” by nie zniknęło). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Minister Zdrowia, Łukasz Szumowski dał pokaz tego, w jaki sposób należy używać dupochronu. „Na pytanie prowadzącego, co odpowiedziałby prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdyby zapytał go, czy bezpiecznie można przeprowadzić te wybory, odpowiedział: "Dzisiaj nic bym nie odpowiedział, bo nikt mnie o to nie pytał"” Innymi słowy: proszę mnie nie mieszać do tego, co ci ludzie pierdolą, bo mnie nikt o zdanie nie pytał. Wielokrotnie zdarzało mi się wymądrzać w temacie tego, że PiS nauczył się od Trumpa uprawiania „wielonarracji”, czyli wysyłania pierdyliona różnych (często sprzecznych ze sobą) narracji. Nie inaczej jest w przypadku tych nieszczęsnych wyborów. Z jednej bowiem strony władza mówi, że „o tym, czy wybory się odbędą zadecydujemy za jakiś czas”, a z drugiej opowiada o tym, że „wybory się na pewno odbędą”. Na pierwszy rzut oka, jest to business as ususal w wykonaniu partii rządzącej. Tylko, że nie uwierzę w to, że żaden  z (ponoć) genialnych spindoktorów Zjednoczonej Prawicy nie wpadł na to, że ta konkretna wielonarracja (przypominająca dwójmyślenie) jest nie do utrzymania ze względu na kontekst. Kontekst ów (w uproszczeniu) można sprowadzić do: „zostań w domu bo umrzesz”. Tego kontekstu nie da się „zawiesić” na jeden dzień. Powtarzam: nie wierzę, że ludzie, którzy przez kilka ładnych lat szlifowali swoje skille w mieszaniu ludziom w głowach, nie wpadli na to, że tym razem się po prostu, kurwa, nie da. Wydaje mi się, że jedynym sensownym uzasadnieniem jest to, że spindoktorzy wiedzą, ale nie ma to najmniejszego znaczenia, bo ta konkretna wielonarracja jest efektem konfliktu wewnątrz Zjednoczonej Prawicy, do którego to konfliktu spindoktorzy musieli się dostosować. Konflikt ten zaś wziął się stąd, że część Zjednoczonej Prawicy ma wyjebane na pandemię i uważa, że można w jej trakcie przeprowadzić wybory.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Warto sobie w tym miejscu odpowiedzieć na pytanie: czemu tak właściwie Zjednoczona Prawica  tak bardzo chce utrzymać majowy termin wyborów? Przyczyn jest, moim zdaniem, kilka. Częścią z nich jest to, co wyszło w sondażu Kantaru na zlecenie Wyborczej. Pozwolę sobie zacytować lead artykułu: „Sprawdziliśmy, kto odważy się zagłosować mimo trwającej epidemii i okazało się, że głównie wyborcy Andrzeja Dudy. Jeśli wybory prezydenckie odbędą się podczas epidemii, Duda dostanie w I turze aż 65 proc. głosów. Jeśli już po epidemii: 44 proc.”. Jeżeli chodzi o frekwencję, to z sondażu wyszło 31% (maj) i 61% („późniejszy termin”). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w sondażu badano również to, jak bardzo elektoraty konkretnych kandydatów się boją: „Gdy poprosiliśmy wyborców Andrzeja Dudy, by ocenili, jak bardzo przejmują się epidemią koronawirusa w skali od 0 do 10, najczęstszą odpowiedzią było… 10. Tyle samo lęku wykazali wyborcy kandydatów opozycji”.  