Blog: Piknik na skraju głupoty

Polska rzeczywistość w krzywym zwierciadle.

Hejterski Przegląd Cykliczny #77
26.05.2021

Na samym początku niniejszego Przeglądu przyjdzie mi posypać głowę obierkami z cebuli. W poprzednim tekście napisałem byłem, że Prezydent RP, który wystąpił z partii, w sumie nikomu łaski nie robił, bo i tak musiał, bo tak stoi w Konstytucji. Znajomy prawnik wytłumaczył mi potem, że „to nie jest proste, a nawet wręcz przeciwnie”. Innymi słowy: nie, Prezydent RP nie ma obowiązku występowania z partii. Z perspektywy czasu patrząc, być może nie powinienem bezrefleksyjnie wierzyć w to, że treści zamieszczane na stronie obsługiwanej przez Kancelarię Prezydenta są na pewno prawdziwe. W trakcie posypywania głowy obierkami cebuli pocieszało mnie to, że podwładni Prezydenta RP potrafią zjebać wszystko. Nie potrafili nawet podkreślić tego, że ich pracodawca „spełnił obietnicę, choć nie musiał”. Aczkolwiek, może to po części dlatego, że to „wystąpienie z partii” było pustym gestem, bo partia nigdy nie wystąpiła z Prezydenta RP. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że o ile w przypadku Prezydenta RP mi się „nie udało”, to w kwestii RPO się nie pomyliłem (RPO nie może być ani posłem, ani członkiem partii). Już po napisaniu powyższego zacząłem się zastanawiać nad tym, „co by było, gdyby RPO został ktoś ze Zjednoczonej Prawicy i po wyborze olał obowiązek złożenia mandatu i wystąpienia z partii”. W teorii bowiem musi to zrobić (bo tak stoi w Konstytucji), ale w praktyce kto miałby to wyegzekwować?


Przy okazji wielkiego meltdownu na tle poparcia przez Lewicę ratyfikacji Funduszu Odbudowy pojawiły się narracje, w myśl których Lewica była już tak bardzo dogadana z PiSem, że miała poprzeć w Senacie kandydaturę Bartłomieja Wróblewskiego na urząd RPO. Spindoktorzy ze Zjednoczonej Prawicy wymyślili sobie jakiś czas temu narrację „nasz kandydat jest kandydatem dialogu” i Wróblewski dostał przekazy dnia, w których stało, że ma opowiadać, że jak już zostanie tym RPO, to powoła sobie na zastępców kandydatów wskazanych przez opozycję. W tym samym czasie zaczął się produkować w trakcie wywiadów, że on to by Ikonowicza widział jako swojego zastępcę. Ta deklaracja była o tyle zabawna, że gdyby Zjednoczonej Prawicy faktycznie zależało na samym Ikonowiczu, to przecież jej posłowie mogli poprzeć jego kandydaturę na RPO. Tak, wiem, zastępca to nie to samo, co sam RPO, niemniej jednak mało subtelnie wyglądały te próby tłumaczenia, że oni to by go w sumie chcieli wciągnąć „do pomocy” zaraz po tym, jak ujebano jego kandydaturę. Dla każdego, kto ma jakiekolwiek rozeznanie w polskiej polityce oczywiste było to, że Lewica nie poprze kandydatury Wróblewskiego, bo nie było żadnego powodu, dla którego mogłaby to zrobić. Zabawne było to, że gdy Magdalena Rigamonti z przejęciem opowiadała o tym, że Lewica może poprzeć Wróblewskiego, wspominała również o tym, że to by było samobójcze działanie, bo to fundamentalista religijny, który był mocno zaangażowany w zaostrzenie prawa aborcyjnego w Polsce/etc. Było to o tyle zabawne, że moim zdaniem nie mieliśmy do czynienia z jakimiś manipulacjami. Ci ludzie (w tym Rigamonti) autentycznie uwierzyli w to, że dojdzie do jakiegoś sojuszu Lewicy ze Zjednoczoną Prawicą.


W kontekście powyższego nie możemy uznać ich za zwykłych kłamców. Aczkolwiek to nic nie szkodzi, bo jest cała gama innych określeń. Bardzo dobrym jest inna nazwa naczynia gospodarczego o szerokim zastosowaniu, zwykle służącego do przenoszenia (przechowywania) płynów lub drobnoziarnistych materiałów sypkich. Co zrozumiałe, żaden z propagatorów narracji „Lewica idzie z PiSem”, nie przeprosił potem za te brednie. Wydaje mi się, że to dobry moment na przypomnienie super duper wspaniałego planu obalenia rządu. Lewicy oberwało się bowiem za to, że przez jej poparcie FO rząd nie upadł, a przecież tak niewiele brakowało do powołania premiera technicznego. Część osób pewnie nadal sobie zadawała pytanie o to, ile to było to „tak niewiele”. Odpowiedzi na to pytanie udzielił Sławomir Nitras, który stwierdził: „Nawet przez sekundę nie wierzyłem w możliwość rządu technicznego”. Znamienne jest to, że komentariat, który przez wiele dni przeżywał wzmożenie na tle „zdrady Lewicy” (która „ocaliła rząd Zjednoczonej Prawicy”) jakoś tak nieszczególnie przejął się tym, że polityk największej partii opozycyjnej powiedział to, co powiedział.


W tym miejscu muszę popełnić edycję, albowiem już po napisaniu tego kawałka z Nitrasem w roli głównej, zostałem trafiony tekstem z „Newsweeka”, który to tekst sprawił, że po raz kolejny wyjebało skalę na moim osobistym żenadometrze: „Plan był taki: pozbawiony głosów ziobrystów, eurosceptycznych konfederatów i wsparcia zjednoczonej opozycji Jarosław Kaczyński przegrywa kluczowe głosowanie nad ratyfikacją Krajowego Planu Odbudowy, nie wytrzymuje, wpada na sejmową mównicę, zaczyna krzyczeć i dochodzi do przesilenia – słyszymy od wysoko postawionego polityka opozycji.”. Ta zajawka tekstu latała wczoraj po soszjalach i budziła żywe zainteresowanie (czytaj: wszyscy mieli z tego bekę). Mnie te reakcje nie dziwią ni cholery, bo jeżeli mam być szczery, to nie widziałem jeszcze bardziej idiotycznego planu. Ten, kto ów plan wymyślił, ma na temat polityki pojęcie znacznie mniejsze, niż komisja Macierewicza na temat tego, w jaki sposób należy badać katastrofy lotnicze. To jest tak bardzo głupie, że tego się nie da skomentować sensownie. Ale wiecie co? Potem jest jeszcze weselej, bo ten cytat ma ciąg dalszy, który nie zmieścił się w zajawce. Ta zajawka skończyła się na tym, jak to Kaczyński wychodzi na mównicę, zaczyna się wydzierać i „dochodzi do przesilenia”. Co miało się dziać potem? Otóż: „Rządząca koalicja się rozpada, PiS ma dwa wyjścia – albo wrócić do rozmów z całą opozycją i spełnić wszystkie jej warunki, albo ryzykować konstruktywne wotum nieufności. Wtedy opozycja idzie do znienawidzonego przez PiS Gowina, proponuje mu stanowisko marszałka Sejmu i jeśli Gowin się zgadza, wspólnie obalają rząd Premiera Tysiąclecia i powołują gabinet techniczny, który ma doprowadzić do przedterminowych wyborów.”


Chyba najbardziej rozbawił mnie fragment „Wtedy opozycja idzie do znienawidzonego przez PiS Gowina, proponuje mu stanowisko marszałka Sejmu i jeśli Gowin się zgadza (...)”. Innymi słowy: ten plan był tak bardzo „dopracowany”, że nikt nie miał pojęcia o tym, jak zachowa się Gowin. Tak swoją drogą, to ciekaw jestem, co też miałaby ta opozycja do zaproponowania Gowinowi. Tak, wiem, „stołek marszałka”. Tylko, że założenie planu było takie, że on tym marszałkiem to sobie będzie niezbyt długo, bo przecież chodziło o doprowadzenie do przedterminowych wyborów. I co dalej? Ktoś zaprosiłby Gowina na listy wyborcze? Bo jakoś tak mi się nie wydaje, żeby Gowin sam z siebie zrezygnował z bycia czynnym politykiem, zaś jego ugrupowanie z zarabiania dość dużych pieniędzy w ramach „bycia w koalicji”. Ciekawym, czy autorzy tego planu w ogóle się zastanawiali nad takimi drobnostkami. Bo nad tym, że PiS mógłby ratyfikować FO nie mając większości, jakoś tak się nie zastanowili. Sporo o tym już napisano (a ja o tym wspominałem w jednym se swoich Głośnych Tekstów), ale tak w telegraficznym skrócie: PiS mógł obejść brak większości w Sejmie na kilka sposobów. Część komentatorów (nie chodzi o komentariat) stwierdziła, że co prawda byłyby one niezgodne z Konstytucją, ale tę zgodność badałaby Julia Przyłębska z kolegami i koleżankami, tak więc na pewno by się okazało, że z żadną niezgodnością nie mamy do czynienia. Zamiast myśleć nad realnymi scenariuszami, autorzy planu woleli myśleć o tym, że jak Kaczyński zacznie się drzeć na mównicy, to się od tego koalicja rozleci. Oczyma wyobraźni widzę te setki (o ile nie tysiące) działaczy wraz z rodzinami, którzy słuchając Kaczyńskiego mówią: dobra, chuj tam z robotą, ze stołkami i pieniędzmi, tak dalej być nie może! Rozpierdalamy koalicję!


Pragnę w tym miejscu uprzejmie przypomnieć, że to flekowanie Lewicy za to, że „zdradziła” (ile to już trwa? Miesiąc?) bazowało na tym właśnie planie. Na planie, którego realizacja była równie realna jak to, że Adam Darski może zostać kolejnym papieżem (wystarczy, że doprowadzi do tego, że Franciszek wyjdzie przed kamery, zacznie krzyczeć i wtedy dojdzie do przesilenia!). Wydaje mi się, że znacznie gorsze od samego planu było to, że spora część polityków w niego uwierzyła. Skąd wiem, że uwierzyła? Ano stąd, że ta zajadłość, z którą napierdalano w Lewicę nie była udawana. Ci ludzie na serio uwierzyli w to, że niewiele brakowało do tego, żeby obalić rząd i zorganizować przedterminowe wybory. Ponieważ Lewica nie potrafi w komunikację polityczną, wszyscy byli skazani na „domyślanie się” o co chodziło (próżnię informacyjną momentalnie wykorzystał komentariat, który nawijał o tym, że będzie koalicja PiSu z Lewicą/etc.). Ja sobie gdybałem, że mogło być tak, że Lewica olała te rozmowy i „obalanie rządu”, bo uznała, że plan jest bezsensowny. Teraz okazuje się, że chyba jednak miałem trochę racji. Cieszy mnie to, że Lewica nie brała udziału w tej jebanej farsie. Niemniej jednak nie byłbym sobą, gdybym się do czegoś nie przypierdolił, tak więc niniejszym to czynię: nie jestem w stanie zrozumieć tego, czemu nikt z Lewicy nie wyszedł przed kamery i nie opowiedział o tym, jak wyglądał „plan obalenia rządu”, w którym Lewica nie chciała uczestniczyć.


Zacząłem tekst od przyznania się do błędu, teraz zaś przyszła pora na temat, w którym bardzo chciałbym się pomylić, ale niestety „miałem rację”. Otóż, w jednym ze swoich głośnych tekstów wspomniałem o tym, że być może Narodowy Program Szczepień idzie rządowi tak, jak większość innych narodowych rzeczy (czytaj: chujowo). O tym, że idzie średnio, powiedział (acz nie wprost) sam Dworczyk, który tak argumentował otwarcie rejestracji dla młodszych roczników (tak, chodzi o to „otwarcie”, które skończyło się spektakularnym fuckupem z terminami): „Spadła dynamika umawiania się na szczepienia i dlatego zdecydowaliśmy się uruchomić tę grupę ze stycznia w wieku 40-60 lat”. Gdyby ktoś zadał sobie trud przetłumaczenia tego zdania z Dworczykowego na polski, to brzmiało by ono mniej więcej tak: „skończyli się chętni ze starszych roczników”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w tym samym tekście zastanawiałem się nad tym, czy w KPRM ktokolwiek myśli o tym, jak zachęcić ludzi do szczepień i dodałem, że moim zdaniem kolejny spot z Pazurą może nie wystarczyć. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy w telewizorni zobaczyłem, że jednym z elementów „strategii”, mającej na celu zachęcanie Polaków do szczepień jest, między innymi, a jakże, kolejny spot z Pazurą.


Przez jakiś czas sobie dumałem nad tym, czy partia rządząca zdaje sobie sprawę z tego, że jeżeli chodzi o szczepienie, to idzie nam to tak trochę „nie bardzo”. A potem okazało się, że przegapiłem pewien złotonośny wywiad, którego Dworczyk udzielił DGP (Dziennika Gazeta Prawna). Gdy w trakcie wywiadu został zapytany o to, czy po zaszczepieniu wszystkich chętnych nabędziemy odporność zbiorową, odpowiedział: „Czym właściwie jest ta zbiorowa odporność? Profesor Grzegorz Gielerak mówi, że nabędziemy ją po zaszczepieniu 70 proc. populacji. Prof. Andrzej Horban oraz prof. Gut mówią o 50–60 proc., Francuzi – o 40 proc. Co mam powiedzieć jako polityk? W tej sprawie powinni wypowiadać się naukowcy, a nie politycy.”. Dzwonki alarmowe powinny się rozdzwonić każdemu czytającemu ten wywiad już w trakcie czytania fragmentu „Czym właściwie jest ta zbiorowa odporność”. Tak się bowiem składa, że to jest dość dobrze zdefiniowane pojęcie. Na tyle dobrze, że nawet członek Zjednoczonej Prawicy, który został oddelegowany do zawiadywania programem szczepień powinien być w stanie się tejże definicji nauczyć. Poza tym, nie oszukujmy się, gdyby wszystko ze szczepieniami szło dobrze, to Dworczyk nie zaczynałby odpowiedzi na pytanie o odporność zbiorową od jakichś filozoficznych rozważań w zakresie tego, czym tak właściwie jest ta odporność, bo takowe rozważania są w tym przypadku bardziej zbędne niż prostownik grzbietu u Gowina. Warto również zwrócić uwagę na końcówkę, w której Dworczyk twierdzi, że zdaniem Francuzów do osiągnięcia odporności zbiorowej (czymkolwiek ona jest) wystarczy 40% zaszczepionych.


Ktoś mógłby w tym momencie zacząć argumentować, że może ja tutaj nadinterpretuję wypowiedź Dworczyka, bo może on o tych Francuzach wspomniał w ramach ciekawostki, żeby pokazać, że naukowcy to się w sumie nie zgadzają za bardzo w kwestii tego, jak dużą część społeczeństwa trzeba zaszczepić, żeby dojechać do odporności zbiorowej. Tyle, że Dworczyk wspomniał o tym przynajmniej dwukrotnie. Za pierwszym razem w wywiadzie dla DGP, a za drugim w trakcie konferencji prasowej, która odbyła się 12 kwietnia 2021: „To są pytania, które powinno kierować się do naukowców i lekarzy, mogę powtarzać tylko informacje przekazywane przez nich. Te opinie są zróżnicowane. Francuscy naukowcy twierdzą, że wystarczy 40% populacji, żeby społeczeństwo nabrało odporność, w Polsce prof. Gut mówi o 50%, namawiam, żeby dyskusje tego typu prowadzić z naukowcami.”. Ponieważ jestem upierdliwy z natury, toteż sobie wpisałem w przeglądarkę angielską frazę „french scientists herd immunity”. Dosłownie pierwszy artykuł, który mi wyskoczył w tejże przeglądarce walił po oczach tytułem: „Covid-19: Why France needs to vaccinate 90 percent of adults” („dlaczego Francja musi zaszczepić 90% dorosłych”). Okazało się, że francuscy naukowcy po przeanalizowaniu sobie tego, co wyczyniał brytyjski wariant, doszli do takich, a nie innych wniosków. Cebulą na torcie jest to, że artykuł ów opublikowano 8 kwietnia 2021, tak więc cztery dni przed tym, jak Dworczyk opowiadał o „francuskich naukowcach” na konferencji prasowej.


Ja z góry przepraszam za to, że tak bardzo czepiam się tych 40%, ale wrzucenie tych 40% w debatę publiczną (powinniście być ze mnie dumni, tyle razy napisałem o tych procentach i nie rzuciłem ani jednym dowcipem nawiązującym do wódki), było po prostu kretyńskie. Wyobraźmy sobie bowiem taką hipotetyczną sytuacje, w której wyszczepiamy 40% pełnoletnich. Potem zaś przychodzi czwarta fala (bo oczywiście, że by przyszła) i foliarstwo spod znaku Konfederacji i innych fanklubów koronawirusa dostaje gigantyczną ilość paliwa, albowiem oni przeca już od dawna mówili, że szczepienia są takie i owakie, nikt im nie uwierzył, a teraz się okazuje, że „mieli racje”. Jednym z problemów, z którymi boryka się nasz kraj, jest pandemia. Niestety, nie mniej groźnym problemem jest tępa władza, która nie traktuje tej pandemii poważnie i uznaje ją za problem natury stricte wizerunkowej. Szczepienie idzie nam nie tak, jak trzeba? To sobie poszukamy takiej narracji, w myśl której jednak „wygrywamy”. Starsze roczniki nie chcą się rejestrować? To otworzymy rejestrację dla młodszych, żeby nikt się nie przypierdalał.


Na uwagę zasługuje również to, że Dworczyk z uporem godnym lepszej sprawy tłumaczył, że no on to jest tylko politykiem i pytania o odporność zbiorową należałoby kierować do naukowców. I wszystko pięknie, ale ten Dworczyk chyba zapomniał, że może i jest jedynie politykiem, ale przy okazji jest pełnomocnikiem rządu ds. narodowego programu szczepień ochronnych przeciwko wirusowi SARS-CoV-2. Skoro zaś jest zawiadowcą programu, to powinien mieć styczność z naukowcami i raportami ich autorstwa, to po pierwsze. Po drugie, nieśmiało przypominam, że fanklub Dworczyka tłumaczył, że Dworczyk zbudował system szczepień „od zera” i porównywał to do operacji Overlord. Tak sobie myślę, że gdyby operację Overlord ogarniał jakiś Dworczyk, to pewnie by się nie odbyła, bo nikt nie wiedziałby jaką liczbę żołnierzy należy przetransportować przez kanał La Manche, celem przełamania niemieckiej obrony (aka Wał Atlantycki [kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nie chodzi o wał w ujęciu Zjednoczono Prawicowym]), zdobycia przyczółków/etc. Warto też w tym miejscu nadmienić, że w pewnym momencie Dworczykowi się jednak odmieniło i zaczął opowiadać o tej odporności zbiorowej (być może dlatego, że w międzyczasie został naukowcem? Tego się nigdy nie dowiemy.), ale jak to mawia Wołoszański „nie uprzedzajmy faktów”.


W tym miejscu przyznam się wam do tego, że napisałem prawie cały, dość długi akapit tekstu, a potem, po wnikliwej analizie tegoż akapitu uznałem, że jest on cokolwiek niemądry. W tym kawałku mądrzyłem się na temat tego, że przeca z każdym projektem jest tak (a NPSz jest projektem), że jak się go tworzy, to wyznacza się jakieś cele. Wyznacza się również jakieś daty graniczne, po dojechaniu do których powinny zostać osiągnięte cele „cząstkowe”. Jeżeli zaś tych celów się nie osiągnie, to jest wyraźny sygnał, że trzeba jakieś strategie naprawcze wdrażać. Jak tak skończyłem pisać ten kawałek, to w głowie mej pojawiła się myśl „typie, piszesz o Zjednoczonej Prawicy, tam nikt nie wyznaczał żadnego celu, bo nikt niczego nie ogarnia”. Gdyby bowiem ktokolwiek czymkolwiek tam zarządzał, to pewnie zostałyby wyznaczone odpowiednie odsetki osób z konkretnych przedziałów wiekowych, które powinny się zarejestrować do tego, a tego dnia. Równolegle ktoś opracowałby jakieś strategie „zapasowe”, na wypadek, gdyby nie udało się osiągnąć zamierzonych celów. Ja przepraszam za katowanie was moją odmianą korpomowy (mam nadzieję, że docenicie to, że nie piszę o targetach). Jedyną „strategią zaradczą” Zjednoczonej Prawicy było otworzenie rejestracji dla młodszych roczników, bo dzięki temu udało się na jakiś czas przykryć to, że jeżeli chodzi o szczepienie starszych roczników to „nie jest dobrze”. Już po napisaniu powyższego dotarło do mnie, że to nie do końca prawda z tą jedną strategią zaradczą/naprawczą. Zjednoczona Prawica ma bowiem jeszcze jedną: niezależnie od tego, co się akurat zjebało, wszystkiemu winna jest Unia Europejska.


Spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy są przyzwyczajeni do tego, że mogą wymyślać dowolnie idiotyczne narracje, bo opozycja i tak nie będzie w stanie ich w żaden sposób skontrować. Niemniej jednak to, co odjebali w ramach przykrywania fuckupu związanego z niewystarczającym zainteresowaniem szczepieniami w Polsce, to jest (cytując klasyka) jakieś, kurwa nieporozumienie. Otóż, wpadli na pomysł, żeby całą tę sytuację przedstawić jako dowód na wyższość polskiego narodowego programu szczepień, nad tymi z innych krajów. Wszystko zaczęło się od tego, że na portalu Deutsche Welle pojawił się artykuł o tytule z gatunku selfexplanatory: „Polacy w Niemczech. Po szczepionkę do Polski”, potem był lead „W Niemczech dopiero otwarto szczepienia dla osób poniżej 60. roku życia. Dla wielu młodych Polaków z Niemiec Polska stała się celem turystyki szczepionkowej.”. W artykule można było przeczytać wypowiedzi Polaków, którzy tłumaczyli, że: „Niemiecki system grup priorytetowych jest zbyt sztywny – ocenia Kamila, która pojechała z koleżankami na szczepienie do Krosna Odrzańskiego. Oczywiście, że trzeba chronić najbardziej zagrożonych – uważa – ale jeżeli chętnych w tych grupach jest mniej niż szczepionek, należy też pozwolić szczepić się ludziom spoza grup.”. Co zrozumiałe, zostało to momentalnie podchwycone przez media rządowe: „W Niemczech bez szans na szczepionkę, więc przyjeżdżają do Polski. Tu niemal od ręki” (to tytuł artykułu z portalu TVP Info).


W tekście na TVP Info można było przeczytać: „Wielu Polaków mieszkających w Niemczech jeździ do Polski na szczepienie przeciw COVID-19. Za Odrą dopiero otwarto szczepienia dla osób od 60. roku życia. W Polsce mogą się już rejestrować wszyscy dorośli. Niemieccy krewni i znajomi zazdroszczą im polskiego PESEL-u. – Nasza biurokracja nas wykończy – mówią.”. Tak więc widzicie. Niemcy ogarniają temat szczepień tak źle, że z pomocą Polakom mieszkającym w Niemczech musi iść Kapitan Polska, który wszystko ogarnia doskonale, albowiem #PolandStronk. Tyle, że te narracje mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Nie mam w tym miejscu pretensji do Polki, która obserwując to, co dzieje się w Polsce (młodsze roczniki mogą się szczepić) uznała, że w Niemczech też by mogły, gdyby tylko im na to pozwolono, bo chętnych ze starszych roczników na pewno brakuje. Pretensji nie mam również do DW, bo oni jedynie cytowali to, co powiedzieli im Polacy. W chuj pretensji można mieć do ściemniaczy z mediów rządowych. Prawda jest bowiem taka, że jeżeli porównamy dane odnośnie szczepień z Polski i Niemiec, to będziemy mogli w pełni docenić skalę kolejnego sukcesu, który poniesiemy razem z rządem Zjednoczonej Prawicy. Gdyby rację miała Polka, która twierdzi, że w Niemczech brakuje chętnych ze starszych roczników i można by było spokojnie szczepić młodych, to liczba przyjętych dawek na 100 obywateli powinna być niższa w Niemczech niż w Polsce. W rzeczywistości wygląda to tak, że w Niemczech jest to 53,4 dawki na 100 obywateli, zaś w Polsce jest to 47,1 dawki na 100 obywateli (dane są aktualizowane na bieżąco, ale obstawiam, że w momencie, w którym tekst „Niemców już nie ma” święcił triumfy w rządowych narracjach, wyglądało to podobnie). Żeby w pełni docenić to, o ile jesteśmy „lepsi od Niemców” trzeba mieć na uwadze to, że Niemcy dopiero na początku maja „otworzyły” rejestrację dla osób poniżej 60 roku życia.


Nie jestem specjalistą, ale wydaje mi się, że w kontekście powyższego można bezpiecznie poczynić założenie, że Niemcy będą miały znacznie wyższy poziom wyszczepienia (czy jak się to tam fachowo nazywa) w grupach priorytetowych, niż nasz kraj. W związku z tym narracje rządowej machiny propagandowej, w których to narracjach Polska radzi sobie lepiej od Niemców, to jest jeden wielki jebany absurd. Gdyby w naszym kraju starsze roczniki szczepiły się tak samo chętnie, jak w Niemczech, to młodsze też czekałyby na swoją kolej. Ja, na ten przykład, mam spory dysonans. Z jednej bowiem strony cieszę się bardzo z tego, że zaszczepiłem się pierwszą dawką, że niebawem druga, że jak sobie odczekam trochę od tej drugiej będę mógł iść na siłownię i nie dostawać zawału za każdym razem, gdy ktoś na sali zakaszle. Jednakowoż z drugiej strony mam świadomość tego, że zaszczepiłem się tylko i wyłącznie dlatego, że starsze roczniki nie miały na to ochoty.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Nieco wcześniej pojechałem Wołoszańskim w temacie tego, jak to Dworczyk opowiadał, że w sumie to on jest politykiem i że o odporności zbiorowej to lepiej naukowców pytać/etc. Kilka dni  temu (19-05-2021) w mediach pojawiła się informacja, że jeżeli zsumujemy wszystkich zaszczepionych pierwszą dawką i tych, którzy się zarejestrowali na szczepienie, to będzie 48%. No i tak sobie myślę, że Michał Dworczyk powinien się z tego cieszyć, bo przecież mówił, że francuscy naukowcy stwierdzili, że wystarczy 40% zaszczepionych, żeby odporność zbiorowa wjechała na białym koniu. Jakiż był mój brak zdziwienia gdy się okazało, że wyżej wymieniony jegomość (chodzi o Dworczyka, nie o białego konia) skomentował to tak, że: „48 proc. zaszczepionych Polaków to zbyt mało, żebyśmy uzyskali odporność zbiorową”. W teorii, powinniśmy się wszyscy cieszyć z tego, że do rządzących nami tytanów intelektu dotarło, że mamy problem i że trzeba coś z tym zrobić. W praktyce z tej ich świadomości nic nie wynika, bo nie mają pojęcia „co dalej”. Nie mają pojęcia tak bardzo, że pełnomocnik rządu ds. narodowego programu szczepień ochronnych przeciwko wirusowi SARS-CoV-2, reagując na wpis trollicy internetowej (której popularność zbudowały rządowe media, powielając brednie jej autorstwa na temat Hiszpanii/etc.), która to trollica napisała (tym razem całkiem słusznie), że szczepienia w Polsce mogą „stanąć” na 50% zaszczepionych, napisał: „jak zwykle celnie - niestety nie jest to nieprawdopodobny scenariusz (w tym miejscu była smutna emotka)  jakieś sugestie?”. Ponieważ został za ten wpis zjebany na funty, zaczął tłumaczyć (w tłumaczenia włączył się też profil „szczepimy się”), że on tylko jest otwarty na sugestie, więc lewaki dupa cicho!
 

I wszystko byłoby super z tym słuchaniem sugestii, gdyby nie to, że to nie jest jakaś pierdolona komedia. Już nawet nie chce mi się wspominać o tym, że wrzucenie do tego wpisu smutnej emotki i tekstu, że to „realny scenariusz” przez pełnomocnika sugeruje, że ów ma to w dupie i nie dociera do niego, że jest, kurwa, odpowiedzialny za to, ilu Polaków się zaszczepi, bo jest (uwaga capslock) PEŁNOMOCNIKIEM RZĄDU DS. NARODOWEGO PROGRAMU SZCZEPIEŃ. Typ, który ma do dyspozycji praktycznie cały aparat państwowy, prosi o sugestie na Twitterze. W kraju, którego władze wywaliły w błoto 70 baniek na wybory, które się nie odbyły nikt nie wpadł na to, że może by tak, na ten przykład wydać trochę grosza na jakieś badania? No wiecie, żeby sprawdzić, ile osób się zaszczepi, a ile nie chce tego robić. Potem zaś dorzucić jakieś badania jakościowe i sprawdzić, z jakich przyczyn jedni chcą się szczepić, a drudzy nie chcą. Gdyby się takowe informacje miało, to można by było sobie zaplanować jakieś działania, dzięki którym można by było spróbować przekonać „nieprzekonanych” (a do tego, wzmocnić postawy u tych, którzy chcą się szczepić, bo, śmieszna sprawa, takie postawy mogą ulegać zmianie). Potem można by to było potraktować ewaluacją i badać, jak się to zmienia z miesiąca na miesiąc. Jeżeli władzy szkoda pieniędzy, to można było poprosić o pomoc instytuty socjologii, psychologii i innych logii, w ramach studiowania których studenci zajmują się badaniami społecznymi. Te instytuty z przyjemnością by pomogły, a studenci biorący udział w projektach wreszcie mogliby mieć świadomość uczestnictwa w czymś, co ma sens (nie żeby robienie badań jakiemuś panu doktoru w ramach obozów badawczych nie miało sensu. W życiu bym czegoś takiego nie napisał!). No, ale kto by się tam zajmował takimi pierdołami, skoro można mieć cały ten program szczepień w dupie. W razie jakichkolwiek problemów rządowe media i tak powiedzą, że u nas jest lepiej i wszyscy nam wszystkiego zazdroszczą. Co prawda, fuckup ze szczepieniami może doprowadzić do kolejnych fal zachorowań, ale nasi rządzący mają ważniejsze sprawy na głowie. Jakież to sprawy? Ano np. takie, żeby przekonywać wszystkich dookoła, jak to wszystko dobrze idzie i jak nam tego wszystkiego zazdroszczą wszyscy dookoła. Aż dziw bierze, że w TVP nie było jeszcze paska „Niemcy wściekli na polski program szczepień!”


Zjednoczona Prawica jest momentami cholernie niespójna w swoich działaniach, ale jest jedna płaszczyzna, na której praktycznie nie ma odstępstw od normy. Tą płaszczyzną jest absolutny wręcz brak poczucia odpowiedzialności za swoje własne działania. Dla obecnej władzy najważniejsze nie jest to, żeby zrobić coś dobrze, ale żeby przekonać wszystkich dookoła, że wszyscy inni na jej miejscu zrobiliby to znacznie gorzej. Rządzący nie dopuszczają do siebie myśli „pomyliliśmy się”. Tę „nieomylność” było widać, gdy minister Niedzielski opowiadał o tym, że co prawda otwarcie szkół w trybie stacjonarnym przyczyniło się do rozwoju drugiej i trzeciej fali (żodyn się tego nie spodziewał), ale, na ten przykład, otwarcia szkół w styczniu nie można traktować w kategoriach błędu, ale w kategoriach takich, że „jesteśmy po bardzo długim zamknięciu szkół”. Tu warto sobie zadać pytanie odnośnie tego, „do czego doprowadziło otwarcie szkół” i dlaczego tym czymś było, między innymi, ponowne ich zamknięcie. Teraz pora na moją ulubioną zabawę „co by było, gdyby”. Tak więc, wyobraźmy sobie, co by było, gdyby role były odwrócone (ktokolwiek inny by rządził, a PiS był w opozycji). Coś mi mówi, że pięć minut później PiS zrobiłby pierwszą konferencję prasową na tle cmentarnej bramy. W trakcie tej konferencji Jarosław Kaczyński opowiadałby o tym, że słowa szefa MZ powinny zostać zbadane, bo jeżeli ów twierdzi, że otwarcie szkół przyczyniło się do rozwoju pandemii, ale nie było błędem, to znaczy, że doprowadzenie do śmierci kilkudziesięciu tysięcy ludzi było zaplanowane. Pięć minut po konferencji w Sejmie złożono by pierwsze wnioski o powołanie komisji śledczych w tej sprawie.


Czy chciałbym takiej samej reakcji ze strony obecnej opozycji? Szczerze mówiąc, nie wiem. Wiem natomiast, że chciałbym jakiejkurwakolwiek reakcji. Teraz bowiem wygląda to tak, że PiSowi udaje się zwalać winę za to, co się stało „na nieprzewidywalnego wirusa” (mimo, że od cholery osób mówiło o tym, że otwarcie szkół może się źle skończyć). I nie, tu nie chodzi o surfowanie na trumnach analogiczne do tego, które uprawiał PiS po katastrofie smoleńskiej, jest bowiem szerokie spektrum zachowań pomiędzy „wyjebane”, a „spisek i trotyl, dejcie Antka z jego komisją!”. Brak działań opozycji sprawia, że Genialny Strateg może w trakcie wywiadu opowiadać o tym, że: „Z powodu COVID-19 i z powodu innych okoliczności zmarło w Polsce przeszło 100 tys. ludzi. Można powiedzieć, że była to prawdziwa zaraza.”. Nie chodzi o to, że Kaczyński nie ma racji, mówiąc o tym ile osób zmarło, ale jakoś tak zupełnie pomija to, że jego partia się bardzo, ale to bardzo przyczyniła do tego. A opozycja i dziennikarze na to pozwalają.


Na koniec tematów covidowych zostawiłem sobie wybitne osiągnięcie polskiego parlamentaryzmu: „Powstał Parlamentarny Zespół ds. Sanitaryzmu. Do jego zadań należeć będzie m.in. monitorowanie i analizowanie problemów związanych z poszanowaniem i ochroną konstytucyjnie gwarantowanych praw i wolności obywatelskich w obliczu wyzwań dot. bezpieczeństwa sanitarno-epidemiologicznego oraz podejmowanie interwencji”. Założycielką tego zespołu jest Anna Siarkowska zaś: „Obok Siarkowskej, która objęła funkcję przewodniczącej, w zespole zasiadają również: Mariusz Kałużny (wiceprzewodniczący, Solidarna Polska), Małgorzata Janowska (sekretarz, PiS), Agnieszka Górska (PiS), Sławomir Zawiślak (PiS) oraz Janusz Kowalski (Solidarna Polska).”. Tak, jeżeli czegoś w Polsce potrzebujemy, to parlamentarnego zespołu, który będzie zwalczał reżim sanitarny. I znowuż, Zjednoczoną Prawicę należałoby bezlitośnie chłostać medialnie za to, że nie wypierdoliła ze swoich szeregów osób odpowiedzialnych za powstanie tego „zespołu”. Tak swoją droga, bardzo „prawicowe” jest to, że każda z osób, zasiadających w tej komisji, w innych okolicznościach bardzo chętnie opowiadałaby o tym, jak to „trzeba chronić życie od momentu zapłodnienia komórki jajowej, aż do śmierci”. Te same osoby bez mrugnięcia okiem podejmują działania, które mogą doprowadzić do śmierci wielu osób (bo tym się właśnie kończy walka z obostrzeniami). I nie, nie wierzę w to, żeby tego rodzaju twór powstał bez wiedzy i przyzwolenia zawiadowców Zjednoczonej Prawicy. Obstawiam, że jest to subtelny plan walki o elektorat z Konfederacją.


Wielokrotnie produkowałem się już w temacie „wielonarracji”, którą stosuje PiS (tej metody nauczyli się od Trumpa). W telegraficznym skrócie, w „wielonarracji” chodzi o to, żeby zawalić odbiorców maksymalną liczbą narracji, które mogą być ze sobą sprzeczne, bo w ostatecznym rozrachunku nie będzie to miało najmniejszego znaczenia (dlatego, że właściwe narracje trafiają do właściwych odbiorców, że tak to ujmę „pojedynczo”). W przypadku pandemii PiS stosuje dokładnie tę samą metodę. Tyle, że w tym konkretnym przypadku problem polega na tym, że powielane są również skrajnie antynaukowe i foliarskie narracje. Choć samej Zjednoczonej Prawicy to nie szkodzi, to jednak szkodzi nam wszystkim, bo przez te narracje ludzie mogą nie chcieć się szczepić (no bo skoro nawet politycy partii rządzącej mówią o czymś, to pewnie musi być prawda, co nie?). Ponieważ dla partii rządzącej w naszym kraju pandemia jest problemem stricte wizerunkowym, nikt się tam szczególnie nie przejmuje tym, że w efekcie powielania tych, czy innych narracji umrze więcej Polaków. Władza z jednej strony toleruje (i wspiera) działania takie, jak powołanie takiego gówno zespołu parlamentarnego, a z drugiej strony tworzy narracje, w których tłumaczy się suwerenowi, że to, że się ludzie nie chcą szczepić, to jakieś niemalże nienaruszalne prawo natury (albo jakaś fizyczna stała), z którą nic się nie da zrobić, tak więc władza nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności. A w tle tego wszystkiego jest opozycja i dziennikarze, którzy nadal, kurwa, nie mają żadnego pojęcia o tym, dlaczego PiS ma takie, a nie inne słupki sondażowe (nie, nie chodzi o to, że ktoś się „sprzedau za pincet złoty”).   


Nieco wcześniej zacytowałem fragment wywiadu z Genialnym Strategiem. W tym wywiadzie padło wiele zajebistych wypowiedzi, ale moim zdaniem, najbardziej spektakularna była ta, w której Żoliborski Arystokrata Rozumu odniósł się do kwestii aborcji: „Ale też wiem, że są ogłoszenia w prasie, które każdy średnio rozgarnięty człowiek rozumie i może sobie taką aborcję za granicą załatwić, taniej lub drożej.”. Jakiż był mój brak zaskoczenia, gdy okazało się, że ten wysryw nie spotkał się z żadną krytyką ze strony tej części komentariatu, który opowiadał brednie o tym, że PiS jest lewicowy, że wrażliwość społeczna, że to, że tamto, że sramto. Gdy okazuje się, że prawo wprowadzane przez partię Jarosława Kaczyńskiego uderza w głównej mierze w biednych (bo jak ktoś ma pieniądze, to może mieć na to prawo wypierdolone), w kręgach, które wcześniej wychwalały „lewicowość PiSu”, zapada taka niezręczna cisza. Ktoś mógłby powiedzieć, że gdyby te osoby miały odrobinę RiGCzu, to posypałyby głowę kawałkami podartych ulotek wyborczych Zjednoczonej Prawicy. Tyle, że gdyby te osoby miały tę odrobinę RigCzu, to nigdy nie opowiadałyby bredni o „lewicowości” PiSu.


Kaczyński jest człowiekiem, który bardzo, ale to bardzo stara się wszystkim udowodnić, że jest intelektualistą. Stara się to robić po to, żeby machina propagandowa mogła potem opowiadać o tym, jaka to intelektualna przepaść dzieli go od liderów innych formacji. Temu mają służyć te wszystkie „mądre słowa”, które Jarosław Kaczyński na siłę upycha w praktycznie wszystkich swoich wypowiedziach. Mechanizm jest zawsze taki sam. Najpierw Arystokrata Rozumu wrzuca kilka „trudnych słów” w wypowiedziach, potem jego kamaryla (owszem, musiałem), zaczyna się tym jarać, a następnie drony zaczynają to rozrzucać po soszjalach. Tym razem, co prawda, nie było „trudnych słów”, ale były przemyślenia Genialnego Stratega w temacie tego, jak działa prawo:


- Czy pan uważa, że wiceambasador, który interweniował w Czechach, żeby nie ułatwiano Polkom przerywania ciąży, zachował się właściwie? Polska teraz będzie interweniowała w krajach ościennych w tej sprawie?


-To jest pytanie o to, czy prawo ma charakter terytorialny czy personalny. Kiedyś miało charakter personalny, szło za człowiekiem. Później zwyciężył pogląd, że prawo ma charakter terytorialny. Jako prawnik mogę powiedzieć, że to jest spór, którego tutaj nie rozstrzygniemy.


- Nie chcemy tego rozstrzygać. Zastanawiamy się tylko, czy inni ambasadorzy będą podejmowali takie same inicjatywy?


- Nie sądzę, ale to jest ich decyzja. Obawiam się, że zasada terytorialna będzie dzisiaj decydowała.


Primo: tak, na pewno było tak, że ten wiceambasador tak sam z siebie wyskoczył z tą interwencją i nikt w Zjednoczonej Prawicy o tym nie wiedział (wszak pod rządami Zjednoczonej Prawicy samodzielność polskich placówek dyplomatycznych jest legendarna). Secundo: jak podesłałem ten fragment znajomym prawnikom, to mi powiedzieli, że wszystko spoko, ale Arystokrata Rozumu pierdoli głupoty i podrzucili mi taką ściągę, z której wynikało, że Dohtor Prawa tak trochę nie bardzo się zna na prawie. Tertio, gdybym był złośliwy, to bym napisał, że jakiś czas temu podobne rozkminy na temat „zasady terytorialnej” zapewne prowadziła Arystokracja Rozumu z południowych stanów, której stany północne uniemożliwiały polowanie na niewolników, którzy uciekli „na północ”. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, poproszę was o przejście do kolejnego punktu. Quatro, to zabawne, że akurat Jarosław Kaczyński wspomina o tym, że „obawia się, że zasada terytorialna będzie dzisiaj decydowała” (czymkolwiek by ta „zasada terytorialna” nie była w rozumieniu Jarosława Kaczyńskiego), albowiem to jego własna partia cierpi na straszliwe zesrańsko, ilekroć ktoś podnosi argument, że może by tak Polska uznawała małżeństwa jednopłciowe zawarte za granicą: „Uznawanie małżeństw jednopłciowych zawartych w innych krajach powinno być zastopowane na drodze ustawowej. Powinniśmy się także bronić przed adopcją dzieci przez pary jednopłciowe - mówi w wywiadzie dla DGP Michał Wójcik, minister w KPRM.”. To jak to jest z tą „zasadą terytorialną”? Dobra? Zła? Trochę się pogubiłem. Quinto, w te rozważania Arystokraty Rozumu idealnie wpasowuje się to, że Polska nie chciała dołączyć do Prokuratury Europejskiej. Tutaj jakoś tak ta „zasada terytorialna” jest spoko, bo dzięki niej można chronić „swoich” (jak tam sprawa Czarneckiego? Już wyjaśniona?). Sexto, nie, ja tu nie chcę zaczynać dyskusji o prawie, bo nie znam się na nim ni chuja (tak więc znam się na nim lepiej od Sebastiana Kalety, ale to bardzo nisko zawieszona poprzeczka). Chodzi mi jedynie o wykazanie idiotyzmu w wypowiedzi Genialnego Stratega, który usiłuje swoim quasiintelektualnym pierdoleniem bronić decyzji i działań, których nie da się w żaden sposób obronić. Aż dziw bierze, że Kaczyński nie ograniczył się do stwierdzenia, że wiceambasador zrobił to, co zrobił, ze względu na „imperatyw moralny”, albo nie powiedział, że Czechy się bezczelnie wtrącają w wewnętrzne sprawy Polski.  
 

Na końcu poprzedniego Przeglądu wspomniałem o tym, że dwa tematy mi się nie zmieściły i że pochylę się nad nimi w następnym Głośnym Tekście. Pierwszym z tych tematów był nieudany reenacting Smoleńska. „W lipcu 2020 samolot z prezydentem Andrzejem Dudą przez cztery minuty leciał bez formalnej kontroli z ziemi, w przestrzeni dostępnej dla każdego statku powietrznego.”. Czemu lecieli bez formalnej kontroli z ziemi? Ano temu, że kontroler pracuje do konkretnej godziny i o tej konkretnej godzinie ma skończyć robotę, amen. Co zrozumiałe, w kraju, w którym mienie wyjebane na wszelkiej maści procedury to powód do dumy, coś takiego, jak brak kontrolera, nie mogło nikogo powstrzymać przed startem. Równie zrozumiałe jest to, że absolutnie nikogo nie obchodziło to, że taki samolot „bez kontroli” mógł doprowadzić do katastrofy lotniczej i po prostu przyjebać w inny samolot. Zastanawiam się nad tym, jakim kretynem trzeba być, żeby w takich sytuacjach wywierać naciski na pilotów. Bo to nie jest sytuacja w rodzaju „a chuj, pojadę se bez biletu, najwyżej zapłacę mandat”, tylko „a chuj, polecę se bez kontrolera, najwyżej zginę w katastrofie lotniczej, YOLO!”. W trakcie postępowania doszło do prawdziwego nieszczęścia, przez które władza nie będzie mogła udowodnić wszystkim niedowiarkom, że ktokolwiek naciskał na pilotów w sprawie startu. Otóż: „W niewyjaśnionych okolicznościach zniknęły nagrania z kokpitu maszyny, którą leciał prezydent”. Strasznie pechowa ta nasza władza... Potem było jeszcze ciekawiej, bo Wirtualna Polska dotarła to stenogramów rozmów, które po tym nieudanym reenactingu finałowego odcinka drugiego sezonu Breaking Bad („ABQ”),prowadziły ze sobą pewne Ważne Osoby. Jedną z nich był Marcin Horała, który doradzał innym Ważnym Osobom „co robić”: „Instytucje powinny trzymać taki profesjonalny przekaz"- pisze na grupie Marcin Horała. I dodaje: "Natomiast politycy to IMHO powinni iść na ostro: kolejna wrzutka Laska, próba puszczenia szczura na ostatniej prostej kampanii, źródło niewiarygodne, mimo wszystko nie lekceważymy, sprawdzimy, ale na spokojnie po wyborach”. Of korz, żadnego „sprawdzania po wyborach” nie było. Miałem w tym miejscu napisać o tym, że Smoleńsk nie nauczył tych kretynów niczego, ale to nie byłaby prawda. Smoleńsk nauczył ich tego, że odpowiedzialność za wszystko można zwalać na innych. Dla przypomnienia osoba, która organizowała lot do Smoleńska poniosła takie konsekwencje, że aż miała okazję przejebać 70 baniek organizując wybory, które się nie odbyły. Smoleńsk nauczył ich tego, że wszystko można „zespinować” i wszystko można wykorzystać do walki politycznej.  Dla nich kolejna katastrofa lotnicza byłaby jeszcze jednym tematem do spinów i karmienia ludzi narracjami o tym, że „to pewnie kolejny zamach”. Idealną pointą do tego kawałka Przeglądu będzie wypowiedź Pawła Solocha, który jest szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego: „Samolot znajdował się poza kontrolą przez kilka minut? To niesmaczne. Kwestię sprzed ponad roku podniesiono w kontekście katastrofy smoleńskiej. To niegodziwe”.  


No dobra, jeden z zaległych tematów mamy za sobą, teraz pora na drugi. Tematowi temu media poświęciły trochę uwagi, ale potem o nim zapomniały. Chodzi o mizianie Zjednoczonej Prawicy z kolejnym proputinowskim politykiem europejskim, Matteo Salvinim. Gwoli ścisłości, jest to kolejny przykład na to, jak bardzo skuteczna jest Zjednoczona Prawica w narzucaniu swoich narracji i jak słabi są polscy dziennikarze (pewnie spodziewaliście się tego, że w tym miejscu będzie coś o opozycji) oraz opozycja (nie pomyliliście się) w zwalczaniu tych narracji. Fidesz Orbana odszedł z Europejskiej Partii Ludowej. Przyczyna odejścia była taka, że gdyby Fidesz tego nie zrobił, to pewnie zostałby z EPL wywalony (albo zawieszony). Pod koniec marca w Budapeszcie doszło do spotkania Premiera Tysiąclecia z Viktorem Orbanem i Matteo Salvinim. Spotkanie to zostało obkomentowane, albowiem komentariat (tym razem całkiem przytomnie [co nie jest normą dla komentariatu]) zwracał uwagę na miłość do Putina, którą pałają rozmówcy Premiera Tysiąclecia. Zamiast odpowiadać na słuszne zarzuty, Zjednoczona Prawica po raz kolejny wrzuciła do debaty publicznej swój przekaz: "Cała europejska niby-chadecja trzęsie portkami, że w Parlamencie Europejskim powstaje prawicowa siła, która ją zepchnie do opozycji". Autorem tych słów był Ryszard Terlecki. Nieco później pociągnął temat stwierdzając, że spotkanie w Budapeszcie: „wywołało prawdziwą panikę w brukselskich salonach liberalnej lewicy, ale także u naszej zaściankowej opozycji”. Jak dodał: "powodem wcale nie jest krytyka unijnych działań dotyczących szczepionek, ale zapowiedź politycznego przełomu we władzach UE i w Parlamencie Europejskim. (…) Jest oczywiste, że taka zmiana układu sił, tym bardziej że w grudniu tego roku, czyli w połowie kadencji, wybrane zostaną nowe władze i obsady wielu unijnych instytucji i biur, może spowodować w Brukseli prawdziwe trzęsienie ziemi”.


Narracje te śmigały sobie spokojnie po Zjednoczono Prawicowych soszjalach i absolutnie, kurwa, nikomu nie chciało się tego wszystkiego prostować. Przez moment załóżmy, że dojdzie do porozumienia i Liga Północna (28 europosłów) oraz Fidesz (12 europosłów) dołączą do Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (63 europosłów). W tym miejscu pora na krótką dygresję. Po raz pierwszy miałem problem z ustaleniem liczby posłów jakiejś formacji. Ryszard Terlecki twierdzi, że ECR ma 63 europosłów. Według wikipedyjnej strony ECR (w języku polskim) ugrupowanie to ma europosłów 61, zaś według anglojęzycznej jest ich 62. Na wikistronie Europarlamentu (polskojęzycznej) stoi, że ECR ma 61 członków, jeżeli zaś przeskoczymy sobie na język angielski, to się okazuje, że jest ich 73. Jeżeli wejdziemy sobie na stronę ECR, to tam z kolei przeczytamy, że tych członków jest 70 (aczkolwiek tutaj z kolei jest ten problem, że nie są to dane z obecnej kadencji). W takich chwilach zaczynam rozumieć Szacha Researchu, albowiem zamiast się, za przeproszeniem, pierdolić z tymi stronami, łatwiej byłoby wrzucić tu dowolną liczbę. No, ale to dygresja tylko. Wróćmy do meritum. Zakładamy, że wszystko pójdzie tak, jak tego chce Zjednoczona Prawica Fidesz i Liga Północna (która obecnie jest w ugrupowaniu „Tożsamość i Demokracja") dołączą do ECR. W sumie da nam to ugrupowanie, które ma 103 europosłów.  Terlecki twierdzi, że takie ugrupowanie jest w stanie zatrząść Parlamentem Europejskim i że to właśnie (a nie mizianie się z proputinowskimi politykami) jest przyczyną, dla której Zjednoczona Prawica jest krytykowana. Czy tak jest w rzeczywistości? No oczywiście, kurwa, że nie. Wszystkich eurodeputowanych jest 705. Europejska Partia Ludowa (tu znowu był, kurwa, problem z ustaleniem liczby) ma ich 187, Partia Europejskich Socjalistów 145. Co prawda ECR ze swoimi 103 członkami byłby trzecią partią w Europarlamencie, ale to nadal nie zmieniłoby układu sił w tymże. Owszem, Fidesz odszedł z Europejskiej Partii Ludowej, ale to było tylko 12 europosłów, więc raczej niewiele zmienia to w ogólnym rozrachunku.  


Na temat kondycji intelektualnej Terleckiego mam zdanie takie, a nie inne, ale nawet on musi wiedzieć, że te transfery nie są w stanie w żaden sposób wpłynąć na Parlament Europejski. Terlecki musi wiedzieć, że nikt w Brukseli nie boi się tego, że ECR może powiększyć stan posiadania z 63, do 103 eurodeputowanych (kosztem Tożsamości i Demokracji). Czemu więc wygadywał te bzdury? Żeby przykryć to, że jego partia mizia się z politykami o jawnie proputinowskich poglądach. Czy mu się to udało? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że ponieważ nikt nie prostował tych kretynizmów o „przerażeniu Brukseli” i nie zestawił wypowiedzi Terleckiego z liczbami, ta narracja mogła być częściowo skuteczna. Na pewno nie zaszkodziłoby odpytanie Terleckiego z tego, ilu eurodeputowanych mają poszczególne ugrupowania w Europarlamencie i w jaki sposób wyobraża sobie zepchnięcie do opozycji partii, które mają większość w europarlamencie. Co prawda nie przepadam za Terleckim, ale odpowiedzi na takie pytanie z przyjemnością bym posłuchał.


Znowuż się rozpisałem i znowuż nie zmieściły mi się w tekście wszystkie tematy, które chciałem do niego wrzucić. Tak więc na temat Instytutu, O Którym Nie Można Mówić Wiecie Czego, a konkretnie zaś o uczelni założonej przez tę organizację, będzie w kolejnym odcinku. Wspomnę w nim również o tym, jak doskonale sobie radzi pewną komisja, powołana przez Zjednoczoną Prawicę po to, żeby nikt nie mógł zarzucić partii, której szef darł mordę „wara od naszych dzieci” tego, że ma wyjebane na problem instytucjonalnego tuszowania pedofilii przez Kościół.


Źródła:

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,27082075,bartlomiej-wroblewski-nie-bedzie-nowym-rpo-marszalek-grodzki.html

https://www.wprost.pl/kraj/10439249/piotr-ikonowicz-nie-bedzie-rpo-borys-budka-tlumaczy-brak-poparcia-ko.html

https://dorzeczy.pl/kraj/183195/awantura-po-slowach-dziennikarki-ostra-reakcja-lewicy.html

https://www.wprost.pl/kraj/10447875/fundusz-odbudowy-nitras-nie-wierzyl-w-rzad-techniczny.html

https://www.newsweek.pl/polska/polityka/jak-lewica-dogadala-sie-z-pis-kulisy-spisku/fv048hc

https://oko.press/ratyfikacja-funduszu-odbudowy-ue-rozbije-rzad-pis/

https://www.money.pl/gospodarka/szczepienia-deklarowales-chec-w-styczniu-jesli-masz-co-najmniej-40-lat-zaraz-cie-zaszczepia-6624301619395520a.html

https://www.gazetaprawna.pl/magazyn-na-weekend/artykuly/8129340,dworczyk-szczepionki-to-nie-problem-wywiad.html

Coby nie być gołosłownym, pierwsza lepsza definicja odporności zbiorowiskowej:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Odporno%C5%9B%C4%87_zbiorowiskowa

https://wiadomosci.wp.pl/koronawirus-w-polsce-konferencja-prasowa-michala-dworczyka-nowe-informacje-ws-szczepionek-6628231546558593a

https://www.france24.com/en/europe/20210408-covid-19-why-france-needs-to-vaccinate-90-percent-of-adults-to-return-to-normal-life

https://twitter.com/PSzrot/status/1378044409145614337

https://www.dw.com/pl/polacy-w-niemczech-po-szczepionk%C4%99-do-polski/a-57468204

https://www.tvp.info/53761761/turystyka-szczepionkowa-polacy-z-niemiec-przyjezdzaja-do-kraju-na-szczepienie-przeciw-covid-19

Jeżeli kogoś interesuje to, jak wygląda poziom wyszczepienia w różnych krajach, to polecam stronę:

https://ig.ft.com/coronavirus-vaccine-tracker/?areas=eue&cumulative=1&populationAdjusted=1

Tekst o „zdradzie lewicy” jest za paywallem (ale może to i lepiej, bo po jego lekturze doszedłem do wniosku, że im mniej osób go przeczyta, tym lepiej):

https://www.newsweek.pl/polska/polityka/jak-lewica-dogadala-sie-z-pis-kulisy-spisku/fv048hc

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,173952,27101491,michal-dworczyk-mamy-48-proc-zaszczepionych-albo-zapisanych.html

https://twitter.com/michaldworczyk/status/1395237441582272516

https://twitter.com/PanZolty/status/1395448828363517954

https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/niedzielski-otwarcie-szkol-przyczynilo-sie-do-rozwoju-pandemii/8xey4n8

https://fakty.tvn24.pl/ogladaj-online,60/adam-niedzielski-otwarcie-szkol-przyczynilo-sie-do-rozwoju-epidemii,1059918.html

https://www.wprost.pl/kraj/10449780/jaroslaw-kaczynski-dla-wprost-kazdy-moze-zalatwic-aborcje-za-granica.html

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,173952,27097475,poslowie-znalezli-kolejna-ideologie-przed-ktora-chca-nas-bronic.html

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/koronawirus-niedzielski-o-szczepieniach-dochodzimy-do-punktu-przesilenia/hhpnj6p

https://wiadomosci.wp.pl/ujawniamy-oto-jak-tuszowano-incydent-z-udzialem-prezydenta-dudy-6630853453376352a

Krótka notka o Sasinie:

https://www.facebook.com/PutiniSatyra/posts/173220204645556

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/8081518,wojcik-powinnismy-ustawowo-blokowac-uznawanie-malzenstw-jednoplciowych-wywiad.html

https://oko.press/pis-nie-przystapi-do-prokuratury-europejskiej-boi-sie-nadzoru-ue-nad-sledczymi-ziobry/

https://twitter.com/Gosc_RadiaZET/status/1385133985240698880

https://wpolityce.pl/swiat/541526-fidesz-oficjalnie-opuszcza-epl

https://tvn24.pl/polska/ryszard-terlecki-o-spotkaniu-premiera-morawieckiego-w-budapeszcie-cala-europejska-niby-chadecja-trzesie-portkami-5057388

https://wpolityce.pl/polityka/546369-jak-zareaguje-bruksela-terlecki-po-spotkaniu-w-budapeszcie

https://en.wikipedia.org/wiki/European_Conservatives_and_Reformists

https://pl.wikipedia.org/wiki/Liga_P%C3%B3%C5%82nocna

https://pl.wikipedia.org/wiki/Fidesz

https://pl.wikipedia.org/wiki/Parlament_Europejski

https://www.europarl.europa.eu/elections-2014/pl/political-groups/european-conservatives-and-reformists-group


Hejterski Przegląd Cykliczny #76
07.05.2021

Dawno już nie przydarzyła mi się sytuacja, w której nie bardzo wiedziałem od czego zacząć Przegląd ze względu na „klęskę urodzaju”. Tak się bowiem złożyło, że w przypadku tego konkretnego Przeglądu, każden jeden temat jest bardziej spektakularny od reszty. Zaczniemy od przygód Ryszarda Czarneckiego. To, co dzieje się w jego sprawie (a raczej to, co się nie dzieje) pokazuje, po co Zjednoczonej Prawicy jest przejmowanie mediów i to, jak bardzo media nie przejęte jeszcze przez PiS, nie ogarniają. Kiedy w 2020 pojawiły się pierwsze informacje o tym, że Czarnecki najprawdopodobniej „poprawiał” sobie kwity składane w Parlamencie Europejskim po to, żeby wyciągnąć sobie z tegoż parlamentu kasę, która mu się nie należała, pan Ryszard się bardzo zdenerwował. Tak bardzo, że na swoim ćwitrze opublikował Groźnie Brzmiący Ćwit: „Informuje, ze podejmę kroki prawne w związku z publikacjami, które pojawiły się dziś i w ostatnich 8 dniach, a dotyczącymi mojego funkcjonowania w PE. Kłamstwa i fake-newsy w nich maja zdyskredytować moja osobę w oczach opinii publicznej ...”. Co jakiś czas złośliwi internauci dopytywali się Czarneckiego o to, czy już te kroki podjął, bo jakoś tak mu się nie śpieszyło. Jakieś dwa tygodnie temu w mediach pojawiły się kolejne informacje, które rzuciły nieco światła na to, czemuż to, ach czemuż Czarnecki się jakoś tak nie śpieszył z pozywaniem. Okazało się, że przyczyna była dość prozaiczna: media napisały prawdę: „Po zwróceniu się do posła o wyjaśnienia, PE podjął decyzję o odzyskaniu nienależnie wydanych pieniędzy (wydatki na zwrot kosztów podróży nie są zgodne z wewnętrznymi przepisami dotyczącymi wykorzystania dodatków). Europoseł został powiadomiony o decyzji i przystąpił do zwrotu kosztów”.


Aczkolwiek w sumie ten brak „podjęcia kroków prawnych” nie był taki oczywisty. Bezczelność Zjednoczonej Prawicy osiągnęła bowiem taki poziom, że nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której Czarnecki przekonywałby sąd, że w sumie to on te pieniądze dostał tak nie do końca zgodnie z prawem, a potem je oddał bo mu kazali, ale to chyba jeszcze nie powód, żeby informować o tym opinię publiczną, prawda? Gdyby trafił na jednego z sędziów, że tak to ujmę „na telefon”, to pewnie nawet mógłby wygrać. Problem polegał na tym, że o całej sprawie mogłoby się wtedy zrobić głośno. Teraz zaś sprawa jest bardzo skutecznie „zamilczana” przez Zjednoczoną Prawice, której dzielnie pomagają media, których partii rządzącej jeszcze nie udało się dobić. Prawda jest bowiem taka, że te media powinny robić jedną, zajebiście istotną rzecz, którą opisał jeden z ćwiterian: „Marzy mi się, żeby dziennikarze każdą rozmowę z Czarneckim rozpoczynali od pytania: "Dlaczego Pan kradł?"”, po czym dodał: „Rozszerzam: w gruncie rzeczy marzy mi się, żeby dziennikarze każdą rozmowę z dowolnym politykiem PiS rozpoczynali od: „Dlaczego Czarnecki kradł?“, dopóki PiS się go nie pozbędzie.”. Ponieważ polscy dziennikarze są polskimi dziennikarzami, marzenie ćwiterianina się nie spełniło. Zanim będę się pastwił nad mediami nie-rządowymi, pozwolę sobie na krótki komentarz odnośnie tych rządowych. Dla tych mediów nie ma żadnej sprawy Czarneckiego. Absolutnie nic się nie stało. Jestem tak stary, że osoby, które uważają, że wał na pi razy oko 100 tysięcy euro jest na tyle mało istotny, że nie warto o nim wspominać, gardłowały, że Sławomir Nowak powinien iść siedzieć z powodu nieuwzględnienia zegarka w swoich oświadczeniach majątkowych. Nieśmiało przypominam, że czasomierz Nowaka był wart dziesięć tysięcy zeta, zaś Polityk Zjednoczonej Prawicy zrobił wał na kwotę pi razy oko, czterdzieści razy większą. Zamilczanie tej sprawy przez media rządowe nie powinno nikogo dziwić (w końcu po coś Zjednoczona Prawica te media przejmowała). Dziwić również (niestety) nie powinno to, że polska opozycja z tego „zamilczania” nie jest w stanie zmontować żadnego sensownego przekazu.


Reakcje polityków partii rządzącej również nie powinny budzić naszego zdziwienia: „Zawsze mogą zachodzić jakieś nieprawidłowości wynikające z nieznajomości przepisów - usprawiedliwia kolegę Marek Ast, przewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka. I dodaje: "Ryszard Czarnecki uznał, że rzeczywiście doszło do nieprawidłowości. Zwrócił pieniądze. Sprawa jest zamknięta.”. Tak więc widzicie, chłop się po prostu pomylił. Tzn. w sumie nie tyle „pomylił”, co „mylił się” przez 9 jebanych lat. Nikt bowiem biedakowi nie powiedział, że nie powinien w sprawozdaniach finansowych przekonywać o tym, że odbywał podróże służbowe między Brukselą a Jasłem, skoro w tymże Jaśle nie mieszkał (mieszkał w Wawie). No przecież taka pomyłka mogła się przydarzyć każdemu. Ast usiłował zbudować narrację, w myśl której Czarnecki się pomylił, po czym zorientował się, że się pomylił i oddał kasę. Tylko, że „Czarnecki uznał, że rzeczywiście doszło do nieprawidłowości”, dopiero po tym, jak OLAF (czy OLAF, to polskie nazwisko?) go prześwietlił, a PE kazał oddać kasę. Równie zabawne jest to, jak bardzo małomówny zrobił się Sebastian Kaleta: „(Sprawa) trafiła do prokuratury w Zamościu. Co się z nią dzieje? - pytamy wiceministra sprawiedliwości. - Ja nie znam wszystkich spraw, które się toczą w prokuraturze - oznajmił Sebastian Kaleta. Ryszard Czarnecki powinien być wyrzucony z PiS? - pytamy dalej. - Nie wiem - odpowiedział polityk Solidarnej Polski. Jego zdaniem cała historia "w jakiś sposób została wyjaśniona".” Gdybym był złośliwy, to napisałbym, że Kaleta pewnie jest za bardzo zajęty szukaniem gówna w Wiśle, żeby być na bieżąco. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że tenże sam Kaleta, który „nie zna wszystkich spraw”, w sprawie Sławomira Nowaka (który nie tak dawno temu wyszedł z aresztu tymczasowego) jest na tyle zorientowany, że non stop wypowiada się na temat tejże sprawy.


Na uwagę zasługuje również końcówka wypowiedzi „sprawa jest w jakiś sposób wyjaśniona”. Ja sobie doskonale zdaje sprawę z tego, czemu ma służyć taka narracja: patrz, suwerenie, tu wszystko jest już wyjaśnione, więc nie warto strzępić ryja. Gdyby opozycja (i dziennikarze, którzy nie pałają miłością do partii rządzącej) ogarniali cokolwiek, to mogłoby się okazać, że ta konkretna narracja mogłaby się okazać pereirowskim „niedźwiedzim pocałunkiem”. Czemu? Ano temu, że w tym konkretnym przypadku „w jakiś sposób wyjaśnienie sprawy” oznacza nie mniej ni więcej tyle, że Czarnecki oddając kasę w praktyce przyznał się do winy. Z tego zaś z kolei wynika, że postępowanie (czy jak to się tam nazywa to, co teraz robi prokuratura [nie, nie chodzi o siedzenie na dupie i czekanie na wytyczne]) prowadzone przez prokuraturę nie powinno być jakoś specjalnie skomplikowane. Szczególnie, jeżeli weźmiemy pod rozwagę ten drobny szczegół, że OLAF dał prokuraturze komplet kwitów. Tych samych kwitów, które sprawiły, że Czarnecki oddał  (czy „jest w trakcie oddawania”) kasę i nawet nie próbował się awanturować (zgodzicie się z tym, że to pewne novum, prawda?). Co zrozumiałe (w zaistniałych okolicznościach przyrody) prokuratura jakoś niespecjalnie się śpieszy i postępowanie się nieco przeciąga. No ale, ta sprawa to nic pilnego, a poza tym polska prokuratura ma ważniejsze sprawy na głowie (np. ściganie kogoś za „Tęczową Maryjkę”). To jest wprost idealny temat dla dziennikarzy i opozycji. Do tej bowiem pory przed jakąkolwiek odpowiedzialnością karną chroniła członków Zjednoczonej Prawicy (rzecz jasna tych, którzy nie podpadli Genialnemu Strategowi) chroniła krysza. Praktycznie za każdym jebanym razem okazywało się, że to, co odjebał ten, czy inny kryształ ze Zjednoczonej Prawicy, nie nosiło znamion przestępstwa/etc. W przypadku Czarneckiego wygląda to inaczej, bo zajmował się nią podmiot, na który Zjednoczona Prawica nie ma wpływu. Co prawda chłopcy i dziewczęta od Zbyszka nadal mogą uznać, że „nic się nie stało”, ale za cholerę nie da się tego w żaden sposób spiąć narracyjnie z tym, że Czarnecki oddaje kasę. Nie ma żadnej wrogiej „kasty”, która go do tego zmusiła, nie ma żadnych „wrogów”, na których można to zwalić. Mimo tego opozycja (oraz dziennikarze) nie wykorzystują tej sytuacji. I ja wiem, że teraz mamy sporo innych problemów, które są znacznie poważniejsze, ale z tego wcale nie wynika, że nie można mówić także o Czarneckim. Warto również wspomnieć o tym, że można by przy okazji omawiania „bierności prokuratury”, która nie śpieszy się z wyjaśnianiem (już wyjaśnionej) sprawy pana Ryszarda, flekować Zjednoczoną Prawicę za to, że nie chciała, by Polska przyłączyła się do Prokuratury Europejskiej. Jeżeli bowiem partia rządząca przyzwyczaiła nas do czegoś, to do tego, że u nich nic nie dzieje się bez powodu. Czasem te powody są idiotyczne, jak np. chęć „postawienia się” (w ramach „wstawania z kolan”), która sprawiła, że Polska poszła na zwarcie z Izraelem i USA po nowelizacji ustawy o IPN. Czasem są one bardzo przyziemne, jak np. obniżanie wymagań przy zatrudnianiu kadry kierowniczej w Służbie Cywilnej (żeby można było ją obsadzić „swojakami”, którzy nie spełniali dotychczasowych wymagań). Tym razem mamy najprawdopodobniej do czynienia z tą drugą sytuacją. Jeżeli bowiem Zjednoczona Prawica „nie miałaby nic do ukrycia”, to nie musiałaby się obawiać dołączenia do Prokuratury Europejskiej. Problemem jest pewnie to, że po dołączeniu do tejże, partia rządząca straciłaby kontrolę nad częścią dochodzeń (bo nie miałaby wpływu na ludzi, którzy się nimi zajmują). To zaś jest wyraźna sugestia, że, eufemizując, Zjednoczona Prawica najprawdopodobniej "ma coś do ukrycia". Jeżeli zaś chodzi o sposób, to można by było walnąć jakimś spotem, w którym ktoś mówiłby „nie może być tak, że jak ukradniesz wafelek to możesz iść siedzieć, a taki poseł Zjednoczonej Prawicy – bach, przez 9 lat wyłudza pieniądze z Parlamentu Europejskiego i puszczają go wolno”.


Mniej więcej w połowie kwietnia Genialny Strateg z Żoliborza uznał, że kadencja Rzecznika Praw Obywatelskich nie może być przedłużana w związku z tym, że nie wybrano jego następcy. O, przepraszam, napisałem „Genialny Strateg”? Miałem na myśli w stu procentach niezależny Trybunał Przyłębski. Wszystkich, którzy poczuli się urażeni tym wpisem nie przepraszam, bo to przecież jedno, kurwa, i to samo. Decyzja Trybunału Przyłębskiego niespecjalnie mnie zdziwiła. Gdyby Jarosław Kaczyński nie życzył sobie utrącenia Bodnara, to nikt nie złożyłby żadnego wniosku do TP. Ok, trochę wszystko przedłużano, ale to pewnie po to, żeby wybrać odpowiedni moment, a nie dlatego, że ktoś tam faktycznie dumał nad tym, jaką decyzję podjąć. Może i jestem mało spostrzegawczy, ale dopiero jak sobie to wszystko przemyślałem „na spokojnie”, to dotarło do mnie, że Zjednoczona Prawica od początku planowała rozwiązanie siłowe. Gdyby Zjednoczonej Prawicy zależało na „dogadaniu się” z opozycją, to kandydatura Bartłomieja Wróblewskiego zostałaby zgłoszona terminowo, a sam kandydat mówiłby te same rzeczy, które opowiada teraz (opozycjo, dej mnie kandydatów na moich zastępców! [nieco później odniosę się do wiarygodności tych obietnic]). Ponieważ zaś partia rządząca nie chciała udawać, że będzie się dogadywać, termin zgłaszania kandydatur został przez nią olany. Potem zaś do Trybunału Przyłębskiego trafił wniosek o zbadanie konstytucyjności przedłużania kadencji RPO (a w tle było przeczołgiwanie kandydatki Zuzanny Rudzińskiej-Bluszcz przed komisjami/etc.). Jeszcze bardziej potem, Zjednoczona Prawica zgłosiła kandydaturę jakiegoś partyjnego aparatczyka (aka Piotr Wawrzyk). To była kandydatura tak bardzo na odpierdol, że typowi nawet nikt nie kazał przygotować się do odpowiadania na pytania senatorów. Efekt końcowy był trochę komiczny (trochę, bo tu jednak chodziło o kandydata na RPO, a nie o kandydata na chujowego stand-upera), albowiem aparatczyk pierdolił w Senacie takie głupoty (rzecz jasna, nie mające żadnego związku z pytaniami zadawanymi przez senatorów), że tego się naprawdę nie dało słuchać. W Senacie szło mu tak doskonale, że oczyma wyobraźni widziałem sytuację, w której (po jakimś kolejnym „niewygodnym” pytaniu) kandydat na RPO z ramienia Zjednoczonej Prawicy zaczyna drzeć ryj „o chuj wam chodzi? Jestem tutaj, bo mi Jarek kazał!”.


Problemy Zjednoczonej Prawicy zaczęły się w 2019, kiedy to w ramach „historycznego zwycięstwa” straciła 13 mandatów w Senacie. Warto w tym miejscu wspomnieć, że część tzw. „betonu” przekonuje, że Zjednoczona Prawica te wybory wygrała, bo miała więcej głosów (nie dociera do nich to, że w przypadku JOWów nadwyżki głosów pełnią funkcję, że tak to ujmę „kosmetyczną”). Senat przestał więc być „maszynką do głosowania” (co, rzecz jasna, bardzo nie podoba się partii rządzącej), zaś opozycja stara się tam wrzucać swoje poprawki do ustaw. Co prawda, ta sama opozycja mogłaby zadbać o lepszą oprawę „narracyjną” dla tych poprawek (które potem PiS wypierdala z ustaw), ale nie można wymagać zbyt wiele. W większości przypadków wygląda to tak, że PiS sobie przegłosowuje co chce w Sejmie, zaś potem ustawa jest rozbierana na czynniki pierwsze w Senacie. Następnie PiS przegłosowuje sobie w Sejmie co chce, odrzucając poprawki Senatu. Dla partii, której czynniki decyzyjne są ogarnięte, nie byłby to specjalny problem. Po prostu trzeba by było sobie wkalkulować te trzydzieści dni w proces legislacyjny. Dla Zjednoczonej Prawicy, która potrafiła przegłosowywać kompulsywnie pierdylion wersji ustaw/nowelizacji, które miały „reformować wymiar sprawiedliwości”, jest to jednak spory problem, bo nie da się tego już robić w ciągu jednego dnia/wieczora. Było to bardzo widoczne w czasie, w którym Zjednoczona Prawica chciała sobie zorganizować wybory kopertowe (ktoś jeszcze pamięta o tym, że wydrukowano 3 miliony kart do głosowania więcej, niż było potrzeba? [a wszelkie pytania na ten temat zbywano „tajemnicą przedsiębiorstwa”]), których kontrola byłaby praktycznie niemożliwa. Cała machina wyborcza ruszyła tak właściwie bez żadnego trybu, bo nie było żadnych podstaw prawnych do tego, żeby te wybory zorganizować. W teorii, wszystko by się pewnie terminowo spięło, ale w pewnym momencie Gowin się znarowił. Tym razem już nawet nie tyle głosował i się nie cieszył, ale zagroził, że nie zagłosuje za ustawą (nie wiadomo, czy się cieszył).


Być może członkowie Zjednoczonej Prawicy nie są najbystrzejsi (aczkolwiek są na tyle bystrzy, żeby ogrywać opozycję), ale nawet oni musieli się domyślić tego, że nie są w stanie zmusić Senatu do poparcia ich kandydatury i sprawa się może przeciągać i przeciągać. Czynniki decyzyjne w Zjednoczonej Prawicy dumały, dumały i wydumały, że w sumie to z ich punktu widzenia nie ma specjalnej różnicy między tym, czy nie będzie żadnego RPO, czy też będzie to ktoś z ramienia partii rządzącej, tak więc Bodnar został potraktowany z buta przez Julię Przyłębską. Różnicy zaś dla nich nie ma, albowiem jeżeli Rzecznikiem Praw Obywatelskich zostanie ktoś „od nich”, to nie będzie ich krytykował. Tak samo będzie w sytuacji, w której stanowisko RPO nie zostanie obsadzone. Aczkolwiek, jak tak sobie ja teraz móżdżę, to mi wychodzi, że dla Zjednoczonej Prawicy nawet lepiej by było, gdyby stanowisko RPO nie zostało obsadzone, bo przeca wtedy winę za ten stan rzeczy można zwalać na opozycję, która wsadza kij w szprychy, sypie piach w tryby (i tak dalej).  Tak na dobrą sprawę Zjednoczona Prawica mogłaby całkowicie odpuścić kwestię obsadzania RPO, ale ktoś tam pewnie doszedł do wniosku, że lepiej wystawić kolejnego drona, napompować balonik „kandydat niezależny”, podpowiedzieć typowi, żeby zaczął opowiadać jakieś pierdoły o tym, czego to on nie zrobi, jak go wybiorą (z czego, kluczowe było „nie zrobi”) i oddelegować część „niezależnych internautów” do pisania komentarzy na temat tego, że to kandydat dialogu. Jeżeli Wróblewski nie zostanie RPO (w momencie, w którym pisałem ten kawałek tekstu, nadal nie było wiadomo, jak zachowa się Senat [acz Libicki zapowiedział, że wstrzyma się od głosu]), to będzie się tłumaczyć, że to wina opozycji, bo pozbawiła obywateli rzecznika. Jeżeli Wróblewski zostałby RPO, to w sumie nawet lepiej, bo nawet jeżeli powstałby kolejny pakt senacki, to nie będzie się cieszył zbyt dużym powodzeniem.


Teraz pora pochylić się nad retoryką kandydata na RPO. Warto to zrobić, bo jest ona cokolwiek ujmująca. Otóż, kandydat z ramienia Zjednoczonej Prawicy zapowiedział, że jeżeli zostanie wybrany na RPO, to złoży mandat poselski i wystąpi z partii. Przypomina mi się jedna z „obietnic” (cudzysłów użyty celowo) kandydata na Prezydenta RP (również z ramienia Zjednoczonej Prawicy). Nie jestem w stanie tego oblinkować, ale pamiętam, jak ów zapowiadał, że jeżeli zostanie Prezydentem RP, to wystąpi z partii. Jak zapowiedział, tak zrobił i nawet się w tym temacie wypowiedział: „Muszę wystąpić. Jest to dla mnie naturalne, że jak się zostaje prezydentem to się nie jest partyjnym w żadnym stopniu”. Zupełnie bez związku z tą „zrealizowaną obietnicą”, przypomniało mi się coś, co można wyczytać na stronie prezydent.pl: „Czy Prezydent może być członkiem partii politycznej? Nie, Prezydent nie może należeć do żadnej partii politycznej. Nie może też piastować żadnego innego urzędu ani pełnić żadnej funkcji publicznej z wyjątkiem tych, które są związane ze sprawowanym urzędem. Mówi o tym art. 132 Konstytucji RP.”. Gdybym był złośliwy napisałbym, że obecny Prezydent RP nie miał specjalnego wyboru w kwestii wystąpienia z partii i w trakcie kampanii w 2015 „obiecał” coś, co i tak musiał zrobić. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, wspomnę o tym, że dokładnie tak samo wygląda to w sytuacji Rzecznika Praw Obywatelskich. Mandatu posła nie można bowiem łączyć z funkcją RPO (art.103), a poza tym Rzecznik Praw Obywatelskich nie może być członkiem partii (art. 209). Chciałbym w tym miejscu pozdrowić dziennikarzy, którzy słuchają tego rodzaju „obietnic” i na wszelki wypadek w żaden sposób nie sprawdzają tego, czy aby ktoś nie obiecuje czegoś, co i tak będzie musiał zrobić. Chwała wam dziennikarze, te słupki poparcia Zjednoczonej Prawicy/PiSu, to w pewnej części również wasza zasługa. O tym, że opozycja również mogłaby się w temacie tych obietnic wypowiedzieć, wspominać nie warto, bo znowu wyjdzie na to, że się czepiam biednej opozycji, która nic nie może.


Jest jeszcze jedna obietnica Wróblewskiego, nad którą chciałem się trochę popastwić. Otóż, Wróblewski zapowiedział, że jeżeli zostanie RPO, to on sobie weźmie zastępców wskazanych przez opozycję. Jednym z tych zastępców ma być Piotr Ikonowicz (który był kandydatem na RPO z ramienia Lewicy). W mojej skromnej opinii ta obietnica jest zabawniejsza od poprzedniej. Rządy PiSu (te i poprzednie) nauczyły mnie sporo rzeczy. Jedną z nich było to, że obietnice „personalne” PiSu są całkowicie niewiarygodne. Pamiętam bowiem doskonale, jak to „za pierwszym razem” Jarosław Kaczyński obiecywał, że jeżeli jego brat zostanie Prezydentem RP, to on nie będzie premierem. W 2015 mieliśmy obietnice, w których stało, że szefem MON zostanie Gowin, zaś prawicowi mediaworkerzy wyśmiewali każdego, kto twierdził, że szefem tegoż ministerstwa zostanie Macierewicz. Tego rodzaju obietnic było więcej i wniosek z tego, w jaki sposób były (nie)realizowane płynie taki, że nie powinno się wierzyć w obietnice „personalne” składane przez partię Jarosława Kaczyńskiego. Na użytek niniejszego kawałka tekstu załóżmy, że Wróblewski zostaje RPO. Czy opozycja miałaby możliwość wyegzekwowania tej obietnicy, gdyby Wróblewski uznał, że on jednak nie chce tych zastępców wskazanych przez opozycję? Ni cholery. Nieśmiało przypominam, że Zjednoczona Prawica, która była i jest wkurwiona na Bodnara, nie była mu w stanie nic zrobić (poza szczuciem na niego mediów) w trakcie trwania jego kadencji. Jeżeli więc partia rządząca, która zakochała się na zabój w „siłowych” rozwiązaniach, nie była w stanie zmusić RPO do czegokolwiek, to co mogłaby zrobić opozycja, gdyby Wróblewski nie chciał powołać tych zastępców i dlaczego tym czymś było by „nic”?



UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Zanim przejdę do części właściwej tego, o czym teraz chciałem sobie popisać, pozwolę sobie przypomnieć fragment filmu „Wielki Szu”. Chodzi o scenę, w której taksówkarz, który nieco wcześniej zaproponował głównemu bohaterowi grę w karty (po to, żeby go ograć) sam został ograny i był tym faktem nieco zdziwiony. Główny bohater wypowiedział wtedy kwestię, która idealnie pasuje do tego, co działo się w Polsce w kontekście głosowania nad ratyfikacją Funduszu Odbudowy: „Graliśmy uczciwie: ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem. Wygrał lepszy”. Moim zdaniem, do opisu tego, co się stało ten fragment pasuje znacznie lepiej, niż płaczliwe narracje, z których wynika, że Straszliwa Lewica zdradziła Niewinną Koalicję Obywatelską (i w ogóle cała opozycję).  Do tego dodajmy sobie narracje, w których opowiada się suwerenowi, że gdyby nie ta przeklęta lewica, to „udałoby się wynegocjować więcej od PiSu”. I wszystko byłoby z tymi narracjami fajnie, gdyby nie to, że debata odnośnie „zdrady lewicy” zdominowana została nie przez to, że „można było wynegocjować więcej”, ale przez te narracje, w których stoi, że gdyby nie lewica to „rząd by upadł”. Obserwuję sobie polską politykę od jakiegoś czasu już, ale tak durnej narracji, jak ta o „upadku rządu” (do którego by doszło, gdyby nie te wścibskie dzieciaki z lewicy!) to już dawno nie widziałem.


Nie chciałbym być źle zrozumiany. To nie jest tak, że ja nie widzę napierdalanki w Zjednoczonej Prawicy (bo ta już dawno wyszła poza kuluary, zaś panowie i panie leją się po mordach przed kamerami). Ta napierdalanka jest realna, tylko że w chwili obecnej nic z niej nie wynika. Co prawda, media się jakiś czas temu podniecały tym, że przez Solidarną Polskę PiS przegrał jakieś głosowanie, ale te same media jakoś tak nie zwróciły uwagi na to, że kiedy przyszło do głosowania w Sejmie nad RPO, to (co za przypadek) praktycznie cała Zjednoczona Prawica (3 posłów wstrzymało się od głosu) poparła tę kandydaturę. Mam uwierzyć w to, że w sytuacji, w której było „o krok od upadku rządu” koalicjanci Prawa i Sprawiedliwości ochoczo poparliby kandydata PiSu na stanowisko RPO? Po co mieliby to robić? Ja bym te „upadkowe” narracje jeszcze jakoś rozumiał, gdyby było tak, że, na ten przykład, PiS (czy to z koalicjantami, czy bez) ma jakieś 25% w sondażach. No bo wtedy perspektywa utraty władzy byłaby na tyle realna, że dla Gowina byłby to sygnał do tego, żeby po raz kolejny zmienić front, a dla Ziobry, żeby wreszcie oficjalnie zacząć się miziać z Konfederacją (żeby sobie nawzajem nie podbierać elektoratu). Z sondażami natomiast było tak, że owszem, nastąpiły spadki, ale nie były one na tyle duże i na tyle długotrwałe, żeby ktoś już teraz chciał spierdalać z tonącego okrętu. Do części komentariatu autentycznie nie dociera to, że dla Gowinoidów i Ziobroidów wystąpienie z koalicji oznacza w praktyce wielomilionowe straty.


Ktoś może podnieść argument taki, że no w sumie to po co oni mają tam siedzieć w tej koalicji, skoro i tak pewnie nie będzie dla nich miejsc na listach wyborczych. Takowy argument jest częściowo słuszny, bo teraz wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że listy wyborcze PiSu będą wyglądały zupełnie inaczej i zostaną na nich tylko ci, którzy wyprą się Gowina/Ziobry. Tylko, że to jest właśnie argument za „trwaniem”. Tak się bowiem składa, że tylko to trwanie jest gwarantem dostępu do koryta (dla wszystkich zaangażowanych w Zjednoczoną Prawicę). Terlecki to powiedział wprost: „Jestem radykałem i najchętniej bym się pozbył koalicjantów, ale utrzymujemy jedność w Zjednoczonej Prawicy tak długo, jak to możliwe i mam nadzieję, że razem pójdziemy do wyborów”. Przecież tu, kurwa, czarno na białym stoi, że Zjednoczonej Prawicy chodzi już tylko i wyłącznie o trwanie dla samego trwania. Ta wypowiedź jest naprawdę wspaniała, bo z jednej strony Terlecki twierdzi, że najchętniej to by wyjebał tych koalicjantów, ale z drugiej, że w sumie to ma nadzieje, że wystartują wszyscy razem w wyborach. Takich wypowiedzi było więcej i jedyne, co z nich przebija to to, że Zjednoczona Prawica jest nastawiona na to wcześniej wzmiankowane „trwanie”. I w tym momencie wchodzi komentariat, cały na obalająco rządowo i będzie tłumaczył, że „NIEWIELE BRAKOWAŁO”. Rozpad Zjednoczonej Prawicy (i przedterminowe wybory) musi się opłacać „rozpadającym”. Nikt bowiem nie będzie ryzykował utraty wielomilionowych dochodów „za obietnicę i nadzieję”. Nawiasem mówiąc, te wszystkie wypowiedzi, w których stoi, że koalicjanci najchętniej by się pozabijali (to wzajemne podrzucanie dziennikarzom kwitów na koalicjantów) to jest wprost idealny materiał na opozycyjne narracje. W takich narracjach można by było spokojnie (podpierając się tymi wypowiedziami) tłumaczyć suwerenowi, że obecny rząd trwa dla samego trwania, że tym ludziom chodzi tylko i wyłącznie o własną kieszeń, a cała resztę mają w dupie. No ale po co to w ogóle wykorzystywać. Lepiej pierdolić głupoty o tym, że lewica ocaliła rząd, prawda? Nie mam pojęcia, co doprowadziło do tego, że Lewica podjęła taką, a nie inną decyzję, zaś polityka komunikacyjna Lewicy (która istnieje tylko teoretycznie) sprawia, że mogę sobie jedynie gdybać. Niemniej jednak wydaje mi się, że mogło być tak, że Lewica niekoniecznie chciała być częścią Super Planu Obalenia Rządu, bo mogła zdawać sobie sprawę z tego, że ów plan jest cokolwiek bezsensowny. Warto w tym miejscu zauważyć, że gdyby ów plan nie wypalił (a szanse na to, żeby wypalił były, że tak to ujmę „matematyczne”), to pewnie doszłoby do jakichś negocjacji, w których główną role odgrywałaby Największa Partia Opozycyjna. Ta sama, która wykoncypowała sobie „Super Plan Obalenia Rządu”. Wydaje mi się, że to raczej mało kusząca perspektywa.


To jest swoją drogą fascynujące, że opozycja po sześciu latach opozycjonowania, nie ma absolutnie żadnego długofalowego planu pt. „jak odzyskać władzę”. Mam tu, rzecz jasna, na myśli Największą Partię Opozycyjną, bo chyba nikt nie ma złudzeń odnośnie tego, kto w chwili obecnej ma największe szanse na to, żeby się brać za bary z PiSem. Okazuje się, że sześć lat wytężonej pracy zaowocowało jakimś „planem”, który można przyrównać do konstrukcji z patyków, klejonego na ślinę. Ale to jeszcze nic. Po tym, jak się okazało, że dojdzie do ratyfikacji FO, pojawiły się narracje, w których stało, że „no teraz to PiS będzie miał te miliardy, co je zamieni na swój fundusz wyborczy/etc.”. Być może zbyt surowo oceniam tego rodzaju wypowiedzi, ale moim zdaniem tak wygląda tłumaczenie własnym wyborcom swojej kolejnej porażki wyborczej. Konkretnie zaś chodzi o znalezienie winnego tej porażki. Jest to o tyle zjawiskowe, że tym razem chodzi o porażkę, do której ma dopiero dojść. Ja tam, co prawda, jestem tylko prosty bloger z Podkarpacia, ale wydaje mi się, że takowa narracja może być cokolwiek samobójcza. O ile bowiem suweren nieszczególnie przepada za zarozumialstwem (haha! NA PEWNO WYGRAMY!), to raczej niechętnie będzie popierał partię, która gdzieś tak w połowie kadencji zaczyna pierdolić o tym, że w sumie to i tak nie wygra, ale to nie jest jej wina. No bo skoro i tak nie wygrają, to po co na nich głosować? To trochę tak, jak gdyby Największa Partia Opozycyjna uznała, że chce być Witoldem Waszczykowskim opozycji. Tak sobie dumam, że w sumie dość absurdalne jest to, że komentariat, który teraz twierdzi, że „olaboga, PiS weźnie piniondz i rozda i wygra wybory i nic się nie da zrobić”, to ten sam, który opowiada biednym ludziom, że w sumie to nie powinni narzekać jak jest im źle, bo wszystko jest w ich rękach, a tak w ogóle to są kowalami własnego losu, tak więc jeżeli nadal są biedni, to pewnie są sami sobie winni.


Na moment oderwijmy się od naszych nadwiślańskich spraw i przenieśmy się za Wielką Wodę. W nie tak odległych czasach, w których cały polski komentariat robił habilitację z amerykanistyki i tłumaczył „co to teraz będzie, jak Biden wygra” mogliśmy się nasłuchać (i naoglądać), jak to Biden teraz będzie „sprzątał po Trumpie”. Przekonywano nas również do tego, że teraz „będzie to, co było”. A potem się okazało, że niezupełnie, bo w porównaniu do tego, co działo się wcześniej, administracja Bidena właśnie skręca w lewo i jak na realia USA to jest to skręt raczej ostry. Wygląda na to, że u amerykańskich liberałów doszło do lekkiego przewartościowania. Ciekaw jestem, kiedy (i czy w ogóle) dojdzie do takiego przewartościowania u naszych nadwiślańskich liberałów. Z grudniowych pomysłów Borysa Budki, który opowiadał o tym, że „Na pewno potrzebne będą cięcia w administracji państwowej, w której wydatki zostały w ostatnich latach bardzo rozdmuchane.”, wynika, że jeżeli dojdzie do takowego przewartościowania, to raczej nieprędko. Jeżeli zaś chodzi o wypowiedź Budki, to trzeba mieć na uwadze to, że jego słowa padły po tym, jak przeorała nas druga fala koronawirusa (i na ten przykład, niedofinansowany sanepid ni chuja nie wyrabiał). Pewnie część z was pamięta inbę, do której doszło w styczniu, kiedy to część polskich liberałów zaliczyła meltdown po tym, jak to Zandberg powiedział coś na temat zawieszenia patentu na szczepionkę na koronę. Okazało się, że co prawda może i ludzi mniej by przez to umarło (bo więcej szczepionek by było) i może i dałoby się w ten sposób szybciej opanować pandemię, ale przecież Przenajświętsza Własność Prywatna jest ważniejsza od ludzkiego życia (i nie, tym razem to nie jest populizm, ci ludzie mają takie poglądy [aczkolwiek warto mieć na uwadze to, że chodzi o życie innych ludzi, a nie ich własne]). Wspominam o tym dlatego, że wczoraj się okazało, że administracja Bidena oświadczyła, że jeżeli chodzi o nich, to oni pomysł zawieszenia patentu (czy jak tam się zwie po naszemu „waiving patent protections) na waksynę popierają. Chciałbym zupełnie bez związku z całą sprawą przypomnieć, że zdaniem Katarzyny Lubnauer pomysł Zandberga to komunizm


Jednym z publicystów, który na temat Stanów Zjednoczonych ma pojęcie jeszcze mniejsze niż ja (a ja mam raczej niewielkie), a mimo tego raczy swoich czytelników Głośnymi Tekstami na temat tego, co się dzieje za Wielką Wodą, jest Rafał Woś. Na początku stycznia Woś tłumaczył, że Biden jest marionetką establishmentu i że w sumie to niewiele się zmieni (będzie tak jak było), a jeżeli nawet coś się zmieni, to na pewno niewiele, a wszystko to będzie podyktowane strachem przed Trumpem. Trump, w opinii Wosia był (uwaga, odstawić płyny): „Ustępujący prezydent Donald Trump był ulepiony z autentycznego amerykańskiego gniewu. Stał za nim bunt zadłużonej, przepracowanej i pozbawionej perspektyw amerykańskiej „wiochy” ciężko doświadczonej przez neoliberalną globalizację. Ale także sprzeciw sporej części (niekoniecznie ubogiej) Ameryki przeciwko kosmopolitycznym wielkomiejskim elitom.”. Te mądrości Wosia są o tyle spektakularne, że w momencie, w którym to pisał, można było bez problemu znaleźć sobie dane, w których stało, że elektorat, w którym Trump pokonał Bidena 54% do 42% były osoby o dochodzie (na cała rodzinę) powyżej 100 tysięcy dolarów rocznie. Aczkolwiek nie powinno to nikogo dziwić, bo powszechnie wiadomo, że redaktor Woś nie zawraca sobie głowy takimi drobnostkami, jak fakty.


Gdy okazało się, że „marionetka establishmentu” i administracja tejże marionetki wprowadza (i planuje kolejne) zmiany, których nie przewidział wszechwiedzący redaktor, Woś nadal niezrażony opowiada o tym, że to wszystko zasługa Trumpa, bo liberałowie się go boją/etc. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że owszem, plany zawieszenia patentu na szczepionkę na koronę na pewno podyktowane są tym, że amerykańscy liberałowie boją się typa, który nie wierzył w koronawirusa i którego nonszalancja kosztowała życie kilkuset tysięcy Amerykanów. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napisze jedynie, że (uwaga, sięgnąć po płyny, bo będzie suchar) Woś nie odkrył Ameryki swoim twierdzeniem, że partie, które uzyskały władze, będą się starać ją utrzymać, zaś ich działania nie będą zawieszone w próżni i będą miały związek z działaniami poprzedników. Ponieważ Woś musi się wyróżniać, poszedł o krok dalej i stwierdził, że wszystkie działania Bidena są zasługą Trumpa. Zapewne do głowy mu nie przyszło to, że podobnej argumentacji można użyć w Polsce. Można bowiem zacząć tłumaczyć, że establishment PiSowski był tak bardzo przerażony perspektywą powrotu PO do władzy, że wprowadzili „wymuszone korekty neoliberalnych niesprawiedliwości.”. Można zacząć tłumaczyć, że za 500+, podwyższenie płacy minimalnej/etc. powinno się dziękować Platformie Obywatelskiej. Gdyby ktoś chciał przeskoczyć Wosia, mógłby zacząć tłumaczyć, że za te wszystkie transfery socjalne powinno się podziękować Balcerowiczowi i temu, w jaki sposób w Polsce przeprowadzono transformację. Paradoksalnie, byłoby w tym więcej racji, niż w Wosiowych wypocinach dotyczących Stanów Zjednoczonych, bo część swojego elektoratu PiS zawdzięcza właśnie Balcerowiczowi i temu, w jaki sposób przeprowadzał swoje reformy.


Wróćmy teraz do ten kraju. O tym, że młodzieży niekoniecznie jest po drodze z konserwatywnym światopoglądem napisano już sporo. Przeprowadzono również trochę badań w tym temacie (i jestem się w stanie założyć, że przeprowadzono ich znacznie więcej, ale raportów z tychże pewnie nie poznamy). Co zrozumiałe, dla partii, która składa się w pewnej mierze z fundamentalistów religijnych i ultrakonserwatystów i która „wisi” na kościele katolickim, tego rodzaju zmiany nie są zbyt komfortowe. Partia rządząca wprowadza więc „strategie naprawczą”, której to strategii na imię Przemysław, a na nazwisko Czarnek. Wszelkie pomysły Czarnka idealnie opisuje parafraza fragmentu serialu „Czarnobyl” (HBO): „Dajcie więcej papieża, młodzież wytrzyma”. To nawiązanie jest o tyle na miejscu, że moim skromnym zdaniem, jeżeli nikt nie powstrzyma Czarnka i ten nadal będzie napierdalał tą swoją konserwatywną urawniłowka, to w pewnym momencie wkurw społeczny osiągnie masę krytyczną, która może doprowadzić do „społecznego jebnięcia” (to nowa definicja socjologiczna, którą właśnie wprowadziłem w życie), a projekt „Prawo i Sprawiedliwość” skończy tak, jak reaktor nr 4 (w sarkofagu otoczonym kordonem sanitarnym). Najnowszy pomysł Czarnka odnosi się do nauczania religii/etyki: „Będziemy chcieli zlikwidować to, co wiele lat temu zostało wprowadzone, czyli możliwość wyboru jednego z trzech wariantów: albo religia, albo etyka, albo nic. To "nic" stało się dość powszechne na przykład w dużych miastach”. Po tej deklaracji momentalnie odezwały się głosy, że wszystko fajnie, ale i tak wiadomo, że tej etyki to będą uczyć katecheci.


Przyznam szczerze, że jak tak sobie dumam nad tym, co odpierdala Czarnek i nad jego planami, to zastanawiam się nad tym, gdzie w tym wszystkim są spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy. Partia rządząca wydaje gigantyczne środki na „oprawę wizerunkową” swoich działań. O tym, że jest to oprawa skuteczna, świadczą słupki sondażowe tejże partii. Z tego wszystkiego można by było wysnuć wniosek taki, że Zjednoczonej Prawicy doradza od cholery spindoktorów. Nie uwierzę w to, że żaden z nich nie zna podstaw psychologii i nie wie, czym jest takie zjawisko jak „reaktancja”. Reaktancja to (wrzucam krótką definicję z Wiki, bo oni ją dźwignęli z cegły Strelaua): „dążenie do przywrócenia wolności wyboru danej osoby zagrożonej przez inną osobę próbującą jej coś narzucić lub czegoś zakazać”. Tak sobie dumam, że to bardzo „polskie” zjawisko (z przyczyn, jak mniemam, oczywistych). Nie trzeba być profesorem psychologii, żeby dojść do wniosku, że przymuszanie suwerena do czegokolwiek, może mieć raczej opłakane (z punktu widzenia przymuszającego) skutki. Nawet gdyby te zmiany oznaczały „jedynie” przymuszanie dzieciaków do chodzenia na etykę, którą prowadziliby, no cóż etycy, a nie katecheci, to i tak wywołałoby to spory opór. Obstawiam, że taki scenariusz mógłby się skończyć tym, że część dzieciaków, które są posyłane na religię (bo np. nie ma co z nimi zrobić) zaczęto by posyłać na etykę. Jeżeli natomiast skończy się to zgodnie z przewidywaniami (etyki będą nauczać katecheci), to wkurw będzie znacznie większy a i pewnie opór będzie przybierał bardziej spektakularne formy. Tak sobie myślę, że działania Czarnka to praktycznie gotowiec dla opozycji, która mogłaby teraz chłostać Zjednoczoną Prawicę wcześniejszymi wypowiedziami polityków PiSu/etc., którzy opowiadali o tym, że ta lewica to straszna jest, bo chce odbierać rodzicom prawo do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi poglądami i sumieniem. Teraz zaś okazuje się, że (cóż za brak zaskoczenia), prawica będzie robić dokładnie to, o co oskarżała lewicę. Niektórzy rodzice nie chcą posyłać dzieciaków ani na etykę, ani na religię, bo mają taki, kurwa, kaprys. Gdyby prawica chciała postępować zgodnie ze swoimi własnymi narracjami, to powinna bronić prawa rodziców do mienia wyjebane na religię i na etykę. Gdyby taki opozycyjny polityk chciał się wykazać, to mógłby zacząć mówić o tym, że to, co teraz robi Zjednoczona Prawica, to nic innego, jak inżynieria społeczna, którą to inżynierię społeczną prawica usiłuje zaprząc do pracy, bo jest przerażona tym, że młodzi ludzie nie chcą na nią głosować. Można by to było nazwać „działaniem z najniższych pobudek”. Tak, mam świadomość tego, że opozycja nie będzie „grzała” tego tematu, bo przecież ma ważniejsze sprawy na głowie.


Skoro zaś jesteśmy przy okazji fundamentalizmu religijnego, to warto pochylić się nad najnowszym osiągnięciem zjednoczonoprawicowej bezmyśli dyplomatycznej. Zapewne wszyscy z was znają takie pojęcie, jak „turystyka aborcyjna”. Do tej pory polscy fundamentaliści udawali, że coś takiego nie istnieje. Dzięki temu, że turystyka aborcyjna praktycznie nie istniała w narracjach fundamentalistów, mogli oni publicznie jarać się tym, że w Polsce przeprowadza się mało aborcji, a na takim Podkarpaciu to już w ogóle (bo udało im się zaszczuć personel medyczny w tym, czy innym szpitalu). Po tym, jak Zjednoczona Prawica zaostrzyła w Polsce prawo aborcyjne, o tejże turystyce zrobiło się na tyle głośno, że udawanie, że nie istnieje, przestało mieć jakikolwiek sens. Zanim przejdę dalej muszę popełnić kawałek komentarza. Ja to już wielokrotnie podkreślałem, ale muszę tę samą formułkę po raz kolejny wrzucić: interesuje się polityką od dość długiego czasu. Na temat poczynań Zjednoczonej Prawicy napisałem już byłem sporo liter. Sporo miejsca poświęciłem również temu, co Zjednoczona Prawica odpierdala w polityce zagranicznej, której to polityki ni cholery nie rozumie. Może inaczej, ze mnie tam żaden spec od tejże polityki, ale jeżeli nawet ja wiem, że to, co oni wyczyniają to dramat, to co na ten temat sądzą dyplomaci (a co za tym idzie władze) innych krajów? Ten wstęp był konieczny, albowiem będzie o tym, co odjebał był Antoni Wręga (Chargé d'Affaires [czyli jakiś tam zastępca polskiego ambasadora w Czechach]) i napisał list do czeskiego Ministerstwa Zdrowia.


List ów poruszał kwestię turystyki aborcyjnej i do tej pory zadaję sobie pytanie, czy ów list był bardziej idiotyczny, czy bardziej absurdalny, czy też oba naraz. Pozwólcie, że zacytuję fragment, który pojawił się w mediach: „Z punktu widzenia stosunków polsko-czeskich postrzegamy zatem jako niefortunne, jeśli propozycje legislacyjne dotyczące legalizacji komercyjnej turystyki aborcyjnej są otwarcie usprawiedliwione intencją obchodzenia polskiego ustawodawstwa chroniącego nienarodzone życie ludzkie, a propozycje te mają skłonić polskich obywateli do naruszania polskiego prawa. Przyjęcie tak umotywowanej legislacji wydaje nam się krokiem niezgodnym z doskonałymi stosunkami między naszymi krajami.”. Jak to powiedział klasyk „to jest dramat, kurwa” i to dramat na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, pan zastępca ambasadora nie wpadł na to, że legislacja w innych krajach nie musi przebiegać tak, jak w naszym (czytaj: nie musi opierać się na tym, co się ujebało w głowie Genialnego Stratega). Po drugie, nie ogarnął również tego, że minister zdrowia może nie mieć specjalnego wpływu na Senat (mam świadomość tego, że to niejako wynika z punktu pierwszego). Po trzecie, pan zastępca był łaskaw otwarcie grozić Czechom. Warto mieć na uwadze to, że to nie był artykuł w gazecie, tylko pismo autorstwa dyplomaty, a w takich pismach zwrócenie uwagi na to, że ktoś wykonuje „krok niezgodny z doskonałymi stosunkami między naszymi krajami”, to praktycznie jawna groźba tego, że jeżeli ów krok zostanie wykonany, to te stosunki staną się, no cóż, „mniej doskonałe”. Po czwarte, do orełów dyplomacji spod znaku Zjednoczonej Prawicy nie dociera to, że oficjalne wpierdalanie się w proces legislacyjny w innym kraju (podparte groźbami), to coś, co podchodzi pod naruszenie suwerenności. Ta sama Zjednoczona Prawica jazgocze, ilekroć jakiś z międzynarodowych trybunałów orzeka nie po jej myśli (mimo, że orzeczenia te mają zamocowanie w traktatach, prawie międzynarodowym etc.). I znowuż, opozycja dostała praktycznie gotowca, z którego nie skorzystała (bo i po co). Na tym przerwę tę wyliczankę, choć dałoby się dopisać jeszcze kilka punktów


Po tym, jak ów list został opublikowany przez czeskie media, jedynym sensownym wyjściem z sytuacji było odcięcie się od tego typa. Nietrudno byłoby zwalić to na samowolkę i wywalając typa z placówki sprawić, że te zapewnienia brzmiałyby legitnie. Co zrozumiałe, polskie MSZ zrobiło coś zupełnie odwrotnego: „Monitorowanie procesu legislacyjnego w krajach urzędowania, w szczególności w obszarach, które dotyczą, bądź mogą dotyczyć w istotnej skali obywateli RP, jest nie tylko prawem, ale i obowiązkiem ambasad RP - stwierdził w rozmowie z Onetem Szymon Szynkowski vel Sęk, wiceminister spraw zagranicznych”. Wypowiedź Szynkowskiego to cebula na torcie, albowiem w praktyce nie odniósł się on do treści listu. Nikt nie miał do tych dzbanów pretensji o to, że „monitorują proces legislacyjny”, ale o to, że usiłują wpływać na ów proces legislacyjny (tak, powtarzam się, ale jednak muszę to napisać: przy użyciu gróźb). Teraz pora na eksperyment myślowy pt. co by było, gdyby podobny list do polskiego rządu wysłały służby dyplomatyczne innego kraju. Co by było, gdyby tak zastępca ambasadora Hiszpanii napisał, że „no weźcie sobie zliberalizujcie to prawo aborcyjne, bo my u nas mamy prawo do przerywania ciąży, a wasze ustawodawstwo jest niezgodne z naszym i nas to trochę wkurwia, bo Hiszpanki mieszkające w Polsce nie mogą dokonać legalnej terminacji ciąży, a to z kolei jest obchodzeniem obowiązującego u nas prawa”. Coś mi mówi, że gdyby taki list dotarł do polskiego Ministerstwa Zdrowia, to to, co potem działoby się na Woronicza 17 sprawiłoby, że znowu by kolektor w Czajce pierdolnął.


Eh, miałem w tej notce więcej tematów poruszyć, ale się rozpisałem, tak więc nad nieudanym reenactingiem Smoleńska i nad tym, jak bardzo Zjednoczona Prawica nie potrafi policzyć tego, ilu w Parlamencie Europejskim jest europosłów, będę się pastwił w następnym Przeglądzie.



Źródła:

https://twitter.com/r_czarnecki/status/1291617832640417793

https://oko.press/czarnecki-musi-zwrocic-parlamentowi-europejskiemu-nawet-100-tys-euro/

https://twitter.com/mikolajkirschke/status/1381571107749253120

https://wyborcza.pl/7,82983,26985382,zawsze-moga-zachodzic-jakies-nieprawidlowosci-pis-pudruje.html

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/476380,afera-zegarkowa-slawomir-nowak-zrzeka-sie-mandatu-poselskiego.html

https://buzz.gazeta.pl/buzz/7,156947,21150142,fatalna-pomylka-pereiry-nie-maja-dla-niego-litosci-niech.html

https://oko.press/chcialam-sie-sprzeciwic-pogardzie-i-nienawisci-zaczal-sie-proces-o-teczowe-maryjki/

https://ec.europa.eu/poland/news/170608_prosecutor_s_office_pl

https://oko.press/o-naprawde-chodzi-sporze-izraelem-o-ustawe-o-ipn-wyjasniamy-politykom-pis-punktach/

https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/urzednicy-powolywani-bez-konkursu-dzis,152,0,2003864.html

https://www.rp.pl/Sadownictwo/170909067-Nie-tylko-billboardy-Jest-pierwszy-spot-kampanii-Sprawiedliwe-sady.html

https://www.rp.pl/Urzednicy/308119942-PiS-nie-zglosil-kandydata-na-RPO.html

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polityka/Wybory-prezydenckie-2020/Wybory-2020.-Poczta-Polska-zamowila-wiecej-kart-wyborczych-niz-wyborcow-PP-zaslania-sie-tajemnica-przedsiebiorstwa

https://poznan.tvp.pl/53634739/senator-libicki-wstrzyma-sie-od-glosu-przy-wyborze-rpo

https://dorzeczy.pl/kraj/176956/wroblewski-jesli-zostane-rpo-zloze-mandat-poselski.html

https://www.wprost.pl/508095/andrzej-duda-wystapil-z-pis.html

https://www.prezydent.pl/prezydent/pytania-i-odpowiedzi/page,2.html

https://www.rpo.gov.pl/pl/content/konstytucja

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/8144620,bartlomiej-wroblewski-piotr-ikonowicz-rpo-zastepca-lewica.html

https://www.pb.pl/j-kaczynski-jesli-moj-brat-zostanie-prezydentem-nie-bede-premierem-278928

https://www.wnp.pl/parlamentarny/ludzie/szydlo-gowin-najbardziej-prawdopodobnym-kandydatem-na-szefa-mon,1016.html

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/8150764,plan-odbudowy-rozmowy-lewicy-z-pis-komentarze.html

Link do wąteczku ćwiterowego, w którym ćwiterianin opisuje „dlaczego narracja o upadku rządu jest nie do końca mądra”.

https://twitter.com/doomer_pl/status/1389912908138754048

https://tvn24.pl/polska/pis-przegral-dwa-glosowania-w-sejmie-min-mariusz-blaszczak-i-antoni-macierewicz-zaglosowali-z-opozycja-5056648

https://www.sejm.gov.pl/sejm9.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=9&NrPosiedzenia=28&NrGlosowania=70

https://twitter.com/GiertychRoman/status/1389696161515180037

https://oko.press/co-po-pis-budka-oszczednosci-w-administracji/

https://oko.press/lubnauer-zawieszenie-patentu-na-szczepionke-przeciw-covid/

https://www.cnbc.com/2021/05/05/us-backs-covid-vaccine-intellectual-property-waivers-to-expand-access-to-shots-worldwide.html

https://twitter.com/rafalwos/status/1351452087943651328

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1351484847387242496

https://twitter.com/RafalWos/status/1386968927704657922

https://www.rp.pl/Edukacja/210429846-Przemyslaw-Czarnek-Religia-lub-etyka-Nie-bedzie-trzeciej-opcji.html

https://natemat.pl/351705,list-polskiej-ambasady-do-czeskiego-ministra-zdrowia-ws-aborcji-polek

https://www.rp.pl/Spor-o-aborcje/210509948-MSZ-o-liscie-ambasady-ws-aborcji-w-Czechach-Nie-tylko-prawo-ale-obowiazek.html


Święta praca
23.04.2021

Tak sobie pomyślałem, że pora na kolejną notkę-gawędę, w której w żadne researche się nie będę bawić. Część z was pewnie widziała to, co się działo (i nadal się momentami dzieje) w soszjalach, głównie na ćwitrze, ale widziałem też, że odpryski (dobrze, że nie były to ostrza odprysku) w postaci screenów spektakularnych ćwitów wyszły na FB („moja córka pomagała ojcu w kancelarii ale płaciliśmy jej w sumie prawie nic, bo i tak nie umiała nic tam robić”/etc.). Chodzi mi, rzecz jasna, o inbę, która zaczęła się od tego, że jedna osoba sobie założyła zrzutkę „na komputer”, a skończyło się na Wielkiej Wojnie o Pracę, w trakcie której okazało się, że część komentariatu ma cokolwiek archaiczne podejście do pracy jako takiej. Trochę martwiło mnie to, że będę musiał te wszystkie mądrości linkować, a przecież miało być bez researchu. Rozwiązanie tegoż węzła gordyjskiego samo mi wpadło w ręce (napisałem to tylko i wyłącznie po to, żebyście sobie to usiłowali wyobrazić). Otóż jeden z krytyków zrzutki „na komputer” nieco później sam sobie zorganizował zrzutkę. Potem zaś zrobiło mu się przykro, bo zaczęto mu przypominać to, co sam wcześniej pisał. Doszedłem więc do wniosku, że po co ja się będę męczył ze zbieraniem linków, skoro mogę napisać ćwit, w którym napiszę kilka słów na temat i poczekać na wjazd osób, które zaczną mi tłumaczyć, że „te sytuacje są nieporównywalne”. O tym, jak bardzo się nie zawiodłem, będziecie mogli się przekonać w jednym (jedynym) linku źródłowym do tego tekstu.


Od czego by tu? Ano od początku, czyli od zbiórki. Otóż, jakiś czas temu jedna ćwiterianka założyła sobie zrzutkę, celem zebrania kasy na kompa. Informacja o tej zrzutce mi mignęła na ćwitrze, ale nie zwróciłem na nią specjalnej uwagi (no bo w sumie, co mnie to obchodzi na co kto zbiera?). A potem komentariatowi udało się mnie zaskoczyć, albowiem okazało się, że wystąpił incydent kałowy. Komentariatowi bowiem nie spodobało się to, że ktoś zbiera sobie na kompa. Na tym jednakowoż komentariat nie poprzestał, bo jak się rozpędził, to zaczął jebać praktycznie wszystkich aktywistów organizujących zbiórki i wysyłać ich „do roboty”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że komentariat tak skutecznie wypromował wyżej wymienioną zrzutkę, że osoba, która ją zorganizowała, nie miała problemu z zebraniem zaplanowanej kwoty (liczba osób, które wpłaciły kasę na tę zrzutkę tylko po to, żeby komentariat się znowu zesrał ze złości pozostaje nieznana). No, ale to dyresja. Patrzałem sobie na to oburzenie komentariatu i dotarło do mnie, że gdyby moja internetowa twórczość była nie po myśli tegoż komentariatu, to pewnie też oberwałoby mi się od nierobów, bo zamiast pisać te pierdoły, bluzgać w internecie i zakładać patronajta, to przecież mógłbym se znaleźć jakąś dodatkową robotę, prawda? Ponieważ zaś (pomimo siania lewackiej propagandy) moje pisanie czasem się komentariatowi podoba (albowiem, eufemizując, nie jestem fanem obecnych władz wyrażam swój „brak bycia fanem”na wiele sposobów), jestem dla komentariatu tym nierobem, którego krytykowanie byłoby w złym tonie. Można więc powiedzieć, że jestem takim „koncesjonowanym nierobem.”


To jest, swoją drogą, dość ciekawa kwestia. No bo z jednej strony można argumentować, że to wszystko, co robię (research, przebijanie się przez narracje, pisanina/etc.) zajmuje trochę czasu, tak więc można by to było uznać za pracę, ale jeżeli ktoś ma archaiczne podejście do pracy, to za cholerę nie przyzna, że blogowanie/shitposting można określić mianem „pracy”. No bo przeca, jak ktoś chce „pisać”, to niech idzie do jakiejś gazety, portalu i tam pisze, bo to wtedy będzie praca, a blogowanie, to nie żadna praca, tylko „graffiti z interpunkcją” (chciałbym w tym miejscu, zupełnie bez związku z cytatem, polecić film „Epidemia strachu”). Nie chciałbym być źle zrozumiany, ja tu sobie nie wystawiam sam pomnika z cebuli. Chodzi mi jedynie o pokazanie teoretycznych podstaw stojących za tezą, w myśl której jestem „koncesjonowanym nierobem”. Coś mi bowiem mówi, że jeżeli w Sejmie dojdzie do zmiany warty, a ja z równą upierdliwością będę pochylał się nad twórczością kolejnej władzy, to o ile będzie ją sprawować partia, którą preferuje ta część komentariatu, której przydarzył się incydent kałowy na tle zrzutki, to moja koncesja może bardzo szybko wygasnąć (i wtedy będę już tylko zwykłym nierobem).


Osoba, która założyła zrzutkę „na komputer”, podpadła komentariatowi po raz kolejny, albowiem nieco później napisała była, że w sumie to dobrze by było dożyć czasów, w których praca byłaby hobby. Komentariat się oburzył, bo jakże to? Toż to promowanie lenistwa, opierdalania się i cholera wie czego jeszcze. Patrzałem sobie na to oburzenie i usiłowałem wykombinować, co tym razem się temu komentariatowi nie podoba. Jeżeliby bowiem możliwa była sytuacja, w której „pracuje ten kto chce”, a sama praca nie jest warunkiem niezbędnym do tego, żeby nie zdechnąć z głodu, to gdzie tu jest w ogóle jakiś problem? Najpierw sobie wydumałem, że to pewnie pokłosie urawniłowki, której wszystkich nas poddano, w myśl której każden jeden musi pracować, bo jak nie pracuje, to z głodu padnie na swoje własne życzenie, bo bez pieniędzy się nie da żyć/etc. Tylko, że ta teoria rozbija się o ból dupy, który w pewnym kręgach wywołuje to, że internetowi influencerzy potrafią zarabiać gigantyczne pieniądze „nie pracując”. Gdyby chodziło tylko i wyłącznie o „zarabianie”, to nikt by się tych influencerów nie czepiał, prawda? Jeżeli bowiem ktoś jest w stanie utrzymać sam siebie (syna, dom i drzewo/etc.) „z internetu”, to nikogo to nie powinno oburzać. Tylko, że tu wcale nie chodzi o pieniądze a o to, że krytycy uważają, że te pieniądze trzeba zarabiać „w sposób właściwy”. Znamienne jest to, że praktycznie ci sami ludzie będą bronić miliarderów przed jakimikolwiek podatkami, bo przecież miliarderzy do wszystkiego doszli ciężką pracą (wcześnie wstawali/etc.) i nadal ciężko pracują.


Z tym moim pisaniem to jest tak, że jak siadam do pisania, to generalnie już wiem, co chcę napisać, ale czasem pewne rzeczy wpadają mi do głowy dopiero w trakcie (to by wskazywało na to, że przebiegają u mnie jakieś procesy myślowe, ale nie mam pewności). Nie inaczej było w tym przypadku. Dopiero po napisaniu kawałka o „właściwej pracy”, dotarło do mnie, że być może jest jeszcze insza przyczyna, dla której część komentariatu tak bardzo oburzyła się na zamysł, że praca mogłaby być „tylko hobby”. Część z tych ludzi najprawdopodobniej wychodzi z założenia, że jeżeli nie będzie przymusu ekonomicznego, to ludzie nie będą chcieli pracować. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na to, że bardziej chodzi tu o zawody, niż o samych ludzi. Szczerze bowiem wątpię w to, żeby komentariat dumał, że bez przymusu ekonomicznego ludzie nie będą chcieli zostawać profesorami, naukowcami, biznesmenami, prezesami, redaktorami telewizji, dziennikarzami, pisarzami, aktorami, piłkarzami/etc? Raczej chodzi o to, że byłoby mało chętnych do tego, żeby sprzątać mieszkania komentariuszy, myć im auta, serwować jedzenie w restauracjach, sprzedawać popcorn w kinie, przetykać kible, podawać baseny w szpitalach, wysłuchiwać telefonicznego marudzenia na popsutą kablówkę, etc. Innymi słowy, komentariusze martwią się o to, że bez przymusu ekonomicznego nikt nie będzie chciał pracować w źle opłacanych zawodach. Aczkolwiek to też jest dość złożona kwestia, albowiem w przypadku braku przymusu ekonomicznego w ujęciu globalnym (nieśmiało przypominam, że my sobie tu teoretyzujemy, tak więc możemy sobie tutaj dowolne założenia wrzucać) oznaczałby tyle, że te „niewdzięczne” zawody by co prawda nie zniknęły, ale musiały by być „wdzięczne”. Stało by się tak z tej prostej przyczyny, że pozycja negocjacyjna kogoś, kto chciałby sobie „dorobić” byłaby bez porównania lepsza od tej, którą ma osoba mająca świadomość tego, że albo weźmie tę chujową robotę, albo padnie z głodu.


Znamienne jest to, że komentariat oburzył się na hipotetyczną sytuację. Hipotetyczną, bo, jak przed momentem wspomniałem, ów brak przymusu ekonomicznego musiałby mieć wymiar globalny. Z tej prostej przyczyny, że gdyby, na ten przykład, w Polsce wprowadzono Powszechny Dochód Podstawowy (w wysokości gwarantującej życie na poziomie nie będącym wegetacją), to wcale nie skończyłoby się to tym, że ludzie pracujący w „niewdzięcznych zawodach” byliby lepiej opłacani. Po prostu w tych zawodach pracowaliby gastarbaiterzy i byliby wynagradzani równie chujowo, jak Polacy, którzy wcześniej pracowali na tych „stanowiskach”. To z kolei generowałoby raczej duże napięcia społeczne (z przyczyn, jak mniemam, oczywistych). Niemniej jednak, nawet małe prawdopodobieństwo realizacji takiego scenariusza nie jest w stanie uchronić części komentariatu przed dostaniem konwulsji z oburzenia na myśl o tym, że jakiś jebany gmin mógłby żyć na jako takim poziomie i nie tyrając chuj wie ile godzin na dobę.


Idźmy dalej. Wydaje mi się, że na luksus bycia „oburzonym” na myśl o tym, że kiedyś praca nie musiałaby być obowiązkiem, a hobby mogą sobie pozwolić raczej te osoby, które mają dobrą pracę. Mam świadomość tego, że „dobra praca” dla każdego oznacza co innego, ale można bezpiecznie założyć, że nie chodzi o jakąś pracę bez żadnych perspektyw (tzw. „dead-end job”) albo taką, w której zarabia się nędzne grosze (i życie zamienia się w wegetację), albo taką, w której nie dość, że zarabia się nędzne grosze, to jeszcze pracuje się pierdylion godzin na dobę. W tym miejscu pora na anecdatę. Zdarzało mi się już pisać o tym, o czym zaraz będzie, ale nie przestanę tego robić, bo to był po prostu jebany skandal. Chodzi mi, rzecz jasna, o to, że kiedy ja sobie jeszcze pracowałem jako „fizyk”, to robiliśmy remont w hurtowni alkoholi. Ponieważ trochę się tam pracowało, gadaliśmy z pracownikami. Z rozmów z agentami ochrony dowiedzieliśmy się, że mają wprost oszałamiającą stawkę godzinową: 2,3 złotych na godzinę. Do tej pory nie wiem, czy była to stawka brutto, czy netto, bo czułem wewnętrzny opór przed zapytaniem o to. Co zrozumiałe, agenci ochrony pracowali po 16 godzin na dobę. Działo się to co prawda w jakimś roku 2003 (o ile mnie pamięć nie myli), ale bądźmy poważni, nawet wtedy, to były po prostu gówniane pieniądze. Jak to możliwe, że ktokolwiek zdecydował się na pracę w takich warunkach? Ano tak to, że były to te przepiękne czasy, w których warunki były dyktowane głównie przez pracodawców (a poza tym, był to Radom). Tym samym agent ochrony mógłby, co prawda, domagać się podwyżki, ale skończyłoby się to tym, że ten, kto zająłby jego miejsce wiedziałby, jakich tematów nie należy poruszać w rozmowach z przełożonymi.


Z tym Radomiem to też była zabawna kwestia, bo czekałem tam kiedyś na dworcu na transport i z nudów zgadaliśmy się z jednym typem. Typ zapytał o to, „co mnie sprowadza do Radomia”. Odpowiedziałem, że w sumie to przyjechałem do roboty. Jego reakcja doskonale oddaje to, jakie realia panowały wtedy w wyżej wymienionym mieście: „Przyjechałeś do Radomia do pracy? No nie pierdol!”. No, ale to tylko taka dygresja. Teraz warto sobie zadać pytanie: czy ci agenci ochrony byliby równie oburzeni pomysłem „praca jako hobby, a nie obowiązek”, co komentariat? Co prawda, nie mam żadnych twardych danych, bo nie przeprowadzałem badań na ten temat, ale myślę, że wątpię. Jakoś tak się składa, że „oburzeni” to w przeważającej większości ludzie, którzy są w jakiś sposób uprzywilejowani. Nie, nie trzeba być milionerem, czy też europosłem (acz po paru kadencjach to na jedno wychodzi), żeby być uprzywilejowanym względem agentów ochrony, o których wspomniałem wcześniej. I ja rozumiem, że ktoś może w tym momencie powiedzieć, że no w sumie to on lepiej zarabia, ale on na to ciężko pracował, tak więc (…). Tyle, że ktoś taki musi sobie zdać sprawę z tego, że jest całkiem spora liczba ludzi, którzy pracowali równie ciężko, a przyszło im z tego tylko tyle, że nadal muszą pracować ciężko, byle tylko jakoś dociągnąć do pierwszego. Warto również wspomnieć o tym, że ludzie, którzy zarabiali takie kokosy, rzadko kiedy pracowali na umowę o pracę, przeważnie wypychało się ich albo na zlecenia, albo na umowy o dzieło (owszem, zlecenia są oskładkowane, ale od niedawna). Taki człowiek zapierdala latami tylko po to, żeby potem nie mieć wypracowanej emerytury (no bo skąd, skoro zaradny pracodawca uniknął płacenia składek?). No, ale to tylko kolejna dygresja. Wróćmy na moment do osób, które ciężko pracowały i osiągnęły sukces. Ludziom takim ciężko się pogodzić z tym, że ich przypadki mogą nie być reprezentatywne, albowiem tzw. „błąd przeżywalności” wjeżdża tu na pełnej kurwie. Nie chciałbym być źle zrozumiany, to nie jest tak, że ja tutaj chcę kogoś guilttripować. Jeżeli komuś się „udało” (czy ktoś zwrócił uwagę na to, że nawet na płaszczyźnie językowej wynika z tego, że to raczej wyjątek, niż norma?), to kudosy dla takiej osoby. Trzeba jednakowoż pamiętać o tym, że są ludzie, którzy pracowali równie ciężko (a czasem nawet ciężej) i „udało im się” dorobić wkurwu. Tacy ludzie mogą mieć nieco odmienne zdanie w kwestii tego czym jest, a czym powinna być praca.


Skoro sobie teoretyzujemy, to można by również poteoretyzować w temacie tego, „co będzie dalej” z pracą jako taką. Tak sobie ostatnio dumałem nad tym, jaki wpływ może mieć pandemia na rynek pracy (w ujęciu globalnym). Do tej pory było tak, że jak ktoś chciał ciąć koszty, to przenosił sobie produkcję do kraju, w którym prawa pracownicze są traktowane tak, jak w Polsce prawa kobiet. Takie przeniesienie produkcji sprawiało, że CEO mogli mieć wyjebane na to, co stanie się z pracownikami. No bo nawet jeżeli spłonie gdzieś w Bangladeszu jakaś fabryka i zginie przy tym 120 osób, to jest to problem rodzin tych, którzy spłonęli, a nie korpo, dla którego produkowano tam różne rzeczy. Chętnych do pracy nie braknie i tak. I dla takiego CEO wszystko było pięknie, aż do momentu, w którym przyjebała w nas pandemia i zaczęły się lockdowny. Obstawiam, że zawiadowcy różnych korpo byli niemożebnie zdziwieni tym, że lockdowny wprowadzano (i nadal wprowadza się) w krajach, do których przenieśli sobie produkcję. I nagle się okazało, że z pozoru bezpieczne inwestycje mogą nie być tak bezpieczne. Teraz bowiem trzeba sobie wkalkulować we wszystko coś takiego, jak pandemia. Ja tam CEO nie jestem żadnym, ale tak na mój podkarpacki rozum, może to oznaczać przyspieszoną automatyzację. Bo jak sobie ten czy inny spec zacznie kalkulować wszystko, to mu wyjdzie, że najsłabszym ogniwem we fabryce jest człowiek. Pal licho, jak tam jednego czy dwóch człowieków szlag trafi (bo sobie zachoruje i umrze), ale co zrobić w sytuacji, w której zachoruje ich np. kilkuset? Do tej pory mogli sobie kalkulować tak, że nawet jak tych człowieków ubędzie kilkudziesięciu albo więcej, to nie po to przenosili sobie produkcję tam, gdzie ją przenieśli, żeby przejmować się czymś takim, jak „brak siły roboczej”. Teraz to się zmieniło. Zmieniło się również to, że do teraz (czyli „do momentu, w którym pojawiła się pandemia”) w przypadku jakichś problemów w jednym z „tych krajów”, zawsze można było sobie produkcję przenieść do innego.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena! (UWAGA! Sponsorując artykuł, sponsorujecie również Koncesjonowanego Nieroba!):

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Do tego wszystkiego trzeba sobie dodać również to, że „te kraje”, do których tak chętnie przenoszono produkcję, nie są specjalnie bogate i mogą mieć problem z wyszczepianiem i uzyskiwaniem odporności zbiorowej. Z tego zaś z kolei wynika, że „te kraje” mogą się bujać od fali do fali (tak więc od lockdownu do lockdownu). Swoją drogą, to jest dość ciekawy casus dla ludzi, którzy postrzegają świat przez pryzmat ekonomii. Z jednej strony bronią oni patentów na szczepionki, albowiem to własność prywatna i trzeba jej bronić, bo przeca ktoś w to zainwestował pieniądze, pracę/etc. Z drugiej strony, ograniczenie dostępu do szczepionek może sprawić, że inne firmy będą tracić pieniądze, choć przeca ktoś inwestował w te firmy pieniądze, pracę/etc. No dobra, ale to casus dla Wielkich Ekonomistów, my tu sobie dumamy „co będzie dalej”. Śmiem twierdzić, że raczej nietrudno odgadnąć, w którą stronę zwrócą swe oczy i plany inwestycyjne korporacje, którym z obliczeń wyjdzie, że opieranie się głównie na „ludzkiej” sile roboczej jest o wiele bardziej ryzykowne, niż opieranie się na tej maszynowej. Aczkolwiek ta „autmatyzacja” nie musi się odnosić tylko i wyłącznie do produkcji dóbr. No bo podumajcie sobie. Kasjer w sklepie może zachorować i zarazić swoich kolegów i koleżanki z pracy. Bezobsługowa kasa nie zachoruje i nie zarazi innych kas bezobsługowych. Nie mam pojęcia, ile kosztuje taka kasa, ale może się okazać, że w ogólnych rozrachunku dla kogoś podliczającego słupki i szacującego ryzyko jest tańsza od żywego pracownika (rzecz jasna wliczając w to również koszty obsługi, naprawy/etc.). Z tego by zaś wynikało, że może się okazać, że pracy „dla ludzi” będzie mniej. Zastanawia mnie to, czy gdyby ziścił się taki (dość prawdopodobny) scenariusz, w którym ludzie będą zastępowani przez maszyny, a co za tym idzie, będzie „mniej pracy dla ludzi”, to czy ludzie broniący Świętej Pracy nadal uważaliby, że każden jeden musi pracować, bo jak nie, to znaczy, że jebany leń z niego.


Uwaga natury ogólnej, w dalszej części tekstu będę się pastwił nad tym, jak to się część komentariatu jarała tym, że dzieciaki mogą pracować. Nie pochylam się tu nad szczególnym przypadkiem, którym jest tzw. „pracownik młodociany”, bo takowy może pracować zgodnie z prawem (i wykonywać czynności, które „nie zagrażają jego rozwojowi psychofizycznemu, zdrowiu i życiu.”). W głównej mierze będę zwracał uwagę na „wolną amerykankę” (czyli „zatrudnianie” młodych metodą „na gębę”). Biorąc pod rozwagę fakt, jak chętnie proponowane są darmowe staże, szczerze wątpię w to, żeby zatrudnianie młodocianych pracowników („na papier”) cieszyło się popularnością. Poza tym, warto mieć na uwadze to, że choć pracownik młodociany zatrudniony „na legalu” jest chroniony przez odpowiednie prawa, to nieśmiało przypominam, że Państwowa Inspekcja Pracy jest cokolwiek bezzębna. Nie można więc w ciemno zakładać, że taki młodociany zatrudniony „na legalu”, nie będzie wykonywał czynności, których nie powinien (ze względu na to, że mogą one źle wpłynąć na jego rozwój psychofizyczny). Osobną kwestią jest to, że część osób twierdzących, że „młodzież może pracować” nie ma nic przeciwko temu, żeby taka młodzież pracowała, na ten przykład, na budowie. Poza wszystkim innym z tego, co wyczytałem u fanów zatrudniania dzieciaków, absolutnie nie wynika, żeby chodziło im o zatrudnianie tych dzieciaków „na legalu”. No bo to przeca kupa roboty papierkowej/etc., a poza tym, kto będzie podpisywał z młodocianym umowę po to, żeby ten mu umył samochód, wyprowadził psa, skosił trawnik, pomalował garaż/etc./etc. Od razu uprzedzam, że będą używał zamiennie określeń „dzieci” i „młodzież”. Skoro wstęp mamy za sobą, jedziemy dalej.


Archaiczne podejście części uczestników Wielkiej Wojny o Pracę przejawiło się również w ich, cokolwiek niefrasobliwym, podejściu do „zatrudniania” dzieciaków. Wydawać by się mogło, że w 2021 roku praca zarobkowa, świadczona przez dzieciaki znajdzie raczej niewielu zwolenników. No bo wiecie, wszystko fajnie, jak taki nastolatek se będzie dorabiał „roznosząc gazety”, wyprowadzając psa sąsiadowi, sprzątając u sąsiada, kosząc trawnik/etc./etc., ale fani takiego dorabiania sobie pomijają jedną (w ich mniemaniu pewnie nieistotną) kwestię. Co się stanie, gdy w momencie świadczenia tej czy innej usługi, dojdzie do wypadku, w którym ucierpi młoda osoba? W tym miejscu warto zauważyć, że część orędowników „pracy dla dzieci” jest zdania, że nie ma nic zdrożnego w tym, żeby dzieciaki pracowały w magazynach/etc. Z dorosłymi sprawa jest jasna, jeżeli ktoś umrze w miejscu pracy, to należy go wywieźć do lasu, a jeżeli coś mu się stanie i jeszcze „dycha”, to trzeba wywieźć na przystanek autobusowy i powiadomić pogotowie, podając się za przypadkowego przychodnia. Tak swoją drogą, zachęcam do eksperymentu myślowego: czy taka sytuacja (wywożenie ciała, bądź też ledwie dychającej osoby „gdzieś tam”) miałaby miejsce, gdyby wywożeni byli jakimiś CEO albo inszymi wyższymi szarżami? Znowuż mi się dygresja przydarzyła. Wracajmy do młodzieży. Co w sytuacji, w której dojdzie do wypadku? Czy, ekhm, „pracodawca” weźmie odpowiedzialność za to, co się stało? Skoro zaś jesteśmy przy kwestii wypadków, to jestem jakoś tak dziwnie spokojny o to, że gdyby do takowego doszło, to te same osoby, które chwalą rodziców za to, że nauczyły swoje dzieci przedsiębiorczości/etc., bardzo szybko uznałyby rodziców dziecka, które uległo wypadkowi za jebaną patologie, która nie potrafiła zadbać o swoje własne dziecko i gdzie w ogóle była wtedy opieka społeczna?!


Inszą kwestią, na którą warto zwrócić uwagę jest kwestia, że tak to ujmę „finansowa”. Cóż ma zrobić przedsiębiorczy młody człowiek, który sobie popracował i okazało się, że jego „pracodawca” nie chce mu za to zapłacić? Gotów byłbym się założyć o to, że spora część osób, które „popierają przedsiębiorczość młodych” w ogóle nie bierze pod rozwagę takiego scenariusza. Czemu? Ano temu, że ludzie ci mają styczność praktycznie wyłącznie z sytuacjami, w których młodzież dorabia u jakichś znajomych z osiedla i to przecież nie jest „na poważnie” i że nawet, jakby taka młodzież nie dostała pieniędzy za jedno wyprowadzenie psa, czy tam skoszenie trawy, no to nic się nie stanie, bo przecież nie jest tak, że tej młodzieży brakuje pieniędzy na jedzenie. Do głowy tym ludziom nie przyjdzie to, że czasem, w naszym raju nad Wisłą jest tak, że młodzież musi zapierdalać, bo w domu brakuje pieniędzy na jedzenie. I co taka młodzież może zrobić w sytuacji, w której „pracodawca” jej nie zapłaci? Może i mogłaby potraktować go jakimiś służbami, ale tak się składa, że taka młoda osoba może nawet nie wiedzieć tego, że przysługują jej jakieś prawa, bo nie miała czasu się tego dowiedzieć, bo była za bardzo zajęta zapierdalaniem. Nawiasem mówiąc, ciekaw jestem, jakie podejście fani „przedsiębiorczej” młodzieży mają do sytuacji, w której dzieciaki muszą dorabiać ze względu na tragiczną sytuację finansową rodziny. Czy to wtedy też jest super, „bo są zaradni”, czy też może się takiemu komentariuszowi w głowie zalęgnie myśl, że chyba jednak nie powinno tak być. Właśnie sobie zdałem sprawę z tego, że pobłądziłem. Nawet jeżeli komentariat poczułby się trochę nieswojo patrząc na to, że jakaś tam młodzież pracuje, bo brakuje jej na jedzenie, to zaraz wjechałaby racjonalizacja. No bo przecież gdyby rodzice tej młodzieży pracowali ciężej, wstawali wcześniej i jedli mniej tostów z awokado, to młodzież nie musiałaby teraz zapierdalać, prawda?


Nie ma żadnego sensownego argumentu przemawiającego za tym, żeby ta młodzież pracowała. Nie, to że młodzież czasami musi pracować, bo inaczej rodzina będzie głodowała, to nie jest argument za tym, że powinna pracować, ale za tym, że państwo zawodzi swoich obywateli. Ja wiem, że ludziom, którzy są zwolennikami „przedsiębiorczej młodzieży” wydaje się, że są tacy zajebiści, ale to jest, kurwa, kolejny archaizm. Pozwolę sobie w tym miejscu na kolejną anecdatę. Mój świętej pamięci ojciec wychował się na wsi. Opowiadał mi, że jak go dziadek (tzn. jego dziadek) uczył orać pole, to był jeszcze na tyle mały, że pług go czasem przewracał (rzecz jasna, chodzi o pług konny, bo mechanizacja gospodarstwa i zakup Wladimirca to dziesiąt lat później się przydarzyła). To, że był do tego przyuczany jako pierwszy, było dla niego pewnie powodem do dumy w owym czasie. Innym razem opowiadał historię o tym, jak to przeprowadzano remont w szkole. Z powodu braku rąk do pracy, remontowano głównie uczniami szkoły podstawowej. Uczniowie zajmowali się, między innymi, kopaniem rowów. Kopali sobie i kopali, aż się dokopali do czegoś dziwnego. Jak tylko się dokopali, to nagle się okazało, że ktoś sobie przypomniał, że w tym miejscu po wojnie ludzie zakopali całkiem spory arsenał (od cholery broni palnej, amunicji i granatów). Teraz zaś chciałbym zaproponować każdemu popierającemu „zaradną młodzież” krótki eksperyment myślowy: czy oddelegowałby swoje dziecko do takiej pracy? Czy wysłałby je do ciężkiej pracy w polu? Czy zezwoliłby na to, żeby kopało rowy? Skoro taka praca ma uczyć „pracowitości” i szacunku dla pieniądza, to odpowiedź powinna być twierdząca, prawda? No bo gdzie indziej nauczą się szacunku do pieniądza, jak nie w trakcie ciężkiej pracy fizycznej? Że co, że to może być niezdrowe i przeszkadzać w rozwoju? A co wy mi tu dupę zawracacie jakimiś lewackimi bredniami!


To o „nauczaniu szacunku do pracy” i do „pieniądza”, to jest swoją drogą jeden z bardziej absurdalnych argumentów. Na jakiej zasadzie ma to działać? Jeżeli ktoś nie będzie pracował będąc dzieckiem, to nie będzie wiedział, skąd rodzice biorą pieniądze? To może, nie wiem, porozmawiać na ten temat z dzieckiem? Już mi się nie chce wspominać o tym, że tego rodzaju „nauczanie szacunku do pracy” miałoby jakiś sens tylko i wyłącznie w sytuacji, w której na rynku byłoby przynajmniej tyle miejsc pracy, ilu jest poszukujących tejże. Ja wiem, że teraz część pracodawców płakusia, bo ich zdaniem mamy do czynienia z „rynkiem pracownika” (nie, nie mamy, i nigdy nie mieliśmy), bo okazuje się, że nie da się już prowadzić polityki kadrowej podobnej do tej, którą prowadzono pod koniec lat 90-tych i na początku XXI wieku. „Rynek pracownika” oznacza tyle, że część pracodawców musi przestrzegać kodeksu pracy, zaś część pracowników (są to raczej ludzie młodzi) nie chce zostawać „po godzinach” za darmo. Widać więc wyraźnie, że sytuacja części pracodawców pogorszyła się do tego stopnia, że zapewne do opisu polskiego rynku pracy użyliby oni mema „co za miejsce, nie do życia”. Ja sobie doskonale zdaje sprawę z tego, że starsze pokolenia mają tendencję do „nauczania” młodszych, przekazując im porady, które noszą znamiona mocno zdezaktualizowanych, ale nawet tym nie da się wytłumaczyć faktu, że w roku 2021 nadal dyskutujemy o tym, „czy dzieci powinny pracować”.


Nieco zabawnym znajduję fakt, że część z osób, które tak ciepło podchodzą do kwestii „nauczania młodzieży szacunku do pieniądza i pracy”, to ci sami ludzie, którzy twierdzą, że darmowe staże są spoko, bo dzięki nim młodzi ludzie mogą się nauczyć szacunku do pracy/etc. W kwestii darmowego stażowania, przypomniała mi się taka zabawna przygoda z czasów studiów. Otóż w trakcie studiowania socjologii poszedłem sobie na kurs, w ramach którego się uczyłem o różnych badaniach marketingowych/etc. Żeby zaliczyć ten kurs trzeba było przeprowadzić badania dla jakiejś firmy/organizacji. Prowadzących wała obchodziło to, czy studenciaki robiące te badania dostaną za to jakiekolwiek wynagrodzenie. To pewnie też miało nas czegoś nauczyć, ale do tej pory nie bardzo wiem czego. Insza historia „stażowa” to taka, którą opowiedziała mi znajoma z akademika. Otóż w ramach stażu (uczelnia wymagała wtedy od każdego studenciaka, coby jakiś staż sobie gdzieś odbębnił) trafiła do jednej firmy. Nie pamiętam już czym się zajmowała firma, ale pamiętam doskonale mechanizm, który stosowała. Firma „zatrudniała” w jednym momencie pierdylion stażystów. W momencie, w którym jedna „transza” stażystów kończyła „staż”, wymieniano ich na kolejnych. I znowuż, zapewne była w tym jakaś lekcja, ale jestem z Podkarpacia i po prostu nie rozumiem jej sensu.


Co zrozumiałe, w dyskusji „czy młodzi powinni pracować” nie mogło zabraknąć argumentów w rodzaju „abo ja pracowałem, jak byłem w szkole średniej, to teraz też młodzież może!”. W pewnym momencie zamieniło się to w przechwalanie się tym, „kto ciężej pracował”. Tak sobie czytałem te wszystkie wynurzenia i w pewnym momencie w głowie wykiełkowało mi pytanie: „skoro tak zajebiście wam było w tej ciężkiej pracy, to czemu już tak nie pracujecie?”. Gdybym był złośliwy, to napisałbym, że to „pracowałem w szkole średniej, więc wiem co to ciężka praca”, to taka „zapłakana kuzynka”, albo „kolega gej, który się nie obnosi”. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że nie, to, że ktoś przepracował kiedyś kilka miesięcy jako „fizyk” nie znaczy, że ma pojęcie o tym, jak to jest ciężko pracować fizycznie. Dla takiego kogoś była to jedynie „przygoda”, którą teraz może katować swoich rozmówców, próbując udowodnić swoją wyższość nad tymi, którzy „nie przepracowali ciężko ani jednego dnia”. Zjawiskowe jest to, że do tych ludzi nie dociera to, że z tego, że oni kiedyś tam sobie dla funu popracowali kilka miesięcy, nie wynika, że dzieciaki teraz muszą robić to samo. Jak tak sobie obserwowałem Wielką Wojnę o Pracę, to widziałem, że w pewnym momencie strona walcząca w imię „przedsiębiorczej młodzieży” zaczęła wrzucać jakieś wpisy, w których dzieciaki tłumaczyły, że w sumie to nie rozumieją o co chodzi, bo oni przeca pracują nie dlatego, że są biedni, ale dlatego, że nie chcą brać pieniędzy od rodziców i że w sumie to fajnie mieć jakąś „dodatkową kasę” (co pozwala na zbudowanie narracji „hurr durr, oni chcą zabrać młodym pieniądze!”). Każdy cytujący był, rzecz jasna, dumny, bo przecież „miał rację”, bo skoro młodzież chce pracować, to w sumie niby czemu jej tego zabraniać?


W tym momencie trzeba wrócić do wstępu do tego kawałka moich rozważań, w którym to wstępie wspomniałem o tym, że młodociani mogą w Polsce pracować „na legalu”. Tak jak to wspomniałem w tym Głośnym Wstępie, w teorii, wszystko wygląda fajnie, bo takiego młodocianego chronią przepisy i nie może on wykonywać prac, które mogłyby mu zaszkodzić/etc. Teoretycznie, bo PIP tak na dobrą sprawę „niewiele może”. Jeżeli ktoś ma chęć, to może sobie wyguglać raport (czy jak tam to się zwie) z kontroli w zakładach pracy, które zatrudniają młodocianych (wrzuciłbym link, ale miało być bez linków, tak więc). W telegraficznym skrócie: w tym raporcie widać było Polskę w pełnej krasie, bo wałów, które robili pracodawcy było od cholery. Tłumaczyli się tym, że przepisy za trudne, zła koniunktura, piniendzy mało na obsługę prawną/etc. (obstawiam, że tego rodzaju tłumaczenia to chleb powszedni dla kontrolerów PIP). W Polsce, z całą naszą długą historią „mienia wyjebane” na wszelkiej maści przepisy i obowiązki, tego rodzaju sytuacje są na porządku dziennym.  Tylko, że w tym konkretnym przypadku nie powinno się przechodzić nad tym do porządku dziennego, bo tu chodzi o dzieci (ja wiem, że to może brzmieć cokolwiek dramatycznie, ale nie zmienia to faktu, że tak, a nie inaczej się sprawy mają). W tym konkretnym przypadku wykonywanie pracy, której nie powinno się wykonywać, może mieć zły wpływ na rozwój dziecka. I naprawdę pasowałoby się zastanowić w tym miejscu, czy gra jest warta świeczki. Tzn., czy naprawdę warto bronić pracy świadczonej przez dzieci w imię własnego dobrego samopoczucia, mając świadomość tego, że państwo nie jest w stanie ochronić nawet tych dzieciaków, które są zatrudnione „na legalu”. Zupełnie bez związku z całą sprawą chciałem nieśmiało przypomnieć o tym, że jednym z zadań dorosłych jest dbanie o dzieci, a co za tym idzie, o zapewnienie im prawidłowego rozwoju.


Obserwując Wielką Wojnę o Pracę zdałem sobie w pewnym momencie sprawę z tego, że jedna z biorących w niej udział stron fetyszyzuję pracę. Dla tej „strony” praca już dawno przestała być środkiem do celu (życie na jakimś tam poziomie/etc.) i stała się celem samym w sobie (skojarzenia ze „sztuką dla sztuki” są w tym momencie całkowicie uprawnione). Tej „stronie” nie chodzi bowiem o to, że ktoś powinien się utrzymać, ale, że powinien robić to we „właściwy” sposób (czytaj – pracując, a najlepiej pracując ciężko). Nikogo nie powinno więc dziwić to, że dla takiej osoby każdy, kto ma inne zdanie w tej materii (i nie jest wyznawcą Świętej Pracy), jest po prostu jebanym leniem, promuje szkodliwe postawy/etc./etc. Dość zabawne jest to, że osoby stosujące taką retorykę poświęcają bardzo wiele czasu na przypominanie wszystkim dookoła, że PRL był zły (i że, na ten przykład, podejście do pracy było owym czasie cokolwiek przestarzałe/etc.). Czemu jest to zabawne? Bo retoryka, której używają do krytykowania osób, mających inne zdanie w temacie tego, czym jest praca, jest nieco unowocześnioną retoryką, której używały władze za czasów PRLu. Różnica polega na tym, że obecni wyznawcy „Świętej Pracy” chyba jeszcze nie wpadli na to, żeby osoby, które mają insze zapatrywania w kwestii pracy określać mianem „pasożytów społecznych”. Niemniej jednak nie można wykluczyć tego, że w jednej z kolejnych Wielkich Wojen o Pracę takie określenie zostanie wreszcie użyte. To będzie piękny uroboros argumentacyjny w wykonaniu zapiekłych „antykomunistów”. Za słusznie minionych czasów też zwalczano „szkodliwe postawy społeczne”, walczono z wszelkiej maści bumelantami/etc./etc. Aczkolwiek, może ja po prostu czegoś nie rozumiem i zdaniem tych osób to jedno akurat w czasach PRL-u było dobre? Pozwolę sobie tę obserwację (oraz cały tekst) spointować cytatem z pewnego brodacza: „Hegel powiada gdzieś, że wszystkie historyczne fakty i postacie powtarzają się, rzec można, dwukrotnie. Zapomniał dodać: za pierwszym razem jako tragedia, za drugim jako farsa.”.   
 


Jedno (jedyne) źródło:

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1384453192629604354



Hekatomba
08.04.2021
Z paroma tekstami było tak, że zastanawiałem się nad tym, czy w ogóle je pisać. Nie inaczej było w tym przypadku. Prawda jest bowiem taka, że tematy okołokoronawirusowe są wszędzie. Dumałem i dumałem, aż tu nagle objawił się 1 kwietnia 2021 i gargantuiczny fuckup z rejestracją na szczepienia (o którym dalej będzie [tak samo, jak o całej akcji szczepienia]). Tym samym, za ten tekst możecie podziękować Dworczykowi. Z góry uprzedzam, że nie będzie to zbyt pozytywnie nastrajający tekst, ale to pewnie udało się wam już wywnioskować z samego tytułu.


Zacznijmy od tego, że jeżeli chodzi o pandemię, to dla mediów jest to kolejna Mama Małej Madzi i mają absolutnie wręcz wypierdolone na to, czy przekazywane przez nie informacje są prawdziwe, czy też nie. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że kompulsywne publikowanie nie sprawdzonych informacji nie jest chorobą tylko i wyłącznie polskich mediów, ale tamte inne mnie znacznie mniej obchodzą ze względu na to, że mają raczej niezbyt duży wpływ na to, co się dzieje w naszym kraju. Nasze media nie zrozumiały, że pandemia nie jest „zwykłym” tematem. Nie zrozumiały tego, że w tym konkretnym przypadku podawanie niesprawdzonych informacji (i bawienie się w fearmongering) może się skończyć tym, że kupa ludzi umrze. Doskonałym przykładem clickbaitozy niech będzie to, co media robiły opisując szczepionki. Konkretnie zaś chodzi mi o te opisy, które doprowadziły do tego, że Ahmed Goldstein wrzucił u siebie obrazek o tym, jak to mężczyzna wziął i umarł, a jutro miał być zaszczepiony. Acz potem okazało się, że Ahmed został przelicytowany przez polskich redaktorów z Gazety Wrocławskiej, którzy wrzucili u siebie artykuł o następującym tytule: „Groźna sytuacja na przystanku MPK. Upadł mężczyzna, który wracał ze szczepienia”.  Rzecz jasna, w artykule stało praktycznie tyle, ile w tytule. Jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć tego, czy wyglebienie na przystanku miało związek ze szczepieniem, to się nie dowiedział. Jaka więc była wartość tego artykułu? Jeżeli chodzi o wartość rozumianą jako „klikalność” i wejścia na stronę, to pewnie była ona spora, ale jeżeli chodzi o wartość informacyjną, to była ona żadna. I znowuż, nie chodzi o to, żeby obejmować „tajemnicą państwową” informacje dotyczące efektów ubocznych szczepień (każdy lek je ma, tak więc). Chodzi o to, żeby w takich, a nie innych okolicznościach (pandemia i te sprawy) starać się o dość rzeczowe informowanie. Przykładowo, jeżeli wywalenie się na przystanku miało związek ze szczepieniem, to należy o tym wspomnieć i opisać jak do tego doszło (chodzi o przyczyny medyczne). Jeżeli zaś nie, to nie należało wspominać o tym, że mężczyzna, który się tam był wywalił, wracał ze szczepienia. No chyba, że był to wstęp do artykułów o łamiących tytułach „Groźna sytuacja na przystanku MPK. Upadł mężczyzna, który zjadł rogalik, zakupiony w pobliskiej piekarni”.


Do szczepień jeszcze wrócimy, teraz zaś zajmiemy się kontekstem, w którym całą akcję szczepień należy osadzić. Kontekst ten jest dość ponury. Tak się bowiem złożyło, że jest nim śmierć. Przyznać muszę, że w tym miejscu musiałem sobie zrobić przerwę w pisaniu, bo szczerze mówiąc (tzn. pisząc) nie bardzo wiedziałem jak ugryźć problem. Czemu nie wiedziałem? Ano temu, że do tej pory wszystko wyglądało nieco inaczej. Do tej pory (mam tu na myśli obserwowalny przeze mnie kawałek czasu), jeżeli władze naszego kraju (nie chodzi mi o te obecne, po prostu władze) podjęły jakąś idiotyczną decyzję, to kończyło się to przeważnie na tym, że państwo traciło głównie środki finansowe. Bywało tak, że państwo traciło obywateli. Doskonałym przykładem będzie skrajny jebałpiesizm elit politycznych, które zupełnie ignorowały fakt, że pod koniec lat 90-tych i na początku XXI wieku wyż demograficzny będzie wchodził na rynek pracy. Ów jebałpiesizm doprowadził do tego, że spora liczba Polaków wyemigrowała z Polski w poszukiwaniu pracy. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że „najbardziej lewicowa partia w Polsce” (w ujęciu niektórych ludzi deklarujących poglądy lewicowe) rządziła akurat wtedy, gdy UE otworzyło się na polskiego pracownika. Efektem tego „otwarcia się” było to, że kupa ludzi wyjechała z kraju. Mam to szczęście, że jestem na tyle stary, że pamiętam, jak bardzo „najbardziej lewicowa partia w Polsce” miała to wtedy w dupie i jak bardzo bagatelizowano ten problem. Pamiętam, jak w październiku 2007 przekonywano nas, że spadek bezrobocia nie wziął się stąd, że ludzie wyjechali. Nic z tych rzeczy, on się wziął stąd, że za rządów PiSu utworzonych zostało ponad milion miejsc pracy (od razu zastrzegam, że nie dam rady tego oblinkować, podam jedynie datę i nazwę audycji radiowej). No, ale to dygresja tylko.


Czasem zdarzało się, że władze decydowały się na wysyłanie żołnierzy na te, czy inne misje i kończyło się to tym, że część żołnierzy wracała do kraju w trumnach, ale skala była bez porównania mniejsza od żniw, które teraz ma w Polsce koronawirus. Reasumując, do tej pory chujowe decyzje władz oznaczały głównie straty finansowe. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Złe decyzje rządzących przekładają się na śmierć tysięcy obywateli naszego kraju. Nie można więc tego żadną miarą porównać ani do emigracji (bo zmarły, w przeciwieństwie do emigranta, raczej nie wróci do kraju [w tym miejscu powinien być jakiś żart o nekromantach, ale nic mi nie przychodzi do głowy]). Na nasze nieszczęście kontekst ów przytrafił się władzy, która każdy problem rozpatruje pod kątem tego: jak wpłynie to na jej słupki sondażowe. Dla obecnych władz nie liczy się nic więcej. Ja wiem, że ktoś może zarzucić mi to, że no w sumie o chuj mnie chodzi? Każda władza będzie dążyła do tego, żeby, no cóż, utrzymać władzę. I ja się z tym zgadzam, ale do tej pory władza płaciła za „trwanie” publicznymi pieniędzmi. Teraz zaś płaci za to życiem ludzi.


Jak to już wspominałem w swoich głośnych tekstach, ostatnią dobrą decyzję obecne władze podjęły w marcu 2020. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby nie to, co stało się we Włoszech, lockdownu by nie było, bo nasza władza do pewnego momentu nie traktowała pandemii poważnie (stąd te heheszki z wkładaniem lodu do majtek, czy tam z maseczek [i te, kurwa, suchary Szumowskiego, że „ale doustnie te maseczki?”]). Zaczęła traktować poważnie w momencie, w którym system ochrony zdrowia we Włoszech się załamał i nikt nie robił tajemnicy z tego, że trzeba decydować o tym, kto powinien dostać wolny respirator, a kto powinien zacząć przyzwyczajać się do permanentnego wstrzymywania oddechu. Potem było już tylko gorzej. Tak, wiem, utworzono szpitale tymczasowe, ale po pierwsze, nie byliśmy pionierami w tej kwestii, a po drugie, śmiem twierdzić, że na samym początku te szpitale były sprytnym pomysłem na to, żeby ktoś sobie zarobił (jeżeli dało się na niewidzialnych respiratorach, to na pewno dało się też na szpitalach). Przy okazji tych szpitali warto wspomnieć, że lekarzy do ich obsługi (których to lekarzy w Polsce zbyt wielu nie mamy) „pożyczano” z istniejących już placówek medycznych i na pewno nie przekładało się to na lepsze funkcjonowanie tych placówek.


Najpierw był ośli upór władzy odnośnie tego, kiedy powinny odbyć się wybory. Początkowo tłumaczono, że muszą się one odbyć wtedy, gdy Sasin miał je zorganizować „bo Konstytucja”. Potem zaś się okazało, że jak Gowin powiedział, że on jednak nie poprze ustawy (w oparciu o którą Sasin już wcześniej zaczął „organizować wybory”), to jednak już „bo Konstytucja” nie przeszkadzało w ich organizowaniu w późniejszym terminie. Warto w tym miejscu przytoczyć słowa obecnego Prezydenta RP, który z właściwą swej kondycji intelektualnej (tu powinno być jakieś argumentum ad Żulczykum, ale mi się nie chciało) przenikliwością stwierdził, że: „Jeżeli są warunki, by chodzić do sklepu, to są warunki, by pójść do lokalu wyborczego”. Kiedy okazało się, że wybory odbędą się na wakacjach, zaczęła się karuzela idiotycznych wypowiedzi i działań, które sprawiły, że obywatele zaczęli mieć srogo wyjebane na pandemię. Ujmujące jest to, że część ludzi twierdzi, że należy się cieszyć z tego, że Premier Tysiąclecia przeprosił za swoje słowa (wy już wiecie które). Ci sami ludzie ignorują zupełnie to, że te słowa przypominano mu w trakcie trwania drugiej fali (o tym też za moment będzie) i wtedy cały agitprop zaczął go bronić, że w sumie to Premier Tysiąclecia miał rację, bo wtedy pandemia była w odwrocie (no kurwa, nie była, bo nie mogła być). Mało tego, zaczęto też tłumaczyć, że Premier Tysiąclecia to geniusz, bo on (będzie capslock, tak więc uważajcie) PRZEWIDZIAŁ to, że na jesieni będzie druga fala, a głupia opozycja chciała wtedy wybory organizować. Geniuszom wygłaszającym te idiotyzmy zupełnie umknął ten drobny szczegół, że siła, z jaką w nas przypierdoliła druga fala, mogła mieć tyci tyci związek z tym, do jakich zachowań zachęcała nas władza w trakcie kampanii.


Potem zaś nasza genialna władza wpadła na jeszcze genialniejszy pomysł, jakim było otwarcie szkół w trybie stacjonarnym. Bo wiecie, nikt, ale to absolutnie nikt (poza całym pierdylionem ludzi) nie przestrzegał tych matołów przed tym, że to nie jest najlepszy pomysł. Czemu tak właściwie otwarto te szkoły? Ano temu, że po pierwsze „na Zachodzie” też tak robiono, a poza tym z sondaży wynikało, że społeczeństwo się tego domaga. Absolutnie nie dziwi mnie to, że część suwerena mogła mieć szczerze dosyć zdalnego nauczania. Zarówno nauczyciele, jak i rodzice nie byli przygotowani do tego, żeby z dnia na dzień przestawić się z nauczania stacjonarnego na zdalne. Ówczesny szef MEN miał to wszystko tak bardzo w dupie, że był łaskaw zwymiotować na belfrów: „to jest czas, żeby nauczyciele pokazali, że potrafią coś więcej niż tylko strajkować”. Nasze władze tak bardzo nie ogarniały tego, co się dzieje, że działania KE, mające na celu zapewnienie przepustowości sieci były wyśmiewane. No bo, tutaj pandemia, a ci się jakimś internetem przejmują. Bo wcale, kurwa, nie było tak, że praktycznie całe państwa z dnia na dzień przechodziły (na tyle, na ile było to możliwe) w tryb „online”. No ale, jak się non stop pierdoli o wyklętych i straszy obywateli elbagietami, to można się na tyle zafiksować w swoich poglądach, że przestaje się ogarniać rzeczywistość. No dobrze, początek nauczania zdalnego nie wyglądał zachęcająco. Gdyby władza nie puściła się poręczy i nie uwierzyła w swoje własne narracje, w myśl których Polska rzuciła koronawirusa na kolana, to pewnie ktoś tam wpadłby na pomysł „ej, a może by tak jakoś ogarnąć, na wszelki wypadek, jak powinno wyglądać nauczanie zdalne”.


Daleko idąca nonszalancja polskich władz doprowadziła do tego, że na jesieni koronawirus powstał z kolan i eufemizując, przypierdolił w nas z siłą, którą można porównać jedynie do tej, z którą członkowie Zjednoczonej Prawicy (i pracownicy rządowych mediów) trzymają się stołków. Efekt końcowy (w ujęciu rocznym rzecz jasna, bo póki co, końca pandemii nie widać) był taki, że w roku 2020 odnotowaliśmy 67 tysięcy zgonów więcej, niż w roku 2019. No, ale nie uprzedzajmy faktów. Gdy z liczby dziennych przyrostów zachorowań zaczęło wynikać, że „nie jest dobrze”, rząd długo się zastanawiał, „co dalej”, aż wreszcie podjęta została decyzja o przejściu nauczania w tryb zdalny. Rzecz jasna, nie odbyło się to tak, że cała edukacja przeszła w tryb zdalny jednego dnia. Nic z tych rzeczy.  Najpierw (19-10-2020) w tryb zdalny przeszły szkoły średnie i uczelnie wyższe. Tydzień później (26-10-2020), w tryb zdalny przeszły klasy 4-8. Dopiero 09-11-2020 na nauczanie zdalne poszli uczniowie klas 1-3. Czemu odbywało się to w ten sposób? Jestem się w stanie założyć o wiele, że jakiś przygłup (a raczej całe ich zbiorowisko) wpadł na to, że „po co zamykać wszystko od razu? Najpierw zamkniemy tylko trochę i może akurat to wystarczy?”. No i jakoś tak się złożyło, że ta metoda nie zdała egzaminu (zupełnie nie wiem dlaczego, bo przecież koronawirus powinien przestać rozprzestrzeniać się via szkoły podstawowe, skoro uczelnie wyższe i szkoły średnie przeszły w zdalny tryb nauczania, prawda?). Wprowadzono więc nie-lockdown (wprowadzenie lockdownu było niemożliwe, bo Premierowi Tysiąclecia byłoby przykro). W przysłowiowym międzyczasie Zjednoczona Prawica wpadła na pomysł, że warto by było zaostrzyć prawo aborcyjne. Wywołało to falę protestów, która to fala protestów została momentalnie wykorzystana przez rządowy agitprop (panicznie szukający winnych tego, że Polacy nadal chorują na koronawirusa i mimo tego, że nie trzeba się go bać mają, kurwa, czelność umierać). I nic do rzeczy nie miało to, że daty się nie zgrywały ni cholery. Zjednoczona Prawica (i rządowi mediaworkerzy) tak bardzo odleciała, że pojawiło się trochę komentarzy, w który stało, że Rafał Trzaskowski zaraził się koronawirusem na protestach (jeżeli faktycznie by tak było, to trzeba by było zgłosić do WHO kilkumiesięczny okres inkubacji).


Wydawać by się mogło, po tym, co stało się na jesieni, nawet Zjednoczona Prawica zrozumie, że koronawirus nie ogląda TVP Info i nie przejmuje się tym, że w Polsce został już kilkukrotnie pokonany. Niestety, okazało się, że ci kretyni jednak tego nie zrozumieli. Gdy Wielka Brytania szykowała się do lockdownu ze względu na to, że na Wyspach rozpędzał się właśnie brytyjski wariant koronawirusa, Zjednoczona Prawica uznała, że warto by było ściągnąć do kraju Polaków, coby wrócili przed tym lockdownem. Bo przecież wcale nie było tak, że Wielka Brytania ten lockdown wprowadzała z jakiegoś konkretnego powodu, prawda? A nie, czekajcie, oni to zrobili dlatego, że brytyjski wariant jest bardziej zaraźliwy. Następnie zaś puszczono klasy 1-3 do szkół. No i, kurwa, nie uwierzycie jaka akcja. Jest gorzej niż na jesieni. Ofiar śmiertelnych prawie na pewno będzie więcej. Po pierwsze dlatego, że „dzienne przyrosty” przeskoczyły te jesienne. Po drugie zaś, na jesieni sytuacja wyjściowa była lepsza niż teraz (mniejsze obłożenie szpitali/respiratorów/etc.). W przypadku zgonów, będących efektem utrudnionego dostępu do OZ, też pewnie będzie gorzej ze względu na nawarstwianie się (wydłużanie kolejek/etc.).


W tym miejscu chciałbym bardzo podziękować Stanisławowi Karczewskiemu, któremu (zapewne przez przypadek) przydarzył się moment szczerości :”Rząd bał się hejtu i dlatego nie przetestowano i nie odizolowano osób, które przyleciały z Wielkiej Brytanii na Boże Narodzenie”. Przyznam się wam tutaj, że jak mnie po raz pierwszy ta wypowiedź wjechała przed oczęta, to sobie pomyślałem, że to jest na tyle głupie, że nawet Karczewski nie mógł tego powiedzieć. Potem okazało się, że (po raz kolejny) byłem w błędzie. Prócz tego o hejcie, Karczewski sobie dywagował w temacie tego, że w sumie to nie było jak ogarnąć kwarantanny dla tych ludzi, no bo niby gdzie? W Polsce, czy w Wielkiej Brytanii? Jak już wspomniałem jestem Karczewskiemu wdzięczny, bo swoją wypowiedzią potwierdził to, że obecna władza przejmuje się głównie słupkami sondażowymi. I to jest moi drodzy zajebisty problem. Bo ja rozumiem, że władza chce nadal być władzą, ale wydaje mi się, że władza powinna również (choć trochę) przejmować się tym, co się dzieje z obywatelami kraju, w którym władzuje. Owszem, może i testowanie i przymusowa kwarantanna dla ludzi podróżujących z Wysp spowodowałaby „hejt w internecie”, ale śmiem twierdzić, że życie obywateli kraju, którym się zawiaduje, powinno być cokolwiek ważniejsze od tego, że ktoś napisze w internecie, że ten czy owy jest chujem.  Tak, mam świadomość tego, że nawet przetestowanie wszystkich tych ludzi (+ kwarantanna) nie sprawiłoby, że wariant brytyjski nas ominie, ale śmiem twierdzić, że być może skala zjawiska byłaby mniejsza, a co za tym idzie, może nie mielibyśmy do czynienia z tak wieloma ofiarami śmiertelnymi. Zdaję sobie sprawę z tego, że sprawa jest złożona, bo po tym, co władze zafundowały nam na jesieni, kolejna fala była formalnością i mogło być też tak, że gdyby udało się spowolnić wariant brytyjski, to ten „zwykły” doprowadziłby do podobnego wzrostu liczby zachorowań. Niemniej jednak, nie jest to argument za tym, żeby ściągać do kraju ludzi, którzy mieli styczność z bardziej zaraźliwą wersją wirusa i olać ich testowanie. Warto w tym miejscu nadmienić, że w pewnym momencie Zjednoczona Prawica rozpostarła dupochron i zaczęła produkować narracje, w których stało, że lewaki, dupa, cicho, bo jak ktoś był chętny do testowania, to mógł się przetestować (tak samo z kwarantanną, jak ktoś chciał, to mógł się „kwarantannować”). Idealnym podsumowaniem tego, że to wszystko (testy i kwarantanna) było dostępne „dla chętnych” był wpis jednego ćwiterianina: „Tak, ci ludzie z GB przyjechali przed świętami, żeby się przetestować i iść na kwarantannę.”  


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Do pewnego momentu Zjednoczona Prawica nieszczególnie przejmowała się tym, że obywatele naszego kraju sobie umierają. Jednakowoż zmieniło się to po tym, jak okazało się, że partia rządząca zaczyna wypadać w sondażach raczej średnio. Na domiar złego (rzecz jasna „złego” dla partii) w sieci pojawia się coraz więcej krytycznych komentarzy i wszelkiej maści historii, z których wynika, że „nie jest dobrze”. W jednym z programów (nie przypomnę sobie, w którym) mignął mi Zandberg, który opowiadał o tym, że generalnie to teraz trzeba się skupić na walce z koronawirusem, ale gdy już będzie „po wszystkim”, trzeba będzie odpowiedzieć sobie na pytanie „jak do tego doszło” (w domyśle – do hekatomby, która przydarzyła się Polsce). Co prawda, Zjednoczona Prawica ma w dupie to, co będzie „kiedyś”, ale tym razem okazało się, że „kiedyś” przyszło już teraz i suweren (chodzi, rzecz jasna o tę niefoliarską część suwerena i tę niebędącą żelaznym elektoratem partii rządzącej) nie kryje się z tym, że winnego (a raczej winnych) znalazł. Do tej pory partia rządząca mogła praktycznie każdego swojego wału bronić na zasadzie „no ale oni też to robili!”. Nie inaczej było w przypadku zgonów. Do pewnego momentu Zjednoczona Prawica broniła się przy użyciu narracji „no ale za pratformy ludzie umierali na świńską grypę!”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że najpierw narracje te testowali w internecie „niezależni internauci”. Potem przyszła jesienna hekatomba i nikt już nie próbował stosować metody „na świńską grypę”.


Nie oznacza to, rzecz jasna, że Zjednoczona Prawica wyrosła ze zwalania winy za swoje fuckupy na innych. Tym razem winna jest Unia Europejska, bo jak to powiedział Genialny Strateg (w skrócie) UE się dała ograć w negocjacjach tak, jak dzieci. Nieśmiało przypominam, że Genialny Strateg wie, jak to jest zostać ogranym, bo nie tak dawno temu został ograny najpierw przez Gowina, a potem przez Ziobrę. No, ale to dygresja była. Najważniejsze jest to, że to wszystko wina UE. Niestety, nikt nie zapytał Genialnego Stratega o to, czy to UE zmusiła polskie władze do podejmowania wszystkich tych kretyńskich decyzji, które zostały przeze mnie opisane w niniejszym (głośnym) tekście. Już mi się nawet nie chce wspominać o tym, że gdyby nie było UE i gdyby dookoła była upragniona przez Genialnego Stratega „Europa Ojczyzn”, to najpierw szczepiłyby się bogatsze państwa (czy tam, jak woli prawica „ojczyzny”), a my musielibyśmy poczekać na swoją kolej. Jeżeli chodzi o typowe dla spindoktorów obecnej władzy zagrywki, to na uwagę zasługują wrzutki w rządowych mediach, w których stoi, że sytuacja w tym, czy innym państwie jest już na tyle poważna, że za ileś tam tygodni może się w nich załamać ochrona zdrowia. Tak więc Zjednoczona Prawica zrozumiała, że problem jest poważny, ale to nadal jest dla tejże partii problem natury stricte wizerunkowej. Z tego właśnie powodu Premier Tysiąclecia nie ogłasza już wprowadzania nowych obostrzeń.


O tym, jak bardzo Zjednoczona Prawica troszczy się o obywateli, można było się przekonać pod koniec marca, kiedy to Zbigniew Ziobro strzelił fochem w temacie obostrzeń: „Pan premier być może zechce wcześniej o tym porozmawiać. W tej chwili takich rozmów jeszcze nie było. Nie wiemy jakie są tutaj zamiary premiera”. Dodajmy do tego to, że członkowie Solidarnej Polski non stop nawijają o tym, jak to oni nie poprą Europejskiego Funduszu Odbudowy (wiadomo, że Solidarna Polska wyżywi się sama). Dywagacje odnośnie tego, czy Jarosław ma jeszcze na tyle siły politycznej, żeby kazać Ziobrze zamknąć mordę, a jego podwładnych zmusić do głosowania zgodnie z sumieniem Jarosława Kaczyńskiego są teraz mało istotne. Istotne jest to, że w trakcie pandemii, która dla Polski oznacza hekatombę, dla tej menażerii ważniejsze od walki z pandemią są jakieś prywatne animozje i zranione ambicje. To, że w Zjednoczonej Prawicy dochodzi do coraz większych tarć nie powinno dziwić nikogo, kto ma w pamięci to, że zarówno Gowinoidy, jak i Ziobryści powiększyli w 2019 stan posiadania kosztem PiSu. Można w ciemno założyć, że to, co wypływa na wierzch jest odzwierciedleniem zakulisowych walk o dostęp do koryta. Mina Jarosława Kaczyńskiego, który ogłaszał „historyczne zwycięstwo” sugerowała, że raczej był świadomy tego, ile jego własną partię kosztowało owo zwycięstwo. Do tych animozji trzeba dodać politykę kadrową Zjednoczonej Prawicy, którą podsumował jakiś czas temu Radosław Fogiel (indagowany w temacie tego, czemu jego partia nie zatrudnia fachowców w SSP): „Trafiali tam eksperci z rynku, trafiały tam osoby z tytułami naukowymi, z uczelni. Problem okazał się taki, że ich sposób myślenia o gospodarce i zarządzaniu, był zupełnie sprzeczny z tym, co Prawo i Sprawiedliwość ma w swoim programie”. Pandemia nie zmieniła w tej kwestii absolutnie nic. Zjednoczona Prawica nadal preferuje Biernych Miernych i Wiernych. Teraz preferuje ich pewnie nawet bardziej. Czemu? Ano temu, że gdyby ściągnęli fachowców, to ci fachowcy nie cackaliby się z politykami, którym wydaje się, że „się znają” i w momencie, w którym rząd podjąłby jakąś idiotyczną decyzję, poszliby do mediów i powiedzieli, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Zjednoczonej Prawicy nie są więc potrzebni fachowcy, ale ludzie z jakimiś tam tytułami, którzy będą swoim autorytetem firmować decyzje rządu. Jeżeli ktoś ma jakieś wątpliwości w tej kwestii, to ja uprzejmie takiej osobie przypomnę, że słowa o tym, że gdyby testowano Polaków ściągniętych z Wysp, to „rząd by hejtowano” najpierw padły z ust prof. Horbana, a Karczewski je powtórzył. Horban najprawdopodobniej zapomniał o tym, że jest lekarzem, a nie spindoktorem Zjednoczonej Prawicy.


Sama Zjednoczona Prawica nie kwapi się specjalnie do brania odpowiedzialności za swoje działania. Znowuż przyjdzie nam pochylić się nad twórczością Radosława Fogla, który odpytywany w TVN24 opowiadał 23 marca o tym, że: „Zgony i tragedie nie są efektem polityki rządu (...) Dzisiejsza sytuacja nie jest efektem polityki rządu, ona jest efektem działań koronawirusa”. Tłumaczył również, że w sumie to nie tylko u nas jest chujowo. Partia rządząca po raz kolejny stosuje „wielonarrację”. Z jednej bowiem strony politycy tejże partii przyznają, że w sumie to popełniono różne błędy (otwarcie szkół we wrześniu, olanie testowania ludzi ściągniętych z Wysp/etc.), ale potem zawsze wyjdzie jakiś Fogiel i będzie opowiadał, że w sumie to winy za to, co się dzieje, nie ponosi rząd. No więc, panie Radosławie, owszem, kurwa, ponosi. Jeżeli otworzyliście szkoły i doprowadziliście w ten sposób do znacznego wzrostu liczby zachorowań (co przełożyło się na wzrost liczby zmarłych), to nikt poza wami nie ponosi za to konsekwencji. Owszem, ludzie umierają dlatego, że zarazili się koronawirusem, ale to wy doprowadziliście do tego, znacznie łatwiej było się zarazić (nie wspominając o tym, że swoim pierdoleniem o wirusie w odwrocie sprawiliście, że ludzie się przestali bać).


No dobrze, podsumujmy to co się dzieje: rządzi nami partia, której wydaje się, że koronawirus ogląda TVP Info. Partia, której decyzje spowodowały śmierć kilkudziesięciu tysięcy Polaków. Partia, która brzydzi się fachowcami, bo ci mają czelność mieć własne zdanie. Partia, która w trakcie pandemii napierdala się sama ze sobą o koryto. Skoro podsumowanie mamy już za sobą, to teraz możemy przejść do Narodowego (bo jakże by, kurwa, inaczej mogło się nazywać cokolwiek wymyślonego przez Zjednoczoną Prawicę?) Programu Szczepień. Ponieważ w pewnym momencie doszło do fuckupu i Dworczyk (zasłużenie) stał się obiektem krytyki, cały partyjny agitprop rzucił się do zapewniania nas o tym, że w sumie ten Dworczyk to zajebisty koleś i że „ogarnął operację na miarę lądowania w Normandii” (nie, nie ja wymyśliłem to porównanie. Zrobił to jeden z dronów Prezydenta RP). Generalnie to próbowano nas wszystkich przekonać do tego, że Dworczyk ogarnął system szczepień praktycznie „od zera”. W tym miejscu chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że bardzo się cieszę z tego, że to, kurwa, nie prawda, a Dworczyk nie musiał ogarniać niczego „od zera”, bo wtedy zapewne pierwsze szczepienia odbyłyby się w roku 2023 (bo to rok wyborczy).


Z tą Unią Europejską to jest tak, że oni tam w tej Brukseli lubią wszelkiej maści dokumenty. Dzięki temu można się było dowiedzieć, że to nie „Bruksela”, a kraje członkowskie zignorowały zagrożenie koronawirusem. Kiedy Komisja Europejska oferowała wsparcie krajów członkowskich (i np. olano możliwość „zbiorowych zakupów”), przedstawiciele krajów członkowskich tłumaczyli, że mają wszystko, czego im trzeba. Gdy okazało się, że było to podejście za bardzo optymistyczne i w różnych krajach zaczęło brakować różnych rzeczy, część z rządów zaczęła zwalać winę za swoje fuckupy na (a jakże) „Brukselę”. Dzięki temu zamiłowaniu do dokumentów, możemy sobie również wejść na stronę ECDC (Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób) i zobaczyć, jak wyglądały deklaracje państw członkowskich odnośnie tego, „jak to będzie z tymi szczepieniami”. Nas będzie interesował dokument pt. „Overview of COVID-19 vaccination strategies and vaccine deployment plans in the EU/EEA and the UK”. W telegraficznym skrócie. Państwa członkowskie musiały złożyć w Brukseli kwity odnośnie tego, jak sobie zaplanowały programy szczepień.


Dzięki temu, że rząd Premiera Tysiąclecia musiał złożyć te kwity, możemy się przekonać, jak to było z tym „budowaniem od zera” programu szczepień. W tabelce, w której zebrano to, w jaki sposób państwa członkowskie chcą zadbać o to, żeby rozrzucanie szczepionki odbywało się bezproblemowo (od razu zastrzegam, że to moje bieda-tłumaczenie) polski rząd stwierdził, że użyje do tego personelu medycznego, który już teraz zajmuje się szczepieniem ludzi. Dodatkowo, nasz rząd nie chciał się zgodzić na jakieś zbiorowe zakupy  Środków Ochrony Osobistej, albowiem twierdził, że mamy wystarczające zapasy (ciekaw jestem, czy wliczano w to 100 milionów masek, które obiecał w trakcie kampanii Prezydent RP). Jeżeli zaś chodzi o to „w jaki sposób ludzie będą szczepione”, to Premier Tysiąclecia zadeklarował, że Polska to ogarnie, wykorzystując już istniejące punkty szczepień/ośrodki zdrowia, a poza tym to skorzystamy z infrastruktury, której używamy do szczepień na grypę/innych szczepień. Zupełnie bez związku z całą sprawą przypomnę, że w Polsce ostatnimi czasy na grypę szczepiło się pi razy oko 4% obywateli. W tym miejscu chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że jestem oburzony. Oburzony na Premiera Tysiąclecia, który w oficjalnych dokumentach poświadczył nieprawdę. Przecież nie korzystamy z żadnej istniejącej infrastruktury, bo Dworczyk to wszystko budował od zera ([OPERACJA OVERLORD INTENSIFIES]), bo przecież by nas nie okłamywano, prawda?


Nieco zaś bardziej na serio, w tym samym dokumencie stało, że Polska planuje przeszkolenie dodatkowego personelu, coby masowe szczepienia dało się ogarnąć. Wspominam o tym zupełnie bez związku z tym, że: „Duża część aptek i farmaceutów w Polsce jest przygotowana do procesu szczepień – podkreślają przedstawiciele Związku Zawodowego Pracowników Farmacji. Dzięki podpisanej właśnie przez prezydenta ustawie będzie to możliwe już w II kwartale. Kilka tysięcy farmaceutów rozpoczęło szkolenia w Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego potrzebne do tego, żeby wykonywać szczepienia. Rozszerzenie listy zawodów, które mogą to robić, ma przyspieszyć proces wyszczepiania społeczeństwa. Dodatkowe szczepionki Pfizera, który dotarły do Polski pół roku przed terminem, będą więc mogły zostać szybko wykorzystane.”. Kluczowe w powyższym cytacie jest to, że ci farmaceuci rozpoczęli szkolenia (artykuł jest 6 kwietnia 2021). Jest to kluczowe o tyle, że kwity na ECDC opublikowano 2 grudnia 2020. Gdybym był złośliwy napisałbym, że sporo czasu minęło od momentu, w którym ogłoszono, że będziemy (jako kraj) szkolili dodatkowy personel do momentu, w którym zaczęliśmy to robić. Ponieważ złośliwy nie jestem napisze jedynie tyle, że to się wprost idealnie wpasowuje w bóldupienie Zjednoczonej Prawicy „hurr durr Unia zła, bo mao szczepionek daje”. Tak się bowiem składa, że gdybyśmy te szczepionki dostali, to pewnie nie dalibyśmy rady ich zużyć (nie, wyjebanie do zlewu rozmrożonej szczepionki się nie liczy). Na nasze szczęście Dworczyk nie musiał „budować od zera” zbyt wielu rzeczy, bo o ile w przypadku Sasina „organizowanie wyborów” kosztowało nas 70 baniek, to w przypadku Dworczyka koszt „zbudowania systemu szczepień od zera” liczylibyśmy w kolejnych tysiącach ofiar. Tak się bowiem składa, że ilekroć Dworczyk z kolegami i koleżankami musieli coś „budować od zera”, kończyło się to fuckupami. Co jest o tyle spektakularne, że do ogarnięcia mieli w sumie jedynie kawałek logistyki (stackowanie dawek, rejestracje i dostarczanie jej do punktów szczepień). W praktyce, jedyną sensowną decyzją Dworczyka było składowanie szczepionek „na drugą dawkę”. Choć na początku był za to krytykowany, to w kontekście tego, że w pewnym momencie przycięło dostawy okazało się, że miał rację.