Jeżeli ktoś kiedyś zastanawiał się nad tym, co to jest ten cały „żelazny elektorat”, to właśnie uzyskał odpowiedź na swoje pytanie. Jeżeli połączymy żelazny elektorat z niską frekwencją, to uzyskamy jedną ze składowych, które mają wpływ na proces decyzyjny Zjednoczonej Prawicy. Drugą składową jest to, co wyszło w sondażu w przypadku scenariusza „późniejszy termin”. Owszem, obecny Prezydent RP nadal jest na czele stawki i ma 25 punktów procentowych przewagi nad Małgorzatą Kidawą-Błońską. Problem w tym, że to jest „tylko” 44%. Nieśmiało przypominam, że rządowy agitprop działa na wysokich obrotach i tłumaczy wszystkim, że polskie władze już dawno przegoniły inne władze, jeżeli chodzi o przygotowania do epidemii. Dodajmy do tego eksponowanie obecnego Prezydenta RP gdziekolwiek się tylko da. Kilkukrotnie widziałem wrzutki, z których wynikało, że ten czy inny pomysł tarczy, którą rząd chce ochronić kryzys przed obywatelami, to był pomysł Prezydenta RP. Przykładem niech będzie „wywiad”, który „Do Rzeczy” przeprowadziło z właścicielem marki Red is Bad, który- jak przystało na wroga interwencjonizmu (bo czerwone złe)- zachwycał się pomysłem Prezydenta RP: „Prezydent zaproponował, by w ramach tzw. tarczy antykryzysowej, składka na ZUS płacona przez przedsiębiorców była nie odroczona – jak proponował to rząd – ale całkowicie umorzona. Jak ocenia Pan ten pomysł?” Odpowiedzią było: „Jest to pomysł rewelacyjny!”. W tym miejscu trzeba poczynić dłuższą dygresję, żebyście mogli w pełni docenić, z jaką odmianą  naczynia gospodarczego o szerokim zastosowaniu, zwykle służącego do przenoszenia (przechowywania) płynów lub drobnoziarnistych materiałów sypkich, mamy do czynienia: „Sam w ogóle nie jestem zwolennikiem składki emerytalnej tego typu. Uważam, że każdy sam powinien mieć możliwość decydowania o swoich pieniądzach, a nie być zmuszany do wrzucania ich do takiego wspólnego kotła, nad którym w dodatku jest dość słaba kontrola. Dlatego, w tak trudnej sytuacji umorzenie składki jest bardzo dobrym pomysłem. A im mniej pieniędzy w ZUS-ie, tym lepiej.”.  Ciekaw jestem, jak zareagowaliby tego rodzaju ludzie, gdyby kiedyś padła propozycja ustawy, w której by stało, że jeżeli pracownik nie chce się dorzucać do ZUSu, to nie musi, ale pracodawca ma obowiązek wypłacić mu pieniądze, które normalnie wpłacałby w jego imieniu na ZUS. Może inaczej, ciekaw jestem, jak szybko okazałoby się, że tego rodzaju naczyniom wcale nie chodziło o to, żeby „każdy mógł wybierać”, ale o to, żeby trochę zaoszczędzić. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że ja bym się z takiej ustawy nie cieszył, bo, w przeciwieństwie do wyżej wymienionego naczynia, zdaję sobie sprawę z tego, że oznaczałoby to obciążenie ZUSu (a co za tym idzie, budżetu kraju). Najmniejszym zaskoczeniem świata było to, że słynny przeciwnik interwencjonizmu poparł dorzucanie się do wypłat pracowników przed budżet. Ja tam ten pomysł popieram, ale to nie ja się obnoszę z RiB, więc mnie wolno (tak, wiem, partycypacja państwa jest bardzo niewielka, ale na więcej ze strony „prosocjalnej” Zjednoczonej Prawicy liczyć nie można). Widać więc wyraźnie, że do chwalenia Prezydenta RP zaprzęgnięto kogo tylko się da. Mimo tego, z sondażu wynika, że jeżeli wybory miałyby się odbyć w późniejszym terminie, to Prezydent RP może liczyć na poparcie, zbliżone do tego, na które mógł liczyć zanim został Najlepszym Prezydentem RP, który Zajebiście Reaguje na Pandemię i Bez Niego Wszystko By Się Zawaliło. W kontekście powyższego, nietrudno zgadnąć, dlaczego część Zjednoczonej Prawicy obstaje przy majowym terminie wyborów.