Osobną kwestią jest to, że nie będziemy się mieli okazji przekonać o tym, jak bardzo Dworczyk z kolegami i koleżankami musieli się napracować i jakie trudne decyzje musieli podejmować. Nie będziemy się tego mogli dowiedzieć dlatego, że (co za przypadek) spotkania tego konkretnego zespołu zadaniowego nie są protokołowane. Decyzje i polecenia nie są wydawane w formie pisemnej. Takie były efekty kontroli poselskiej, którą w KRPM usiłowały przeprowadzić posłanki Lewicy (Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i Małgorzata Prokop-Paczkowska). Napisałem „usiłowały”, bo ciężko skontrolować dokumenty, których nie ma. Ja tam co prawda prosty bloger jestem, ale wydaje mi się, że brak kwitów przydaje się tylko i wyłącznie wtedy, gdy, no cóż, „ma się coś do ukrycia”. Jeżeli bowiem wszystko jest ogarniane zgodnie z prawem/przepisami/etc. to czemu tak właściwie nie miałoby być to protokołowane? Taki brak „papierów” mógł być efektem problemów z przepchnięciem ustawy bezkarnościowej (czy tam programu „bezkarność+”) przez Sejm. Co prawda, posłowie PiS usiłują to obejść przy pomocy Trybunału Przyłębskiego (tak, oni na serio chcą żeby TP sprawdził, czy karanie kogoś za wały jest zgodne z Konstytucją), ale nie wiadomo, jak to się skończy. Poza tym, pamiętajmy o tym, że „zwycięzców się nie sądzi”. Jeżeli szczepienia zostaną ogarnięte i wrócimy do jako-takiej normalności, to ciężko będzie znaleźć odpowiednie poparcie społeczne do tego, żeby pociągnąć do odpowiedzialności autorów szczepień za to, że „nie produkowali zbędnych papierów” (tak to pewnie zostanie przedstawione). No bo co z tego, że jakieś tam problemy były i pomyłki, skoro udało się wyszczepić tyle, a tyle osób? Na pewno znajdzie się kraj, w którym szczepienia poszły gorzej, który to kraj będzie używany jako przykład tego, „jak mogłoby być, gdyby Dworczyk nie wykonał dobrej roboty”. Jeżeli więc ktokolwiek chce kopać, szukając jakichś wałów/wpadek, to teraz jest na to odpowiednia pora. Sytuacja, do której doszło w Krakowie (szpital dostał 1860 rozmrożonych szczepionek [obstawiam, że chodzi o Pfizera]) sugeruje, że być może Dworczykowi (razem z kolegami i koleżankami) udało się zjebać nawet ten niewielki kawałek logistyki, którym miał się zajmować.


KRPM co rusz chwali się kolejnymi liczbami zaszczepionych, ale tak po prawdzie, jak się na to patrzy z zewnątrz, to ciężko ogarnąć, co tak właściwie te liczby znaczą. Na stronach gov.pl można co prawda zobaczyć ze zaszczepiono tyle, a tyle milionów ludzi, ale nie ma tam nigdzie informacji w temacie tego, jak duży % osób w danym wieku udało się zaszczepić. Tak, wiem, można sobie poszukać danych (ilu Polaków w takim, a takim wieku żyje w Polsce), ale powiedzmy sobie szczerze: oni powinni te dane wrzucić sami z siebie. Bez tych danych nie da się bowiem ustalić, ile brakuje do osiągnięcia odporności grupowej (czy tam zbiorowej). Tzn. wiadomo, że brakuje jeszcze w cholerę, ale warto by było się dowiedzieć, ile to „w cholerę” wynosi. Ponieważ jestem upierdliwy z natury, pozwolę sobie zwrócić uwagę na ten fragment dworczykowych tłumaczeń (po fuckupie z rejestracją 40-latków „na kwiecień”), w których wyjawiał on przyczyny, dla których w ogóle się na to zdecydowano: „Spadła dynamika umawiania się na szczepienia i dlatego zdecydowaliśmy się uruchomić tę grupę ze stycznia w wieku 40-60 lat.”. Jeżeli mam być szczery, to brzmi to cokolwiek alarmistycznie, albowiem wynika z tego, że starsze roczniki nie rejestrują się na szczepienia (a co za tym idzie, „odporność grupowa” nam odjeżdżać zaczęła).


Żebyśmy mogli w pełni docenić skalę tego, jak bardzo „nie jest dobrze” popatrzmy na liczby i %. Osób w wieku 60+ mamy w Polsce ponad 9 milionów. Ze strony gov.pl mogłem sobie wyczytać, że jeżeli chodzi o szczepienia osób 60+ to (07-04-2021) zaszczepionych było około 4.5 miliona osób. Z tego więc wynika, że zaszczepiono (w przybliżeniu) 50% osób w wieku powyżej 60 roku życia. Specjalistą nie jestem, ale wydaje mi się, że to chyba nie jest jeszcze ta odporność zbiorowa. Teraz zaś zestawmy sobie z tymi 50% to, co powiedział Dworczyk w innej rozmowie: „O tym jak jest dużo wolnych miejsc w niektórych miastach świadczy fakt, że są osoby, które dzisiaj rano rejestrując się otrzymały termin jeszcze na dziś, bądź na jutro”. Czy tylko ja tu widzę problem zajebistych wręcz rozmiarów? Nie zrozumcie mnie źle. To dobrze, że zaczęto rejestrować młodszych chętnych (moje osobiste chipowanie odbędzie się 18-maja [no chyba, że znowu coś się pojebie z dostawami,]), ale mam świadomość tego, że jeżeli młodsze roczniki będą się szczepić tak samo chętnie, jak te starsze, bo odporność zbiorową osiągniemy po jakiejś pierdylionowej fali, jak już korona wybije tylu z nas, że ci zaszczepieni będą stanowili odpowiedni % populacji (tak wiem, w międzyczasie wjadą pewnie jakieś mutacje/etc.).


Zastanawiam się nad tym, czy w KPRM w ogóle ktoś myśli o tym, jak zachęcić ludzi do szczepień? I nie, kolejne spoty z Pazurą mogą nie wystarczyć. Ja wiem, że dla Zjednoczonej Prawicy i mediów rządowych znacznie istotniejsze jest to, kto kiedy rozmawiał z adminami (czy tam adminem) Soku z Buraka, ale śmiem twierdzić, że Polacy mają teraz nieco inne problemy. Ja wiem, że nawijanie o SzB przez 24/7 miało na celu przykrycie poważniejszych problemów (tak, tym razem to był prawdziwy „temat zastępczy”), ale wydaje mi się, że jedyne, co w ten sposób osiągnięto, to przekonanie sporej części suwerena do tego, że władza już nie bardzo ogarnia. Zjawiskowe jest to, że władza, której udało się stworzyć największą w Polsce machinę propagandową (nie będącą Kościołem katolickim), nie potrafi przy pomocy tej machiny „sprzedać” żadnego pożytecznego przekazu. Ja wiem, że ogarnianie merytorycznego przekazu nie jest tak fajne, jak robienie non stop materiału o „gównie w Wiśle”, ale może jednak warto by było spróbować? Jeżeli nie uda się osiągnąć odporności zbiorowej to będziemy się, jako kraj, czołgać od jednej fali zachorowań do drugiej. Ja wiem, że Zjednoczona Prawica ma teraz ważniejsze sprawy na głowie (żarcie się o stołki, jaranie się SzB/etc.)., ale ktoś powinien zacząć zadawać jej politykom pytania dotyczące tego, czy aby na pewno po zaszczepieniu wszystkich chętnych okaże się, że liczba zaszczepionych jest wystarczająca do tego, żebyśmy uzyskali odporność zbiorową? Czy ktokolwiek z KPRM zadał sobie trud i zastanowił się nad tym „czemu starsze roczniki nie chcą się szczepić”? Moim zdaniem, nie ma zbyt wiele czasu na wdrożenie jakiejś sensownej strategii zaradczej. Aczkolwiek może ja źle oceniam Dworczyka i jego kolegów/koleżanki. Może było tak, że oni opracowali jakąś strategię zaradczą i była to najlepsza strategia zaradcza na świecie, ale ponieważ nikt tego nie zapisał na spotkaniu, to po prostu o niej zapomnieli. Powinniśmy ich zrozumieć. Są tak bardzo zapracowani robieniem chuj wie czego (nie dowiemy się tego, czym oni się tam zajmowali, bo nie chcieli nas obarczać tą wiedzą), że mogą od czasu do czasu o czymś zapomnieć.    


Zastanawiałem się nad tym, czy jest jakaś graniczna liczba zgonów, po przekroczeniu której Zjednoczona Prawica uzna, że pandemia to problem na tyle poważny, żeby dać sobie na wstrzymanie z propagandą sukcesu. Jestem prawie pewien tego, że taka liczba nie istnieje. Może gdybyśmy wszyscy byli Sokiem z Buraka albo gównem w Wiśle, to władza zaczęłaby się nami przejmować. Niestety, dla Zjednoczonej Prawicy jesteśmy tylko słupkami w Excelu. Dlatego też, uważajcie na siebie i zachipujcie się tak szybko, jak będzie to możliwe.


Źródła:

https://gazetawroclawska.pl/grozna-sytuacja-na-przystanku-mpk-upadl-mezczyzna-ktory-wracal-ze-szczepienia/ar/c1-15508987

„Poranek Dnia w TOK FM” 06-10-2007 Kluzik-Rostkowska vs Jarosław Kurski.

https://wyborcza.pl/7,75398,25743701,w-sprawie-koronawirusa-glowny-inspektor-sanitarny-zaleca-politykom.html

https://twojezdrowie.rmf24.pl/porady/news-szumowski-o-koronawirusie-maseczki-nie-pomagaja-myjmy-rece-s,nId,4348586

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/1465221,prezydent-jezeli-sa-warunki-by-chodzic-do-sklepu-to-sa-warunki-by-pojsc-do-lokalu-wyborczego.html

https://ec.europa.eu/poland/news/200310_streaming_pl

https://www.gov.pl/web/zdrowie/raport-o-zgonach-w-polsce-w-2020-r

https://www.ourkids.net/pl/nauka-w-czasach-pandemii.php

https://polskatimes.pl/karczewski-rzad-nie-testowal-przed-swietami-wracajacych-z-anglii-bo-spodziewal-sie-hejtu/ar/c1-15511053

https://www.rp.pl/Koronawirus-SARS-CoV-2/210329437-Zandberg-System-zacheca-do-ukrywania-ze-jest-sie-chorym.html

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/koronawirus-stanislaw-karczewski-bledem-bylo-wyslanie-dzieci-do-szkol/xpglznn

https://twitter.com/rk202/status/1375872332200353793

https://konkret24.tvn24.pl/zdrowie,110/premier-na-swinska-grype-umieraly-setki-osob-dane-nie-potwierdzaja,1018693.html

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1377627159116840977

https://twitter.com/tvp_info/status/1376396929509298176

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/obostrzen-epidemicznych-nie-oglasza-mateusz-morawiecki-premier-dlaczego

https://twitter.com/300polityka/status/1374647289373982725

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/8116040,jaki-solidarna-polska-nie-poprze-funduszu-odbudowy.html

https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/solidarna-polska-potwierdza-sprzeciw-wobec-funduszu-odbudowy-to-kredyt-hipoteczny/t7exl4g,79cfc278

https://m.interia.pl/interia-tv/video,vId,2945828

https://www.rp.pl/Prawo-i-Sprawiedliwosc/210329918-Fogiel-Zgony-i-tragedie-nie-sa-efektem-polityki-rzadu.html

https://twitter.com/PSzrot/status/1378044409145614337

https://www.reuters.com/article/us-health-coronavirus-eu-prevention-excl-idUSKBN21J6FF

https://www.ecdc.europa.eu/en/publications-data/overview-current-eu-eea-uk-plans-covid-19-vaccines?

https://www.ecdc.europa.eu/sites/default/files/documents/Overview-of-EU_EEA-UK-vaccination-deployment-plans.pdf

https://businessinsider.com.pl/firmy/strategie/rzadowa-fabryka-miala-szyc-miliony-maseczek-miesiecznie-co-wyszlo-z-tej-obietnicy/mz7r222

https://szczepienia.pzh.gov.pl/faq/jaki-jest-poziom-zaszczepienia-przeciw-grypie-w-polsce/

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/8135554,lewica-kontrola-poselska-program-szczepien.html

https://twitter.com/k_izdebski/status/1317052089684590593

https://wydarzenia.interia.pl/raporty/raport-koronawirus-chiny/polska/news-krakow-szpital-dostal-1860-rozmrozonych-szczepionek,nId,5154446

https://www.money.pl/gospodarka/szczepienia-deklarowales-chec-w-styczniu-jesli-masz-co-najmniej-40-lat-zaraz-cie-zaszczepia-6624301619395520a.html

https://www.gov.pl/web/szczepimysie/raport-szczepien-przeciwko-covid-19

https://demagog.org.pl/wypowiedzi/ile-jest-w-polsce-osob-powyzej-60-roku-zycia/

https://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci/artykuly/8133368,dworczyk-przeprasza-za-chaos-wokol-szczepien-oddaje-sie-do-dyspozycji-premiera.html






Hejterski Przegląd Cykliczny #75
25.03.2021

Niniejszy Przegląd zostanie zainaugurowany tematem, który z racji tego, że jest raczej istotny, ale nie generuje zbyt dużej liczby klików, został przez media cokolwiek olany. Owszem, pojawiło się na ten temat parę artykułów, ale ponieważ nie była to kolejna wypowiedź Najmana, nie poświęcono temu zbyt wiele uwagi. Żeby nie przedłużać: jakiś czas temu pojawiły się informacje odnośnie tego, że są plany podniesienia składki zdrowotnej. Jeżeli mam być szczery, to byłoby to jedno z niewielu sensownych działań Zjednoczonej Prawicy. Prawda jest bowiem taka, że jeżeli nie będziemy finansować naszej ochrony zdrowia w stopniu należytym, to będzie ona działała chujowo. Tzn. może inaczej, chujowo to ona działała w czasach precovidowych. Jeżeli zaś teraz nie zwiększymy nakładów na ochronę zdrowia to będzie jeszcze gorzej. Do tej pory bowiem musieliśmy się wszyscy liczyć z kolejkami do specjalistów, oczekiwaniem na zabiegi (np. parę miechów czekania na wizytę u chirurga stomatologicznego celem pozbycia się 8-ki). Kolejki te zawdzięczamy geniuszom, który wymyślili sobie, że oni odgórnie ustalą ile osób może w danym roku może mieć zaćmę. Gwoli ścisłości, nie ma niczego złego w tym, że ktoś tam sobie w Warszawie wymyślił taką, a nie inną liczbę. Jest natomiast dużo złego w tym, że jak się okazało, że liczba jest zbyt niska, nikt jej nie zaktualizował. Efekt końcowy był taki, że kolejki z roku na rok robiły się coraz dłuższe (acz trzeba przyznać, że część Polaków wykazywała się postawą obywatelską i umierała, zwalniając miejsce w kolejce). Żarty o tym, że „na wstawienie endoprotezy najlepiej zapisywać się w wieku 20 lat, bo w momencie, w którym człek się wreszcie doczeka terminu, pewnie się mu ta endoproteza przyda”, nie wzięły się z powietrza.


W czasach precovidowych było źle, a teraz będzie jeszcze gorzej. Z jednej strony dlatego, że część chorych na koronę wymaga hospitalizacji (a co za tym idzie, trzeba przeznaczyć raczej niemałe środki na zabezpieczanie personelu medycznego, który się tymi chorymi zajmuje). Z drugiej zaś strony dlatego, że część osób, które koronę przechorowały, wymagać będzie rehabilitacji. Według ostrożnych szacunków już teraz takiej rehabilitacji wymaga około 120 tysięcy Polaków. Do całej tej układanki trzeba sobie dołożyć jeszcze tych, którzy przekładają wizyty u specjalistów (albo te wizyty są im przekładane) z powodów okołokoronowych. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w momencie, w którym piszę te słowa, dynamika wzrostów zachorowań jest taka, że najprawdopodobniej będzie jeszcze gorzej, niż w trakcie drugiej fali (a już wtedy trochę osób się wylogowało w karetkach, bo nie było dla nich miejsca w szpitalach). Co prawda, zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia powinno odbyć się pierdylion lat temu (czyli w momencie, w którym włodarze zorientowali się, że trochę tych pieniędzy nie starcza na leczenie Polaków/etc.), ale dobrze, że wreszcie pojawił się pomysł, żeby zmienić obecną sytuację. Osobną kwestią jest to, że gdyby Zjednoczona Prawica posłuchała protestujących rezydentów, którzy w 2017 głośno mówili o tym, że pasowałoby zwiększyć nakłady na służbę zdrowia (zamiast szczuć na tych rezydentów Ochotniczą Rezerwę Mediaworkerów Obywatelskich), to być może nie mielibyśmy teraz aż tak bardzo przejebane. No, ale to tylko dygresja.


Tak więc, pojawił się pomysł podwyższenia składki zdrowotnej. Przyznam się szczerze, że w pierwszej chwili nawet mnie to ucieszyło (z przyczyn raczej oczywistych), ale zaraz po tej chwili dopadło mnie stado wątpliwości, które można by było spiąć klamrą „polska, chujowa rzeczywistość”, które to wątpliwości sprawiły, że przestałem się cieszyć. O jakież to wątpliwości chodzi? Cieszę się, że zapytaliście. Otóż, największa z nich bierze się stąd, że mam świadomość tego, że żeby to ochrona zdrowia zaczęła w Polsce śmigać dobrze, powinna dostać „wystarczające środki”. I o te „wystarczające środki” wszystko się rozbija, albowiem pojęcie to jest równie złożone, co pojęcie „zachowania szczególnej ostrożności” na drodze. Niemniej jednak jakoś sobie z tymi „wystarczającymi środkami” poradzimy. Po pierwsze, środki muszą być wystarczające do tego, żeby pomóc ochronie zdrowia w ogarnianiu kwestii związanych z koronawirusem (tak więc: opieka nad chorymi, środki ochrony dla personelu medycznego, rehabilitacja ozdrowieńców/etc.). Tak, mam świadomość tego, że system ochrony zdrowia potrafił się załamać w starciu z koroną nawet w Lombardii (a tam to wszystko stało na znacznie wyższym poziomie), ale stało się tak dlatego, że nikt nie zdawał sobie sprawy ze skali zagrożenia.


Po drugie, te środki muszą być wystarczające do tego, żeby ochrona zdrowia dała radę ogarnąć „kolejki” (do specjalistów, zabiegów/etc.), które utworzyły się, że tak to ujmę, „na przestrzeni lat”. Gdyby ktoś zajął się na poważnie finansowaniem ochrony zdrowia wcześniej, kolejki byłyby mniejsze, a co za tym idzie, to „środki wystarczające” do ogarnięcia tychże kolejek mogłyby być znacznie mniejsze (tzn. to nadal byłaby olbrzymia kwota, ale mniej olbrzymia od tej, która potrzebna jest teraz). Po trzecie, to muszą być „wystarczające środki” do tego, żeby ochrona zdrowia mogła zajmować się problemami zdrowotnymi mieszkańców Polski „na bieżąco”, czyli tak, żeby nie tworzyły się następne kolejki do specjalistów/etc. Jest jeszcze jeden element ochrony zdrowia, który będzie wymagał dofinansowania, ale o nim za moment. Teraz skupimy się na tych „wystarczających środkach”. Muszą one być wystarczające z dwóch przyczyn. Primo, no bo po coś, kurwa, te nakłady na ochronę zdrowia mamy podnosić, prawda? Secundo, dlatego, że jeżeli środki nie będą wystarczające, to będziemy mieli problem, że tak to ujmę natury społecznej. Teraz sytuacja wygląda tak, że płacimy jakieś tam składki i w razie czego musimy się i tak ratować prywatną ochroną zdrowia (o ile, rzecz jasna, nas stać) i wszystkich nas to wkurwia. Jeżeli teraz ktoś zaproponuje zwiększenie składki zdrowotnej i przełoży się to na „wystarczające środki” dla ochrony zdrowia, to suweren jakoś to zniesie. No bo ok, płacimy teraz więcej, ale przynajmniej nie będziemy musieli czekać chuj-wie-ile na wizytę u specjalisty albo liczyć na to, że może ktoś przed nami w kolejce wykaże się postawą obywatelską i się wyloguje. Jestem świadom tego, że dla przeciętnego Polaka sytuacja, w której państwo go nie zawodzi byłaby novum, ale ponoć człowiek uczy się przez całe życie. Ok, na pewno takie podwyższenie składki wywołałoby opór, ale jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby sytuacja w ochronie zdrowia została uzdrowiona (tak, musiałem), to ten opór (a co za tym idzie, wkurw suwerena) malałby wraz ze skracaniem się kolejek do specjalistów.


Zupełnie inaczej rzecz by się miała w sytuacji, w której składka zdrowotna zostałaby podwyższona i nie przełożyłoby się to na „wystarczające środki” dla ochrony zdrowia. Wtedy bowiem byłoby tak, że „płaciłoby się więcej” i „chuj z tego miało”. W takich warunkach narracje „podatki = kRaDziEsZ” cieszyłyby się znacznie większą popularnością, niż w chwili obecnej (a już teraz są cholernie popularne). Z tych narracji zaś narodziłby się kolejny geniusz tłumaczący, że trzeba odchudzić administrację publiczną, bo tyle się płaci na ten NFZ, a Polacy nadal czekają w kolejkach i to na pewno wina przerostu zatrudnienia urzędników/etc./etc. Jestem się w stanie założyć o wiele, że partia rządząca nie ma zielonego pojęcia o tym, jakie środki należałoby przeznaczyć na ochronę zdrowia, żeby były to „środki wystarczające”. Poza tym, mam niejasne przeczucie, że podwyższenie składki zdrowotnej jest tylko po części związane z tym, że ktoś w Zjednoczonej Prawicy uznał, że trzeba by jednak dofinansować ochronę zdrowia, a bardziej z tym, że obiecało się ludziom „Nowy Ład Polski” i trzeba ten NŁP jakoś sfinansować.


Na sam koniec rozważań w temacie ochrony zdrowia został nam ten ostatni element, o którym chciałem wspomnieć. Tymże elementem jest zagwarantowanie ochronie zdrowia „środków wystarczających” do tego, żeby mogła się przygotować do kolejnej pandemii. Tak, wiem, jeszcze tej się nie pozbyliśmy, a ja już opowiadam o kolejnej, ale moim skromnym zdaniem podkarpacianina z blogiem, państwa nie mogą sobie już teraz pozwolić na luksus nie bycia przygotowanymi na kolejną pandemię. Z tego zaś wynika tyle, że Polska też musi być przygotowana na powtórkę z rozrywki. Na pytanie „czy będzie nas na to stać” odpowiem innym pytaniem: czy stać nas na to, żeby Polska nie była przygotowana? To oznacza spore wydatki, ale jak przed momentem wspomniałem, nie stać nas na to, żeby olać ten temat. Gwoli ścisłości, nie tylko ochrona zdrowia powinna być przygotowana na kolejną pandemię, ale cały aparat państwowy. Na ten przykład, można by było pomyśleć nad rozwiązaniami ustawowymi, które w razie czego można by było wprowadzać w życie i nie narażać się na autoośmieszanie (gdy sądy uwalają kary nie mające „ustawowego” uzasadnienia). Ponieważ jestem lewakiem i mam obowiązki lewackie, nieśmiało w tym miejscu chciałbym zasugerować Lewicy, że mogłaby się pochylić nad tą problematyką (nikt inny tego pewnie nie ruszy, bo poruszenie tego tematu oznaczałoby automatycznie rozmowę na temat finansowania tego wszystkiego). Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że Lewica mogłaby również pochylić się nad samymi planami podwyżki składki zdrowotnej i np. wyliczyć, jaką kwotą trzeba zasilić ochronę zdrowia, żeby zaczęła ona działać poprawnie. Takie wyliczenia przydałyby się do późniejszej oceny, na ile realne potrzeby rozminą się z tym, co sobie wymyśliła Zjednoczona Prawica.


Skoro pochyliłem się nad problematyką związaną z ochroną zdrowia, warto również poświęcić trochę miejsca na kwestie okołokoronawirusowe. Ujmując rzecz kolokwialnie: nie jest dobrze. Jak bardzo nie jest dobrze? Tak bardzo, że rozpościeranie narracyjnych dupochronów wjechało na pełnej kurwie. Doskonałym przykładem będzie wypowiedź Radosława Fogla: „Zgony i tragedie nie są efektem polityki rządu. Nie możemy zakładać, że dzisiejsza sytuacja jest efektem polityki rządu. Ona jest efektem działań koronawirusa”. Otóż, kurwa, jest, Wielce Szanowny Panie Radosławie. Jedyną słuszną decyzją podjętą przez Zjednoczoną Prawicę było wprowadzenie lockdownu w marcu 2020. Potem władza wróciła do tego, w czym jest najlepsza, czyli do traktowania każdej sprawy jako problemu stricte wizerunkowego. Szczytowym osiągnięciem rządowego agitpropu była wypowiedź, którą (eufemizując) wydalił z siebie Premier Tysiąclecia w lipcu 2020: „cieszę się, że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii. To jest dobre podejście, bo on jest w odwrocie. Już teraz nie trzeba się go bać. Trzeba pójść na wybory tłumnie 12 lipca. Wszyscy, zwłaszcza seniorzy, nie obawiajmy się, idźmy na wybory”. Olewanie kwestii związanych z koronawirusem przez władze doprowadziło do rozprzężenia w społeczeństwie (zaś debata publiczna została zdominowana przez foliarstwo). Jeszcze bardziej potem, władza wpadła na genialny pomysł, którym było otworzenie we wrześniu szkół w trybie stacjonarnym. Decyzja ta była tak bardzo genialna, że potem trzeba było wprowadzać nie-lockdown. Czemu nie wprowadzono lockdownu? Bo to mogłoby zaszkodzić wizerunkowi władzy, która przecież pokonała koronawirusa.


Gdy udało się doprowadzić do w miarę stabilnej sytuacji (czytajcie: dzienne przyrosty zachorowań zjechały do poziomu kilku tysięcy) przyszła pora na kolejny jeszcze bardziej, kurwa, genialny pomysł. Otóż, w momencie, w którym pojawiła się brytyjska mutacja koronawirusa, a Wielka Brytania zbierała się do wprowadzenia lockdownu, władza uznała, że trzeba pomóc Polakom wrócić przed tym lockdownem. Na ćwitrze pojawiały się całkiem sensowne komentarze, w których stało, że no generalnie to powinniśmy mieć pretensję do tych dzbanów, którzy MUSIELI sobie podróżować akurat w czasie, w którym rozprzestrzeniać zaczął się wariant brytyjski. I ja się z takim stanowiskiem po części zgadzam. Owszem, powinniśmy mieć pretensje do tych dzbanów, ale większe pretensje jednak powinniśmy mieć do władz, które nas przed tymi dzbanami nie uchroniły. Aczkolwiek „nie uchroniły” to akurat nieodpowiednie określenie, bo ściąganie do Polski ludzi z kraju, który (uwaga będzie capslock) WPROWADZAŁ LOCKDOWN ZE WZGLĘDU NA NOWĄ, ZNACZNIE BARDZIEJ ZARAŹLIWĄ MUTACJĘ KORONAWIRUSA, to nie „nie chronienie” tylko narażanie zdrowia i życia obywateli własnego kraju. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W momencie, w którym piszę te słowa, dzienny przyrost zachorowań zbliżają się do 30 tysięcy, a udział brytyjskiej odmiany koronawirusa w zachorowaniach (w ten kraju) osiągnął 80%. Nikogo nie powinno więc dziwić, że władze się trochę przejęły.


Niestety, nie na tyle, żeby zaczęły traktować problem na poważnie. Tak więc nikogo nie powinno dziwić to, że w momencie, w którym w Polsce „nie jest dobrze”, wysłano 20 medyków, coby ogarniali szczepienie NATOwskich oficjeli. Jeszcze bardziej zabawna (zabawna, bo już kurwa, nie ma sensu traktować tego poważnie) była wypowiedź Czarnka, który na moment zapomniał o tym, że jego specjalizacją są brednie o genderze i elbagietach i powiedział, że w sumie to, jak będzie dobrze, to dzieciaki wrócą do szkół 12 kwietnia. Zupełnie bez związku z tą wypowiedzią przypomniał mi się fragment piosenki (Space Oddity) Davida Bowie, w którym to fragmencie stało: „This is Ground Control to Major Tom”. Ja rozumiem, że Czarnek nie jest najostrzejszym ołówkiem w piórniku, ale nawet jemu powinni wytłumaczyć, że jeżeli uda nam się jakoś zdusić wzrost zachorowań, to wcale nie będzie dobry moment na „otwarcie szkół”, bo zgadnijcie, co się stanie, jak te szkoły otworzymy i dlaczego będą to kolejne wzrosty zachorowań. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że nawet najlepsze zdalne nauczanie nie jest w stanie dzieciakom zastąpić zwykłego nauczania i kontaktu z rówieśnikami. Zdaję sobie sprawę z tego, że nauczanie zdalne jest również wyzwaniem dla rodziców.  (w trakcie pisania niniejszego tekstu ogarniałem dramę pt. „proszę pani, bo ktoś mi włączył piosenkę i ja nic nie słyszę i to pewnie jakiś kolega mi włączył” [of korz, okazało się, że „coś się kliknęło” i w trakcie lekcji odpaliła się piosenka]). Niemniej jednak, to nie jest tak, że ktoś sobie upierdolił w głowie to zdalne nauczanie. Wprowadzono je dlatego, że alternatywą był scenariusz włoski. Jednym z wielu błędów popełnionych przez obecne władze tenkraju było to, że zamiast postawić na „szczerą” komunikację, otwarto we wrześniu szkoły, bo suweren się w sumie tego domagał. Co prawda, domagał się otwarcia szkół, bo wcześniej mu przez kilka miechów tłumaczono, że pandemii już prawie nie ma, albowiem Rząd Premiera Tysiąclecia ją pokonał tak bardzo, że Polacy, którzy zmarli z powodu korony zaczęli zmartwychwstawać.


Jeżeli zaś chodzi o kwestie stricte komunikacyjne, to szanowałem, kurwa, w opór komunikat, który wystosowało do suwerena Ministerstwo Zdrowia w sprawie przyłbic. Tajemnicą dla nikogo nie było to, że przyłbice gówno dają (tzn. jeżeli ktoś używał combo przyłbica+maska to wtedy by była insza rozmowa, ale przeca nie o tym mowa). Ministerstwo długo dumało, aż wreszcie wydumało, że trzeba z tym zrobić porządek. I zrobiono, w stylu typowym dla obecnej władzy, albowiem Niedzielski oznajmił, że: „Z przyłbicami to na Grunwald zapraszamy, a do ochrony przed chorobą to trzeba stosować maseczki”. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że suweren sobie sam tych przyłbic nie wymyślił. Jeszcze nie tak dawno temu, Najbardziej Zmęczony Minister Na Świecie opowiadał o tym, że „można zamiennie stosować przyłbice. Jest to dobre rozwiązanie, chociażby dla osób noszących okulary. Czują one podwójny dyskomfort, gdyż podczas noszenia maseczek szkła okularów ulegają zaparowaniu.”. Jeżeli więc to samo ministerstwo (ale dowodzone przez znacznie mniej zmęczonego ministra) uznało, że te przyłbice są jednak chujowe, to mogłoby to łaskawie ogłosić w nieco mniej kretyński sposób, bo ten, w jaki to zrobiono, dał jedynie paliwo foliarstwu. Skoro bowiem wcześniej kazali nosić przyłbice, a teraz zabraniają (i jeszcze do tego robią sobie jaja), to znaczy, że cała ta pandemia to spisek jest. Miałem w tym miejscu zażartować, że jeżeli Niedzielski tak bardzo chce pożartować, to powinien zastanowić się nad zmianą kariery i pójść w stronę kabaretów, ale potem zdałem sobie sprawę z tego, że polskie kabarety są wystarczająco chujowe bez niego.


Bardzo często zdarza się mi w moich (głośnych) tekstach hejtować media za to, że nie potrafią sobie poradzić z grillowaniem polityków i rozliczać ich z wcześniejszych wypowiedzi i działań. Okazuje się, że bywa jeszcze bardziej zabawnie. Konrada Piaseckiego nikomu nie trzeba przedstawiać (nie, serio, nawet jeżeli nie wiecie kto to jest, to nie trzeba go przedstawiać, bo po prostu nie warto). Pod koniec grudnia (2020) między nim, a Zandbergiem doszło do wymiany ćwitów, która wprost idealnie opisuje to „dlaczego polscy dziennikarze nie potrafią w dziennikarstwo”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że do dyskusji wtrąciła się również Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, ale Piasecki był łaskaw nie zwrócić na nią uwagi. Zaczęło się od wpisu Zandberga: „Dlaczego kraje Zachodu, w tym my, poradziły sobie gorzej z epidemią? Patrząc na mechanizmy podejmowania decyzji w Polsce, na czele z podążaniem klasy politycznej za doraźnymi nastrojami mediów - wyjaśnienie Milanovića brzmi niestety wiarygodnie.” (do ćwita dołączony został link do artykułu). Pod ćwitem Zandberg dodał drugi ćwit: „W sierpniu było oczywiste, czym skończy się otworzenie szkół, jak gdyby nigdy nic. Pisałem tu zresztą o badaniach, które uczulały na rolę uczniów we (wtedy potencjalnej) drugiej fali. Ale rząd nie miał odwagi podjąć decyzji, które mogły uchronić tysiące Polaków przed śmiercią.”. I w tym momencie wchodzi Konrad Piasecki, cały na dziennikarsko: „Nie było w sierpniu ugrupowania politycznego, które powiedziałoby jednoznacznie, że dzieci nie powinny w całej Polsce wracać do szkół. I nic nie było wtedy oczywiste. Owszem, narzekano na słabe przygotowanie placówek, brak maseczek i małą elastyczność daną dyrektorom. Ale to tyle” .


Zandberg bardzo szybko odpowiedział Piaseckiemu: „O tym, że wysyłając dzieci do szkół, w których nie będzie zachowany reżim sanitarny, szykujemy sobie jako kraj potężne problemy, mówiła na komisji @MagdaBiejat. Mówiliśmy też o badaniach harwardzkich, pisałem o nich zresztą także tu, na Twitterze:” i dorzucił link do swojego ćwita z sierpnia: „10 dni do powrotu dzieci do szkół. @MEN_GOV_PL ciągle nie przedstawił wiarygodnej strategii, jak nie zrobić z polskich szkół rozsadników koronawirusa.  @MZ_GOV_PL zajmuje się karuzelą personalną. Trudno to uznać za odpowiedzialne.”, do którego dołączono link do wniosków z badań, w których to wnioskach stało, że dzieci mogą roznosić koronę znacznie skuteczniej, niż się to wcześniej wydawało. Zandberg dodał również, że: „Przestrzegał też Kosiniak, ale to drugorzędne. Możemy przyjąć, że nikt nie przestrzegał. Tym większym problemem jest mechanizm Jak Pan słusznie zauważył, Pan i inni liderzy opinii byliście wtedy zwolennikami powrotu do zwykłego działania. A politycy? Dostosowali się do oczekiwań”. Do rozmowy wtrąciła się również ADB, która przypomniała swój wpis z sierpnia: „Rekord zakażeń #koronawirus w Polsce: 903 nowe przypadki. Tymczasem MEN za 2 tygodnie chce posłać miliony uczniów (dzieci, wnuków) do szkół. Bez maseczek. Bez testów. Na ryzyk-fizyk. To nie może się udać. I nie powinno mieć prawa się wydarzyć.”. W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję, albowiem w kontekście tego, co się teraz dzieje (dziś nowych zachorowań było prawie 30 tysięcy) ówczesne rekordy zachorowań wypadają cokolwiek blado. Jak wspomniałem wcześniej, ćwit ADB został przez Piaseckiego olany, a ów skupił się na rozmowie z Zandbergiem.


W idealnym świecie po tym, jak dziennikarz napisałby ewidentną bzdurę („nikt nie ostrzegał”) i zostałoby mu pokazane czarno na białym, że to ewidentna bzdura (bo jednak sporo ludzi ostrzegało), taki dziennikarz powiedziałby „przepraszam, pomyliłem się”. Ponieważ zaś Polska idealnym światem nie jest, Piasecki poszedł w stronę filozofowania (acz, jak się za moment przekonacie, nie tylko): „Mam wrażenie, że polityka i politycy szli wtedy w parze z oczekiwaniami rodziców. A sytuacja pandemiczna zdawała się na tyle dobra, że mało kto liczył się z taką sytuacją jaka nadeszła w październiku.”. Zandberg odpowiedział: „O tym pisałem wyżej, rząd zasłuchany bardziej w fokusy niż w to, co przychodzi z obiegu naukowego. Emocje, o których pisze Milanović, nie biorą się znikąd. Wpływają na nie politycy, ale media, kontrolując ramy debaty, mają w ich kształtowaniu duży udział. Odpowiedzialność też.”. Dyskusja zakończyła się ćwitem Piaseckiego: „Najwyraźniej wtedy w fokusy zasłuchani byli wszyscy politycy. Od prawa do lewa. I nikt nie miał dość odwagi (wyobraźni?), by krzyknąć, że król jest nagi”. Genialne. Po prostu, kurwa, genialne. Piasecki zaczął się ciskać o to, że w sierpniu „żodyn” nie przewidział tego, co będzie później. Kiedy udowodniono mu, że owszem, ludzie o tym jednakowoż mówili, zaczął tłumaczyć, że te szkoły to pewnie przez fokusy otwarto, bo się rodzice tego domagali, a potem to wszystko spointował tak, że w sumie to pewnie przez te same fokusy nikt nie miał odwagi/wyobraźni, żeby napisać/powiedzieć, że to zły pomysł. Tak, to się, kurwa, stało. Mam pewne podejrzenia odnośnie tego, że Piasecki jest hostem i po prostu nie widzi ćwitów (nie słyszy wypowiedzi/etc.), które mogą go skrzywdzić. Nieśmiało przypominam, że ten człowiek powinien zajmować się grillowaniem polityków i „zabezpieczaniem” suwerena przed politykami, którzy ściemniają.


Nieco wcześniej w tekście padło nazwisko Czarnka, który trochę się zapomniał i uznał, że skoro pełni taką, a nie inną funkcję, to powinien wypowiadać się na tematy, z którymi nie jest sobie w stanie poradzić z racji swojego galopującego wręcz intelektu. Na nasze wspólne nieszczęście, Czarnek, prócz wypowiadania się na tematy, których nie rozumie, usiłuje również w tych tematach działać (gdyby to były po prostu kretyńskie wypowiedzi, jakoś można by to było znieść). Jednym z takich tematów jest „analizowanie treści podręczników”. Od początku wiadomo było, że w całym tym sprawdzaniu chodzi o to, żeby zamienić już i tak nie najlepszy system nauczania w prawicowo-konserwatywną urawniłowkę. Są już pierwsze efekty „analiz”. Otóż, w jednym z podręczników: „w opisie fotografii, pojawia się informacja o tym, że „brytyjscy i amerykańscy historycy sztuki po II wojnie światowej zajmowali się odzyskiwaniem zabytków ukrytych przez „nazistów”. Termin „naziści” jest nieprecyzyjny, a przez to niezrozumiały dla ucznia zatem zasadne jest używanie terminu: Niemcy, oddającego narodowość, podobnie jak w przypadku Brytyjczyków i Amerykanów”. Do tematu odniósł się również Czarnek z właściwą swej kondycji intelektualnej przenikliwością: „Gdzieniegdzie pojawiają się błędy merytoryczne, w innych przypadkach błędy językowe. Na przykład w podręcznikach historycznych ciągle piszemy "naziści". A powinno być po prostu Niemcy czy Austriacy. Nazywajmy rzeczy po imieniu, nie "nazistowskie obozy koncentracyjne", tylko "niemieckie nazistowskie obozy koncentracyjne". Nie "naziści", tylko "niemieccy naziści". To jeden z przykładów – tłumaczył.”. O tym, że „analitycy” bóldupią na to, że w podręcznikach nie ma hejtów na Sorosa, wspominać chyba nie trzeba?


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


No, ale wróćmy sobie do tych analiz i terminu „naziści”, który zdaniem Wielce Uczonych Analityków jest „nieprecyzyjny i niezrozumiały”. Ja bym się w tym miejscu chciał uprzejmie zapytać: dla kogo ten termin jest niezrozumiały? Ja wiem, że oni tam napisali, że „dla ucznia”, ale to jest, kurwa, bzdura, bo (uwaga, anecdata) żyję już na tym świecie trochę i absolutnie nigdy nie spotkałem kogoś, kto nie wiedział jakiej narodowości byli naziści. Jeżeli już czegoś ten ktoś nie wiedział, to tego, że nazistami bywali również ludzie, którzy nie byli Niemcami/Austriakami. Natomiast w pewnym momencie trafiłem na ludzi, którzy twierdzili, że jeżeli nie będzie się non stop nawijało o tym, że naziści = Niemcy, to nikt o tym nie będzie wiedział. Trzeba więc przeformułować pytanie: dla kogo, poza prawicowymi konserwatystami określenie „nazista” jest niejasne i nieprecyzyjne? Najgorsze w całej tej imprezie jest to, że działania analityków-kretynów mogą się skończyć wygumkowaniem pojęcia „nazista” z podręczników. Potem pewnie przyjdzie pora na wygumkowanie Trzeciej Rzeszy, bo przecież to jest dopiero nieprecyzyjne pojęcie, prawda? Jestem w tej komfortowej sytuacji, że w pewnym momencie zainteresowałem się historią, tak więc kiedy przyjdzie odpowiednia pora, będę umiał wytłumaczyć Małemu Piknikowi kto to byli naziści, skąd się wzięli, jak padła Republika Weimarska i tak dalej i tak dalej. Mam szczerą nadzieję, że nie będę musiał tego robić, albowiem opozycja się zbierze i sprawi, że partia rządząca przestanie być partią rządzącą, a potem poprawi to, co zjebią w systemie nauczania Czarnkoidy. W tym miejscu chciałbym złożyć szczerze wyrazy współczucia nauczycielom historii, którzy będą musieli nauczać Czarnko-historii. Swoją drogą, to zjednoczono-prawicowe podejście do historii jest, no cóż, zjawiskowe. Z jednej bowiem strony mamy tę ich walkę z „nieprecyzyjnymi określeniami”, takimi jak „nazista”. Z drugiej jednakowoż strony, mieliśmy ministrę Annę Zalewską, która opowiadał o tym, że jeżeli chodzi o pogrom kielecki to: „różne były zawiłości historyczne - powiedziała Zalewska. Według niej, za tamtą zbrodnię odpowiadali "antysemici", ale nie Polacy. - Nie do końca "Polak" równa się "antysemita". To były określone uwarunkowania historyczne i polityczne – stwierdziła.”.


Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że pojęcie „antysemitów”, używane w kontekście pogromu kieleckiego, jest cokolwiek nieprecyzyjne i może wprowadzać w błąd uczniów. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, z niecierpliwością czekam na moment, w którym Czarnkoidy doczytają w podręcznikach do tych fragmentów, w których pojawia się niejaki Józef Stalin. Wtedy okaże się, że „Stalin” jest określeniem nieprecyzyjnym, bo przecież chodziło o Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwili. Swoją drogą, warto się na moment pochylić nad przyczynami, dla których ci kretyni tak bardzo naciskają na to, żeby absolutnie zawsze i wszędzie zastępować określenie „naziści” Niemcami albo Austriakami. Otóż, nie ma to żadnych przyczyn „historycznych”, ma za to przyczyny polityczne. Ponieważ Zjednoczona Prawica jest skonfliktowana z Niemcami, partii rządzącej potrzebni są obywatele, którzy będą ją popierać w starciach z Niemcami. Wydawać by się mogło, że cel ten można osiągnąć poprzez niekłócenie się wtedy, gdy się, kurwa, nie ma racji. Tyle, że Zjednoczona Prawica nie umie odpuścić, tak więc ta metoda się jej nie przyda. Zamiast tej „mojej” metody próbuje się zastosować inną i tłumaczyć, że każdy Niemiec jest zły. Skoro bowiem każdy jest zły, to znaczy, że niemiecki rząd również, tak więc automatycznie nie ma racji. Przesadzam? Niestety, nie bardzo. Jakiś czas temu (a dokładnie we wrześniu 2016) przez chwilę udało mi się podyskutować ze Zdzisławem Krasnodębskim. Przyczynkiem do dyskusji (która odbyła się na ćwitrze) był wpis Krasnodębskiego, w którym stało: „Syn SS-mana martwi się o demokrację w Polsce”. Do ćwita dołączony był link do wywiadu z Martinem Pollackiem. Czy Pollack jest synem SS-mana? Owszem. Czy ów fakt powinien rzutować w jakikolwiek sposób na poglądy Pollacka odnośnie tego, co w 2016 odjebywała Zjednoczona Prawica? Wydaje mi się, że w kontekście tego, że Pollack miał niecałe trzy lata, kiedy jego ojciec zginął, trochę, kurwa, nie bardzo powinno to rzutować na cokolwiek. Czemu więc Krasnodębski o tym wspomniał, zamiast odnieść się merytorycznie do treści wywiadu? Bo tak było mu po prostu łatwiej. Po co się spinać i polemizować, skoro można jebnąć SS-manem i dzięki temu wygrać każdy spór? W tym miejscu pora na kolejną dygresję. Kiedyś, naiwnie wierzyłem w to, że w Polsce etykietka „komuch”, czy tam inszy bolszewik umrze śmiercią naturalną wraz z upływającymi latami. Z naiwności wyleczyły mnie wrzutki o trzecim pokoleniu UB walczącym z trzecim pokoleniem AK. Z tymi SS-manami będzie tak samo. Zawsze znajdzie się kretyn, który zamiast dyskutować z rozmówcą będzie tłumaczył, że on w sumie to nie ma o czym dyskutować, bo praprapradziadek żony kuzyna jego rozmówcy był w Hitlerjugend. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że jeżeli ktoś jest zainteresowany tematyką związaną z tym, jak to się stało, że naziści (wybaczcie stosowanie nieprecyzyjnego terminu) doszli do władzy, polecam „Nadejście Trzeciej Rzeszy” Richarda Evansa. Książka ta sporo czasu przeleżała u mnie na Pile of Shame, ale wreszcie ją przeczytałem i mogę napisać jedynie tyle, że „a jednak, warto było”.   


Jakiś czas temu dosyć głośno (po raz kolejny) zrobiło się o IPN, który (po raz kolejny) srogo przydzbanił. Chodzi, rzecz jasna, o casus Tomasza Greniucha, który został szyszką w IPN. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że Greniuch jest byłym działaczem ONR, zaś w soszjalach zaczęły krążyć zdjęcia, na których widać hajlującego Greniucha. Dla nikogo nie było niespodzianką to, że suweren się troszeczkę zdenerwował na tę nominację. Do pewnego momentu wyglądało to tak, że cała sprawa się dla Greniucha skończy dobrze, bo zaczęto go bronić tłumacząc, że no może i hajlował, ale to błędy młodości były, więc lewaki dupa cicho. Na stronie IPN pojawiło się jakieś (eufemizując) gówno-wyjaśnienie, w którym stało, że Greniuch to jednak dobry ziomek jest, bo może i wcześniej dokazywał, ale potem mu było przykro, a poza tym, to jeden z członków z jego rodziny został osadzony w Auschwitz (jako więzień polityczny) i rozstrzelany. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem od czego zacząć. Ja wiem, że nie takie rzeczy się już działy, ale przyznam szczerze, że w lekką zadumę wpędza mnie to, że człowiek, którego przodek został rozstrzelany przez nazistów (czytaj: Niemców lub Austriaków), jarał się potem nazizmem (ja wiem, że wybiegnę trochę w przyszłość, ale nie, w przypadku Greniucha to nie były „błędy młodości”). Nie lubię się bawić w głowologię, ale wydaje mi się, że jedyną możliwością jest taka, że po prostu trzeba mieć w dupie los swojego przodka. No, ale to dygresja.


Ta nominacja (i późniejsza obrona, która trochę trwała) pokazuje coś, co od biedy można nazwać dwójmyśleniem. Z jednej bowiem strony, synowi SS-mana przy okazji każdej dyskusji, w której się z nim nie zgadzamy, powinniśmy przypominać o tym, kim był jego ojciec (bo może zapomniał, co nie?). Z drugiej zaś strony kogoś, kto w pewnym momencie doszedł do wniosku, że ten nazizm to w sumie nie był taki zły, należy bronić, bo w sumie to „błędy młodości” były. Jak już wspomniałem, początkowo władza broniła Greniucha, ale w pewnym momencie na wierzch zaczęło wypływać znacznie więcej „gęstego” i Greniuch się podał do dymisji (tzn. pewnie mu zasugerowano, żeby pospierdalał). Po tym, jak Greniuch się katapultował z IPN, głos zabrał Ryszard Terlecki: „Funkcjonariusze publiczni, osoby publiczne, które były np. w PZPR, powinny składać rezygnację - podobnie jak to zrobił ten pan, który był w ONR”. Na to, co zrobił Terlecki za wielką wodą mówią „friendly fire”, albowiem Terlecki najprawdopodobniej zapomniał o tym, że nie tak dawno temu sam głosował za tym, żeby byłego członka PZPR i prokuratora stanu wojennego powołać na stanowisko sędziego Trybunału Przyłębskiego (niegdyś Trybunał Konstytucyjny). Gdybyśmy w Polsce mieli dziennikarzy, to od tamtej pory ktoś przy każdej, kurwa, okazji pytałby Terleckiego o to, czy jego zdaniem Stanisław Piotrowicz powinien się katapultować z trybunału. Idźmy dalej. Nieco wcześniej zaspoilerowałem, że w przypadku Greniucha nie było mowy o „błędach młodości”, bo Greniuchowi nie przeszło. Nie przeszło mu tak bardzo, że na ćwitrze i FB zaczęły się pojawiać kolejne wyimki z jego twórczości internetowej i było to, kurwa, na tyle jednoznaczne, że nawet hardkorowe rządowe media zaczęły go potępiać. Okazało się bowiem (cóż za brak zaskoczenia), że Greniuch na FB, na ten przykład, udostępniał utwory o dość jednoznacznym, że tak to ujmę, wydźwięku (linki w źródłach). Innym razem ogłaszał, że chciałby się przyłączyć do rosyjskich separatystów, którzy demolują Ukrainę, żeby „pogrobowców UPA lać po pyskach pod Donieckiem”. I teraz należy sobie zadać jedno, zajebiście ważne, pytanie. Czy Greniuch został zatrudniony „przez przypadek” (bo nikomu nie chciało się go „przeskanować”), czy też w IPN wiedzieli o tym, co ów odpierdalał, ale nikomu to nie przeszkadzało? Mizianki obecnych władz ze skrajną prawicą nie są czymś niespotykanym. Jednakowoż z drugiej strony, Zjednoczona Prawica ma gigantyczne problemy kadrowe (ten temat jeszcze będzie grany w niniejszym, głośnym, tekście).


Z racji pełnienia obowiązków trollskich, na ćwitrze zebrałem pokaźną liczbę banów od mediaworkerów pracujących ku chwale Zjednoczonej Prawicy. Jeden z delikatnych płatków śniegu zbanował mnie za to, że zraniłem jego wrażliwe ego, po tym, jak nie udało mu się trafnie „wyprognozować” skali Czarnego Protestu. Pomimo bana, co jakiś czas wpadają mi na TL dokonania tegoż jegomościa. Ostatnie z nich było moim zdaniem najzabawniejsze, albowiem niegdysiejszy pracownik „Do Rzeczy”, który teraz zasilił szeregi Wirtualnej Polski (przynajmniej już nie trzeba będzie podpisywać pochwalnych artykułów nazwiskiem Suwarta) zalinkował artykuł, w którym stało, że Kraków będzie miał swój własny „miejski” program dofinansowania in vitro i opatrzył to komentarzem: „Kraków z programem miejskiego dofinansowania in vitro. Oby tym razem się udało - to trudne do wytłumaczenia, aby drugie pod względem mieszkańców miasto w Polsce nie miało dofinansowania leczenia niepłodności.”. Tak sobie myślę, że gdybym wcześniej nie wyłapał bana, to dostałbym go właśnie w tym momencie, bo zapytałbym Makowskiego o to, gdzie, kurwa, był, jak Zjednoczona Prawica zaorała rządowy program in vitro, a potem zastąpiła go szamanizmem (aka „naprotechnologia”), który to szamanizm potem olała, bo się okazało, że (cóż za kolejny brak zaskoczenia) jest zajebiście nieskuteczny? Nawiasem mówiąc, choć Makowski przeszedł z „Do Rzeczy” do WP, to jego followersi nie bardzo i jego ćwit został srogo zjebany przez ludzi, którzy tłumaczyli mu, że co on w ogóle pierdoli, bo in vitro nie leczy niczego/etc./etc.


Miało być o chujowych kadrach, będzie o chujowych kadrach. Na początku marca Prezydent RP podpisał ustawę, dzięki której w szeroko pojętej dyplomacji pracować będą mogli ludzie bez wykształcenia wyższego i bez znajomości języka obcego. Na pierwszy rzut oka wygląda to na typowy przejaw obsadzania „swoimi” każdego możliwego stołka. Jeżeli „nasz” nie spełnia wymagań, to zmieniamy wymagania, żeby tylko „nasz” dostał stołek. Tyle, że moim zdaniem, jest to raczej przejaw problemów kadrowych. Cofnijmy się trochę w czasie i przypomnijmy sobie, jak to PiS rozmontował bezpieczniki w Służbie Cywilnej: „Zlikwidowany został wymóg posiadania przez szefa służby cywilnej co najmniej 5-letniego doświadczenia na stanowisku kierowniczym w administracji rządowej lub co najmniej 7-letniego doświadczenia na stanowisku kierowniczym w jednostkach sektora finansów publicznych. Zniesiono też wobec szefa służby cywilnej wymóg, by nie był członkiem partii politycznej w okresie 5 lat poprzedzających objęcie tego stanowiska; ma on nie być członkiem partii politycznej w momencie objęcia stanowiska.”. Wtedy sytuacja była raczej prosta: Zjednoczona Prawica się rozpędzała (był to początek roku 2016) i zaczynała czyścić wszelkie możliwe stanowiska z ludzi, którzy nie są jej wierni. Rozmontowanie bezpieczników wzięło się zaś stąd, że, no cóż, kadry nie spełniały wymagań. Czym to różni się od obecnej sytuacji? Czasem. To było pięć lat temu. W ciągu tych pięciu lat, Zjednoczona Prawica mogłaby spokojnie ogarnąć sobie „szlifowanie” kadr. Co to, kurwa, za problem wysłać jakiegoś pociotka, który koniecznie ma dostać jakiś stołek na studia zaoczne i na jakiś kurs języka obcego? Skoro Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny mógł zostać, no cóż, doktorem, to tym bardziej dałoby się przepchnąć jakiegoś partyjnego randoma przez studia i kurs językowy. To, że się „nie dało” oznacza, że Zjednoczona Prawica ma zajebisty problem z kadrami.


O ile bowiem można by było jakoś zrozumieć, że może nie wszyscy w dyplomacji muszą mieć wykształcenie wyższe (bo np. ktoś ma odpowiednie kwalifikacje mimo nieukończenia studiów), to jednak brak znajomości języka jest w tej „branży” cokolwiek, kurwa, dyskwalifikujący. Zgoda, w tym wszystkim nadal chodzi o obsadzenie każdego możliwego stołka „swojakami”, ale ci swojacy mogliby spełniać jakieś wymagania (choćby na papierze). Z jednej strony, państwo na tym traci, bo istotne stołki obsadzane są ludźmi, którzy niczego nie ogarniają (a „dowodzą” nimi ludzie, którzy nie ogarniają jeszcze bardziej + z podjęciem każdej decyzji muszą czekać na wytyczne od Wielkiego Stratega). Z drugiej jednakowoż strony jest to coś, co może odrobinę cieszyć, bo wygląda na to, że projekt o nazwie „rzeczpospolita zjednoczonoprawicowa”, który w zamierzeniu był projektem „na lata” cokolwiek nie rokuje. Nie można bowiem zastąpić wszystkich pracowników merytorycznych kretynami bez kompetencji. Tzn. może inaczej: owszem, można, ale to po prostu jebnie. Nie chodzi o to, że Zjednoczona Prawica się od tego zawali, ale po prostu kretyni będą produkowali takie ilości fuckupów, że nawet rządowa machina propagandowa sobie z tym nie poradzi.


Tematyka kadr wiąże się z dość świeżym tematem, którym jest Daniel Obajtek. Szczerze mówiąc, nie chce mi się specjalnie zagłębiać w Obajtkologię, bo do ogarnięcia tego, co się odjebywało i odjebuje w jego otoczeniu potrzebna by była książka. Ograniczę się więc do telegraficznego skrótu. Zaczęło się od tego, że upublicznione zostały taśmy, w których główną rolę grał Obajtek. Co ciekawe, rządowe media nie nazwały tych taśm „taśmami prawdy”, no ale to dygresja. W taśmach stało, między innymi, że Człowiek Wolności 2020 Tygodnika „Sieci” kierował firmą w czasie, w którym nie wolno mu było tego robić z racji bycia wójtem. Dodatkowo, Obajtek na taśmach bluzgał tak, że wystarczyłoby tego na bardzo dużą liczbę Przeglądów. Ponieważ takimi drobnostkami, jak prawo, Zjednoczona Prawica nie musi się przejmować (od czego jest bowiem Zbyszek z kolegami i koleżankami?), skupiono się głównie na tłumaczeniu dlaczego Obajtek bluzgał. Tłumaczenie było takie, że bluzgał, bo ma zespół Tourette'a. Rządowy agitprop poszedł o krok dalej i zaczął hejtować krytykujących Obajtka za słownictwo, bo „przecież on chory, wy chuje jebane!”. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, ze sam Obajtek w 2019 powiedział, że kiedy miał 13 lat lekarz neurolog (omyłkowo) uznał, że Obajtek nie ma zespołu Tourette'a bo nie ma koprolalii. Potem zaś w sprawie wypowiedzieli się eksperci i wytłumaczyli, że koprolalia polega na tym, że chory bluzga nieintencjonalnie. Wytłumaczyli również, że taki chory może również kląć całkowicie intencjonalnie. Z nagrań wynikało, że Obajtek bluzgał jak najbardziej intencjonalnie. Tak więc, gdyby nawet cierpiał na koprolalię (a jak sam powiedział, nie cierpi na nią), to nie dałoby się w ten sposób wytłumaczyć wszystkich wulgaryzmów, które pojawiły się na taśmach. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że ilekroć Obajtek pojawiał się w jakichś mediach, okazywało się, że został w magiczny sposób uzdrowiony z koprolalii. Co za przypadek...


Potem akcja przyspieszyła, bo okazało się, że sprawa Obajtka (która trwała od jakiegoś czasu) pełna była zwrotów akcji w postaci wycofywania aktów oskarżenia, kasacji wyroków (nie chodziło o wyrok Obajtka, ale o wyrok jakiegoś typa, który to wyrok pośrednio miał obciążać Człowieka Wolności), zmian prawa (mamy 2021, nikogo to już nie zaskakuje) i tak dalej. Dodatkowo, były podejrzenia odnośnie tego, że coś się „nie spina” na linii „kasa” - kupowane za nią nieruchomości. Sprawa zaczęła śmierdzieć na tyle, że Obajtek ujawnił swój majątek. Mediaworkerzy rzucili się na liczby i im wyszło, że nie mieli racji ci, którzy mówili, że Obajtkowi na coś tam by brakło, bo jak się zsumuje wszystko, co zarobił i porówna z cenami tego, co kupił, to wszystko się zgadza, tak więc nie było żadnej afery i każdy, kto twierdzi inaczej ma wypierdalać. Jest tylko jeden, zajebiście drobny problem, który ktoś bardzo pięknie opisał (zacytuję niedosłownie): Wyobraśmy sobie, że ktoś przez kilka lat zarobił w sumie pięćset tysięcy złotych. W międzyczasie kupił sobie nieruchomość wartą 10 milionów. Nieco później wygrał w totku 15 milionów. Jak się to wszystko podliczy na samym końcu to wyjdzie, że ktoś, kto miał 15,5 bańki kupił nieruchomość za 10 baniek. Dlatego też każdy mediaworker, który w ten, a nie inny sposób „podliczył” kwoty zawarte w Obajtkowym oświadczeniu nie zasługuje na to, żeby nazywać go „dziennikarzem”. Businessinsider przekopał się przez te wszystkie liczby i wyszło im, że co prawda nawet by się to spięło, ale „Od 2002 r. darowizny (które Obajtek dostawał coby inwestować. Przypis mój własny) były zgłaszane do skarbówki i Obajtek oraz darczyńcy płacą od nich podatki. Co było ze wcześniejszymi darowiznami — nie wiadomo. Umowy sprzed 2002 r. przedstawione dziennikarzom nie mają pieczątek urzędowych i wyliczenia podatku przez skarbówkę.”. Kurde, sprawa Obajtka jest tak bardzo pogmatwana, że dopiero w tym momencie tekstu przypomniałem sobie o tym, że ów kupił mieszkanie „w promocji” (zniżka była niewielka bo to był, pi razy oko, jakiś milion zeta). Ujmujące było to, że usiłowano go wtedy bronić tak, że „no bo to był duży lokal, a im większy lokal tym mniej się płaci za metr kwadratowy, więc lewaki dupa cicho!”.


Generalnie rzecz ujmując, sprawa Obajtka nie wygląda za dobrze. Ujmując rzecz mniej eufemistycznie: wygląda bardzo chujowo. Owszem, rządowy agitprop będzie w stanie go ochronić (acz wszystko zależy od tego, co jeszcze wypłynie na wierzch), owszem Zbyszek z kolegami i koleżankami nie pozwoli go skrzywdzić, ale, ujmując rzecz kolokwialnie, większość ludzi raczej nie kupiłaby od niego używanego auta. Praktycznie za każdym razem, gdy okazuje się, że Zjednoczona Prawica obsadziła stołki ludźmi, których ciężko uznać za „kryształowych” (chyba że chodzi o Kryształy Kaczyńskiego) odzywa się sporo głosów, których autorzy są straszliwie zdziwieni. Czym? Ano tym, że jak to w ogóle można wpuścić takich ludzi do SSP i na kierownicze stanowiska. Mnie to nie dziwi w najmniejszym stopniu. Czemu? Bo tacy ludzie, jak Obajtek są idealnymi „żołnierzami”. Taki człowiek sobie doskonale zdaje sprawę z tego, że jeżeli jego chlebodawcy stracą władzę, to najmniejszym jego problemem będzie to, że wyleci ze stołka, albowiem będzie musiał się liczyć z tym, że może przestać być „Człowiekiem Wolności”. Owszem, taki Obajtek mógłby stanowić spory problem wizerunkowy dla Zjednoczonej Prawicy, ale komuś (no przeca nie napiszę, że opozycji, bo znowu się okaże, że ich non stop krytykuję) musiałoby się „chcieć”. Jakiż to problem? Ano taki, że partia, która tyle mówiła o „walce z elitami” sama sobie wyprodukowała elity finansowe, które, na domiar złego, są alternatywnie uczciwe. Gdyby PO miała takiego Obajtka w czasach swoich rządów, Zjednoczona Prawica rozdarłaby go na strzępy (w wymiarze medialno-wizerunkowym, rzecz jasna) i używała jako przykładu tego, jak bardzo chujowe są rządy elit z PO. Ponieważ Obajtek został wyprodukowany przez Zjednoczoną Prawicę, jest on bohaterem, którego prześladują złe media/etc. Lewica mogłaby na podstawie przygód wyżej opisanego pana budować piękne narracje o elitach finansowych, które rządzą naszym krajem.


Na sam koniec zostawiłem sobie temat, który jest w sumie niezbyt istotny, ale z racji tego, co swego czasu zrobiła rządowa machina propagandowa, było o nim głośno. Tym tematem jest ciąg dalszy przygód syna Poprzedniczki Premiera Tysiąclecia, z którego to syna rządowe media swego czasu zrobiły niemalże superbohatera. Czemu? Ano temu, że był księdzem (był jest w tym zdaniu kluczowe, albowiem już nie jest). Tymoteusz był wrzucany na okładki i wychwalany. Pamiętam, jak Makowski wrzucił na ćwitr zdjęcie Tymoteusza. Fotka została opatrzona komentarzem: „Premier z mężem i ich syn po mszy prymicyjnej". Jesteśmy chyba jednym z ostatnich państw Europie, gdzie taki jest możliwy." Nikogo chyba nie zdziwi to, że Makowski ostatnio skasował ćwita. Tak samo, jak nikogo nie powinno dziwić to, że zapytany o to „czemu skasował” tłumaczył się w cokolwiek idiotyczny sposób: „nie mam zamiaru brać udziału w śmieszkowaniu w sprawie, która mnie nie dotyczy i z osoby, z którą nie mam nic wspólnego. Tweetem sprzed czterech lat, który stwierdzał fakt, a nie opinię. Pozdrawiam.”.


Cała sprawa zaczęła się od tego, że ktoś podesłał Oko Press informacje o tym, że Tymoteusz pracuje w jednej z firm pod zmienionym nazwiskiem. Pozwolę sobie zacytować tytuł artykułu z OP, albowiem jest z gatunku tych self-explanatory: „Syn Beaty Szydło, pod zmienionym nazwiskiem, pracuje w firmie, w której udziałowcem jest Daniel Obajtek”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że okazało się, że firma ta dostawała jakieś srogie dofinansowania z budżetu. Nietrudno zgadnąć, że informacja ta wywołała falę heheszków, które przetoczyły się przez internety. Równie nietrudno zgadnąć, że mediaworkerzy i politycy, którzy wrzucili Tymoteusza na sztandary zaczęli tłumaczyć, że nie wolno pisać o tym, co się z nim dzieje, bo trzeba uszanować prywatność rodziny. Bronić Tymoteusza zaczął również mój ulubiony duet: Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny i Sebastian Kaleta (który bardzo chce być Patrykiem Jakim 2.0). To, co ci dwaj napisali, to szczere złoto, więc zacytuję obydwa wpisy. Na pierwszy ogień pójdzie Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny: „Trwa kolejny rok linczu na dziecku, które nic złego nie zrobiło ponadto, że było dzieckiem swojej matki. Popularnej polityk. Chciał być księdzem co dla wielu środowisk jest poważniejszym zarzutem niż napaść z nożem w ręku.”. Teraz pora na Kaletę.(Jego wpis miał być kontrą do wpisu Nowackiej, która uprzejmie przypomniała, że Zjednoczona Prawica i Kościół gnoją dzieciaki-elbagiety i jakoś tak tych dzieci nikt nie chce bronić): „To jest na wielu poziomach obrzydliwy wpis 1. Najpierw zaszczuliście chłopaka przez sokizburaka etc tylko dlatego, że był księdzem. Kiedy chciał normalnie żyć, znowu nagonka. 2. Zasłania się Pani dzieciakami, których nikt nie atakuje. My jesteśmy przeciw programowi politycznemu!”.  


Tak więc, widzicie. Tymoteusz przestał być księdzem, bo został „zaszczuty” przez Sok z Buraka, a w ogóle wspominanie o tym, to „lincz na dziecku” (brakowało mi tu jeszcze Jarkowego „wara od naszych dzieci”). Nie mam pojęcia z jakiego powodu Tymoteusz przestał być księdzem, ale jeżeli miałoby to jakikolwiek związek z tym, że pisały o nim media, to głównymi winowajcami byłyby media rządowe. Prawda jest bowiem taka, że gdyby nie robienie z niego chuj-wie-kogo, to pewnie mało kto by się zainteresował tym, że został księdzem. Ok, pewnie ktoś by to wynorał, ale gdyby Poprzedniczka Premiera Tysiąclecia nie organizowała eventów z jego udziałem, to znacznie bardziej szczerze brzmiałyby te odezwy o „poszanowaniu prywatności rodziny”. Widziałem trochę wpisów i komentarzy, których autorzy współczuli Tymoteuszowi, bo w sumie to nie jego wina, że to i tamto. Szczerze mówiąc, mam to w dupie. Może patrzyłbym na to inaczej, gdyby ktoś wynorał, że Tymoteusz pracuje w jakiejś firmie chuj wie gdzie, która to firma nie ma związku z politykami partii rządzącej. Nie oznacza to, że bym mu współczuł z tego powodu, że media się nad nim pochyliły. Nie, to co odpierdalają media rządowe (które potrafią wjebać się w życie prywatne każdego, kto popatrzy źle na władzę) sprawia, że nie jestem w stanie współczuć takim ludziom. Warto sobie również zadać pytanie, na ile rządowym mediom/etc. chodzi o samego Tymoteusza, a na ile o to, że „odnalazł się” w firmie, której współudziałowcem jest Człowiek Wolności.


I tym optymistycznym akcentem chciałbym zakończyć niniejszą ścianę tekstu. Ktoś w tym miejscu może powiedzieć, no ale lewaku, gdzie komentarz odnośnie posłanki, która odeszła z Lewicy i została posłem Porozumienia? Na takie pytanie odpowiem w sposób następujący: nie wspomniałem o tym w Przeglądzie, albowiem wspomnę o tym w kolejnej notce traktującej o lewicy.


Źródła:

https://serwisy.gazetaprawna.pl/emerytury-i-renty/artykuly/8093319,podwyzka-skladki-zdrowotnej-krus-ryczalt-danina-solidarnosciowa.html

https://wyborcza.biz/biznes/7,147768,26889657,co-pis-zrobi-ze-skladka-zdrowotna-znamy-pierwsze-szczegoly.html?

https://www.rynekzdrowia.pl/Uslugi-medyczne/Prof-Antczak-rehabilitacji-po-COVID-19-wymaga-juz-120-tys-osob-System-wytrzyma,220051,8.html

https://twitter.com/300polityka/status/1373892926745509890

https://oko.press/wypowiedzi/morawiecki-o-epidemii/

https://twitter.com/mikolajkirschke/status/1373701533251031045

https://twitter.com/DoRzeczy_pl/status/1374275410113011712

http://300polityka.pl/live/2021/02/20/niedzielski-z-przylbicami-to-na-grunwald-zapraszamy-a-do-ochrony-przed-choroba-to-trzeba-stosowac-maseczki/

https://next.gazeta.pl/next/7,173953,25907385,czy-mozna-nosic-przylbice-zamiast-maseczki-minister-zdrowia.html

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1373912077891469312

https://tvn24.pl/polska/kto-odpowiada-za-pogrom-kielecki-rozne-byly-zawilosci-historyczne-ra660799

https://twitter.com/ZdzKrasnodebski/status/771088863322333184

https://de.wikipedia.org/wiki/Martin_Pollack

https://en.wikipedia.org/wiki/Gerhard_Bast

https://twitter.com/ZandbergRAZEM/status/1342895412705959936

https://twitter.com/ZandbergRAZEM/status/1342906667210575876

https://news.harvard.edu/gazette/story/2020/08/looking-at-children-as-the-silent-spreaders-of-sars-cov-2/

https://twitter.com/AgaBak/status/1342908279874334720

Pewnie będzie za Paywallem, ale Wyborcza bardzo ładnie rozrysowała timeline sprawy Greniucha:

https://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/7,35771,26826636,tomasz-greniuch-wylecial-z-ipn-prezes-szarek-stracilem-do.html

https://tvn24.pl/polska/ryszard-terlecki-o-tomaszu-greniuchu-onr-i-bylych-dzialaczach-pzpr-komentarze-opozycji-5027408

https://ipn.gov.pl/pl/dla-mediow/komunikaty/138652,Nigdy-nie-bylem-nazista-za-nieodpowiedzialny-gest-sprzed-kilkunastu-laty-jeszcze.html

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2021-02-23/osoby-publiczne-ktore-byly-w-pzpr-powinny-skladac-rezygnacje-podobnie-jak-byly-czlonek-onr/

https://www.sejm.gov.pl/Sejm9.nsf/agent.xsp?symbol=klubdecglos&IdGlosowania=52036&KodKlubu=PiS&Decyzja=Za

https://niezalezna.pl/382333-playlista-dr-greniucha-a-tam-hitler-z-mussolinim-i-musztra-doborowych-oddzialow-ss

https://dorzeczy.pl/kraj/173929/kontrowersyjne-wpisy-bylego-szefa-wroclawskiego-ipn.html

https://twitter.com/makowski_m/status/1368957392008908803

https://next.gazeta.pl/next/7,151003,26897865,nikodem-rachon-brat-dziennikarza-tvp-info-awansowal-na-kierownika.html

https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/urzednicy-powolywani-bez-konkursu-dzis,152,0,2003864.html

https://tvn24.pl/polska/tasmy-daniela-obajtka-nowe-nagrania-z-udzialem-obecnego-prezesa-orlenu-5033880

https://tvn24.pl/polska/daniel-obajtek-jako-wojt-pcimia-mial-kierowac-spolka-czego-zabrania-ustawa-gw-publikuje-tasmy-nagrania-5029913

https://natemat.pl/265305,chory-z-zespolem-tourettea-opowiada-o-zyciu-z-choroba

https://oko.press/obajtek-klnie-bo-jest-chory-stowarzyszenie-syndrom-tourettea-zaprzecza/

https://businessinsider.com.pl/polityka/daniel-obajtek-wyrok-w-sprawie-macieja-c-pseudonim-prezes-kasacja-wyroku/86m534d

https://tvn24.pl/polska/daniel-obajtek-pis-zmienil-prawo-by-wycofac-z-sadu-akt-oskarzenia-wobec-prezesa-orlenu-5037737

https://businessinsider.com.pl/finanse/handel/daniel-obajtek-majatek-nieruchomosci-zarobki-prezesa-pkn-orlen/y3chs0z

https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/daniel-obajtek-dostal-milionowa-znizke-na-apartament/j6x9nrn

https://twitter.com/J_Kaska/status/1372174086319828992

https://oko.press/syn-beaty-szydlo-pod-zmienionym-nazwiskiem-pracuje-w-firmie-w-ktorej-udzialowcem-jest-daniel-obajtek/

https://twitter.com/makowski_m/status/1372174908273389572

https://twitter.com/PatrykJaki/status/1372197844749258754

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1372317230290108426




Lewak lewakowi lewakiem
12.03.2021

Miałem sobie spokojnie napisać Przegląd.  Pozbierałem sobie tematy i linki. Nawet sobie go zacząłem pisać. Niestety (albo stety), będziecie się musieli uzbroić w cierpliwość i na niego poczekać, albowiem w przysłowiowym międzyczasie zaczęła się twitterowa inba, w której część działaczy lewicowych partii brutalnie zderzyła się ze „zlewaczoną” młodzieżą, tak więc niniejsza ściana tekstu będzie traktowała o lewicy jako takiej oraz o przyczynach, dla których doszło do tego zderzenia i cokolwiek absurdalnych wniosków, które z tego zderzenia wyciągnęła część lewicowego komentariatu.


Niniejszy głośny tekst zacznę od rozróżnienia między lewicą parlamentarną i lewicą rozumianą jako publicystyka, komentariat, leftbook etc. Owszem, to wszystko się ze sobą przeplata, ale chyba zgodzicie się z tym, że inne wymagania można mieć względem lewicowych „aktywnych” polityków, a inne względem publicystów oraz shitposterów. O ile bowiem lewicowy publicysta może sobie spokojnie pierdolić co mu tylko ślina na klawiaturę przyniesie (z czego, niestety, część owych publicystów skrzętnie korzysta), o tyle polityk powinien wiedzieć kiedy powinien zamknąć mordę, albo powiedzieć „przepraszam, zjebałem”. Punktem wyjścia dla tych moich dywagacjo-rozważań będzie to, co ostatnio CBOSowi wyszło z badań (aka „młodzież lewaczeje). Wydawać by się mogło, że powinna się z tego cieszyć zarówno lewica „polityczna” i „pozapolityczna” (zaś ta „polityczna” powinna sobie ten fakt momentalnie wkalkulować w swoją strategię polityczno-komunikacyjną).


Przyznam się w tym miejscu, że pomysł na tekst o problemach lewicy „pozapolitycznej” zalęgł się w mej głowie mniej więcej wtedy, gdy głośno zrobiło się o zlewaczeniu młodzieży. Ktoś, kto nie śledzi tego, co dzieje się „po lewej stronie”, bądź też śledzi to pobieżnie, mógłby dojść do wniosku, że ta lewa strona się powinna ucieszyć z takiego obrotu spraw. Jednakowoż jeżeli ktoś obserwuje lewą stronę nieco uważniej, to pewnie po obejrzeniu tego, co CBOS miał do pokazania, taki ktoś sobie pomyślał „kurwa mać, zaraz się zacznie”. No i się zaczęło. Praktycznie zaraz po tym, jak CBOS ogłosił zlewaczenie młodzieży odezwały się głosy, z których wynikało, że ich autorzy nie są tak do końca przekonani, czy ta młodzież, co to deklaruje lewicowe poglądy, to na serio ma lewicowe poglądy. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać cokolwiek zabawne (i budzić skojarzenia z „Żywotem Briana”). Tyle, że na dłuższą metę jest to o wiele bardziej męczące (o czym  za moment) i szkodliwe (o czym też za moment) niż zabawne. I owszem, problem ten dostrzegany jest również „na zewnątrz” lewicy. Pozwolę sobie zacytować Rafała Matyję (dla niezorientowanych, Matyja to całkiem sensowny politolog), który wyłożył ów problem w artykule dla KryPola:


„Ja sam zresztą bardzo często czuję się w debatach z ludźmi lewicy jak na egzaminie językowym. Z dużą szansą na to, że powiem coś nie tak, odmienię niewłaściwie jakieś słowo, użyję go w kontekście, który pozwoli im zdemaskować moje reakcyjne poglądy. Taka pilnująca językowej poprawności lewicowość jest fajną intelektualną zabawą, ale nie jest projektem politycznym. Z czasem doprowadzi nie tylko do kolejnych wykluczeń, ale też do utraty społecznego słuchu. Do lekko obrażonego zamknięcia się w świecie własnych pojęć i złudzeń, wśród których najpoważniejsze, dodajmy, dotyczy niezrozumienia własnej realnej tożsamości klasowej. I „podkręcania” jej ponad sensowną miarę.”


Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Matyja swój tekst napisał w lipcu 2020, tak więc na długo przed tym, jak CBOS ogłosił zlewaczenie młodzieży. Jednakowoż powyższy cytat idealnie wpasowuje się w oburzenie, które można było zaobserwować w niektórych „lewych” rejonach. Oburzenie wywołane tym, że część młodych ludzi ma czelność określać się mianem lewaków, a przecież nie do końca wiadomo, czy to aby na pewno lewaki. Wspomniałem przed momentem o tym, że to szkodliwe i teraz się nad tym pochylę. Pobawimy się teraz w moją ulubioną zabawę pt. „wyobraźmy sobie, co by było gdyby”. Tak więc, wyobraźmy sobie, co by było, gdyby jakiś młody początkujący lewak (który dopiero co zaczął się utożsamiać z lewackimi poglądami) trafił na leftbooka i na „prawdziwych lewaków”, którzy zaczęliby analizować to, ile procent lewactwa w lewaku. Albo ten sam początkujący lewak trafia na jakąś niezrozumiałą inbę na kilkaset komentarzy, której uczestnicy udowadniają sobie nawzajem, że nie są odpowiednio lewicowi. Może być też tak, że inba jest zrozumiała (bo np. dotyczy elektrowni atomowej), ale biorący w niej udział wyzywają się wzajemnie od kretynów. Nie byłbym sobą, gdybym w tym miejscu nie wspomniał o tym, że wyzywanie się w trakcie dyskusji na tematy związane z energetyką jądrową ma w Polsce dość długą tradycję, bo w 2011 dwóch naukowców tak bardzo się poróżniło, że zaczęli się wyzywać przed kamerami (i wyszli ze studia przed końcem programu). Niemniej jednak, zetknięcie się z kłócącymi się naukowcami raczej nikogo nie zniechęci do zostania naukowcem, zaś w przypadku „początkującego lewaka”, zetknięcie się z „inbą na lewicy” może być cokolwiek zniechęcające. Tak swoją drogą takie „analizowanie”, czy ktoś na pewno jest 100% lewakiem przypomina mi to, co działo się w zamierzchłych czasach, w których starzy metalowcy zobaczyli jakiegoś dzieciaka z koszulce metalowej kapeli. Ponieważ czytają mnie również ludzie młodsi od Entów, pozwolę sobie wyjaśnić: otóż jak takiego dzieciaka „starzy metale” spotkali, to go mogli zacząć odpytywać ze znajomości dyskografii zespołu, którego koszulkę nosił. No, ale to tylko dygresja.


To, na ile zniechęcające dla „początkujących lewaków” może być obserwowanie (i współuczestniczenie) w wewnątrz lewicowych napierdalankach zależy w głównej mierze od tego, z jakich przyczyn ktoś zaczął się utożsamiać z lewakami. Nie mam żadnych „twardych” danych, którymi mógłbym się podeprzeć, ale moim zdaniem to „zlewaczenie” jest przejawem buntu przeciwko chujowej rzeczywistości. Katalizatorem zlewaczenia jest to, co odpierdala Zjednoczona Prawica (instytucjonalna homofobia, odbieranie kobietom praw, spolegliwość względem skostniałej instytucji, którą jest Kościół etc.). Do 2015 prawicy udawało się wprost perfekcyjnie „pozyskiwać” młodzież, bo prawica była wtedy w kontrze do „establishmentu” i non stop pokazywała, że ów establishment kłamie. Owszem, prawica kłamała znacznie częściej, ale nikomu nie chciało się tego prostować. Po 2015 trochę się to wszystko pozmieniało, bo bardzo szybko okazało się, że „antysystemowcom” chodziło głównie o to, żeby się nażreć przy korycie. Samo w sobie nie byłoby to może jakoś strasznie zniechęcające (bo przeca starsze roczniki wytłumaczyłyby młodym, że „koryto to samo, tylko świnie się zmieniają”), ale Zjednoczona Prawica poszła o krok dalej i do Polski, na pełnej kurwie, wjechała religiancka urawniłowka.


W tym miejscu pora na przydługą dygresję. Szczerze zastanawiam się nad tym, po cholerę Zjednoczonej Prawicy te wszystkie religianckie prawa. Tzn. rozumiem, że spora część polityków partii rządzącej to fanatycy religijni. Rozumiem, że partia musi spłacać dług wyborczy Kościołowi. Rozumiem, że część konserw boi się „nowoczesności” (rozumianej jako wszystko to, co nie mieści się w konserwatywnym światopoglądzie [rzecz jasna, chodzi o konserwatyzm w wydaniu polskim], tak więc całkiem sporo rzeczy). Ja to wszystko rozumiem, ale mam również świadomość tego,że Zjednoczona Prawica jest biegła w gierkach politycznych i potrafi nawet coś sobie zaplanować z wyprzedzeniem. Jeżeli chodzi o rozgrywanie opozycji, to przepięknym przykładem było to, co działo się w trakcie głosowań nad projektami „Ratujmy Kobiety”, kiedy to Zjednoczona Prawica głosowała tak, żeby wina za odrzucenie obywatelskiego projektu w pierwszym czytaniu spadła na opozycję (za pierwszym razem się nie udało, ale za drugim przeliczono głosy lepiej, a opozycja nie wyciągnęła wniosków z pierwszego głosowania). W miarę świeższym przykładem jest (zapowiadana przez media) kolejna, bardzo bezpartyjna, kandydatura na urząd RPO z ramienia Zjednoczonej Prawicy. Poprzedni kandydat padł w Senacie, ale ten konkretny może mieć większe szanse, albowiem senator Libicki już teraz zapowiedział, że jakby co, to on poprze Bartłomieja Wróblewskiego. Zazwyczaj traktuje doniesienia medialne (szczególnie te „nieoficjalne”) z dużą dozą podejrzliwości. Niemniej jednak w tym konkretnym przypadku idealnie współgrają one z przesunięciem przez Trybunał Przyłębski rozprawy w sprawie przepisu o kadencji RPO (po co stosować wariant siłowy, skoro można „wygrać” głosowanie?). Moim zdaniem, w tym konkretnym przypadku chodzi o dwie sprawy. Pierwszą jest to, że Zjednoczona Prawica mogłaby wreszcie przejąć stołek RPO. Druga, nie mniej ważna, to taka, że jeżeli senatorowie/senatorki, startujący w ramach tzw. „paktu senackiego” oddadzą stołek RPO Zjednoczonej Prawicy, to kolejny pakt senacki się już raczej nie powtórzy (z przyczyn oczywistych). Już po napisaniu tego kawałka okazało się, że Libicki już w sumie nie jest taki pewny, czy poprze Wróblewskiego, ale to „rozważa” i zadeklarował, że jeżeli go poprze, to zostanie senatorem niezależnym.


No dobrze, mamy więc tę Zjednoczoną Prawicę, która jest raczej biegła w rozgrywaniu opozycji. Z tego by wynikało, że partia rządząca potrafi (przynajmniej częściowo) w ogarnianie rzeczywistości. Mimo tego, zdecydowała się na pójście na zwarcie ze społeczeństwem. O ile bowiem cofnięcie dotowania in vitro i przywrócenie recept na antykoncepcję „awaryjną” nie spotkało się z wielkim sprzeciwem (z tego konkretnego powodu, że nie zakazano tych rzeczy), to próby grzebania przy prawie aborcyjnym wywołały spory wkurw (vide Czarny Protest). Sama Zjednoczona Prawica lawirowała w tym temacie (również dzięki opozycyjnej niemocy), a przecież nie lawirowała dlatego, że lubi subtelne działania. Innymi słowy, partia rządząca zdawała sobie sprawę z zagrożenia, a mimo tego zrobiła to, co zrobiła. Ja wiem, że się już nad tym tematem pochylałem wielokrotnie (w swoich głośnych tekstach), ale nadal nie jestem w stanie wskazać jakiejś jednej przyczyny, dla której Zjednoczona Prawica podjęła taką, a nie inną decyzję. Ale przecież na tym się sprawa nie skończyła. Partia rządząca zobaczyła, że udało się jej wkurwić młodych, a potem uznała, że poradzi sobie z tym poprzez dosypywanie do garnka Czarnka (rym niezamierzony) i Papieża Polaka. Przecież każdy, kto nie jest Przemysławem Czarnkiem musi sobie zdawać sprawę z tego, że skutek tych działań będzie odwrotny. A mimo tego partia rządząca brnie w tą konserwatywną urawniłowkę. Być może Kościół aż tak bardzo naciska, ale nawet tym zakutym pałom dałoby się wytłumaczyć, że wkurwianie suwerena może się skończyć niezbyt dobrze (również w wymiarze finansowym). Zresztą, nawet Kościołowi już wyszło, że jeżeli chodzi o religijność młodych ludzi, to: "jest to zjawisko nowe, które możemy nazwać zaburzeniem międzypokoleniowego przekazu wiary". I znowuż, rozumiem, że fanatyków religijnych i skrajnych konserwatystów takie rzeczy nie obchodzą, bo dla nich najważniejsze jest tu i teraz. Niemniej jednak w Zjednoczonej Prawicy jest trochę ludzi ogarniętych (w wymiarze politycznym) i ludzie ci muszą sobie zdawać sprawę z tego, co się dzieje.   


No dobrze, skończmy już tę dygresje, albowiem się nam (to znaczy mnie, ale jako moi czytelnicy, nie jesteście bez winy) rozrosła za bardzo. Wróćmy do naszej zlewaczonej młodzieży, która najprawdopodobniej zlewaczała w ramach buntu (nie oszukujmy się, młodzi mają wiele powodów do wkurwienia). Za tezą o „buntowniczych” przyczynach zlewaczenia przemawia choćby to, że no cóż, doszło do tego zlewaczenia. O ile bowiem poglądy centrowe nie stoją w jawnej sprzeczności z tym, co robi Zjednoczona Prawica, to ustawianie się po „lewej stronie” jest raczej wyraźną formą wyrażenia swojego sprzeciwu. Szczególnie jeżeli weźmiemy pod rozwagę fakt, że w rządowej propagandzie określenia „lewica”, „lewak”, „lewackie” etc. występują w charakterze obelg. Co się stanie, jak taki młody, wkurwiony lewak będzie miał styczność z, eufemizując, „dość skomplikowanymi” relacjami wewnątrz lewicy? Co się stanie w momencie, w którym „na dzień dobry” ktoś tego młodego lewaka, czy też młodą lewaczkę zacznie bombardować przekazem „nie jesteś godzien nosić miana lewaka”? Zapewne będziemy się mogli o tym przekonać. Moim zdaniem może się to skończyć tak, że wszyscy narzekający trafią do jednego wora z innymi, przeciwko którym młodzież się buntuje. Popatrzcie na to z punktu widzenia młodej osoby, która widzi, że otaczająca ją rzeczywistość jest chujowa.


Co sobie taka osoba pomyśli w momencie, w którym natknie się na strażników lewicowej czystości? Co prawda, młodym człowiekiem nie jestem (od dość dawna), ale wydaje mi się, że będzie to coś w rodzaju „no chyba was kurwa, pojebało. Wszystko dookoła się wali, a was interesuje to, czy aby na pewno moje poglądy pokrywają się w 100% z waszymi? Nie macie, kurwa, większych zmartwień?”. Może więc dojść do sytuacji, w której osoby, które tak chętnie (i bardzo często słusznie) stosowały określenie „ok, boomer”, same zostaną nim trafione (albo inszym dziadersem). Jak już „strażnicy lewicowej czystości” trafią do tej, a nie innej szufladki, to mało który młody człek będzie się przejmował tym, co mają do powiedzenia (no chyba, że ktoś będzie to czytał/oglądał dla beki). Tym samym wyżej wymienieni strażnicy mogą właśnie dokonywać dość spektakularnego aktu automarginalizacji.


Tak swoją drogą jednym z powodów, dla których część lewaków z uporem godnym lepszej sprawy zajmuje się analizowaniem zawartości lewactwa w lewakach jest to, że lewica przed dłuższy czas nie odgrywała znaczącej roli w polskiej polityce. Co prawda pochylamy się w tym kawałku tekstu nad lewicą „pozapolityczną” (czyli „nie-parlamentarną”), marginalizacja lewicy parlamentarnej musiała wywrzeć wpływ na całą resztę. Skoro bowiem lewica nie ma na nic wpływu, to można sobie teoretyzować do woli. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Ja naprawdę doceniam to, że lewica jest się w stanie kłócić o jakieś pojęcia, czy też o interpretacje różnych zjawisk/etc. Jest to bowiem przejaw tego, że w przeciwieństwie do tego, co dzieje się po prawej stronie, po lewej nie ma próżni intelektualnej i kompulsywnego kopiowania wszystkich antywolnościowych i antyprogresywnych wzorców z Zachodu i Wschodu (swego czasu, u zarania mojej działalności trollskiej obserwowałem, jak zygotariańskie strony ściągały od zachodnich zygotarian memy i katowały swoich followersów brawurowymi tłumaczeniami). Cokolwiek fascynujące obserwowanie komentariatu, który non stop zarzuca lewicy „kopiowanie tego i owego z Zachodu”, który to komentariat praktycznie w ogóle nie zwraca uwagi na to, że naczelnymi kopistami są prawicowcy i konserwatyści (z tym, że oni, jak to już przed momentem  wspomniałem, pełnymi garściami czerpią również ze Wschodu). Jednym z najbardziej spektakularnych przypadków kopiowania Zachodu przez prawicę jest jeden z filarów prawicowej debaty publicznej, czyli „walka z poprawnością polityczną”. No, ale to tylko taka dygresja. Z punktu widzenia pragmatyzmu politycznego, prawica doskonale wychodziła do tej pory na kopiowaniu dowolnie idiotycznych pojęć (i działań) z Zachodu. Lewicy zaś w niczym nie pomagał brak próżni intelektualnej.  


Mamy więc tę naszą nieszczęsną lewicę, która wegetowała sobie na obrzeżach debaty publicznej. Część z jej przedstawicieli wyspecjalizowała się w różnego rodzaju quasi-intelektualnych prowokacjach, które miały na celu budowanie ich własnej rozpoznawalności. Pozwolę sobie na nie wymienianie nazwisk, celem niewywoływania kolejnej inby na lewicy, w trakcie której ktoś będzie mi udowadniał, że to nie jest tak, że ci ludzie bawią się w klaunów-estradowców, oni po prostu chcą prowokować ludzi do wysiłku intelektualnego. Niektórzy w swoich „prowokacjach” zabrnęli tak daleko, że w nie uwierzyli i nawet udało im się do nich przekonać część lewaków. Chodzi mi tu, rzecz jasna, o tzw. lewicę proPiSowską. Jest to jeden z najbardziej absurdalnych tworów (acz jednym z jeszcze bardziej absurdalnych zajmiemy się w części poświęconej problemom „politycznej” lewicy). Zwolennicy tezy, w myśl której PiS jest partią, którą cechuje wrażliwość społeczna i w sumie to jest najbardziej lewicowa partia rządząca, która do tej pory rządziła w Polsce, żyją w swojej własnej mikrobańce i dzielnie ignorują wszelkie znaki na niebie i ziemi, wskazujące na to, że PiS jest partią skrajnie prawicowo-konserwatywną, która po prostu zapożyczyła sobie od lewicy część postulatów i rozwiązań, bo wyszło jej z badań to, że jest to dla niej opłacalne politycznie. Nie jest to pierwsza skrajnie prawicowa partia w historii, która sięga po takie rozwiązania i na pewno nie będzie ostatnia. Nawiasem mówiąc, gdyby „najbardziej lewicowej partii” z badań wyszło, że po zlikwidowaniu 500+ zdobędzie większość konstytucyjną, to minutę później rządowe media zaczęłyby opowiadać o tym, że ludzie pobierający to świadczenie jeżdżą nad morze i srają na wydmach. Czasem dochodzi do takich sytuacji, których nie da się zignorować i trzeba się jakoś wypowiedzieć (tak było w przypadku zaostrzenia prawa aborcyjnego przez Zjednoczoną Prawicę). Aczkolwiek nawet w tych, bardzo rzadkich, przypadkach proPiSowska lewica doskonale radzi sobie z usuwaniem dysonansu poznawczego i zwalaniem winy za to, co odjebał PiS na kogoś innego.


Przy okazji zaostrzenia prawa aborcyjnego szpagat narracyjny lewicy proPiSowskiej był wprost cudowny. Z jednej bowiem strony zwalono winę na liberałów, którzy dopuścili do tego, że w 1993 roku zaostrzono prawo aborcyjne (+ wrzucono do TK ludzi pokroju Zolla). Z drugiej zaś strony wszystkiemu winna była lewica (chodzi o tę „polityczną”), bo powinna współpracować z PiSem (bo dzięki tej współpracy PiS dałoby się stopować przed robieniem złych rzeczy). W tym konkretnym przypadku poczęstuję was nazwiskiem, albowiem tezę o „winie lewicy” ukuł Rafał Woś. W przypadku tej konkretnej odmiany lewicy jedno jest pocieszające. Młodzi ludzie, którzy zaczęli się identyfikować z lewicą w ramach buntu przeciwko działaniom Zjednoczonej Prawicy – niespecjalnie będą się przejmować tym, co mają do powiedzenia zwolennicy partii rządzącej (niezależnie od samoidentyfikacji tychże zwolenników). Jest to w sumie dość ciekawy casus, bo całkiem prawdopodobny jest scenariusz, w ramach którego osoby tak chętnie analizujące „ilość lewactwa w lewaku” (a trzeba wam wiedzieć, że najchętniej zajmuje się tym lewica proPiSowska), może przez tych młodych lewaków i lewaczki zostać uznana za prawicowe oszołomstwo, które z bliżej nieokreślonych przyczyn identyfikuje się z lewicą.


Ponieważ zlewaczenie młodzieży zostało wywołane przez czynniki prawicowe (tak więc, cokolwiek zewnętrzne względem lewicy [sprawdzić, czy nie redaktor Woś]), owa lewica mogła się czuć cokolwiek zaskoczona tym, że nagle jest jej więcej. Niemniej jednak mogłaby się ta lewica łaskawie zastanowić nad pozytywami takiej sytuacji, zamiast skupiać się na dokonywaniu analiz ilościowych na młodych lewakach i lewaczkach. Jednym z takich pozytywów jest to, że lewica ma szansę na wydostanie się z obrzeży debaty publicznej. Prawica ze swojej szansy skorzystała i potrafiła zajebać praktycznie całe soszjale wszelkiej maści logikami i innymi cebulami. To, co na początku było pospolitym ruszeniem, bardzo szybko się sprofesjonalizowało (dlatego też PiS w 2015 miał tak skuteczną kampanię w internetach). Aczkolwiek, jeżeli ktoś chce wierzyć w to, że Vloger Dariusz, który zawiaduje pierdylionem fanpejdży, grup i profili jest wyjątkiem, a nie regułą, to ja się z kimś takim kłócić nie zamierzam, bo z wiarą nie da się dyskutować. Nie chciałbym być źle zrozumiany, to nie jest tak, że ja tu zachęcam lewicę do produkcji pierdylionów „farm” etc. Sugeruję jedynie, że zasadnym byłoby wypełnienie próżni, którą mamy po lewej stronie. Ta próżnia sobie po lewej stronie egzystuje od dłuższego czasu (dlatego też debata publiczna odnośnie uchodźców była tak bardzo przechylona w prawą stronę), ale teraz może być znacznie bardziej dostrzegalna. Parafrazując klasyka: lewico, musisz!


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty



Zanim przejdę do pastwienia się nad lewicą „polityczną” pozwolę sobie na poruszenie jeszcze jednej kwestii. Pisząc ten tekst zastanawiałem się nad tym, jak bardzo odklejeni od rzeczywistości muszą być ci wszyscy strażnicy „lewicowej czystości”, czy tam innej czujności rewolucyjnej, którzy odbieraliby karty lewaka każdemu, kto przejawia dowolne odchylenie od ich własnego wyobrażenia tego, jak powinien wyglądać „prawdziwy lewak”. Głównym kryterium oceny „lewackości” jest podejście do kwestii transferów socjalnych oraz czegoś, co można od bidy nazwać „kwestiami klasowymi” (nie, naprawdę nie chce mi się tutaj pochylać nad teoriami klas/etc., tak samo, jak wam nie chciałoby się tego czytać). Ludzie ci są tak bardzo zafiksowani w swoich poglądach, że nie dociera do nich to, że w 2021 roku lewica może (tzn. w sumie to nie tyle „może” co „powinna”) zajmować się również innymi kwestiami. Takimi, jak, na ten przykład, prawa człowieka. Wcześniej napisałem, że proPiSowska lewica ignoruje pewne działania PiSu, ale teraz zdałem sobie sprawę z tego, że zapewne jest to tylko częściowa prawda. Tzn. część z tych osób pewnie dzielnie to ignoruje, ale reszta pewnie ma to po prostu w dupie. Oni nie muszą udawać, że nie widzieli rasistowskiej nagonki na uchodźców, nie muszą udawać, że nie widzą instytucjonalnej homofobii/etc. Oni to widzą, ale mają na to wyjebane. Jedną z takich osób jest redaktor Woś, który kwestie praw człowieka (rozumianych, na ten przykład, jako równe prawa dla wszystkich obywateli, niezależnie od orientacji seksualnej) traktuje jak jakąś fanaberię. Dla niego walka mniejszości o równe prawa to element „wojny kulturowej”. Rzecz jasna, nie pokusił się nigdzie o napisanie, co rozumie pod pojęciem tej „wojny kulturowej”. Trochę szkoda, bo gdyby to zrobił, to pewnie okazałoby się, że byłaby to intelektualna uczta, porównywalna do tej, którą było czytanie wynurzeń Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny, definiującego „ideologię LGBT”. Niezwykle zabawne są fikołki w wykonaniu niektórych proPiSowskich lewaków, którzy z jednej strony śmieszkują z liberałów, utyskujacych na to, że „Nowy Ład” będzie, najprawdopodobniej, oznaczał podwyższenie podatków dla najbogatszych (napisałem „najprawdopodobniej”, bo ze Zjednoczoną Prawicą nigdy nic nie wiadomo), a z drugiej zapada w sen, ilekroć Zjednoczona Prawica zaczyna pierdolić, że podatki złe, a oni w przeciwieństwie do PO to obniżali te podatki (któż jeszcze pamięta o tym, że Zjednoczona Prawica hejtowała Platformę za podwyższenie VATu?)


No, ale znowu w dygresjach ugrzęzłem. Wróćmy więc do tych naszych „nowych lewaków”. Jeżeli ktoś już musi „analizować” to, czy te nowe lewaki są 100% lewakami, to niech łaskawie zwróci uwagę na to, że praktycznie od 89 roku w Polsce dominują narracje, w myśl których podatki = zło, zaś „transfery socjalne = rozdawnictwo (czytaj: jeszcze większe zło). Dokonując analizy ilościowej „nowych lewaków” trzeba brać poprawkę na ten fakt. No chyba, że komuś bardzo zależy na byciu przedstawicielem marginalnej grupy, która nie ma wpływu na nic i zajmuje się głównie dbaniem o „czystość” poglądów. Jeżeli chodzi o moją opinię na temat tego, „komu nie powinno się dawać kart lewaków”, to odpowiedź byłaby prosta: ludziom, którzy olewają prawa człowieka. Niemożliwe jest bowiem jednoczesne olewanie praw człowieka i posiadanie wrażliwości społecznej. Nie chcę się tu bawić w jakieś głowologizowanie, ale mam niejasne wrażenie, że popieranie transferów społecznych przez niektórych ludzi to forma rytuału. Ponieważ wmówili sobie, że popieranie tych transferów jest warunkiem niezbędnym do „bycia prawdziwym lewakiem”, popierają je. Nie stoi za tym żaden głębszy zamysł i żadna refleksja. Dlatego tak bardzo tym osobom przeszkadza to, że dla kogoś punktem wyjścia do zostania lewakiem był, na ten przykład, antyklerykalizm.


No dobrze, skoro kwestię związaną z chłostaniem lewicy „pozapolitycznej” mamy już za sobą, to teraz możemy się pochylić nad tą lewicą, która teraz działa w polityce aktywnie (w ramach posłowania/etc.). Przyznam się wam w tym momencie, że wiele kosztowało mnie powstrzymanie się przed rzuceniem suchara „skoro wstęp mamy już za sobą, możemy przejść do istotnych kwestii”. Doceńcie to. Ponieważ CBOS ogłosił to, co ogłosił, wszyscy z zapartym tchem czekali na kolejne sondaże, żeby zobaczyć, jak się te słupki CBOSowe mają do słupków poparcia. Okazało się, że mają się nijak (co nie powinno dziwić nikogo, bo przeca młodzież nie zlewaczała w przeciągu jednego dnia), bo słupki lewicy nie drgnęły. Co zrozumiałe, prawa strona zaczęła heheszkować, że niby ta młodzież taka lewicowa, a nie chce głosować na lewicę. Jeżeli ktoś jest ciekaw, jak to możliwe, że lewicowa młodzież nie chce głosować na lewicę, to trafił w odpowiednie miejsce (jeżeli ktoś nie jest tego ciekaw, to też trafił w odpowiednie miejsce, bo to po prostu jest odpowiednie miejsce). Zapewne najstarsi z was (którzy byli ze mną od początku tego tekstu) pamiętają, że wspomniałem coś o zderzeniu części lewicy z młodzieżą, które to zderzenie dokonało się na ćwitrze (a potem rozlało się po soszjalach [i po części mediów]). Ponieważ część z was cała sprawa mogła ominąć opiszę ją w telegraficznym skrócie. Otóż, okazało się, że doradczynią Macieja Koniecznego została osoba, którą na zachodzie określa się mianem terf-a. Kim jest taka osoba? W telegraficznym skrócie: transfobem. Czemu więc ukuto osobny termin? Ano temu, że odnosi się to do osób, które twierdzą, że ta transfobia im się wzięła z powodu, że feminizm. Przyznam się szczerze, że idea hejtowania osób transpłciowych z pozycji feministycznych jest dla mnie równie bzdurna, jak prawicowy zlepek słowny „feminazizm”. Gdyby bowiem te „poglądy” terfowskie skompilować, uzyskalibyśmy coś w rodzaju „płeć to konstrukt społeczny, no chyba że jesteś osobą transpłciową, to wtedy nie”.


Dla nikogo nie będzie niespodzianką to, że gdy informacja o tym, że taka, a nie inna osoba jest doradczynią lewicowego posła się potwierdziła, na leftbooku (i w lewicowych rejonach ćwitra) cokolwiek zawrzało. Dla każdego, kto ma jakiekolwiek pojęcie o tym, jak działają media społecznościowe i jak powinien działać „polityczny pijar” i w ogóle komunikacja polityczna, jasne było, że ów polityk i jego bezpośrednie otoczenie, powinien momentalnie zareagować na to, co się działo. No i zareagował, tyle że na forum wewnętrznym. Jestem przekonany o tym, że powodem, dla którego Konieczny zdecydował się na opublikowanie oświadczenia na forum wewnętrznym partii było to, że bardzo zależało mu na tym, żeby treść oświadczenia poznali również ludzie spoza partii. Na pewno mu na tym zależało, bo w nowojorską sekundę po tym, jak pojawiło się ono na forum wewnętrznym, zaczęło śmigać po soszjalach. Oświadczenie było pomniejszą ścianą tekstu, z której wynikało, że: proszę się odpierdolić od mojej doradczyni, a poza tym japa, lewaki, bo 99% ludzi i tak nie ma pojęcia, o co chodzi w tej inbie (tak, w oświadczeniu padło określenie „inba”). Jedyne, czego w tym oświadczeniu brakowało (żeby było combo) to jakiejś wrzutki o tym, że „chłop przebrany za babę, hehehe, ale śmieszne”. Gdybym był złośliwy, napisałbym, że Konieczny najprawdopodobniej zapomniał o tym, że reprezentuje lewicowy elektorat, a nie polskie kabarety. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, odniosę się do tych 99%, które nic nie rozumją (przepraszam, jestem z Podkarpacia i nie mogłem się powstrzymać). Co prawda, nie mam żadnych „twardych” danych, ale być może jest tak, jak Konieczny napisał. Być może 99% osób, które zetknęły się z terminem „terf” i całą tą sprawą nie wie, o co chodzi. Tylko że wiecie co? To nie ma, kurwa, żadnego znaczenia, bo ten 1% był tym zainteresowany (skoro Konieczny lubi bawić się w procenty to: 100% z tych, którzy byli zainteresowani wiedziało, o co chodzi). A teraz zadajmy sobie jedno, zajebiście ważne pytanie: kto wkurwił się na Koniecznego (a co za tym idzie, na jego partię)? Sądząc po komentarzach śmiem twierdzić, że byli to młodzi ludzie. Wiecie, ci sami, którzy w najprawdopodobniej w ramach wkurwu na otaczającą ich rzeczywistość deklarują lewicowe poglądy. Doskonałym pomysłem było więc olanie ich i zasugerowanie, że mogą sobie pospierdalać. Doskonałym pomysłem jest wkurwianie już wkurwionych ludzi. Pozwolę sobie jeszcze na moment zatrzymać się przy tych 99% osób, dla których (zdaniem Koniecznego) ta cała gównoburza to była abstrakcja. Tak się bowiem składa, że przynajmniej w założeniu, Konieczny ma w Sejmie reprezentować między innymi mniejszości (aczkolwiek mogę się mylić, bo jestem jedynie podkarpackim blogerem). Z tego by wynikało, że niezależnie od tego, czy rozmowa o terfach jest dla kogoś abstrakcją, dla samego Koniecznego tą abstrakcją być nie powinna.  

 
W momencie, w którym osobom obserwującym to, co się działo, zaczęło się wydawać, że gorzej być nie może, na pełnej kurwie wjechały teorie spiskowe. Jedną z nich były sugestie, że cała sprawę rozkręcili ludzie z „Wiosny” (była kiedyś taka partia), żeby przywalić się do doradczyni Koniecznego, bo zarówno ona, jak i on są „proatomowi”. W myśl kolejnej teorii spiskowej za wszystkim stoi „wielki biznes”. Potem zaczęto zwracać uwagę na to, że „jak to jest, że część kont, które się wypowiadają w temacie, została założona w tym a tym roku". Jak tak się wczytywałem w te kolejne teorie, to mi się (rzecz jasna, zupełnie bez związku z całą sprawą) przypomniała kwestia „azjatyckich botów”, które miały psuć biednej prawicy sondy internetowe. Dla niezorientowanych, „azjatyckimi botami” były osoby, które miały w awatarach zdjęcia K-poperów. Tym, co umyka większości analityków polskiego ćwitra politycznego, jest ten drobny szczegół, że ów polityczny ćwiter, choć ma spore rozmiary, jest bańką. Bańka ta ma swoją dynamikę, do której wszyscy są przyzwyczajeni. Jednakowoż, czasem dochodzi do Koniunkcji Sfer i na ćwiter polityczny wjeżdżają na ten przykład k-poperki siejąc zamęt i zniszczenie. Ujmując rzecz innymi słowy, przychodzą takie różne ludzie na tego politycznego ćwitra i mu, kurwa, temu ćwitru zaburzają homeostazę (ja pierdole, właśnie użyłem w tekście słowa „homeostaza”). Praktycznie przy każdej takiej Koniunkcji Sfer, (w trakcie której na ćwitr polityczny wjeżdżają ludzie, którzy zazwyczaj stronią od polityki) pojawiają się mniej lub bardziej bzdurne teorie spiskowe. Wcześniej produkował je prawy sektor, teraz zaś dołączył do niego lewoskrętny komentariat. A wszystko dlatego, że ktoś nie jest w stanie pogodzić się z tym, że młodzi ludzie (bo to oni przeważnie urządzają te rajdy) mają zupełnie inną mentalność i, co za szok, dla nich kwestia tego, jak traktowane są osoby transpłciowe, może być, no nie wiem, ważna, albo coś w ten deseń.


Pora na kolejną dygresję. W całej tej sprawie szkoda mi było młodych razemitów, którzy musieli świecić oczami za Koniecznego. Jedno w tym wszystkim było pocieszające, a mianowicie to, że okręgi razemickie zaczęły się odcinać od jebałpiesizmu Koniecznego, zaś w soszjalach razemici (przy użyciu swoich prywatnych profili) opisywali dość szczegółowo to, co sądzą na temat postępowania Koniecznego. To „świecenie oczami” jest jednym z powodów, dla których nigdy, ale to, kurwa, nigdy nie wstąpię do żadnej partii. Bo wszystko fajnie, ale w każdej partii (składającej się z większej liczby osób niż 1+ kanapa) może się trafić ktoś, kto coś odjebie. Niezależnie od tego, czy partia zdecyduje o tym, że trzeba względem takiej osoby wyciągnąć konsekwencje, czy też należy sprawę zamilczeć (dla dobra partii [czy tam „for the greater good”]), szeregowy członek tejże partii musi czekać na jakieś wytyczne, żeby przypadkiem nie zrobić/powiedzieć czegoś, co mogłoby zaszkodzić wizerunkowi partii. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że już po napisaniu tego kawałka tekstu okazało się, że doradczyni Koniecznego katapultowała się ze stanowiska bóldupiąc przy okazji, że jest ofiarą nagonki/etc./etc.


Przy okazji dyskusji o terfach (nie tylko przy okazji tychże, ale akurat nad tym się pochylamy), zawsze, ale to zawsze, pojawiają się głosy, z których wynika, że ta lewica to jest pojebana, bo kopiuje wszystko „z Zachodu”. Przy tej ostatniej było podobnie. Śmiem twierdzić, że jednym z powodów, dla których część lewicowego komentariatu zaczęła produkować teorie spiskowe było to, że zapewne ta część doszła do wniosku, że skoro pojęcie jest anglojęzyczne (trans-exclusionary radical feminism/feminist), to problem ten nie występuje w Polsce, tak więc jeżeli ktoś na ten problem (rzecz jasna, nieistniejący!) zwraca uwagę, to znaczy, że ma w tym jakiś interes. Czy wy jesteście, kurwa, poważni? Przecież to nie jest tak, że ktoś sobie wziął jakieś pojęcie „z Zachodu” i zaczął w Polsce szukać dziury w całym. Po prostu na tym zgniłym Zachodzie ktoś wcześniej dostrzegł problem. Co jest niespecjalnie dziwne, bo w czasach, w których powstawał ten termin, w Polsce tematyka osób transpłciowych w debacie publicznej praktycznie nie istniała. Od tamtego czasu trochę się pozmieniało, a po lewej stronie, niestety, pojawiło się trochę osób, których zachowanie idealnie opisuje pojęcie „terf”. Ujmując rzecz innymi słowy. To nie jest tak, że ktoś sobie szuka na siłę problemów. Po prostu część ludzi dostrzega u nas te problemy, które na Zachodzie już dawno temu zostały zmierzone i zważone. Dla porównania, prawica z Zachodu ściąga jakieś idiotyzmy o „islamizacji Europy” (właśnie, jak tam ta islamizacja? Urosła? Zmalała?),o tym, że biała rasa wygina (nie, nie przeproszę za ten suchar), o wcześniej wzmiankowanej „poprawności politycznej”, albo jakieś totalne brednie o „marksizmie kulturowym”. Jeżeli chodzi o to ostatnie pojęcie, to część prawicy definiuje ów „marksizm kulturowy” jako (między innymi) zapożyczanie różnych pojęć z Zachodu. Coś mi mówi, że tę konkretną definicję sponsorowała literka „i”, jak ironia. Tak sobie myślę, że jeżeli komentariat chce szukać kogoś, kto bawi się w kalki pojęciowe z Zachodu i dorabia sobie do nich ideologię, to niech łaskawie spojrzy w prawą stronę.


To, w jaki sposób rozwijała się cała akcja związana z doradczynią Koniecznego, bardzo dobrze obrazuje główny problem lewicy, którym jest praktycznie nieistniejąca polityka informacyjna w wykonaniu tej siły politycznej. W takich sytuacjach reaguje się od razu, a nie czeka chuj wie na co. Jeżeli dodamy sobie do tego fakt, że najmłodsze lewaki są tym pokoleniem, które nie uważa, że problemy należy „zamilczeć”, to możemy zacząć dostrzegać przyczyny, dla których lewicy „nie urosło” mimo, że młodzież deklaruje się jako lewicowa. Tak, lewica zorganizowała była konwencję, na której wypowiadali się głównie młodzi ludzie (która to konwencja tak bardzo nikogo nie obchodziła, że rozmawiano o niej przez kilka dni), ale, no właśnie, to był pojedynczy „pik”, a nie element jakichś ciągłych działań. Lewica (tym razem chodzi mi, rzecz jasna, o tę „polityczną”), nadal nie wpadła na to, że może by tak jakoś skontrować zygotariańską akcję billboardową (mimo że internety wypowiadają się na temat tej akcji w sposób jednoznaczny). Ja rozumiem, że tam się teraz na lewicy waży dużo spraw (bo Czarzasty bardzo uwiera „swetry” [musiałem]) i w ogóle połączenie partii ma się odbyć/etc. Tyle, że to nie jest, kurwa, żadne wytłumaczenie. Tzn. jest, ale chujowe. Przy okazji rządowej niemocy związanej z walką z pandemią (jaka tam niemoc panie, toż już kilka razy tę pandemię pokonaliśmy), tematów, nad którymi lewica powinna się pochylać, jest od cholery. Można by było, na ten przykład pochylić się nad tym, jakie rozwiązania Zjednoczona Prawica wprowadzała w ramach „tarcz”, można by było się pochylić nad tym, czy ktokolwiek robi cokolwiek w sprawie ludzi, którzy mają problemy ze względu na powikłania pocovidowe. Można się pochylić nad tym, że dla rządu ważniejsze są symbole „no nie, nie nazwiemy tego lockdownu lockdownem, bo powiedzieliśmy, że go nie wprowadzimy”. Można poruszać kwestię dziecięcej psychiatrii i pomocy psychologicznej dla dzieciaków, które większą część roku szkolnego spędzą przed ekranami komputerów (nie, nie krytykuję nauczania zdalnego, chodzi mi jedynie o to, że Zjednoczona Prawica woli pierdolić o genderze i wyklętych, zamiast zająć się realnymi problemami). Można się skupić na tym, że Zjednoczona Prawica „straciła kontakt z bazą” i wprowadza lockdowny w pojedynczych województwach (bo wiadomo, że te województwa są od siebie oddzielone nieprzekraczalnymi barierami, prawda?). Na tym przerwę tę wyliczankę, choć kwestii okołocovidowych, nad którymi mogłaby się pochylić lewica (w sumie to cała opozycja by mogła, ale ten tekst poświęciłem lewicy) jest od cholery, tak samo jak innych tematów, którymi lewica powinna się zająć ( Gwoli ścisłości „zająć się” nie oznacza „wysłać posłankę, posła do mediów, żeby powiedział kilka zdań, a potem zapomnieć o całej sprawie”.) Jednym z takich „innych tematów” jest choćby to, jak wielki wpływ na rzeczywistość w Polsce mają teraz organizacje zrzeszające fundamentalistów religijnych. Czy tak wielkim, kurwa, problemem byłoby przyjrzenie się ich działalności i złożenie obietnicy, że jeżeli Lewica będzie współrządziła, to zrobi wszystko, żeby organizacje te zostały prześwietlone (ich finanse, powiązania zagraniczne/etc.). Wydaje mi się, że młodzież, której (eufemizując) nie do końca podoba się konserwatywno-religijna urawniłowka, raczej przychylnie popatrzyłaby na takie działania i obietnice.


Ja na serio staram się być wyrozumiały dla lewicowych polityków. Zdaję sobie bowiem sprawę z tego, że przyszło im działać w cokolwiek niesprzyjających okolicznościach. Prawica ma swoje media, strona „liberalna” zaś może liczyć na przychylność mediów (aczkolwiek, co zrozumiałe, nie są to te same media). Lewica zaś może liczyć tylko i wyłącznie na swoją siebie samą i na to, że może czasem jakieś medium się na nią powoła, bo akurat przypierdoliła komuś, kogo konkretne medium nie lubi. Tylko tyle i aż tyle. Tyle że to jest, że tak to ujmę „sytuacja zastana”, a z tego zaś wynika tyle, że powinno się ją wkalkulować w swoje plany polityczne. Absolutnie nikt nie wyciągnął żadnych wniosków z tego, w jaki sposób Zjednoczona Prawica wygrała wybory w 2015. Rzecz jasna, nie odnosi się to tylko i wyłącznie do Lewicy (tak sobie pomyślałem, że jak będę to pisał dużą literą, to nie będę musiał doprecyzowywać, że chodzi mi o tę, co to akurat w parlamencie siedzi), ale, jak to już zaznaczyłem, w niniejszym (głośnym) tekście, pastwię się tu głównie nad lewicą. Był moment, w którym partia Razem zaczęła ostro napierdalać w soszjalach, ale ten moment minął. Za Lewicę w mediach społecznościowych napierdala się teraz pospolite ruszenie (w tym kupa młodych ludzi) i wszystko pięknie, ale nie przekłada się to w żaden sposób na słupki. O tym, czym skończyła się kampania prezydencka Roberta Biedronia wspominać chyba nie trzeba. A to przecież nie był jakiś random pokroju Magdaleny Ogórek. To człowiek, który sporo się w swoim życiu nalewaczył i mógł się bić o dobry wynik. Jego problemem na pewno nie był brak rozpoznawalności (swoją droga, tak sobie myślę, że w przypadku Magdaleny Ogórek brak rozpoznawalności był akurat jednym z jej największych atutów). Jak to więc, kurwa, możliwe że Biedroń tak bardzo poległ? Ano tak to, że jego kampania była chujowa.


Ktoś może powiedzieć, „no dobrze, ale przecież Lewica musi się bić w bardzo niesprzyjających warunkach”. Tyle, że to byłaby jedynie część prawdy. Tak się bowiem składa, że Lewica nie zrobiła nic, żeby tę rzeczywistość zmienić. Zamiast jakiegoś konkretnego planu i zamysłu, mamy do czynienia z jakimiś niezbornymi ruchami (czasem coś „chwyci”, czasem nie, ale nikt z tego nie wyciąga żadnych wniosków). Na użytek niniejszego kawałka tekstu załóżmy, że siła sprawcza Lewicy jest na tyle niewielka, że nie była ona w stanie nawiązać równorzędnej walki ze Zjednoczoną Prawicą i Koalicją Obywatelską. No i ok, ale chciałbym nieśmiało przypomnieć, że w przysłowiowym międzyczasie pojawił się Szymon Hołownia, który mimo tego, że startował praktycznie od zera, teraz wlazł na pudło w sondażach i minął Lewicę mimo tego, że (ja przepraszam, ale bez capslocka się nie obędzie), ŻE 30% LUDZI W WIEKU 18-24 DEKLARUJE LEWICOWE POGLĄDY. Jeżeli to, co dzieje się z młodzieżą, to nie są sprzyjające warunki, to ja nie wiem, co ja uważam. W wymiarze stricte politycznym, Zjednoczona Prawica dała Lewicy zajebisty prezent, wkurwiając młodych ludzi do tego stopnia, że ci oflagowali się jako „lewacy”. Lewica powinna więc zadbać o to, żeby ci młodzi nie uznali w pewnym momencie, że „nie warto było, kurwa”. Niemoc lewicy sprawia, że wszędzie pełno „analityków” twierdzących, że „nie no, panie, Lewica to już maksymalne możliwe poparcie wykręciła w wyborach 2019”. Lewica robi wszystko, żeby okazało się, że ci pożal się nieistniejący bycie transcendentny analitycy mieli rację. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem w tym miejscu nieco niesprawiedliwy, bo użycie słowa „robi” w kontekście lewicy może nosić znamiona nadużycia semantycznego. Na moment jeszcze chciałbym wrócić do kwestii niesprzyjających warunków. Bo ok, na pierwszy rzut oka te warunki są niesprzyjające (choćby ze względu na, że tak to ujmę „realia medialne”), ale czy naprawdę niesprzyjającymi warunkami dla Lewicy jest to, że Polską rządzi partia elit (w tym finansowych) i to w dodatku partia prawicowych elit, które już dawno temu straciły jakikolwiek kontakt z rzeczywistością? Tak, wiem o tym, że Zjednoczona Prawica wydaje kupę kasy na wszelkiej maści badania i analizy (nie chodzi tu o sondaże poparcia), ale chaotyczne i nieprzemyślane decyzje, które podejmują jej członkowie sugerują, że „czynniki decyzyjne” mają do tych badań/analiz stosunek raczej „letni”. Owszem, Zjednoczona Prawica potrafi kombinować i planować, ale w trakcie swoich rządów podjęła tyle chujowych (z punktu widzenia zwykłego obywatela) decyzji i potknęła się już tyle razy, że odsunięcie jej od władzy w 2019 powinno być formalnością. No, ale cóż z tego, że partia rządząca popełnia od cholery błędów, skoro nikt nie jest w stanie tego wykorzystać?  


Pozwolę sobie zakończyć niniejszy (głośny) tekst apelem do lewicowych polityków. Apel będzie bardzo krótki:


Ogarnijcie się.


Źródła:

https://www.rp.pl/Spoleczenstwo/210209465-Sondaz-CBOS-Mlodziez-ostro-skreca-na-lewo.html

https://krytykapolityczna.pl/kraj/lewica-partia-udanej-transformacji-sektor-publiczny-rafal-matyja/

https://tvn24.pl/polska/kto-panu-dal-tytul-wiesniakowi-jednemu-ra164427-3517071

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26866550,zjednoczona-prawica-do-konca-tygodnia-przedstawi-kandydata-na.html

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,26868115,tk-odwolal-rozprawe-w-sprawie-kadencji-adama-bodnara-wyznaczono.html

https://tvn24.pl/polska/wybor-rpo-ewentualny-kandydat-pis-bartlomiej-wroblewski-senator-psl-jan-filip-libicki-wyjasnia-jak-moze-zaglosowac-5040700

https://tvn24.pl/polska/raport-kosciol-w-polsce-drastyczny-spadek-religijnosci-mlodziezy-5036606

https://twitter.com/rafalwos/status/1319552566817075200

https://wiadomosci.onet.pl/szczecin/radny-pis-dariusz-matecki-od-lat-kupowal-farmy-internetowych-uzytkownikow/w829fen

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/504901-patryk-jaki-czy-ideologia-lgbt-istnieje

https://www.rp.pl/Polityka/210319984-Sondaz-PiS-na-czele-Mlodzi-glosuja-na-Polske-2050-i-Lewice.html

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=292961209010390&id=114791630160683



Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?
22.02.2021

W sobotę Lewica miała konwencję. Reakcje na tę konwencję idealnie opisuje hasło „stan kwantowy”. Z jednej bowiem strony była ona „do dupy” i „nikogo nie obchodziła”, a z drugiej od wczoraj przez soszjale przetacza się gównoburza, w trakcie której cała masa krytyków usiłuje tłumaczyć, dlaczego nie jest tak, jak mówili młodzi ludzie na tej konwencji. Gdybym był złośliwy (a nie jestem) napisałbym, że chyba nie ma sensu krytykowanie tez wygłoszonych na konwencji, którą wszyscy mają w dupie. Ponieważ spora część komentariatu (w tym politycznego), który kręcił gównoburze, cierpi na skrajne odklejenie, w „debacie” nie brakowało wątków humorystycznych. Od razu nadmieniam, że dawno sobie nie pisałem jakiejś notki-gawędy, do której research mi niespecjalnie będzie potrzebny, tak więc to będzie takowa notka (w której, na domiar złego, będzie też trochę anecdat). You Have Been Warned.


No dobrze, ale czemu tak właściwie części komentariatu nie spodobała się konwencja? Otóż dlatego, że traktowała ona o tym, że młodym ludziom jest cokolwiek chujowo, bo tyrają na gównianych posadach, a widoki na jakikolwiek „awans” (czy to w pracy, czy to awans społeczny) są „raczej nieciekawe” (anglojęzyczni mają na to piękne określenie „dead-end job”). Najzabawniejszy były komentarze jednego z tuzów partii, której nazwa wzbudziłaby uśmiech politowania na twarzy Ulyssesa Granta (owszem, musiałem). Zaczął tłumaczyć, że te lewaki co to narzekają, że im źle, to same sobie winne, bo się nie chcą kalać pracą fizyczną, a gdyby tylko byli spawaczami, malarzami, kierowcami TIRów, to nie musieliby mieszkać z rodzicami (w domyśle – już dawno by sobie ogarnęli jakiś kwadrat własny). W tym miejscu pozwolę sobie na pewną dygresję. Jakiś czas temu w polskiej debacie pojawiły się (w zamyśle) obraźliwe sformułowania, w których stało, że lewica niczego nie ogarnia, bo lewaki sobie tylko piją to sojowe latte (przyznaję, że nie zdarzyło mi się [bo mam alergię na soję], ale za to kiedyś, jak wizytowałem stolicę, znajoma mnie wyciągnęła na Zbawixa i piłem tam prosecco, tak więc karta lewaka została ocalona). Ponieważ polska debata publiczna jest na tyle chujowa, że jej uczestnicy mają tendencję do używania takich etykietek do momentu, w którym nie chciałby się nimi zająć nawet żaden nekromanta, etykietka ta nadal pojawia się w momentach, w których ktoś chce „zaorać lewaka”.


Owo podkreślanie „sojowatości” danego lewaka jest o tyle zabawne, że najczęściej w dyskusjach używają jej osoby, które odkleiły się od rzeczywistości tak bardzo, że ten archetypiczny lewak musiałby przekroczyć letalną dawkę sojowego latte, żeby móc się z nimi równać. Ogłaszam więc konkurs (bez nagród), na jakieś określenie głównie dla prawicy (acz nie tylko), które podkreślałoby mocno umowny związek tejże prawicy (acz nie tylko) z rzeczywistością. No, ale to tylko dygresja. Wracajmy do gównoburzy na tle konwencji, która nikogo nie obchodzi. Komentarz śmieszka z wcześniej wymienionej partii był o tyle zjawiskowy, że ów człowiek i ludzie, którzy polubili te jego mądrości, to te same osoby, które na co dzień tłumacza, że jeżeli chodzi o Polskę to „co za miejsce, nie do życia”. Ci sami ludzie będą tłumaczyć, że ludziom, którzy opowiadali na konwencji Lewicy o tym, że „nie jest dobrze”, nie wiedzie się nie dlatego, że w Polsce źle się dzieje, ale dlatego, że są leniami. Rzecz jasna, gdyby to samo opowiadali ludzie na konwencji partii, którą wyznają, to wtedy byłaby wina państwa, bo państwo ich okrada, bo podatki/etc./etc. Ja rozumiem, że od członków i wyznawców pewnych ideologii nie można wymagać zbyt wiele, ale to jest sprzeczność, którą nawet oni powinni dostrzec.


Osobną kwestią jest to, że poziom zrozumienia gospodarki (w ujęciu całego państwa) przez osoby, które opowiadają brednie o tym, że praktycznie dowolnie wysoka liczba osób może zajmować się tymi samymi profesjami, stoi na bardzo wysokim poziomie. Swoją drogą ciekawe, czy gdy ludzie, którzy polajkowali wpis geniusza gospodarki, dzwonią na jakaś infolinię (bo na ten przykład, padł im internet i nie mogą oglądać kolejnych zaorań w wykonaniu swoich idoli), to chcą rozmawiać z pracownikiem call centre, czy też ze spawaczem, kierowcą TIRa, czy też z malarzem budowlanym. Ktoś może w tym momencie zarzucić mi to, że poszedłem w argumentum ad absurdum. Tylko że, kurwa, wcale nie. Te wszystkie stanowiska, na których ciśnie się pracowników i płaci im się gówniane pieniądze i mówi do nich, jak do debili, stosując „język korzyści” (no tak, podstawę będziecie mieli niską, ale za to premie mogą być spore [a potem się okazuje, że wszystko zostało pomyślane tak, żeby tych premii zbyt wielu nie wypłacić przypadkiem]), niestety, są potrzebne. Problem polega na tym, że z tego „są potrzebne” nie wynika, że ktoś tym ludziom będzie płacił dobrze. Innymi słowy, jako społeczeństwo tolerujemy istnienie chujowych stanowisk, a jak ktoś zaczyna krytykować zarobki na takim stanowisku, to się mu tłumaczy, że (werble) „zawsze może zmienić pracę”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że pewnie spora liczba osób wygłaszających te idiotyzmy śmiała się z Bronisława Komorowskiego i jego „zmienić pracę, wziąć kredyt”. Z siebie samych się, kurwa, nie śmieją. Mimo tego, że są o wiele bardziej żenujący i oderwani od realiów, niż były prezydent RP, albowiem w swoich narracjach nie zwracają uwagi na to, że nawet jeżeli ten lewak, co to nie chce pracować fizycznie (co jest, swoją drogą, wybitnie kretyńską narracją, której źródłem są internetowe memy [o czym w dalszej części]), jednak zachce pracować fizycznie i pierdolnie pracą na słuchawce – to to stanowisko nie zniknie, bo ktoś będzie musiał odbierać te jebane telefony od ludzi, którym w trakcie świąt zjebała się kablówka i nie mogą sobie obejrzeć Kevina.


Kolejnym przejawem odklejenia autora słów o malarzach jest to, że ten jego komentarz nosiłby znamiona sensu, gdyby wrzucił do niego nieco inne profesje. Bo owszem, hydraulik, który ogarnia wszelkie możliwe technologie (stal, miedź, tworzywa sztuczne) i potrafiący zaprojektować instalację, jak ma trochę szczęścia, to się może dorobić (ale i tak nie będzie to poziom, na którym żyją ćwiterowi komentariusze utyskujący na to, że musieli tyle, a tyle zapłacić za remont), tak samo, jak elektryk z pierdylionem uprawnień. Ale nie, trzeba było w wyliczankę wrzucić „malarza budowlanego”, który jak wiadomo, po przemalowaniu kawalerki, to może ją od razu wziąć w ramach rozliczenia za robociznę.


Kiedy wydawało się, że nie może być śmieszniej, okazało się, że niestety owszem, może być, mimo że karuzela śmiechu kręci się już tak szybko, że połowa pasażerów zdążyła się z tego śmiechu porzygać. Tak się bowiem złożyło, że Zandberg postanowił wtrącić swoje trzy grosze (czy jakiej tam waluty używa Potężny Duńczyk) i wrzucił medianę zarobków malarzy. O tym, że po jego wpisie nastąpił wysyp komentarzy, których autorzy ni chuja nie rozumieją czym jest mediana, nie chce mi się wspominać. Skupię się na innych komentarzach, których autorzy zaczęli tłumaczyć Zandbergowi, że co on w ogóle pierdoli, bo oni jak mieli (na ten przykład) remont łazienki, to zapłacili tyle i tyle na rękę za dwa tygodnie pracy z hakiem (i to nie licząc sobót). Ktoś może w tym momencie, całkiem przytomnie, zwrócić uwagę na to, że o chuj tym ludziom chodzi tak właściwie? Przeca Zandberg wspomniał o malarzach budowlanych, a oni wyjeżdżają z remontem łazienki. I ja się z takimi osobami zgodzę. Niestety, autorzy tych wpisów nie są w stanie zrozumieć, że remontem ich łazienek zajmowali się ludzie, którzy musieli znać się na: elektryce, hydraulice, glazurnictwie, zabudowach gipsowych, tynkowaniu/etc. Na wypadek, gdyby zabłądził tu ktoś, kto chciałby się podzielić tym, jak dużo on musiał zapłacić za remont, wytłumaczę to jeszcze prościej: malarz budowlany nie musi tego wszystkiego umieć, bo, no cóż, jest malarzem budowlanym, a nie glazurnikiem, elektrykiem, hydraulikiem/etc. Tak swoją drogą, porównywanie jakiegoś pana Złotej Rączki (który sam jeden potrafi ogarnąć remont łazienki) do malarza jest bezsensowne również z tej przyczyny, że o ile malarz budowlany nie potrzebuje zbyt wielu narzędzi, to pan Złota Rączka potrzebuje całego arsenału. No chyba, że komuś się wydaje, że do skucia tynków, ogarnięcia instalacji hydraulicznej, zrobienia zabudowy z karton gipsu/etc. wystarczy szpachelka, paca do gładzi, trochę papieru ściernego i wałki (tak, wiem, tych malarskich utensyliów jest więcej trochę, ale malarz budowlany nie potrzebuje, na ten przykład, zaciskarki do rur).


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


W tym miejscu pora na anecdatę. Zanim zacząłem wykonywać pracę umysłową, sporo przepracowałem jako „fizyk”. Z tego sporo trochę czasu pracowałem w remontach i wykończeniówce właśnie (dłużej jedynie śmigałem Wladimircem po polach i zapieprzałem z workami ze zbożem) i jeżeli mam być szczery dla ludzi, którzy marudzą na to, że „oni tyle i tyle musieli zapłacić za robotę” mam jedną radę: spierdalać, cwaniaczki. Przez ten przepracowany czas napatrzyłem się na srogo pojebanych klientów i nasłuchałem się opowieści od innych fizyków. Jeden, na ten przykład opowiadał, jak to miał gdzieś robotę „płytkarską” (kasę brał „od metra”, rzecz jasna). Ponieważ miał taki, a nie inny sposób układania, najpierw porobił sobie wszystkie winkle i miejsca, w których trzeba się srogo obluzgać, żeby cokolwiek ułożyć, na sam koniec zostało mu w sumie „samo płaskie”. Tego płaskiego zostało mu sporo metrów (nie pamiętam już ile, ale chyba ze dwadzieścia). Z racji tego, że miał wszystko wyrównanie i przygotowane, mógł sobie te naście metrów zrobić w jeden dzień (acz, co zrozumiałe, nie był to 8-godzinny dzień pracy). No i wtedy się okazało, że inwestor się wkurwił. Dlaczego? Ano dlatego, że sobie wyliczył, że jak ten typ ułoży te naście metrów płytek w ciągu jednego dnia, to on zarobi tyle i tyle, a to jest za dużo, jak na jeden dzień pracy. Innym razem klient wydzwaniał po nocy do mojego pracodawcy i awanturował się o to, że ten mu wannę zrobił tak, że spływ jest na górze, bo jemu przyszedł kolega z poziomicą i to sprawdził. Pracodawca się srogo zdziwił (bo sam tę wannę montował), ale pojechał rano do klienta. Klient, od progu z mordą, że co to ma w ogóle kurwa być. Pracodawca poszedł do łazienki (przy akompaniamencie bluzgów), napuścił trochę wody do wanny i wyciągnął korek. I wtedy okazało się, że grawitacja zaczęła działać nie tak, jak trzeba, bo woda spłynęła. Wkurwiony pracodawca zapytał klienta, czy jego zdaniem woda płynie pod górę. Klient się trochę zawahał i zaczął tłumaczyć, że no ten kolega to mu poziomicą sprawdzą, to on nie wie. Rzecz jasna słowo „przepraszam”, nie padło. Innym razem klient (który, najprawdopodobniej uznał, że za dużo musiałby zapłacić) pozwolił sobie nie zapłacić całej umówionej kwoty. Ponieważ byłem wtedy jeszcze naiwnym Piknikiem, zapytałem „szefie, no ale teraz to chyba szef do sądu pójdzie, prawda?”. Zostało mi wytłumaczone, że owszem, można by było, ale potem pójdzie w eter informacja, że ta firma to jakaś pojebana, bo się sądzi z klientami i nikogo nie będzie obchodziło to, że klient był łaskaw nie zapłacić. Potem się okazało, że ów klient był na tyle bezczelną osobą, że kilka lat później zadzwonił z zapytaniem, czy aby szef by mu tam czegoś tam innego nie wyremontował. Ja wiem, że to co tutaj napiszę, to będzie anecdata, ale najbardziej „fizyków” (od remontów) szanowali ludzie, którzy wcale nie byli majętni. W przypadku tych ludzi nigdy nie było problemów z płaceniem i nigdy nie było komentarzy „panie, no za dzień roboty pan chcesz tyle?”. I jeżeli mam być szczery to, choć lubię się wymądrzać, nie mam pojęcia czemu tak było. Ktoś może w tym miejscu powiedzieć, „no dobrze, ale przecież z firmami remontowymi jest różnie i czasem te firmy działają jak ojciec Spejsona”. No owszem, ale ludzie, którzy na ćwitrze dowodzili, że Zandberg nie ma racji, bo oni zapłacili tyle, a tyle, nie mówili o tym, że robota była chujowo zrobiona, ale po prostu marudzili, że trza było tyle i tyle wydać. Już po tym, jak to napisałem, przypomniało mi się, jak to robiło się wykończeniówkę w garbarni (z racji tego, że mam dość dobry węch, cieszyło mnie to, że nie musiałem tam popierdalać po „mokrym warsztacie”). Szefowali nią dwaj bracia, którzy nie wyglądali na biednych i nie byli biedni (choć, rzecz jasna, było sporo marudzenia w temacie tego, że podatki, panie opłaty, dopłacać trzeba do tego), to nie zgadniecie, kto im mył auta prywatne i dlaczego pracownicy garbarni. Serio, kurwa, typom szkoda było jakiejś dychy na myjnie, bo przeca lepiej, jak pracownik za darmo to zrobi, prawda? No ale, jestem się w stanie założyć, że gdyby tylko ci bracia płacili niższe podatki, to stać ich by było na myjnię...


Jest coś fascynującego w tej polskiej gówno-debacie, która z jednej strony robi z pracowników na chujowych stanowiskach jakichś nierobów-leniów, którym nie chce się opuścić strefy komfortu i spróbować swoich sił w pracy fizycznej (pun intended).  Z drugiej zaś strony z tych pracowników fizycznych robi się chuj-wie-jakich krezusów, którzy są może nie tyle nierobami, ale na pewno zarabiają za dużo (tak więc również są chujowi, ale z innej przyczyny). Najbardziej jednak bawią ludzie, którzy zamawiają bardzo drogie materiały wykończeniowe i potem robią minę Pikachu, kiedy okazuje się, że firma życzy sobie wyższych stawek, niż gdyby materiał był, że tak to ujmę „dla plebsu”. Tutaj też mam krótką historię, która swego czasu sobie rezonowała po „remonciarzach”, o tym, jak to jedna firma robiła wykończeniówkę w zajebiście drogich materiałach i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że jednemu z monterów w trakcie białego montażu z ręki wypadło narzędzie (nie pamiętam już jakie) i rozjebało muszlę klozetową, która była warta (bagatela) pięć koła.


Ponieważ trochę się rozgawędziłem, pora wrócić do myśli przewodniej. Trochę mnie ta reakcja na konwencję Lewicy dziwi. Szczególnie w wykonaniu tej części komentariatu, która nie jest związana z Partią Geniuszy Gospodarki, którzy nie ogarniają, że zarządzanie państwem jest, że tak to ujmę, trochę bardziej skomplikowane od zarządzania jakąś cywilizacją w grze 4X (i piszę to, jako hardkorowy fan tego gatunku). Jeżeli bowiem komuś zależy na „odsunięciu PiSu od władzy”, to powinien się cieszyć z tego, że siła polityczna, której również na tym zależy, próbuje złapać kontakt z młodszym pokoleniem (czuje się staro pisząc to, ale z moim prawie-że-czwartym krzyżykiem na karku do młodzieży się już raczej nie zaliczam) i być może zachęcić wkurwionych-którzy-do-tej-pory-nie-głosowali, do tego, żeby poszli na wybory. Przeca to aż się prosi o zarzut, że krytykujący lewicę „grają po stronie PiSu” (bo temu PiSu to raczej nie zależy, żeby młodzi szli do urn [z przyczyn, które ostatnio naświetlił CBOS]).


Po części można to przypierdalanie się tłumaczyć tym, że robią to osoby, które wychodzą z założenia, że jeżeli poprzednie pokolenia miały problemy, to młode pokolenia nie powinny mieć „łatwiej”. Poza tym, owe pokolenia wychodzą z założenia, że one miały „najgorzej”, jednocześnie uważają, że to „najgorzej” ukształtowało ich charaktery tak, że „wyszli na ludzi”. Pamiętam, jak mój świętej pamięci ojciec katował mnie opowieścią (w ramach „ja w Twoim wieku”) o tym, jak to będąc uczniem klasy siódmej/ósmej (nie pamiętam już dokładnie) po powrocie ze szkoły musiał dokończyć dach na stodole, bo się dekarz najebał i nie był w stanie wejść nawet na pierwszy szczebel drabiny (dziadek, chłoporobotnik, był wyjechany na budowę jakąś, tak więc nie było szans na to, żeby on to ogarnął). Ojciec mój był człowiekiem bardzo ogarniętym, ale nie był w stanie pojąć tego, że choć w sumie dla ucznia 7-8 klasy, coś takiego mogło być powodem do dumy, to jednak będąc osobą dorosłą, powinien się zastanowić nad tym, czy aby nie ma związku między tym, co robił, a tym, że co roku dochodzi do wypadków (w tym śmiertelnych), w których ofiarami są dzieciaki robiące to, czego dzieciaki robić nie powinny). No, ale tu znowu dygresja była. Przyczyn, dla których tak się dzieje, może być pierdylion, ale faktem jest, że do części społeczeństwa nie dociera to, że młodzież ma deczko przejebane. Z tego też poziomu jakakolwiek narracja „jest źle, ale można to poprawić” powoduje nagłe wzmożenie (i w niektórych przypadkach opowiadanie historii o Wenezueli i Gułagu [bo wiadomo, że jak państwo się pochyli nad tym, że rynek pracy może nie wyglądać zbyt dobrze, to się musi skończyć Gułagiem]).


Z tego niezrozumienia wynika kolejny problem. Ponieważ nikt nie jest w stanie tych ludzi przekonać do tego, że białe jest białe, ludzie ci nie zastanawiają się nad tym, że alternatywą dla lewicy, która opowiada o tym, że trzeba coś naprawić, jest skrajna prawica, która będzie opowiadać o tym, że w sumie wszystkie problemy państwa są winą zdrajców i trzeba by ich powywieszać na latarniach, żeby się ludziom poprawiło.  Przesadzam? Nie wydaje mi się, bo o ile mnie wzrok nie myli, Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny nadal pierdoli o tym, że wszystkiemu winne są elity III RP. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Patryk Jaki ma trochę racji. Na ten przykład to, że wyżej wymieniony człowiek jest politykiem (i przedstawicielem prawicowych elit) jest po części winą III RP, której przedstawiciele wyszli z założenia, że jeżeli niektórym ludziom jest dobrze, to inni, którym jest źle, powinni „aspirować” do tego, żeby im było dobrze i jakoś to się wszystko będzie kręcić. No i się kręciło do 2015, kiedy kręcić się przestało, a do części obserwatorów nadal nie dotarło to, czemu tak właściwie Komorowski i PO się wywrócili wtedy. Skoro bowiem im było dobrze, to przecież innym też mogło by być dobrze, gdyby tylko się postarali bardziej. Swoją drogą, liberalny komentariat czasem nawet ociera się o zrozumienie tego, co się stało. Komentariusze chętnie opowiadają o tym, że PiS robi z każdego, komu się udało, złodzieja i obiecuje rozliczenie tego złodziejstwa.


Komentariat na to patrzy i patrzy i nie wyciąga żadnych wniosków. Jak to się bowiem stało, że część społeczeństwa faktycznie wierzy w to, że jeżeli ktoś ma pieniądze „to skądś je ma” (w domyśle: zajebał je komuś)? Czy dlatego, że ci „wierzący” to jakieś jebane nieroby, którym nie chciało się wstawać wcześniej, pracować ciężej, opuścić strefy komfortu i przestać być biednym? Czy może dlatego, że całymi latami słuchali ludzi w drogich garniturach, którzy do porzygania powtarzali to, że każdy jest kowalem własnego losu i w sumie to, jak ktoś jest biedny, to pewnie jego wina? Naprawdę tak trudno było się domyślić tego, że brak wrażliwości społecznej (maskowany mentorskim tonem i wykutymi na blachę formułkami) się w pewnym momencie zemści? Że jak się będzie ludzi miało w dupie, to wreszcie przyjdzie ktoś, kto co prawda też będzie ich miał w dupie, ale będzie udawał, że jest inaczej (i będzie w tym na tyle dobry, że ludzie w to uwierzą)? Zdaję sobie sprawę z tego, że w niektórych przypadkach „droga do zrozumienia” zajmuje trochę czasu, ale mamy rok 2021 i wydaje mi się, że czasu było aż nadto. A mimo tego, nadal nie wolno mówić o tym, że być może rzeczywistość, w jakiej przyszło żyć i pracować młodym ludziom jest „nie do końca taka, jak być powinna”. Nie wolno, bo wtedy się pojawi ten, czy inny komentariusz, który co prawda bardzo chciałby odsunąć PiS od władzy, ale nie na tyle, żeby przyznać, że lewica może mieć trochę racji. Tak na sam koniec tych moich dywagacji. Ja nie twierdzę, że ta jedna, jedyna konwencja Lewicy, to jest jakiś gamechanger, ale jednakowoż wydaje mi się, że to krok w dobrą stronę.


Źródła:

No przecież napisałem, że ich nie będzie


Opozycja bezobjawowa
15.02.2021

22 października 2020 Zjednoczona Prawica, przy pomocy Trybunału Przyłębskiego, zaostrzyła obowiązujące w Polsce prawo antyaborcyjne. Decyzja ta spotkała się z gigantycznym oporem społecznym. Inicjalne reakcje obozu rządzącego (w tym Prezydenta RP, który zaproponował, że w sumie to on tutaj ma „kompromisowe” rozwiązanie) sugerowały, że do Zjednoczonej Prawicy chyba dotarło to, że tym razem przegięła srogo. To, że Zjednoczona Prawica nie śpieszyła się z opublikowaniem wyroku w Dzienniku Ustaw, do pewnego momentu można było traktować jako zapowiedź wycofania się z tej decyzji. Kluczowe w powyższym zdaniu było „do pewnego momentu”, albowiem jak już Zjednoczona Prawica ochłonęła, to się pojawiły ploteczki, z których wynikało, że wyrok zostanie opublikowany w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Z tego zaś wynikało, że Zjednoczona Prawica znowu zaczęła mieć wyjebane. Co prawda, powstrzymano się z publikacją „pod choinkę”, ale wniosek z tego był prosty: opublikowanie wyroku to kwestia czasu. Niemniej jednak od momentu, w którym wyrok został ogłoszony, do momentu, w którym został opublikowany minęło ponad trzy miesiące. Zanim kwestię tych trzech miesięcy pociągnę dalej, pozwolę sobie poczynić pewno zastrzeżenie. W tej notce nie będę skupiał się na (że tak to ujmę) „ludzkim” wymiarze tego, co zrobiła Zjednoczona Prawica. Nie będę się nad tym skupiał, bo gdybym chciał poświęcić notkę temuż właśnie „ludzkiemu” wymiarowi, to byłaby to notka bardzo krótka i wyglądałaby mniej więcej tak: „Wypierdalać!”. W niniejszej notce skupię się na wymiarze stricte politycznym. Ponieważ zastrzeżenio-dygresję mamy już za sobą, można przejść do meritum.


Jak wspomniałem w (moim głośnym) wstępie, od momentu wydania wyroku do jego opublikowania, minęły trzy miesiące. Trzy miesiące, które polska opozycja zmarnowała, ograniczając się tylko i wyłącznie do działań reaktywnych względem tego, co odpierdalała Zjednoczona Prawica. Owszem, obecność polityczek i polityków opozycji na protestach, która pewnie w jakimś stopniu stopowała rozgrzaną bagieciarnię, była bardzo ważna. Rzecz jasna, bagieciarnia dawała dowód swojej frustracji poprzez traktowanie gazem osób, które okazały legitymacje poselskie (do tej pory żadnemu bagieciarzowi nie spadł za to włos z głowy). Owszem, polityczki i politycy opozycji pomagali ludziom zawiniętym przez bagieciarnię. Robiono też sporo innych, potrzebnych rzeczy. Czemu się więc przypierdalam? Bo można było zrobić znacznie więcej. Bo można było choćby spróbować docisnąć (w wymiarze politycznym) Zjednoczoną Prawicę w kwestii tego, co się odjebało. Wydaje mi się, że opozycyjne partie mają wystarczająco dużo członków, żeby ogarniać równolegle kilka tematów, no ale jestem tylko blogerem z Podkarpacia i pewnie się nie znam. Nikt nie podjął żadnej takiej próby. Zamiast tego mieliśmy do czynienia z kolejnym odcinkiem (wybitnie chujowej) polskiej telenoweli pt. „no, tym razem PiS się już po tym nie podniesie, więc trud nasz skończon”. Nieumiejętność polskiej opozycji w tego rodzaju działaniach jest cokolwiek zjawiskowa. Szczególnie jeżeli weźmiemy pod rozwagę fakt, że opozycja mierzy się z partią, która będąc w opozycji potrafiła wymyślić sobie jakiś problem i potem kręcić dookoła tegoż problemu gównoburzę (vide „hurr durr bedo prywatyzować lasy!”). Obecna opozycja nie musi wymyślać problemów, bo Zjednoczona Prawica non stop dostarcza tematów, które wkurwiają suwerena. Opozycja zaś (zamiast coś robić) odgrywa przed nami wcześniej wzmiankowaną telenowelę.


To, że opozycja (za moment wyjaśnię, czemu w tym konkretnym przypadku traktuję opozycję „zbiorczo”) nie zdobyła się na to, żeby ogarnąć jakąś kampanię informacyjną, to jest, proszę was, jebany skandal. Materiałów, których można by użyć do tej kampanii jest od cholery, a Zjednoczona Prawica cały czas dostarcza nowych (był to jeden z powodów, dla których ta notka miała lekkie przesunięcie temporalne). Co robi opozycja? Zapewne zastanawia się nad tym, czy to już ten moment, w którym PiS się wywróci. Czemu traktuję opozycję (poza Konfederacją, no bo, kurwa, szanujmy się) zbiorczo? Ano temu, że taką kampanię mogłaby wyprodukować nawet ta opcja polityczna, która chce, żeby było tak, jak było przed wyrokiem Trybunału Przyłębskiego. Nawiasem mówiąc, w czasie, w którym opozycja sobie smacznie spała, zygotarianie zasrali cała Polskę swoimi billboardami. Mamy więc do czynienia z cokolwiek absurdalną sytuacją, w której aktywne są środowiska, które w praktyce ugrały prawie wszystko, co chciały ugrać (bo ponoć w uzasadnieniu wyroku [napisałem ponoć, bo się nie znam na prawniczeniu] jest furtka do wywalenia również przesłanki o legalności terminacji ciąży w przypadku, w którym jest ona efektem czynu zabronionego]). Bierne zaś są środowiska, które (w wymiarze politycznym) mogą naprawdę zamieszać. Mogą, ale im się, kurwa, nie chce.


W tym miejscu pora na (kolejną) przydługą dygresję. Mam świadomość tego, że niektórym takie „sprowadzanie wszystkiego do polityki”, może się wydać takie z deczka machiaweliczne. Ktoś sobie może pomyśleć, że siedzi tam ten podkarpacki bloger przed klawiaturą i patrzy na to wszystko, co się dzieje, jak na jakąś planszę do gry (wiem, bardziej klimatyczne byłoby „na szachownicę”, ale nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem za szachami), a to są przecież prawdziwe ludzkie dramaty i prawdziwe ludzkie cierpienie. I ja takie zastrzeżenia do patrzenia na wszystko przez pryzmat „polityki” rozumiem. Tyle, że sprawa ma, niestety, drugie dno (tak sobie myślę, że słowo „dno” idealnie oddaje stan polskiej polityki). Do tych wszystkich dramatów i do tego cierpienia doszło właśnie dlatego, że polska opozycja ma gigantyczne problemy z myśleniem w wymiarze politycznym. Polityczna niemoc wzięła się, moim zdaniem, po części również z tego, że to, co wyczynia Zjednoczona Prawica wywaliłoby dosłownie każdy rząd po 1989 roku. To zaś sprawiło, że praktycznie za każdym razem, kiedy pojawiała się informacja mogąca (potencjalnie) wysadzić rząd, opozycja nic nie robiła, bo wychodziła z założenia, że to „koniec PiSu”. Im więcej było tych sytuacji, tym bardziej przekonana o „końcu PiSu” była opozycja. A PiS się nie kończył i wyciągał z tego wnioski. Jakiego rodzaju były to wnioski?


Pamiętacie może protesty przed Sejmem w grudniu 2016? Tak, chodzi o te, które partyjny agitprop okrzyknął mianem „nieudanego puczu”. Jak na to, że mieliśmy do czynienia z „puczem”, to służby mundurowe były bardzo uprzejme, prawda? Zupełnie inaczej rzecz się miała (i nadal ma) w trakcie protestów przeciwko wyrokowi Trybunału Przyłębskiego w sprawie aborcji. Czego myśmy tu nie mieli. Traktowanie protestujących (w tym posłanki, które pokazywały policjantom legitymacje poselskie) gazem, napierdalanie protestujących (również przez agresywnych karków w cywilu), zatrzymywanie i wywożenie ludzi chuj wie, na którą komendę, utrudnianie kontaktu z adwokatem. Gdyby nie to, że w tych sprawach interweniowały posłanki i posłowie, to zatrzymani mieliby znacznie bardziej przejebane. Co zmieniło się w przeciągu tych kilku lat? To, że o ile w 2016 Zjednoczona Prawica bała się tego, że jej działania mogą wpłynąć na słupki poparcia (chodzi, rzecz jasna, o stały trend, a nie pojedyncze niekorzystne sondaże), to w 2020 miała to w dupie, bo wiedziała, że nikt nie jest w stanie wykorzystać tego, co robi w wymiarze politycznym (a to jest jedyna rzecz, której obawia się Zjednoczona Prawica). Żeby wam ukazać różnicę w podejściu niegdysiejszej i obecnej opozycji, pozwolę sobie przypomnieć wam to, jak w 2014 agent ABW próbował zabrać laptopa Sylwestrowi Latkowskiemu. Ówczesna opozycja zmieniła zdjęcie z tego zajścia niemalże w relikwie. Zdjęcie to miało dowodzić rozbestwienia władz i tego, do czego wykorzystują służby specjalne. W 2020 agent ABW wjechał autem w tłum ludzi. Zrobił więc coś, co można było potraktować jako próbę dokonania ataku terrorystycznego. Władza nie pozwoliła postawić mu poważnych zarzutów, tak więc będzie odpowiadał za wykroczenie drogowe. Pamiętacie jeszcze, jak Zjednoczona Prawica, nie ogarniając angielskiego (konkretnie zaś słowa „incidents”) urządzała histerię, że poprawność polityczna w anglojęzycznych mediach jest tak wielka, że ataki terrorystyczne nazywają „incydentami”? Teraz zaś nikt nie potrafił zbudować przekazu w oparciu o to, że agent służb specjalnych usiłował zajebać ileś tam osób przy użyciu samochodu. Efekt końcowy jest taki, że od tego „wykroczenia drogowego” minęło jakieś trzy i pół miesiąca i praktycznie nikt o tym nie mówi. Rzecz jasna, zdjęcie z „wyrywaniem laptopa” nadal pojawia się po prawej stronie i nadal wywołuje oburzenie. Przeca jakby na to popatrzeć z zewnątrz, to obserwator mógłby dojść do wniosku, że suwerena pojebało, bo z jednej strony oburza się na „próbę wyrwania laptopa”, a z drugiej nie oburza się na próbę zabicia wielu ludzi przy użyciu auta. Jak to w ogóle, kurwa, możliwe? Ano tak, to, że opozycji w ogóle nie zależy na nagłaśnianiu takich spraw.


Tak, wiem, dwóch posłów opozycyjnych ciśnie Zjednoczoną Prawicę w temacie nieistniejących respiratorów, ale to jest wyjątek, a nie norma. Nawiasem mówiąc, nawet z tego nie potrafiono wyciągnąć wniosków – tzn. to jest jeden z tematów, który zszedł „pod strzechy” (tak samo, jak 70 milionów przejebanych przez Sasina). Widać więc wyraźnie, że jak się chce, to można. I co? I nic. Mam świadomość tego, że opozycja w przeciwieństwie do rządu, nie dysponuje „swoimi” mediami. Niemniej jednak przypominam, że Zjednoczona Prawica przed przejęciem mediów publicznych też miała dość ograniczony dostęp „do ludzi”. Tak, była TV Republika, tak było Plwam i Radio Zła Żmija, ale to nie pozwalało na dotarcie do masowego odbiorcy.  Mimo tego, udało im się wygrać zarówno wybory prezydenckie, jak i parlamentarne. Z tego chyba można wyciągnąć wniosek taki, że jak się chce, to można. Obecnej opozycji się nie chce.


Ktoś może podnieść argument, że chuja tam sondaże, bo przeca do wyborów kawałek i nie wiadomo, czy w ogóle będą wybory. Jeżeli chodzi o tą ostatnią kwestię, to najprawdopodobniej będą, bo nawet Putin i Łukaszenka je organizują (zaś w polskich realiach tego rodzaju fałszerstwa są nierealne [można kombinować z utrudnianiem głosowania za granicą, można kombinować z DPS-ami, ale to nie jest ta skala, z którą muszą mierzyć się Białorusini]). Osobną kwestią jest to, czy Zjednoczona Prawica pogodzi się z ewentualną porażką, czy też będzie się zachowywać tak, jak pewien pomarańczowy jegomość z USA (bo w tym przypadku będziemy mieli przejebane).  Jeżeli zaś chodzi o sondaże, to nieśmiało przypominam, że od paru ładnych lat mamy w Polsce sondażokracje i te zasrane słupki mają olbrzymie znaczenie. Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację, w której Zjednoczona Prawica spada do poziomu jakichś 25% poparcia sondażowego i stan ten utrzymuje się, na ten przykład, przez pół roku. Czy komuś się, kurwa, wydaje, że koalicja rządząca wytrzymałaby tę „Próbę Sondaży”? Śmiem twierdzić, że nie ma na to, kurwa, najmniejszych szans. Po pierdylionowym sondażu, z którego wynikałoby, że po następnych wyborach akcja „cela+”, której tak bardzo domagał się aktyw partyjny Zjednoczonej Prawicy wjedzie na pełnej kurwie, ale kto inny zacznie zaludniać cele, zaczęłoby się spierdalanie ze Zjednoczonej Prawicy, które najprawdopodobniej skończyłoby się utratą większości parlamentarnej i przedterminowymi wyborami. Dlatego właśnie tak istotne jest to, żeby opozycja narzucała swoje narracje i dbała o to, żeby ludzie o nich nie zapominali. Być może dla sporej liczby polityków i działaczy opozycji to będzie szok, ale Polacy nie mają obowiązku pamiętać wszystkiego, co się działo w polskiej polityce przez ostatnie pierdylion lat (ja to muszę pamiętać ze względu na pełnienie obowiązków trollskich). W związku z powyższym, zasranym obowiązkiem opozycji jest przypominanie o tym, co robiła i mówiła wcześniej Zjednoczona Prawica (i nie, nie chodzi o ciągłe przypominanie tego, że Lech Kaczyński to o mediach powiedział to i tamto, bo to nie ma żadnego znaczenia dzisiaj [ze względu na to, że no cóż, Lech Kaczyński, z przyczyn oczywistych, acz nie dla Macierewicza, nie jest już czynnym politykiem]).


Z tego obowiązku opozycja się nie wywiązuje i to niewywiązywanie się ma wymiar wręcz absolutny. Do opozycji nie dociera, że w 2015 realia się zmieniły i nie można siedzieć przez całą kadencję na dupach, a potem liczyć na to, że wybory wygra się tylko i wyłącznie dzięki temu, że wszystkie zachomikowane wcześniej środki wpompuje się w billboardy, plakaty i cały, szeroko pojęty outdoor. Ja się wam w tym miejscu muszę przyznać do tego, że mam, kurwa, szczerze dosyć pisania o tym, że opozycja jest chujowa. Tylko, że gdybym chciał przestać wspominać o tym, że jest chujowa, to musiałbym w ogóle przestać pisać na temat opozycji. Ze wszystkich tematów, które opozycja sobie odpuściła, tego jednego odpuszczać nie powinna, bo to jest nic innego, jak zostawianie Polek na lodzie w imię własnego, w sumie nawet nie wiadomo, czego. Lenistwa? Nieogarnięcia? Nie mam zielonego pojęcia w temacie tego, czemu bycie opozycją w Polsce ogranicza się głównie do chodzenia do różnych programów publicystycznych i wyrażania swojego oburzenia tym, czy innym pomysłem Zjednoczonej Prawicy. Niemoc opozycji była tak wielka, że nikt nie potrafił zareagować na udawane oburzenie polityków Zjednoczonej Prawicy, którzy opowiadali o tym, że no w sumie to politycy opozycji sami odpowiadają za to, że policja ich traktowała gazem, bo im się wydawało, że jak mają legitymacje poselskie to są nietykalni. Nikt nie zapytał tych idiotów o to, czy wtedy, gdy politycy PiSu szturmowali barierki pod Pałacem Prezydenckim, używając legitymacji poselskich jak taranów, też należałoby ich potraktować gazem? Nawet tego, kurwa, nie potrafiliście zrobić, bando jebanych nieudaczników?


No dobrze, wracajmy do meritum, bo zamiast pojedynczej dygresji zrobiła mi się z tego dygresja wewnątrz dygresji w dygresji. Najbardziej w tym braku „politycznej” reakcji na to, co zrobiła Zjednoczona Prawica wkurwia mnie to, że taką reakcję-kampanię można było zrobić na pierdylion sposobów. W niniejszej ścianie tekstu pozwolę sobie na opisanie kilku z nich.


Taką kampanię informacyjną należało zacząć od formułowania przekazów, w których podważałoby się sam fakt wydania wyroku przez Trybunał Przyłębski. Pobawmy się teraz w moją ulubioną zabawę, czyli „wyobraźmy sobie, co by było gdyby”, zaraz po ogłoszeniu wyroku (nie czekając na jego publikację) politycy opozycji, komentując w programach publicystycznych to, co zrobił wyżej wymieniony Trybunał Przyłębski mówiliby takie rzeczy: „Komunikat, który przedstawią wybrani sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, nie będzie orzeczeniem w myśl obowiązującego prawa. W związku z tym rząd nie powinien łamać konstytucji i nie może takiego dokumentu publikować”, „To nie był wyrok, to była opinia członków Trybunału, Trybunał nie może odnosić się do decyzji, których dokonuje parlament”, „Trybunał nie wydał wyroku. To tylko opinia niektórych sędziów TK”, „Do wyznaczenia składu orzekającego 22 października, Trybunał zastosował pozaustawowe kryterium, oznacza to naruszenie konstytucji, a skutkiem, w mojej ocenie, jest nieważność wyroku. Publikacja wyroku powinna zostać wstrzymana”, „W sprawach i szczególnej zawiłości lub doniosłości Trybunał orzeka w pełnym składzie” (a nie mógł, albowiem "sędziowie dublerzy"). Ktoś mógłby się pokusić o nieco dłuższą wypowiedź: „To nie było żadne posiedzenie Trybunału Konstytucyjnego, tylko co najwyżej zebranie osób, które zasiadają w Trybunale. Z punktu widzenia instytucjonalnego to co się wydarzyło to absolutny skandal (…) Przypominam, że w Polsce obowiązuje prawo, które mówi, że trzeba rozpatrywać skargi według daty wpływu. Sędziowie TK do powszechnie obowiązującego prawa się nie zastosowali. Sędziowie Trybunału są wolnymi ludźmi. Mogą się spotykać kiedy chcą, mogą sobie zamówić espresso i ciasteczka i się spotkać. Społeczeństwo nie jest w stanie użyć żadnych środków siłowych, natomiast apelujemy i prosimy. To niszczenie polskiego państwa”. Tego rodzaju wypowiedzi można było wrzucić w media znacznie więcej.


Jestem się w stanie założyć o wiele, że inicjalną reakcją Zjednoczonej Prawicy i rządowych mediów byłoby skrajne oburzenie. Prawicowy komentariat rozpaczałby nad upadkiem obyczajów, bo jakże to tak! Przecież w Polsce obowiązuje konstytucja, a opozycja namawia do jej łamania! Wtedy można by było jeszcze bardziej podgrzać atmosferę i zacząć opowiadać o tym, że „Prawo nie jest najważniejsze. Życie Polek, bezpieczeństwo Polek jest ważniejsze”. Potem zaś zarówno politycy Zjednoczonej Prawicy, jak i jej spindoktorzy z całą mocą swojej napuszonej, „prokonstytucyjnej” retoryki przyjebali by w ścianę. Czemu? Ano temu, że to wszystko były cytaty i parafrazy ich własnych wypowiedzi z 2016, kiedy to tłumaczyli wszystkim dookoła, że Trybunał Konstytucyjny jest chuja wart, a jego wyrok można sobie uznać za opinię i wytrzeć nim dupę. Wypowiedzi, którymi można było napieprzać w Trybunał Przyłębski i Zjednoczoną Prawicę było jeszcze od cholery (bo też i konflikt na linii Zjednoczona Prawica – TK ciągnął się dość długo). Byłoby więc z czego wybierać. Ktoś może w tym momencie podnieść argument „jak jesteś taki mądry, to czemu nie wpadłeś na to wcześniej”. Odpowiedź jest dość prosta: nie wpadłem na to, bo po prostu o tym wcześniej nie myślałem. Na swoją obronę mam to, że jestem tylko prostym trollem z Podkarpacia, który ma ograniczoną ilość czasu na tego rodzaju rozmyślania. Politycy partii opozycyjnych nie mają na swoją obronę absolutnie nic. Oni powinni być przygotowani na każdą ewentualność. Czasami w internetach pojawiają się incepcyjne memy, w których stoi, że ktoś ma przygotowane dwa katalogi z memami (przykładowo „jeżeli Trump wygra” i „jeżeli Biden wygra”). Co prawda, nie wymagam od polityków opozycyjnych robienia memów (bo pewnie większość wyglądałaby tak, jak Demotywatory sprzed 10 lat), ale tego, żeby byli przygotowani na różne ewentualności w tak, kurwa, istotnych kwestiach wymagać już powinniśmy.



UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Ktoś w tym miejscu może powiedzieć, no dobrze, ale jakie znaczenie miałyby takie wypowiedzi? Przecież PiS oparł flekowanie Trybunału na tym, że miał większość parlamentarną i Prezydenta RP, który z przyjemnością wszystko im podpisywał. Opozycja przecież nie może sobie „zawetować” Trybunału. Owszem, nie może, ale może próbować przekonać suwerena do tego, że decyzja, która tegoż suwerena wkurwiła tak na dobrą sprawę jest decyzją „nieważną” i wchodzi w życie tylko i wyłącznie dlatego, że Zjednoczona Prawica sobie tego życzy. Bezproblemowo można było bowiem wykazać, że w momencie, w którym Zjednoczona Prawica nie zgadzała się z wyrokiem TK, ów wyrok zmieniał się w „opinię”, która nie ma żadnej mocy prawnej. Osobną kwestią jest to, że tego rodzaju działania można prowadzić również teraz. Odpada co prawda efekt zaskoczenia, z którym mielibyśmy do czynienia, gdyby te wypowiedzi pojawiły się „na świeżo”, ale nie zmienia to faktu, że te wypowiedzi, no cóż, zostały wypowiedziane. Nie zmienia to faktu, że Zjednoczona Prawica wytarła sobie dupę wyrokiem TK. Nie zmienia to faktu, że członkowie Zjednoczonej Prawicy wielokrotnie twierdzili, że prawo jest ważne o tyle, o ile służy obywatelom i jeżeli im nie służy, to znaczy, że jest to złe prawo i tak dalej i tak dalej.


Poza tym, nie oszukujmy się. Twór zwany „Trybunałem Konstytucyjnym”, który tak naprawdę stał się kolejną partyjną przybudówką Zjednoczonej Prawicy, istnieje tylko teoretycznie. Tzn. jedyne, co trzyma ów twór przy życiu, to większość parlamentarna, którą ma Zjednoczona Prawica. W tym miejscu pora na kolejną dygresję (WRACAĆ W TEJ CHWILI, tym razem będzie krótsza). Nie tak dawno temu objawił się w Polsce pomysł Czegoś-Na-Kształt-Koalicji o nazwie 276 (wiele mnie kosztowało nie wrzucenie tutaj liczby większej o 1861). Zamysł stojący za tym czymś jest taki, że nawet jeżeli opozycja wygra, to obecny Prezydent RP będzie wszystko wetował. Nas w tym momencie interesuje to, że Prezydent RP nie pozwoli na zaoranie Trybunału Przyłębskiego. Przyznam, że o ile pomysł posiadania „bezpiecznej” większości przez obecną opozycję, której to większości Prezydent RP nie będzie w stanie przeszkadzać (nie oszukujmy się, jest to człowiek, który mając taką możliwość, na pewno by z niej skorzystał). Tyle, że w tym kontekście warto rozważyć jeszcze jedną kwestię. Jaką? Ano taką, że część posłów i posłanek Zjednoczonej Prawicy będzie miała ważniejsze sprawy na głowie, niż przejmowanie się tym, że ktoś chce zaorać Trybunał Konstytucyjny. Te ważniejsze sprawy będą miały związek z tym, że wraz z przepadnięciem większości parlamentarnej Zjednoczonej Prawicy, przepadnie krysza. A jestem się w stanie założyć o wiele, że bardzo wielu prokuratorów i prokuratorek z przyjemnością zajmie się sprawami, którymi zajmować się nie mogli ze względu na to, że Zbyszek.


No, ale to tylko dygresja. Suwerena trzeba przyzwyczajać do tego, że formuła obecnego Trybunały Konstytucyjnego uległa wyczerpaniu. Grunt pod takie narracje położyła kilka lat temu Zjednoczona Prawica. Ta sama Zjednoczona Prawica, która w ramach „dekomunizacji” wrzuciła do TK Towarzysza Antykomunistę Stanisława Piotrowicza. Zaś w ramach „dbania o Konstytucję”, nieśmiało przypominam, że gdy Zjednoczona Prawica obraziła się na TK (przed jego przejęciem, rzecz jasna), jej posłowie i posłanki opowiadali o tym, że należy Trybunałowi dać mniej kasy, albowiem: „Sejm nie może finansować działań nielegalnych”, zaś: „Prezesi Trybunału opowiadają, że nie będą stosować ustawy, a teraz przychodzą po pieniądze”. Cebulą na torcie jest to, że Krystyna Pawłowicz, którą PiS wsadził do TK, nie tak dawno temu opowiadała o tym, że: „Konstytucja uchwalona 20 lat temu jest bardzo silną blokadą dla rozwinięcia Polski w kierunku zgodnym z interesami Polaków, którzy wyzwolili się spod komuny. To przez środowiska pookrągłostołowe, które wówczas zawarły ze sobą układ polityczny przy okrągłym stole (…) w zasadzie można powiedzieć, że ta lewica (…) przygotowała nam konstytucje, która niestety do dzisiaj obowiązuje (…) pisały ją środowiska antypolskie, antychrześcijańskie.” (rzecz jasna, nie była w swoich osądach odosobniona). Te same środowiska będą nam dzisiaj tłumaczyć, że no z tym (praktycznie całkowitym) zakazem aborcji to jest tak, że w sumie to on niemalże wprost wynika z Konstytucji. Rozumiecie, z tej, którą napisali komuniści i inne środowiska antypolskie i antychrześcijańskie. Krystyna Pawłowicz wyprodukowała znacznie więcej wypowiedzi odnośnie swojego podejścia do Konstytucji. Jedną z takich wypowiedzi była ta, w której tłumaczyła się z popierania tzw. „skargi nadzwyczajnej”: „Z powodu umowy politycznej będę głosowała tak jak mój klub. Natomiast podzielam w pełni pogląd ministra Warchoła i uważam, że zapis jest wprost jaskrawie sprzeczny z konstytucją w swoim brzmieniu”. Nieśmiało przypominam, że osoba ta znalazła się w składzie orzekającym, który 22 października niemalże całkowicie zakazał aborcji w Polsce. Osoba, która twierdziła, że mając świadomość sprzeczności jakiejś ustawy z konstytucją głosowała za nią, bo „taka była umowa polityczna”.


Po co w ogóle wspominałem o wypowiedziach Pawłowicz? Ano po to, że to jest druga płaszczyzna, na której należałoby się pastwić nad „opinią” Trybunału Przyłębskiego. W tym przypadku chodzi o to, żeby udowodnić suwerenowi, że decyzja Trybunału Przyłębskiego nie miała nic wspólnego z Konstytucją, miała zaś wszystko wspólne z „umową polityczną”, a co za tym idzie, nie było tak, że niezależny Trybunał sobie sam orzekł coś tam coś tam, ale orzekł to, co kazano mu orzec. Kontrą, którą mogłaby wyprowadzić Zjednoczona Prawica byłaby narracja, z której wynikałoby, że ponieważ kiedyś Trybunał Konstytucyjny pod wodzą prof. Zolla orzekł, że liberalizacja ustawy aborcyjnej była niezgodna z Konstytucją i powołał się na takie, a nie inne przesłanki (czy jak tam się to po prawniczemu nazywa), to wyrok Trybunału Przyłębskiego nie mógł być inny. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że część lewicy proPiSowskiej (która na szczęście ma marginalne znacznie) próbowała w ten sposób bronić swojej ukochanej partii (tl;dr „może i PiS zrobił to co zrobił, ale mógł to zrobić tylko i wyłącznie dlatego, że wcześniej liberałowie (...)”. No, ale to dygresja tylko. To jest notka, w której non stop się do czegoś przyznaję, tak więc nie będziecie się pewnie dziwić, gdy napisze, że szczerze się muszę przyznać do tego, że nie mam, kurwa, pojęcia jaki wpływ ma „przeszłe” orzecznictwo TK na orzecznictwo obecne. Tzn. nie mam pojęcia, czy faktycznie Trybunał Przyłębski „nie miał wyjścia” i musiał powiedzieć „B”, po tym, jak prof. Zoll powiedział „A”. Tylko, że wiecie co? Nawet jeżeli to by była prawda (w co szczerze wątpię [jako laik]), to nie ma to, kurwa, najmniejszego znaczenia. Zjednoczona Prawica sprowadziła debatę na temat Konstytucji do tego, że „Konstytucja jest fajna, jak jest tam coś, co nam się podoba, ale jak jest tam coś, co nam się nie podoba, to nie powinno się jej interpretować dosłownie” (vide, idiotyczny argument prawicy „hurr durr związki partnerskie/małżeństwa jednopłciowe są niezgodne z Konstytucją”). To nie ma znaczenia również z tego powodu, że w momencie, w którym część antyPiSu zrobiła z prof. Zolla jedną z ikon „obrońców Konstytucji”, rządowe media i politycy Zjednoczonej Prawicy nie ustawały w wysiłkach, żeby wykazać, że prof. Zoll jest jakimś komuchem i idiotą, który absolutnie wręcz nie zna się na tym, co w Konstytucji piszczy. Wystarczyłoby odkopać te narracje i przypomnieć je suwerenowi. W tym miejscu będziecie narażeni na kolejną z dygresji. Nie mam pojęcia, czemu część antyPiSu uznała, że prof. Zoll powinien być uznawany za autorytet w trakcie spięć na linii Zjednoczona Prawica – Trybunał Konstytucyjny. Ja się swoją działalnością trollską zajmuję już na tyle długo, że pamiętam rok 2013, kiedy to Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego, której szefem był nie kto inny, a prof. Zoll, usiłowała wprowadzić w Polsce faktyczny zakaz stosowania pigułek „dzień po”, zajebiście utrudnić procedurę in vitro i zaostrzyć kary za dokonanie aborcji. O tym, że usiłowano zamienić kodeksowe „przerwanie ciąży” na ”spowodowaniem śmierci dziecka poczętego” wspominać chyba nie trzeba, prawda? Tym samym, robienie z prof. Zolla autorytetu, który miałby pociągnąć za sobą masy, było cokolwiek idiotyczną decyzją. Wróćmy jeszcze na moment do argumentum ad Zollum, którego mogłaby próbować używać Zjednoczona Prawica. Życzę powodzenia każdemu, kto próbowałby wytłumaczyć suwerenowi, że z tego, że ktoś tam kiedyś podjął taką, a nie inną decyzję, wynika, że teraz nie można było podjąć innej decyzji. Szczególnie w kontekście tego, że Zjednoczona Prawica wielokrotnie tłumaczyła, że należy skończyć z „imposybilizmem”.


Kolejnym elementem kampanii informacyjnej byłaby próba przekonania suwerena do tego, że nie przypadkiem Trybunał Przyłębski zajął się kwestią aborcji w momencie, w którym na horyzoncie nie było żadnych wyborów. W tym celu należałoby wykopać te najbardziej hardkorowe wypowiedzi polityków Zjednoczonej Prawicy, którzy w trakcie debat nad kolejnymi zygotariańskimi projektami ustaw, mających na celu zaostrzenie prawa aborcyjnego, opowiadali o tym, jakim złem jest aborcja/etc. Stenogramy z posiedzeń Sejmu są pełne tych idiotyzmów. Wystarczyłoby więc po nie sięgnąć i przypomnieć o nich suwerenowi. Rzecz jasna, samo cytowanie tych wypowiedzi nie wystarczy. Należałoby odkopać wszystkie wypowiedzi, w których członkowie Zjednoczonej Prawicy się „wahali” w sprawie aborcji. Można by było odkopać to, jak bardzo Prezydent RP starał się nie odpowiadać na pytania dotyczące aborcji w trakcie kampanii w 2015 (w 2020 w ogóle nie odpowiadał na żadne pytania, więc tutaj nie ma sensu szukać czegokolwiek). Znamienne jest to, że w trakcie swojej pierwszej kadencji Prezydent RP nie miał skrupułów i śmiało określał aborcję mianem „morderstwa”. Nie inaczej było w przypadku innych polityków Zjednoczonej Prawicy, którzy kategoryczne osądy w kwestii aborcji wygłaszali praktycznie wyłącznie wtedy, gdy do wyborów było jeszcze daleko. Przypominanie tego wszystkiego dałoby podstawy pod narracje, w myśl których Zjednoczona Prawica od zawsze chciała zaostrzyć prawo aborcyjne, ale nie chciała denerwować swojego elektoratu i motywować do brania udziału w głosowaniu tych, którzy nie mieli na to ochoty, ale poszliby do urn, gdyby Zjednoczona Prawica „za pięć dwunasta” zaczęła opowiadać o tym, że chce zaostrzyć prawo aborcyjne. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że Największa Partia Opozycyjna jest współodpowiedzialna za to, że Zjednoczona Prawica mogła sobie pozwolić na lawirowanie w kwestii aborcji. Nietrudno było odgadnąć przyczynę, dla której Największa Partia Opozycyjna nie utrudniała życia Zjednoczonej Prawicy. Przyczyną tą był fakt, że również NPO lawirowała w tej kwestii. To jest, swoją drogą, kolejny przykład na to, jak bardzo opozycja nie potrafi w politykę. O ile bowiem w przypadku Zjednoczonej Prawicy, lawirowanie w kwestii aborcji było słuszne (bo usypiało czujność elektoratu), to to samo lawirowanie w przypadku Największej Partii Opozycyjnej było szczytem głupoty, albowiem (a jakże) również usypiało czujność elektoratu.


No dobrze, ale po co w ogóle przekonywać suwerena do tego, że Zjednoczona Prawica chciała zaostrzyć prawo aborcyjne, ale w trakcie kampanii wstydziła się zagadać? Ano po to, żeby pokazać, ile warte jest stękanie członków Zjednoczonej Prawicy, z którego to stękania wynika, że każde życie jest święte (również to nienapoczęte).  Gdyby bowiem Zjednoczona Prawica wychodziła z takiego, a nie innego założenia, to nie wstydziłaby się mówić o tym głośno w trakcie kampanii (no i, nie oszukujmy się, gdyby tak było, to jej członkowie nie przejęliby się Czarnym Protestem). Nie mówiono o tym głośno w kampanii bo uznano, że władza jest ważniejsza od „każdego życia, które jest święte”. Nawiasem mówiąc, Zjednoczona Prawica nie jest w tej kwestii prekursorką. Podwaliny pod takie „myślenie polityczne” położył Kościół katolicki, który co prawda dużo mówił o tym, że aborcja jest zła, ale ważniejsze dla niego były pieniążki. Dowodzi tego fakt, że Kościół wolał się z ostatnim rządem PRL-owskim dogadać w kwestii Komisji Majątkowej, a nie w kwestii aborcji. Te wszystkie biedne nienapoczęte dzieciątka musiały poczekać jeszcze 4 lata na ustawę antyaborcyjną. Nawiasem mówiąc, kiedy się w tej kwestii pociśnie trochę polskich klerofilów, to bardzo szybko się obrażają, albowiem nie są w stanie znaleźć żadnego sensownego argumentu, który przemawiałby za tym, że Kościół najpierw powinien upomnieć się o kasę, a dopiero potem o biedne dzieciątka nienapoczęte. Kiedyś się w tym temacie starłem (na ćwitrze) z niejakim Robertem Tekielim i w sumie dowiedziałem się tylko i wyłącznie tego, że nic nie rozumiem, bo ktoś tam z kimś wcześniej prowadził jakieś rozmowy/etc. O ile mnie pamięć nie myli, to niedługo później dostałem od niego bana, tak więc można powiedzieć, że choć nie dowiedziałem się zbyt wiele, to rozmowa była owocna. Warto by było również głośno mówić o tym, że cała ta „impreza” jest efektem tego, że Zjednoczona Prawica zrobiła taki, a nie inny deal polityczny z Kościołem. Przyznaję, że jeżeli chodzi o tego rodzaju narrację, to opozycja sobie częściowo radzi, ale stosowanie tych narracji nie powinno być celem, ale środkiem do celu (którym jest przekonanie suwerena do tego, że Kościół nie powinien mieć wpływu na politykę, bo ilekroć go ma, nie kończy się to dla Polaków niczym dobrym).


Najważniejszym elementem kampanii informacyjnej powinno być ukazanie suwerenowi tego, że jeżeli chodzi o aborcje, Zjednoczona Prawica absolutnie nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i po prostu nie dojrzała do tego, żeby zajmować się takimi, a nie innymi kwestiami. W tym miejscu wystarczyłoby przypomnieć o tym, że politycy prawicy (wtedy jeszcze niezjednoczonej) bezrefleksyjnie popierali projekt ustawy, w którego uzasadnieniu stało, że: „Na przykład w miarę jak dziecko się rozwija w łonie matki, jego stan zdrowia niejednokrotnie ulega poprawie i choroba z zagrażającej życiu, zmienia się w lżejszą, która nie może już zostać uznana za nieuleczalną” oraz: „Wobec dynamicznego rozwoju medycyny nie sposób też wyrokować że dana choroba jest nieuleczalna.” oraz: „Za szczególnie niegodziwy trzeba uznać ten aspekt procedury aborcyjnej, który polega na przeznaczaniu dziecka do aborcji na podstawie jedynie prawdopodobieństwa, a orzeczenie o stopniu tego prawdopodobieństwa pozostawia się lekarzowi.”. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że w sumie to, kurwa, skandal, że lekarz orzeka na podstawie diagnostyki, przecież wiadomo, że o tym, z jaką chorobą mamy do czynienia powinno orzekać konsylium składające się z dwóch biskupów i jednej Kai Godek. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, to napiszę jedynie tyle, że pierdolenie o „prawdopodobieństwie” w sytuacji, w której dysponujemy naprawdę dokładnymi narzędziami diagnostycznymi (oraz, na ten przykład, chirurgią prenatalną) to, no właśnie, pierdolenie i nic więcej. Zaś osoby, które bezrefleksyjnie popierały taką ustawę (zapewne nawet jej nie czytając, bo przecież taka, a nie inna była „umowa”) są po prostu kretynami i dobrze by było, żeby suweren miał tego świadomość.