Na nieszczęście Zjednoczonej Prawicy (i nasze, bo może to doprowadzić do zorganizowania wyborów w trakcie pandemii) kolejna składowa ma znacznie większy ciężar gatunkowy. Prawda jest bowiem taka, że te 44% poparcia dla obecnego Prezydenta RP to wariant optymistyczny. Do wszystkich pomału dociera to, że lockdown będzie miał, eufemizując, negatywne efekty dla polskiej gospodarki. Część z pracowników przekonała się o tym już teraz, bo jak patrzam na „świadectwa” ćwiterowe, to wynika z nich to, że część firm już teraz zwalnia pracowników, a inne obniżają pracownikom pensje. Choć rządowy agitprop stara się wszystkich przekonać do tego, że ta tzw. „tarcza antykryzysowa” jest tak zajebista, że nikomu włos z głowy nie spadnie, to jednak pomysły rządowe są (eufemizując) jebane przez praktycznie wszystkich, którzy nie mają partykularnego interesu w tym, żeby (w wymiarze politycznym) było tak, jak było. Spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy muszą sobie zdawać sprawę z tego, że ich chlebodawcy poniosą polityczne konsekwencje swoich zaniedbań i każdego chujowego zapisu, który wrzucili do swojego opós magnóm. Dotarło do nich zapewne również to, że Zjednoczona Prawica może zapłacić (politycznie) za propagandę sukcesu. Owszem, po mediach społecznościowych wałęsają się smętne drony, które starają się tłumaczyć, że no może i ta Tarcza Antycośtam nie jest rewelacyjna i ten cały PiS nie jest najlepszy, „ale należy pamiętać o tym, że PO kradło”, jednakowoż wydaje mi się, że spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy nieszczególnie wierzą w skuteczność tych działań. Jest coś przewrotnego w fakcie, że partia rządząca, która powinna ponieść konsekwencje pierdyliona innych podjętych przez siebie decyzji, najprawdopodobniej wypierdoli się na tych decyzjach, które były słuszne. Acz z drugiej strony, gdyby Zjednoczona Prawica podeszła na poważnie do kwestii ochrony Polaków przed nadciągającym kryzysem, konsekwencje mogłyby być minimalne. Ponieważ zaś sklecono, na odpierdol się, ustawę, która miała dobrze wyglądać i pomóc obecnemu Prezydentowi RP w reelekcji (przy założeniu, że wybory odbędą się w maju), wszyscy będziemy mieli przejebane. Naturalną zaś konsekwencją tego, że będziemy mieli przejebane będzie to, że przejebane będzie miała Zjednoczona Prawica. W tym miejscu muszę zaznaczyć (albowiem kronikarski obowiązek mnie zmusza), że nie należę do ludzi, których cieszy to, że będzie kryzys „bo PiS będzie miał przejebane”.


Ostatnia składową, którą dołożył Zjednoczonej Prawicy komentariat oraz były przewodniczący Platformy Obywatelskiej, Grzegorz Schetyna, pojawiły się bowiem teorie, w myśl których przesunięcie wyborów może oznaczać roszady wśród kandydatów opozycji. Kilka dni temu Schetyna produkował się w RMFie i: „Dziennikarz RMF FM Robert Mazurek zapytał też Schetynę, czy gdyby wybory zostały przesunięte, Małgorzata Kidawa-Błońska nadal byłaby kandydatką KO.  – To decyzja Koalicji Obywatelskiej. Ja uważa, że jeżeli wybory będą przesunięte, to wszystko się otworzy na nowo – odpowiedział Schetyna.”.  Politycy i drony Zjednoczonej Prawicy zrozumiały to w sposób następujący: „PO chce wystawić Tuska zamiast Kidawy”. Nie mam pojęcia, czy te teorie mają jakiekolwiek zakotwiczenie w rzeczywistości, ale mam pewność odnośnie tego, że Zjednoczona Prawica je traktuje poważnie. Czemu? Na ćwitrze ktoś przytomnie zauważył, że gdyby okazało się, że Tusk jednak zmieni zdanie, to Zjednoczona Prawica miałaby spory problem, bo w realiach, które nadciągają, „obciążenia” Tuska nie miałyby najmniejszego znaczenia. Na tym przerwę wyliczankę „powodów, dla których, moim zdaniem, Zjednoczoną Prawicę popierdoliło” do tego stopnia, żeby w ogóle rozważać organizowanie wyborów w trakcie pandemii.