Dowodów na to, że prawica nie jest w stanie podjąć poważnej dyskusji na poważny temat jest od cholery, ale ja pozwolę sobie przytoczyć te najbardziej spektakularne. Wydaje mi się, że to odpowiednia pora na kolejną zabawę pt. wyobraźmy sobie, co by było gdyby. Tym razem wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby jeden z tuzów Zjednoczonej Prawicy w trakcie dyskusji na temat opinii Trybunały Przyłębskiego powiedział, że: „Trzeba pamiętać, że gdyby realizować postulaty tych środowisk, które sprzeciwiają się ochronie życia, to wtedy znaczna część sportowców na paraolimpiadzie nie miałaby prawa funkcjonować, zdobywać złotych medali”, zaś jedna z jego partyjnych koleżanek dopowiedziała, że: „Nie odmawiajmy prawa do życia dzieciom niepełnosprawnym. Paraolimpiada pokazała, że osoby niepełnosprawne dobrze radzą sobie w społeczeństwie”. Ja tam się co prawda nie znam, ale wydaje mi się, że suweren mógłby się srogo wkurwić na to, że w trakcie bądź co bądź poważnej debaty, ktoś zaczyna pierdolić takie głupoty. No bo ok, paraolimpiada paraolimpiadą, ale jakoś tak się składa, że nie pojawiają się tam, na ten przykład, zawodnicy z bezmózgowiem. Zapewne część z was zorientowała się, że trochę tutaj nakłamałem z tą zabawą, albowiem nie mamy tu do czynienia z hipotetyczną sytuacją. Te słowa padły z ust Zbigniewa Ziobry i Beaty Kempy w 2012 roku, kiedy to Solidarna Polska (próbując udowodnić, że jest bardziej hardkorowa od PiSu) wrzuciła do tegoż Sejmu projekt ustawy zaostrzającej prawo aborcyjne. Nazwanie tych wypowiedzi skrajnym idiotyzmem to trochę tak, jakby ktoś powiedział, że bolszewicy nie przepadali za kapitalistami. Ponieważ polskie dziennikarstwo nie domagało już wtedy, nikt nie zapytał autorów tych słów o to, „o czym oni tak właściwie rozmawiają”. Tak się bowiem jakoś złożyło, że liberalizacja prawa aborcyjnego nie miałaby żadnego wpływu na liczbę terminacji ciąży w przypadku stwierdzenia nieodwracalnego uszkodzenia płodu, bo takowe terminacje były legalne. Ja wiem, że argumentum ad paraolimpiadum jest idiotyczny, ale chyba nikt w 2021 roku nie ma wątpliwości odnośnie tego, że należy głośno (i wyraźnie) tłumaczyć, dlaczego taki, a nie inny argument jest idiotyczny, bo samo napisanie „to idiotyzm” już nie wystarcza (a przynajmniej nie na tyle, żeby ludzie pokroju Człowieka z Solarium tracili z tego tytułu poparcie).


W ramach kampanii informacyjnej należałoby również wytłumaczyć suwerenowi, dlaczego Solidarna Polska, która tak bardzo się dzisiaj chwali swoim projektem ustawy, który „pomaga kobietom”, powinna pospierdalać z tym chwaleniem się. Tutaj przyczyna jest bardzo prosta i w sumie to opisałem ją we wcześniejszym kawałku tekstu. Otóż, Solidarna Polska złożyła swój antyaborcyjny projekt ustawy w Sejmie w roku 2012. Warto by było zapytać polityków Solidarnej Polski o to, jak to się stało, że swój projekt (z którego są tak bardzo dumni) złożyli w Sejmie prawie 9 lat po tym, jak złożyli w Sejmie projekt ustawy zaostrzającej prawo aborcyjne. Jak to się stało, że przez te prawie 9 lat nie wpadli na to, że tego rodzaju ustawę należałoby wprowadzić na długo przed tym, jak wprowadzi się zakaz aborcji? Bo wrzucanie takiej ustawy po tym, jak się aborcji zakazało, to trochę tak, jak gdyby komuś złamać nos, a potem chwalić się tym, że osobie ze złamanym nosem dało się chusteczkę. Co prawda w niczym to nie pomoże (bo nos trzeba nastawić), ale przynajmniej dzięki chusteczce inni nie będą widzieli krwi, a to już coś. Nie będę się tutaj pochylał nad samym projektem (tzn. jego treścią), bo, z racji tego, że była ona przygotowana w biegu (przez fundamentalistów religijnych) wiadomo, że, delikatnie rzecz ujmując, będzie to chujnia z grzybnią. Nie zmienia to faktu, że Solidarną Polskę należałoby grillować w kwestii tego, czemu tak długo czekali ze swoją super-duper ustawą.


Ostatnim elementem tejże kampanii powinno być pokazywanie suwerenowi tego, jak bardzo Zjednoczona Prawica ma w dupie prawo, które sama ustanawia. Tak się bowiem złożyło, że część dziennikarzy zaczęła zdradzać objawy RiGCzu i pytać członków Zjednoczonej Prawicy o to, czy zamierzają przestrzegać prawa, które sami ustanowili. Stanisław Karczewski stwierdził, że on by córki nie zmuszał do przestrzegania prawa, bo to „absolutnie jej decyzja”. Jarosław Sellin zapytany o to, czy przestrzegałby prawa: „Nie, to jest pytanie poniżej pasa. Uważam, że takich pytań w ogóle nie należy zadawać i na takie pytanie po prostu nie będę odpowiadał”. Ten sam Sellin w 2017 chwalił się tym, że do końca kadencji uda się zaostrzyć prawo aborcyjne. Jacek Ozdoba w ogóle nie odpowiedział na pytanie. Nie wiem, czy podobne pytania zadawano innym tuzom ze Zjednoczonej Prawicy, ale już tych kilka odpowiedzi wystarczy, żeby pokazać suwerenowi, jak bardzo Zjednoczona Prawica jest równiejsza od reszty obywateli.  


Choć najlepszy moment do napierdalania w Zjednoczoną Prawicę został przegapiony, to kampania informacyjna nadal mogłaby trafić na podatny grunt, bo jestem się w stanie założyć o wiele, że cześć wyborców Zjednoczonej Prawicy do końca (tzn., do opublikowania opinii Trybunału Przyłębskiego) wierzyła w to, że Dobry Car (aka Genialny Strateg) ukaże złych bojarów (w tym przypadku, Trybunał Przyłębski) i cała sprawa zostanie uznana za niebyłą. Opublikowanie wyroku to moment, w którym część elektoratu Zjednoczonej Prawicy może sobie zdać sprawę z tego, że, no cóż, Zjednoczona Prawica jakoś tak niekoniecznie liczy się z ich zdaniem (było od cholery sondaży, z których wynikało, że spora część elektoratu Zjednoczonej Prawicy nie chce zaostrzenia prawa aborcyjnego). To jest ten moment, w którym można próbować wytłumaczyć tym ludziom, że mają alternatywę. Nie, nawijanie o tym, że się „sprzedali za 500 złotych” w niczym nie pomoże (no chyba,s że Zjednoczonej Prawicy).


Ta wyżej opisana bieda-kampania opiera się na tym, co z powodzeniem stosuje Zjednoczona Prawica (która zapożyczyła sobie tę metodę od Pomarańczowego Człowieka), czyli na czymś, co od biedy można nazwać „wielonarracją”. Od tego, co robił (i pewnie będzie robił) Trump oraz Zjednoczona Prawica, tę kampanię różniłoby to, że zawarte w niej narracje nie byłyby sprzeczne. Zamiast tego, wzajemnie by się uzupełniały i wzmacniały. Dzięki podważaniu samego wyroku TK (przy użyciu wcześniejszej wypowiedzi polityków i mediaworkerów Zjednoczonej Prawicy) można by było pokazać suwerenowi, że ten quasi wyrok zapadł tylko i wyłącznie dlatego, że zażyczyły sobie tego „czynniki decyzyjne”. Narrację tą wzmocniłoby przypomnienie suwerenowi o tym, że kiedy wyrok TK nie spodobał się Zjednoczonej Prawicy, to Zjednoczona Prawica wytarła sobie nim dupę. Innymi słowy, Zjednoczona Prawica opublikowała ten wyrok dlatego, że się z nim zgadzała, a nie dlatego, że „musiała”. Powyższą narrację należałoby wzmocnić przypominaniem wypowiedzi, w których członkowie Zjednoczonej Prawicy (i pracownicy mediów rządowych) opowiadali o tym, jak to prawo powinno służyć ludziom i że jeżeli im nie służy, to znaczy, że to złe prawo i nie należy go przestrzegać (bo z tego wynika po prostu tyle, że Zjednoczona Prawica przestrzega prawa tylko i wyłącznie wtedy, gdy jej to pasuje). Narracja o tym, że Trybunał Przyłębski (uwaga, przygotujcie się na najkrótszy suchar) „podjął decyzję” na zlecenie Czynników Decyzyjnych Zjednoczonej Prawicy mogłaby zostać podparta cytowaniem Pawłowicz, która nie dość, że hejtowała samą Konstytucje, to jeszcze publicznie przyznawała się do głosowania za przepisem, który z konstytucją był sprzeczny i tłumaczyła się tym, że „była taka, a nie inna umowa”. To wszystko sprawiłoby, że argumentum ad Zollum, po który mogłaby sięgnąć Zjednoczona Prawica, byłby zupełnie nieskuteczny (acz dla pewności można by było ten argument „dobić” przypominaniem tego, co Zjednoczona Prawica miała do powiedzenia na temat Zolla).


Do powyższych narracji idealnie pasowałyby te, które uderzałyby w Zjednoczoną Prawicę w sposób bezpośredni. Dlatego warto by było przypomnieć o tym, że jeżeli chodzi o podejście Zjednoczonej Prawicy do aborcji, to owo zainteresowanie przypomina sinusoidę. Im bliżej wyborów było, tym rzadziej Zjednoczona Prawica poruszała kwestię aborcji. W trakcie trwania kampanii ten temat był praktycznie martwy. Z tego zaś płynie taki wniosek, że Zjednoczona Prawica okłamywała swoich własnych wyborców. To zaś idealnie współgrałoby z narracjami, w których ukazanoby suwerenowi to, że Zjednoczona Prawica nie jest w stanie poważnie podejść do poważnych tematów i dzielnie walczy z problemami, które sama stwarza. Cebulą na torcie (to już druga w tym tekście) byłoby pokazanie suwerenowi histerycznych reakcji członków Zjednoczonej Prawicy, których zapytano o to, czy zamierzają przestrzegać ustanowionego przez siebie prawa. Warto w tym miejscu nadmienić, że Zjednoczona Prawica nie byłaby się w stanie zabezpieczyć przed taką kampanią. Nie da się bowiem w żaden sposób „cofnąć” tego,S co zostało zrobione i powiedziane. Tak sobie myślę, że jednym z głównych filarów, na których opiera się zjednoczono-prawicowa propaganda, jest „zapominanie” sporej liczby wypowiedzi i działań. Opozycja jest zaś na tyle uprzejma, że stara się nie psuć nastroju spindoktorom Zjednoczonej Prawicy i nie przypominać o zbyt wielu niefajnych rzeczach.


Rozmawiałem sobie ostatnio z jednym znajomym lewakiem, który (tak samo jak ja) lubi się katować polską polityką. Rozmawialiśmy o tym, „co będzie dalej” w kontekście opinii Trybunału Przyłębskiego. Ja wychodziłem z założenia, że ludzie nadal są wkurwieni srogo. To, że nie chodzą dzień w dzień na protesty nie oznacza, że im przeszło. Znajomy Lewak zaś stwierdził, że nie byłby aż takim optymistą w kwestii wkurwienia, bo już teraz pojawiają się głosy, że w sumie ta aborcja to nie jest najważniejsza i są inne, znacznie istotniejsze, sprawy. Co prawda, nie pokłóciliśmy się z tym Znajomym Lewakiem (tak więc nie było inby na lewicy), ale w trakcie rozmowy twierdziłem, że taki scenariusz (tzn. „zapomnienie” zaostrzenia prawa aborcyjnego) jest mało prawdopodobny. Dopiero w trakcie pisania niniejszego tekstu dotarło do mnie, że, owszem, ten scenariusz jest, niestety, prawdopodobny. Czemu? Z tej prostej przyczyny, że opozycja przez swój jebałpiesizm może sprawić, że nawet temat aborcji zostanie „zapomniany” i przykryty innymi (a co za tym idzie, ilekroć ktoś przypomni o tym, co zrobił Trybunał Przyłębski, odbije się od argumentum ad tematum zastępczum).


Mam świadomość tego, że w powyższym tekście było sporo narzekania na opozycję, ale nie wyobrażam sobie innego zakończenia niż takowe, w którym raz jeszcze wyrażę swoją opinię na temat (braku) działań opozycji. Szczerze wątpię w to, że ruszy z jakąkolwiek kampanią informacyjną w temacie aborcji. Jeżeli do tej pory nikt po opozycyjnej stronie nie zorientował się, że warto by było (i to warto również z przyczyn stricte politycznych) poruszyć pewne kwestie, to pewnie już nikt na ten pomysł nie wpadnie. Jest to o tyle absurdalne, że protesty przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego były (jak na nasze realia) wprost gigantyczne, a poza tym, wszędzie jest od cholery sondaży, w których stoi, że generalnie to większość Polaków jest przeciwko temu, co zrobiła Zjednoczona Prawica. Jakie wnioski z tego wyciągnęła opozycja? Nie wiadomo, bo nasza opozycja jest mocno bezobjawowa. I tym, jakże optymistycznym akcentem, pozwolę sobie zakończyć ten tekst.


Źródła:

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,26612868,se-wyrok-tk-o-zakazie-aborcji-moze-zostac-opublikowany-w.html

https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103085,26636489,wyrok-tk-o-zakazie-aborcji-zostanie-opublikowany-w-swieta-pomaska.html

https://www.tvp.info/52008395/w-dzienniku-ustaw-opublikowano-wyrok-tk-ws-przepisow-o-aborcji-tvp-info

https://pl.wikipedia.org/wiki/Kryzys_sejmowy_w_Polsce

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/strajk-kobiet-mec-grzegorz-kukowka-opowiada-o-pomocy-zatrzymanym/rg14nyx

https://twitter.com/mart801/status/1332996806536519680

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/516155,premier-szydlo-konstytucja-tk-trybunal-konstytucyjny-sad-sld-trybunal-stanu-pis-prawo-i-sprawiedliwosc.html

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/konstytucjonalisci-o-publikacji-wyroku-tk-premier-beacie-szydlo-grozi-trybunal-stanu/flwnj3

https://tvn24.pl/polska/ryszard-terlecki-o-zamieszaniu-wokol-tk-i-oredziu-prezydenta-dudy-ra600022-3319751

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/528494,sasin-trybunal-nie-wydal-wyroku-to-tylko-opinia-czesci-sedziow-tk.html

https://www.bankier.pl/wiadomosc/Nie-bedzie-publikacji-wyroku-Trybunalu-Konstytucyjnego-z-3-grudnia-3455401.html

https://wiadomosci.wp.pl/patryk-jaki-o-posiedzeniu-tk-sedziowie-moga-sobie-zamowic-espresso-i-ciasteczka-6025263642423937a

https://www.prawo.pl/prawnicy-sady/morawiecki-sprawiedliwosc-wazniejsza-niz-prawo,69476.html

https://tvn24.pl/polska/pawlowicz-o-budzecie-tk-na-komisji-sprawiedliwosci-i-praw-czlowieka-ra608252-3170751

https://www.radiomaryja.pl/informacje/prof-k-pawlowicz-konstytucja-silna-blokada-dla-rozwoju-polski/

https://polskatimes.pl/krystyna-pawlowicz-glosowala-za-niekonstytucyjnym-przepisem-bo-taka-byla-polityczna-umowa/ar/12727686

https://www.prawo.pl/prawnicy-sady/kara-za-aborcje-trafi-do-kodeksu-karnego,53968.html

https://oko.press/prezydent-duda-podpisze-zakaz-aborcji-bo-aborcja-to-morderstwo/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Komisja_maj%C4%85tkowa

Notka, w której pastwiłem się nad uzasadnieniem zygotariańskiego projektu ustawy

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2013/09/aborcja-w-krainie-absurdu-i-gupoty.html

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/654982,ziobro-po-liberalizacji-prawa-antyaborcyjnego-nie-byloby-tylu-medalistow-na-paraolimpiadzie.html

https://natemat.pl/34977,beata-kempa-i-wanda-nowicka-ostra-klotnia-o-aborcje-u-moniki-olejnik

https://www.bankier.pl/wiadomosc/Solidarna-Polska-przygotowala-projekt-ws-hospicjow-perinatalnych-8046751.html

https://prawo.money.pl/aktualnosci/wiadomosci/artykul/ustawa;antyaborcyjna;solidarna;polska;dziekuje;platformie,87,0,1185111.html

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,26745506,karczewski-nie-zmuszalby-corki-do-urodzenia-dziecka-z-wada-letalna.html

https://dorzeczy.pl/kraj/171032/wiceminister-oburzony-pytaniem-od-sluchacza-to-jest-ponizej-pasa.html

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/1088973,sellin-wyglada-na-to-ze-do-konca-kadencji-wyeliminujemy-tzw-przeslanke-eugeniczna.html

https://www.wprost.pl/polityka/10413936/awantura-ozdoby-i-smiszka-w-kropce-nad-i-to-sa-barbarzyncy.html



Hejterski Przegląd Cykliczny #74
27.01.2021

Niniejszy Przegląd zainauguruję cytatem z klasyka: „Srebrny w mózgu chip wolnym czyni mnie gdy zespolony z metalem dostrajam się.”. Jak się więc pewnie domyślacie, będzie o szczepionkach. Rozważania szczepionkowe rozpocznę od tego, że przez jakiś czas nie bardzo wiedziałem, czy będę się mógł w ogóle zaszczepić. Po tym, jak rozpoczęło się szczepienie na skalę masową, w mediach pojawiły się informacje (legitne), w których stało, że kilka osób załapało się na wstrząs anafilaktyczny. Również wtedy zaczęły się pojawiać wzmianki o tym, że (w uproszczeniu) „jeżeli ktoś ma jakieś tam alergie na leki, to nie wiadomo, czy będzie się mógł bezpiecznie zaszczepić”. Ze względu na to, że zdarzały mi się reakcje uczuleniowe na różne medykamenty, pierwsza moja reakcja na te informacje była, że tak to ujmę, bardzo polska, albowiem pomyślałem sobie „kurwa mać”. Potem zaś zacząłem spamować znajomych pracowników Bigpharmy, lekarzy etc. pytaniami „co ja mam tera robić”. Wiem, że powinienem zapytać takich specjalistów ds. szczepień, jak Edyta Górniak albo Marcin Najman, ale z racji bycia zmanipulowanym lewakiem wybrałem takie, a nie inne źródła informacji. Trułem dupę znajomym tak długo (aż dziw bierze, że nikt mnie nie zablokował), aż się udało wywiedzieć, że nie jeżeli ktoś nie miał wcześniej wstrząsów anafilaktycznych (tylko lżejsze objawy uczuleniowe), to co prawda lepiej poinformować personel medyczny o tym, że miał na to i owo uczulenie, ale ryzyko wystąpienia wstrząsu anafilaktycznego po szczepieniu na koronę jest porównywalne z tym, że opozycja nagle się ogarnie i zacznie się tłuc ze Zjednoczoną Prawicą jak równy z równym (jak to zwykł mawiać Syrio Forel „not today”).


W czasie, w którym dobijałem się do różnych znajomych celem dowiedzenia się „czy Piknikowi wolno w szczepienie”, w temacie tychże szczepień doszło do gigantycznej gównoburzy. Chodzi mi, rzecz jasna, o „Jandagate”. Otóż, w pewnym momencie okazało się, że co prawda jest jakiś plan szczepień, ale niewielka liczba osób została zaszczepiona poza kolejnością. Przyznam się wam szczerze, że nie wiem, co mam sądzić o tych szczepieniach. Nie chciałbym być źle zrozumiany, albowiem nienawiść do wpierdalania się w kolejkę wyniosłem z dzieciństwa. Nie mam również najlepszego zdania na temat elit (niezależnie od tego, czy są to elity nielubiące PiSu, czy też Doktory Chłopaki z Biedniejszych Rodzin). Jednakowoż, ciężko mi uwierzyć w to, że ktoś, kto wbił się w kolejkę potem był na tyle alternatywnie sprytny, żeby chwalić się tym w internetach. Jestem się bowiem w stanie założyć o sporo, że gdyby chodziło o jakieś potajemne szczepienia, to absolutnie wszystkim zaszczepionym kazanoby zamknąć mordy i nie opowiadać o tym nigdzie.   


Jak już wspomniałem wcześniej, nie mam pojęcia co o tym myśleć. Z jednej strony są bowiem elity, które od zawsze mają lepiej, ale z drugiej strony są bowiem władze, do których to władz mam zaufanie porównywalne z tym, którym darzę Biały Płomień Tańczący na Kurhanach Researchu (aka Rafał Ziemkiewicz). Nie dziwi mnie więc w najmniejszym stopniu to, że spora część ludzi jest przekonana o tym, że bohaterowie „Jandagate” zostali wmanewrowani w całą sytuację. Jestem sobie bowiem w stanie wyobrazić sytuację, w której czynniki „odgórne” dają zielone światło do takiej akcji (ale, na wszelki wypadek nic na papierze), a potem, jak się okazało, że suweren źle odebrał wpis Jandy i całą sprawę, te same czynniki zrobiły zwrot o 180 stopni i twierdzą, że w sumie to one, te czynniki, nic nie wiedzą. Od siebie zaś dodam, że gdyby przydarzyła mi się taka sytuacja (która mi się nie przydarzy, albowiem ze mnie taka elita, jak z Patryka Jakiego człowiek, który wychowywał się w biedniejszej rodzinie), to pierwsza rzecz, o którą bym poprosił, to o jakieś kwity, które poświadczają to, że ja się faktycznie będę szczepił w ramach jakiejś akcji promowania szczepień (+ jakieś szczegóły dotyczące tego, jak ma wyglądać kampania/etc.), no bo, kurwa, szanujmy się. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Straszliwie Oburzona Na Szczepienia Poza Kolejnością Zjednoczona Prawica usiłowała wjebać w kolejkę prokuratorów, który w mniemaniu polityków ZP powinni być szczepieni przed ludźmi przewlekle chorymi. Ponieważ wywołało to srogą gównoburzę, ostatecznie wycofano się z tego pomysłu. Co ciekawe, Ziobroidy, które wcześniej tak głośno krytykowały Jandagate, dziwnym trafem nie oburzały się na ten pomysł. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że to pewnie dlatego, że uważają, że ich elity są lepsze od innych. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, uprzejmie proszę was o udanie się w stronę dalszej części tekstu.


Obserwuję sobie debatę okołocovidową od jakiegoś czasu i muszę się przyznać, że znajduję ją cokolwiek, że tak to ujmę „wybrakowaną”. Nie chodzi o to, że do programów nie zaprasza się lekarzy, bo media już ogarnęły, że przy okazji pandemii trzeba dać od czasu do czasu głos specjalistom (gdzieś tak w okolicy świąt widziałem pogadankę telewizyjną, w której lekarzem nie był jedynie prowadzący). Chodzi o to, że zarówno politycy partii rządzącej, jak i członkowie szeroko pojętej opozycji pomijają to, jaki wpływ na gospodarkę będzie miała korona. Gwoli ścisłości, nie chodzi mi o wpływ, który na gospodarkę mają lockdowny (czy też przedłużone okresy czegoś tam), bo ten jest oczywisty i jest to cena, którą wszyscy płacimy za to, żebyśmy nie zamienili się w Lombardię na sterydach. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, co powtarza się przy praktycznie każdej decyzji o wprowadzeniu (bądź też przedłużeniu) obostrzeń. Otóż, w telegraficznym skrócie wygląda to tak, że rząd wprowadza obostrzenia, następnie odzywają się różne takie podmioty, którym obostrzenia (eufemizując) nieco utrudniają pracę i mówią „ej, ale wiecie, że nam tu zaraz szelki braknie?”. I wtedy wchodzi nasz rząd, cały na Morawiecko i mówi „Kurwa, rzeczywiście” i zaczyna obiecywać uroczyste podpisanie listu intencyjnego w sprawie wyrażenia woli współpracy na rzecz podjęcia działań w zakresie opracowania analiz mających na celu dofinansowanie takich, czy innych podmiotów.


No, ale to tylko dygresja, wracajmy do meritum. Czy gdzieś widzieliście analizy w temacie tego, jakie konsekwencje (w tym gospodarcze) niesie ze sobą to, co dzieje się w naszym kraju okołocovidowo? Wiemy już teraz, że w 2020 zmarło od cholery więcej ludzi niż w poprzednim roku. Część z tych zgonów jest, że tak to ujmę stricte covidowa, część zaś wzięła się stąd, że ochrona zdrowia po prostu nie wyrabia (czemu nie można się dziwić w kraju, w którym sugestia zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia [poprzez zwiększenie składki zdrowotnej] spotyka się z wrzaskami o komunizmie, Wenezueli i Gułagach]). Ponieważ ochrona zdrowia nie wyrabia, ludzie, którym można byłoby pomóc, wylogowują się z powodu wyleczalnych problemów ze zdrowiem (owszem, działo się to również wcześniej, ale nie aż na taką skalę). Jest źle, a będzie jeszcze gorzej, bo w ramach tego, co się dzieje wczesna profilaktyka (chorób rożnych) poszła się pewnie jebać. Czemu? Ano temu, że jeżeli ktoś miałby się po prostu iść i przebadać (nie mając, rzecz jasna, poważnych objawów), to raczej nie pójdzie, bo się będzie bał, tego, że przyniesie sobie koronę do domu z tych badań. Z tego zaś płynie wniosek taki, że „kiedy to wszystko się skończy”, ochrona zdrowia będzie jeszcze bardziej przeciążona niż w czasach precovidowych. Idźmy dalej. Czy widzieliście gdzieś jakieś prognozy, w których pochylonoby się nad tym, jaki wpływ będą miały powikłania pocovidowe (na ten przykład, rozjebane płuca albo „mgła” pocovidowa) na gospodarkę? Czy ktokolwiek pochylił się nad tym, że jakaś część ozdrowieńców nie będzie mogła wykonywać pracy ze względu na powikłania pocovidowe (bo, na ten przykład, ciężko być pracownikiem fizycznym z rozjebanymi płucami)? Jakoś tak się złożyło, że rządzących to nie obchodzi na tyle, żeby się tym zająć. Zamiast tego mamy powtarzane w kółko pierdolety o tym, że „no, nasza gospodarka, to w sumie nie ucierpi jakoś za bardzo, bo gdzieś tam to wyliczyli”.Rzecz jasna, swoich własnych wyliczeń i prognoz nie mamy, bo takie mogłyby popsuć humor rządzącym. Nie byłbym sobą, gdybym w tym miejscu nie wspomniał o tym, że wcześniej wymienione problemy nie zaprzątają również głów polityków opozycyjnych, którzy, moim zdaniem, powinni napierdalać w rząd pytaniami odnośnie tych analiz/prognoz 24/7.


Kolejnym elementem, którego w debacie (prawie użyłem słowa „dyskurs”, ale na szczęście się, kurwa, w porę ogarnąłem) okołocovidowej brakuje jest to, jaki wpływ będzie miała szczepionka na gospodarkę. Nie jestem żadnym specjalistą w dziedzinie, ale wydaje mi się, że w momencie, w którym jakieś państwo zaszczepi tak dużo swoich mieszkańców, że osiągnie odporność stadną, to o takim państwie można spokojnie powiedzieć, że właśnie znalazło sporą ilość kamienia filozoficznego. Rzeczywistość covidowa wygląda bowiem tak, że państwa albo są w trakcie lockdownu (nie wliczamy w to Polski, bo Polska jest w trakcie czegoś tam narodowego), albo są w tym krótkim okresie wytchnienia, który kupiły sobie przy pomocy lockdownu. Państwo, które jako pierwsze osiągnie odporność stadną, nie będzie się musiało tym przejmować (aczkolwiek domyślam się, że większość państw [nie wliczając w to Polski, rzecz jasna] postara się wypracować procedury, które pomogą ogarnąć sytuację w przypadku wystąpienia kolejnej pandemii). No dobrze, wróćmy do tematu szczepionek. Muszę się przyznać do tego, że bardzo mocno trzymam kciuki za to, żeby niemiłościwie nam panująca partia nie spierdoliła szczepień. Trzymam te kciuki mocno, ale w kontekście dotychczasowych dokonań polskich władz (na ten przykład, otwarcie szkół we wrześniu w trybie stacjonarnym z powodu, że „bo tak”), jestem bardzo mocno umiarkowanym optymistą. Prawda jest bowiem taka, że szczepienie milionów ludzi jest sporym przedsięwzięciem logistycznym, a jeżeli chodzi o nasze władze, to w ich przypadku planowanie czegokolwiek ogranicza się do „chcemy aby”.


Być może byłbym większym optymistą, gdyby nie to, że już w trakcie szczepień (tak więc, na długo po tym, jak się powinno mieć ogarnięte planowanie), główny doradca premiera ds. walki z pandemią prof. Horban, odpowiadając na pytanie odnośnie tego, ile w Polsce jest osób 60+ odpowiedział, że z tego, co wie to 2 miliony i tym samym jebnął się o 5,7 miliona. Ów fuckup można było potraktować jako coś, co się czasem przydarza ludziom, którzy mają styczność z pierdylionem danych liczbowych, tyle że to, co stało się później, świadczy o tym, że to nie był lapsus językowy, tylko efekt nieogarnięcia skali problemu. Cóż takiego się stało? Ano to, że w momencie, w którym ruszyła rejestracja do szczepień w przedziale wiekowym 70-79, że tak to ujmę „system się zapchał” i ludzie godzinami wisieli na telefonach. Część z nich poszła do POZ, żeby zarejestrować się osobiście. Kiedy w mediach pojawiły się zdjęcia kolejek, Dworczyk wystosował odezwę do suwerena, w której to sugerował, że może lepiej nie chodzić do tych POZów, bo to ryzykowne. Warto w tym miejscu nadmienić, że w tym konkretnym fuckupie nie chodziło o to, że brakuje szczepionek (acz to też jest problem), ale o brak „mocy przerobowych” do rejestrowania ludzi. Osobną kwestią jest to, że gdybyśmy dysponowali odpowiednią liczbą szczepionek (do zaszczepienia wszystkich chętnych z przedziału wiekowego 70-79), to problem z dodzwonieniem się byłby może nie tyle większy, co po prostu trwałby dłużej.


Na sam koniec rozważań covidowo-szczepionkowych zostawiłem sobie kwestię samej dostępności szczepionki. Jakiś czas temu w mediach głośno zrobiło się w temacie tego, że polski rząd mógł zamówić 13 milionów dawek szczepionki Moderny, ale zamówił sobie jedynie połowę. Argumenty Dworczyka były takie, że po pierwsze, to do końca roku mamy mieć i tak 60 milionów dawek Pfizera, a po drugie, to na tę Modernę to by pewnie trzeba było długo czekać, bo okres realizacji to prawie rok może być. No i wszystko pięknie, ale niech ktoś mi wytłumaczy, jak to jest, że Niemcy chcą kupić te wszystkie szczepionki, których nie chciały rządy innych krajów? Jakoś tak mi się nie wydaje, że Niemcy te szczepionki będą kupować dlatego, że są frajerami. Potem zaś się okazało, że jest problem z dostawami szczepionek. Owszem, rząd nie odpowiada za problemy producenta, ale tenże sam rząd mógł się zastanowić nad tym, że z dostawami różnie może być i zadbać o zabezpieczenie kraju na taką ewentualność i np., nie wiem, zamówić, kurwa, więcej szczepionek (od różnych dostawców)? Co ciekawe, po tym, jak okazało się, że będą problemy z dostawami, rząd „domówił” 25 milionów dawek. Choć rząd nie odpowiada za te opóźnienia, to tenże sam rząd powinien wziąć pod rozwagę to, jaki wpływ na suwerena będą one miały. Chodzi mi, rzecz jasna o to, że kiedy w naszym pięknym kraju nad Wisłą znowu będzie można się rejestrować na szczepienia (bo będziemy mieli kolejne dawki), to system się pewnie, kurwa, znowu zapcha i to bardziej niż poprzednim razem. Czemu? Ano temu, że do tej pory nikt nie przejmował się potencjalnymi obsuwami w dostawach (bo takowych nie było). Jestem się w stanie założyć o wiele, że po tych opóźnieniach ludziom się trochę zmieni optyka i „kto pierwszy ten lepszy” wjedzie na pełnej kurwie. Bo co prawda rząd zapewnia, że każdy chętny senior zostanie zaszczepiony, ale z drugiej strony, chuj wie, jak to będzie z dostawami, więc lepiej się zaszczepić wcześniej, bo potem to cholera wie co będzie.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Miałem już zamknąć temat rozkmin okołoszczepionkowych, ale w czasie, w którym organizowałem wybory koper..., znaczy się, pisałem niniejszy tekst, przez polski brak debaty publicznej przetoczyła się kolejna gównoburza. Tym razem wywołał ją Adrian Zandberg. O co chodziło? Pozwolę sobie zacytować wpis jednej z ćwiterianek, od którego zaczęła się gównoburza: „„Adrian Zandberg w Kawie na ławie bredzi serio?!? Chce, żeby Pfizer przekazał nam patent na szczepionkę przeciw COVID19 i dzięki temu będziemy produkować więcej i szczepić szybciej. Pfizer wydał miliony na badania, żeby teraz rozdawać patent innym. Jpdl skąd on się zerwał?!?”. Na wpis ów zareagowała Katarzyna Lubnauer: „Z komunizmu. Chociaż oczywiście można ustalić wspólnie z autorem cenę za patent. Ale tylko za jego zgodą”. Cieszy mnie to, że już dawno przestałem zwracać uwagę na to, „czym jest komunizm” w opinii polskich polityków i komentariatu, bo i tak bym pewnie stracił rachubę. No, ale to tylko dygresja. Wydawać by się mogło, że argumentacja zarówno Lubnauer, jak i tej ćwiterianki powinna zostać wyśmiana przez większą część komentariatu. Niestety, kluczowe w powyższym zdaniu było „wydawać by się mogło”. Okazało się bowiem, że spora liczba ludzi, którzy nosili znamiona ludzi rozsądnych, okazała się być średnio rozsądna. Mając bowiem wybór „ludzkie życie” i „pieniądze, które zarobi jakaś tam firma”, wybrali bramkę numer dwa. I nie, to nie jest populizm. Szybsza produkcja szczepionki i szybsze wyszczepianie ludzi ratuje tym ludziom życie. Im szybciej osiągniemy odporność stadną, tym więcej ludzi uda się uratować. Jeżeli chodzi o argumenty „drugiej strony”, to nie warto się nad nimi pochylać, bo ogromna większość z nich sprowadzała się do jednego prostego tricku erystycznego pt. „fabrykowanie konsekwencji”. Otóż, teraz to wezmą temu Pfizeru te patenty, a potem to wezmą komuś innemu co innego, a powód znajdą. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że jest to ulubiona taktyka prawicy, która stosuje ją przy okazji każdej debaty (przykład? „jak eutanazja będzie legalna, to ludzie będą zabijać swoich bliskich”). Dyskutowanie z tego rodzaju argumentami jest pozbawione sensu, bo to trochę tak, jakby dyskutować z kimś, kto twierdzi, że jeżeli dziś Pfizer zarobi mniej, niż mógłby zarobić, to za dwa lata firma, która produkuje rowery eliptyczne będzie musiała je rozdawać za darmo. Owszem, niektórzy argumentowali, że w sumie to po chuj nam ten patent, skoro i tak byśmy tego nie byli w stanie produkować, niemniej jednak punktem wyjściowym argumentacji strony, która tak bardzo lubi pieniądze było to, że Zandberg jest komuchem i chce okradać firmy, a całą resztę argumentów „domyślono sobie” w momencie, w którym okazało się, że spora część ludzi, mając do wyboru ratowanie życia  i ratowanie pieniędzy, wybierze to pierwsze.


Skoro tematy koronawirusowe mamy już za sobą, to teraz można przejść dalej. Owo dalej zaczniemy od ciągu dalszego wyborów prezydenckich w USA. Zapewne szokiem będzie dla was to, że zaprzysiężony został kandydat, który zdobył więcej głosów i wygrał wybory prezydenckie. Nadal nie może się z tym pogodzić Zjednoczona Prawica i część pracowników mediów rządowych (którzy bez skrępowania opowiadają o tym, że wybory w USA zostały sfałszowane). Cierpienie Zjednoczonej Prawicy znajduje swoje odzwierciedlenie we wpisach takich, jakie można było zobaczyć na koncie Joachima Brudzińskiego, który postanowił skomentować zaprzysiężenie: „Jednak przykro,że nikt z nowej administracji nie pomyślał aby zaprosić Kim Kardashan i Paris Hilton (w tym miejscu była smutna emotka)”. Moim zdaniem, administracja Bidena popełniła błąd, bo przecież wiadomo, że na zaprzysiężenie powinna zaprosić płaczki (w tej roli idealnie odnaleźliby się politycy Zjednoczonej Prawicy, którzy lamentowaliby nad tym, że wybór Bidena to koniec cywilizacji pomarańczowego człowieka). Zanim Biden został zaprzysiężony, w USA doszło do szturmu na Kapitol. Wszyscy, poza polskimi mediami rządowymi, wiedzą o tym, że w szturmie brali udział skrajnie prawicowi zwolennicy Trumpa (polskie media rządowe twierdzą, że wszystkiemu winna jest lewica). Osobną kwestią jest to, rządowe media uznały, że szturm na Kapitol to dokładnie to samo, co zablokowanie mównicy w Sejmie w grudniu 2016 (jeszcze trochę i rządowe media zaczną to nazywać „wydarzeniami grudniowymi”).


Co prawda partia rządząca twierdzi, że wybór Bidena nie będzie miał wpływu na kontakty na linii USA – Polska, ale myślę, że wątpię. Nie chodzi o to, że administracja Bidena może niezbyt przychylnie patrzeć na to, co się odjebuje w Polsce, na ten przykład, z sądownictwem (dla nas Sąd Najwyższy i TK to był kult cargo, ale dla Amerykanów to są naprawdę ważne instytucje), bo co prawda może, ale wcale nie musi przełożyć się na te kontakty. Chodzi o to, że polska strona te kontakty spierdoli do reszty. Czym innym było dla tych dzbanów dogadywanie się z Trumpem, który ponad wszystko ukochał pieniądze i jeżeli udało mu się coś wytargować, to w dupie miał cała resztę (a i czasem nawet pogładził po główce Polaków w trakcie wystąpień). Zjednoczona Prawica nie jest w stanie pogodzić się ze zwycięstwem Bidena. Samo to jeszcze nie byłoby takie złe, gdyby tylko politycy tej partii (i pracownicy rządowych mediów) potrafili zamknąć mordy i zachować te „rewelacje” dla siebie. Na swoje nieszczęście nie potrafią tego zrobić. Nie dociera do nich również to, że po szturmie na Kapitol administracja Bidena może nie mieć cierpliwości środowisk, z których płynie protrumpowa narracja o sfałszowanych wyborach. W jednym z poprzednich tekstów (owszem, chodzi o głośny tekst [niestety, w najbliższym czasie nie przestanie mnie to bawić]) wymądrzałem się w temacie tego, że reakcja Zjednoczonej Prawicy na porażkę Trumpa (w szczególności zaś powtarzanie bredni o tym, że „no wybory to wybory, teraz to w sądach będzie druga tura” i wszelkiej maści innych idiotyzmów, z których wynikało, że „piłka jest nadal w grze”) nie oznacza dla nas nic dobrego, bo niestety można z tego wysnuć wniosek taki, że jeżeli Zjednoczona Prawica przegra wybory, to może po prostu uznać, że te wybory zostały sfałszowane, a w Polsce, w przeciwieństwie do USA, nie ma na tyle silnych „państwowych” struktur, które byłyby nas w stanie obronić przed takimi działaniami. Czemu o tym wspominam? Ano temu, że w momencie, w którym zwolennicy Trumpa szturmowali Kapitol (i chwalili się fotkami/filmikami z mediach społecznościowych), większość głów innych państw potępiła to, co się tam działo. Co znamienne, Prezydent RP nie zaliczał się do tej grupy i kiedy odniósł się do wydarzeń na kapitolu, zrobił to z subtelnością właściwą swej kondycji intelektualnej: „Wydarzenia w Waszyngtonie to wewnętrzna sprawa Stanów Zjednoczonych, które są państwem demokratycznym i praworządnym. Władza zależy od woli wyborców, a nad bezpieczeństwem państwa i obywateli czuwają powołane do tego służby. Polska wierzy w siłę amerykańskiej demokracji.”. Na pierwszy rzut oka mamy tu do czynienia z dyplomacją imienia Witolda Waszczykowskiego. Tyle, że na drugi rzut oka, sprawa jest nieco bardziej pojebana. Jeżeli bowiem osadzimy ten wpis w kontekście kontestowania przez Zjednoczoną Prawicę wyników wyborów w USA, to ów wpis powinien zabrzmieć raczej jako ostrzeżenie dla nas samych. Czemu tak twierdzę? Bo ten wpis sugeruje, że zdaniem Prezydenta RP w momencie, w którym fani Trumpa szturmowali Kapitol „piłka była nadal w grze”. Może inaczej: jestem się w stanie założyć o wiele, że spora część członków Zjednoczonej Prawicy wychodziła z założenia, że wydarzenia na Kapitolu mogą doprowadzić do tego, że prezydentem USA nadal będzie Trump. Owszem, we wpisie mamy wzmiankę o tym, że „władza zależy od woli wyborców”, ale przecież opcja polityczna, którą reprezentuje Prezydent RP jest zdania, że wybory w USA zostały sfałszowane (a przecież z tego jasno wynika, że ich wynik nie odzwierciedla woli wyborców, prawda)? Mamy tam również fragment traktujący o tym, że „to sprawa wewnętrzna”. No i niby wszystko jest w porządku, bo przecież Stany Zjednoczone sobie z tym same muszą poradzić. Tylko, że autor wpisu nigdzie nie wspomina o tym, której ze stron, że tak to ujmę, „kibicuje”. Wziąwszy to wszystko pod rozwagę, będę naprawdę bardzo zdziwiony, jeżeli po przegranych wyborach Zjednoczona Prawica „zachowa się jak trzeba”.


Wydarzenia na Kapitolu miały jeszcze jeden, dość spektakularny efekt. Otóż Trump dostał bana od większości portali społecznościowych. Polska prawica (Zjednoczona i ta niezjednoczona) zawyła z oburzenia. No bo jak to tak?! Odebrać prezydentowi kraju prawo do komunikowania się z obywatelami. Tejże samej prawicy umknęło to, że Trump dysponował kontem „prezydenckim”, którego nie używał głównie dlatego, że wolał lansować swoją własną markę, no ale to dygresja. Jeżeli chodzi o moje zdanie na temat tego, co stało się z Trumpem, to za Wielką Wodą mawiają „he had it coming” (w tłumaczeniu Piknikowym: „doigrał się”). Internauci przynajmniej kilka razy robili eksperymenty, w których na kontach ćwitrowych, czy tam fanpejdżach publikowali wpisy Trumpa (jako własne). Za każdym jebanym razem konta te spadały z rowerka, bo treści naruszały standardy/etc. Jasne więc było to, że Trumpa przed banem chroni tylko (a może „aż”?) to, że był prezydentem. Insza inszość to fakt, że kwestia tego, czy te portale powinny mieć prawdo do arbitralnego decydowania o tym, kto spada z rowerka, kto zaś z niego nie spada, jest cholernie złożonym problemem. Ową złożoność widać wyraźnie w gównoustawie autorstwa Ziobry i jego ziomeczków, którzy opowiadają o tym, że ich ustawa będzie wspierać wolność słowa (i takie tam inne idiotyzmy). Zdaniem autorów projektu wolność słowa jest wtedy, gdy portale społecznościowe nie usuwają treści, które nie łamią prawa. Dodatkowo: „projekt przewiduje też złożenie do serwisu społecznościowego skargi na publikacje zawierające treści niezgodne z polskim prawem – z żądaniem ich zablokowania.” Ja tam nie jestem prawnikiem, ale wydaje mi się, że ustawa ta wyjebałaby się na pierwszym koncie/fanpejdżu, którego autor tworzy po polsku, ale mieszka „zagranico”. Pobawmy się w moją ulubioną zabawę pt. „eksperyment myślowy”. Załóżmy, że jakiś Polak mieszkający w Niemczech zakłada sobie polskojęzyczny fanpejdż, na którym bawi się w szkalowanie Papieża Polaka (i jest w tym szkalowaniu na tyle dobry, że ma już 21370 fanów). Po wejściu w życie ustawy – oburzony szkalowaniem Sebastian Kaleta, albo inny Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny, mógłby się domagać usunięcia tych treści (bo przecież łamią one prawo w naszym, będącym oazą wolności słowa kraju, bo „obraza uczuć religijnych”). Co w tym przypadku miałby zrobić serwis? Z jednej bowiem strony treści łamią prawo w jednym kraju, ale ich autor mieszka gdzie indzie, tak więc pojawia się pewien problem, prawda?


Osobną kwestią jest to, że sam pomysł usuwania z internetów treści, które „łamią prawo” i domagania się przywrócenia tych, które zostały usunięte, choć „nie łamią prawa” powinien nas wszystkich, kurwa, zaalarmować. Choćby dlatego, że autorzy projektu są pośrednio (a czasem pewnie bezpośrednio) odpowiedzialni za masowe wręcz umarzanie postępowań względem „swoich” i tych, którzy zostali objęci kryszą. Nieśmiało przypominam, że zgodnie z logiką Zjednoczonej Prawicy (i dowodzonej przez nią prokuratury) można będzie bezproblemowo publikować w mediach społecznościowych szubienice, na których powieszone zostaną podobizny nieprawilnych polityków. Ujmując rzecz innymi słowy, bardzo wygodny byłby przepis zabezpieczający treści przed usuwaniem, kiedy jest się opcją polityczną, która decyduje o tym, co jest przestępstwem, a co nie. Warto w tym miejscu dodać to, że autorzy projektu od dłuższego czasu próbują przejąć kontrolę nad sądownictwem (ale to na pewno nie ma żadnego związku z tym, że członkowie partii rządzącej uważają się za równiejszych, których prawo nie obowiązuje). Jeszcze bardziej osobną kwestią jest to, że publikowane treści mogą nie łamać prawa, ale jednocześnie mogą one, na ten przykład, zachęcać ludzi do popełnienia przestępstwa. Przykładowo, można bardzo długo tłumaczyć o tym, że zdrajcy ojczyzny powinni zawsze ponosić konsekwencje swoich czynów, a potem po prostu zacząć wskazywać ludzi, którzy są zdrajcami. Tego rodzaju rzeczy można robić na pierdylion sposobów i ani razu nie złamać przy tym prawa. I teraz należy sobie zadać pytanie: czy tego rodzaju treści powinny być chronione w ramach „wolności słowa”, czy też raczej ludzie powinni być chronieni przed tego rodzaju działaniami?


To są naprawdę złożone kwestie, a jeżeli Galaktyczne Umysły od Zbyszka coś udowodniły, to to, że praktycznie cała otaczająca ich rzeczywistość jest dla nich zbyt złożona. Wróćmy na moment do kwestii samego Trumpa. W maju 2018 na portalu CNN pojawił się artykuł, w którym stało, że w ciągu 466 dni Donald Trump skłamał ponad 3000 razy. Czy wolność słowa powinna oznaczać wolność (rzecz jasna dla niektórych) do kłamania i nieponoszenia z tego tytułu żadnych konsekwencji? Co media społecznościowe mają robić w sytuacji, w której ktoś w krótkim wpisie kłamie pierdylion razy, a do zdebunkowania kłamstw potrzebnych byłoby pierdylion stron tekstu? Tytani Intelektu ze Zjednoczonej Prawicy twierdzą, że w sumie to społecznościówki powinny te treści zostawiać, a odbiorcy czytać i samemu sobie wyrabiać opinie. Ni chuja nie dziwi mnie to, że tego rodzaju argumentacja pojawiła się po prawej stronie naszej sceny politycznej, której stosunek do faktów i rzeczywistości można podsumować hasłem „TVP Info”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że krytyka zbanowania nie pojawia się tylko i wyłącznie po prawej stronie, ale tylko po prawej stronie jest wręcz absolutnie niezniuansowana. Jeżeli mam być szczery, to wydaje mi się, że spora część krytykujących (nie będących prawicowcami) po cichu cieszy się z tego, że Trump spadł z rowerka, ale oficjalnie tego nie przyznają. Aczkolwiek to tylko kolejna dygresja. Gwoli ścisłości, Twitter w pewnym momencie zaczął „oflagowywać” wpisy Trumpa (pod każdym oflagowanym był odnośnik do debunku), ale i to nie spodobało się polskiej prawicy (czy zdziwi kogoś to, że jednym z niezadowolonych był Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny?). Co zrozumiałe, polska prawica (zjednoczona i ta niezjednoczona) i podległe jej media tłumaczą wszystkich, że „dzisiaj Trump, jutro Ty” (khe, khe, „fabrykowanie konsekwencji”). Chciałbym się więc odnieść do tych, jakże merytorycznych, narracji. Otóż jak to, kurwa, jest, że polska prawica siedzi cicho, ilekroć z rowerka spada jakiś nieprawicowy fanpej, albo nieprawicowe konto? (nie, nie mam tu na myśli tych, które spaść powinny). Jak to jest, że prawica potrafi bawić się w łańcuchowe zgłaszanie kont/fanpejdży które się jej nie podobają i polować na wszystko, co może podpadać pod „złamanie standardów” i wtedy to nie jest „atak na wolność słowa”? Bawie się w trollowanie już od dłuższego czasu i od samego początku jestem bardzo, ale to bardzo, kurwa, ostrożny w kwestii tego, co publikuję, bo wiem, że od spadnięcia z rowerka dzieli mnie jedno słowo użyte w niewłaściwym kontekście i paru zgłaszaczy, którzy je znajdą. W związku z powyższym mam zamaszyście wypierdolone na to, że z rowerka spadł typ, który notorycznie kłamał i przez swoje kłamstwa doprowadził do zamieszek, w których zginęło kilka osób. Jeżeli ja mogę zwracać uwagę na to ,co piszę, to tym, kurwa, bardziej powinien zwracać na to uwagę ktoś, kto jest głową państwa. Dodam jeszcze tyle, że jeżeli o tym, co ma być usuwane z mediów społecznościowych (co zaś chronione „bo wolność słowa”) mają decydować chłopcy i dziewczęta od Zbyszka, to wolę, żeby decydowała o tym jakaś korporacja, na którą ci ludzie nie mają najmniejszego wpływu. Chciałbym również wspomnieć o tym, że jeżeli kiedykolwiek zacznę pisać takie rzeczy, jakie pisał Trump, to mam nadzieję, że zostanę za to zbanowany dożywotnio, albowiem będzie to oznaczało, że pojebało mnie do szczętu i przestałem rokować (czy jeżeli powołam się na Konwencję Berneńską i status Rzymu, to można to uznać za oświadczenie woli?)


Na deser wymądrzania się w temacie okołotrumpowym zostawiłem sobie wpis Igora Janke, który spadnięcie z rowerka przez Annoying Orange (i wywalenie Parlera z Google Playa) skomentował tak: „Blokowanie kont na tt i fb, konserwatywnych czy innych serwisów w GooglePlay i Appstorze będzie miało fatalne skutki. Ludzie jeszcze bardziej zamkną się w swoich bańkach, powstaną jeszcze bardziej równoległe światy. Poziom agresji jeszcze się podniesie”. Zacznę od końca. Nie wiem, jak długo Igor Janke leżał pod lodem, ale na pewno był to bardzo długi czas. Gdyby pod tym lodem nie leżał, to wiedziałby do czego doprowadziła źle pojęta „wolność słowa” (rozumiana przez prawicę jako prawo do szczucia na każdego, kto się jej nie podoba). Osobną kwestią jest to, że nie wiem, w jaki sposób zrzucanie z rowerka „skrajniaków” miałoby doprowadzić do tego, że ludzie się zamkną (jeszcze bardziej) w swoich bańkach. W ogóle to nie bardzo rozumiem, w jaki sposób miałoby wyglądać to zamknięcie się „bardziej”. To zamknięcie się już stało i szczerze wątpię w to, żeby niebanowanie skrajniaków miało cokolwiek w tej materii zmienić. Gdyby się nad tym zastanowić trochę bardziej na poważnie, to można by było dojść do „nieco” odmiennych wniosków. Przyczyn, dla których zamykamy się w bańkach (czy tam „echo chambers”) jest wiele, ale jedną z istotniejszych jest moim zdaniem styczność ze skrajnymi opiniami (rzecz jasna, z „przeciwległego bieguna”). To nie jest tak, że ktoś o poglądach pro choice zaczął uważać wszystkich konserwatystów za oszołomów dlatego, że miał styczność z opiniami, w których konserwatyści w sposób wyważony tłumaczyli, dlaczego są przeciwnikami prawa wyboru. Nie, to był proces, w trakcie którego ten ktoś miał styczność ze „stanowiskami” wszelkiej maści Terlikoidów, Kai Godek etc. i innych osób, które zwolenników prawa wyboru nazywali mordercami. Czyżbym tutaj przemycał swoją tezę, w myśl której, gdyby w mediach społecznościowych było mniej skrajnej prawicy, to byłyby one znacznie mniej pojebane? Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nie poruszam tu kwestii „skrajnej lewicy” i jej oddziaływania z tej prostej przyczyny, że (póki co) nie doczekaliśmy się lewicowych odpowiedników skrajnej prawicy (nie, to, że ktoś chce, żeby dwóch facetów mogło brać ślub, nie czyni z niego lewicowego odpowiednika kogoś, kto drze mordę o tym, że wszystkich, których on nie lubi, należałoby powywieszać na latarniach). Co by się więc stało, gdyby cała skrajna prawica przeniosła się na „swoje” portale (pozdro panie Sakiewicz)? Ciężko cokolwiek wyprognozować. Jednakowoż działania polskiej prawicy (hurr durr ustawa o wolności słowa) sugerują, że nie jest to dla niej idealny scenariusz. Ci ludzie są świadomi tego, że ich popularność bierze się po części z tego, że całe armie influencerów i dronów dbają o to, żeby jak najwięcej osób zobaczyło, że ich pupil „zaorał”, „zmiażdżył” etc. jakiegoś „lewaka”. Dla tych ludzi zamknięcie się w konserwatywno-prawicowej bańce oznaczałoby powolną śmierć polityczną. Z jednej bowiem strony mieliby oni niczym nie skrępowany dostęp do swojego elektoratu (i nie musieliby się obawiać tego, że spadną z rowerka), ale z drugiej strony, nawet jeżeli jakiś normals zabłądziłby w internecie i trafił na portal społecznościowy dla skrajniaków, to nie wytrzymałby tam zbyt długo.


Ponieważ zrobiło się jakoś tak bardzo ponuro, teraz przejdziemy do wątku humorystycznego, którym był wywiad udzielony przez Prezydenta RP. Wywiad ów był odpowiedzią na (przez nikogo nie zadane) pytanie „czemu w trakcie kampanii prezydenckiej 2020 do tego pana nie dopuszczano dziennikarzy”. Kiedy zapytano go o to, co sądzi na temat zachowania policji w trakcie wiadomych protestów, Prezydent RP odparł: „Policja u nas zachowuje się w naprawdę profesjonalny sposób. Proszę zauważyć, że u nas nie ma przypadków, że ktoś zginał w czasie jakichkolwiek zamieszek”. Kiedy zapytano go o to, co sądzi na temat pana bagiety, który potraktował gazem posłankę lewicy, odparł „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”. Kiedy Prezydenta Śmieszka zapytano o to, jaki ma stosunek do „delegowania” prokuratorów (którzy podpadli Zbyszkowi), kilkaset kilometrów od miejsca ich zamieszkania: „Akurat w zawodach prawniczych jest tak, że zawód prawniczy można sobie zmienić. Będąc prokuratorem, można przejść do innego zawodu prawniczego (…) Jeżeli państwu prokuratorom jest tak źle - bo rozumiem, że narzekają, że jest im bardzo źle - to ja tutaj problemu nie widzę. Niekoniecznie trzeba w zawodzie prawniczym państwowym pracować”. Czemu napisałem, że to wątek humorystyczny? Bo już dawno przestałem na poważnie traktować wypowiedzi tego człowieka. Nie jestem członkiem Zjednoczonej Prawicy, tak więc nie zamierzam kontestować wyniku wyborów (choć Zjednoczona Prawica dawała od cholery powodów do kontestowania tychże wyborów), ale nikt mnie nie zmusi do tego, żebym traktował poważnie internetowego śmieszka, którego delikatnie rzecz ujmując, w chuj przerosła funkcja, którą przyszło mu pełnić.


Pamiętacie, jak to złe i nieskuteczne in vitro zostało zastąpione przez dobrą i jakże skuteczną szamanote, znaczy się, naprotechnologię? Nie zgadniecie, co się stało: „Nie udało się – resort zdrowia przyznaje, że program walki z niepłodnością nie wypalił. I likwiduje dotychczasowe wsparcie. Szumnie zapowiadany plan, który miał zastąpić in vitro, skończył się fiaskiem W ostatnich czterech latach na poprawę prokreacji wydano 45 mln zł, ale… nie wiadomo, ile dzięki temu urodziło się dzieci. Powód? Resort zdrowia tego nie monitorował. Teraz ostatecznie się wycofuje z całego projektu”. Kto zawinił? Rzecz jasna, suweren, albowiem „oferowany program nie cieszył się popularnością.”. Być może ja mam jakąś zjebaną perspektywę (w końcu jestem z Podkarpacia, a my tu się nie wyznajemy na tych technologiach), ale może program cieszył się niewielką popularnością dlatego, że tajemnicą poliszynela było to, że jest nieskuteczny? Na wypadek, gdyby ktoś zapomniał o tym, jak to się stało, że Ministerstwo Zdrowia przestało zbierać dane odnośnie tego, ile dzieciaków pojawiło się na świecie dzięki naprotechnologii, uprzejmie przypominam: dlatego, że jest to zajebiście nieskuteczna metoda. Ponieważ zaś metoda jest nieskuteczna, zbieranie danych odnośnie liczby urodzin kończyło się tym, że suweren zaczynał wyrażać niepochlebne opinie na temat tejże skuteczności (czy też raczej nieskuteczności). Pamiętam doskonale, jak prawica (w tym pewne niezależne „logiczne” fanpejdże) ciskała się na temat tego, że in vitro jest za drogie. Ta sama prawica nie zająknęła się słowem wtedy, gdy okazało się, że „nieskuteczne” in vitro jest o wiele bardziej skuteczne od preferowanego przez nich szamanizmu. Ta sama prawica przemilczała również zamknięcie programu. Domyślam się, że milczenie „niezależnych” prawicowych fanpejdży jest po prostu ceną, którą płaci się za prawdziwą niezależność. W tym miejscu pewnie powinienem napisać słów kilka o opozycji, która nie potrafi Zjednoczonej Prawicy przyjebać nawet takimi tematami, ale przyznam szczerze, że trochę mi się nie chce.


Ja wiem, że ten temat był przeze mnie poruszany pierdylion razy, niemniej jednak, jeżeli ktoś ma jeszcze choć odrobinę wątpliwości w temacie tego, o co tak naprawdę chodzi w „reformie” sądownictwa, którą zajmuje się Zjednoczona Prawica, to pozwolę sobie zacytować fragment artykułu na temat pewnego typa, który usiłował rozjechać protestujących ludzi: „Prokurator Gajewska wydała postanowienie o przedstawieniu mężczyźnie zarzutów karnych z art. 160 i 157 par. 2 kodeksu karnego - chodziło m.in. o zarzut bezpośredniego narażenia człowieka na niebezpieczeństwo, utraty życia lub zdrowia (kara do trzech lat więzienia). Nie zdążyła jednak postanowienia ogłosić. Sprawę błyskawicznie jej odebrano i przekazano do prokuratury okręgowej, która ogłosiła, że mężczyzna odpowie za wykroczenie w ruchu drogowym. Oficjalny powód – ranna kobieta nie została poszkodowana na czas dłuższy niż siedem dni. (…) Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie ujawnia, na jakim etapie jest obecnie postępowanie. Według naszych źródeł zajmuje się nim prokurator Emilia Piasta – delegowana z Prokuratury Rejonowej Warszawa-Żoliborz do Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Natomiast prokurator Gajewska ma postępowanie służbowe.”. Domyślam się, że problemy prokuratorki, która chciała postawić typowi takie, a nie inne zarzuty wzięły się stąd, że nie wzięła sobie do serca słów jednego z głównych bohaterów afery hejterskiej (choć w sumie ze względu na dane, które ujawniano, powinna to być afera stalkerska): „Za czynienie dobra nie wsadzamy". Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że kiedyś dowiemy się tego, czyim znajomym (bądź też członkiem czyjej rodziny) był człowiek, który powinien iść do pierdla na wiele lat i mieć dożywotni zakaz pracy w jakichkurwakolwiek służbach.


Pod koniec ubiegłego roku bardzo uaktywnił się Tommy Wiseau polskiej dyplomacji, odkrywca San Escobar, Witold Waszczykowski, który zaczął się krytycznie wypowiadać w temacie działalności MSZ pod wodzą Raua. W jednym ze swoich wpisów Waszczykowski skrytykował politykę kadrową MSZ (tak, to się naprawdę wydarzyło). Przyznam się wam szczerze do tego, że z cokolwiek niezdrową fascynacją (nic, co ma związek z tym rządem nie może być zdrowe) obserwowałem to, jak każda kolejna decyzja kadrowa Zjednoczonej Prawicy związana z obsadzaniem stanowiska szefa MSZ okazywała się gorsza od poprzedniej. Można co prawda dywagować w kwestii tego, że Czaputowicz nie napierdalał takimi betonami jak Waszczykowski, ale prawda jest taka, że kiedy Jarosław Kaczyński wzywał, to Czaputowicz dzielnie wypełniał wolę swojego szefa i wycofywał się ze swoich wcześniejszych deklaracji. Pod tym względem był gorszy nawet od Waszczykowskiego, bo ten był po prostu nieogarem i nie miał pojęcia co robi. Czaputowicz zaś popełniał idiotyczne polecenia Genialnego Stratega, mając świadomość tego, że, no cóż, są to idiotyzmy. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy okazało się, że najnowszy szef MSZ to Waszczykowski przemnożony przez Czaputowicza podniesiony do chuj wie której potęgi. Chodzi mi, rzecz jasna, o to, że polski rząd uznał za stosowne wpierdolenie się w sprawy rodzinne i usiłował podważyć decyzję lekarzy i części rodziny Polaka, który leżał sobie w stanie wegetatywnym w jednym z brytyjskich szpitali. Już samo to, że kurwa, najważniejsze osoby w państwie wypowiadały się na ten temat sprawił, że wyjebało skalę, ale to, że potem temu Polakowi (muszę to napisać capsem) W STANIE WEGETATYWNYM przyznano (czy tam wręczono, nie wiem jak się to fachowo nazywa) pierdolony paszport dyplomatyczny sprawiło, że skala zamieniła się w małą czarną dziurę. Nie chcę sobie nawet wyobrażać tego, co czuła rodzina, której przyszło podjąć chyba najtrudniejszą decyzję w życiu, kiedy dowiedziała się, że jakaś banda matołów w drogich garniturach próbuje tę decyzję podważyć i wywieźć tego człowieka do innego kraju, żeby sobie tam w tym innym kraju wegetował. Gdybym napisał, że obserwowanie działań rządu Zjednoczonej Prawicy sprawiało, że chciało mi się rzygać, byłby to gargantuicznych rozmiarów eufemizm.


Zastanawiałem się nad tym, czy warto pochylać się nad ostatnimi wypocinami Rafała Wosia, który dwoi się i troi, żeby pokazać, że Trump został zaszczuty dlatego, że (zapnijcie pasy) był antyestablishmentowym politykiem, ale po dłuższym namyśle uznałem, że zdrowiej dla mnie i dla was będzie, jeżeli czas, który miałem poświęcić tymże wypocinom przeznaczę na bieganie pewnym białowłosym typem, który ma dwa miecze. Jeżeli zaś chodzi o samego Wosia, to osiągnął on już ten etap bycia niezależnym od rzeczywistości, że na poparcie swoich tez cytuje dane, które w najmniejszym stopniu tych tez nie potwierdzają, zaś złapany na ściemnianiu tłumaczy, że (w uproszczeniu) „dokładnie o to mu chodziło, bo to nie są sprawy jednowymiarowe”.


Źródła:

Jeżeli ktokolwiek zastanawiał się nad tym, dlaczego media w ogóle interesują się tym, co Najman ma do powiedzenia na jakikolwiek temat prócz tego, na którym powinien się znać (ze względu na to czym się zjamuje), to pozwolę sobie zacytować fragment leadu do tekstu o szczepieniach: „Marcin Najman często zabiera głos w wielu sprawach.” Genialne.

https://sport.interia.pl/mma/news-mma-marcin-najman-ostro-o-szczepionkach-na-koronawirusa-i-mi,nId,4493410

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/polska/news-kilkadziesiat-osob-zaszczepionych-poza-kolejnoscia-na-wum-je,nId,4974117

https://oko.press/narodowa-kwarantanna-niedzielski-morawiecki/

https://www.rynek-kolejowy.pl/mobile/list-intencyjny-w-sprawie-wezla-wroclawskiego-stal-sie-memem-mamy-jego-tresc-92806.html

https://www.medonet.pl/koronawirus/koronawirus-w-polsce,liczba-zgonow-w-polsce-w-2020-roku--najwiecej-od-ii-wojny-swiatowej,artykul,28238714.html

https://next.gazeta.pl/next/7,151003,26674924,polska-zrezygnowala-z-milionow-szczepionek-moderny-mogly-trafic.html

https://oko.press/glowny-doradca-premiera-o-szczepieniach/

https://tvn24.pl/polska/szczepienia-na-koronawirusa-w-polsce-problemy-z-systemem-michal-dworczyk-wyjasnia-4939914

https://wydarzenia.interia.pl/raporty/raport-koronawirus-chiny/polska/news-pierwszy-dzien-zapisow-na-szczepienia-dla-seniorow-sa-proble,nId,5002681

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-grypa/raportswinskagrypanajnowsze/news-niemcy-spala-szczepionki-przeciw-swinskiej-grypie-warte-250-,nId,354892

https://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35063,26706207,polska-kupi-dodatkowo-25-mln-dawek-szczepionki-pfizer-biontech.html

https://oko.press/lubnauer-zawieszenie-patentu-na-szczepionke-przeciw-covid/

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-wybory-prezydenckie-w-usa-2020/zaprzysiezenie/news-joe-biden-zaprzysiezony-na-prezydenta-usa-ameryka-otwiera-no,nId,4998608

https://twitter.com/jbrudzinski/status/1351935445035327491

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,26665629,tvp-ludzie-szturmujacy-capitol-zachowywali-sie-jak-polska-opozycja.html

https://www.tvp.info/51690695/politycy-opozycji-krytykuja-to-co-sami-wczesniej-robili-w-polsce-tvp-info

https://www.tvp.info/51828571/amerykanskie-media-radykalni-lewicowi-aktywisci-wsrod-organizatorow-szturmu-na-kapitol

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-wybory-prezydenckie-w-usa-2020/fakty/news-andrzej-duda-o-wydarzeniach-w-kapitolu-to-wewnetrzna-sprawa-,nId,4970410

https://www.cbsnews.com/news/facebook-donald-trump-copy-account-flagged-inciting-violence/

https://twitter.com/wPolityce_pl/status/1354076138809790467

https://edition.cnn.com/2018/05/01/politics/donald-trump-3000/index.html

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114881,25977402,twitter-po-raz-pierwszy-ostrzega-przed-wpisami-donalda-trumpa.html

https://twitter.com/IgorJanke/status/1347837725446123521

https://oko.press/duda-policja-wykonuje-obowiazki-wzorowo-a-zeslani-prokuratorzy-moga-zmienic-zawod/

https://tvn24.pl/polska/prezydent-andrzej-duda-o-prokuratorach-komentarze-politykow-4997144

https://forsal.pl/gospodarka/demografia/artykuly/8061848,fiasko-programu-walki-z-nieplodnoscia-rzad-nie-zamierza-dluzej-wspierac-prokreacji.html

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1768042,1,z-programu-naprotechnologii-urodzilo-sie-tylko-70-dzieci.read

https://wyborcza.pl/7,75398,26622295,prokurator-chciala-scigac-oficera-abw-ktory-wjechal-w-strajk.html#a=190&c=8000

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/sledztwo-onetu-farma-trolli-w-ministerstwie-sprawiedliwosci-czyli-za-czynienie-dobra/j6hwp7f

https://twitter.com/WaszczykowskiW/status/1339336532558307328

https://wiadomosci.wp.pl/paszport-dyplomatyczny-dla-polaka-w-spiaczce-wyslany-do-londynu-mamy-potwierdzenie-6599943692241888a

https://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-warchol-paszport-dyplomatyczny-dla-polaka-ze-szpitala-w-plym,nId,5002999

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1353659080641048577





Gender w Zonie - czyli słów kilka o prawicowej fantastyce
05.01.2021

Za napisanie tej notki zbierałem się od paru lat (mniej więcej od momentu, w którym przeczytałem arcydzieło prawicowego ultradzbaństwa, czyli „Hel-3” Grzędowicza). Zbierałem się, zbierałem i zebrać się nie mogłem. Ponieważ jednak zaczęło się (całkiem słuszne) jebanie po prawicowej fantastyce doszedłem do wniosku, że jak nie teraz, to pewnie się z tym nie wyrobię aż do momentu, w którym dzieła prawicowej fantastyki (razem z autorami) zostaną wystrzelone w słońce, a wtedy będą się tym zajmować już tylko historycy specjalizujący się w kulturowej chujni.


Niektórzy z was mogą podejrzewać, że tych wszystkich głowologii, protomolekuł i inszych Magów Prochowych, które wrzucam do tekstów, nie wymyślam sam i mogą mnie podejrzewać o nerdyzm. No dobra, na serio. Zdarza mi się czytać duże ilości fantastyki/fantasy (sama nazwa bloga może sugerować to i owo). Ponieważ mieszkam w tym, a nie innym kraju (czasem się zastanawiam nad tym, czemu sobie to nadal, kurwa, robię), czytywałem również sporo polskiej fantastyki. Od razu chciałbym zaznaczyć, że o ile fajnie by było pogadać o tejże fantastyce (bo choć czytałem jej sporo, to jednak sporo rzeczy nadal czeka na swoją kolej na tzw. „pile of shame), to nie zapraszam do dyskusji o tym, czy aby na pewno napisałem, że na ten przykład, Piekara jest chujowym pisarzem, a taki Przechrzta już nie jest, bo przecież ten Przechrzta to kiedyś napisał (…). Wjeżdżamy tu bowiem na płaszczyznę, na której ścierałyby się mocno subiektywne odczucia, będące efektem takiego, a nie innego odbioru tekstu pisanego blablablabla [lorem ipsum/etc.]). Lojalnie informuję, że na wszelki wypadek tekst może być w pewnych momentach wygwiazdkowany, bo coś mi mówi, że za cytowanie niektórych dzieł (bądź też tytułów tychże dzieł) mógłbym spaść z rowerka na FB. Na samo zakończenie tych disclaimerów dodam jeszcze jeden. Nigdy nie jeździłem na konwenty i nie chodziłem na spotkania z autorami, tak więc o tym, że któryś z Wielkich Pisarzy Fantastów jest dzbanem, mogłem się przekonać przeważnie wtedy, gdy ów dzbanizm pojawiał się w książkach. 


Zacznę od wyrażenia poglądu, za który dostanę odznakę Kapitana Oczywistości: polska fantastyka nie jest tylko i wyłącznie chujowa. W czasach, w których pisanie czegokolwiek mogło być cokolwiek problematyczne, mieliśmy Lema i Zajdla (nadal zastanawiam się nad tym, jak cenzura mogła Zajdlowi przepuścić „Paradyzję”). W międzyczasie zmaterializował się Andrzej Sapkowski (tak, zaczynał pisać za czasów słusznie minionych, ale największą rozpoznawalność i popularność zyskał już w Nowej Odrodzonej Rzeczpospolitej Polskiej), Tomasz Pacyński (tutaj też mam sporo do nadrobienia). Teraz zaś mamy Roberta M. Wegnera (cykl o Meekhanie), Marcina Podlewskiego (cykl „Głębia”), Roberta J. Szmidta (który nie dość, że sam tworzy [np. cykl „Pola dawno zapomnianych bitew”], to jeszcze w międzyczasie przetłumaczył od cholery powieści SF [cykl „Starship” Resnicka  i (chyba całą)„Zaginioną Flotę” Campbella]), fani military SF mają Michała Cholewę z „Algorytmem Wojny” (to jest trochę zjawiskowe, że jedno z bardziej rakowatych wydawnictw spod znaku Poland Stronk, wydaje całkiem znośne SF), fani steampunka mogą poczytać Krzysztofa Piskorskiego („Zadra” i „Czterdzieści i cztery”). Na tym przerwę tę wyliczankę, albowiem mógłbym tak jeszcze długo, ale nie zebraliśmy się tu po to, żebym was zanudzał takimiż wyliczankami). Fakt faktem, że dobrej fantastyki polskiej jest całkiem sporo, zaś największym problemem polskiej fantastyki jest to, że najgłośniej jest o tej z gatunku prawak-fiction, względnie jakieś chuj-wie-co fiction (aka „Achaja”)


Ponieważ „Achaja” doczekała się pierdyliona (zasłużonych) niezbyt pochlebnych recenzji, ja się tutaj na ten temat nie będę specjalnie rozpisywał i potraktuję to skrótowo. Jakiś czas temu rozmawialiśmy z takim jednym znajomym o „Achai”. No i ten znajomy był powiedział, że w sumie to on pamięta, że czytał Achaję, ale nie pamięta, żeby było tam aż tyle krindżu. Żeby nie być źle zrozumianym, od razu wytłumaczę, że nie chodziło mu o to, że tego krindżu tam nie ma, ale o to, że on tego po prostu nie pamiętał. Gadaliśmy sobie o tym, że się tego nie pamięta chyba dlatego, że z wiekiem człowiekowi się zmienia trochę wrażliwość na tego rodzaju pisaninę. Dopiero w trakcie przygotowań do pisania tego tekstu naszła mnie taka myśl, że przyczyna mogła być nieco inna. Otóż, ja w sumie doskonale pamiętam to, że w „Achai” było sporo krindżu, było tam również sporo wstawek, które sprawiały, że momentami wyglądało to jak jakiś torture porn. Owszem, praktycznie wszystkie postacie w „Achai” miały przejebane, ale główna bohaterka miała przejebane najbardziej. Jak to więc możliwe, że w trakcie lektury nie narzygałem w książkę? Ano tak to, że po prostu ignorowałem te kawałki i skupiałem się na innych wątkach fabularnych, które to wątki były nawet ciekawe. Było tam też trochę smaczków, na ten przykład sytuacja, w której jeden z głównych bohaterów zajebał jakiegoś rycerza zakonnego (nie pomnę nazwy zakonu), bo nie wiedział, że powinien się go bać (rycerz zaś się nie bronił, bo myślał, że bohater będzie się go bał, więc nie odważy się go zaatakować). Ziemiański wymyślił sobie również ograniczenia dla polimorfii (dzięki którym magowie nie mogli się zmieniać w istoty zbytnio odbiegające od nich kształtem i (że tak to ujmę) „kubaturą” (ze względu na problemy z dotlenieniem mózgu). Można obserwować to, jak zmienia się cesarstwo (które sobie upadało). Można było się też śmiać z tego, co Ziemiański napisał na temat szermierki (otóż, jak się z kimś walczy, to nie powinno się zwracać uwagi na to, co ten ktoś robi, tylko atakować [można to skwitować jedynie gromkim „xD”]). Tak sobie myślę, że jakbym teraz zaczął czytać „Achaję” po raz pierwszy, to pewnie bym wymiękł bardzo szybko. Po części dlatego, że trochę inaczej się teraz patrzy na takie grafomaństwo, a po części dlatego, że jest teraz od cholery dobrej fantastyki, którą można czytać zamiast tego rodzaju produkcji. Poza tym, jest jeszcze jedna kwestia. Gdyby Ziemiańki był po prostu Tommym Wiseau fantastyki, to „Achaję” można by było polecić jako taki „The Room”. Z Ziemiańskim jest natomiast ten problem, że on jest Tommym Wiseau z wyboru i pisze chujowo dlatego, że tak mu się podoba.


Przyznać muszę, że wiedziony niezdrową ciekawością, przeczytałem całe, pierdolone pięć tomów „Pomnika cesarzowej Achai”. Podchodziłem do tego dwa razy, bo jak za pierwszym razem na samym początku trafiłem na scenkę sytuacyjną „polska łódź podwodna sobie płynie”, to pomyślałem, że albo ja mam przesunięcie w fazie (względnie, przeskoczyłem do niewłaściwej nogawki czasu), albo w drukarni coś pojebali. Za drugim razem okazało się, że (niestety) nic się nikomu nie pomyliło, a Ziemiański umieścił w uniwersum „Achai” polską flotę, ale to była Polska z innej czasoprzestrzeni i była silna i ja pierdolę, litości. I wiecie, to nawet tam było jakoś wyjaśnione (skąd się ten „Poland Stronk" wziął), ale do pewnego momentu nie miałem pojęcia, po chuj Ziemiański to w ogóle tam wrzucił. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to próba wejścia FS na rynek wszelkiej maści alternatywnych historii z Silną Polską w tle („WarBook” się w tym specjalizuje). A jak inaczej wejść na takowy rynek, niż poprzez przedłużenie cyklu, który podobał się czytelnikom? W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. Jak sobie studiowałem tę swoją socjologię, to na jednych zajęciach dyskutowaliśmy sobie o tym, czy literatura może być źródłem wiedzy socjologicznej. W pewnym momencie jedna znajoma z grupy tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmiła, że w sumie to chyba nie bardzo, bo jak się np. popatrzy na takie książki Lema i Sapkowskiego, to z nich się nie można niczego dowiedzieć przecież. Potem zaczęła tłumaczyć, że u Sapkowskiego to w sumie postacie tylko chodzą i jedzą (po mojemu to tak, jak w życiu, ale co mi tam). Prowadzący, który zazwyczaj był równie rozemocjonowany, co przeciętny podopieczny Powiernictwa Golemów, trochę się wkurwił i zaczął drążyć w temacie znajomości Lemologii. Kiedy padło pytanie o to, kto czytał „Summe Technologiae”, to sobie pomyślałem, że pewnie wszyscy (głównie ze względu na to, że mieliśmy w grupie sporo osób, które nie pozwalały nikomu zapomnieć o tym, że są Bardzo Oczytanymi Osobami). Chwilę później okazało się, że z całej grupy tę konkretną pozycję Lema przeczytał jedynie osobnik pochodzący z Podkarpackich Dzikich Pół. Nadal wkurwiony prowadzący zapytał mnie o to, czy mógłbym jakoś skrótowo powiedzieć o czym była ta książka. Po tym, jak odpowiedziałem, że się nie da, prowadzący zaserwował nam mini wykład w temacie tego, że książki Lema są przepełnione nauką/etc. Czemu o tym wspominam (poza tym, żeby się pochwalić przeczytaniem tej konkretnej książki Lema [którą czytałem z przerwami, w trakcie których usiłowałem zrozumieć to, co przeczytałem])? Albowiem, gdyby ktoś mnie zapytał o to, „czy mogę w skrócie powiedzieć o czym było tych pięć tomów PCA”, to odpowiedziałbym mniej więcej tak samo: „nie da się”. O ile w przypadku Lema czasem trzeba sobie było zrobić przerwę celem przetrawienia, to niezależnie od tego, jak długo trawiłoby się wyżej wymienione dzieło Ziemiańskiego, nie ma chuja, żeby ogarnąć co autor miał na myśli (aczkolwiek wydaje mi się, że z nieco innych przyczyn niż te, dla których nie dało się podsumować książki Lema).


Jeżeli porównamy sobie „Achaję” (jej kontynuację i prequele [no oczywiście, że musiały być prequele, prawda?]) do zbioru opowiadań „Zapach szkła”, to będziemy musieli sobie zadać pytanie „co tu się, kurwa, odjebało?”. Ziemiański napisał również „Toy Wars”, które byłoby fajnym SF gdyby nie to, że Ziemiański bardzo chce pisać postacie kobiece, ale chyba nie bardzo wie, jak zachowują się kobiety. Nie przepadam za głowologizowaniem, ale muszę w tym miejscu dodać, że jeżeli prawie pięćdziesięcioletni facet pisze powieść, której główną bohaterką jest 21 letnia była prostytutka, to można się spodziewać, że poczucie żenady wyjebie nam skalę. Niemniej jednak szczytowym osiągnięciem Ziemiańskiego było opowiadanie pt. „Wypasacz”, w którym możemy sobie poczytać o organizacji, która zajmuje się porywaniem kobiet na życzenie mężów bardzo kochających żony, które już z nimi nie chcą być. Jeżeli już teraz czujecie się niekomfortowo, bo uznaliście, że ta organizacja porywa kobiety i odstawia je do tych mężczyzn, to zapnijcie pasy, bo jest znacznie gorzej. Otóż, organizacja ta zajmuje się tuczeniem kobiet, serwując im wyszukane potrawy w ilościach hurtowych. Jeżeli kobiety nie chcą jeść po dobroci, to karmi się je na siłę. Pointą opowiadania jest to, że te wszystkie porwane kobiety (po tym, jak już zostaną „upasione”) decydują się na zostanie ze swoimi mężami (nie, nie chodziło o syndrom sztokholmski). I jak? Dalej będziecie twierdzić, że „Achaja” to najgorsze, co wyszło spod pióra Ziemiańskiego?


No dobrze, miałem jedynie wspomnieć o tym, dlaczego nie będę się pastwił nad "Achają", a skończyło się na pastwieniu się nad innymi dziełami Ziemiańskiego. Przez moment zastanawiałem się nad tym, czy w notce o prawicowej fantastyce powinno być miejsce na pastwienie się nad tym, co wyprodukował Ziemiański. Zastanawianie się trwało jedynie moment, bo bardzo szybko przypomniałem sobie o tym, że to przecież prawica i konserwatyści (płci męskiej) mają przeważnie bardzo wysoko rozwinięty zmysł „lepiej od kobiet wiem czego mogą chcieć kobiety”. Ci sami mężczyźni lepiej od kobiet „wiedzą” również, jak powinny zachowywać się kobiety. Być może moja ocena jest mylna, ale naprawdę bym się, kurwa, zdziwił, gdyby okazało się, że Ziemiański jest lewakiem (bo to podchodziłoby już pod wallenrodyzm). Już po napisaniu tego kawałka trafiłem na wpis Michała Gołkowskiego (również pisarza fantasty, nad którego twórczością pochylę się w dalszej części tekstu), który wtrącił swoje trzy grosze do dyskusji na temat prawicowej fantastyki i wypowiedział się również w temacie Ziemiańskiego i „Achai”. Zacznę od tegoż Ziemiańskiego. Otóż Gołkowski stwierdził, że w sumie to nie wie, czy gdyby czytał „Achaję” teraz, to czy by mu się podobała, ale to nie ważne, albowiem jeżeli chodzi o Ziemiańskiego, to: „NIE WOLNO osądzać ani całości dorobku człowieka, ani człowieka jako takiego przez pryzmat czegoś z zamierzchłej przeszłości, czego teraz nie może zmienić ani napisać lepiej – mimo że na pewno by umiał. NIE WOLNO uogólniać w ten sposób, bo jest to zwyczajnie krzywdzące.”. I wszystko byłoby zajebiście, ale ta argumentacja nijak się ma do Ziemiańskiego. Bo to nie było tak, że popełnił „Achaję” (2002-2004), a potem było już tylko lepiej. „Toy Wars” popełnił w 2008, zaś opowiadanie „Wypasacz” znalazło się w zbiorze „Pułapka Tesli”. Jeżeli zaś chodzi o „Pomnik Cesarzowej Achai” (2012-2016), to (jak się pewnie domyślacie) Ziemiańskiemu nadal nie szło pisanie postaci kobiecych. Ujmując rzecz innymi słowy, w przypadku Ziemiańskiego nie ma mowy o tym, że on coś tam kiedyś (dawno temu) napisał i potem się mu poprawiło, gdyż mamy do czynienia z recydywą.


Nieprzypadkowo się byłem odniosłem do Michała Gołkowskiego, albowiem podjął on próbę wyjaśnienia jak to z tą prawicową fantastyką jest: „Czy tzw. polska fantastyka jest prawicowa? Nie. Czy ma pewne skrzywienie ku prawej stronie? Niewykluczone. Czy duża część jej co bardziej widocznych autorów wypowiada prywatnie i przemyca w swoich książkach poglądy mogące być uznane za prawicowo-konserwatywne? Zdecydowanie tak. Problem jednak tkwi nie w byciu polskim pisarzem fantastyki, ani pisarzem ze stajni Fabryki Słów, a w określonym pokoleniu mentalnym jako takim. W połowie lat dwutysięcznych, kiedy konstytuowała się tak zwana "stara gwardia" polskiej fantastyki, około dwa razy więcej ludzi deklarowało swoje poglądy jako "prawicowe" niż "lewicowe" - więc o wiele prościej było być prawicowcem, albo za takiego się przynajmniej uważać - bo w ogóle ktokolwiek miał pojęcie co to jest... I tak już zostało siłą zwykłej inercji.” W dalszej części tłumaczy też, że być może winę za to, że część pisarzy fantastów w Polsce tworzy paździerz ponoszą czytelnicy, którzy oczekują takiej, a nie innej pisaniny od nich (nad tym pochylę się nieco dalej).


Zacznę może od tego punktu, w którym zgadzam się z Gołkowskim. Chodzi mi rzecz jasna o to, że nie jest tak, że cała fantastyka, która powstaje w Polsce jest prawicowa. Skoro już napisałem, że w tym jednym punkcie się z nim zgadzam, teraz mogę skupić się na tych punktach, w których się z nim ni cholery zgodzić nie mogę. Tłumaczenie prawicowości polskiej fantastyki tym, że „no wtedy to były takie, a nie inne czasy i ludzie się identyfikowali bardziej z prawicą”, do mnie nie przemawia. Nie przemawia o tyle, że jakoś tak się złożyło, że to jedno, jedyne wydawnictwo zgromadziło ponadprzeciętną liczbę pisarzy, którzy tworzą prawicową fantastykę. Warto w tym miejscu poczynić pewno rozróżnienie. Autor o prawicowych poglądach wcale nie musi tworzyć prawicowej fantastyki. Przyznam się szczerze, że nie mam zielonego pojęcia o tym, jakie poglądy ma autor „Zaginionej floty” (a najebał tych tomów tyle, że gdyby mu zależało, to pewnie by się swoimi poglądami podzielił z czytelnikami), mogę jedynie domniemywać, że nie darzy zbytnią estymą polityków. Nie mam pojęcia jakie poglądy ma Brian McClellan, piszący o Magach Prochowych. Nie wiem również jakie poglądy ma autor „Kronik Nieciosanego Tronu”, Brian Staveley. W żadnej z książek autorstwa wyżej wymienionych, które dane mi było czytać, nie pojawiło się nic, z czego można by było wywnioskować jakie poglądy mają ich autorzy. O tym, jakie poglądy ma duet piszący pod pseudonimem James S. A. Corey dowiedziałem się nie z książek, ale obserwując ich konto na ćwitrze. Lista autorów, którzy „nie obnoszą się” z poglądami w swoich książkach byłaby pewnie bardzo długa, ale nie zebraliśmy się tutaj po to, żeby czytać jakieś listy, tylko po to, żeby przyjrzeć się polskiej prawicowej fantastyce. Czemu w ogóle wspominałem o tych autorach? Żeby pokazać, jak bardzo różnią się od zagramanicznych autorów polscy prawicowi fantaści. A różnią się i to bardzo.


Zacznijmy od Michnika. Ktoś może powiedzieć: no zaraz, ale jaki związek ma Michnik z prawicową fantastyką. Takiemu komuś odpowiadam: „Oh, my sweet summer child”. Zacznijmy od Boga Imperatora Resarchu, Rafała Ziemkiewicza. O tym, że Ziemkiewicz wypromował sam siebie na hejtowaniu Gazety Wyborczej i Michnika nie trzeba się jakoś specjalnie rozpisywać (tak, Ziemkiewicz hejtował również „Salon” [nie przestał nawet wtedy, gdy sam stał się jego częścią]). Jednym z efektów takiej, a nie innej strategii autopromocyjnej było napisanie książki pt. „Michnikowszczyzna” (mimo, że to też w sumie fantastyka, nie będziemy się nad tym pochylali). Innym efektem było to, że Michnik pojawia się w jednym z opowiadań („Pobożne życzenie”) autorstwa Ziemkiewicza, które można było przeczytać w zbiorze „Coś mocniejszego”. W tym samym opowiadaniu pojawia się również Jerzy Urban, który oświadcza, że zrywa z grzesznym życiem i oddaje swoje aktywa + „siły medialne” do dyspozycji Ojca Dyrektora. Czy to znaczy, że w opowiadaniu pojawił się również Rydzyk? Nic z tych rzeczy. Ojcem Dyrektorem Radia Alleluja jest ojciec Grzyb. To jest swoją drogą nawet zabawne. Ziemkiewicz sobie napisał opowiadanie, które nosi znamiona osadzenia go w polskich realiach (stąd Michnik i Urban), ale nazwisko Rydzyka się jakoś tak nie pojawiło. Wracając do opowiadania, to w tymże opowiadaniu Michnik, rzecz jasna, skomentował to nawrócenie w Gazecie Wyborczej (nie trzeba chyba dodawać, że ów komentarz nie czynił z Michnika pozytywnego bohatera tegoż opowiadania?). Ja wiem, że Ziemkiewicz to dość „łatwy cel”, ale prawda jest taka, że nawet gdyby ktoś miał na tyle dużo szczęścia, żeby nie mieć kontaktu z jego „publicystyką” (czytaj: inną odmianą fantastyki), to i tak bezproblemowo byłby się w stanie dowiedzieć o tym, jakie Ziemkiewicz ma poglądy. Wystarczyłoby poczytać jego pisaninę.  


Skoro Ziemkiewicza mamy już za sobą, teraz przejdziemy do zadzbannika wagi ciężkiej, Jacka Piekary. Piekary przeczytałem sporo, i w sumie to znęcanie się nad tymże przemiłym jegomościem powinno się zacząć od cyklu traktującym o przygodach pewnego inkwizytora, ale to sobie zostawimy na deser, bo miało być o Michniku. Był sobie zbiór opowiadań pt. „Mój przyjaciel Kaligula”, w którym znalazło się opowiadanie „Stowarzyszenie Nieumarłych Polaków”. Leitmotiv opowiadania jest całkiem neutralny światopoglądowo, albowiem chodzi o to, że w Polsce pojawili się zmiennokształtni i nieumarli. Taki zamysł daje spore pole do popisu, bowiem można by było napisać prawie całą książkę o tym, jak społeczeństwo na to zareaguje /etc. Zrozumiałym więc jest, że zamiast tego, Piekara skupił się na tym, żeby w opowiadaniu upchnąć jak najwięcej nielubianych przez siebie osób (Michnik, Palikot, Niesiołowski, Wojewódzki/etc.) i mediów (tu oberwało się TVN24, Wyborczej, ale też Radiu Maryja [acz w mniejszym stopniu]). Nie chciałbym być źle zrozumiany. Owszem, Piekara opisuje również to, jak zachowywali się w takiej sytuacji zwykli ludzie, ale można bezpiecznie założyć, że o wiele większą frajdę sprawiało mu sranie na osoby publiczne, których nie lubi. Nawiasem mówiąc z tym Palikotem to zabawna sprawa. Jeżeli bowiem ktoś czytał ten zbiór opowiadań mniej więcej w roku, w którym go wydano (2011) i trochę później, to taki ktoś nie miałby problemu z rozpoznaniem wszystkich wymienionych przez Piekarę person. Niemniej jednak, gdyby na to opowiadanie trafił ktoś, na ten przykład, w roku 2020 (to pechowy rok, ktoś mógł więc mieć na tyle mało szczęścia, żeby przypadkiem trafić na opowiadanie Piekary) i ten ktoś byłby średnio zainteresowany polityką, to pewnie musiałby użyć gugla, żeby zrozumieć, co autor miał na myśli. Brawo panie Jacku, tak właśnie pisze się ponadczasowe dzieła. W zbiorku znalazło się również opowiadanie „Jak ja was, kurwy, nienawidzę”, w którym podmiot liryczny inauguruje tekst śpiewaniem kawałka piosenki Pawła Kukiza. W tym opowiadaniu obrywa się zarówno Michnikowi, jak i Kuroniowi. Swoją drogą, chyba właśnie udało mi się ustalić przyczynę, dla której część polityków Zjednoczonej Prawicy tak bardzo nienawidziła Kuronia. Nie żeby cokolwiek o nim wiedzieli, ale jeżeli Piekara w jednym ze swoich opowiadań zhejtował go na równi z Michnikiem, to znaczy, że to musiał być ktoś bardzo zły, prawda?


Jeżeli wydaje się wam, że to wszystko, na co stać Jacka Piekarę w kwestii pokazania jak on nie cierpi tych okropnych smerf... znaczy się, tego Michnika, to trochę wam zazdroszczę. W 2013 i 2014 Piekara popełnił dwa tomy cyklu „Szubienicznik” („Szubienicznik” i „Szubienicznik. Falsum et verum"). Historia, którą opisuje Piekara, dzieje się pod koniec XVII wieku (tak więc, czasy szlacheckie i takie tam). Być może ktoś w tym momencie zaczął się zastanawiać nad tym „jak, do kurwy nędzy, da się wrzucić Michnika w powieści o czasach szlacheckich i czy aby na pewno obędzie się bez wehikułu czasu), takiej osobie proponuje zapięcie pasów. Otóż, główny złol w tym cyklu nosi nazwisko „Szechter”. Zapewne większość z was się już domyśla w czym rzecz, dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, kilka słów wyjaśnienia. Ojciec Adama Michnika się zwał Ozjasz Szechter. Bratem Adama Michnika jest zaś Stefan Michnik. Stefan Michnik jest odpowiedzialny za komunistyczne zbrodnie sądowe. Ów jegomość siedzi sobie w Szwecji, a Ziobro chcąc pokazać, że nie jest miękiszonem sprawił, że w 2018 roku Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie wydał (po raz drugi) europejski nakaz aresztowania. O ile jestem w stanie zrozumieć przyczyny, dla których wydano pierwszy nakaz, to po tym, jak szwedzki sąd odmówił ekstradycji Stefana Michnika za pierwszym razem (powód: przedawnienie), wydanie drugiego nakazu było zapewne próbą pokazania, że Ziobro by chciał ekstradycji, ale Szwedzi są chujami i mu nie pozwalają. W 2011 Legia popisała się oprawą stadionową, na której widniało coś, co przypominało stronę tytułową GW (aczkolwiek nazwana Gazetą Wybiórczą). Najwięcej miejsca zajmowało zdjęcie Adama Michnika i podpis „Szechter przeproś za brata i ojca”. Nie będę się tu rozpisywał w temacie idiotyzmu domagania się przeprosin za członków rodziny (na których działania nie miało się żadnego, kurwa, wpływu) i skupię się na pisaninie Piekary. O ile w pierwszym tomie nazwisko „Szechter” pojawia się tylko raz i można mieć wątpliwości odnośnie tego, czy aby na pewno chodzi o Wiadomo Kogo, to w drugim tomie Piekara te wątpliwości rozwiewa, albowiem w pewnym momencie jedna z postaci wypowiada się w sposób następujący: „Cała rodzina Szechterów to łotry, kanalie i zdrajcy jeden w drugiego – ciągnął podsędek – ale ów Adam, czy też, jak Turcy go nazywają: Adem, to już łotr z łotrów największy, kanalia najbardziej paskudna z paskudnych i zdrajca, który w zaprzaństwie, renegactwie i odstępstwie wszystkich zaprzańców, renegatów oraz odstępców wyprzedził”. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że Piekara musi mieć swoich czytelników za skończonych kretynów. Gdyby bowiem miał na ich temat nieco lepszą opinię, to pewnie poprzestałby na umieszczeniu w powieści wzmianki o tym „złym Szechterze”. Ponieważ zaś ma na temat swoich czytelników takie, a nie inne zdanie, musiał doprecyzować o kogo chodzi (i stąd ten Adam). Jednakowoż, jak to już wielokrotnie podkreślałem, złośliwy nie jestem, tak więc chwilę się poznęcam nad samym faktem umieszczania w powieściach/opowiadaniach odniesień do osób, których się nie lubi. Się w tym miejscu przyznam, że nie rozumiem tego ni cholery. Przecież w szeroko pojętej fantastyce można pisać praktycznie o wszystkim. Jedynym ograniczeniem jest dla pisarza jego własna wyobraźnia (połączona z wiedzą), i być może tu właśnie tkwi źródło problemu. No bo, serio, jeżeli ktoś ma możliwość pisania na dowolny temat, ale odczuwa wewnętrzną potrzebę pierdolenia o Michniku, to to pierdolenie chyba nie świadczy najlepiej o wyobraźni tego ktosia. Przecież jeżeli porównany „fantastykę” wytworzoną przez Piekarę czy innego Ziemkiewicza, z książkami Podlewskiego albo Wegnera, to twórczość duetu Ziemkiewicz&Piekara będzie na tym tle wyglądała (w najlepszym przypadku) jak mocno chujowe fanfiki.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Skoro temat Michnika mamy już za sobą, teraz przyjdzie nam się pochylić nad innym dziełem Piekary (pod wezwaniem „Mody na Sukces”), a mianowicie nad cyklem inkwizytorskim. Przeczytałem tego sporo (odpuściłem sobie w pewnym momencie, bo uznałem, że to zbyt wiele nawet jak na guilty pleasure, jakim jest grzebanie się w polskiej prawicowej fantastyce). Gdzieś tam na samym początku czytania, nie wyglądało to tak bardzo chujowo. Główny bohater był co prawda skończonym chujem, ale można było to potraktować jako odstępstwo od epickiego fantasy, w którym roi się od paladynów/etc. Tylko, że po jakimś czasie okazało się, że Piekara przy pomocy tegoż bohatera usiłuje moralizować. Kiedy za pierwszym razem zobaczyłem rozkminy Mordimera w temacie tego, że (w uproszczeniu) aborcja jest zła, po prostu to olałem (no bo przeca postacie mogą mieć poglądy, z którym nie muszę się zgadzać). Tylko, że Piekara nie poprzestał na „jednym razie” i tego było znacznie więcej. Ja wiem, że to, co teraz napiszę, to będzie anecdata, ale znałem trochę osób, które pochłaniały fantastykę w ilościach hurtowych, które to osoby odpuszczały sobie Piekarę właśnie dlatego, że nie mógł przestać pierdolić o aborcji. Choć byłem nieco bardziej odporny od tych moich znajomych (odpuściłem sobie Piekarę trochę później), to jednak ich doskonale rozumiałem. Nie po to, kurwa, sięgam po fantastykę, żeby czytać coś, co równie dobrze mogła napisać Kaja Godek. Osobną kwestią jest to, że wyżej wzmiankowane moralizowanie było cokolwiek absurdalne w kontekście tego, jak zachowywał się główny bohater cyklu. Jak już wspomniałem, był on skończonym chujem, który, na ten przykład, nie miał nic przeciwko nekrofilii. Nie żebym się czepiał, ale wydaje mi się, że ktoś taki może mieć cokolwiek spierdolony kompas moralny, tak więc tłumaczenie przy pomocy takiej postaci tego, co jest dobre, a co złe, jest raczej durnym pomysłem. Opisując dorobek Piekary, nie można zapomnieć o doniosłym dziele, którym był zbiór opowiadań, noszący tytuł „Świat jest pełen chętnych s*k” (no niestety, nie dało się tego inaczej zatytułować... po prostu się nie dało). Głównym bohaterem tytułowego opowiadania jest, co zrozumiałe, typ, któremu żadna kobieta się nie oprze (nie, opowiadania nie ratuje to, że chodzi tam również o walkę niebios z piekłem). Ponieważ w tym miejscu wnioski (skąd pomysł na takiego, a nie innego bohatera) nasuwają się same, pozwolę sobie na nie werbalizowanie (tzn. literaturowanie) tychże wniosków. Na sam koniec pastwienia się nad Piekarą dodam, że to jest w sumie typowe dla polskich prawicowych fantastów. Sam pomysł na świat, w którym osadzone zostały przygody Mordimera, jest bardzo ciekawy, albowiem (dla niezorientowanych) jest to świat, w którym Jezus się troszkę zdenerwował na ludzi za to, że go ukrzyżowano i sobie zszedł z krzyża i wybił sporą część Rzymu. Ponieważ zaś pomysł był dobry i samo opisywanie tego, jak wyglądałby taki świat mogłoby zająć kilka powieści – trzeba było to spierdolić, prawda, panie Jacku? Nawiasem mówiąc, w pewnym momencie pojawiły się zapowiedzi powieści pt. „Rzeźnik z Nazaretu”, w której miał się znaleźć opis wiadomych wydarzeń. Na zapowiedziach się skończyło, a zamiast tego Piekara dojebał od cholery prequeli. Aczkolwiek może to i lepiej, bo gdyby teraz napisał tę powieść, to pewnie by się okazało, że Jezus zszedł z krzyża nie dlatego, że go ukrzyżowano, ale dlatego, że chciał walczyć z poprawnością polityczną.


Kolejny prawicowym fantastą, nad którym przyjdzie nam się pochylić, będzie Andrzej Pilipiuk, który sam osobie mówi, że jest Wielkim Grafomanem. Pilipiuka czytałem bardzo długo, ale w pewnym momencie było tak, jak z Piekarą, tzn. zawartość książek sprawiła, że nie dało się tego czytać nawet jako guilty pleasure. Przyznać trzeba, że Wielki Grafoman obrał bardzo ciekawą strategię. Niemała część bohaterów, o których pisał (Stanisława Kruszewska, Semen Korczaszko, Jakub Wędrowycz), to postacie dość wiekowe (w przypadku Stanisławy, dosłownie wiekowe). To zaś dawało mu niepowtarzalną okazję do krytykowania otaczającej go rzeczywistości z punktu widzenia starszych pokoleń (albo też innych epok). No i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że w pewnym momencie mu się znacznie pogorszyło. Część moich znajomych (uwaga, to kolejny dowód anecdatyczny) wymiękła już przy trzecim tomie „Kuzynek”, ja przebrnąłem przez czwarty („Zaginiona” [2014]) i miałem ochotę amputować sobie mózg. Spektrum zedzbanienia było bardzo szerokie. Od nabijania się z Żydów począwszy, na nabijaniu się z osób transseksualnych skończywszy („no jesteśmy kobietami - skrzywiła się Stanisława. - I nie zmienimy sobie płci, choć to się ostatnio zrobiło bardzo modne...”), tak więc można powiedzieć, że mamy do czynienia z prawicowym combo. W przypadku ksiąg o Jakubie Wędrowyczu, dotrwałem do „Konana Destylatora” (2016), w trakcie lektury którego wyjebało mi skalę. Tam było już wszystko, nabijanie się z mniejszości seksualnych, nawiązania do stref no-go w Szwecji i budowanie narracji, z której wynikało, że jeżeli ktoś krytykuje chrześcijaństwo, to jest nieoczytanym kretynem. Tak sobie dumam, że pod pewnymi względami Pilipiuk jest takim Patrykiem Vegą fantastyki. Różnica polega na tym, że Patryk Vega zbiera po internetach chujowe dowcipy i dokręca do nich jakieś filmy, a Pilipiuk zbiera jakieś prawackie idiotyzmy (które były debunkowane) i dopisuje do nich książki. W „Wieszać każdy może” (2009) były heheszki z Unii Europejskiej (dopłaty, dyrektywy i normy). W „Homo bimrownikusie” (2009) Pilipiuk nabijał się z drobiazgowego przestrzegania norm (ponieważ zaś jedną z nich było to, że ktoś czegoś nie napisał na papierze ekologicznym, to chyba wiadomo, o jakie normy chodzi, co nie?). Gdyby mi się chciało przeglądać inne jego „dzieła”, pewnie znalazłbym tam jeszcze więcej przejawów prawicowej „bieżączki”. O ile bowiem rozumiem potrzebę i chęć narzekania na otaczającą człowieka rzeczywistość (w końcu sam zajmuję się taką, a nie inną działalnością w internetach), to jednak wrzucanie do fantastyki tego, co akurat w momencie pisania książki/opowiadania boli prawicę, jest cokolwiek chujowe.


Nikogo pewnie nie zdziwi to, że Pilipiuk dorobił się bliżej nieokreślonej liczby wyznawców, którzy będą go bronić niezależnie od tego, co ów napisze. Coś takiego można było zaobserwować po tym, jak przypomniany został fragment „Triumfu Lisa Reinicke” (Piąty tom cyklu „Oko Jelenia” wydany w 2010), w którym jeden z bohaterów (przeniesiony w czasie do XIV wiecznej Europy) miał omamy. Głównym tematem tychże omamów było to, że się obudził w XXI wieku, w szpitalu w Polsce, który to szpital był zajebiście elegancki (jakaś uber droga klepka na podłodze). Jak to możliwe? Ano tak to, że zlikwidowano ZUS, pogoniono urzędników/etc., a wszystko dlatego, że Unia Polityki (Nie) Realnej wygrała wybory, zaś Korwin został premierem. Przyznać muszę, że w tym miejscu wyznawcy mieli trochę problemów, bo nie do końca wiedzieli, czy Pilipiuk to napisał na serio, czy też robił sobie bekę z Korwina. Jeżeli chodzi o moje zdanie, to raczej sobie beki nie robił, bo jednak, kurwa, startował w wyborach z list tworu, który się zwał Platforma Janusza Korwin-Mikkego. Ok, w tym miejscu popełnię dygresję pewną, bo muszę się tym z wami podzielić. Otóż, w ramach grzebania za informacjami do notki wlazłem na stronę wiki Pilipiuka (bo tam najłatwiej znaleźć dane o tym, czy ktoś tam gdzieś tam startował w wyborach), strona jest krótka, ale jest tam prawdziwa perełka: „Krytykował przesiąknięty socjalistycznymi zaszłościami ustrój społeczny i gospodarczy, zbaczający według niego w stronę etatyzmu, mierność polskich elit politycznych oraz intelektualnych, niski poziom współczesnej literatury”.  Nie wiem, jak was, ale mnie to szczerze rozbawiło, bo to trochę tak, jakbym ja nagle zaczął krytykować to, że w tekstach publicystycznych pojawiają się wulgaryzmy.


O ile w przypadku Pilipiuka zjazd „bardziej na prawo” raczej mnie nie zaskoczył (bo objawy było widać już wcześniej), to jednak to, co stało się z Grzędowiczem już mnie nieco zaskoczyło. Z Grzędowiczem bowiem było tak, że jego opowiadania, które czytałem, w sumie mi się podobały. Jego „Księga jesiennych demonów” bardzo mi przypadła do gustu. Powieść „Popiół i kurz”, również mi się spodobała. Nawiasem mówiąc, w tej drugiej powieści Grzędowicz trochę się poznęcał nad „Kodem Leonarda”, ale owo znęcanie się pasowało do postaci, która się nad kodem znęcała. W międzyczasie przeczytałem „Pana Lodowego Ogrodu”. W  PLO (którego akcja działa się na inszej planecie) było już kilka dziwnych wstawek, w których główny bohater krytykował Unię Europejską i eurokratów. Niemniej jednak, było to kilka wstawek i nie miało to wpływu na całość. Poza tym, główny bohater krytykował mieszkańców Ziemi, tak więc można było uznać, że hejtowanie UE jest po prostu elementem kontestowania rzeczywistości jako takiej. Co się zaś tyczy całości, to nie wiem, na ile w tym prawdy, ale wydaje mi się, że gdy wychodził pierwszy tom PLO, to zapowiadano, że będzie to dylogia. Ponieważ nie chodziłem po żadnych portalach książkowych, nieco się zdziwiłem w trakcie czytania drugiego tomu, bo gdzieś tak w połowie do mnie dotarło, że ni cholery nie będzie tak, że to się skończy na tym tomie (na jednym forum sobie potem wyczytałem, że będzie jeszcze co najmniej jeden). Choć PLO uważam za niezłą fantastykę, to najbardziej spodobał mi się tom pierwszy, a potem było już gorzej, bo miałem jakieś takie dziwne przeczucie, że trochę na siłę te różne wątki zostały napisane.


Po skończeniu PLO (2005-2012) Grzędowicz zrobił sobie trochę przerwy w pisaniu i kolejną jego książką był „Hel-3” (2017). O książce nie wiedziałem nic (nigdy nie czytam recenzji, bo niektórzy recenzenci mają tendencję do spoilierów, a ja mam dobrą pamięć), tak więc zaczynałem lekturę bez żadnych uprzedzeń, bądź też oczekiwań. Zanim przejdę do szczegółów, muszę wyraźnie zaznaczyć, że „Hel-3” to najgorsze SF jakie było mi, kurwa, dane przeczytać w całej mej karierze czytelnika SF. Gdybym miał to w skrócie jakoś podsumować, to chyba było by to coś w rodzaju: weźcie sobie kilkanaście numerów „Do Rzeczy” i dodajcie do tego statki kosmiczne. „Hel-3” jest powieścią dystopijną, w której (jak możemy przeczytać w różnych zapowiedziach [tak, przeczytałem je już po zapoznaniu się z lekturą]) jednostka została zepchnięta na margines i generalnie to praktycznie „nic nie może” (a wszystkim rządzą jakieś elitarne elity). Nie brzmi to wcale tak źle, prawda? Gdyby Grzędowicz skupił się tylko i wyłącznie na tym, książka pewnie byłaby całkiem spoko (choć dołująca). Tyle, że tak nie było, a Grzędowicz (jak to zasygnalizowałem wcześniej) upchnął tam kilkanaście numerów „Do Rzeczy”: hejtowanie Arabów i islamu, Europę pełną strasznie groźnych niebiałych gangsterów, głównego bohatera, który narzeka na to, że może zostać przez kobiety oskarżony o „podtekst seksualny”, zakaz sprzedawania/etc. wędlin, przeklęty Zrównoważony Rozwój, złą Europę, która wszystkiego zakazuje i w ogóle nie przejmuje się losem zwykłych obywateli i tak dalej i tak dalej. Nie trzeba chyba dodawać, że Grzędowicz był tak bardzo zajęty opisywaniem tej złej Europy, że zapomniał opisać to, „jak do tego doszło”. A tak na serio, to przecież nie musiał tego opisywać, bo czytelnik, który miał wcześniej styczność z prawicową propagandą sam się domyśli przyczyn, dla których w Europie roi się od gangów „niebiałych”/etc., prawda? Być może powinienem wcześniej robić research, bo wtedy bym sobie wynorał, że Grzędowicz pisywał dla Gazety Polskiej (co prawda w dziale „nauka”, niemniej jednak GazPol, to GazPol). To, co Grzędowicz odjebał w „Helu-3”, przebija dokonania wszystkich wcześniej wymienionych prawicowych fantastów razem wziętych.


Nieco wcześniej cytowałem wpis Michała Gołkowskiego. Z tym Michałem Gołkowskim to też jest taka dość ciekawa sprawa. Jeżeli ktoś patrzy na jego działalność fejsbuczną, to mógłby taki ktoś dojść do wniosku, że Gołkowski ma sporo RiGCzu (między innymi, popieranie Strajku Kobiet i tak dalej) i ktoś mógłby się zacząć dziwić temu, że Fabryka Słów chce go w ogóle wydawać. Ja się w tym miejscu muszę przyznać, że zdziwiła mnie ta jego twórczość fejsbukowa, bo jego pisanie sugerowało, że kibicuje nieco innej drużynie. No ale, [Wołoszański mode on] nie uprzedzajmy faktów [Wołoszański mode off]. Z Gołkowskiego pisaniem zetknąłem się przypadkiem, albowiem trafiłem na jego książkę pt. „Ołowiany świt” (2013) w bibliotece miejskiej w wyimaginowanym mieście nad akwenem (nawiasem mówiąc, niby biblioteka miejska na zadupiu, a dbają o to, żeby mieć sporo nowości i zróżnicowaną literaturę). Ponieważ książka traktowała o „Zonie” (i była wzmianka o stalkerach [nie, nie chodzi o jednostki Protossów, wy cholerne nerdy]), od razu przyciągnęła moją uwagę (albowiem nazwa bloga zobowiązuje). Książka mi się spodobała, pomimo tego, że autor uznał, że bardzo śmiesznie będzie używać określenia „ped****ie”, jako określenia różnych rzeczy, które się mu nie podobają. W kolejnym tomie pt. „Drugi brzeg” (2014), sytuacja była podobna, ale o ile mnie pamięć nie myli, zdarzało się to rzadziej. W trzecim tomie „Droga donikąd” (2014), który tak po prawdzie był prequelem, nastąpiło apogeum i pewna część układu napędowego roweru, która służy przenoszeniu energii z nóg rowerzysty, poprzez korby, do układu napędowego, pojawia się w cholerę razy. W sumie powinno nas to wszystkich cieszyć, bo skoro w późniejszych tomach główny bohater rzadziej używał takiego, a nie innego słownictwa, to znaczy, że dojrzewał, prawda? Poza tym, w książce pojawiło się (użyte, rzecz jasna, nieironicznie) określenie „ideologia gender”. Jest to o tyle zabawne, że w tomach, które traktują o późniejszych (w sensie chronologicznym) przygodach, określenie to się nie pojawiało. Zapewne nie ma to zupełnie związku z tym, że książka ta została napisana później (i to w czasie, w którym określenie „ideologia gender” zaczynało robić sporą karierę po prawej stronie). W 2015 pojawiła się książka pt. „Sztywny”, która również była o Zonie, ale główny bohater był bandosem. W tym konkretnym przypadku można było więc uznać, że stosowanie takiego, a nie innego słownictwa może być uzasadnione. Czego nie można powiedzieć o (nieironicznym) użyciu określenia „homopropaganda”, które zostało użyte w książce pt. „Powrót” (2018), traktującej o tym stalkerze, co to poprzednio ideologią gender się zainteresował. Nieco absurdalne jest to, że w tej samej książce pojawia się nieheteronormatywna postać i główny bohater ma do tej postaci stosunek pozytywny (przejmuje się nawet tym, co musi czuć ta postać, stojąc przy grobie swojego partnera). Jeszcze inaczej było w przypadku cyklu „Komornik” (2016-2017). W pierwszym tomie główny bohater używał określenia „peda***ie”, tak samo, jak wcześniej opisany bohater, który poszedł do Zony. W drugim tomie o tym zapomniał, ale w trzecim mieliśmy wyborne heheszki z „transgenderycznych zapędów” oraz, przezabawny fragment dialogu: „Miałeś ogarnąć trzech mędrców... – Wypraszam sobie! – zapiał falsetem babochłop. – Nie życzę sobie, żebyś tak nonszalancko traktował sprawę mojej płci! Dlaczego akurat „mędrców”, a nie „mędrczynie” albo „wiedźmy”?”


Trochę sobie dumałem nad twórczością Gołkowskiego (z którego czytaniem dałem sobie spokój, po tym, jak przebrnąłem przez książkę, rozpoczynającą się od dość szczegółowo opisanej sceny seksu między rodzeństwem). Tzn., z jednej strony te książki o Zonie i „Komornik” były całkiem niezłe (acz te o Zonie podobały mi się bardziej). Jednakowoż z drugiej strony zastanawiałem się nad tym, po chuj Gołkowski nawrzucał tam tak dużo prawicowej „gwary”. Gdyby tylko jeden z głównych bohaterów wyżej opisanych książek używał takiego, a nie innego słownictwa, można by to było olać, bo w sumie nie ma zakazu pisania o postaciach, które używają homofobicznego języka. Niemniej jednak, jeżeli tego rodzaju kwiatki znajdują się w prawie każdej książce (- „Rewers”, czyli drugi tom), to można już moim zdaniem zacząć się tym lekko irytować. Osobną kwestią jest to, że część tych wstawek z prawicowej gwary pasowała tam równie dobrze, co słowo „research”, do nazwiska „Ziemkiewicz”. W pewnym momencie sobie pomyślałem, że może jest tak, że może pisarze dostają jakieś wytyczne (no weź tu jebnij coś o „pe***ach” albo o jakimś genderze, ok?), ale szybko odłożyłem tę teorię na półkę z innymi teoriami spiskowymi. A potem przeczytałem sobie „Dziadersów polskiej fantastyki” i trafiłem na taki fragment: „Dostałem kiedyś solidny opierdol, a potem sporo szykan – wspomina dalej Ćwiek – kiedy zacząłem się ostro, negatywnie wypowiadać na temat Piekary. Jednocześnie dość jasno określano nam, jakie treści są od nas oczekiwane. Mieliśmy pisać to, co raz chwyciło i żarło albo co miało potencjał, by trafić do głównej grupy docelowej, czyli chłopaków w przedziale piętnaście–dwadzieścia. Wszelkie mieszanki military i fantasy, a także polska waleczna tradycja wymieszana z polską przaśnością. Najlepiej, jakby był męski protagonista. Generalnie nie było tak, że ktokolwiek mówił wprost, co pisać, ale konkretne hasła zapalały szefom lampki i dość łatwo było się wpisać w schemat i wiedzieć, co przejdzie, a co nie. Jeśli napisało się coś innego, mogło to dostać zielone światło, ale potem projekt przesuwał się i przesuwał, a wydawca rezygnował.”. Kronikarski obowiązek każe w tym miejscu wspomnieć, że Gołkowski w swoim wpisie (którego fragmenty cytowałem) oświadczył, że niczego takiego w Fabryce Słów nie było. No i wszystko było by dobrze (czytaj: byłby typowy pat, albowiem słowo przeciwko słowu), gdyby nie to, że z twórczości Gołkowskiego wynika, że to Ćwiek miał rację.


Jednym z powodów, dla których zacząłem się zbierać (po raz pierdylionowy) do napisania tej notki (acz wtedy skończyło się jedynie na zebraniu kolejnych tytułów to listy prawak-fiction) była gównoburza, która objawiła się po „opowiadaniu”, autorstwa Jacka Komudy, które pojawiło się w „Nowej Fantastyce”, które było jednym, wielkim homofobicznym rzygiem. Jednym z efektów gównoburzy było to, że „Nowa Fantastyka” przeprosiła za opublikowanie tego konkretnego opowiadania (zapowiedziano też numer o elbagietach). Tego było zbyt wiele dla pisarzy prawak-fiction, którzy wystosowali do redakcji NF list, w którym oburzali się na kneblowanie, ekhm, „literatury”. Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem to, że ów list podpisali, między innymi, Piekara, Grzędowicz, Pilipiuk i Ziemkiewicz? No dobrze, pochylmy się teraz nad samym Komudą. Swego czasu przeczytałem sporo książek jego autorstwa. Większość z nich osadzona jest w szeroko pojętych czasach szlacheckich. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że postacie i historie, które opisywał Komuda, odbrązawiały szlachtę. Prócz tego zdarzyło mu się napisać dylogię „Galeony wojny”, która też była całkiem znośna. Niestety, w pewnym momencie Komuda zaczął pisać nieco inne rzeczy. Pierwszym przebłyskiem tej „nowej literatury” Komudy była „Krzyżacka zawierucha” (2014), która była, ujmując rzecz kolokwialnie, chujowa. Potem był „Hubal” (2016) (dowódca jednego z oddziałów partyzanckich). Żeby podsumować tę książkę, pozwolę sobie na zacytowanie klasyka „to jest dramat, kurwa”. Niby człowiek wiedział w co się pakuje, ale jednak mnie to przerosło. Kolejnych tytułów z cyklu „dej mnie piniondz młody czytelniku, bo patrz jakie bohatery z Polaków”, a przepraszam „Wrzesień 1939”, czyli „Westerplatte” (2019) i „Wizna” (2020), już nie czytałem, ale domyślam się, że nadal „targetem” jest młody czytelnik płci męskiej i domyślam się, że nie jest to pisanina najwyższych lotów.


Na tym skończę wyliczankę autorów i ich dzieł, choć mogłaby ona być znacznie dłuższa (nie, o Przewodasie nie mam ochoty pisać, bo, kurwa, szanujmy się). Autorów piszących prawicową fantastykę (z Gołkowskim sprawa jest, jak już wspomniałem dość niejednoznaczna) jest znacznie więcej, ale z największym ich zagęszczeniem mamy do czynienia w wydawnictwie, którym jest Fabryka Słów. Ktoś może powiedzieć, że w sumie to jest prywatne wydawnictwo i nie powinno nas obchodzić to, że oni sobie zbierają takich, a nie innych autorów. No i wszystko byłoby pięknie, ale z drugiej strony mamy wypowiedź Ćwieka, który opowiadał o tym, że autorom stawiano takie, a nie inne wymagania. I znowuż, ktoś mógł powiedzieć, że w sumie to taki autor mógł powiedzieć, że on jest jak wyklęci i nie zgodzić się na pisanie prawak-fiction, ale prawda jest taka, że Fabryka Słów była jednym z najbardziej rozpoznawalnych (w Polsce) wydawnictw zajmujących się fantastyką. Tak, wiem, jest jeszcze, na ten przykład MAG, ale, primo, oni się tam nie kryją z tym, że głównie przekłady wydają, a po drugie, FS znacznie więcej uwagi poświęca promowaniu samej siebie. Co za tym idzie, początkujący polski pisarz fantasta nie miał zbyt dużego wyboru, jeżeli zależało mu na dotarciu do większej liczby czytelników. Zastanawiam się nad tym, czy ci sygnatariusze „listu otwartego obrażonych prawicowych autorów do Nowej Fantastyki”, którzy współpracują głównie z Fabryką Słów, zwrócili uwagę na fragment listu, który podpisali: „wymóg podporządkowania publikacji regułom wypracowanym przez jedną opcję światopoglądową oznacza de facto wprowadzenie cenzury”, ale wydaje mi się, że szczerze wątpię.


List obrażonych to jest szczere złoto, ale mnie się szczególnie spodobał ten fragment: „Literatura fantastyczna zawsze była literaturą wolności. Często przedstawiała niepokojące dystopijne wizje i „szargała świętości”. Mimo to ani w latach schyłkowego PRL, ani w III RP nie spotkaliśmy się z tak zajadłym atakiem na pisarza, jak teraz w wypadku Jacka Komudy”. Gdybym był złośliwy, to bym w tym miejscu napisał, że szczególnie ostro atakowany był za PRL Ziemkiewicz, który publikował w jakiejś „czerwonej” gazecie, ale ponieważ złośliwy nie jestem, napisze jedynie: pierdolcie się, państwo pisarze i pisarki. Pierdolcie się ze swoją „gównofantastyką” będącą dla was kartą „wychodzisz wolny z więzienia”. Już od jakiegoś czasu, czytając tę prawicową odmianę fantastyki miałem wrażenie, że twórca chciał kogoś obrazić, ale obawiał się procesu, tak więc zdecydował się na napisanie opowiadania „fantastycznego”. Czemu? Bo jak się ktoś (słusznie) będzie przypierdalał, to zawsze może powiedzieć, że to tylko fantastyka, więc oso chozi?! Używanie określenia „pe**ł” może cię narazić na proces? Nic prostszego! Zostań pisarzem fantastą, wtedy będziesz mógł zajebać tym cała książkę i nikt ci nic nie zrobi. Rzecz jasna, mogą się pojawić krytycy, ale zawsze można powiedzieć, że po prostu czepiają się „literatury wolności”. Banda, kurwa, tłustych kotów, które narzekają na to, że są „atakowani” i wycierają sobie mordę ludźmi, którzy na serio mieli przejebane ze względu na cenzurę. Aczkolwiek powinniśmy być wdzięczni, bo przecież ta banda elitariuszy mogła porównać Komudę do Jewgienija Zamiatina, a jego homofobiczny wysryw do książki „My” tegoż Zamiatina.  


Jestem naprawdę szczerze ciekaw tego, jak zareagowaliby sygnatariusze „listu sfochowanych”, gdyby sami stali się bohaterami jakiegoś „opowiadania”  albo innej powieści. Gdyby, na ten przykład, ktoś stworzył dzieło, w którym okazało się, że (rzecz jasna, wymienieni z imion i nazwisk) autorzy, to pedofile, którzy polują na dzieci, zaś wydawnictwo, które ich zatrudnia, to tylko przykrywka dla organizacji pedofilskiej, która zajmuje się handlem dziećmi. Ciekawym, jaka byłaby reakcja autora cyklu o wiadomym inkwizytorze, gdyby ktoś napisał powieść, w której pojawiłaby się postać nosząca jego imię i nazwisko, będąca impotentem, zaś jedynym lekiem, który by tejże postaci pomagał na przypadłość, byłoby recytowanie własnych książek. A może opowiadanie o innym fantaście, który zajmuje się również, ekhm, publicystyką, który jest seryjnym gwałcicielem odurzającym swoje ofiary? Ciekawym, kurwa, jak szybko okazałoby się, że fantastyka to co prawda literatura wolności, ale pewnych świętości ruszać nie wolno? Ciekawym, jak szybko „panowie fantaści” zaczęliby się dobijać do swoich prawników i pytać, czy można kogoś pozwać za to, co zostało napisane.


Jednym z problemów związanych z polską fantastyką jest to, że przez bardzo długi czas praktycznie nikt nie reagował na to, co wydalają z siebie niektórzy pisarze. Ciężko wyczuć, czy gdyby Komuda napisał to swoje „opowiadanie” kilka lat wcześniej, to czy wywołałoby ono taki sam wkurw. Od pewnego czasu bowiem społeczna wrażliwość sporej części suwerena zrobiła się, no cóż, nieco bardziej wrażliwa. Komuda zaś ze swoim „opowiadaniem” wpisał się w nagonkę na mniejszości seksualne, którą prowadzi od jakiegoś czasu partia rządząca i reakcja na to jego dzieło jest efektem wkurwu, wywołanego przez tę nagonkę.


Dawno, dawno temu, w telewizorni mignął mi Ziemkiewicz, który powiedział był, że w sumie to trochę dziwne, że w ojczyźnie Stanisława Lema fantastyka jest traktowana po macoszemu i nie cieszy się zbyt dużą popularnością (niestety, nie jestem w stanie tego oźródłować, bo nawet nie wiem w którym programie telewizyjnym to widziałem). Domyślam się, że sam fakt małej popularności (o której za moment) nie przeszkadzał Ziemkiewiczowi tak bardzo, jak to, że jego proza fantastyczna nie przynosiła mu tak dużych dochodów, na jakie liczył (dlatego teraz produkuje fantastykę i nazywa ją „publicystyką”). Czy w Polsce fantastyka jest na serio tak mało czytana? Jak to powiedział bohater jednej z polskich komedii „nie wydaje mnie się”. Wystarczy popatrzeć na hype związany z „Grą o Tron”. Wcześniej był „Harry Potter”. W międzyczasie „Igrzyska Śmierci”. Nieco mniejszym, ale nadal sporym zainteresowaniem cieszy się teraz cykl „Expanse”, trochę ludzi oglądało „Modyfikowany węgiel”. Co łączy te wszystkie seriale, które powstały na podstawie książek? To, że są „zagraniczne”. Z polskich współczesnych pisarzy podobnego „fejmu” doczekał się Sapkowski (w tym miejscu wyobraźcie sobie dowcip o tym, że netflixowy serial „Wiedźmin” powstał na podstawie gry). Tak wiem, powstał serial na podstawie prozy Dukaja (który jest jednym z sygnatariuszy „listu sfochowanych”), ale jeżeli chodzi o hype, to jest zupełnie inna kategoria wagowa, niż w przypadku serialu „Wiedźmin”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że o ile Stanisław Lem był bardzo rozpoznawalny „zagranico”, to nie miał szczęścia do ekranizacji swoich książek. Jak już wspomniałem (w swoim głośnym tekście [nadal bawi], który właśnie czytacie), problemem polskiej fantastyki nie jest to, że jest prawicowa, ale to, że najskuteczniej promowani są autorzy, którzy mają prawicowe poglądy (bądź też tworzą prawicową fantastykę). Ciekawe jest to, co napisał Gołkowski o „oczekiwaniach” suwerena. Wydaje mi się, że w pewnym sensie Gołkowski ma rację (albowiem Fabryka Słów wychowała sobie taki, a nie inny „target”), niemniej jednak jest to wina (bądź też zasługa, to zależy od tego, z jakiej perspektywy na to spojrzymy) samego wydawnictwa, które przez długi czas bawiło się w urawniłowkę, nie szukało innych czytelników i mościło się po prawej stronie.


Ponieważ pora już kończyć tę notkę, pomyślałem sobie, że czas na kilka uwag natury ogólnej, które będą wnioskami końcowymi. Primo, mnie naprawdę nie przeszkadza to, że w książkach czasem „widać” poglądy autora. Niemniej jednak jest spora (niczym Krater Chicxulub) różnica między tym, że czasem się tam komuś w książce wymsknie, a pierdoloną propagandą, którą serwują swoim czytelnikom ludzie pokroju Piekary i Grzędowicza. Secundo, mam świadomość tego, że czasem autorom bywa trudno (vide, Sapkowski, który stara się od dłuższego czasu wytłumaczyć prawackiej części fandomu, że Wiedźmin nie jest słowiański [na własne oczęta widziałem komentarze, w których stało, że co on się, kurwa, zna ten Sapkowski]). Tertio, chciałbym, żebyśmy się doczekali jakichś innych Lemów i Sapkowskich, którzy będą tak bardzo rozpoznawalni „zagranico”, bo to nam dobrze zrobi na fantastykę jako taką. Quatro, mam nadzieję, że zmiany, które się właśnie w społeczeństwie dokonują sprawią, że autorzy piszący prawicową fantastykę nie będą już najbardziej rozpoznawalnymi „fantastami” w Polsce. I tym optymistycznym akcentem zakończę powyższy tekst.


Źródła:

https://sjp.pwn.pl/mlodziezowe-slowo-roku/haslo/krindz-cringe;6477410.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Achaja_(powie%C5%9B%C4%87)

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4914305/toy-wars

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4895650/pulapka-tesli

https://pl.wikipedia.org/wiki/Pomnik_Cesarzowej_Achai

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3852651074759065&id=100000426311307

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/26237/cos-mocniejszego

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4355234/michnikowszczyzna

https://lubimyczytac.pl/cykl/3935/szubienicznik

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/67347/rzeznik-z-nazaretu

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4940458/zaginiona

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/3731516/konan-destylator

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4307/wieszac-kazdy-moze

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4540/homo-bimbrownikus

https://pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Pilipiuk#Wybory_parlamentarne_w_2005

https://pl.wikipedia.org/wiki/Hel_3

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/nowa-fantastyka-opowiadanie-jacek-komuda-homoseksualisci-przeprosiny-i-zapowiada-numer-o-spolecznosci-lgbt

https://lubimyczytac.pl/cykl/1434/s-t-a-l-k-e-r

https://lubimyczytac.pl/cykl/9888/komornik

https://krytykapolityczna.pl/kultura/polska-fantastyka-prawica-mizoginia-neoliberalizm-dziaderstwo/

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/nowa-fantastyka-opowiadanie-jacek-komuda-homoseksualisci-przeprosiny-i-zapowiada-numer-o-spolecznosci-lgbt

https://www.spidersweb.pl/rozrywka/2020/07/09/jacek-komuda-nowa-fantastyka-nowy-napis-lgbt-homofobia/

https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114528,26186279,polscy-pisarze-wystosowali-list-otwarty-do-redakcji-nowej-fantastyki.html

https://lubimyczytac.pl/cykl/26943/wrzesien-1939

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jewgienij_Zamiatin

https://pl.wikipedia.org/wiki/My_(powie%C5%9B%C4%87)





Hejterski Przegląd Cykliczny #73
17.12.2020
Trochę minęło od ostatniego Przeglądu ze względu na to, że w tym samym czasie obrodziło notkami tematycznymi. Ponieważ chwilowo na horyzoncie nie ma żadnej notki tematycznej (tak, wiem, kiedyś będę musiał wreszcie napisać tę notkę o fantastyce [aczkolwiek już teraz można powiedzieć, że ta notka jest pod wezwaniem Duke Nukem Forever]), można wrócić do hejtowania zbiorczego. Niemniej jednak, zmuszony jestem was ostrzec przed tym, że ten Przegląd został zdominowany przez temat przejęcia Polski Press przez Zjednoczoną Prawicę. Mogłem temu poświęcić osobną notkę, ale gdybym to zrobił, to kolejny Przegląd pojawiłby się jeszcze bardziej nie wiem kiedy.


Zaczniemy od koncentracji mediów przez Zjednoczoną Prawicę. Bardzo niedawno okazało się, że Orlen przejmuje Polskę Press. Ponieważ nie wszyscy muszą wiedzieć, co to takiego ta Polską Press, pozwolę sobie na cytat z artykułu, w którym ktoś to pięknie podsumował: „Grupa działa na terenie całego kraju i ma w swoim portfolio 20 dzienników regionalnych (w Polsce funkcjonuje łącznie 24 takie dzienniki). Jak czytamy na stronach Polska Press, grupa posiada również: Blisko 150 tygodników lokalnych (bezpłatna gazeta naszemiasto.pl, magazyny Nasza Historia, Moto Salon, Moto Salon Classic, Strefa Biznesu, Strefa Agro), 23 regionalne serwisy informacyjne, serwisy tematyczne: strefabiznesu.pl, stronakobiet.pl, strefaagro.pl, sportowy24.pl, gol24.pl, motofakty.pl; 500 witryn internetowych (łącznie), 6 drukarni, Agencję Informacyjną Polska Press (znana jako AIP), największą regionalną agencję informacyjną.”. Podsumowując, Zjednoczona Prawica stała się zawiadowcą ogromnej liczby portali, tygodników/etc. Nikt nie powinien mieć wątpliwości odnośnie tego, po co Zjednoczonej Prawicy te media. Jeżeli zaś ktoś je ma, to wystarczy zwrócić uwagę na to, co o przejęciu mediów miał do powiedzenia szef Orlenu: „(...) Z kolei dostęp do 17,4 milionów użytkowników portali zarządzanych przez Polska Press, skutecznie wzmocni sprzedaż całej Grupy ORLEN, zoptymalizuje koszty marketingowe i umożliwi dalszą rozbudowę narzędzi big data.”. Tak, chodzi o „dostęp do 17,4 milionów użytkowników portali”. Nawet gdyby liczba ta była przeszacowana (żeby poprawić sobie pozycję negocjacyjną i podbić cenę), to i tak mamy do czynienia z olbrzymią liczbą użytkowników. Niby nikt nie powinien mieć wątpliwości, a jednak część komentariatu zaczyna tłumaczyć, że w sumie to może to i lepiej, że ktoś od tego Niemca wziął i odkupił te media, bo zawsze to lepiej, jak będą one w polskich rękach. Jeszcze inni tłumaczą, że w sumie to teraz tym mediom będzie łatwiej patrzyć na ręce władzy/etc. Wszystkim tym mędrcom należałoby zadać jedno, zajebiście ważne pytanie, które ma następującą treść: czy wy jesteście, kurwa, poważni? Tego rodzaju idiotyzmy można było ludziom wciskać zanim Zjednoczona Prawica zamieniła media publiczne w największą polską agencję PR-ową, która zajmuje się spinowaniem dla rządu 24/7. Jeżeli po paru latach obserwowania tego, co się odpierdala w mediach rządowych, ktoś nadal nie ogarnia „po co Zjednoczonej Prawicy media”, to ten ktoś powinien dać sobie spokój z komentowaniem sytuacji politycznej, bo ewidentnie jej nie rozumie i jest niewyuczalny. Inna część komentariatu tłumaczyła, że w sumie to gdzie byli ci, którzy teraz narzekają, gdy Polska Press po kolei kupowała media lokalne/etc? Że w ogóle to trzeba było coś mówić wtedy, gdy zagraniczny kapitał wykupywał te lokalne media i że ich upadek zaczął się dawno temu. I wiecie, ja to wszystko rozumiem i nie chciałbym być źle zrozumiany, ale to nie jest, kurwa, dobry moment na bawienie się w wypominki „a gdzie byliście gdy” (i guilttripowanie ludzi za to, że woleli czytać darmowe treści i nie chcieli w płatne prenumeraty).  Tzn. można, ale tak jakby, nie jest to w tym momencie najistotniejsze. Najistotniejsze jest to, że Zjednoczona Prawica powiększyła swoją stajnie rządowych mediów. Nawiasem mówiąc, gdybym był złośliwy (a nie jestem), to bym napisał, że jakoś tak Zjednoczona Prawica w pierwszej kolejności przejęła media publiczne i z nich zrobiła swoją agencję PR, zaś przejmowanie prywatnych mediów trochę potrwało (piszę to jako przeciwnik prywatyzowania wszystkiego, jak leci).


Osobną kwestią jest to, że tego rodzaju utyskiwania (bo wyprzedano media lokalne zagramanicznemu kapitału) mnie nieco irytują, bo, jako człek wychowany na zadupiu, doskonale sobie zdaję sprawę z tego, jak wyglądało wsparcie lokalnych mediów przez Jednostki Samorządu Terytorialnego (jakoś tak się składało, że jedynym źródłem wsparcia finansowego tych mediów były takowe jednostki). Wyglądało to tak, że takie media były całkowicie wręcz spolegliwe względem wspierających. Do tej pory pamiętam jeden „program”, który wyemitowała telewizja miejska w Wyimaginowanym Mieście Nad Akwenem (był on tak wspaniały, że sobie go dawno temu zarchiwizowałem). W trakcie programu pt. „Gość Tygodnia”, tytułowym gościem był ówczesny włodarz miejski, któremu pracownik telewizji miejskiej zadał arcytrudne pytanie: „Często niektórzy zarzucają panu prezydentowi, że podejmuje niepopularne decyzje, w niektórych kwestiach, ale czas pokazuje, że są to dobre decyzje (…) jednak chyba trzeba trochę czasu w społeczeństwie, żeby zrozumieli, że takie zmiany są nam potrzebne”. Przyznam, że było mi po prostu szkoda typa, który zadawał to pytanie, bo nawet gdyby był on wyznawcą ówczesnego włodarza (a takich nie brakowało w jego ekipie), to musiał się czuć trochę chujowo zadając na antenie tego rodzaju „pytanie”. Miłość, którą pałał do tej „stacji” miejski suweren, była tak wielka, że po tym jak jedna (bardzo duża) spółdzielnia mieszkaniowa odcięła u swoich lokatorów dostęp do tej „telewizji”, absolutnie nikt się na tę decyzję nie poskarżył. Czemu wspominam tę (rzecz jasna wymyśloną) sytuację? Ano temu, że w warunkach, które panowały w naszym pięknym kraju, wyjścia dla takowych mediów były dwa. Pierwsze z nich polegało na byciu na garnuszku u miejskiego włodarza (co oznaczało bycie posłusznym), drugie zaś takie, że medium mógł się zaopiekować jakiś zewnętrzny inwestor, który co prawda miał trochę w dupie te regionalne media, ale dzięki temu pracownicy tych mediów nie musieli się bać tego, że jak napiszą coś nie po myśli układu aktualnie panującego w mieście, to im ten układ przykręci kurek i będą mogli sobie szukać innej pracy. Rzecz jasna, na pewno były tam tematy, których nie wolno było poruszać, ale skala zjawiska była na pewno znacznie mniejsza, niż w tych mediach, które były sponsorowane przez „miasto”. Co prawda, można dywagować w kwestii tego, „co by było, gdyby te media były dotowane przez państwo”, ale w praktyce wyglądałoby to tak samo, jak wtedy, gdy były dotowane przez JST, różnica polegałaby na tym, że byłyby wtedy spolegliwe względem władz centralnych (które w „regionie” są reprezentowane przez, na ten przykład, wojewodów). Od siebie dodam, że argumentacja „wcześniej nie protestowaliście, więc teraz japa” przypomina mi trochę pewien mem (będący nawiązaniem do tzw. „dylematu wagonika”), w tej wersji chodziło o to, że wagonik można zatrzymać i jak się go zatrzyma, to nikogo więcej nie rozjedzie, ale nie powinno się go zatrzymywać, bo to by było nie w porządku względem tych, którzy już zostali rozjechani. Serio, komentariacie, nie tędy droga. O narzekaniu na złe społeczeństwo, które wolało darmowe treści/etc. nie chcę mi się nawet pisać, bo to jest bezsens porównywalny z narzekaniem na społeczeństwo za to, że się, na ten przykład, przejebało wybory.


Jeszcze inna część komentariatu twierdziła, że w sumie to „nic się nie stało”, bo tej prasy regionalnej to i tak nikt nie czyta oraz (i tu wstawcie sobie dowolny komentarz bagatelizujący to, co się stało). Na pierwszy rzut oka argument ten wygląda dość legitnie, bo w sumie regionalna prasa sprzedaje się mocno tak sobie, zaś, na ten przykład regionalne fanpejdże, pomimo posiadania sporej liczby lajkowników, nie osiągają sporych zasięgów i tak dalej i tak dalej. Tylko, że jeżeli faktycznie byłoby tak, że ta cała prasa/portale jest bez znaczenia, to Zjednoczona Prawica by tego po prostu nie kupiła, bo już teraz posiada media, których praktycznie nikt nie ogląda i nie czyta (i które utrzymują się na powierzchni tylko i wyłącznie dzięki „pomocy” z budżetu). Tak sobie myślę, że jedną z przyczyn, dla których Zjednoczona Prawica zdecydowała się na przejęcie kolejnych mediów jest to, że spindoktorzy partii rządzącej mają świadomość tego, że „ich” media mają coraz mniejszy wpływ na kształtowanie narracji, w które suweren byłby skłonny uwierzyć. Tym samym, przejęcie mediów, które, w przeciwieństwie do rządowych, są dość wiarygodne, wydaje się być całkiem sensownym pomysłem. Poza tym, nieśmiało przypominam, że choć Zjednoczona Prawica dysponuje największą agencją PR (niegdysiejsze media publiczne), to jednak nie była w stanie ogarnąć sensownej kampanii samorządowej. Owszem, udało się wypromować „znaczek” partyjny na tyle, żeby poszaleć w wyborach do sejmików, ale jeżeli chodzi o wybory włodarzy, to kampania samorządowa skończyła się dla PiSu kompletną katastrofą. Przez jakiś czas sobie dumałem, że to trochę dlatego, że praktycznie wszystkie media rządowe skupiły się na prowadzeniu kampanii Chłopakowi z Biedniejszej Rodziny, który walczył o prezydenturę w Warszawie. Ponieważ zaś media skupiły się na Bitwie Warszawskiej, nie mogły wspierać innych kandydatów. Dopiero teraz dotarło do mnie, że nawet gdyby rządowe media skupiły się na innych kandydatach, nie miałoby to zbyt dużego wpływu na wynik wyborów. Czemu? Z tej prostej przyczyny, że o ile można było na antenie robić kampanię Chłopakowi z Biedniejszej Rodziny praktycznie 24/7 (i spamować rządowe portale/prasę peanami na jego cześć), to jednak nie dałoby się prowadzić w tychże mediach równoległej kampanii wszystkim swoim kandydatom na burmistrzów/prezydentów/wójtów (których w Polsce jest prawie 2.500). Jest to po prostu niemożliwe do zrealizowania. Zupełnie inaczej rzecz by się miała, gdyby się dysponowało regionalną prasą i pierdylionem regionalnych portali/fanpejdży, prawda? Wtedy można robić kampanię kandydatom z większych miast w „dużych mediach”, a tymi z mniejszych miejscowości „zaopiekować się” w mediach regionalnych.


O tym, że mediów regionalnych będzie można użyć do flekowania „nieprawilnych” kandydatów, wspominać chyba nie trzeba. Z tym zaś wiąże się kolejna sprawa. Przejęcie mediów regionalnych oznacza, że „prawilni” politycy (ich rodziny/kontrahenci/etc.) będą mogli liczyć na kryszę. Jeżeli bowiem rządowo-regionalne media przestaną im patrzeć na ręce, to istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo tego, że informacja o tym, czy innym wałku dotrze do dużych mediów. Osobną kwestią jest to, że nawet jeżeli dotrze, to te nie będą mogły zająć się każdym takim tematem z tych samych przyczyn, dla których Zjednoczona Prawica nie była w stanie ogarnąć kampanii samorządowej wszystkim swoim kandydatom. Owszem, w niektórych regionach zostaną media prowadzone przez pasjonatów, które nadal będą patrzyły na ręce wszystkim, ale zgodzicie się ze mną kiedy napiszę, że to, czy opinia publiczna zostanie poinformowana o jakimś wałku, nie powinno zależeć od tego, czy w danej miejscowości istnieje, na ten przykład, portal informacyjny prowadzony przez zapaleńca, który nie będzie się obawiał nadepnięcia na odcisk jakiemuś miejscowemu notablowi. Wyimaginowane Miasto nad Akwenem ma to szczęście, że jeden typ prowadzi w nim równie wyimaginowany portal, na którym bezlitośnie przypierdala się do każdej kolejnej władzy. Wieść gminna niesie, że każdy kolejny włodarz twierdzi, że typ, który prowadzi ten portal, to prawie na pewno musi być na usługach „konkurentów” władzy. Tak okołotematowo, to właśnie dzięki temu typowi Polska dowiedziała się o tym, że żeby w Wyimaginowanym Mieście Nad Akwenem uzyskać skierowanie z jednej z przychodni, trzeba napierdalać kijem w parapet. No, ale to dygresja jest tylko. Warto w ty miejscu zauważyć, że przejęcie mediów regionalnych przez partię rządząca nie przełoży się li tylko (dzięki temu, że napisałem „li tylko” tekst od razu dostaje +10 do powagi) na nieinformowanie o wałkach, których autorami są ludzie mający związek z partią rządzącą. Problem będzie dowiedzenie się czegokolwiek na temat ludzi mających związek z tą partią. Pozwolę sobie na przytoczenie pewnego przykładu „z życia wziętego”. Kiedy zacząłem sobie grzebać za materiałami do notki o Chłopaku z Biedniejszej Rodziny, który (tylko i wyłącznie dzięki swojej ciężkiej pracy i dzięki walce z politycznymi elitami) przygotowywał się do startu w wyborach prezydenckich w Warszawie, pierwszym tekstem, na który natrafiłem, był artykuł z Nowej Trybuny Opolskiej (datowany na marzec 2007) o tym, że Ireneusz Jaki został zwolniony ze stanowiska wiceprezydenta Opola: „Jaki - jeszcze do niedawna - należał do najbardziej zaufanych osób prezydenta. Gdy jesienią 2002 roku - tuż po wygranych wyborach - prezydent obejmował ratusz, jako pierwszego zatrudnił właśnie Jakiego. Obaj panowie znają się od wielu lat. Jaki był m.in. szefem gabinetu wojewody, gdy Zembaczyński kierował urzędem wojewódzkim. (…) Rolą Jakiego w ratuszu była pomoc w organizacji pracy prezydenta. Był także dodatkową parą oczu i uszu najważniejszej osoby w urzędzie. Zembaczyński darzył swojego asystenta wielkim zaufaniem i potrafił docenić. W 2002 r. - ledwie po sześciu tygodniach pracy - Jaki dostał od niego 2 tys. zł nagrody. W połowie ubiegłego roku przyznano mu 4 tys. zł dodatkowej gratyfikacji, a na początku 2007 r. jego stanowisko podwyższono do rangi doradcy. - W urzędzie odebrano to jako awans osoby, która i tak zachowywała się, jakby była czwartym wiceprezydentem miasta - opowiada jeden z urzędników.”. Gołym okiem widać, że redakcja NTO niespecjalnie przejmowała się tym, że dość krytycznie opisuje działania ówczesnego prezydenta miasta. Jak bardzo okrojona byłaby ta informacja, gdyby rządowo-regionalny portal miał opisać analogiczną sytuacje, której głównym bohaterem był ktoś, kto może liczyć na „kryszę?” Czy dowiedzielibyśmy się o tym, że zwalniany był „szarą emninencją”, że dostawał nagrody/etc.? Jak to powiedział bohater jednej z polskich komedii „nie wydaje mnie się”. W artykule nie pojawiłaby się żadna informacja, która mogłaby postawić głównego bohatera w złym świetle. Aczkolwiek być może przesadzam. Być może taka informacja w ogóle by się nie pojawiła na portalu rządowo-regionalnym. Jeżeli komuś się wydaje, że przesadzam, to chciałbym takiej osobie oficjalnie pozazdrościć tego, że taka osoba żyje w błogiej nieświadomości odnośnie tego, jak bardzo wyczuleni na swoim punkcie bywają notable. Otóż, tak bardzo, że potrafią się awanturować z zawiadowcami portali tylko i wyłącznie dlatego, że zdjęcia z jakiegoś eventu pojawiły się na nim nie w takiej kolejności, jakby sobie tego życzył notabl.


Część komentariatu pociesza się (to bardzo adekwatne określenie) tym, że przeca uPiSowienie mediów skończy się tym, że po pierwsze, nikt tego nie będzie chciał czytać, a po drugie te wszystkie media będą przynosiły straty. Wielce Szanowny Komentariacie, jakie znaczenie będzie miało to, że te media nie będą na siebie zarabiać? Chciałbym nieśmiało zwrócić uwagę na to, że Zjednoczona Prawica pompuję gigantyczne ilości pieniędzy w TVP, tak więc niespecjalnie liczyłbym na to, że ktoś w partii rządzącej zacznie się przejmować tym, że trzeba będzie dorzucić kolejną kupę kasy mediom regionalnym. Jeżeli zaś chodzi o to, że „nikt tego nie będzie czytał”. W tym miejscu, równie nieśmiało, jak poprzednim razem, chciałbym zauważyć, że TVP Info ma sporą rzeszę wyznawców, tak więc nie zakładałbym, że „nikt nie będzie tego czytał”. Można, co prawda, dywagować w kwestii tego, jak skutecznym narzędziem oddziaływania będą media rządowo-regionalne, ale jak już wspomniałem wcześniej, o wiele większym problemem od tego, o czym będą pisać, będzie to, o czym pisać nie będą (i to, że jeżeli one o tym nie napiszą, to nikt tego nie zrobi).


Ponieważ wątek Polsko-Pressowy rozrósł mi się bardzo, będę zmierzał ku wnioskom końcowym. Dziwi mnie bardzo mocno „letnia” reakcja komentariatu. Zastanawiam się nad tym, czy aby nie jest tak, że taka, a nie inna reakcja podyktowana jest tym, że znaczna część tegoż komentariatu siedzi sobie w stolicy i nie bardzo rozumie, o co w ogóle chodzi z tymi regionalnymi mediami (bo przecież o Warszawie często wspominają „duże” media). O ile samą „letnią” reakcję dałoby się jeszcze jakoś zrozumieć, to tego, że równolegle do niej, Towarzystwo Dziennikarskie wystosowało jakiś gówno apel do dziennikarzy, którzy zostali kupieni razem z redakcjami przez Orlen. Czego dotyczył apel? Otóż, wezwali oni pracowników „kupionych” mediów do stawiania oporu: „Obowiązujące ciągle prawo prasowe gwarantuje Wam dziennikarską autonomię, prawo odmowy publikacji treści, z którymi się nie zgadzacie (…) Nie możemy od nikogo wymagać heroizmu, ale pamiętajcie: możecie stawiać opór. Obowiązujące ciągle prawo prasowe gwarantuje Wam dziennikarską autonomię, prawo odmowy publikacji treści, z którymi się nie zgadzacie. Kiedyś mówiło się „Nic tak nie plami człowieka jak atrament” – Wasze teksty pozostaną. Życzymy Wam, żebyście nie musieli później się ich wstydzić. Towarzystwo Dziennikarskie podejmuje monitoring zwolnień pracowników w mediach zakupionych przez Orlen.”. Tak sobie myślę, że to zajebiście, że TD będzie prowadzić monitoring wypierdoleń. Wypierdalanym na pewno się od tego lżej zrobi, bo sobie pomyślą „no, może i mnie wywalili, a teraz będę mieć problem ze znalezieniem pracy w zawodzie, ale przynajmniej mam świadomość tego, że ktoś monitorował to, że mnie wywalono!”. Wierzyć się, kurwa, nie chce, że ktoś napisał coś takiego na poważnie. W uproszczeniu bowiem chodzi o to, że nikt tu od nikogo nie wymaga heroizmu, ale jednak fajnie by było, gdyby dziennikarze zachowywali się heroicznie. Czy heroizm, którego wcale od nikogo nie oczekuje Towarzystwo Dziennikarskie, ma jakikolwiek sens? Moim zdaniem nie ma żadnego. Dla Zjednoczonej Prawicy nie będzie problemem wyjebanie dowolnej liczby ludzi zatrudnionych w regionalnych mediach. Bezproblemowo zastąpią ich tymi, którzy co prawda nie do końca wiedzą, na czym polega dziennikarstwo, ale za to potrafią rzygać jadem w mediach społecznościowych (vide polityka kadrowa, którą zastosowano w TVP). Gdyby, na ten przykład, do kolejnych wyborów był miesiąc/dwa, to taki opór mógłby mieć trochę sensu, ale nieśmiało przypominam, że po porażce PiSu „zwycięzca bierze wszystko”, łącznie z mediami regionalnymi. No, ale ja sobie tutaj tylko dygresję popełniam. „Letnia” reakcja komentariatu (w tym, dziennikarskiej jego części) sprawiła, że chyba nikt nie wspomina o tym, że robienie porządku z mediami, miało się wiązać z postulowaną przez Zjednoczoną Prawicę potrzebą „dekoncentracji mediów”. Temat dekoncentracji mediów zniknął bardzo niedawno, wszak jeszcze pod koniec sierpnia Joanna Lichocka została ośmieszona przez Elżbietę Rutkowską z Gazety Prawnej (choć w sumie to nie do końca tak było, dziennikarka po prostu zadawała pytania, Lichocka ośmieszyła się sama), broniąc dekoncentracji (i tłumacząc, że TVP nie powinna ona objąć, albowiem, bo ponieważ/etc.). Ponieważ rząd zaczął się bawić w koncentrację mediów (w momencie, w którym pisałem te słowa, głośno się zrobiło o tym, że Orlen ma chętkę na zakup „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”), nikogo nie powinno dziwić to, że temat dekoncentracji wyparował z rządowych narracji. Powinno natomiast dziwić to, że nikt nie chce o tym rządowi przypominać. Moja opinia na temat poziomu polskiego dziennikarstwa jest raczej znana, ale nawet wziąwszy to pod rozwagę, nie jestem w stanie zrozumieć tego, czemu dziennikarze nie próbują walczyć o siebie samych. Czy wielkim problemem byłoby odpytywanie polityków partii rządzącej z tego, jak to się stało, że zamiast dekoncentracją, zajęli się oni koncentracją mediów? Odpowiedź na to pytanie znają tylko i wyłącznie polscy dziennikarze.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

Skoro temat koncentracji mediów mamy już za sobą, można spokojnie przejść do jednego z większych meltdownów, do którego doszło po prawej stronie. Tak się bowiem złożyło, że Donald Trump przegrał wybory prezydenckie w USA. Wymądrzałem się już w temacie tego, że Zjednoczona Prawica postawiła wszystko na zwycięstwo Trumpa. Praktycznie cała Zjednoczona Prawica wychwalała Trumpa i przekonywała wszystkich dookoła, że on ma gigantyczne poparcie społeczne (bo na jakiś tam event przyszło trochę ludzi), zaś TVP zachowywała się tak, jakby była częścią sztabu wyborczego obecnego prezydenta USA. Im bliżej było wyborów, tym cięższy pierdolec ogarniał Zjednoczoną Prawicę. Kiedy z USA zaczęły spływać pierwsze wyniki, polski prawy sektor odtrąbił zwycięstwo Trumpa. A potem stało się coś, przed czym wcześniej przestrzegał Bernie Sanders (dwa tygodnie przed wyborami). W skrócie telegraficznym: Sanders opowiadał o tym, że z badań wynika, że demokraci będą woleli głosować korespondencyjnie. Ponieważ zaś głosy korespondencyjne będą liczone po „normalnych”, może dojść do sytuacji, w której w stanach takich jak Pensylwania, Wisconsin/etc., według pierwszych wyników będzie wygrywał Trump (który wyjdzie przed kamery i powie, haha! Wygrałem), a potem, w miarę zliczania głosów korespondencyjnych „los może się odwrócić” i wygrać może Biden z czym, rzecz jasna, Trump się nie będzie w stanie pogodzić (hurr durr mówiłem, że sfałszujo te wybory!). Wiecie, gdyby naszym krajem rządzili poważni ludzie, którzy nie odkleili się od rzeczywistości, to ci ludzie doskonale zdawaliby sobie sprawę z tego, o czym mówił Sanders. Nikogo więc nie powinno dziwić to, że Zjednoczona Prawica tego nie ogarnęła. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że nie będę się tutaj pochylał nad teoriami, które w polskich internetach rozpowszechnia ciężki szuriat (z których wynika, że Trump co prawda przegrywa, ale wygrywa, a w ogóle to przegrał po to, żeby ujawnić siatkę agentów powiązanych z Chinami i tak dalej), skupimy się tylko i wyłącznie na zjednoczono-prawicowym mainstreamie.


Najcięższe przydzbanienie przypadło w udziale obecnemu Prezydentowi RP, który najpierw nie złożył gratulacji Bidenowi, a potem pogratulował mu „udanej kampanii”. Kiedy dziennikarze zaczęli się dopytywać o to, czemu tak właściwie Prezydent RP nie pogratulował zwycięstwa, do boju ruszyli podwładni wyżej wymienionego. Najpierw Szczerski: „Dopiero kończy się liczenie głosów w kluczowych stanach. Nie podchodzę do wyborów prezydenckich w USA emocjonalnie – mówił Krzysztof Szczerski w porannej rozmowie w RMF FM. – To pierwsza tura wyborów, drugą będzie batalia sądowa, oby nie doszło do trzeciej, czyli manifestacji na ulicach”. Trochę później dołączył do niego Spychalski: „System wyborów w Stanach Zjednoczonych jest systemem pośrednim. To głosowanie, do którego doszło w ostatnim czasie w Stanach Zjednoczonych, polegało na tym, że mieszkańcy Stanów Zjednoczonych wybierali elektorów w poszczególnych stanach i ci elektorzy dopiero na zgromadzeniu elektorskim będą dokonywali wyboru prezydenta Stanów Zjednoczonych. W związku z tym dopiero wtedy będzie można gratulować oficjalnie wyboru na prezydenta Stanów Zjednoczonych Joe Bidenowi”. Nie trzeba chyba wspominać o tym, że żaden z panów nie wyjaśnił, jak to możliwe, że „ostrożny Prezydent RP” w 2016 nie czekał z gratulacjami do momentu, w którym elektorzy „dokonali wybory prezydenta Stanów Zjednoczonych”. Gdybym był złośliwy, to bym napisał, że być może miało to związek z tym, że w 2020 wygrał kandydat, którego Zjednoczona Prawica nie lubi, a w 2016 wygrał ten, do którego zapałała miłością już w trakcie kampanii. Kronikarski obowiązek (po raz kolejny) każe wspomnieć o tym, że choć Zjednoczona Prawica pokochała Trumpa w 2016, to w ogóle nie liczyła się ze scenariuszem, w którym wygrywa on wybory prezydenckie. Nie jestem tego w stanie oblinkować, bo notka pojawiła się na FB, ale Waszczykowski po wygranej Trumpa zaczął mówić, że MSZ będzie się starało skontaktować ze sztabem zwycięzcy.  


Przyznam się wam w tym miejscu szczerze, że o ile na samym początku chciało mi się śmiać z tego, co odpierdalała Zjednoczona Prawica (i pracownicy mediów rządowych) w ramach wypierania przegranej Trumpa, to po jakimś czasie dotarło do mnie, że to wcale nie jest takie śmieszne. Tzn. samo wypieranie, owszem jest, ale jeżeli sobie podumamy na temat przyczyn, dla których doszło do tego wyparcia, to zrobi się mniej śmiesznie. Jak się tak zacząłem zastanawiać nad tym, o chuj chodzi Zjednoczonej Prawicy, to sobie na samym początku pomyślałem, że pewnie mamy do czynienia z klasycznym, prawicowym bólem dupy. Tyle, że to nie tłumaczyło opowiadania bredni o tym, że „Trump ma jeszcze szansę” (media rządowe non stop donosiły o tym, że taki, czy inny pozew został złożony i że to może mieć wpływ na wynik wyborów [na ćwitrze mignął mi nawet screen z Dziennika Telewizyjnego, w którym głosy elektorskie z czterech stanów, w których wygrał Biden, doliczono Trumpowi]). Nie. Gdyby chodziło o zwykły ból dupy, to media nie robiłyby takiej szopki, a podwładni Prezydenta RP nie pierdolili wierutnych bzdur o tym, że „będą batalie sądowe” i że „trzeba czekać na to, co zrobią elektorzy”. Nie, nie można było sugerować się tym, że kiedyś Sąd Najwyższy (w uproszczeniu) rozstrzygał, czy wygrał Bush, czy Gore – bo wtedy wszystko rozbijało się o jeden stan, w którym różnica głosów była bardzo niewielka. Ja mam jak najgorsze zdanie na temat kadr Zjednoczonej Prawicy, ale nawet wśród takiej zbieraniny matołów musiałoby się znaleźć kilka osób, które ogarniały to, jak przebiega proces wyborczy w USA i że Trump sobie może opowiadać te swoje brednie, ale nie zmienia to faktu, że przejebał wybory. Jak to więc możliwe, że Zjednoczona Prawica w to brnęła? Ano tak to, że ci ludzie wierzyli w zwycięstwo Trumpa. Tzn. wierzyli, że uda się mu jakoś przekręcić niekorzystny wynik i jednak wygrać. Nie, nie przemawia do mnie teoria, w której te matoły uwierzyły w to, że „w USA sfałszowano wybory”, bo nieśmiało przypominam, że Republikanie nie przejebali senatu (a przeca, skoro wybory „sfałszowano”, to chyba powinni, co nie?).  


No dobrze, jak to więc możliwe, że elity Zjednoczonej Prawicy uwierzyły w to, że Trump się „nie da”? Jedynym sensownym (w mojej nieskromnej, podkarpackiej opinii) wytłumaczeniem jest to, że Zjednoczona Prawica uznała, że Trump zrobił z USA to, co oni z Polską. Najprawdopodobniej wyszli z założenia, że Trump przemeblował aparat państwowy tak bardzo, że nie ma chuja we wsi, żeby ów aparat państwowy pozwolił mu „upaść”. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że sam Trump również w to uwierzył, bo po tym, jak amerykański Sąd Najwyższy odrzucił wniosek o wyjebanie do śmieci głosów w czterech stanach, w których wygrał Biden, Trump zaczął hejtować SCOTUS na ćwitrze tłumacząc, że się zawiódł i że zero odwagi/odpowiedzialności/etc. No, ale to jedynie kolejna dygresja. Jestem prawie pewien, że elity Zjednoczonej Prawicy uznały, że ludzie, których Trump i jego koledzy Republikanie powoływali na różne stanowiska, będą mu ślepo posłuszni. Wydaje mi się, że nie trzeba zbyt wiele miejsca poświęcać na tłumaczenia, skąd się u elit rządzących Polską wzięło takie, a nie inne przekonanie, tak więc skrótowo się nad tym pochylę. To, że Zjednoczona Prawica obsadza większość stołków ludźmi, którzy nie powinni tych stołków zajmować ze względu na niezbyt oszałamiające kwalifikacje ma, moim zdaniem, kilka przyczyn. Pierwszą z nich jest bardzo krótka ławka. Drugą jest niechęć do zatrudniania fachowców. O niechęci tej, z właściwą swej kondycji intelektualnej szczerością, opowiadał Radosław Fogiel: „Z podobnym problemem mierzyliśmy się, kiedy sprawowaliśmy władzę w latach 2005-2007. Wtedy poszliśmy w kierunku bardzo eksperckim, w kierunku otwartych konkursów, jeśli chodzi o rady nadzorcze. Trafiali tam eksperci z rynku, trafiały tam osoby z tytułami naukowymi, z uczelni. Problem okazał się taki, że ich sposób myślenia o gospodarce i zarządzaniu, był zupełnie sprzeczny z tym, co Prawo i Sprawiedliwość ma w swoim programie”. Trzecią (powiązana z drugą) jest to, że czynniki decyzyjne w Zjednoczonej Prawicy doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak wierni potrafią być ludzie, którzy mimo braku jakichkolwiek kwalifikacji zostają obdarowani stołkiem. Popatrzmy, na ten przykład, na szefową Trybunału Przyłębskiego. W teorii, powinna mieć wyjebane na to, czego chce od niej Jarek (no ok, wywaliliby Wolfganga z placówki, ale i bez jego fuchy by sobie dali radę), bo przecież nie mogą jej odwołać, prawda? Tylko, że to jest teoria, bo w praktyce, gdyby kieszonkowy dyktator doszedł do wniosku, że Julia Przyłębska już nie powinna zajmować swojego stanowiska, to nagle by się okazało, że da się ją w jakiś sposób odwołać. I co potem zrobiłaby taka pani Przyłębska? Takich ludzi na stołkach jest multum i są oni bardziej niż wierni. Bardzo istotne jest to, że każda z tych osób ma świadomość tego, co ją może spotkać, jak „podpadnie”. Zupełnie inaczej wygląda to w USA, w których, na ten przykład, zdenerwowany i „zawiedziony” Donald Trump może zrobić sędziemu Sądu Najwyższego absolutnie nic (nie, nie jestem specjalistą od USA, ale gdyby mógł coś zrobić, to już by to zrobił).


Wielokrotnie zdarzało mi się wspominać o tym, że sfałszowanie wyborów w Polsce jest praktycznie niemożliwe. Może inaczej, sfałszowanie normalnych wyborów jest praktycznie niemożliwe, bo każdy każdemu patrzy na ręce, ale nie mam pojęcia, jak miałyby wyglądać „bezpieczniki” w wyborach korespondencyjnych w naszym kraju, więc nie będę się na ten temat wymądrzał. Dodam jedynie, że informacje o tym, że w ramach Wyborów Sasina (na które przejebano 70 milionów) wydrukowano 3 miliony kart więcej niż trzeba, jakoś niespecjalnie dobrze robią mi na zaufanie. Tak, wiem, można kombinować z utrudnianiem głosowania (vide, karty wyborcze, które „zagranico” docierały czasami z kilkumiesięcznym opóźnieniem) oraz skręcić trochę głosów w DPSach (nie no 100% poparcie dla któregokolwiek kandydata nie powinno budzić podejrzeń. Nic a nic.), ale dosypywanie głosów (albo np. spierdalanie przez członkinię komisji wyborczej z workiem z kartami do głosowania przez okno, jak u naszego wschodniego sąsiada), jest niemożliwe. Nie jest to więc scenariusz, którego się jakoś specjalnie obawiam. Obawiam się natomiast powodów, dla których Zjednoczona Prawica była przekonana o tym, że Trump wygra wybory mimo tego, że je przejebał. Pobawmy się w eksperyment myślowy. Założeniem tego eksperymentu jest to, że Zjednoczona Prawica przepierdala wybory parlamentarne (niewielką różnicą głosów) i zaczyna się zachowywać jak Trump. Jarosław Kaczyński wychodzi przed kamery i zaczyna mówić o tym, że Zjednoczona Prawica te wybory wygrała, ale po prostu doszło do fałszerstw i dlatego wynik wyborów nie odpowiada rzeczywistości i zapowiada śledztwo/etc. No a teraz trzeba sobie odpowiedzieć na jedno, zajebiście ważne pytanie: co dalej? Wszyscy wiemy co się stało (tzn. w sumie co się dzieje) w USA w analogicznej sytuacji, ale co by się stało, gdyby w podobny sposób zachowała się w Polsce Zjednoczona Prawica? Prawda jest niestety taka, że Polska nie ma bezpieczników, dzięki którym „niechęć do oddania władzy” nie miałaby znaczenia. W tym miejscu krótka dygresja. Na użytek niniejszego eksperymentu myślowego można bezpiecznie założyć, że w Polsce nie powtórzyłby się scenariusz z USA, w którym ktoś mówi o fałszerstwach i nie przedstawia dowodów, bo jestem przekonany o tym, że gdyby zaszła taka potrzeba, to by się okazało, że dowodów znalazłoby się całe mnóstwo (jestem całkowitym brakiem zaufania do mojego państwa). Niestety (dla nas), Zjednoczona Prawica ma bardzo dużo powodów, dla których lepiej byłoby nie oddawać władzy. Tyle samo powodów mają podległe jej służby i spora część wymiaru sprawiedliwości. Nie można zapominać również o całej kupie ludzi, którzy partii rządzącej zawdzięczają olbrzymie zarobki/etc./etc. Bardzo wiele osób powiedziało sobie „chwilo trwaj” i te osoby zrobią wszystko, żeby ta „chwila” nadal trwała. Jedną uwagę w tym miejscu poczynię. Te moje dywagacje (eksperyment myślowy, whateva) odnoszą się do sytuacji, w której Zjednoczona Prawica przegrywa wybory „o włos”. Gdyby przewaliła wybory stosunkiem głosów 35-30 (albo bardziej spektakularnie), to kombinowania by raczej nie było (bo bardzo ciężko byłoby przekręcić taki wynik). Jeżeli komuś się wydaje, że scenariusz „nie oddamy władzy” jest nierealny, to nieśmiało chciałbym przypomnieć o tym, jak to Zjednoczona Prawica chciała „ponownego przeliczenia głosów”, bo wybory do Senatu nie poszły tak, jak sobie tego partia rządząca życzyła. Tak, te ich protesty zostały odrzucone, ale zapewne tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś w PiSie uznał, że gra jest niewarta świeczki, bo mając stabilną większość w Sejmie jakoś się z tym Senatem przemęczą (a poza tym, może uda się kupić jakiegoś Senatora, albo dwóch?). Będę się musiał w tym miejscu powtórzyć, ale jak tak sobie słuchałem Terleckiego, który opowiadało tym, że te głosy trzeba ponownie przeliczyć: "tak z ciekawości, ale też dla pewności, że nic nie zostało niewłaściwie policzone", to poziom mojego zaufania do państwa się przez to jakoś specjalnie nie podniósł. Na samo zakończenie tych rozważań chciałbym zaznaczyć, że nie twierdzę, że Zjednoczona Prawica będzie odpierdalać Trumpa. Twierdzę jedynie, że taki scenariusz jest prawdopodobny (biorąc pod rozwagę to, że ci ludzie na serio wierzyli w to, że Trump „wygra”), a co gorsza, Polska nie ma wbudowanych bezpieczników (być może jakieś tam kiedyś były, ale PiS wymontował wszystkie), dzięki którym tego rodzaju działania byłyby równie bezsensowne, co show Trumpa.


Właśnie sobie zdałem sprawę z tego, że choć poruszyłem dopiero dwie kwestie, wystarczyłoby tego na osobną notkę (albo na dwie krótkie). Ponieważ jednak jest to Przegląd, idziemy dalej. Teraz zajmiemy się problemem, z którym od dłuższego czasu mierzy się Zjednoczona Prawica. Problemem tym jest to, że jakoś tak się składa, że konta prawicowych polityków bardzo często padają ofiarami ataków hakerskich, a przynajmniej tak to wygląda w prawicowych narracjach. Mechanizm jest prosty jak budowa cepa (wiele mnie kosztowało powstrzymanie się od żartu na temat pewnego fana Carycy Katarzyny): na koncie prawicowego polityka pojawia się jakiś przegięty wpis, wywołuje on shitstorm, a następnie okazuje się, że autorem wcale nie był właściciel strony (Niesamowite, niesamowite, dekoracja pokoju jest bardzo piękna [tak, wiem, Ziemkiewicz na serio stracił konto na jakiś czas, ale nie zmienia to faktu, że haker wrzucał content na znacznie wyższym poziomie niż właściciel]). Wytłumaczenie „atak hakerów” było stosowane tak często, że jego wiarygodność można spokojnie przyrównać do historii z „zapłakaną kuzynką” w roli głównej (skróconą listę „włamań” znajdziecie w źródłach, dzięki uprzejmości Józefa Monety, który wczoraj o nich przypominał). Wczoraj doszło do kolejnego „włamania”. Tym razem ofiarą padło konto ministry Marleny Maląg, na której oficjalnym fanpeju pojawił się rzyg, z którego wynikało, że kobiety protestujące są be, że w ogóle to przypominają Papuasów (muszę przyznać, że był to bardzo oryginalny przejaw rasizmu) i że powinno się je gdzieś zamknąć, żeby pełniły rolę inkubatorów. Wpis był więc raczej typowym przejawem polsko-prawicowego rasizmu i skrajnej mizoginii. Jednakowoż, jak na wpis na oficjalnym koncie, był on cokolwiek przegięty. Ponieważ momentalnie zrobiło się o nim głośno, bardzo szybko okazało się, że za całą sprawę odpowiedzialny był „atak hakerski”. Ktoś na ćwitrze zwrócił uwagę na to, że te „włamania” są dość ciekawe, albowiem praktycznie za każdym razem jest tak, że na „włamanym” koncie pojawiają się wpisy w sumie zgodne z linią partyjną, ale po prostu przegięte. Moim zdaniem dzieje się tak dlatego, że konta większości polityków i instytucji (pozdro dla Bogdana 607, który prowadzi na ćwitrze konto TVP Info) są prowadzone przez trolle internetowe (czasem trollami są sami właściciele kont), które prowadzą również inne konta. Moim zdaniem, w przeważającej większości przypadków „włamanie” polega na tym, że dzban-admin przygotowuje sobie rzyg na którąś ze swoich troll-stron, a potem zapomina się przelogować i publikuje ją na niewłaściwym fanpejdżu/koncie twitterowym (tak, jak to było z ćwiterowym kontem Polskiego Radia). Kronikarski obowiązek (któryż to już raz w tym tekście) każe wspomnieć o tym, że czasem metoda obrony jest inna i wtedy chodzi o jakiegoś bliżej niesprecyzowanego „asystenta” (tak, jak to było wtedy, gdy na koncie Chłopaka z Biedniejszej Rodziny wylądował mem ze zdjęciem z pogrzebu Sebastiana Karpiniuka [który to mem na ćwitr wrzuciło konto prawie na pewno prowadzone przez kogoś, kogo ojczystym językiem był i jest rosyjski]). Co zrozumiałe, nigdy nie poznajemy personaliów „asystenta” (bo przeważnie jest nim właściciel strony, albo ktoś z jego rodziny, kto współobsługuje jego konto [prawda, panie Doktorze Chłopaku z Biedniejszej Rodziny?]), no dobrze, podygresjowaliśmy sobie, a teraz wracajmy do meritum. Gównoburza była tak wielka, że nawet Ministerstwo Rodziny popierdalało po ćwitrze i tłumaczyło, że HAKIERY TO NAPISALI. Co ciekawe, gdy odpisałem, że raczej troll, który obsługuje kilka kont i się pomylił, ćwit ministerstwa doznał ewaporacji. Można, co prawda, dywagować nad tym, czy wpis, który pojawił się na koncie Marleny Maląg nie był przegięty nawet jak na standardy polskiej gówno-prawicy. Tyle, że to są dywagacje dość jałowe. Po pierwsze dlatego, że PiS dba o to, żeby nie stracić kontaktu z tą mocno pojebaną częścią swojego elektoratu (żeby nie podebrała go Konfederacja), po drugie zaś może chodzić o coś innego. Jeden z ćwiterian zarzucił na swoim koncie teorię, z której wynika, że te „włamania” są robione celowo po to, żeby coraz bardziej podgrzewać atmosferę związaną z protestami przeciwko wprowadzeniu religianckiego zamordyzmu w Polsce. Biorąc pod rozwagę to, że Zjednoczona Prawica robi bardzo wiele, żeby cały czas zaogniać sytuację (przeginanie ze stawianiem zarzutów za udział w protestach, próby zastraszania dzieciaków z liceum, wysyłanie agresywnych karków, żeby ponapierdalali kobiety, szczucie na protestujących/etc./etc.), jest to scenariusz całkiem prawdopodobny. Wiadomym jest, że na mówienie, pisanie pewnych rzeczy polityk „mainstreamowy” nie może sobie pozwolić (no chyba, że jest Vlogerem Dariuszem), ale od czego są patoprawicowe fanpeje? Nawiasem mówiąc nie wiem, ile prawdy jest w tym, że Zjednoczona Prawica chce opublikować wyrok Trybunału Przyłębskiego w wigilię, ale takie działanie by mnie ni cholery nie zdziwiło. Na portalu Wirtualna Polska pojawił się artykuł o tym, że policja potwierdza zhakowanie konta Marleny Maląg i że było ono „odzyskiwane dwa razy” (cokolwiek miałoby to znaczyć), ale, szczerze mówiąc, ze względu na zerową wiarygodność policji, mam to w dupie, bo ta sama formacja tłumaczy od dłuższego czasu, że agresywny kark z pałką teleskopową miał prawo do napierdalania ludzi na proteście.


Już po napisaniu powyższego kawałka, ktoś wrzucił na ćwitr oświadczenie umieszczone na FB Tadeusza Cymańskiego, w którym stało, że ktoś mu pomagał w prowadzeniu konta, ktoś się tamtemu komuś włamał na jego konto i publikował jakieś niecne treści na koncie Cymańskiego. Oświadczenie było spointowane w sposób następujący: „Z relacji medialnych wynika, że to już czwarte przejęcie konta posła Zjednoczonej Prawicy w ciągu ostatnich tygodni.”. W przysłowiowym międzyczasie na Interii pojawił się wywiad z posłem Duszkiem, na którego kontach w soszjalach pojawiły się, ekhm, dość prywatne zdjęcia jego i jego partnerki (we wpisach ktoś sugerował, że to miała być jego asystentka etc.). O ile sama akcja z wrzucaniem zdjęć tego rodzaju z daleka pachniała faktycznym włamem (względnie, zgubionym telefonem [skądś przecież te prywatne zdjęcia się musiały wziać]) etc., to po przeczytaniu wywiadu z Marcinem Duszkiem w mojej głowie kołatała się tylko jedna myśl, którą było „co się tu, kurwa, dzieje”. Najpierw Duszek zaczął opowiadać o tym, że w sumie to już wcześniej jakieś dziwne treści się pojawiły na jego koncie, ale „zbagatelizowałem sprawę, uznawałem to za głupi żart”. Potem zaczęło się tłumaczenie „o co chodziło temu, kto to zrobi”. Pozwolę sobie powycinać kawałki wypowiedzi, żebyście mogli docenić mnogość narracji: „W końcu przyszedł listopad i uderzenie zdjęciami, które miały mnie skompromitować. (…) Cały ten incydent na pewno poważnie nadwątlił naszą relację (Duszka i jego partnerki, przypis mój własny), ale podejrzewam, że atak mógł mieć właśnie taki cel (…) Do tej pory mamy świadomość, że zrobił to ktoś, kto chciał zaszkodzić nam lub ośmieszyć moją formację polityczną (…) Mam podejrzenia, że nasz sprzęt jest szpiegowany”. Podsumowując, ktoś chciał skompromitować posła Duszka, namieszać mu w związku i ośmieszyć jego formację polityczną. W wywiadzie Duszek opowiada jeszcze o konflikcie z kolegą posłem z PiS (w tle jest standardowa przypadłość Zjednoczonej Prawicy: obsadzanie stołków „swojakami). Skłamałbym, gdybym napisał, że wiem, co się tam odjebało. Nie chciałbym być źle zrozumiany, ja nie wykluczam tego, że tym ludziom faktycznie ktoś się może włamywać na konta, ale po pierwsze (o czym już wspominałem) jakoś tak się składa, że przeważnie po „włamaniach” na kontach pojawiają się prawackie narracje „na sterydach”, po drugie zaś, jeżeli faktycznie ktoś się Zjednoczonej Prawicy włamuje na konta i jest to proceder, który trwa już od jakiegoś czasu, to gdzie są, kurwa, służby w „tenkraju”? Ja wiem, że zajmują się, między innymi, pałowaniem kobiet i szykanowaniem obywateli, ale ktoś by chyba potraktował takie zagrożenie poważnie, prawda? No chyba, że sami siebie nawzajem hakują w ramach wewnątrzpartyjnych napierdalanek.


Na sam koniec Przeglądu zostawiłem sobie Polską Policję. O tym, że oficjalny fanpejdż Komendy Głównej Policji lubi udostępniać posty typa, który prowadzi Psy Dają Głos, zapewne już wiecie. O tym, że są to średnio mądre posty, też wiecie. Ja też to wszystko wiem, ale jednak to, co się wczoraj (tzn. we wtorek, bo Przegląd dopisywałem w środę) odjebało na tymże koncie, trochę mnie zaskoczyło. Na PDG pojawił się wpis mutacja „zapłakanej kuzynki”. Tym razem chodziło o to, że jakiś typ chciał iść do policji, ale partnerka nie chciała mu na to pozwolić i kazała wybierać „policja albo ona”. Pointa pewnie nikogo nie zaskoczy „Szkoda, bo miałem bardzo fajną dziewczynę”. A teraz odstawcie żenadometry, bo zaraz wybuchną. Otóż, historia ta była opatrzona zdjęciami atrakcyjnych policjantek w maseczkach i dopiskiem „Panowie nie lękajcie się...” (trochę mnie dziwi to, że Pewien Instytut, O Którym Nie Można Mówić, Wiecie Czego jeszcze nie przyjebał typowi sprawą za obrazę uczuć religijnych, bo to wszak parafraza). Żenadometr jeszcze cały? No to teraz sobie do tego dodajcie fakt, że post ten został udostępniony przez oficjalny fanpej KGP. Ponieważ zjebano ich za to na funty, post zniknął z KGP (nadal wisi na Psach, które Dają Głos). Aż dziw bierze, że nikt jeszcze nie powiedział, że to konto padło ofiarą hakerów. Swoją drogą, ciekaw jestem, kto tym zawiaduje. Jest to bowiem osoba, której twórczość mogłaby się doczekać książki pt. „jak, kurwa, nigdy, ale to nigdy nie prowadzić jakiegokolwiek fanpejdża, podpiętego pod poważną instytucję”. Ja wiem, że to musi być jakiś spektakularny osobnik, ale podziwiam absolutny brak refleksji i udostępnianie gówno-wpisu, którego przekaz w uproszczeniu sprowadza się do „no wiecie, mamy tutaj atrakcyjne kobiety, więc, hehe, se poruchacie, hehehe”. Aczkolwiek pewnie ja się tylko czepiam, bo przecież to usunęli, a to znaczy, że to się nie stało, prawda?