Teraz zaś przejdziemy do tych działań i wypowiedzi, które sugerują, że wypowiedzi polityków Zjednoczonej Prawicy, którzy twierdzą, że „wybory odbędą się na pewno” nie są „zasłoną dymną”. Jeżeli chodzi o działania, to pierwszym z nich jest wrzucenie do „tarczy” przepisu, dzięki któremu seniorzy będą mogli głosować korespondencyjnie. Czemu akurat seniorzy? Bo są grupą wiekową szczególnie narażoną na powikłania pokoronawirusowe. W internetach momentalnie pojawiły się komentarze, z których wynikało, że skoro tak, to opozycja powinna zgłosić poprawkę (w Senacie), dzięki której głosować korespondencyjnie będą mogli wszyscy. Nie zgadniecie, co się stało później i dlaczego chodzi o to, że Zjednoczona Prawica złożyła w Sejmie projekt ustawy zmieniającej Kodeks Wyborczy tak, żeby wszyscy mogli głosować korespondencyjnie. To nie jest przemyślana strategia, to jest, kurwa, miotanie się. Ponieważ Senat (ustami Grodzkiego) oznajmił, że przetrzyma tę ustawę tak długo, jak się da, Marszałkini Elżbieta Witek sieknęła orędzie, z którego wynikało, że wybory da się przeprowadzić bezpiecznie dzięki temu głosowaniu i ona apeluje do Senatu, żeby nie ciął w chuja i procedował szybko. Widać więc wyraźnie, że któryś ze spindoktorów Zjednoczonej Prawicy uznał, że odpowiedzialność za wszystko, czym może się skończyć organizowanie wyborów w trakcie pandemii można spróbować zwalić na opozycję. Ponieważ propozycja zorganizowania wyborów korespondencyjnych „dla wszystkich” została generalnie zjebana na funty, uruchomiono drony, które zaczęły tłumaczyć, że opozycja ma zamknąć mordę, bo skoro w Bawarii się dało zorganizować wybory korespondencyjnie, to znaczy, że my też damy radę. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że narrację „damy radę” budowało również jedno konto, które znane jest z rozpowszechniania rosyjskiego dezinfo. Co prawda, jestem tylko prostym blogerem z Podkarpacia, ale wydaje mi się, że ciężko uznać tę biegunkę legislacyjną za zasłonę dymną. Kronikarski obowiązek (po raz kolejny w tym tekście, ale cóż poradzić) każe mi wspomnieć też o tym, że jeżeli chodzi o głosowanie korespondencyjne, to jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości, Marcin Horała, tłumaczył kilka lat temu, że trzeba to w chuj zlikwidować, bo głosowanie korespondencyjne: „to jest potężna dziura w systemie wyborczym. Były takie afery w Polsce, były kupowane głosy”.  Warte uwagi są również wypowiedzi (odnoszące się do kwestii wyborów), którymi raczyli nas politycy Zjednoczonej Prawicy. Obecny Prezydent RP zapytany o to „co z wyborami” stwierdził z właściwą swej kondycji intelektualnej przenikliwością, że: „Jeżeli są warunki do tego, żeby chodzić normalnie do sklepu, to są i warunki do tego, żeby pójść do lokalu wyborczego, z zachowanie odpowiednich środków ostrożności”. Im bliżej do wyborów, tym bliżej do różnych-takich-tematów, które należałoby ogarnąć przed wyborami (ogarnięcie komisji wyborczych/etc.). Część samorządowców (nie wiem dokładnie ile osób stanęło okoniem i stąd ta „część”) oznajmiła, że oni to pierdolą i nie zamierzają narażać wyborców, a co za tym idzie, olewają kwestie komisji wyborczych/etc. Deklaracje te wkurwiły Ryszarda Terleckiego, który powiedział kilka słów za dużo: „Samorządy są też częścią władzy państwowej. One nie mogą sobie działać poza prawem. Oczywiście są przepisy, które umożliwiają postępowanie wobec takich osób, które chcą się ustawić ponad prawem. Można wyznaczyć komisarzy. Niech ci samorządowcy, którzy teraz buńczucznie zapowiadają, że złamią prawo, liczą się ze stratą stanowisk”. To nie była typowa zjednoczonoprawicowa zarozumiałość, Terlecki najzwyczajniej w świecie groził samorządowcom, którzy z kolei oświadczyli, że mają na to wyjebane. Tak nawiasem mówiąc, w każdym urzędzie jest przynajmniej jeden radca prawny, który to radca jest zaufanym samorządowca (czy to burmistrza, czy to prezydenta miasta), tak więc, nie wydaje mi się, żeby samorządowcy, którzy się „stawiają”, nie byli świadomi zagrożenia. Widać więc wyraźnie, że część Zjednoczonej Prawicy ma raczej mocno ugruntowane poglądy odnośnie tego, kiedy wybory się powinny odbyć. Czy z tego wynika, że konflikt wewnątrz Zjednoczonej Prawicy się skończył? A gdzie tam. Równolegle do tych wypowiedzi mogliśmy usłyszeć inne. Wiceminister Edukacji