Źródła:

https://biznes.wprost.pl/firmy-i-rynki/10396568/pkn-orlen-kupuje-polska-press-w-portfolio-grupy-sa-serwisy-tygodniki-dzienniki-i-drukarnie.html

https://samorzad.pap.pl/kategoria/wybory/lista-wojtow-publikujemy-nazwiska-blisko-25-tys-wojtow-burmistrzow-i-prezydentow

https://nto.pl/szara-eminencja-zwolniona-za-syna/ar/4058083

https://wyborcza.pl/7,162657,26585563,do-dziennikarzy-polska-presse-nie-mozemy-od-nikogo-wymagac.html

https://serwisy.gazetaprawna.pl/media/artykuly/1489413,dekoncentracja-mediow-repolonizacja-koncesje-pis-joanna-lichocka.html

https://wyborcza.pl/7,75398,26602797,onet-orlen-chce-kupic-rzeczpospolita-i-parkiet.html

Od 02:40

https://www.youtube.com/watch?v=xyGr_huFMh4

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/wybory-w-usa-szczerski-to-pierwsza-tura-druga-bedzie-batalia-sadowa/fwypv78

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-wybory-prezydenckie-w-usa-2020/fakty/news-duda-pogratulowal-bidenowi-udanej-kampanii-spychalski-tlumac,nId,4842858

https://twitter.com/Bart_Wielinski/status/1338787065341882369

https://www.tvp.info/51255307/wybory-w-usa-prokurator-generalny-teksasu-ken-paxton-pozwal-cztery-stany-ktore-moga-dac-zwyciestwo-donaldowi-trumpowi

https://www.tvp.info/51296522/wybory-w-usa-sad-najwyzszy-odrzucil-wniosek-o-anulowanie-glosow-czterech-stanow

https://wydarzenia.interia.pl/dziki-kraj-dziki-swiat/news-jak-zatrudniac-w-spolkach-skarbu-panstwa-wyjasnia-radoslaw-f,nId,4722914

https://www.portalsamorzadowy.pl/polityka-i-spoleczenstwo/mnoza-sie-zastrzezenia-do-glosowania-w-dps-ach,204008.html

https://tvn24.pl/polska/pis-chce-ponownego-przeliczenia-glosow-w-wyborach-do-senatu-w-szesciu-okregach-wnioski-do-sadu-najwyzszego-ra979209-2293497

https://dziennikzachodni.pl/wybory-2019-nie-bedzie-ponownego-liczenia-glosow-w-senackim-okregu-75-katowice-jest-decyzja-sadu-najwyzszego/ar/c1-14540997

https://twitter.com/jozefmoneta/status/1338890602071592960

https://twitter.com/jsuchecka/status/1042523218714738688

https://twitter.com/RzecznikPiS/status/1321786417282953216

https://twitter.com/jozefmoneta/status/1338889437359517698

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1338824451685834753

https://twitter.com/Lewactwo/status/1338939244828647426

https://wiadomosci.wp.pl/policja-potwierdza-konto-minister-malag-zostalo-zhakowane-6586817801030432a

https://www.facebook.com/cymanskitadeusz/posts/3196055973832525

https://wydarzenia.interia.pl/autor/jakub-szczepanski/news-marcin-duszek-dla-interii-stracilem-calkowicie-kontrole-nad-,nId,4928840

https://www.facebook.com/psydajaglos/posts/750774212196730




Quis custodiet ipsos custodes
04.12.2020
Notka miała mieć tytuł „zło konieczne”, ale uznałem, że łacińska sentencja będzie bardziej pasowała do pełnego wulgaryzmów tekstu, napisanego przez podkarpacianina. Jak się zapewne domyślacie, będzie traktowała o polskiej policji, która ostatnimi czasy postanowiła bić rekordy (niestety, nie tylko rekordy) w byciu chujowym.


Co prawda kiedyś już o tym wspominałem (ale nie wiem, czy był to głośny tekst [tak, nadal mnie to bawi]), ale na wszelki wypadek powtórzę jeszcze raz (i pewnie rozwinę myśl): policja jest niezbędna, ale jest ona złem koniecznym. W gigantycznym uproszczeniu jest to służba, której daliśmy prawo do bicia i zabijania naszych współobywateli, żeby ci współobywatele nie bili i nie zabijali innych. Takich organizacji jest kilka (np. wojsko) i każda z nich, z racji „uprawnień”, które otrzymała, powinna podlegać drobiazgowej kontroli. Prawda jest bowiem taka, że jeżeli ktoś ma prawo do bicia „niektórych ludzi” (których, na ten przykład, trzeba powstrzymać przed zrobieniem krzywdy innym), to może sobie to prawo twórczo rozciągnąć na bicie ludzi, którzy się mu nie podobają. Co zrozumiałe, z tą kontrolą zawsze były problemy, bo przecież złożenie zeznań obciążających funfla to by było „donoszenie”. Drugim problemem było to, że w momencie, w którym dochodziło do konfliktu na linii obywatel – funkcjonariusz policji, który to konflikt miał swój finał na sali sądowej, to się często okazywało, że policjant zawsze ma rację (a co za tym idzie, obywatel kłamie). Jak tak sobie czytam wymiany ćwitów pomiędzy adwokatami, to (cóż za brak zaskoczenia) okazuje się, że tego rodzaju mechanizm nadal działa i ma się doskonale. To są takie „typowe” problemy policyjne, związane z nadużywaniem władzy i powiązane z ochroną, którą policjantom zapewniały pozostałe odnogi wymiaru sprawiedliwości.


To jest nawiasem mówiąc dość skomplikowana kwestia, bo z jednej strony, doskonale rozumiem dlaczego wymiar sprawiedliwości jakoś tak bardziej ufa bagieciarni, która znalazła u kogoś w domu kilka kilogramów koksu niż temu, u kogo ów koks znaleźli, kiedy zaczyna opowiadać o tym, że mu ten koks policja podrzuciła. Z drugiej zaś strony, wymiar sprawiedliwości powinien zabezpieczać obywateli przed sytuacjami, w których policja (czy też inne służby) faktycznie bawią się w podrzucanie dowodów. Niestety, w sytuacjach niejasnych, obywatel ma praktycznie z automatu przesrane, bo machina może go rozjechać „w trosce o dobro wymiaru sprawiedliwości”. Pamiętam doskonale, jak mojego znajomego z czasów licealnych skazano (acz dostał zawiasy) za „handel narkotykami”. Cudzysłów został przeze mnie użyty dlatego, że skazano go tylko i wyłącznie na podstawie zeznań jednej osoby, która to osoba miała już na koncie prawomocny wyrok za składanie fałszywych zeznań. Już wcześniej wspomniałem o źle pojętej solidarności zawodowej. Dawno temu zwróciłem uwagę na pewną zależność. Otóż, gdy policjant opowiadał o kolizji/wypadku drogowym, w którym udział wzięli zwykli obywatele, praktycznie od razu podawano przyczynę, dla której doszło do kolizji. Zupełnie inaczej rzecz się miała gdy w kolizji/wypadku brał udział inny policjant. Wtedy bowiem okazywało się, że w sumie to nic nie wiadomo, a sprawa musi zostać wyjaśniona. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że dokładnie taką samą powściągliwość można było zachować w każdej innej sytuacji. Najbardziej spektakularną była wypowiedź, która wbiła mi się w pamięć (niestety, nie dam rady tego oźródłować, bo było to kilkanaście lat temu). Bodajże w Rzeszowie pewnej nocy doszło do wypadku drogowego. Kierowca sobie wjechał na skrzyżowanie na zielonym świetle i przyjebał w niego jakiś kretyn, który uznał, że czerwone światło ogranicza jego wolność. Kierowca, który wjechał sobie na zielonym zginął na miejscu. Co na ten temat miał do powiedzenia policjant? Otóż, tego, który wjechał na zielonym „zabiła rutyna”. Aczkolwiek może po prostu czegoś nie zrozumiałem i „Rutyna” to było nazwisko idioty, który wjechał na skrzyżowanie „na czerwonym” z ogromną prędkością.


Ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że to nie jest jedyne środowisko, które ma spore problemy z publicznym przyznaniem się do tego, że ten, czy inny przedstawiciel tegoż środowiska coś zjebał. Niemniej jednak, tak się jakoś złożyło, że w przypadku tego konkretnego środowiska, jakoś tak się wszyscy przyzwyczailiśmy i do zjebywania i do idiotycznych tłumaczeń (a czasami ordynarnego ściemniania). Pozwolę sobie w tym miejscu na przypomnienie kilku, dość spektakularnych dokonań polskiej policji. Od razu nadmieniam, że zacznę od tych dość starych. "14 marca 2000 roku doszło do tragedii. Z klatki cyrku „Korona” wydostały się trzy tygrysy. Dwa złapano szybko, ale jeden uciekł z terenu cyrku: „Zwierzę krążyło po okolicy przez prawie dwie godziny. Na miejsce wysłano w radiowozach dwie załogi; wkrótce nadciągnęły posiłki. Jednocześnie, na własną rękę, obławę prowadziło kilkunastu pracowników cyrku. (…) Stacje telewizyjne pokazały potem, jak osaczone w lasku zwierzę wymyka się obławie. Tygrys przewrócił weterynarza i pobiegł dalej. Podnoszącego się 43-letniego mężczyznę trafiła w głowę kula, którą wystrzelił biegnący kilka metrów dalej policjant. Weterynarz zmarł w drodze do szpitala.”.  Ja tam specjalistą od strzelectwa nie jestem, ale wydaje mi się, że jeżeli ktoś strzelał w biegu, to ów ktoś raczej nie powinien mieć prawa do posługiwania się bronią palną. O tym, że strzelając do tygrysa nie zwrócił uwagi na weterynarza, wspominać chyba nie trzeba. Jak wyglądały pierwsze komunikaty policji? Jeżeli pomyśleliście sobie „pewnie kłamali”, to mieliście rację: „Początkowo policja utrzymywała, że Ryszarda Karczewskiego zabił tygrys. Jako pierwsza informację o postrzale w głowę weterynarza podała Prokuratura Rejonowa na Pradze-Północ.”. Potem policja usiłowała zwalić winę na pogotowie za to, że „nie przyjechało”. Tę konkretną ściemę debunkował rzecznik warszawskiego pogotowia (który mógł się podeprzeć dokumentacją [godziny połączeń, wyjazdu karetki, przyjazdu na miejsce/etc]).


Drugą sytuacja, którą chciałem przypomnieć jest ta, do której doszło w maju 2004. Tutaj pozwolę sobie na zacytowanie artykułu, który został wtedy napisany „na świeżo”: „Do tragedii doszło w nocy z czwartku na piątek. 19-letni Łukasz T. i jego rówieśnik Daniel L. wracali z podpoznańskiego Swarzędza. Ok. godz. 22.30 byli już w Poznaniu. Zatrzymali się osobowym roverem na czerwonych światłach. Przed nimi stał jeden samochód, za nimi zahamował drugi. Nagle z obydwu wyskoczyli czterej mężczyźni z pistoletami w rękach. Dalsze wypadki zrelacjonował prokuraturze przechodzień: "Rover cofnął się z piskiem opon uderzając w samochód z tyłu. Potem dał gazu do przodu, ominął pierwszy samochód i zaczął uciekać. Wtedy mężczyźni zaczęli strzelać. Rover nagle skręcił i staranował płot jakiejś posesji. Zatrzymał się dopiero na drzewie". W masce rovera znaleziono 20 dziur po kulach. Łukasz, który siedział za kierownicą auta, zmarł pomimo reanimacji. Miał przestrzeloną głowę. Daniel trafił do szpitala w stanie ciężkim. Walczy o życie.”  Sprawa bardzo długo „poniewierała się” po sądach. Jak długo? Chciałoby się rzec, wystarczająco długo: „Policjanci mogą się bronić, ale nie w każdej sytuacji. W czasie akcji w Poznaniu nie mieli prawa strzelać - uznał sąd. Nie skazał ich, bo zarzuty się przedawniły.”.  W trakcie trwania procesu okazało się, że policjanci mieli „blachy”, a poza tym krzyczeli „stój, policja”. Tyle że cytowany wcześniej świadek (w tekście napisano, że „zrelacjonował” to, co się stało, ale jestem się w stanie założyć o wiele, że była to niechlujność autora artykułu i chodziło o złożenie zeznań) powiedział, że z zewnątrz wyglądało to tak, że z aut wyskoczyło paru typów z giwerami. Wziąwszy pod rozwagę powyższy opis sytuacyjny, raczej ciężko się dziwić temu, że kierowca chciał uciekać.  Przysłowiową cebulą na torcie było to, co działo się z policjantami zaraz po całym zajściu: „Policjanci, którzy przeprowadzili pechową akcję, jeszcze w piątek trafili na oddział psychiatryczny jednego ze szpitali. Lekarz nie pozwala ich przesłuchać, bo są w szoku. Wcześniej tłumaczyli, że uciekający rover jechał wprost na jednego z policjantów, dlatego użyli broni.- To doświadczeni funkcjonariusze. Mieli bardzo dobrą opinię - mówi Ewa Olkiewicz z wielkopolskiej policji.”. Wiecie, ja rozumiem, że pojedynczy pan bagieta mógłby faktycznie być w szoku. Dobra, może dwóch. Ale kiedy sobie czytałem (sprawę obserwowałem wtedy na bieżąco), że wszyscy funkcjonariusze biorący udział w akcji trafili na oddział psychiatryczny, to się poczułem robiony w chuja. Jestem się w stanie założyć o bardzo wiele, że cała akcja z „trafieniem na oddział psychiatryczny” miała na celu kupienie trochę czasu po to, żeby ustalić zeznania, bo raczej wiadome było, że wpakowanie kilku magazynków w przypadkowe auto, zabicie kierowcy i ciężkie zranienie pasażera, musi się skończyć srogim przypałem. Rzecz jasna, jakoś tak się złożyło, że w oficjalnych komunikatach, płynących ze strony policji brakło choćby wzmianki o tym, że być może mogło dojść do jakichś nieprawidłowości.


Wydawać by się mogło, że po takiej akcji w policji zostaną ogarnięte jakieś sensowne procedury i szkolenia, które sprawią, że tego rodzaju „zabójcze pomyłki” (to nie ja, to tytuł artykułu, który został napisany „na świeżo” przez redaktorów Interii) nie będą się powtarzać, prawda? Tylko, że wcale nie. W styczniu 2015 doszło do kolejnej pomyłki, która nie okazała się zabójcza tylko i wyłącznie dlatego, że policjanci chujowo strzelali: „W trakcie zorganizowanej w styczniu tego roku przez policję obławy na podpalaczy jednej z gdańskich kancelarii pomyłkowo zatrzymano pana Macieja. Wieczorem do zaparkowanego auta, w którym siedział mężczyzna podbiegło kilku mężczyzn. W kominiarkach, w cywilnym ubraniu z pistoletami. Wybili szybę w aucie. – Jeden z nich oślepił mnie latarką tak, że nie widziałem co się dzieje, widziałem tylko jakichś nieumundurowanych mężczyzn – opowiada mężczyzna. Kazali mu wysiadać, przestraszył się, że to złodzieje, którzy chcą ukraść jego auto, więc zaczął uciekać. Policjanci ruszyli za nim w pościg, zaczęli strzelać. Kule trafiły w auto pana Macieja cztery razy. – Jedna w koło samochodu, trzy pozostałe w fotele – pasażera, tylną kanapę i bagażnik –mówi pan Maciej. (…) To była pomyłka. Po kilku miesiącach postępowanie zakończono. Śledczy przyznali, że mężczyznę zatrzymano niesłusznie. Usłyszał jednak zarzuty napaści na policjantów, ale prokuratura umorzyła postępowanie. Za poniesione straty nie ma kto zapłacić, a naprawa ostrzelanego auta kosztowała mieszkańca Gdańska kilkanaście tysięcy złotych.”. Uwaga natury ogólnej, biorąc pod rozwagę rozmach polskiej policji, do podobnych sytuacji (nieumundurowani policjanci zatrzymujący omyłkowo nie tych ludzi, co trzeba) prawie na pewno dochodziło w trakcie 11 lat, które upłynęły od zastrzelenia kierowcy w 2004 do próby zastrzelenia kierowcy w 2015, niemniej jednak skupiam się tutaj na tych dokonaniach policmajstrów, które utkwiły mi w pamięci.


Wszystkie wyżej wymienione sytuacje łączy to, że policja „nie przyznawała się do winy” i usiłowała zwalać tę winę na kogoś innego (głównie na ofiary, choć w przypadku zastrzelonego weterynarza próbowano jeszcze zwalić winę na pogotowie). Wiecie, ja rozumiem, że jak już pan bagieta ląduje na ławie oskarżonych, to niekoniecznie będzie musiał mówić prawdę, prawdę i tylko prawdę, bo takie jego prawo, jako oskarżonego. Nawiasem mówiąc, policjantom w takiej sytuacji kłamanie może przychodzić znacznie łatwiej, niż zwykłym obywatelom, bo są przyzwyczajeni do tego, że ich słowo „waży” więcej od tego wypowiedzianego przez przeciętnego zjadacza chleba. To jest dla mnie zrozumiałe. Niemniej jednak przez dłuższy czas nie byłem w stanie pojąć tego, jak bardzo policja (jako instytucja) ma wyjebane na naprawianie tego, co zjebała i w ogóle nie przejmuje się swoim wizerunkiem. Czy instytucja przyznając się do winy czymkolwiek ryzykuje? Chyba tylko tym, że ktoś zacznie ją postrzegać lepiej, niż bandę kombinatorów, która robi wszystko byle tylko „ochronić swojego”. Dopiero gdy zacząłem sobie pisać ten tekst, dotarło do mnie to, że policja mogła mieć wyjebane na swój wizerunek, ze względu na to, że jest niezbędna (aka „zło konieczne”) i jej funkcjonariusze są tego świadomi (obstawiam, że to pracownicy „firmy” najczęściej tworzą komentarze: teraz hejtujesz policję, ale jak coś się stanie, to będziesz po nią dzwonił!!!!111). To zaś, że jest niezbędna sprawia, że kwestie wizerunkowe stają się dla otoczenia zewnętrznego cokolwiek drugorzędne. Policmajstry doskonale zdają sobie z tego sprawę i dlatego w momencie, w którym pojawia się dylemat „chronić funfla”, czy „dbać o dobre imię policji”, to praktycznie nie ma żadnego dylematu. Zanim mi tu ktoś wyskoczy, że „nie wszyscy policjanci”, to ja takiej osobie powiem, że ja sobie z tego zdaję sprawę, tyle, że to nie ma żadnego znaczenia, bo wystarczy, że takie podejście mają złole w mundurach i ich bezpośrednie otoczenie (które wie o tym, że to złole, ale to ich koledzy, tak więc...).


To, co dla każdej innej organizacji byłoby PR-owym koszmarem (również dla Kościoła, któremu teraz wszystko przypominane jest hurtowo), w przypadku policji okazało się być bez znaczenia z jeszcze jednej przyczyny. Otóż pozwolę sobie na pewną generalizację (tak więc, znowu będą anecdaty), ale z perspektywy kogoś, kto wychował się na zadupiu wygląda to tak, że po prostu się do tego przyzwyczailiśmy. Prawdą bowiem było to, że żeby „spisywanie” zamieniło się w „noc na dołku”, wystarczyło krzywe spojrzenie na pana bagietę albo wyrażenie krytycznej opinii (np. „może zamiast spisywać ludzi, zajęlibyście się tym, czy owym”). Od razu nadmieniam, że mnie się takowa sytuacja nie przydarzyła, ale osobom z mojego otoczenia już owszem (mnie to ominęło, bo bardzo szybko uczyłem się na cudzych błędach). Tym samym, jak tak patrzyłem na wysrywy Rafała Wosia, który po ostatnich wyskokach policji (napierdalanie pokojowo protestujących [przejdziemy do tego w dalszej części tekstu]/etc.) był łaskaw napisać: „Widzę, że mieszczaństwo dowiaduje się z pewnym opóźnieniem tego, co kibice oraz raperzy wiedzieli o policji już dość dawno temu #28.09.97” (do ćwita dołączony był link do utworu Molesty, którego tytuł Woś wrzucił w hashtagu [w dalszej części tekstu odniosę się do treści tego utworu, w telegraficznym skrócie, chodzi tam, między innymi o przemoc policyjną]), to mnie przysłowiowy chuj strzelił. Tak się bowiem składa, że żeby doświadczyć „niedelikatności” policji nie trzeba było być kibolem, ani raperem – wystarczyło być młodym człowiekiem, który trafił na nudzącego się pana bagietę. Gdyby Woś miał, kurwa, jakiekolwiek pojęcie o tym, jak wyglądało życie poza jego przeintelektualizowaną banieczką, to w życiu nie napisałby takiego idiotyzmu. Ciekawym, ile razy „reprezentujący lud” Woś (ciekawe, czy on sobie w ogóle, kurwa, zdaje sprawę z tego, że sam jest „mieszczaninem”?) został „spisany” tylko i wyłącznie dlatego, że pan bagieta miał taki, a nie inny kaprys. Nie chciałbym być źle zrozumiany. To nie jest tak, że ja uważam „spisanie” za przejaw brutalności policji (no bo, kurwa, szanujmy się). Niemniej jednak, „spisywanie” bez żadnego trybu, jest przejawem lekkiego nadużywania władzy, którą pan bagieta ma nad zwykłym obywatelem. Poza tym, w trakcie spisywania policjanci często (najprawdopodobniej) celowo doprowadzali (używam czasu przeszłego, bo nie wiem, jak to teraz wygląda) do powstania, że tak to ujmę, konfliktowej sytuacji, śmieszkując sobie ze spisywanego np. „hehehe, no to skoro pan zdał maturę i jeszcze nie zdawał egzaminów na studia, to hehehe, pan jest bezrobotny, hehehe” (mogło być gorzej i pan bagieta mógł mnie nazwać pasożytem społecznym). I znowuż takie śmieszkowanie nikomu krzywdy nie robi, ale drugiej strony mam świadomość tego, że te heheszki miały na celu doprowadzenie to tego, żeby "spisywany" się zdenerwował, bo jak się zdenerwuje, to może powie słowo za dużo, albo zrobi coś głupiego, a jak już zrobi, o będzie można z nim inaczej zatańczyć.


Kiedyś zostaliśmy z kolegą „spisani” tylko i wyłącznie dlatego, że w nocy wracaliśmy z akademika (wcale nie był to akademik w okolicach Ronda Matecznego w Krakowie), do średnio wyremontowanego mieszkania tegoż kolegi. Bagiety zajechały nam drogę i zaczęły nas „spisywać”, w trakcie spisywania zaczęli się dopytywać „co mamy w bagażach”. Podczas okazywania zawartości bagaży, kumpel się trochę wkurwił i na pytanie „co pan ma w tej mniejszej reklamówce, którą ma pan w plecaku” odpowiedział „brudne majtki”. Zanim pan bagieta zdążył się wkurwić na chamstwo gówniarza, kolega dokonał okazania bielizny, którą faktycznie miał w reklamówce (słowo wyjaśnienia: ponieważ kolegi mieszkanie było niewyremontowane [łazienka składała się głównie z betonu i miednicy], kolega się mył po znajomości w akademiku). Czasem dochodziło do wątków humorystycznych i np. policjantów bardzo interesowało to, czy nie możemy spać. Kontekstem tegoż pytania będzie to, że siedzieliśmy sobie ze znajomym na jakichś betonowych płytach i prowadziliśmy (jak na średnio trzeźwych ludzi przystało) debatę filozoficzną. W pewnym momencie podjechała pod nas bagieciarnia i pan bagieta zapytał (z racji tego, że byłem nie do końca trzeźwy, nie pamiętam, czy zapytał z troską w głosie), czy nie możemy spać. Po tym, jak grzecznie zapytałem pana bagietę o to, czy jesteśmy może zbyt głośno, pan bagieta powiedział, że w sumie to on nie powiedział, że jesteśmy głośno i sobie pojechał (z wrażenia zapomniał nas „spisać). Kiedyś pan policjant sprawdził mi liczbę punktów karnych. Niby standardowa procedura, ale chyba nie w przypadku kogoś, kto siedzi na tylnym siedzeniu samochodu (albowiem byłem podwożony do domu). Jeszcze innym razem, kiedy ujebano mi lusterko w starym oplu, popełniłem ten błąd, że zadzwoniłem na policję (bo mnie kolega namówił, bo przecież trzeba zgłosić, bo to, bo sramto). Policja przyjechała, popatrzyła, powiedziała „no tak, ujebane lusterko” i zaczęli jakieś kwity sobie pisać. W pewnym momencie padło pytanie o to, „ile takie lusterko”. Ponieważ ni cholery nie wiedziałem, odparłem, że gdzieś tak z 500 zeta z montażem. No i wtedy się zaczęło, że gdzie tam, to stare auto przeca i na pewno byłoby taniej. Dopiero po jakimś czasie się zorientowałem, że kwota, którą ostatecznie sobie tam wpisali w papiery była mniejsza od tej, powyżej której wykroczenie zamienia się w przestępstwo. Moje przygody z policją nie były spektakularne (czytaj: nie dostałem nigdy wpierdolu), ale głównie dlatego, że wiedziałem, że jak człowieka w nocy spisują, to trzeba się zachowywać bardzo spokojnie i nie komentować, nawet jeżeli pan bagieta pozwala sobie na jakieś docinki. Gdybym uczył się wolniej, to pewnie moje doświadczenia z policją byłyby znacznie bardziej efektowne.


Zanim przejdę do dalszej części tekstu, chciałbym się jeszcze pochylić nad wiekopomnym ćwitem Wosia. Otóż, ma on trochę racji: tak, policjanci traktowali kiboli ostro. Uwaga natury ogólnej, redaktor Woś, tak samo, jak inni jego koledzy uprawiający kibolomanię, celowo używa określenia „kibic”, opisując środowiska kibolskie. W teorii, główny zainteresowany tłumaczyłby to pewnie tak, że jak się mówi kibol, to mamy do czynienia z klasizmem/etc. W praktyce, chodzi o to, żeby urabiać odbiorcę i próbować go przekonać do tego, że policja brutalnie traktuje zwykłych kibiców (zapewne to te same rodziny z dziećmi, które ganiały kobiety i demolowały miasto 11 listopada). No, ale to dygresja. Paradoksalnie, odklejenie Wosia sprawiło, że nieco łatwiej będzie opisać przyczyny, dla których policja zachowywała się tak, a nie inaczej względem tych środowisk. Otóż, zdaniem Wosia, linkowany utwór Molesty dowodzi tego, że policja jest brutalna. Tym, co Wosiowi umknęło całkowicie (co mnie nieszczególnie dziwi) było to, że piosenka zaczyna się od opisu tego, że podmiot liryczny razem z ziomkami przemierza dzielnicę (wszyscy mają łamigłówki) celem spuszczenia komuś wpierdolu. Potem zostają zatrzymani przez bagieciarnie i obici na komendzie policji. Zanim ktoś pierdolnie na zawał: nie, to, że jakieś bandosy chciały kogoś obić brechami nie oznacza, że powinno się tychże bandosów napierdalać na komendzie. Osobną kwestią jest to, że tego rodzaju „przygody” na komendach spotykały nie tylko bandosów, ale tego kibolomaniak Woś raczej nie ogarnia. Jeszcze bardziej osobną kwestią jest to, że piosenka, którą zacytował Woś, nijak się kurwa ma do opisu reakcji policjantów na protesty przeciwko decyzji Trybunału Przyłębskiego. Owszem, to co dzieje się teraz, mogło mieć swoją genezę w tym, że obywatelom łatwiej jest zaakceptować obijanie ludzi na komendzie, kiedy spotyka to przedstawicieli agresywnych subkultur. Przyznam się w tym miejscu szczerze, że choć wiem, że to, co robiła (i nadal robi) policja jest chujowe, to bardzo ciężko mi współczuć usterydzonym brysiom, które napierdalają przypadkowych ludzi „dla hecy”. Niestety, milcząca akceptacja tego rodzaju działań policji to coś w rodzaju pułapki myślowej. Jeżeli bowiem odpowiednio długo będziemy trwali w przeświadczeniu, że policja „bije tylko złych, więc zwykli ludzie nie mają się czego bać”, to potem bardzo łatwo będzie nas przekonać do tego, że skoro policja kogoś bije, to ten ktoś pewnie jest zły. Dotychczasowym rządom (poza tymi sprzed 1989) niespecjalnie zależało na budowaniu takich narracji, ale po 2015 życie w Polsce zmieniło się w wielu wymiarach i to był jeden z nich (o czym więcej napiszę w dalszej części tekstu). Dlatego też rządowe media (i politycy partii rządzącej z Doktorem Chłopakiem z Biedniejszej Rodziny na czele) rzucili się do flekowania Rzecznika Praw Obywatelskich, Adama Bodnara, który zwrócił uwagę na to, że być może policja przesadziła w trakcie przesłuchania Jakuba A., podejrzanego o zamordowanie 10-letniej dziewczynki. TVP Info rzuciło wtedy artykuł o łamiącym tytule: „Bodnar broni interesów mordercy dziecka?”  


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Jeżeli chodzi o moje przygody z nudzącą się bagieciarnią, to skończyły się one wtedy, gdy moja morda zrobiła się nieco bardziej zakazana z racji mojego przesuwania się na osi czasu (jeżeli ktoś woli bardziej literackie wyjaśnienie: im więcej czasu spędzałem na podkarpackich stepach, tym dłużej wiatr smagał moje lico podkarpackiego intelektualisty). Skłaniałbym się więc ku tezie takiej, że nudząca się bagieciarnia jakoś tak chętniej zaczepia młodych ludzi. W szczególności zaś takich, którzy nie wyglądają na osobników mogących stanowić zagrożenie dla szukającego rozrywki stróża prawa. Moje doświadczenia związane ze stróżami prawa były takie, a nie inne (zaś z wiarygodnych źródeł wiedziałem, że bywa znacznie gorzej). Poza tym, w czasie, w którym kształtował się mój szeroko pojęty światopogląd na sprawy różne, mogłem zaobserwować to, co policja zrobiła w Słupsku w styczniu 1998, kiedy to policjant zabił młodego kibica, a prokuratura i policja zaczęły tłumaczyć, że w sumie to on się sam wtedy zabił, bo uderzył głową w słup trolejbusowy. W miarę przybierania na wiosnach, w głowie gromadziło mi się coraz więcej tego rodzaju „wspomnień”.  Niemniej jednak, kiedy przeczytałem o tym, że policja zabiła kierowcę, który usiłował uciec przed nieumundurowanymi typami, wymachującymi giwerami, trochę mnie to zaskoczyło. Nie zaskoczyło mnie jednakże to, że policja od początku zaczęła kombinować (vide „wszyscy w szoku”).


Tak na dobrą sprawę to, co napisałem powyżej, to był bardzo długi wstęp, który miał osadzić w odpowiednim kontekście właściwą część tekstu. Do tej pory mieliśmy bowiem do czynienia z sytuacją, w której policja, przyzwyczajona do tego, że „wolno jej więcej”, korzystała z tego (nieformalnego) prawa. Jeżeli zaś „firma” potrafiła bronić swoich nawet wtedy, gdy ci ewidentnie coś zjebali, to pomyślcie sobie tylko, jak to musiało wyglądać w sytuacjach „niemedialnych”. Aczkolwiek to jedynie dygresja. Reasumując, do 2015 mieliśmy do czynienia z organizacją, która od czasu do czasu srogo przeginała. Po 2015 zmieniło się tyle, że przegina znacznie bardziej, ale nie musi się bać o jakiekolwiek konsekwencje, jeżeli przegina w odpowiednią stronę. Sama zaś policja, które już wcześniej nie radziła sobie z problemami natury wizerunkowej (bo miała to w dupie) teraz zalicza spektakularny meltdown. Spadek zaufania do tej instytucji można mierzyć słupkami sondażowymi: „W przypadku zaufania do policji mamy do czynienia z ogromnym spadkiem. Jeszcze w 2016 r. formacji tej ufało aż 70 proc. Polaków. Rok później nastąpił spadek, jednak nie tak duży jak obecnie. W ciągu czterech lat zaufanie do policji spadło aż o 25 pkt proc.”. Jednakże znacznie lepszym narzędziem analitycznym nastrojów panujących w społeczeństwie może być to, że na portalu „Magazyn Bieganie” pojawił się artykuł pt: „Jak uciec przed pościgiem. Poradnik taktyczny”, który to artykuł zaczynał się od leadu: „Czasy mamy niepewne, a może być jeszcze gorzej. Na ulicach coraz częściej można spotkać bandytów z pałkami teleskopowymi. Dlatego, w trosce o naszych czytelników, przedstawiamy poradnik taktyczny: ucieczka przed pościgiem oraz sposoby przygotowania.”. Jeżeli kogoś nie przekonują te pałki teleskopowe, to w tekście znalazł się taki fragment: „Jeśli napastnik jest dodatkowo obciążony – czy to kilogramami mięśni czy ekwipunkiem typu kamizelka albo tarcza – jego możliwości manewrowe na dystansie dłuższym niż 20-40 metrów są praktycznie żadne.” (w tym miejscu chciałbym podziękować koledze Marcinowi za podesłanie tekstu).  


Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że władze, które teraz tak bardzo starają się wszystkich przekonać do tego, że policja jest spoko i „bije tych złych”, wcześniej (czytaj, przed przejęciem władzy i na krótko po jej przejęciu, czyli zanim udało się wprowadzić nowe porządki do całej policji) miały inne zdanie na ten temat. Doskonałym przykładem będzie to, co się działo po tym, jak posłowie Prawa i Sprawiedliwości wdali się w przepychanki ze służbami mundurowymi w pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej. W trakcie całego zajścia politycy partii Jarosława Kaczyńskiego, między innymi, przeskakiwali przez barierki i dzierżąc w dłoniach legitymacje poselskie, próbowali taranować mundurowych (warto sobie to zapamiętać). Po całym zajściu działy się takie rzeczy: „Trzy sejmowe komisje na wniosek posłów PiS będą w czwartek debatować nad incydentami, które miały miejsce przed Pałacem Prezydenckim 10 i 11 kwietnia. Chodzi m.in. o poturbowanie - według PiS - dwóch posłanek tej partii podczas obchodów rocznicy katastrofy smoleńskiej.  Sprawą zajmować się będą połączone komisje: administracji i spraw wewnętrznych, sprawiedliwości i praw człowieka oraz regulaminowa i spraw poselskich. "Posiedzenie odbędzie się na wniosek posłów PiS. To głośna sprawa, należy ją wyjaśnić. Od tego są komisje sejmowe" - powiedział PAP przewodniczący komisji administracji i spraw wewnętrznych Marek Biernacki (PO).” . Drugim, równie dobrym przykładem może być to, co działo się po zatrzymaniu zachowującej się agresywnie córki ówczesnej gdańskiej radnej PiS, Anny Kołakowskiej (tej samej Anny Kołakowskiej, która potem wzywała do ogolenia na łyso posłanki PO [prokuratura się wtedy, rzecz jasna, nie dopatrzyła znamion czynu zabronionego]). W Zjednoczonej Prawicy nastąpiło wtedy masowe oburzenie. Oddajmy głos ówczesnemu szefowi MSWiA, Mariuszowi Błaszczakowi: „"powalenie na ziemię, przyduszanie kolanem i krępowani rąk to wykorzystanie nieadekwatnych środków do sytuacji, ponieważ tak policja powinna traktować opryszków i bandytów (…) Policja powinna być silna wobec silnych, a nie silna wobec słabych, a taki obraz widziałem w Gdańsku (…) To jest niezwykle ważne - obywatele muszą czuć się bezpiecznie, a więc muszą czuć się w ten sposób, że jeżeli oczekują pomocy ze strony policji, to mają mieć pewność tego, że ta pomoc zostanie udzielona. A nie, że zostaną skrzywdzeni.”. Zapowiedział również, że: „Po zajściu w Gdańsku wydałem polecenie Komendantowi Głównemu Policji, żeby były konkretne szkolenia wobec policjantów. Policja nie może w taki sposób postępować. To jest barbarzyńskie”. Biorąc pod rozwagę to, co odjebuje policja w trakcie protestów przeciwko decyzji Trybunału Przyłębskiego, strach pomyśleć na czym polegały te szkolenia. Ci sami posłowie (wspierani przez młode dzbany z Solidarnej Polski), opowiadają o tym, że posłanki, które zostały potraktowane gazem dlatego, że wyciągnęły legitymacje poselskie, to są same sobie winne, bo immunitet poselski nie znaczy, że im wolno więcej. Jestem naprawdę bardzo ciekaw, co by się działo, gdyby policja w trakcie tych przepychanek (w źródłach znajdziecie krótki filmik, na którym widać wyraźnie co się wtedy odjebywało) w 2011 zrobiła politykom PiSu to, co teraz robi posłankom. Obstawiam, że byłoby to coś w rodzaju „rząd tego ryżego chuja chce używać policji do zabójstw politycznych”. Tak swoją drogą, jak obejrzycie ten filmik, to się pewnie zaczniecie zastanawiać nad tym, czemu on nie został przerobiony na spot albo też czemu stacje telewizyjne nie puszczają go za każdym razem, gdy jakiś idiota z partii rządzącej opowiada o tym, że „posłanki są same sobie winne, bo coś tam”. Niestety, nie jestem w stanie odpowiedzieć na takie pytanie, ponieważ nie jestem ani politykiem opozycji, ani też polskimi mediami.


Mimo tego, że moje zdanie o polskiej policji jest takie, a nie inne, kiedy kątem ucha usłyszałem, że policjanci użyli „środków przymusu”, bo jednego z nich zaatakowano w trakcie protestu, uwierzyłem w to. Uwierzyłem, albowiem na protesty przychodzą różni ludzie i kogoś po prostu mogło ponieść (bo atmosfera była bardzo nerwowa [również dzięki Pewnemu Prezesowi, który wezwał do napierdalanek ulicznych w imię obrony kościołów, których nikt nie atakował]). Potem zaś, kiedy miałem trochę czasu na szeroko pojęte internetowanie i zobaczyłem „jak było”, okazało się, że policja (ustami swojego rzecznika) po raz kolejny usiłowała zaklinać rzeczywistość. Jedno trzeba policji przyznać: błyskawicznie dostosowywała swoje ściemy do kolejnych filmików, które wpadały do internetów. Najpierw tłumaczyli, że „ktoś zaatakował policjanta”, więc pomogli mu koledzy, którzy capnęli napastnika, a potem bronili się przed ludźmi, którzy usiłowali odbić tegoż napastnika. Potem, kiedy okazało się, że „atak” był próbą odebrania pałki teleskopowej, zaczęli tłumaczyć, że to właśnie tę próbę odebrania pałki teleskopowej mieli na myśli, kiedy mówili o ataku, policjant zaś miał prawo się bronić. Następnie, kiedy okazało się, że typ szedł z rozłożoną pałką w tłumie i zaczęły się pojawiać sugestie, że ludzie mogli poczuć się zagrożeni (patrz, wcześniejsze orędzie do sebixów autorstwa szeregowego wicepremiera), zaczęli tłumaczyć, że no może i szedł z tą pałką, ale jest bagietą, więc ma prawo. Co zrozumiałe, pytania o to, czy nieumundurowany policjant, który idąc w tłumie w pewnym momencie rozkłada pałkę teleskopową aby na pewno działał tak, jak należy – były zbywane mową-trawą, zaś cała rządowa machina propagandowa starała się przekonać ludzi do tego, że skoro policjant bił, to znaczy, że bity musiał sobie na to zasłużyć (bo przecież policja nie bije „tych dobrych”). Jeszcze bardziej potem okazało się, że choć oficjalnie nikt nie próbował podważać tego, że nieumundurowany policjant z pałką teleskopową zrobił coś nie tak, ale nieoficjalne wyjaśnienie (z obowiązkowym obwinianiem ofiary) pojawiło się na oficjalnym fanpejdżu polskiej policji. Mógłbym wam pokazać od razu to, co się tam pojawiło, ale pozwolę sobie zastosować jeden sprytny trick (chcący dowiedzieć o co chodzi, nienawidzą mnie), żebyście mogli w pełni docenić skalę policyjnego zedzbanienia.


Ponieważ zbierałem sobie linki do notki, zwracałem uwagę na różne wzmianki o policji. Razu pewnego natrafiłem na artykuł (datowany na 31 października 2020) pt.: „Policjant "Nie jest twoim wrogiem". Ruszyła ogólnopolska akcja opolskiego mundurowego”. Nie czytając artykułu wrzuciłem go sobie do linkowni, gdzie czekał w kolejce tekstów „do przeczytania”. Jednakowoż moja reakcja na tytuł tekstu była taka, że w sumie ok, ja rozumiem wszystko, ale jeżeli ktoś nie chce być traktowany jak wróg, to niech się przestanie zachowywać jak wróg. Tekst sobie chwilę poczekał na swoją kolej, a potem go przeczytałem. Zupełnie bez związku ze wszystkim chciałbym w tym miejscu przypomnieć pewne hasło, którym zaczęto podsumowywać wpisy ludzi, tłumaczących pod każdą informacją o przemocy wobec kobiet, że „not all men”. Tym hasłem jest „not all men but definitely this fucking guy” (w piknikowym tłumaczceniu: nie wszyscy mężczyźni, ale na pewno, kurwa, ten koleś). Pozwólcie, że zacytuje lead artykułu o braku wroga w policji: „Opolski policjant Piotr Chwastowski, w internecie znany jako twórca youtubowego kanału Psy Dają Głos, zainicjował akcję "Nie jestem twoim wrogiem". Nawiązuje w ten sposób do ataków - słownych i fizycznych - na mundurowych pilnujących porządku na odbywających się ostatnio w całej Polsce protestach. - Agresja względem nas jest nieuzasadniona. Nie służymy jednej czy drugiej stronie sporu, pomagamy wszystkim bez wyjątku - mówi policjant.”.  Ponieważ nie wszyscy wiedzą co, to za zjawisko te „Psy Dają Głos”, krótkie wyjaśnienie. W internetach funkcjonuje zarówno kanał na YT, jak i fanpejdż, który to fanpejdż można porównać poziomem chyba tylko i wyłącznie do „Dzielnego Taty”. Muszę się wam w tym miejscu przyznać do tego, że byłem, kurwa, prawie absolutnie pewien, że to PDG prowadzi jakiś anonimowy stróż prawa. Do łba by mi nie przyszło, że ktoś może tak bardzo odpierdalać i jeszcze się do tego przyznawać. Aczkolwiek, skoro już ustaliliśmy, że „policji wolno więcej”, to chyba niespecjalnie nas to powinno dziwić. Pan bagieta prowadzący fanpejdż zajmuje się, między innymi, tłumaczeniem, dlaczego policja zawsze ma rację (takie działanie wywołuje u mnie całe Ziobro zdziwienia). Jednakowoż nawet wziąwszy pod rozwagę to, co tutaj do tej pory napisałem (i pokłady informacji na temat bagieciarni, które mi się we łbie zebrały) to, co pan bagieta odjebał, żeby wytłumaczyć dlaczego to protestujący są winni temu, że agresywny kark z pałką teleskopową zaczął ich napierdalać, to jest po prostu, kurwa, szczere złoto. Postanowiłem zacytować wpis w całości, bo jest, kurwa, niesamowite:


„Czego oczekuje osoba, która usiłuje komuś wyrwać z ręki pałkę teleskopową?
Idziesz sobie ulicą. Widzisz wielkiego faceta z pałką teleskopową. I co robisz?
Nie ważne czy pałkę trzyma policjant czy prowokator zadymiarz. On ją po coś przyniósł i po coś ją trzyma. Jeśli chcesz mu ją odebrać to on jej użyje. Gwarantuję ci.
Jeśli jest policjantem to zrobi to zgodnie z prawem bo nie wolno policjantowi siłą nic odbierać.
Jeśli jest bandziorem to on tej pałki użyje bo lubi.
Finalny efekt jest taki sam. Próbując odebrać komuś pałkę teleskopową najprawdopodobniej poznasz jej moc.
Kasjerki w banku są uczone, że jak jest napad to mają oddać hajs i ratować życie. Dlaczego ludzie na ulicy tego nie rozumieją i proszą się o kłopoty?
Ten post nie broni ani nie tłumaczy zachowania pałkarza. To post wyrażający zdumienie, że ludzie nie mają instynktu samozachwawczego i próbują się naparzać z kimś większym i uzbrojonym.
Grasz w głupie gry? Wygrywasz głupie nagrody!”



Tak więc, moi drodzy, widzicie. Jeżeli widzicie na ulicy karka, spacerującego sobie z rozłożoną pałką teleskopową, to powinniście się go bać. Powinniście się go bać, bo nie ma tu znaczenia to, czy jest to bandyta, czy też policjant – jeżeli spróbujecie go rozbroić, to dostaniecie wpierdol. Pan bagieta tłumaczy ponadto, że jeżeli wpierdol dostaniecie od policjanta, to będzie wasza wina. Bardzo rzadko bawię się w swoich tekstach w głowologię (a jeżeli już to robię, to wyraźnie „oflagowane”), ale teraz muszę. Jak bardzo trzeba nie rozumieć rzeczywistości, żeby będąc policjantem napisać coś tak durnego? Jak można, kurwa, napisać, że jak się widzi typa z niebezpiecznym narzędziem (btw, nie wiem, czy pałka teleskopowa wyczerpuje znamiona niebezpiecznego narzędzia, tak więc nie traktujcie tego, jak definicji prawnej), to w sumie lepiej nic nie robić, bo „on po coś to narzędzie niesie”, nie zdając sobie sprawy z tego, że dla obserwatora istotne może być właśnie to „po coś”. Jeżeli bowiem widzę kogoś z niebezpiecznym narzędziem, to moim pierwszym skojarzeniem nie będzie to, że to uczestnik policyjno-gangsterskiej rewii mody, ale to, że pewnie będzie chciał komuś zrobić krzywdę. W teorii można by było pewnie zadzwonić na policję, ale w praktyce, zanim policja przyjedzie to kark zdąży na kimś tę pałkę połamać. Osobną kwestią jest to, że ten konkretny kark szedł z tą pałką w tłumie ludzi. Istotne jest również to, że działo się to po tym, jak Szeregowy Wicepremier wystosował swoje Orędzie do Sebixów i uczestnicy protestu widząc karka z pałką teleskopową mogli dojść do wniosku, że to właśnie jakiś patriota jebnięty, który postanowił odpowiedzieć (czynem) na wezwanie do bicia kobiet. Jeżeli osadzimy karka z pałką teleskopowym w takim kontekście (warto w tym miejscu zaznaczyć, że ten konkretny kark powinien zostać osadzony gdzie indziej) to nietrudno odgadnąć, że obserwator mógł sobie pomyśleć, że to jest ostatni moment na próbę rozbrojenia typa, bo ten pewnie zaraz zacznie napierdalać ludzi. Już mi się nie chce wspominać o tym, że tekst „Próbując odebrać komuś pałkę teleskopową najprawdopodobniej poznasz jej moc.” brzmi jak coś, co zostało napisane jedną ręką. Już sam fakt, że autorem tego wpisu jest policjant, powinien sprawić zapalenie się wielu lampek alarmowych. Niemniej jednak sprawa jest o wiele bardziej spektakularna, albowiem wpis ten został udostępniony na oficjalnym fanpejdżu Komendy Głównej Policji. Najwyraźniej naszym stróżom prawa bardzo zależy na tym, żeby przeciętny obywatel nie dostrzegał zbyt wielu różnic między policjantem, a zwykłym bandytą. Ale pamiętajcie o tym, że pan bagieta, który napisał o „poznawaniu mocy pałki teleskopowej” nie jest waszym wrogiem. Jednym z większych absurdów jest to, że zarówno panu bagiecie, który „nie jest naszym wrogiem”, jak i ludziom odpowiedzialnym za rzecznikowanie policji wydaje się, że tego rodzaju eventy można przykryć wrzutkami, które można podsumować: patrzcie, policjanci robią to, co do nich należy! Widzicie?! Jesteśmy tymi dobrymi! (No chyba, że któryś z nas popierdala z pałką teleskopową po ulicy, bo wtedy to lepiej załóżcie, że jesteśmy tymi złymi! Tak dla własnego bezpieczeństwa).


Przyznam szczerze, że po akcji z karkami napierdalającymi obywateli na proteście, byłem po raz pierwszy trochę ukontentowany tym, jak zadziałały media w Polsce (tzn. te, które nie były rządowe). Stało się tak dlatego, że bardzo szybko udało im się wynorać bardzo, ale to bardzo dużo informacji na temat tego, co się odjebało. Nie będę tu cytował wszystkich tych informacji, bo jest ich tyle, że dałoby się na ten temat napisać książkę pt. „Policjo, serio, kurwa?”, skupię się więc na tych co bardziej spektakularnych. Gdybym mógł sobie pozwolić na gdybanie, to bym sobie wygdybał, że mnogość informacji, do których dotarli dziennikarze mogła się wziąć stąd, że nie wszyscy w „firmie” są zadowoleni z tego, co się dzieje. Niemniej jednak, w kontekście tego, czego mogliśmy się dowiedzieć, było to, kurwa, too little too late. Szczerze się przyznam, że to, co się wydostało na powierzchnie to taki clusterfuck, że nie bardzo wiedziałem od czego zacząć. Ponieważ jednak od czegoś trzeba było, toteż zaczniemy od tego, że to nie była zwykła nasterydowana bagieciarnia w cywilu, to byli antyterroryści. Innymi słowy, czynniki decyzyjne uznały, że pokojowo protestujący obywatele są na tyle groźni, że trzeba ich spacyfikować przy użyciu ludzi, którzy są szkoleni do tego, żeby zajmować się najniebezpieczniejszymi bandosami.


Zastanawiałem się nad tym, kto wpadł na idiotyczny pomysł, coby wysłać w tłum ludzi, bez żadnych „oznaczeń” (nie, opaska założona na ramię po tym, jak zaczęło się napierdalanie obywateli się nie liczy). Miałem swoje podejrzenia odnośnie tego, że nie był to przypadek. Okazało się, że tym razem przeczucie mnie nie zawiodło, ale nie doceniłem skali spierdolenia. Pozwólcie, że wrzucę tu krótki cytat z artykułu z GW: „Cywilni funkcjonariusze wchodzący w tłum z pałkami teleskopowymi są ściągnięci z wydziałów antyterrorystycznych. Włączeni w skład oddziałów prewencji nazywają się "wydziałem Chaos”. To jest bardzo krótki fragment, ale po jego przeczytaniu wyjebało mi skalę. Okazuje się bowiem, że ktoś w policji uznał, że to, że banda karków nazywa się „wydziałem chaos”, to całkiem normalna sprawa. Co prawda nie mam pewności, ale wydaje mi się, że wiem skąd wzięła się taka, a nie inna nazwa (było to moje pierwsze skojarzenie). Pamiętacie może taki film jak „Fight Club”? Otóż w filmie tym w pewnym momencie powstał tzw. „Project Mayhem”, jak sobie to wrzucicie w google translatora, to wam wyjdzie „Projekt Chaos”. z racji tego, co odpierdalali ci konkretni bagieciarze, jestem prawie pewien, że były to kolejne ofiary własnego niezrozumienia tego, o czym był film. Aczkolwiek są to tylko i wyłącznie moje dywagacje. Niezależnie od tego, jaka była przyczyna, dla której karki nazwały się tak, a nie inaczej, sam fakt nazwania się „Wydziałem Chaos” powinien sprawić, że każdemu w otoczeniu tych jegomościów powinny się odezwać w głowie dzwonki alarmowe. Nieśmiało bowiem przypominam, że prewencja to nie jest, kurwa, jakiś oddział zajmujący się organizowaniem akcji dywersyjnych na tyłach wroga. Gdyby się nazwali „wydział prawa i porządku”, dałoby się to jakoś zrozumieć (choć trąciłoby to dramatyzmem), ale nazwa „Wydział Chaos” w policji brzmi równie naturalnie, jak gdyby gdzieś powstało przedszkole imienia Trynkiewicza (bądź też jacyś wychowawcy wczesnoszkolni założyliby sobie stowarzyszenie o nazwie „wydział pedofilia”).


Na uwagę zasługuje również fakt, że o informacje o „Wydziale Chaos” wypłynęły dopiero wtedy, gdy kultyści Khorne'a zaczęli napierdalać ludzi na ulicach. Wcześniej jakoś tak nikomu to nie przeszkadzało, a przynajmniej nie na tyle, żeby podzielić się tym z otoczeniem. No ale, jak mniemam, na funfli się nie donosi, prawda? Być może przemawia przeze mnie jakiś tam idealizm (młodzieńczym go nie nazwę z przyczyn oczywistych), ale wydaje mi się, że z policji powinien na zbity pysk wylecieć cały „Wydział Chaos”. Zaraz za nim powinni wylecieć również wszyscy oficerowie, którzy o nim wiedzieli i go tolerowali. Wspomnieć trzeba również o tym, że „Wydział Chaos” składał się z ludzi o właściwych poglądach. Tym samym, można mieć pewność, że jeżeli „Wydział Chaos” napierdalał ludzi na ulicach, to robił to na czyjeś wyraźne polecenie.


Na tym jednakowoż spierdolenie się nie kończy. Oko Press wykopało trochę informacji na temat karka, od którego wszystko się zaczęło: „Dziennikarze OKO.press nagrali jak mężczyzna po cywilnemu bije pałką i przewraca uczestników protestu Strajku Kobiet. Ustaliliśmy, że jest antyterrorystą. W przeszłości miał już problemy związane z nadużyciem przemocy: domagając się zwrotu pieniędzy, złamał komuś nos (…) Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że mężczyzna miał już w przeszłości problemy z powodu krewkiego charakteru. Kilka lat temu miał złamać komuś nos, domagając się – w imieniu innej osoby – zwrotu pieniędzy. Wówczas prokuratura umorzyła warunkowo postępowanie w jego sprawie. Również na pytanie o tę sprawę nie dostaliśmy dotąd odpowiedzi z KSP.”. Od razu dorzucę do tego kawałek z Gazety pl: „Ten, który pierwszy użył pałki, jest znany z problemów z agresją. Kiedy ma obezwładnić bandziora, to nie jest to problemem, bo nikt się nie przejmie tym, że próba oporu zostanie przerwana przy pomocy kolby. No ale na demonstracji kobiet?”. Informatora szanuję za szczerość. Z wypowiedzi wynika bowiem, że miałem trochę racji w tym, do czego może doprowadzić pobłażaniew  wyżywaniu się policjantów na „złolach”. Aczkolwiek to tylko dygresja. Wróćmy do meritum, którym jest fakt, że antyterrorystą był typ, który zajmował się odzyskiwaniem długów (nie, nie uwierzę w to, że wtedy jak złamał komuś nos, to był ten jeden, jedyny raz, jak robił takie rzeczy). W kontekście tego, że „Wydział Chaos” składa się z ludzi o odpowiednich poglądach nikogo nie powinno dziwić to, że prokuratura umorzyła postępowanie. Absolutnie nie zdziwiło mnie to, że informatorzy (którzy rozmawiali z Oko Press i Gazetą.pl) mówili o tym, że typ ma problemy z agresją. To było, kurwa, widać na nagraniu. On tam nie poszedł po to, żeby zabezpieczać cokolwiek. Znowu sobie pozwolę na dygresję głowologiczną, albowiem mam przeczucie graniczące z pewnością, że część ludzi wybiera sobie taki, a nie inny zawód dlatego, że wiedzą, że będą tam mogli stosować przemoc i nie ponosić za to żadnych konsekwencji. Taki człowiek, co prawda, może chodzić na treningi sportów walki, ale nie będzie za nimi jakoś specjalnie przepadał, bo tam zachodzi ryzyko dostania wpierdolu (bowiem zawsze się może trafić ktoś lepszy). Poza tym, na treningach nie można bezkarnie napierdalać ludzi (albowiem w przeważającej większości przypadków ktoś, kto by tego próbował, zostałby wyjebany z treningów przez trenera). Szczerze wątpię w to, żeby ten konkretny kark był równie wyrywny zabezpieczając np. Marsz Niepodległości. Co innego napierdalać przypadkowych ludzi, a co innego tłuc się z ziomeczkami, którzy dla sportu napierdalają się po ryjach na ustawkach. Co innego odreagować sobie na ludziach, którzy unikają przemocy. Ciekaw jestem, jakie by były wyniki toksykologii, gdyby ją zrobiono bohaterskim bagietom zaraz po tym, jak tłukli ludzi na protestach. Coś mi mówi, że pewnie niejeden warszawski kierowca autobusu popatrzyłby na te wyniki z uznaniem. No ale, przecież nikt nie będzie robił takich badań bohaterom dzielnie broniącym swojego prawa do napierdalania obywateli o nieprawilnych poglądach, prawda?


Zastanawiam się nad tym, czy kretyni, którzy zawiadują bagieciarnią (niezależnie od tego, czy chodzi o kretynów z „firmy”, czy też o kretynów cywilnych) rozmyślają nad tym, co się stanie, jeżeli nadal będą utrzymywać, że agresywne karki napierdalające ludzi „miały rację”, zaś tego rodzaju sytuacje będą się powtarzać. Czy tym kretynom wydaje się, że w ten sposób uspokoją nastroje społeczne? Czy też może wydaje im się, że im więcej wpierdolu, tym bardziej ludzie będą szanować policję (o rządzie nie wspominając)? Ja być może mam skrzywioną perspektywę, którą wyniosłem z Podkarpacia, ale wydaje mi się, że to się może skończyć w nieco inny sposób. Zanim napiszę o jaki sposób chodzi, opowiem wam historię z czasów studiów. Kiedy męczyłem się z moim pierwszym kierunkiem studiów, którego nie skończyłem (aczkolwiek można powiedzieć, że skończyłem go dwa razy), mieszkałem na stancji z góralem (na użytek niniejszej notki załóżmy, że góral miał na imię Andrzej). Z takim prawdziwym, który pochodził z najwyżej położonej wioski w Polsce. Mimo skrajnie różnych poglądów, mieszkało nam się ze sobą dobrze. Kiedyś Andrzej opowiadał mi o tym, jak to sobie czekał przy jakiejś budzie na kurczaka z rożna, a nieopodal przechodziła grupa dresów, które zaczęły mu, że tak to ujmę, głośno urągać. Andrzej miał instynkt samozachowawczy, tak więc nie wdawał się w jakieś rozmowy z grupą dresów. Dalej sobie spokojnie czekał na strawę. Zupełnie bez związku z sytuacją rozejrzał się był dookoła i powiedział, że jak się zorientował, że niedaleko leży kilka cegieł, to mu się trochę raźniej czekało, bo wiedział, że w sytuacji, w której dresy zdecydowałyby się na to, żeby przejść od słów do czynów, pewnie by się dzięki tym cegłom obronił. Morał z tej historii jest taki, że ludzie potrafią się szybko zaadaptować. Innymi słowy, jeżeli rządzący nadal będą szczuli na ludzi „Wydział Chujos”, to za którymś razem może się okazać, że rozłożenie pałki w tłumie skończy się dla tego, czy innego spizganego karka na ten przykład tym, że ktoś mu zaparkuję cegłówkę w potylicy. Znacznie mniej spektakularne efekty napierdalania obywateli będą się przejawiać w tym, że ci mogą zacząć traktować policję jak bandytów. Wtedy zaś wszelka współpraca na linii obywatele - policja będzie cokolwiek, kurwa, utrudniona. No ale, jak to napisał pewien pan, którego wpis policja tak chętnie udostępniła: „Grasz w głupie gry? Wygrywasz głupie nagrody!”


Niestety, w ramach niniejszej notki nie możemy się skupić tylko i wyłącznie na dokonaniach „Wydziału Chujos” (to już ostatni raz, obiecuję), albowiem nie tylko ów wydział ostatnio dokazuje. Okazuje się bowiem, że jak da się polskiemu policjantowi puszkę z dużą ilością gazu łzawiącego, do taki pampolicjant będzie się czuł bardzo zagrożony. Jak bardzo?  Tak bardzo, że będzie nim napierdalał naokoło. Za Wielką Wodą mają takie określenie, jak „trigger happy” (ma to kilka znaczeń: ktoś impulsywny, ktoś lubujący się w agresji, ktoś kto bardzo chętnie używa broni palnej), określenie to idealnie opisuje polskich stróżów prawa (niebawem będzie to jeden z najkrótszych dowcipów o policji). Rzecz jasna, policja traktująca gazem posłanki (na tyle P O T Ę Ż N E, że policja się ich boi [ale obywatel nie powinien się bać steryda z pałką teleskopową, prawda?]) za to, że te okazały legitymacje poselskie, nie ma sobie nic do zarzucenia. Rzecz jasna, plejada prawicowych zjebów tłumaczy, że „policja miała rację” (każdego z tych ludzi należałoby odpytać, kurwa, na wizji na żywo, co powinna zrobić policja wtedy, gdy ich partyjni koledzy dokazywali na Krakowskim Przedmieściu i patrzeć jak się pocą przed kamerami). Już samo to, że Zjednoczona Prawica tak zapamiętale broni policjantów, którzy ewidentnie przeginają pałę (gra słów niezamierzona) sugeruje, że to nie jest tak, że ci policjanci robią to, co robią sami z siebie (poza „Wydziałem Chujos” [tak, wiem, tamten raz miał być tym ostatnim, ale nie dałem Słowa Podkarpacianina, więc się nie liczy]) Tzn. owszem, pewnie chętnie traktowaliby gazem obywateli (ale pamiętajcie, oni nie są naszymi wrogami!), ale posłankom jednak by odpuścili, bo tu ryzyko przypału jest spore. No chyba, że ktoś im, kurwa, powie, że posłanki powinny np. dostać za swoje. Jestem prawie pewny, że to, w jaki sposób policja reaguje na posłanki wzięło się stąd, że pewien kieszonkowy dyktator został przez nie okrzyczany w Sejmie i pewnie do tej pory boli go z tego powodu ego (a jak wiadomo, ego kogoś, kto potrafi drzeć w Sejmie ryj o tym, że opozycja ma „zdradzieckie mordy”, jest bardzo wrażliwe). Nie ma innego powodu. Tylko i wyłącznie krysza, którą ktoś obieca bagieciarni może sprawić, że ci zaczną tak bardzo przeginać. To się nie skończy dobrze, bo nie może się skończyć. Ja wiem, że czynniki decyzyjne doszły pewnie do wniosku, że skoro na protesty chodzi znacznie mniej ludzi niż na samym początku, to znaczy, że można się już z protestującymi nie liczyć i można ich „złamać” (a dodatkowo pokazać posłankom lewicynco czeka każdego, kto podniesie głos na Genialnego Stratega). Tyle, że to pokazuje jedynie to, jak bardzo elity Zjednoczonej Prawicy są oderwane od rzeczywistości.


Na samiutki koniec tej i tak już przydługiej notki (która byłaby znacznie dłuższa, gdybym poruszył tu wszystkie wątki, które poruszyć chciałem [np. to, że policja próbowała zastraszać nastolatków biorących udział w protestach]) postanowiłem coś wyjaśnić na wypadek, gdyby na mój lewacki blog zabłądził jakiś stróż prawa. Ja wiem, że takowy stróż może uznać, że obraz policji, który to namalowałem literami jest jednostronny, tendencyjny/etc. Chciałbym w tym momencie takiemu stróżowi prawa oznajmić, że bardzo mi z tego powodu wszystko jedno. Mam takie, a nie inne doświadczenia związane z policją (które to doświadczenia nie były jakoś specjalnie spektakularne, bo wiedziałem czego nie należy robić jak się spotka znudzonego pana bagietę) i tego nie zmieni to, że ktoś się może poczuć „urażony” tym, że na ich podstawie wyrobiłem sobie opinie na temat policji. Ja rozumiem, że to nie jest łatwa, lekka i przyjemna robota, ale nie zamierzam się „stawiać na miejscu policjanta, żeby go zrozumieć”. Zamiast tego chciałbym takiemu policjantowi zaproponować postawienie się w roli kogoś, kto policjantem nie jest. Mój syn póki co jest na tyle młody, że może sobie spokojnie wierzyć w to, że policjanci są zawsze „tymi dobrymi” (takie tam Prachettowskie „kłamstwa dla dzieci”) . Jednakowoż za jakiś czas trzeba będzie mu zacząć tłumaczyć, że owszem, policjant powinien być dobry, ale czasem (szczególnie w godzinach nocnych), można trafić na znudzonego pana bagietę i wtedy trzeba na siebie bardzo uważać, tak na wszelki wypadek, bo przecież sama policja wychodzi z założenia, że dla obywatela różnica między bandytą, a policjantem nie istnieje, bo zarówno jeden, jak i drugi może nam spuścić wpierdol. Będę mu również musiał opowiedzieć o tym, że, owszem, ma prawo do protestowania, ale prawda jest taka, że może to być problem, bo policja uważa, że ma prawo do napierdalania ludzi biorących w protestach (i do zastraszania młodzieży licealnej). Bardzo nie chcę mu tego mówić, ale będę musiał, tak na wszelki wypadek. Owszem, do tej pory zawiadowca w Warszawie może się zmienić i przez policję przejdzie miotła (która wymiecie tych, których być tam nie powinno), tylko że widzicie, spolegliwość policji sugeruje, że gdyby po jeszcze lepszej zmianie do władzy doszedł jakiś kolejny wannabe emerytowany zbawca narodu, to policja może znowu wrócić do tych samych „wzorców”, którymi jara się teraz. Gdybym był naiwny, to pewnie bym się łudził tym, że być może policja wyciągnie wnioski z tego, co teraz się dzieje i w przyszłości, w momencie próby nie będzie tak chętnie bawiła się w zbrojne przedłużenie woli partii rządzącej. Gdybym był jeszcze bardziej naiwny, łudziłbym się, że policja zrozumie, że zatrudnianie typów mających problemy z agresją (czy tam z „krewkim charakterem”), którzy potem wyładowują się na obywatelach (czy to na ulicach, czy to na komendach) to średni pomysł. O tym, że policja mogłaby tak sama z siebie dokonać samooczyszczenia i pozbyć się ze swoich szeregów ludzi, którzy od pospolitych bandytów różnią się tylko i wyłącznie tym, że czasem noszą mundur, pisać nawet nie będę, bo to by już nie była naiwność, tylko wiara w cuda. Ponieważ naiwny nie jestem i w cuda nie wierzę, wolę dmuchać na zimne.


Źródła:

https://wiadomosci.wp.pl/proces-policjanta-strzelal-do-tygrysa-zabil-lekarza-6108997176517249a?c=336&src01=f1e45

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,164950,25454833,weterynarz-zginal-o-oblawie-na-tygrysa-byl-jednym-ktory-wiedzial.html

https://wydarzenia.interia.pl/wielkopolskie/news-zabojcza-pomylka-policji,nId,1125062

https://wyborcza.pl/1,75398,17360812,Sad_o_uzyciu_broni_przez_policjantow__Mieli_odskoczyc_.html

https://tvn24.pl/pomorze/ostrzelali-auto-przez-pomylke-policja-nie-chce-zaplacic-za-naprawe-ra574826-3310929

https://twitter.com/RafalWos/status/1329716594977730561

https://www.tvp.info/43153745/bodnar-broni-interesow-mordercy-dziecka

https://pl.wikipedia.org/wiki/Zamieszki_w_S%C5%82upsku

https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/sondaz-ktorym-instytucjom-ufaja-polacy-pytamy-o-policje-kosciol-ue-tk-rzad-i-sady/swnt7mn,79cfc278

https://www.magazynbieganie.pl/jak-uciec-przed-poscigiem-poradnik-taktyczny/

Link do filmiku, na którym dokazują posłowie PiS:

https://twitter.com/mart801/status/1332996806536519680

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1333398771762401280

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1333397118623625217

https://tvn24.pl/pomorze/gdansk-umorzenie-w-sprawie-wpisu-kolakowskiej-ra752769-2501725

https://opole.naszemiasto.pl/policjant-nie-jest-twoim-wrogiem-ruszyla-ogolnopolska-akcja/ar/c1-7974565

https://www.facebook.com/psydajaglos/posts/734385193835632

https://www.facebook.com/PolicjaPL/posts/3899701666717624

https://wyborcza.pl/7,75398,26527953,wydzial-chaos-w-akcji-kim-sa-policjanci-w-cywilu-ktorzy.html

https://oko.press/news-oko-press-policjant-ktory-bil-palka-to-antyterrorysta-mial-juz-problemy-z-prawem/

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,26529279,palek-mieli-uzyc-ci-z-wydzialu-drugiego-wiernego-dobrozmianowemu.html

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1330248281981653000




A poza tym sądzę, że z młodzieżą należy rozmawiać
17.11.2020

Ponieważ na protestach (w wiadomym temacie) pojawiało się bardzo dużo młodych ludzi, w internetach pojawiło się jeszcze więcej wielce uczonych analiz pt. „jak do tego doszło”. Wyjątkowo zabawne są te analizy w wykonaniu ludzi, którzy do tej pory (przy każdej możliwej okazji) tłumaczyli, jakie to młode pokolenie jest chujowe, jak bardzo nie obchodzi tego pokolenia to, co dzieje się w kraju/etc./etc. Jednakowoż w notce skupię się na komentarzach wyprodukowanych przez prawy sektor, albowiem są one o wiele bardziej spektakularne. Osobną kwestią jest to, że praktycznie cały komentariat patrzy na młodych, jak na osobny gatunek, którego nie da się tak do końca poznać (acz o tym będę się wymądrzał w dalszej części tekstu). Zanim przejdę do mojej autorskiej oceny tego „skąd wzięła się woda na terenach zalewowych”, pochylę się nad narracjami prawicowej części komentariatu (w tym funkcjonariuszy Kościoła), bo celność spostrzeżeń prawicowych tuzów można porównać do tej, z której słynęli Szturmowcy. Lojalnie uprzedzam, że nie będę zachowywał chronologii, bo nie ma ona najmniejszego znaczenia.


Na pierwszy ogień pójdzie combo Wybranowski&Wachowiak (jeden z kapelanów Twittera). Ponieważ prawica od początku protestu usiłowała narzucić swoją narrację „te młodzie są niepoważne”, toteż usilnie szukała na to dowodów. Wybranowski wrzucił filmik, na którym młodzi ludzie pląsają i powtarzają „jebać PiS”. Dorzucił do tego komentarz: „To mówicie, że chodzi o dramat kobiet czy o imprezę?”. Kapelan Twittera momentalnie podchwycił temat i dodał od siebie: „Pokolenie, które nie odrywa oczu od telefonu nawet, gdy spotyka się ze sobą, przeżywa stłumione pragnienia tworzenia czegoś wspólnie. Jest to uwłaczające, ale poranione pokolenie tylko tak umie być razem. Świat emotikonek nie wyuczył ich, że w realu pewne emocje są niebezpieczne.”. Do kwestii „nieodrywania oczu od telefonu” przejdę w dalszej części tekstu, teraz skupię się na całej reszcie, bo jest to wręcz cudowny (eufemizując) wysryw. Szczególnie urzekł mnie fragment końcowy: „Jest to uwłaczające, ale poranione pokolenie tylko tak umie być razem. Świat emotikonek nie wyuczył ich, że w realu pewne emocje są niebezpieczne.” Zacznę od końca. To jest, kurwa, niesamowite, jak bardzo kapelanowi Twittera przeszkadza śpiewanie „jebać PiS” i jak bardzo wcześniej nie przeszkadzało mu to, że wcześniej w Polsce odbywały się rasistowskie spędy, na których hejtowano uchodźców i np. śpiewano piosenkę o Auschwitz. Piosenka ta powstała co prawda wcześniej, ale w tym konkretnym kontekście było to nawiązanie do prawicowego mema, na którym było zdjęcie obozu zagłady i dopisek, że w sumie to możemy przyjąć uchodźców, bo infrastrukturę już mamy (sporo prawackich pejów spadło wtedy z rowerka [admini, rzecz jasna, płakali, że cenzura i że oni nie wiedzą, o co chodzi). Wtedy jakoś, kurwa, żaden klecha na ćwitrze nie napisał, że to negatywne emocje i że „w realu mogą być niebezpieczne”. Nie było to również uwłaczające. Tak samo, jak spędy nacjospierdolin, które chodzą poobwieszane neonazistowską symboliką. Tamto pokolenie jest w porządku, tak więc nie ma sensu tego komentować, prawda? Równie spektakularny, co niezrozumiały był fragment, w którym kapelan Twittera narzekał na to, że młodsze pokolenie: „nawet gdy spotka się ze sobą, przeżywa stłumione pragnienia tworzenia czegoś wspólnie”. Jeżeli mam być szczery, to pragnienie ogarnięcia wspólnie protestu wyszło temu pokoleniu bardzo dobrze i nie wyglądało na „stłumione”. W przeciwieństwie do spędów nacjo-inceli, którzy potem polowali na kobiety w Warszawie. Żadnego pragnienia „tworzenia czegoś wspólnie” nie było również wtedy, gdy Idiotenkopf zaczęło się zbierać pod kościołami, celem chronienia ich przed kobietami. Nie, nie. Z zakochanymi w przemocy (w tym domowej [bo skądś się to zamiłowanie do bicia kobiet musiało wziąć]) sebixami najwyraźniej wszystko jest w porządku. Zupełnie inaczej rzecz się ma w przypadku młodzieży, która nie przepada za partią rządzącą.  Odnoszę wrażenie (zapewne mylne), że krytyka ze strony kapelana Twittera spadła na młodzież dlatego, że (w przeciwieństwie do duchownych) nie kochają Zjednoczonej Prawicy.


Teraz przejdziemy do kolejnego combosa, którym będzie duet Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny (aka Patryk Jaki) i Joachim Brudziński. Jaki zbóldupił na filmik, na którym młoda kobieta wypowiada swoją niepochlebną opinię w temacie bełkotu Kai Godek (aka „Kafar Episkopatu”) o tym, że po wyroku TK nie będzie można zabijać Muminków (warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że wypowiedź Kai Godek doczekała się odpowiedzi z oficjalnego fanpeja Muminków). Zanim przejdę do meritum, poczynię pewną dygresję. Nie, to, że Patryk Jaki ma dziecko z zespołem downa, nie czyni z niego jakiegokolwiek autorytetu w kwestii prawa wyboru, ani też aborcji, z tej prostej przyczyny, że jego dziecko urodziło się mimo braku zakazu aborcji. Osobną kwestią jest to, że jeżeli syn Patryka Jakiego będzie potrzebował jakiejś rehabilitacji, to Patryka Jakiego będzie na nią stać. Warto przy okazji tej dygresji przytoczyć fragment wypowiedzi Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny, który to fragment pokazuje, jaka zajebista dulszczyzna panuje wśród polskich konserwatystów. Otóż, Patryk Jaki trochę narzekał na to, że znajomi się dziwowali jemu i jego małżonce, że „nie usunęli”. I teraz ogłaszam konkurs bez nagród: w jakim towarzystwie obraca się Patryk Jaki? Liberalnym, lewicowym, czy też prawicowo-konserwatywnym? No, ale to dygresja. Tak sobie myślę, że jeżeli Jaki chciał się czymś przejmować, to tym czymś powinny być idiotyczne pytania, które jakiś mediaworker zadawał tej młodej kobiecie (nie wiem, czy to nie jest jakiś ziom typa, który kiedyś paradował ze sztuczną brodą pod budynkiem TVP [wtedy, gdy doszło do brutalnego braku ataku na Magdalenę Ogórek], ale mam niejasne przeczucie, że to koledzy po fachu). Reakcja Patryka Jakiego wyglądała następująco: „Nawet nie mam siły tego komentować. Młodzież wychowana przez media 3RP i ich autorytety. Nie dziwę się, że wartości, o których naucza Kościół są dla nich kompletnie niezrozumiałe.”. Gdybym był złośliwy, to napisałbym, że właśnie dzięki zaniedbaniom (na płaszczyźnie edukacyjnej) III RP Patryk Jaki zawdzięcza swoją oszałamiającą (jak na swoją kondycję intelektualną), karierę. Ponieważ zaś złośliwy nie jestem, napiszę, że jednym z wielu zaniedbań nowej, odrodzonej Rzeczypospolitej było całkowite olanie tego kawałka edukacji, który powinien odpowiadać za nauczanie młodych ludzi krytycznego myślenia i odporności na wypowiedzi „autorytetów” w rodzaju biskupów, aktorów czy innych celebrytów, których media pytają o zdanie przy każdej nadarzającej się okazji, nie zwracając uwagi na to, czy aby na pewno odpytywani mają wiedzę potrzebną do tego, żeby sensownie odpowiedzieć na pytanie. Nie, to się nie zaczęło od tego, że Najman i Kowalski zostali ekspertami ds. Stanów Zjednoczonych – to jest po prostu ostatnie stadium choroby, która toczyła naszą debatę publiczną od dłuższego czasu. Jednym z symptomów tego ostatniego stadium było również to, że za autorytet uchodzi również osoba pokroju Patryka Jakiego. Owszem, nie tylko Polska choruje na tę chorobę (khe, khe, Trump, khe, khe), ale skupiamy się teraz na naszym własnym podwórku.


Mam niejasne przeczucie, że ból dupy Patryka Jakiego na tle pokolenia, które ma w dupie „wartości, o których naucza Kościół” (w kontekście raportu watykańskiego i programu o Dziwiszu, te wartości brzmią wyjątkowo złowieszczo), nie jest zwykłym marudzeniem „na młodych”. Dla nikogo tajemnicą nie jest to, że grupą docelową Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny jest skrajnie konserwatywny elektorat, który zahacza o szurię (Jaki kiedyś propsował Justynę Sochę i narzekał na obowiązkowe szczepienia). W trafianiu do elektoratu pomaga Jakiemu podpieranie się „autorytetem” Kościoła (i, rzecz jasna, Polakiem Papieżem). Dlatego też Jaki przejebał wybory w Warszawie, nikt nie nabrał się na wizerunek „Jakiego – normalsa”. Ten religijny „rdzeń” jest Jakiemu potrzebny do tego, żeby budować na nim cały wizerunkowy domek z kart. A teraz Jaki zobaczył na własne oczy, że jest olbrzymia grupa młodych ludzi, którzy mają wyjebane na to, co usiłuje im narzucić Kościół (religijny zamordyzm). Z odrzucenia „wartości” kościelnych przez młodych nie wynika więc dla Jakiego nic dobrego. Moja opinia na temat jego kondycji intelektualnej jest raczej znana, niemniej jednak zdaję sobie sprawę z tego, że Jaki jest bardzo cwanym politykiem. Na tyle cwanym, żeby zrozumieć konsekwencje tego, co się dzieje z młodym pokoleniem. Polscy konserwatyści sobie przez pewien czas wmawiali to, że młodzież jest teraz konserwatywna (o przyczynach, dla których tak się stało, wspomnę później) i praktycznie cały swój przekaz do młodzieży opakowali w konserwatywno-przaśne sreberka. A teraz dostali niepodważalny dowód na to, że te ich rachuby były mocno chujowe. Postawcie się teraz na miejscu Patryka Jakiego. Owszem, Jaki dostał się do Europarlamentu i będzie sobie tam siedział przez kilka najbliższych lat. Owszem, zarabia tam kupę kasy, ale co dalej? O głosach młodych ludzi może zapomnieć, a o te, które już ma (czyli o szuriat, który karmi swoimi narracjami), będzie się musiał napierdalać z Konfederacją. Zmagania te, z punktu widzenia młodzieży, będą wyglądały jak plebiscyt na to „kto jest bardziej popierdolony”. Potencjalna „utrata” młodych jest dużym problemem dla stosunkowo młodego polityka, którego ulubionym medium jest internet (a o zasięgi dba armia dronów i influencerów).  


Ponieważ mowa była o duecie, przyszła pora na pochylenie się nad wypowiedzią Brudzińskiego. Ów, zafrasowany tym, co napisał Patryk Jaki, dodał od siebie: „Biedne, naprawdę biedne odhumanizowane dzieciaki. Nie potępiam myślę,że my rodzice , nauczyciele, kościół, wychowawcy, coś przeoczyliśmy zostawiajac młodych sam na sam z internetem.”. Tym razem zacznę od końca, albowiem jakoś tak się nie złożyło, żeby Brudziński narzekał na zostawianie młodych sam na sam z internetem, w czasach, w których media społecznościowe były zdominowane przez Zjednoczoną Prawicę i jej drony/influencerów. Narzekanie na internety zaczęło się wtedy, gdy Zjednoczona Prawica zaczęła w nich zbierać straszliwy wpierdol. Owszem, drony usiłują to jakoś równoważyć kompulsywnym napierdalaniem komentarzami „najlepszy rząd na świecie”, lajkowaniem i favami, ale w porównaniu z liczbą krytycznych komentarzy, wygląda to cokolwiek mizernie. Zrozumiałe jest więc to, że internet jest znowu „zły”. O takich drobnostkach jak to, że Brudziński słowem nie zająknął się o dehumanizacji wtedy, gdy Zjednoczona Prawica nazywała ludzi zarazą, wirusem etc. wspominać nie trzeba. Tak, wiem, Brudziński użył określenia „odhumanizowane”, ale nie można w ciemno zakładać, że wie, co tak właściwie napisał, bo to jednak Joachim Brudziński. Poza tym, mamy w ćwicie utyskiwania na to, że wszyscy „zawiedli” młodych. Warto w tym miejscu zauważyć, że Brudziński razem z kolegami ma w dupie młodych ludzi, ale bardzo go boli to, że młodzi nie chcą na niego głosować, a patrząc na trend wśród młodzieży, kolejne roczniki, które będą miały prawo do głosowania w kolejnych wyborach, raczej nie opowiedzą się po stronie Zjednoczonej Prawicy. Tak po prawdzie, sporą część wpisu Brudzińskiego można by było zastąpić czymś takim: „dzieciaki okazały się odporne na religijno-konserwatywną urawniłowkę, zawiedliśmy”.


Kolejną próbę przeanalizowania problemu podjął duet rządowych mediaworkerów Przemysław Wenerski & Dan Liszkiewicz (ten drugi, to ekspert od udowadniania, że jak Sebixy napierdalają młodzież, to tak naprawdę nikt nikogo nie pobił, bo to wszystko na niby). Pierwszą dogłębną analizę przeprowadził Wenerski: „Ktoś tych młodych ludzi teoretycznie wychowywał. Ale nie wpoił im kulturowego kodu. Nie wytłumaczył, że pewnych rzeczy (publicznego bluzgania, profanacji świątyń, obsceny) po prostu nie wypada robić. To porażka systemu edukacji, ale przede wszystkim klęska rodziców tej hałastry.”. We wpisie Wenerskiego najbardziej urzekło mnie to pierdolenie, że młodych nie wychowano bo obscena, bo bluzganie publiczne/etc. Ok, rozumiem, że komuś takie rzeczy mogą na serio przeszkadzać, ale przypominam, że żyjemy w kraju, w którym od dłuższego czasu (ze 30 lat będzie) kibole wypinają dupy do kamer, machają kutachami w miejscach publicznych, katują wszystkich swoimi chujowymi przyśpiewkami, w których przeciętna liczba wulgaryzmów jest znacznie większa od tej, z którą macie do czynienia czytając moje najdłuższe teksty, w kraju, w którym skrajna prawica napierdala ludzi na ulicach, wiesza podobizny polityków na szubienicach, śpiewa piosenki o Auschwitz/etc. Gdyby więc Wenerski był faktycznie takim arbitrem elegancji, za jakiego stara się uchodzić, to nie czekałby ze swoim oburzeniem do momentu, w którym hasło „wypierdalaj” padnie ze strony ludzi, których nie lubi. Z naszym prawym sektorem jest tak, że dostrzega pewne zjawiska dopiero wtedy, gdy pojawiają się one po „przeciwnej” stronie. Jeżeli to „ich” strona bluzga, obnaża się publicznie, bądź też napierdala „nieprawilnych”, wszystko jest w porządku (a czasem nawet się tę stronę wesprze, bo to przecież kolejne pokolenie AK, patrioci/etc.). Jeżeli zaś ktoś, kogo nie lubią (bo np. nie jest fanem religijnego zamordyzmu) głośno powie „wypierdalać”, to zaczyna się kręcenie nosem i pytania „gdzie byli rodzice”.


Do analizy Wenerskiego przyłączył się Liszkiewicz i napisał: „Rodzice już dawno stracili kontrolę nad dziećmi, którą przejęła sieć. Facebookowe grupy dla gimbazy liczące po kilkaset tysięcy członków, Youtube'owi patostreamerzy którzy stali się bohaterami, influencerzy pokazujący jak żyć. Większość rodziców nawet nie ma o tym pojęcia.”. Gdybym był złośliwy (a doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, że nie jestem), to napisałbym, że dość osobliwie wygląda krytyka „patostreamingu” w wykonaniu pracownika największego patostreamu w historii Polski (aka - „media narodowe”). Ponadto, mamy tu do czynienia z dokładnie tym samym schematem, który opisałem wcześniej. Liszkiewiczowi nie przeszkadzały różne gówno-telewizje internetowe w rodzaju „wRealu24”. Nie przeszkadzało mu również to, że w Ministerstwie Sprawiedliwości zatrudniano (nie wiem, czy nadal jest zatrudniany i stąd czas przeszły) typa, który prowadził jeden z bardziej pokurwionych pato-prawicowych portali (+ kanał na YT) i który dysponuje kilkudziesięcioma fanpejdżami (khe, khe, Vloger Dariusz). Liszkiewiczowi to nie przeszkadzało, bo choć prawy internet publikuje straszne gówno, to jednak jest to gówno prawicowe, a takowe Liszkiewiczowi nie śmierdzi. Liszkiewiczowi nie przeszkadzało również to, że mendia narodowe zapraszały i zapraszają (w charakterze ekspertów) ludzi w rodzaju Marcina Roli, Cejrowskiego, Najmana, Mariana Kowalskiego (generalnie są to osoby, dla których nie ma przeciwwagi po „lewej stronie”). Reasumując: wszystkiemu winien internet (ale, rzecz jasna, nie ten prawicowy).


Kolejną osobą, nad którą przyjdzie mi się pastwić, będzie Przemysław Czarnek. Tutaj niespodzianek nie ma, bowiem z racji powierzonego mu ministerstwa wiadome było, że pan Przemysław będzie winił za wszystko oświatę: „sytuacje, które widzimy na ulicach jeżą włos na głowie. To są rzeczy, z którymi się nie spotykaliśmy. Jest to niestety efekt porażki części systemu oświaty z ostatnich kilkudziesięciu lat”. Przyznam się szczerze, że nie jestem biegły w Czarnkologii, ale coś mi się wydaje, że kiedy kibole, narodowcy i inna sebixiada rozpierdalali miasta, tłukli ludzi na ulicach i generalnie zachowywali się „be”, to Czarnkowi włos na głowie się nie jeżył. Gdyby tak było, to najprawdopodobniej wspomniałby o tym, że znacznie gorsze rzeczy działy się u nas już wcześniej. W tym miejscu pora na kolejną dygresję. Ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że spora część prawicowego bólu dupy na tle tego, co robią młodzi ludzie, bierze się stąd, że młodzi mają wyjebane na Kościół (wspominałem o tym przy okazji pastwienia się nad Jakim). Boli ich to nie dlatego, że młodzi zachowują się źle, ale dlatego, że kościelna machina propagandowa (wspierająca prawicę od dawna) będzie się robiła coraz mniej skuteczna (z przyczyn, że tak to ujmę, stricte biologicznych). Owszem, część fundamentalistów trochę piecze to, że młodzi mają inne poglądy, ale większość z nich znacznie bardziej piecze to, co wynika z tych innych poglądów (malejące poparcie). Jeżeli zaś chodzi o Czarnka, to ów wpadł na genialny pomysł, który NA PEWNO pomoże złapać konserwom lepszy kontakt z młodszym pokoleniem. Otóż: „Co do nauki dzieci i młodzieży w szkołach podstawowych i średnich - absolutnie tak. Nauczanie historii, ostateczne zakończenie tej pedagogiki wstydu, która towarzyszyła naszej edukacji przez kilkadziesiąt lat, i dzisiaj mamy tego efekty również, i jednoznaczne poprawienie podręczników, zwłaszcza w tym obszarze, o którym mówił pan redaktor, bo w wielu miejscach podręczniki nie pasują do podstawy programowej”, oraz: „Jeśli słyszę dziś, że w wielu polskich uczelniach odmawia się prawa doktorantom do cytowania św. Jana Pawła II, a także św. Tomasza z Akwinu, mówiąc, że to nie byli naukowcy, to jest niestety zgnilizna naszego systemu szkolnictwa wyższego, z którą będziemy musieli kończyć, poprzez wprowadzanie również do kanonu lektur dzieł Jana Pawła II, zwłaszcza w tych starszych rocznikach”. Pozwolę sobie w tym miejscu zauważyć, że wszystkie osoby, które opowiadają brednie o tzw. „pedagogice wstydu”, są ofiarami pedagogiki debilizmu. W tym miejscu przyznać muszę, że zacietrzewienie części polityków znajduję cokolwiek zjawiskowym. W opinii tych ludzi: Polska i Polacy byli tylko i wyłącznie ofiarami i nigdy nie zdarzyło się nic, czego Polacy powinni się wstydzić. Niesamowite jest to, że ludzie, którzy non stop domagają się (rzekomo, w imieniu Polski) przeprosin od wszystkich dookoła (bo nas przecież skrzywdzili, zdradzili i rozbiory nam zrobili, potopy/etc.), nie są w stanie pogodzić się z tym, że niektórzy mogą takich samych przeprosin oczekiwać od Polaków. W prawicowej optyce: wszyscy Niemcy są odpowiedzialni za nazizm, ale żaden Polak nie był odpowiedzialny za to, co stało się w Jedwabnem, albo za pogrom kielecki. Narracje, które prawica serwuje w ramach „obrony dobrego imienia” Polski, to są wyżyny spierdolenia. Cebulą na torcie tegoż były tłumaczenia Anny Zalewskiej (w owym czasie była szefową MEN), która starała się odpowiedzieć na pytanie „kto odpowiada za to, co stało się w Jedwabnem: „To fakt historyczny, w którym doszło do wielu nieporozumień, do wielu bardzo tendencyjnych opinii – mówiła. - Dramatyczna sytuacja, która miała miejsce w Jedwabnem, jest kontrowersyjna. Wielu historyków, wybitnych profesorów, pokazuje zupełnie inny obraz - tłumaczyła. - Zostawmy to historykom i książkom historycznym”. Równie spektakularne były jej tłumaczenia odnośnie tego, co się stało w Kielcach: „Różne były zawiłości historyczne - powiedziała Zalewska. Według niej, za tamtą zbrodnię odpowiadali "antysemici", ale nie Polacy. - Nie do końca "Polak" równa się "antysemita"”. Czemu Zalewska nie mogła powiedzieć o tym, kto odpowiada za Jedwabne i pogrom kielecki? Bo wtedy, moi drodzy, to by była „pedagogika wstydu”. Ktoś może powiedzieć: „ale zaraz, to nie jest żadna "pedagogika wstydu", tylko historia”. Taki ktoś będzie miał rację, ale niech ktoś taki nie liczy na zrozumienie ze strony prawego sektora. Tym samym „odejście od pedagogiki wstydu” będzie oznaczać próbę napisania historii od nowa. Jeżeli zaś chodzi o wrzucenie JP2 do kanonu lektur, to życzę powodzenia każdemu, komu się wydaje, że w ten sposób sprawi, że młodzież dzięki temu zacznie się przejmować tym, co ma do powiedzenia Kościół (aczkolwiek z drugiej strony, współczuję młodzieży, które będzie musiała czytać te brednie).


Ponieważ materiału wsadowego („analiz”) było od cholery, musiałem zrobić ostrą selekcję. Tak więc, zanim przejdę do ostatniego przedstawiciela bezmyśli konserwatywnej, pozwolę sobie wspomnieć o tych narracjach, nad którymi nie będę się pastwił drobiazgowo. Dość popularną była ta, z której wynikało, że młodzi protestują, ale tak naprawdę, to nie wiedzą przeciwko czemu są te protesty. Konserwy były tak bardzo zakochane w tej narracji, że za zwrócenie uwagi pewnemu instytutowi, o którym nie można mówić wiecie czego na to, że jeżeli ktoś uważa, że młodzież nie wie, przeciwko czemu protestuje, to chyba sam nie bardzo ogarnia tego, o co chodzi w protestach, dostałem bana.  Inną narracją była ta, z której wynikało, że młodzi protestują z nudów (bo nie chodzą do szkoły, knajpy są pozamykane/etc.). Jeszcze inną zbudował Bartłomiej Graczak (pracownik mendiów rządowych), który był tak bardzo dumny ze swojego wpisu, że aż to skasował. Cóż takiego napisał? Ano tylko tyle, że młodzi ludzie dostali za darmo edukację od państwa (i byli zależni od rodziców), a teraz krzyczą „wypierdalać”.