Wojciech Maksymowicz, powiedział, że: „Żadne wybory 10 maja nie mogą być przeprowadzone, nie będzie takiej możliwości. Jestem przekonany, że tych wyborów nie będzie 10 maja, nie będzie możliwości, żeby te wybory były”. Jarosław Gowin zaś powiedział, że: „Uczciwie powinno brzmieć to tak, że jeśli przesuwamy wybory, to o rok” i zapowiedział, że będzie do tego przekonywał kolegów ze Zjednoczonej Prawicy. Obu wyżej wymienionych panów łączy nazwa „Porozumienie”, bowiem Maksymowicz startował z list PiSu, ale z rekomendacji partii Gowina. Nawet gdybyśmy założyli, że te wszystkie wypowiedzi (tak, nawet ta Terleckiego) i cały konflikt to „zasłona dymna”, to nie można tego samego powiedzieć o przepychaniu kolanem ustaw zmieniających Kodeks Wyborczy. O ile bowiem wypowiedź można zwalić na to, że ktoś się zagalopował (albo np. utracił kontrolę nad swoim aparatem mowy), to ciężko to samo powiedzieć o legislacji. Do myślenia powinno nam wszystkim dać również to, że Marek Jakubiak (XXI-wieczne wcielenie Szymona Słupnika) zebrał 150 tysięcy podpisów poparcia pod swoją kandydaturą. Wirtualna Polska dotarła ponoć do smsa, w którym stało, że podpisy Jakubiakowi ogarniał pomorski PiS. Nie wiem, na ile wiarygodne jest WP (sprawdzić, czy nie Suwart), ale wydaje mi się, że to, że Jakubiak ogarnął zbiórkę podpisów, która to zbiórka jest przedsięwzięciem wymagającym posiadania struktur potrafiących w logistykę, jest cokolwiek podejrzane. Wspomaganie Jakubiaka mogło się wziąć stąd, że w pewnym momencie komentariat antyPiSowski zaczął opowiadać o tym, że szach mat PiSowcy – wszyscy kandydaci opozycji zrezygnują i chuja będziecie mieli, a nie wybory. Ktoś ze Zjednoczonej Prawicy mógł uznać, że scenariusz, w którym wybory się nie odbędą, bo sobie inni kandydaci pójdą, jest na tyle realny, że może lepiej sobie ogarnąć jakiegoś Słupnika. Nawiasem mówiąc, komentariatowi gratuluje tego, że po raz kolejny dokonał zjebania rzeczy, której niezjebanie wymagałoby jedynie zamknięcia ryja i poczekania do momentu, w którym minie termin składania podpisów. No ale, co ja się tam znam, przeca alianci też głośno opowiadali o tym, że zamierzają wylądować w Normandii (zaś operacja Fortitude nie miała miejsca), prawda? 


Już po tym, jak sobie napisałem powyższy tekst, na ćwiterowym koncie jednego z pluszaków władzy, Marcina Makowskiego, pojawił się wpis o następującej treści: „Informacja sprzed chwili: Jarosław Kaczyński zwołał kierownictwo partii. Tematem zapewne data i sposób przeprowadzenia wyborów oraz sytuacja w Zjednoczonej Prawicy.” Zwróciliście na pewno uwagę na to, że Pluszak zasygnalizował, że tematem będzie „zapewne data”. Od razu pojawiły się komentarze, z których wynikało, że Jarosław Kaczyński jednak uznał, że on nie chce tych wyborów, a Morawiecki ma to jutro (02-04-2020) ogłosić. Jeżeli chodzi o moją opinię na ten temat, to nie zmienię zdania. Tzn. owszem, nie wykluczam tego, że wybory mogą zostać przesunięte, ale póki co, Zjednoczona Prawica robi absokurwalutnie wszystko, żeby się odbyły w maju 2020. Zaś w to, że wybory mogą zostać przesunięte uwierzę wtedy, gdy zostanie przekroczony któryś-z-nieprzekraczalnych terminów, których przekroczenie uniemożliwia przeprowadzenie wyborów albo przyklepany zostanie jeden ze „stanów”, który wyklucza przeprowadzenie tychże. Dopóki, któryś z tych warunków nie zostanie spełniony, każdą z wypowiedzi „no my się zastanawiamy” uznam za zasłonę dymną, która ma uśpić czujność opozycji i dziennikarzy. Mam szczerą nadzieję, że te jebane wybory się nie odbędą w terminie, bo ich zorganizowanie może się skończyć dla nas bardzo źle i nie mam tu na myśli tego, że obecny Prezydent RP może je wygrać w pierwszej turze. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem fanem obecnego Prezydenta RP i uważam, że powinien sobie już pospierdalać, ale jego druga kadencja przeraża mnie w znacznie mniejszym stopniu, niż powtórzenie się w Polsce scenariusza włoskiego. Na sam koniec dodam od siebie, że jeżeli te wybory odbędą się „terminowo” to nie zamierzam w nich brać udziału.



https://fakty.interia.pl/raporty/raport-koronawirus-chiny/polska/news-koronawirus-w-polsce-lukasz-szumowski-w-polsat-news-to-nie-j,nId,4404593

https://wyborcza.pl/7,75398,25820060,dlaczego-pis-prze-do-wyborow-podczas-epidemii-zamowilismy.html