Zgodnie z zapowiedzią, teraz przyszła pora na jednego z tytanów myśli konserwatywnej, Igora Janke, który napisał był długi tekst o młodzieży, z którego to tekstu wynika tylko tyle, że Igor Janke niewiele ogarnia. Nie będę się odnosił do całego tekstu, albowiem zdebunkowanie go wymagałoby kilkudziesięciu stron tekstu (oraz przypisów). Zamiast tego zaserwuję wam cytat i skrótowo się doń odniosę: „To pokolenie wychowane ze smartfonem w ręce, a w każdym razie z nieograniczonym dostępem do internetu od najmłodszych lat. To pierwsze w historii świata pokolenie poddane tak potężnej fali informacji, dezinformacji, prostego dostępu do pornografii, przepisów na produkcję i używanie narkotyków, opisów pięknego nierealnego świata, w którym każdy może mieć piękną brykę, dom z basenem, w którym wszystkie dziewczyny są zgrabne, mają piękne piersi, a wszyscy mężczyźni mają świetne zbudowane torsy. Świata, w którym można mieć kilka żyć i kliknięciem palca przeskoczyć na następny level. Photoshop i gry odrealniły ich świat. Pokolenie poddane potężnej presji marketingowej, przekonaniu, że wszystko mogę mieć tu i teraz w dowolnej ilości.”. Jedyna rzecz, z którą mogę się zgodzić to ta, że młodsze pokolenia mają dostęp do olbrzymiej fali informacji. Nie mogę się jednak zgodzić z sugestią, w myśl której, młodsze pokolenie jest podatne na dezinformację. Może inaczej, każdy jest podatny na dezinformacje, ale mam niejasne przeczucie, graniczące z pewnością, że o wiele bardziej podatne jest pokolenie starsze, które nie było przyzwyczajone do weryfikowania zdobytych informacji ze względu na zaufanie, którymi owo pokolenie darzyło wszelkiej maści autorytety. Z tego właśnie powodu starszemu pokoleniu znacznie łatwiej było „zmieniać poglądy”. Wystarczyło bowiem przeskoczyć z jednego autorytetu na drugi. W sytuacji, w której ktoś nie przejmuje się autorytetami, ciężko kogoś zbajerować metodą na „gadające głowy”. Poza tym, nie da się takiej osoby zbajerować metodą na nadautorytet (czyli – Kościół). W przeciwieństwie do starszego pokolenia, które wychodziło z założenia, że kłamią tylko „wrogie” media, młodsze pokolenie wychodzi z założenia, że media generalnie nie mówią całej prawdy, więc trzeba weryfikować większość informacji. Jeżeli ktoś jest ciekaw tego, do jakich ekstremalnych sytuacji doprowadza ślepa wiara w autorytety, to polecam filmik Gonciarza pt. „Prawdziwy atak na polskie rodziny” (uprzedzam, że to jest bardzo mocno dołujący materiał).


Wydaje mi się, że właśnie w tym podążaniu (przez starsze pokolenie) za autorytetami można upatrywać przyczyn, dla których przedstawiciele tegoż pokolenia (w tym pracownicy kościelnego korpo), z uporem godnym lepszej sprawy powtarzają narrację, w myśl której młodzież nie jest homofobiczna dlatego, że się naoglądała Netflixa. Jeżeli ktoś całe swoje życie (bądź też znaczną jego część) zmarnował na skakaniu z autorytetu na autorytet, to nie będzie w stanie wyjść ze swojego pudełka i uznać, że ktoś może mieć takie, a nie inne poglądy dlatego, że sam sobie do nich jakoś doszedł, a nie dlatego, że ktoś (NETFLIX!) mu te poglądy w jakiś sposób narzucił. Jednym z większych absurdów jest to, że ludzie ślepo podążający za autorytetami, każdemu oponentowi zarzucają, że (a jakże) „nie myśli samodzielnie”. Stąd pewnie wzięło się to przywiązanie do nazwisk. Bo nie może być tak, że ktoś chce państwa opiekuńczego, bo uważa, że jest ono lepsze od państwa, które ma obywateli w dupie. Nic z tych rzeczy. Ten ktoś ma takie poglądy, bo się „naczytał Marksa” (a jak Marks, to wiadomo, że Stalin, Pol Pot, Mao i druga wojna światowa). Ci sami ludzie, którzy zarzucają innym „nieumiejętność samodzielnego myślenia”, będą klepać bzdury o tym, że dwie lesbijki nie powinny mieć prawa do zawarcia związku małżeńskiego, „bo prawo naturalne”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Zastanawiałem się czy w tym miejscu walnąć jedną dygresję anecdatyczną i pewnie domyślacie się, jaki był rezultat tego mojego zastanawiania się. Jeden z takich przypadków, o których wspomniał Gonciarz, mam w swojej rodzinie. Osoba ta przeszła bardzo daleką drogę od czasów, w których cieszyła się z tego, że AWS przegrał wybory, poprzez czasy, w których uważała (całkiem słusznie), że Prawo i Sprawiedliwość jest groźną partią, aż do czasów, w których uważa, że Matka Kurka jest spoko, covid nie istnieje, a szczepionki powodują autyzm (o spisku wielkich koncernów farmaceutycznych i wierze w ziębizm wspominać chyba nie trzeba, prawda?). Dyskusja z tą osobą jest praktycznie awykonalna, bo jakakolwiek próba podważenia jej argumentów jest „odbijana”: „mówisz TVN-em”. To jest dość daleka rodzina (tak więc kontakty były już wcześniej mocno sporadyczne) niemniej jednak można sobie z tego przypadku wysnuć wnioski, jakim pierdolonym piekłem może być życie z kimś takim pod jednym dachem (szczególnie zaś w sytuacji, w której takowa osoba może uskuteczniać przemoc ekonomiczną wobec „nieprawilnych”, członków rodziny).  


No, ale to tylko taka przydługa dygresja. Wracajmy do cytatu. Co prawda na temat przyczyn, dla których woda znalazła się na terenach zalewowych, miałem się wymądrzać nieco później, ale będę musiał zrobić lekki spoiler przy okazji omawiania kolejnego fragmentu wiekopomnej analizy Igora Janke. Konkretnie zaś tego fragmentu, w którym Igor Janke zaczął tłumaczyć, że ci młodzi, którzy teraz protestują, mieli wcześniej styczność z potężna falą „opisów pięknego nierealnego świata, w którym każdy może mieć piękną brykę, dom z basenem”. W dalszej części tekstu (której już mi się nie chce cytować), Janke twierdzi, że ci „zbajerowani” młodzi potem przeżyli brutalne zderzenie z rzeczywistością i stąd ten wkurw. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Janke (zapewne omyłkowo) opisał to, co stało się udziałem mojego pokolenia (które raczej ciężko określić mianem „młodego”). To nam, urodzonym w czasie wyżu demograficznego wmawiano, że powinniśmy się grzecznie uczyć, kończyć studia i jak je skończymy, to praca będzie na nas czekała. To nam wmawiano, że jeżeli będziemy posłuszni i nie będziemy podskakiwać, to będzie się nam lepiej żyło (bo „pokorne ciele dwie matki ssie” i tego rodzaju bzdury). To nam wmawiano, że jeżeli tylko się postaramy, to osiągniemy wszystko, co sobie zaplanujemy (teraz coś takiego nazywamy coachingiem i mamy z tego bekę, ale wtedy to się nazywało „wychowanie”). Wmawiano nam całe mnóstwo rzeczy, których „wyuczenie się” sprawiło, że mieliśmy przejebane. W tym miejscu chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że kluczowe w powyższym fragmencie jest słowo „wmawiano”. Nie było bowiem tak, że ktoś nas celowo okłamywał. Nic z tych rzeczy, pokolenie naszych rodziców na serio wierzyło w to, co nam przekazywało i robiło to „w dobrej wierze”.


Nikt nie pomyślał o tym, że właśnie wpaja młodszemu pokoleniu przekonania, które będą gówno warte w momencie, w którym owo pokolenie wejdzie w dorosłość i na rynek pracy. Władze zupełnie nie przejmowały się tym, „co się stanie, jak kupa młodych ludzi wejdzie na rynek pracy”. Nie zrobiono absolutnie nic, żeby ów rynek pracy na to przygotować. Zamiast tego, rząd Jerzego Buzka zajmował się reformą edukacji (wprowadzenie gimbaz, które teraz prawica rozjebała), reformą emerytalną (która oznaczała obciążenie finansowe dla ZUSu [a co za tym idzie, dla budżetu krajowego] i którą to reformę rozjebali liberałowie razem z prawicą), reformą ochrony zdrowia (którą potem zlikwidowało SLD)  i reformą administracyjną (którą zaszkodziła biedniejszym regionom [bo, cóż za brak zaskoczenia, z połączenia kilku biedniejszych województw nie powstało województwo bogate]). Zajmowano się tym wszystkim i na ogarnięcie sytuacji z wyżem demograficznym, wchodzącym na rynek pracy, po prostu nie starczyło czasu. Dobra, żartowałem, po prostu władze miały to w dupie i najprawdopodobniej uwierzyły w to, że slow market wszystko wyreguluje pięknie. No i wyregulował. Części pracodawców odjebało do tego stopnia, że na byle jakie stanowisko wymagano „ukończonych studiów wyższych”. Doskonale pamiętam suchar, który wtedy usłyszałem „niebawem do tego, żeby kopać rowy, potrzebny będzie doktorat z geologii” [jako niegdysiejszy kopacz rowów mogę autorytatywnie stwierdzić, że wiedza z zakresu geologii jest zbędna, byle tylko odróżniać glinę od zwykłej ziemi]). To, w połączeniu z wpajaną nam pokorą sprawiło, że nasze pokolenie było tak bardzo dymane przez pracodawców, że, jak to powiedział klasyk, nawet „platforma nas tak nie wyruchała”. Im biedniejszy region, tym bardziej odpierdalało pracodawcom. Nadgodziny, za które nikt nie płacił, mycie auta szefowi (bo przecież szlachta nie zrobi tego sama, a do myjni to niby można pojechać, ale piniendzy szkoda), gnojenie podwładnych na wiele różnych sposobów, gówniane wypłaty i tak dalej i tak dalej. Jak się w takich realiach żyło ludziom, którym wmówiono, że mogą wszystko, że wystarczy, że będą się uczyli i praca się znajdzie, że jeżeli ktoś nie może znaleźć pracy, to jest jebanym leniem i po prostu źle szuka, że trzeba być „pokornym”? Eufemizując, chujowo się żyło. Takim ludziom najłatwiej było wmówić, że wszystkiemu winny jest „spisek elit okrągłego stołu”, które rozkradły państwo. Prawda jest niestety taka, że nikt nie spiskował, po prostu wszyscy mieli to pokolenie w dupie (chyba nawet się na ten temat wymądrzałem kiedyś już). Niemniej jednak, przyjebanie w rzeczywistość przeorało mentalność mojego pokolenia. Jak to się więc stało, że prawicowi tytani intelektu praktycznie w ogóle o tym nie wspominali (zdarzało się to sporadycznie, o czym jeszcze wspomnę)? Ano tak to się stało, że oni też mieli to w dupie. Czasem udawali, że mają to nieco mniej w dupie, ale tylko po to, żeby móc się przyjebać do przeciwników politycznych. W tym miejscu muszę się przyznać do tego, że moje dywagacje w kwestii tego, co się odjebuje z moim pokoleniem wzięły się z tego, że obserwowałem (również w swoim bliskim otoczeniu) moich rówieśników, którzy z pozycji mocno umiarkowanych przeszli na jaranie się Bosakami, Zjednoczonymi Prawicami i Konfederacjami, Ruchami Narodowymi etc. Wydaje mi się, że tu właśnie (w zaczadzeniu mojego pokolenia skrajną prawicą) można upatrywać przyczyn, dla których prawicowi intelektualiści (tak, wiem, to instant oxymoron) mieli w dupie to pokolenie. Do pewnego momentu nie chcieli się wypowiadać na ten temat, bo nawet do bardziej tępych z nich docierało to, że ich pokolenie wychujało następne. Potem zaś wychujane pokolenie zaczęło zerkać w stronę prawicy (która opowiadała o tym, że to, co spotkało młodych, to wina spisków/etc. i wskazali winnych), tak więc po prawej stronie dyskusja na temat tego „co się stało”, została zastąpiona narracją „winny okrągły stół”. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponoszą w głównej mierze ci, którzy przez wiele lat tłumaczyli, że „nic się nie stało” i wypierali z debaty publicznej problem pokolenia, dla którego, w praktyce, nie ma miejsca w Polsce (i które masowo wypierdalało za granicę). Prawica (która miała młodych tak samo w dupie) po prostu wykorzystała sposobność do pozyskania elektoratu. Gdyby państwo nie zawiodło mojego pokolenia, narracje o „zdrajcach” rezonowałyby po skrajnie prawicowych środowiskach. Ponieważ zaś było tak, jak było, te brednie weszły do mainstreamowej debaty publicznej. Gwoli ścisłości, jest to sytuacja praktycznie „nienaprawialna”, bo wstępem do jej poprawienia musiałoby być przyznanie się starszego pokolenia do tego, że miało w dupie to, co się dzieje z młodymi, bo „wiedziało lepiej”, a tego raczej nie doczekamy, bo dla czynnych polityków ze starszego pokolenia, byłoby to polityczne samobójstwo.


Wydaje mi się, że w tym momencie możemy przestać pastwić się nad analizami autorstwa prawego sektora. Wszystkie te mądrości zostały przelane na papier (bądź też wypowiedziane na antenie) tylko i wyłącznie dlatego, że młodzi skandowali „Jebać PiS” (działo się to również na Krupówkach i w wielu miejscach, po których raczej byśmy się tego nie spodziewali). Z wszystkich tych analiz wyziera niezrozumienie tego, „co się tak właściwie dzieje” (przykrywane narracjami „to młodzi nie wiedzą przeciwko czemu protestują) oraz strach. Strach przed tym, że straciło się (najprawdopodobniej bezpowrotnie) kontakt z młodymi. To, co teraz odpierdala Czarnek, jest dolewaniem oliwy do ognia, ale w optyce skrajnych konserwatystów to jest po prostu jedyne wyjście z sytuacji: skoro młodzi nie chcą nas słuchać po dobroci, to zmusimy ich do posłuszeństwa. Skończy się to, rzecz jasna, spektakularną porażką, z przyczyn, które wymieniali wcześniej prawie wszyscy „analitycy”. Te przyczyny to „internet” i „smartfony”, dzięki którym młodzi wiedzą, że nie są odosobnionymi przypadkami w swojej walce z konserwatywnym spierdoleniem.


Trochę zabawne jest to utyskiwanie Czarnka (i ludzi, którzy dali mu to stanowisko), który tłumaczy, że do tej pory edukacja wyglądała chujowo/etc. (tzn. owszem, wyglądała, ale Czarnkowi nie o to chodzi). Narracja Czarnka i jego mocodawców jest taka, że od 89 roku nikt nie zadbał o należyte wychowanie młodych ludzi. No i wszystko fajnie, ale nieśmiało przypominam, że Zjednoczona Prawica rządzi od 2015 roku (a wcześniej przez prawie 2 lata rządziła Polską tzw. „moherowa koalicja”). Gdyby potraktować narracje Czarnka dosłownie, to trzeba by było się pogodzić z tym, że właśnie ostro skrytykował on Zjednoczoną Prawicę za to, że ta zawaliła sprawę. Nieśmiało przypominam, że głowy w Zjednoczonej Prawicy spadały za znacznie mniejsze przewiny, zaś Czarnka na razie wszyscy wychwalają. Jego kariera jest możliwa tylko i wyłącznie dlatego, że Czynniki Decyzyjne w Zjednoczonej Prawicy (i w polskim Kościele) uznały, że tylko i wyłącznie w ten sposób będzie można zabetonować władzę i nie przejebać wyborów w 2023. Bo wiecie, wszystko fajnie, suweren by większość rzeczy im wybaczył, ale tego, że ludzie teraz umierają całymi setkami, firmy bankrutują (a ludzie lądują na bezrobociu) może już nie wybaczyć i może się domagać kar więzienia. Przyznacie chyba, że dla polityka Zjednoczonej Prawicy nie jest to przyjemna perspektywa.


Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o tym, że jeżeli chodzi o młodych ludzi, to PiSowskie podejście do tychże przypominało sinusoidę. Do 2015 było hejtowanie „młodych wykształconych z większych ośrodków”, po 2015 się to zmieniło, bo PiS wygrał również wśród młodszych wyborców (głównie za sprawą skutecznych działań w internecie) i ktoś tam przestawił wajchę, na „młodzi są fajni”. Jednocześnie zaczęto hejtować starsze pokolenie (i stąd te wszystkie ubeckie wdowy, oderwani od koryt, stare baby z KODu/etc.). Jestem się w stanie założyć, że ktoś tam w Zjednoczonej Prawicy popełnił dwa zajebiście wielkie błędy. Pierwszym było to, że ktoś wyszedł z błędnego założenia, że skoro PiS wygrał we wszystkich grupach wiekowych, to znaczy, że młodzi są konserwatywni, a to znaczy, że można spokojnie grzebać przy prawie aborcyjnym (efektem tej konkretnej pomyłki był Czarny Protest). Drugim błędem było przeświadcznie, że skoro się raz wygrało, to znaczy, że wygrywać się będzie już zawsze (bo „znalazło się dobry kontakt z młodymi”), zaś poparcie w młodszych elektoratach będzie tylko i wyłącznie rosło. Stąd przeca wziął się pomysł, żeby Prezydent RP, który ośmieszał się na ćwitrze, zaczął się udzielać na TikToku. Gdyby rację miał Igor Janke (i wszyscy ci, którzy twierdzą, że młodzi są zmanipulowani i że w ogóle to bajecznie łatwo ich zmanipulować), to zarówno PiS, jak i obecny Prezydent RP biliby rekordy popularności wśród młodych. W rzeczywistości Zjednoczona Prawica jest przez młodych bezlitośnie chłostana (zasłużenie, rzecz jasna). Nawiasem mówiąc, utyskiwania prawego sektora na młodych, których „łatwo zmanipulować”, przypominają marudzenie części komentariatu antyPiSowskiego, który nieumiejętność ogarnięcia się przez opozycję tłumaczy tym, że elektorat został zmanipulowany.


Wcześniej zapowiadałem, że poruszę temat „pochylania się” nad młodszym pokoleniem i jego problemami przez prawicowe elity. Ponieważ trollowaniem w internecie zajmuję się już od dość długiego czasu, zdarzyło mi się praktycznie na początku mojej działalności hejterskiej pastwić nad artykułem Kalifa Researchu, Rafała Ziemkiewicza, który w październiku 2012 z właściwą swej kondycji intelektualnej wrażliwością opisał to, co dzieje się z młodym pokoleniem. Wiadomo, że Ziemkiewicz to Ziemkiewicz i jego wysrywy mają niewielki kontakt z „bazą”, niemniej jednak jest to również człowiek, który w owym czasie dzielnie wspierał PiS (i hejtował PO), tak więc nawet jeżeli jego teksty miały niewielki związek z rzeczywistością, to jednakowoż dobrze oddawały stan ducha prawego sektora. Pozwolę sobie wrzucić kilka cytatów z tekstu, ale nie będę się nad nimi zbyt szczegółowo pastwił, bo po pierwsze, potrzebowałbym do tego bardzo dużo liter, a po drugie, przypierdalałem się do tego tekstu „na bieżąco” (jeżeli ktoś będzie chciał poczytać, to linki w Źródłach znajdzie). Tytuł notki był cholernie mylący, albowiem „Śmieciowa generacja” mogłaby sugerować, że Ziemkiewicz pochylił się nad problemem ludzi zatrudnionych na umowach śmieciowych. Owszem, wzmianka o tych umowach też się pojawia, ale generalnie w „śmieciowej generacji” chodzi o to, że generacja jest po prostu (zdaniem Ziemkiewicza) chujowa. Oto garść cytatów: „„Przywykłem już do opowieści o "młodych wykształconych", ze świeżo zdobytymi dyplomami, którym myli się Chopin i Schopenhauer, a pytani, kto to Platon, odpowiadają pytaniem: proszek do prania? (…)„Przywykłem, jako się rzekło, do takich opowieści - profesorów, nauczycieli czy innych ludzi z racji swego zawodu obcujących z najnowszą produkcją naszego systemu edukacyjnego i rwących sobie nad nią resztki włosów z głów. (…) Ale od pewnego czasu coraz częściej słyszę analogiczne opowieści od praktyków biznesu i menedżmentu. Oni opowiadają już nie o tym, że absolwenci szkół wyższych, nierzadko uważanych za prestiżowe, nie wiedzą nic o kulturze, historii, współczesności nawet - ale że nie mają pojęcia o swoich wąskich, wyuczonych jakoby i potwierdzonych dyplomem specjalnościach. Nie potrafią napisać oferty handlowej, nie potrafią zrobić prostej analizy, nie potrafią odpowiedzieć na najprostsze nawet pytanie, jeśli nie mają a, b i c do zakreślenia i dostępu do gugla. - Kompletni analfabeci - podsumował pewien egzekutiw, po odbyciu szeregu rozmów kwalifikacyjnych z posiadaczami stosownych dyplomów i zaświadczeń o odbytych stażach. (…) Może się Państwu wydać, że pobrzmiewa w tym felietonie brzydka radość z cudzego nieszczęścia, takie zgredowskie "o dobrze wam, a nie mówiłem, że tak będzie?". Nie, nie cieszy mnie ta sytuacja. Lekcja udzielona milionowi gówniarzy, którzy okazali się tak podatni na prymitywną socjotechnikę władzy, nie była warta szkód, jakie wyrządzili Polsce Tusk i jego ferajna”


Szczegółowo pastwić się nad tym nie zamierzam, ale nie obiecywałem, że wrzucę to gówno na bloga i w ogóle się do tego nie odniosę. Przyjdzie mi zainaugurować przypierdalanie się do tego tekstu od końca. Winę za to, że generacja (do której się zaliczam) jest chujowa, ponosi rzecz jasna Tusk, który „zbajerował” młodych i kazał im iść na studia. Słowem się Ziemkiewicz nie zająknął, że przekonanie o tym, że jak się skończy studia, to znalezienie roboty będzie formalnością, było nam wpajane na długo przed przejęciem władzy przez PO. Ziemkiewicz nie wspomniał również o pojebanych wymaganiach, stawianych ludziom ubiegającym się o robotę. W momencie, w którym Ziemkiewicz napisał te swoje bzdury, spora część ludzi, którzy „szli na studia” szła tam nie dlatego, że ktoś im wmówił, że „po studiach na pewno znajdą pracę”, ale dlatego, że w pewnym momencie znalezienie pracy (nie mając „pleców”) bez wyższego wykształcenia było cokolwiek, eufemizując, trudne (stąd też cały pierdylion prywatnych uczelni, na których można było zdobyć dyplom, bo przekazywaniem wiedzy nikt się tam nie zajmował). Osobną kwestią jest to, że tekst Ziemkiewicza miał na celu udowodnienie, że młodzi są kretynami i są nimi na swoje własne życzenie (bo dali się zbajerować Tuskowi i nie chcieli głosować na wiadomą partię). Ponieważ te narracje były raczej mało „chodliwe”, potem je pozmieniano. Już nie narzekano na młodych (którzy robili się coraz starsi), ale tłumaczono im, że to, co ich spotkało, było winą „elit okrągłostołowych”, które potem stały się „elitami III RP”. Niestety, Zjednoczonej Prawicy, wspieranej przez całą rzeszę „niezależnych” blogerów/mediaworkerów/etc. udało się te narracje narzucić części mojego pokolenia (rzecz jasna, nie tylko mojego, niemniej jednak tu jest to najbardziej widoczne). Dlatego też Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny praktycznie wszędzie, gdzie tylko może wspomina, że ten, czy inny problem wziął się z winy „elit III RP”. Owszem, w tym konkretnym przypadku była to wina tych elit, ale Jaki (i jego koledzy/koleżanki) zapominają wspomnieć o tym, że część ich starszych kolegów partyjnych również należy do elit wyprodukowanych przez III RP (khe, khe, Jarosław Kaczyński) i zajmowała się polityką w czasie, w którym „można było coś zrobić”, ale zamiast tego zajmowali się chuj-wie-czym. Gwoli ścisłości, od bardzo dawna miałem niejasne przeczucie, że w całej tej walce z „elitami III RP” nie chodziło o to, że owe elity (- członkowie PC i inni koledzy i koleżanki Jarosława Kaczyńskiego) działają na szkodę kraju, ale o to, że politycy pokroju Kaczyńskiego, którzy na początku lat 90-tych zaczęli się dorabiać (tak samo, jak przeklinana przez nich „uwłaszczona nomenklatura”) nie zarobili tyle, ile chcieli. To moje „przeczucie” potwierdziło się w momencie, w którym dowiedziałem się o tym, że Jarosław Kaczyński chciał sobie wybudować dwa wieżowce. Tak okołotematowo, jednym z największych sukcesów PiSu było wmówienie sporej części społeczeństwa, że Zjednoczona Prawica to „ludzie tacy, jak my”, którzy „walczą z elitami”. Tylko i wyłącznie dzięki temu, osoby pokroju Patryka Jakiego, które miesięcznie zarabiają ponad 37 tysięcy zeta na rękę, mogą opowiadać o tym, że „walczą z elitami” i nikt ich przy okazji wygłaszania tych bredni nie zabija śmiechem.


No dobrze, miało być o tym, czemu młodzież się wkurwila, a było o wszystkim, tylko nie o tym. Tak więc przyszła pora na tę część wymądrzania się. Ja się już dawno temu przyzwyczaiłem do tego, że mam bardzo dobrą pamięć (nie mam co prawda tzw. „pamięci eidetycznej”, ale jest ona na tyle dobra, że, na ten przykład, bardzo ułatwia mi ona trollowanie [i np. przypomnienie sobie, że tyle i tyle lat temu, ten czy inny dzban napisał ten, czy inny tekst]). Czemu w ogóle wspominam o pamięci? Bo tejże właśnie zabrakło we wszystkich tych z dupy wyjętych „analizach”. Prawda jest bowiem taka, że do tego, żeby zrozumieć „dlaczego młodzi się wkurwili”, wystarczy przypomnieć sobie to, „jak to jest być młodym w Polsce” (tak, wiem, w innych krajach też nie jest za wesoło, ale skupiamy się tu na naszym podwórku). Otóż, być młodym jest chujowo (w tym miejscu chciałbym zauważyć, że ta konkretna kategoria „młodych” oznacza czasy licealne i nieco późniejsze). To jest ten moment, w którym człowiek zaczyna sobie zdawać sprawę ze skali spierdolenia otaczającej go rzeczywistości. Samo to nie byłoby jeszcze takie złe, ale w połączeniu z tym, że w praktyce nic nie da się zrobić z wyżej wymienionym spierdoleniem, daje mieszankę wybuchową. Zdaję sobie sprawę z tego, że młodzież miewa sporo głupich pomysłów, albowiem pamiętam, jak to jest być młodym i mieć głupie pomysły (jednocześnie chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że nigdy nie zdarzyło mi się popierać Korwina i jego idiotyzmów). Tyle, że zdaję sobie sprawę również z tego, że bardzo często argument „jesteś młody, chuja rozumiesz”, jest używany przez starsze pokolenia w charakterze karty „wychodzisz wolny z więzienia”, gdy nie mają innych argumentów.


Pozwolę sobie na krótką historię z czasów mojej młodości. Kościół miał wtedy gigantyczny kredyt zaufania (który spektakularnie przepierdolił). Ponieważ w czasach, w których byłem w podstawówce był „okres przejściowy”, dało się wtedy zaobserwować błyskawiczne nawrócenia i np. w momencie, w którym szedłem do komunii, część dzieciaków była chrzczona w trybie ekspresowym, byle tylko „zdążyć”. Mniej więcej w 7/8 klasie dotarło do mnie z pełną mocą to, że wszystko fajnie z tym Kościołem, ale jakoś tak się składa, że ci najbardziej wierzący, którzy wymagają od innych przestrzegania nakazów religijnych, sami ich nie przestrzegają, o totalnej wręcz bucerze księży/zakonnic, z którymi miałem styczność wspominać nie trzeba. Z perspektywy czasu patrząc, ta bucera nie powinna nikogo zaskakiwać, Kościół wtedy mógł prawie wszystko, a jego pracownicy doskonale sobie z tego faktu zdawali sprawę. Jednym z bardziej spektakularnych duchownych, na których trafiłem, był ksiądz, zapiekły antysemita, który młodzieży będącej w 8 klasie (obstawiam, że nie tylko, ale ja wtedy byłem w tejże) opowiadał, że powinni przekonywać rodziców, żeby nie głosowali na Kwaśniewskiego ze względu na to, że (cytuje) „jest Żydem”. Do tego doszła cała litania idiotyzmów, które kilka lat później słowo w słowo opowiadał mi kolega z osiedla, który zapisał się do Młodzieży Wszechpolskiej. No, ale to dygresja jedynie. Tak więc, uznałem, że Kościół nie jest mi do niczego potrzebny. Czy zmieniło to cokolwiek w moim życiu? No tak trochę niewiele, bo nadal byłem posyłany do kościoła (aczkolwiek nigdy do niego nie trafiałem), poszedłem również do bierzmowania (tak się złożyło, że odbywało się ono w 1 klasie szkoły średniej). Z tym bierzmowaniem to też była taka zabawna historia, że ksiądz, z którym mieliśmy religię powiedział, że on nas nie będzie odpytywał z formułek, tylko prosi nas o to, żebyśmy napisali, „co sądzimy o bierzmowaniu”. No to napisałem, że generalnie to uważam, że to pusty gest, a jeżeli chodzi o moje zdanie na temat religii, to ja swoim dzieciom dam wybór i jeżeli będą chciały, to się ochrzczą po ukończeniu 18 roku życia (czyli po uzyskaniu „prawnej” dorosłości). Jak tak teraz sobie to przypominam, to jestem ze swojego młodego siebie trochę, kurwa, dumny. Efekt tego był taki, że mało brakło, a bym bierzmowany nie był. Swoją drogą, w liceum miałem po raz pierwszy styczność z nauczycielem, który był zadeklarowanym antyklerykałem i był w stanie ten swój antyklerykalizm uzasadnić. Wpływ na mój światopogląd miało to taki, że wreszcie przekonałem się o tym, że „nie jestem sam” ze swoimi poglądami i że nie jest tak, że „jak dorosnę, to mi przejdzie”. Jego argumentacja była bardzo zbliżona do mojej (hipokryzja, skrajna zarozumiałość wierzących i kleru/etc.). W liceum przemęczyłem się z religią dwa lata, a w trzeciej klasie po prostu przestałem na nią chodzić. Rodzice zaś już na tyle dobrze ogarnęli mój charakter, że wyszli z założenia, że nie będą mnie do tego zmuszać (bo pewnie skończyłoby się to tym, że chodziłbym na wagary).


Czemu miał służyć ten trip down memory lane? Ano temu, żeby pokazać, że wiem, jak bardzo nikt nie przejmował się młodymi i ich zdaniem. Jeżeli już ktoś nie usiłował młodzieży przekonywać na siłę do czegoś, to otwarcie mówił o tym, że młodzież sobie może myśleć co chce, ale ma się, kurwa, stosować do poleceń i tyle. Miałem w tym miejscu napisać, że „co prawda podejście do młodych ludzi trochę się zmieniło od tamtej pory ze względu na zmianę pokoleniową (...)”, ale w trakcie pisania zdałem sobie sprawę z tego, że wcale tak być nie musi. Może inaczej o ujmę. O ile, na ten przykład, zmianie uległo podejście do stosowania kar cielesnych w ramach „procesu wychowawczego”, niemniej jednak nie mam zielonego pojęcia, czy „słuchanie młodych” się jakoś poprawiło znacznie. Te moje wspominki miały jeszcze jeden cel. Pamiętam bowiem doskonale to, ile dla mnie znaczył fakt, że „ktoś dorosły” myśli tak samo, jak ja. Gdyby w owym czasie istniały media społecznościowe, a dostęp do internetu byłby równie powszechny, jak teraz, to (nie, nadal jestem przekonany o tym, że nie popierałbym Korwina), znacznie wcześniej zorientowałbym się, że „nie jestem sam”. Tym samym, prawy sektor ma trochę racji w tym, że widzi zagrożenie (dla siebie) w „internecie” i „smartfonach”, ale to jest skutek, a nie przyczyna. To nie jest tak, że ktoś „zbajerował młodzież” i ta robi się coraz bardziej areligijna. Po prostu młodzież ma w dupie to, co Kościół „sprzedaje”, a dzięki mediom społecznościowym ma świadomość tego, że nie jest w swoich poglądach odosobniona. W kontekście powyższego, wybitnie idiotyczna jest strategia, na którą zdecydowała się Zjednoczona Prawica, tzn. podkręcanie prawicowo-konserwatywnej inżynierii społecznej i wmuszanie w młodych konserwatywno-chujowych poglądów. Jest to pomysł po prostu genialny, do tej pory się nie udawało, to teraz się na pewno uda, prawda? Cała ta religijna urawniłowka szła do tej pory siłą rozpędu. No chuj, wezmę ślub kościelny, żeby rodzina się nie przypierdalała. Ok, ochrzczę dziecko, żeby babci nie było przykro/etc./etc. Tak to przynajmniej wyglądało w przypadku mojego pokolenia. Teraz zaś przyszło „nowe” i temu „nowemu” nie zależy na zachowywaniu pozorów.


Chciałbym w tym momencie wrócić do tego, co napisałem o moim pokoleniu, które zostało spektakularnie wychujane, bowiem nasi rodzice przygotowali nas do życia w rzeczywistości, która nigdy nie nadeszła. Nie chciałbym być źle zrozumiany, to nie jest tak, że uważam, że „moje pokolenie miało najgorzej”, bo młodsi mają równie przejebane, ale w nieco inny sposób. Ponieważ trochę to pogmatwałem, podam prosty przykład. Wśród młodszych ode mnie o jakieś 7-8 lat (tak więc roczniki 1988/1989) panowało przekonanie (przynajmniej na moim zadupiu), że wszystko fajnie z tymi studiami, ale tak po prawdzie to będzie wyglądało tak, że jeżeli chodzi o perspektywy po studiach, to „trzy miesiące na bezrobociu, a potem wyjazd za granicę”.  Tym samym ich podejście było już skrajnie odmienne od naszego. Co prawda młodszym wmawiano to samo, ale oni już mogli zaobserwować (na naszym przykładzie) to, jak wygląda rzeczywistość, tak więc średnio wierzyli w te wszystkie opowieści o tym, że jak się chce, to można. Z moich obserwacji, których, rzecz jasna, nie mogę potwierdzić żadnymi danymi statystycznymi wynika tyle, że im młodsze pokolenie, tym bardziej krytycznie jest ono nastawione do status quo. I w tym miejscu, wchodzi prawica, cała na brunatno (choć wydaje się jej, że na biało-czerwono) i zaczyna opowiadać te swoje kretynizmy o zarazie, niszczeniu rodzin etc. Co zrozumiałe, konserwatywna prawica nie jest przyzwyczajona do tego, że cokolwiek musi komukolwiek tłumaczyć, bo też i prawicowi konserwatyści nie nabyli swoich poglądów na drodze dyskusji. Po prostu robili coś na tyle długo, aż uwierzyli, że „tak powinno być”. Tym samym, próby przekonania młodzieży przez Kościół i prawy sektor do czegokolwiek kończą się na żenujących bredniach o „prawie naturalnym” albo tłumaczeniu, że w Polsce nie można wprowadzić związków partnerskich, bo w Konstytucji stoi, że tylko i wyłącznie mężczyzna i kobieta mogą zawrzeć związek małżeński (primo, nawet przygłupi bloger z Podkarpacia wie, że nie o to chodzi w kawałku Konstytucji, na który powołuje się prawy sektor. Secundo, nawet gdyby tak było [a nie jest] to nie ma tam słowa na temat związków partnerskich, więc wypierdalać). Inną próbą (skazaną na porażkę), jest próba wytłumaczenia młodzieży, że w zaostrzeniu prawa aborcyjnego chodzi o coś więcej, niż tylko religijny zamordyzm, który wprowadza się tylko i wyłącznie po to, żeby spłacić Kościołowi dług wyborczy. Jednakowoż, nie można się spodziewać sensownej argumentacji po środowisku, które parę lat temu było łaskawe twierdzić, że letalna wada płodu to taka, która się może samoczynnie cofnąć (a poza tym, nauka idzie do przodu tak bardzo, że kimże jesteśmy, żeby oceniać, czy jakaś wada jest letalna [nie, nie ja to wymyśliłem]). Kiedy ktoś zaczyna podnosić argument „jak to możliwe, że prawie wszędzie indziej terminacja ciąży jest legalna”, prawy sektor zaczyna pierdolić TO MOŻE OD RAZU ZALEGALIZOWAĆ KRADZIEŻE/MORDERSTWA i of korz, nie odpowiada na zadane pytanie.


Kolejnym srogim przypałem, który staje się udziałem prawego sektora jest straszenie „Zachodem”. Tzn. tłumaczenie ludziom, że jak się tutaj nie ogarniemy, to będzie u nas to samo, co na Zachodzie. Ten rodzaj gówno-argumentacji mógł chwycić w 2015 roku, kiedy w EU szalało sobie ISIS, a media w pogoni za clickbaitozą dały od cholery paliwa wszelkiej maści środowiskom, które zajmują się fearmongeringiem, ale używanie tej samej argumentacji (POLSKO, OBUDŹ SIĘ, etc.) w odniesieniu do związków partnerskich/małżeństw jednopłciowych, to idiotyzm. Szczególnie, jeżeli chce się w ten sposób do czegokolwiek przekonać pokolenie, które od dłuższego czasu nawiązuje bezproblemowo kontakty z szeroko pojętą zagranicą. Te same „kontakty zagraniczne” sprawiają, że młodzież nieszczególnie się jara całym tym patridiotycznym pierdoleniem (nie mylić z patriotyzmem, czyli np. z płaceniem podatków i faktycznym dbaniem o swój kraj) i wyklętozą.


Z powodów, które wymieniłem (i to, na wasze nieszczęście, wielokrotnie) w powyższej notce, nasze władze nie są w stanie w żaden sposób przekonać do siebie młodzieży. Młodzież ma wyjebane na ich „autorytety”, łącznie z tymi kościelnymi (skutkiem czego, ksiądz, który chciał opierdolić młode protestujące kobiety, został przez nie zjebany na funty i musiał sobie pójść [prawica się straszliwie zesrała na punkcie tego filmiku]). Żeby podjąć próbę przekonania młodych do czegokolwiek, trzeba by było z nimi prowadzić dialog, a prawica nie potrafi w dialog (bo potrafi jedynie szczuć). Jeżeli nawet komentarze w rodzaju „młodzież jest głupia i nie wie przeciwko czemu protestuje”, skierowane były do „własnego” elektoratu, to ich autorzy powinni wziąć pod rozwagę to, że do młodych to również dotrze i że ją to wkurwi straszliwie. Nie podejmuję się w tym miejscu prognozowania tego „jaki to wszystko będzie miało wpływ na realia polityczne w naszym kraju”, bo nie mam zielonego pojęcia. Można bezpiecznie założyć, że młodzież raczej nie będzie chciała popierać partii, która chce wszystkich trzymać za mordę, a młodym ma do powiedzenia tyle, że „jak dorośniecie to nas zrozumiecie”. Jednakowoż z tego nie wynika wcale, że młodzież rzuci się do głosowania na obecną opozycję, albowiem tak, jak to wcześniej już zaznaczyłem, do tego potrzebny jest dialog (nie, to nie oznacza, że nagle stałem się fanem Hołowczyca [owszem, musiałem]). Co prawda moje podejście jest stronnicze, ale wydaje mi się, że najłatwiej by było ów dialog z młodzieżą prowadzić lewicy (ze względu na najbardziej proludzki program). Jednakowoż otwartą kwestią pozostaje to, czy lewica się w ogóle podejmie prowadzenia tego dialogu.


Tak na samo zakończenie chciałbym dodać, że bardzo mnie cieszy to, że młodzież się wreszcie wkurwiła tak bardzo. Nie cieszy mnie to, że są powody, dla których młodzież się wkurwia, ale że owa młodzież reaguje na te powody inaczej, niż wcześniejsze młodzieżowe roczniki. Dotarło do mnie to, że gdyby moje pokolenie się swego czasu wkurwiło i wyszło na ulicę, to mogło by przykryć czapkami potencjalnych krytyków. Powody do wkurwienia były (a z roku na rok pojawiało się ich coraz więcej), ale samo wkurwienie się nie pojawiało (a nawet jeśli, to nie miało charakteru masowego). Po części działo się tak dlatego, że jakoś tak średnio się interesowaliśmy polityką. Po części zaś dlatego, że wierzyliśmy w to, że jeżeli się „postaramy”, to „będzie dobrze”. Potem zaś wmawiano nam, że jeżeli komuś nie jest dobrze, to „no cóż, każdy jest kowalem własnego losu, tak więc to jego wina”. Jeszcze bardziej potem, gdy części z nas udało się gdzieś znaleźć pracę, a inni wyjechali za granicę (ktoś jeszcze pamięta to, jak bardzo PiS miał w dupie emigrację zarobkową w latach 2005-2007?), to tak po prawdzie nie było komu protestować. Część z nas dała się potem zbajerować prawicowym spindoktorom. Przynajmniej jedna osoba, która mimo sporego farta (a może właśnie z powodu świadomości tegoż) nadal jest wkurwiona i od paru ładnych lat katuje swoich czytelników ścianami tekstu, real time shitpostingiem na ćwitrze i okazjonalnymi memami. Jeżeli mam być szczery, to trochę racji mieli wszyscy ci, którzy mówili „dorośniesz i zrozumiesz”. Otóż dorosłem i zrozumiałem, że powinienem protestować dwadzieścia lat temu. Dlatego budującym znajduję to, że dzisiejsza młodzież potrafi głośno wyrazić swoje niezadowolenie, bo najwyraźniej ta młodzież dorosła i zrozumiała to wszystko znacznie wcześniej ode mnie.


Źródła:

https://twitter.com/DanielWachowiak/status/1321493396800897024

https://www.msn.com/pl-pl/rozrywka/gwiazdy/kaja-godek-jest-jak-buka-muminki-nie-chc%C4%85-mie%C4%87-z-ni%C4%85-nic-wsp%C3%B3lnego-serio/ar-BB1ar2iS

https://twitter.com/jbrudzinski/status/1321869298336473089

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/240694-piate-nie-zabijaj-historia-posla-ktory-nie-zgodzil-sie-na-aborcje

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/240694-piate-nie-zabijaj-historia-posla-ktory-nie-zgodzil-sie-na-aborcje

https://czestochowa.wyborcza.pl/czestochowa/7,48725,26497565,marcin-najman-w-tvp-roli-eksperta-od-usa-znam-golote-a-on.html

https://aszdziennik.pl/131241,sukces-obroncy-jasnej-gory-marcina-najmana-zostal-ekspertem-tvp-od-usa

https://twitter.com/PatrykJaki/status/1321855037845491714

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1320450799542161408

https://twitter.com/jbrudzinski/status/1321869298336473089

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1320450799542161408

https://twitter.com/PolskieRadio24/status/1322579219445145602

https://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/1495038,czarnek-podreczniki-pedagogika-wstydu-jan-pawel-ii.html

https://tvn24.pl/polska/kto-odpowiada-za-pogrom-kielecki-rozne-byly-zawilosci-historyczne-ra660799

https://twitter.com/rzeczpospolita/status/1322229932253204483

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1324386751318761472

https://twitter.com/napalonywikary/status/1323244428245504002

Gonciarz:

https://www.youtube.com/watch?v=YgcYyNVdv5s

https://pl.wikipedia.org/wiki/Program_czterech_reform

https://wiadomosci.wp.pl/glosowanie-w-wyborach-parlamentarnych-wg-wieku-infografika-6027736472732289a?c=96&nil=&src01=6a4c8

https://tvn24.pl/wybory-parlamentarne-2019/wiadomosci-wyborcze,474/wybory-parlamentarne-2019-wyniki-sondazowe-jak-glosowali-mlodzi,977132.html

https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,117303,26080140,na-kogo-glosowali-najmlodsi-kto-wygral-na-wsiach-wyborcza.html

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1485928,trzaskowski-duda-ipsos-wybory-prezydenckie-grupy-wiekowe-wyborcy.html

https://tvn24.pl/polska/andrzej-duda-i-tiktok-dlaczego-prezydent-przestal-korzystac-z-aplikacji-4667699

https://www.spidersweb.pl/rozrywka/2020/06/22/andrzej-duda-tiktok-instagram-komentarze-lgbt/

Mój dwuodcinkowy rant na artykule Ziemkiewicza:

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2012/10/te-gopje-stodenty-czyli-doniesienia-z.html

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2012/10/te-gopje-stodenty-cd-doniesienia-z.html

Notka, w której pastwiłem się nad jednym z zygotariańskich projektów

https://piknik-na-skraju-glupoty.blogspot.com/2013/09/aborcja-w-krainie-absurdu-i-gupoty.html












Stacja 2020 - państwo polskie upada po raz kolejny
09.11.2020
Zacząłem sobie spokojnie pisać notkę o tym „skąd wzięła się woda na ternach zalewowych” (tzn. o tym, czemu młodzi protestują przeciwko konserwatywnemu zamordyzmowi), ale w przysłowiowym międzyczasie miałem styczność z sytuacją „okołocovidową”, która wkurwiła mnie do tego stopnia, że musiałem dać sobie trochę czasu na ochłonięcie, żeby w tekście opowiadającym o tej sytuacji, było cokolwiek poza wulgaryzmami. Lojalnie uprzedzam, że mi się uleje. Dawno temu oglądałem sobie film Guy'a Ritchiego pt. „Snatch”. Ponieważ filmy Ritchiego są zawsze przegadane (co mi bardzo odpowiada) stanowią kopalnię cytatów. Idealnym początkiem niniejszej notki będzie parafraza wypowiedzi postaci, granej przez Jasona Stathama (postać zwała się „Turkish”, bo rodzice tejże postaci poznali się w samolocie o takiej nazwie [który to samolot się trochę rozbił]):  What do I know about diamonds?  I'm a boxing promoter.” Po przetłumaczeniu z angielskiego na Podkarpacki: „Co ja w ogóle wiem na temat diamentów? Jestem promotorem boksu”. W moim przypadku byłoby to: co ja w ogóle wiem na temat koncentratorów tlenu? Jestem blogerem z Pokarpacia”.


Mam znajomą medyczkę, z którą od pewnego czasu sobie konferujemy na tematy okołocovidowe (generalnie to dowiaduję się od niej tego, jak bardzo przejebane jest i jak bardzo może być przejebane w nieodległej przyszłości). Jakiś czas temu powiedziała mi, że obserwacje tego, jak sobie nasze państwo przestało radzić z covidem, skłoniły ją do poszukania koncentratora tlenu (który może się przydać w sytuacji, w której pacjent covidowy ma niezbyt dobrą saturację, a nie może liczyć na łóżko tlenowe w szpitalu). Zanotowałem sobie to w pamięci. Kilka dni później odezwał się do mnie mój bardzo dobry znajomy (obaj pochodzimy z Podkarpacia, ale poznaliśmy się na studiach).Żżeby ten znajomy nie był bezosobowy, na potrzeby niniejszej notki nazwiemy go „Marcinem”. Marcin, jak się pewnie domyślacie z kontekstu, odezwał się do mnie z zapytaniem „czy aby nie wiem skąd można skombinować koncentrator tlenu”. Nie, nie chciał go kupić na zapas. Covid trafił członka rodziny Marcina, a osoba owa nie mogła liczyć na łóżko tlenowe, więc pozostało albo skombinowanie koncentratora, albo czekanie, aż na pełnej kurwie wjadą zdrowotne konsekwencje niedotlenienia. W teorii koncentrator da się wypożyczyć, ale w praktyce na część w  wypożyczalni w regionie spadł odgórny ban, bo w szpitalach zaczyna brakować tlenu i ktoś chciał łatać dziury przy użyciu koncentratorów. Marcinowi udało się jakoś wypożyczyć koncentrator, ale doszedł do wniosku, że lepiej kupić własny. Miał na tyle farta (o ile w tej sytuacji można mówić o farcie), że było go stać na ten zakup. Dzięki temu, że skojarzyłem, że moja znajoma (żeby nie było bezosobowo, nazwijmy ją „Ewą”) ogarniała temat koncentratorów, Marcin zaopatrzył się w najodpowiedniejszy (acz warto nadmienić, że najpierw musiał się dopisać do listy kolejkowej).


A teraz wyobraźmy sobie, że ktoś znalazł się w analogicznej sytuacji, ale nie stać go ani na wypożyczenie (które nie jest tanie), ani też na zakup koncentratora, który faktycznie pomoże. Co można zrobić w takiej sytuacji? Na państwo nie można liczyć, bo państwo abdykowało. Chciałbym w tym miejscu nadmienić, że szanuję w opór pracowników ochrony zdrowia, którzy muszą działać w tak chujowych warunkach. A warunki są takie, że np. wiadomo, że pacjent powinien trafić na łóżko tlenowe, ale nie ma dla niego miejsca w szpitalu. Inne warunki to takie, w których pacjent się wylogowuje w karetce (bo nie było miejsca w szpitalu). Czasami temu, czy innemu politykowi wyrwie się, że pracownicy ochrony zdrowia stoją „na pierwszej linii frontu”. Żaden z nich nie powie, że z jednej strony jest to „pierwsza linia frontu”, ale z drugiej jest to ostatnia linia frontu. Tylko ci przepracowani ludzie (których każda władza po 89 roku miała serdecznie w dupie) stoją między nami, a jeszcze większą liczbą zgonów. Ja wiem, że można pierdolić o tym, że zrobi się „szybki kurs obsługi respiratora” i „personelu nie braknie”, ale prawda jest taka, że takie podejście to typowy tupolewizm i jebałpiesizm, bo jeżeli pacjentowi się pogorszy i trzeba będzie pozmieniać jakiekolwiek parametry w respiratorze, to ktoś po kilkugodzinnym kursie nie będzie w stanie tego zrobić poprawie. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że ta nasza jedyna linia obrony kurczy się coraz bardziej, bo od pewnego czasu na ćwitrze widzę od cholery wzmianek o kolejnych pracownikach ochrony zdrowia, którzy przegrali swoją osobistą wojnę z covidem.


No, ale to tylko dygresja. Wróćmy do naszego eksperymentu myślowego, który przypomina startrekowe Kobayashi Maru. Jeżeli nie masz pieniędzy na wypożyczenie koncentratora albo na jego zakup, to możesz jedynie liczyć na to, że negatywne efekty niedotlenienia nie zabiją Ciebie, albo kogoś bliskiego. Państwo nie ma Ci nic do zaoferowania (może poza zasiłkiem pogrzebowym). Co w międzyczasie robią polskie władze? Starają się zwalić winę za to, co zrobiły (a raczej za to, czego nie zrobiły) na protestujących przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Wielokrotnie wspominałem o tym, że dla Zjednoczonej Prawicy to, co teraz dzieje się w Polsce (kilkaset tysięcy potwierdzonych zachorowań i setki zgonów dziennie) ma wymiar stricte wizerunkowy. Polacy umierają setkami, a Premier Tysiąclecia pierdoli o tym, że w sumie to Komisja Europejska powiedziała, że Polska może wyjść z tej całej sytuacji w stanie lepszym, niż inne państwa UE. Polacy umierają setkami, a polskie władze nie chcą dogadać się z Niemcami w temacie pomocy, której Niemcy mogłyby nam udzielić. Wiceminister Zdrowia bredzi o tym, że Polska jest samowystarczalna. Tak, kurwa, jesteśmy samowystarczalni, bo nie braknie nam łopat do kopania grobów, ale w pewnym momencie może zabraknąć ludzi, którzy będą te łopaty obsługiwać. Szczytem bycia oderwanym od realiów tępym chujem było to, jak politycy Zjednoczonej Prawicy (wsparci przez rządowych mediaworkerów) tłumaczyli, że no w sumie to najpierw trzeba by taką współpracę dogadać, a poza tym to Niemcy mogły by chcieć coś w zamian/etc. Na to, że można było z Niemcami te warunki obgadać wcześniej (Czesi i Holendrzy nie mieli z tym problemów), jakoś nie wpadli. Dla tych idiotów najważniejsze jest to, żeby nikt nie pomyślał, że oni coś źle zrobili. Dlatego też nie poprosili o tę pomoc, bo to by było przyznanie się do winy. Tego zaś żaden z przedstawicieli formacji, wyznającej zasadę „ani kroku w tył”, nie jest w stanie znieść. Bo przecież są najlepszym rządem na świecie, bo przecież przygotowali Polskę tak, że inne kraje nam tego zazdroszczą.  


Często można przeczytać tu i ówdzie (nie wiem, czy sam nie użyłem takowego określenia), że polskie władze czeka zderzenie z rzeczywistością. Niestety, nie jest to prawdziwe. To nie władze naszego kraju zderzą się z rzeczywistością, to my się z nią zderzamy. Dla tych idiotów nie braknie miejsc w szpitalach, ani respiratorów, ani łóżek tlenowych. Ja rozumiem, że rzeczywistość jest skonstruowana tak, a nie inaczej i że polityczne VIPy muszą mieć zapewnioną ochronę zdrowia na wysokim poziomie. Tylko wiecie co? Zwykli obywatele też powinni móc liczyć na to samo. Osobną kwestią jest to, że ci konkretni rządzący absolutnie wręcz nie zasługują na to, żeby nie czekać w kolejce na respirator. To oni nas wjebali na tę ścianę i to oni, jako pierwsi, powinni ponieść konsekwencje swoich zaniechań, propagandy sukcesu i idiotycznych działań. Ktoś im, kurwa, kazał otwierać szkoły w trybie stacjonarnym? Tak wiem, CBOS skombinował sondaż, w którym stało, że suweren się tego domagał. Tylko, że ciężko mieć pretensje do suwerena, skoro wcześniej nasłuchał się o tym, że wirusa już nie ma i nie jest groźny. Skoro bowiem wirus nie był groźny, to po chuj nam nauczanie zdalne. Tak więc rządzący mieli „sondażową” podkładkę do swojej (w ich mniemaniu słusznej) decyzji. A potem się okazało, że rację mieli wszyscy ci, którzy twierdzili, że to jest bardzo zły pomysł. Pamiętacie jeszcze te czasy, w których dało się namierzać pojedyncze ogniska zachorowań? Teraz to jest nierealne. Ognisk jest tyle, że choćby skały srały, a sanepid zatrudniał pierdylion więcej osób (i dostałby jakieś zajebiaszcze oprogramowanie, które pomagałoby liczyć to i owo), nie dałoby się tego ogarnąć. W teorii, mamy ten częściowy lockdown, którego nie nazywamy lockdownem, bo władza powiedziała, że lockdownu nie będzie, a władza się nie myli, ale w praktyce nie wiadomo, jak będzie ze skutecznością tego lockdownu, bo rząd nie jest w stanie wymyślić sensownego planu, a decyzje podejmuje z godziny na godzinę (nie, to nie moje przekonanie, to jest cytat). W praktyce nie wiadomo, na ile ten częściowy nie-lockdown będzie skuteczny, bo ludzi zarażonych jest od cholery, a testujemy praktycznie wyłącznie objawowych. Z tego zaś wynika, że po Polsce krąży od groma bezobjawowych, którzy zarażają swoje rodziny/etc.


Mamy przejebane, a to wszystko za sprawą bandy kretynów, która nie potrafiła potraktować zagrożenia poważnie. Nie potrafiła i nie potrafi. Zamiast skupiać się na ogarnięciu pożaru, w którym wszyscy siedzimy, władza dba o to, żeby była dobrze postrzegana. Internetowe drony łażą po mediach społecznościowych i tłumacza, że władze bardzo dobrze przygotowały Polskę, ale nie dało się lepiej, bo przecież pandemia, to jak trzęsienie ziemi, a czepianie się władz, to jak czepianie się strażaków, że zbyt wolno wyciągają ludzi spod gruzów. Zapewne są inne analogie, ale ta mnie urzekła szczególnie, bo jej autorom umknęło to, że o ile przy pierwszej fali można było mieć problem z oceną skali zagrożenia (choć władze powinny być przygotowane na każdy scenariusz), to w przypadku drugiej fali wiadomo było, z czym przyszło się nam mierzyć. To trochę tak, jakby w kraju, w którym praktycznie co do dnia przewidziano kolejne (silniejsze) trzęsienie ziemi, władze tłumaczyły, że z tymi trzęsieniami jest tak, że już nie trzeba się ich bać i zadbały o absolutny brak wsparcia dla służb ratowniczych, na wszelki wypadek nie dokupiły sprzętu, dzięki któremu wydobywanie ludzi spod gruzów jest łatwiejsze i nie zleciły analiz tego, które budynki są najbardziej zagrożone.


Mam nadzieję, że w przyszłości ludzie odpowiedzialni za taki, a nie inny stan rzeczy, zostaną skazani na długoletnie wyroki pozbawienia wolności. To nie przywróci życia zmarłym. Nie przywróci to również zdrowia tym, którzy załapią się na powikłania pocovidowe. Jednakowoż, może to przywrócić (choćby i częściowo) wiarę obywateli w elementarną sprawiedliwość. 


Źródła:

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,173952,26486674,waldemar-kraska-o-niemieckiej-ofercie-pomocy-jestesmy-samowystarczalni.html

https://mobile.twitter.com/PremierRP/status/1324685389731422213

https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/koronawirus-szefernaker-o-dzialaniach-przeciw-pandemii-przepraszam-za-bledy/dztep37,79cfc278


Władza letalna
28.10.2020
Po raz kolejny zdarza mi się napisać drugi wstęp do rozgrzebanej notki. Piszę sobie człowiek spokojnie notkę, aż tu wychodzi kieszonkowy dyktator i zaczyna wzywać ludzi do tego, żeby się ze sobą napierdalali. Notka będzie traktowała głównie o wyroku TK i moich przypuszczeniach odnośnie tego, „jak do tego doszło”, ale Debilnej Radzie Ocalenia Narodowego również poświęcę kawałek tekstu. Od razu zaznaczam, że tytuł notki powstał zanim DRON ogłosiła co następuje, niemniej jednak okazał się on bardzo adekwatny.


Od bardzo dawna odczuwam wewnętrzną potrzebę rozumienia tego, co dzieje się dookoła mnie. Ponieważ zaś politykę obserwuję od wielu lat (za samo napisanie „od wielu lat” sam sobie dodaję +10 do czucia się staro), potrzeba zrozumienia przyczyn tych czy innych działań, przeniosła się na politykę. To napisawszy muszę przyznać, że nie mam, kurwa, pojęcia, jak przebiegał proces decyzyjny, który doprowadził do zaostrzenia prawa aborcyjnego, w efekcie którego od kilku dni na ulicach obserwować można rosnący z dnia na dzień masowy wkurw suwerena. Z racji wieku nie obserwowałem tego, co działo się na początku lat 90-tych, ale wydaje mi się, że chyba żadna władza po 1989 nie doprowadziła do protestów, które osiągnęłyby tak gigantyczne rozmiary. Jeżeli bowiem w Tarnobrzegu, pod sądem, protestuje kilkaset osób, to znaczy, że ludzie się naprawdę wkurwili (a trzeba brać poprawkę na to, że sporo ludzi nie pójdzie protestować z obawy przed zarażeniem się).


Nie rozumiem decyzji rządzących, którzy rękami osób pełniących obowiązki sędziów Trybunału Konstytucyjnego, zaostrzyli prawo aborcyjne. Nie rozumiem tej decyzji, bo rządzący musieli zdawać sobie sprawę z tego, że to wywoła opór społeczny. Jedyną niewiadomą była skala oporu. I w tym miejscu warto sobie zadać pytanie: czy dało się przewidzieć to, co teraz się dzieje na ulicach naszego kraju? Żeby spróbować odpowiedzieć na to pytanie, pozwolę sobie przypomnieć dwie sprawy. Pierwszą z nich jest ta, po której Chazan (aka „pięćsetka”) został idolem zygotarian. Suweren się wtedy srogo wkurwił, PiS był tego świadomy, bo z jednej strony Chazana popierano, ale z drugiej – nie zaproponowano mu miejsca na listach, w przeciwieństwie do takiego np. Bolesława Piechy (który również miał spore CV, jeżeli chodzi o wykonywanie aborcji). Uchazanienie prawa aborcyjnego musiało więc doprowadzić do wkurwu społecznego. Drugą sprawą, o której chcę wspomnieć jest, rzecz jasna, Czarny Protest. Zjednoczona Prawica przestraszyła się tamtych protestów na tyle bardzo, że Trybunał Przyłębski zajął się zaostrzeniem prawa aborcyjnego dopiero po maratonie wyborczym. Nieśmiało przypominam, że w 2016 olbrzymi (jak na tamte czasy) wkurw wywołała już sama groźba (to adekwatne określenie) wprowadzenia zakazu aborcji. Gdy sobie te dwie sprawy ze sobą połączymy, to nam wyjdzie, że jeżeli postawi się suwerena przed faktem dokonanym, to suweren raczej nie będzie zadowolony.


W tym miejscu chciałbym poczynić pewną dygresję. Przez kilka lat zajmowałem się (między innymi) flekowaniem komentariatu za te ich gówno-narracje, z których wynikało, że Polacy się „sprzedali za pincet złoty” i dlatego PiS może robić co mu się podoba. Domyślam się, że żaden z tych przygłupów nie będzie miał na tyle RiGCzu, żeby oświadczyć, że jego rachuby były o kant chuja rozbić i wynikały z tego, że wspierani przez nich politycy przejebywali wybory. Ciekawi mnie natomiast to, czy komentariatowi przydarzy się teraz moment refleksji i czy dotrze do niego to, że wybory były przejebywane z winy przejebujących, a nie z winy suwerena. No, ale to tylko dygresja, wracajmy do meritum.


Mam kilka swoich autorskich (i jedną zajebaną z internetu) roboczych teorii na temat tego, „czemu PiS zrobił to, co zrobił”, ale każda z tych teorii jest dziurawa bardziej od tarcz antykryzysowych autorstwa Zjednoczonej Prawicy, tak więc możecie się nad tymi teoriami znęcać do woli. Jednakowoż lojalnie uprzedzam, że sam się będę nad nimi znęcał, tak więc ustawcie się w kolejce.


Pierwsza z nich wiąże się z tym, o czym się wymądrzałem w jednej z notek wyborczych (gdybym był redaktorem Wosiem, to bym napisał „w moim głośnym tekście z 2020”). Produkowałem się tam w temacie tego, że jeżeli obecny Prezydent RP wygra wybory (mimo tego, co odjebywano w kampanii), to Zjednoczona Prawica może dojść do wniosku, że „wolno wszystko”. Tzn. można zgnoić każdego i zrobić dowolny wał, bo w razie czego Samuel z kolegami (w połączeniu z dronami internetowymi) i tak wszystko pospinuje w ten sposób, że wybory się i tak wygra. Ponieważ wybory wygrano, to czynniki decyzyjne mogły uznać, że w trakcie kadencji można sobie pozwolić na wszystko (łącznie z nasraniem suwerenowi na głowę), bo to i tak nie będzie miało znaczenia w końcowym rozrachunku. Skoro więc można nasrać, to czemu tego nie zrobić? Ta teoria ma tę zasadniczą wadę, że w 2015 też się te wybory wygrało, a jednak doszło do Czarnego Protestu. Ok, nie przełożył się on na porażkę wyborczą, ale trudno prognozować „co by było”, gdyby PiS wtedy olał protesty i wprowadził całkowity zakaz aborcji. Można być pewnym tego, że gdyby zakaz obowiązywał, to kwestie aborcyjne byłyby jednym z głównych motywów w kampanii, zaś PiS, broniący antyaborcyjnego status-quo, byłby w mniejszości (nawet jeżeli PO chciałoby „przywrócić kompromis”, to jednak byłaby to jakaś forma [chujowej, bo chujowej, ale jednak] liberalizacji). Osobną kwestią jest to, że nie da się w ciemno założyć, że gdyby PiS w 2016 wprowadził całkowity zakaz aborcji, to nie doszłoby do protestów (większych niż Czarny Protest). Generalnie rzecz ujmując, założenie, że „jak zaostrzymy prawo aborcyjne, to ludzie się nie zdenerwują na tyle, żebyśmy mieli problem, bo poprzednim razem, jak nie zaostrzyliśmy prawa aborcyjnego, to nic się nie stało”, jest cokolwiek karkołomne.


Inszą teorią jest taka, że PiS padł ofiarą własnych narracji. Trzeba bowiem przyznać, że PiSowi udało się uśpić czujność suwerena. Jeżeli bowiem w 2016 wycofano się z prac nad ustawą Wiadomego Instytutu, potem schowano do zamrażarki ustawę Kai Godek, a na końcu „przepadnięto” w Trybunale Przyłębskim wniosek o zbadanie konstytucyjności wiadomej przesłanki, to suweren mógł odebrać to tak, że PiS raczej nie będzie grzebał przy prawie aborcyjnym. W trakcie kampanii PiS unikał tych tematów, a z opozycji pochylała się nad tym jedynie lewica. Wszystko to przełożyło się na niewielkie zainteresowanie tymi kwestiami w internetach/etc. (a jak wiadomo, PiS internety mierzy i waży). Nietrudno zgadnąć, że ktoś w PiSie mógł wpaść na pomysł taki, że skoro suweren się tym tematem nie interesuje, to nieszczególnie przejmie się zaostrzeniem prawa aborcyjnego (co najwyżej lewaki będą protestować, ale z nich zrobi się oszołomstwo, które chce zabijać dzieci). No i wszystko fajnie z tą teorią, ale nie wytrzymuje ona zderzenia z faktem, że odczekano z tym aż do końca maratonu wyborczego.


Teoria, której poświęcę niewiele miejsca to taka, że ktoś w PiSie podupadł na rozumie tak bardzo, że uznał, że jeżeli aborcji zakaże Trybunał Przyłębski, to ludzie nie będą protestować, no bo to Konstytucja. Pastwiłem się nad tym w jednej z poprzednich notek i stwierdziłem, że jedynie beton może taki przekaz kupić (teraz zaś okazało się, że chyba nawet beton ma problem z uwierzeniem w niego). Chociaż Fogiel i paru innych tłumaczyli, że „no ale to niezależny trybunał”, to narracja ta raczej nie została „umasowiona” w Prawie i Sprawiedliwości. Poza tym, nawet kierownictwo PiSu, które gardzi suwerenem, nie mogło zakładać, że po tym, jak wszyscy widzieli ręczne sterowanie Trybunałem Przyłębskim, ktokolwiek uwierzy w to, że podmiot ów jest niezależny.


Kolejna teoria jest jeszcze bardziej karkołomna. W myśl tejże, ktoś uznał, że jeżeli zaostrzy się prawo aborcyjne przy użyciu Konstytucji, to suweren uzna, że „no ok, tego się nie da cofnąć ustawą, więc na nic tu nasze protesty”. Ujmę to tak, jeżeli ktoś nie ma pojęcia o tym, „jak działa Polak”, to faktycznie mógł uznać, że ktoś będzie się przejmował tym pozornym imposybilizmem (nie tylko prezes umie w trudne słowa).


Teoria covidowa. No więc, jest pandemia, czyli nie ma mowy o żadnych protestach i trzeba siedzieć na dupie. No i wszystko pięknie, ale pandemia atakuje falami, więc nawet gdyby teraz nikt nie wyszedł na ulicę, to w momencie „dołku” w zachorowaniach, można byłoby się spodziewać na ulicach wkurwionych ludzi. Wkurwionych podwójnie, bo ci ludzie nie mieliby problemów z domyśleniem się tego, że prawo aborcyjne zaostrzono wtedy, gdy musieli siedzieć w domach. Poza tym, istnieje coś takiego, jak protest samochodowy (który jest bezpieczny o tyle, że o ile jakiś foliarz nie wybije nam w aucie szyby łbem i nie zacznie kaszleć do środka auta, to raczej się nie zarazimy od innych uczestników protestu).


W myśl przedostatniej teorii, Zjednoczona Prawica mogła uznać, że antyaborcyjna urawniłowka odniosła skutek i uda się częściowo zaostrzyć prawo aborcyjne. Warto w tym miejscu nadmienić, że w tym „częściowo” nie chodzi o wywalenie całej przesłanki, ale o rozbicie jej na części składowe i zakazanie części, przy jednoczesnym utrzymaniu legalności pozostałych. Jak by to miało wyglądać? Ano tak, że Trybunał Przyłębski zaostrza prawo i wtedy wychodzą politycy Zjednoczonej Prawicy (ale nie ci, którzy siedzą w trybunale), albo nawet sam Żoliborski Arystokrata Rozumu, i mówią „hola, tak nie można, nasz niezależny trybunale”. Potem zaczynają dyskusję na temat tego, że ok, trzeba tutaj poczynić rozróżnienie na wady letalne i te, które letalne nie są i zakazać terminacji ciąży tylko i wyłącznie w tym drugim przypadku. Owszem, wymagałoby to obejścia wyroku Trybunału Przyłębskiego. Przyznam się szczerze, że nie wiem, jakby to miało wyglądać w wymiarze prawnym, ale Zjednoczona Prawica udowodniła wiele razy, że jak się chce to można. Dzięki temu można by było udowodnić, że trybunał jest niezależny, a dobra Zjednoczona Prawica potrafi się pochylić nad problemami suwerena. Żeby coś takiego się mogło udać, opór społeczny musiałby być na tyle duży, żeby Zjednoczona Prawica miała podkładkę, żeby nie czepiał się jej Kościół, ale musiałby być (ten opór) na tyle umiarkowany, żeby ktokolwiek chciał jeszcze rozmawiać z władzą. Ta teoria ma tę zasadniczą wadę, że o wiele łatwiej byłoby to zrobić w Sejmie, bo nie trzeba by było obchodzić decyzji trybunału. Obciążałoby to, co prawda, głosujących za zaostrzeniem posłów, ale ci (wsparci mediami) tłumaczyliby, że oni w sumie jedynie regulują stan prawny, że przecież nie zmuszają kobiet do rodzenia dzieci z letalnymi wadami/etc. Mendia rządowe zaś tłumaczyłyby, że oto Zjednoczona Prawica buduje nam kompromis aborcyjny na miarę 2020 roku. Poza wszystkim innym, ogarnięcie tego przez Sejm dałoby czas na sondowanie nastrojów społecznych, albowiem prace sejmowe trwają przez jakiś czas (który upływa między czytaniami), zaś w przypadku trybunału nie ma żadnej debaty, a suwerena stawia się przed faktem dokonanym. Kolejnym problemem z tą teorią jest fakt, że głosów „dogadajmy się” było raczej niewiele, w przeważającej większości przypadków mieliśmy do czynienia z fochem władzy na suwerena, który jest głupi i niczego nie rozumie.


Ostatnia teoria, to ta ukradziona z internetów to taka, że za wszystkim stoi Ziobro. Tzn., że jednym z warunków, które postawił, było zaostrzenie prawa aborcyjnego. Ta teoria jest chyba najbardziej odjechana, bo Ziobro może i jest po części skrajnie prawicowym fundamentalistą, ale jest przede wszystkim wyrachowanym cynikiem i bezproblemowo dałoby się go przekonać do tego, że jeżeli w efekcie zaostrzenia prawa aborcyjnego Zjednoczona Prawica straci władzę, to jemu też ktoś dobierze się do czterech liter. Nie wierzę w to, że ktoś z PiSu tak istotny temat (którym długo starano się nie wkurwiać suwerena) poświęcił w ramach utrzymania koalicji. Mamy więc kilka teorii, z których żadna nie wyjaśnia tego, dlaczego PiS doprowadził do masowych protestów. Jeżeli macie jakieś swoje przemyślenia w tej kwestii, to podzielcie się nimi i może kolektywnie dojdziemy do jakichś sensownych wniosków. Skoro już zaś mamy za sobą nie wyjaśnienie czegokolwiek, to możemy iść dalej.
 

UWAGA! Artykuł sponsorowany przez suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty

 
Przyznaję, że skala protestów mnie zaskoczyła. Dodatkowo, trzeba mieć na uwadze coś, o czym już wspomniałem (w swoim głośnym szóstym akapicie [ok, to już ostatni]), a mianowicie to, że sporo ludzi nie wyjdzie na ulice, bo boją się korony. Wziąwszy to pod rozwagę można bezpiecznie założyć, że gdyby nie pandemia, to masowe protesty, do których dochodzi, byłyby, no cóż, jeszcze bardziej masowe. Pierwsze reakcje władz na protesty (które z dnia na dzień się powiększały) sugerują, że władze również były zaskoczone ich skalą. Owszem, zapewne spodziewali się jakiegoś oporu, ale nie na taką skalę. Tylko, że w polityce nie da się zatrzymać czasu, tak więc nawet jeżeli skala oporu ich zaskoczyła (bo się jej nie spodziewali), to mniej więcej po paru dniach widać było wyraźnie, po której stronie suweren ulokował swoje sympatie i antypatie. To, że większa część społeczeństwa będzie niezadowolona z tego, co się stało, było pewne, bowiem w 2019 IBRIS przeprowadził badania, z których wynikało, że nawet wśród elektoratu PiS zwolennicy zaostrzenia prawa aborcyjnego są w mniejszości (status quo 61% ,liberalizacja 16%, zaostrzenie 15%). No i ok, zrobiliśmy to, co zrobiliśmy (czytaj „zjebaliśmy”) i co teraz? Jakoś trzeba zareagować. I właśnie te reakcje były przyczyną, dla której notka ma taki, a nie inny tytuł.


Generalnie rzecz ujmując, reakcje te są całkowicie oderwane od realiów. Tam jest po prostu wszystko. „Świadectwa” osób, które „miały zostać poddane aborcji, ale jednak nie zostały jej poddane i teraz o tym opowiadają”. Świadectwa te pełne są „cytatów” z lekarzy, które to cytaty nie mogły paść pierdylion lat temu, bo używane w nich określenia karierę medialną zaczęły robić nie tak dawno temu (tak więc w chuj wątpliwe jest to, że jakiś nieistniejący doktor, który „namawiał” do terminacji ciąży ich użył). Mamy również „kobieta była w ciąży, ale nie poddała się aborcji, a jej synem był Andrea Bocelli (czyli odgrzewane, zygotariańskie narracje sprzed ośmiu lat [wtedy zaczynałem karierę trollską i obserwowałem debatę towarzyszącą temu, co działo się w trakcie „debaty publicznej”, którą prowadzono, bo Ziobroidy sobie wymyśliły, że chcą zaostrzyć prawo aborcyjne]). Jest guilttripowanie „oni mają prawo żyć”. W pewnym momencie wyciągnięto spod kamienia profesora „pięćsetkę”, który opowiadał o tym, że w trakcie aborcji płody bardzo cierpią (niestety, nie wspomniał o tym, czy zaobserwował to cierpienie w przeprowadzania pięciuset aborcji, do których przeprowadzenia się przyznał). Jest świadectwo polityka PiS, który opowiadał o tym, że jego dziecko miało żyć tydzień, a żyło pięć lat. Rzecz jasna, zarówno politykowi (jak i mendiom narodowym, jarającym się tym „świadectwem”) umknęło to, że dziecko polityka urodziło się mimo braku zakazu aborcji. Tego rodzaju narracji było mnóstwo (nadal się pojawiają) i moim zdaniem dowodzą one tego, że Zjednoczona Prawica nie ma pojęcia „co dalej”. Praktycznie wszystkie te narracje były „grzane” przy okazji debaty w 2016 i nie odniosły one najmniejszego skutku. Tym samym totalnie bezsensowne jest używanie ich w momencie, w którym opór społeczny jest znacznie większy. Warto w tym miejscu nadmienić, że olbrzymia większość wpisów w „soszjalach”, które publikują politycy Zjednoczonej Prawicy (i rządowi mediaworkerzy) jest bezlitośnie chłostana przez internautów. Wpis ma np. 1500 polubień (od dronów) i 1800 komentarzy, z których ogromna większość jest skrajnie negatywna względem autora i jego wysrywu. Do tej pory zdarzało się to incydentalnie (i to przeważnie w sytuacji, w której ten, czy inny przedstawiciel prawego sektora srogo przydzbanił). Teraz jest to proces ciągły, który zaczął się w czwartek i trwa sobie nadal w najlepsze. Tutaj nawet nie trzeba algorytmów do „badania internetów”, sentyment widać gołym okiem. Zjednoczona Prawica, która od paru lat zajmuje się indukowaniem wkurwu (czytaj – tłumaczy elektoratowi, że to, czy tamto powinno go zdenerwować) musi sobie zdawać sprawę z tego, że ten konkretny wkurw jest całkowicie oddolny. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w pewnym momencie wytoczono najcięższe działo, którym było nieśmiertelne „"Kaczyński jest wściekły". Zaskakujące doniesienia ws. orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego” (aka Dobry car, zły bojarzy). Nie trzeba chyba wspominać o tym, że suweren jakoś tak średnio w to uwierzył (zaś w kontekście późniejszego wystąpienia wannabe Kiszczaka, narracja ta była wyjątkowo wręcz idiotyczna).


Napięcie narasta z dnia na dzień i władze, które nie składają się ze skończonych kretynów, powinny zrozumieć, że jedynym sensownym wyjściem jest deeskalacja konfliktu, zanim dojdzie do jakiejś tragedii (już teraz „mamy za sobą” atak nożownika na jednego z protestujących, potrącenie dwóch osób przez auto i próbę rozjechania kilkunastu ludzi przez auto TVP, jadące pod prąd). Co więc robi nasza władza? Eskaluje sytuację. W tym miejscu pora na obszerną dygresję. Obserwuję sobie reakcje części duchownych i prorządowych influencerów na to, co się dzieje. Pozwolę sobie zacytować kilka wpisów, żebyście mogli w pełni docenić to, z czym mamy do czynienia. „Czy w tym pięknym kraju jest szef MSWiA? Komendant Główny Policji? Ktoś tam, na górze, w ogóle czymś kieruje? Trwają dni chaosu na ulicach połączone z nocą kryształową - i nic? Cisza?”- napisał jeden z rządowych inluencerów. Jeden z duchownych, który bardzo stara się o to, żeby tytułować go „Heinrichem” stwierdził, że: „trzeba ratować zdrową tkankę narodu”. Inny duchowny napisał: „Czy polska władza w ogóle panuje nad rozruchami? Mam mieszane uczucia.”. Tego rodzaju wpisów jest mnóstwo i w telegraficznym skrócie chodzi w nich o to, że influencerzy i duchowni domagają się tego, „żeby władza coś zrobiła z protestami”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby rządzący zapowiedzieli wprowadzenie stanu wojennego i napierdalanie „niepokornych” przy użyciu wojska i policji, to autorzy wyżej wymienionych wpisów musieliby prać majtki ze szczęścia.


Ponieważ część protestów odbywała się pod kościołami (i w środku tychże) nacjospierdoliny uznały, że nadszedł ich moment i powołały sobie Idiotenkopf, które mają chronić kościoły. Kariera tychże nie potrwała jakoś specjalnie długo, bo dzień po jednej nerwowej nocy (w trakcie której założyciel Idiotenkopf wzywał pomocy na ćwitrze [Winnicki nie mógł odpowiedzieć na wezwanie, bo w mieście było dużo ludzi] tenże sam założyciel prosił policję o pomoc. Na uwagę zasługuje również zachowanie wiceministra sprawiedliwości, który po tym, jak biedni narodowcy dostali wsparcie od grupy kiboli (ciekawe, czy musieli za nie płacić tak samo, jak ziomki Holochera płaciły innym kibolom za ochronę przed Antifą), a założyciel Idiotenkopf pochwalił się tym na ćwitrze, pozwolił sobie oklaskiwać ten wpis. Tak, dobrze przeczytaliście, wiceminister SPRAWIEDLIWOŚCI po pierwsze, cieszył się z tego, że na ulicach dochodzi do bijatyk, a po drugie pochwalał bandyterkę. Niby po pięciu latach człowieka już takie rzeczy nie powinny dziwić, ale jednak było to trochę zaskakujące. Gdybym był złośliwy napisałbym, że oklaskiwanie bandytów jest idealnym podsumowaniem rządów Zjednoczonej Prawicy, ale ponieważ złośliwy nie jestem, napiszę jedynie tyle, że takie są efekty obdarowywania trolli internetowych stołkami, na których absolutnie nigdy nie powinni się znaleźć.


Na uwagę zasługują również reakcje części prawicowego komentariatu, który straszliwie bóldupi z powodu „upadku obyczajów”. Chodzi im, rzecz jasna, o to, że młodzi mają wyjebane na ich autorytety i nie jest dla nich problemem to, żeby kazać spierdalać księdzu, który wyszedł z założenia, że pokaże zmanipulowanym gówniarom (takie jest niemalże oficjalne stanowisko partii rządzącej na temat protestujących) gdzie ich miejsce. Najbardziej absurdalne jest to, że choć prawicowe elity dostrzegają problem (młodzi mają w dupie konserwatyzm [jestem bardzo zadowolony z tego, że kiedyś się na ten temat mądrowałem]), nie są w stanie zrozumieć „jak do tego doszło”. Otóż, ich zdaniem stało się tak dlatego, że (w skrócie) młodzi mieli styczność ze zbyt małą dawką konserwatyzmu. Zupełnie nie dociera do nich to, że młodzi mieli styczność z ilością konserwatyzmu wystarczającą do tego, żeby nim, kurwa, gardzić i mieć wyjebane na „autorytety”, bredzące o „prawie naturalnym”.


Jak już wspomniałem, władze eskalują konflikt. Zamiast cofnięcia się (które byłoby dla nich jedynym sensownym wyjściem z sytuacji) bawią się w podlewanie iskier Dzikim ogniem. Przykład? Otóż, ktoś w Zjednoczonej Prawicy uznał, że dobrze by było olać kandydatkę na RPO, która ma największe poparcie i zamiast niej wystawić twarz tego, co się teraz dzieje, czyli posła, który był inicjatorem skierowania do Trybunału Przyłębskiego wniosku o zbadanie konstytucyjności wiadomej przesłanki (swoją drogą, ciekaw jestem, czy potwierdzą się plotki, w myśl których PSL zastanawia się nad poparciem tej kandydatury). Tego rodzaju działań, które wkurwiają suwerena coraz bardziej – jest od cholery. Cebulą na torcie było wystąpienie Kiszczaka wannabe (aka Jarosław Kaczyński), który rozładował atmosferę, wzywając społeczeństwo do napierdalania się (nie, nie da się w inny sposób interpretować tego co, on powiedział). Nie mam pojęcia, jak to wszystko się skończy, ale jeżeli w Zjednoczonej Prawicy nie dojdą do głosu ludzie, którzy niekoniecznie chcą mieć w CV „bycie członkiem partii rządzącej, która doprowadziła do tego, że ludzie zabijali się na ulicach”, to będzie tylko gorzej. Bardzo groźne jest również to, że Zjednoczona Prawica zupełnie wręcz nie ogarnia nastrojów społecznych. Ci ludzi uwierzyli we własne gówno-narracje, z których wynika, że protestuje bardzo mało ludzi, a ci, którzy protestują, to „skrajna lewica”. Fakty do nich nie docierają. Jedyne, co do nich dociera to to, że być może stracą władzę, a to przeraża ich na tyle, że nie mieli nic przeciwko temu, żeby Żoliborski Intelektualista uraczył wszystkich swoim bełkotem o „bronieniu kościołów za wszelka cenę” i gdyby doszło do najgorszego, nie będą mieli nic przeciwko „zrobieniu czegoś” z protestującymi. 


Źródła:

https://twitter.com/MarcinDuma/status/1320111292749852672

https://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-fogiel-wyrok-tk-ws-aborcji-tworzy-nowa-sytuacje-prawna,nId,4810997

https://twitter.com/sjkaleta/status/1320460898255949826

https://twitter.com/wPolityce_pl/status/1320784246458470402

https://twitter.com/wPolityce_pl/status/1320706900342808576

https://tvp.info/50506151/wzruszajace-wyznanie-posla-wiktoria-miala-zyc-tydzien-cieszylismy-sie-nia-5-lat-wideo

https://twitter.com/PanZolty/status/1320670844528590850

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Gdynia.-64-letni-nozownik-zaatakowal-po-protestach-przeciwko-wyrokowi-TK-ws.-aborcji

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Warszawa/Strajk-kobiet.-Samochod-TVP-wjechal-w-protestujacych.-Posel-PO-Michal-Szczerba-pokazal-film

https://twitter.com/MichalSzczerba/status/1320771414727761920

https://twitter.com/Jan_Pawlicki/status/1320847993101340672

https://twitter.com/rzeczpospolita/status/1320734570275373058

https://twitter.com/DanielWachowiak/status/1320452456539656194

https://twitter.com/MarcinDuma/status/1321109127133863943

https://twitter.com/sjkaleta/status/1320838397276131329

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1320450799542161408

https://www.fronda.pl/a/nastolatki-do-ksiedza-masz-macice-to-wypij,151962.html?

https://twitter.com/tvp_info/status/1320745242212130816

https://twitter.com/gazeta_wyborcza/status/1320733023550251009


Państwo teoretyczne z pandemią w tle – odcinek 6 – chaos
19.10.2020
Z napisaniem tej konkretnej notki czekałem do momentu, w którym rząd Zjednoczonej Prawicy ogarnie się na tyle, żeby w ogóle jakoś zareagować na rekordowe skoki w liczbie potwierdzonych zachorowań. Miałem świadomość tego, że prędzej czy później rząd jakoś zareaguje (i nie mam tu na myśli szczucia na lekarzy [o którym w dalszej części notki wspomnę]). Osobną kwestią jest to, że chciałem zebrać myśli na tyle, żeby poniższy tekst miał ręce i nogi (a jest sporo rzeczy do ogarnięcia).


Muszę przyznać, że zastanawiałem się nad tym, jak to możliwe, że rząd tak bardzo zjebał przygotowania do tego, co się teraz dzieje. Nie zrozumcie mnie źle, moja opinia na temat Zjednoczonej Prawicy jest niezmienna: ci ludzie potrafią zjebać wszystko za co się wezmą. Niemniej jednak skala zjebania jest przytłaczająca. Na pierwszy bowiem rzut oka wygląda to tak, jakby obecne władze świadomie olały to, że może dojść do drugiej fali (tak, wiem, ciężko mówić o drugiej fali, bo pierwsza sobie nie poszła tak do końca). Jednakowoż widać wyraźnie, że władze zaczynają panikować. Ostatni tydzień upłynął pod znakiem hejtowania lekarzy, pielęgniarek i całego personelu medycznego (gwoli ścisłości, używam tego określenia jako zamiennika dla „pracowników ochrony zdrowia”). Zaczęło się od Sasina, który powiedział był, że: „Niestety występuje taki problem, jak brak woli części środowiska lekarskiego – chcę to podkreślić wyraźnie, części. Oczywiście bardzo wielu lekarzy, pielęgniarek, personelu medycznego z wielkim poświęceniem wykonuje swoje obowiązki, ale część tych obowiązków wykonywać nie chce”. Bardzo szybko okazało się, że to obowiązująca narracja, do której przyłączyły się rządowe media. Największy rządowy rozrzutnik treści, TVP Info zaczął klarować, że: „Wojewoda wysłał 88 lekarzom wezwania do walki z COVID. Pracę podjęło trzech”, a potem pochylono się nad problemem ludzi, którzy nie mogą się dopchać do lekarzy: „Covidowa „spychologia”. Dziesiątki telefonów, prośby o test i niedziałający system”. Dzień później pociągnięto temat i były minister zdrowia, Konstanty Radziwiłł (który wsławił się, między innymi, powoływaniem się na dane z Instytutu Danych z Dupy w trakcie dyskusji o „potrzebie przywrócenia recept na pigułki dzień po”) opowiadał o tym, że: „Praktycznie nie ma osób, które same zgłaszają się do pracy przy zwalczaniu epidemii – mówił o sytuacji na Mazowszu wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł. Podkreślił, że sytuacja wygląda też „bardzo źle”, jeśli chodzi o stawiennictwo osób odgórnie skierowanych do takiej pracy. (…) Jest mi bardzo niezręcznie o tym mówić, zwłaszcza że sam jestem lekarzem, ale wydaje mi się, że mamy do czynienia z przewagą lęku – ocenił.”. Zanim odniosę się do tych narracji, pozwolę sobie na dygresję. Na samym początku tejże zaznaczam, że od momentu, w którym zacząłem rozumieć to i owo, nie zdarza mi się dywagowanie na temat tego „co bym zrobił gdybym był na miejscu tej, czy innej osoby”. Tym razem zrobię wyjątek, bo jestem absolutnie pewien tego, że gdybym był lekarzem, pielęgniarzem, albo inszym personelem medycznym i jakiś spasiony kutas chciałby mnie skierować na pierwszą linię frontu, to znalazłbym pierdylion sposobów na to, żeby nie musieć się stosować do tego skierowania. Rzygać mi się chce, kiedy widzę upasione ryje (które niczym, of korz, nie ryzykują) opowiadające  o tym, że lekarze i pielęgniarki, dupa cicho i do roboty bo przysięga Hipokratesa.


Przypomina mi się jedno z haseł z pierwszego Czarnego Protestu „martwa nie urodzę”, które można sparafrazować „martwi nie będziemy leczyć”. To, co się dzieje warto osadzić w kontekście, którym było nieprzygotowanie państwa do pierwszej fali zachorowań. Chyba każdy pamięta o tym, że bardzo dużo zachorowań odnotowano wśród personelu medycznego, który nie został należycie zabezpieczony (bo brakowało środków ochrony indywidualnej). Zamiast środków ochrony indywidualnej personel medyczny dostał zakaz wypowiadania się na temat braków pod rygorem wypierdolenia z roboty. Wspominałem kiedyś o „podziemiu antywirusowym”, które zaopatrywało lekarzy w środki ochrony. Robiono to „po kryjomu”, bo personel medyczny nie mógł oficjalnie poprosić o te środki. Nie mógł, ponieważ taka prośba byłaby równoznaczna ze stwierdzeniem, że są braki w zaopatrzeniu. Reasumując, personel medyczny ryzykował zdrowiem i życiem pracując bez odpowiednich środków ochrony dlatego, że ktoś najpierw zjebał przygotowania do pierwszej fali zachorowań, a potem zabronił o tym mówić. Czy kogokolwiek w tym kontekście dziwi to, że część personelu medycznego nie chce wchodzić na pole minowe, w które zamieniono ochronę zdrowia? Nieśmiało przypominam, że „za pierwszym razem” mieliśmy do czynienia ze znacznie niższymi liczbami zakażonych. I na tym zakończę przydługą dygresję. Owszem, zdarzają się sytuacje takie, jak ta, do której doszło w moim rodzinnym mieście, w którym trzeba było napierdalać kijem w parapet celem uzyskania skierowania. Tego rodzaju, ekhm, „eventy”, to woda na młyn dla zjebów, którzy teraz opowiadają o tym, że lekarzom, pielęgniarkom/etc. się w dupach poprzewracało. Niestety pamięć ludzka jest ulotna i znacznie więcej ludzi pamięta o tym kiju, a znacznie mniej o tym, jak bardzo personel medyczny miał przesrane na wiosnę (za tą krótką pamięć należy podziękować mediom).


Zrzucanie odpowiedzialności za swoje fuckupy na „kogoś innego” ma w Zjednoczonej Prawicy długą tradycję (nie pamiętam już czy prekursorką była Beata Kempa, która twierdziła, że założenie chujowych opon w limuzynie Prezydenta [co doprowadziło do spektakularnego wylecenia z drogi] to wina poprzedników). W pewnym momencie technika ta została nieco zmieniona. Kiedy nie dało się przykryć tego, że „jest niedobrze”, Zjednoczona Prawica (wraz z rządowymi mediami i internetowymi dronami) zaczynała tłumaczyć, że może i jest chujowo, ale za rządów PO-PSL było chujowiej. Przykład? Na samym początku pandemii, kiedy liczba ofiar śmiertelnych była stosunkowo niewielka, tłumaczono, że w sumie za PO więcej osób zmarło z powodu świńskiej grypy. Rzecz jasna, w pewnym momencie narracje te się urwały (z przyczyn oczywistych). No, ale to dygresja. Jeszcze inną metodą (która wyewoluowała z „winy poprzedników”) jest budowanie narracji, z których wynika, że odpowiedzialność za ewidentne fuckupy władz ponoszą wyłącznie „inni”. W przypadku nieprzygotowania kraju na drugą falę – padło na pracowników ochrony zdrowia. Gdyby ta nagonka była elementem jakiegoś szerszego planu, to trwałaby już od jakiegoś czasu (chłopcy i dziewczęta od Samuela z przyjemnością wygrzebaliby z mediów społecznościowych „łamiące informacje” o tym, że lekarze zamiast leczyć jedzą kanapki). Ponieważ zaś zaczęło się ona nagle, dowodzi to moim zdaniem paniki w obozie rządzącym. Niestety, w tym konkretnym przypadku panika partii rządzącej oznacza, że my również powinniśmy zacząć panikować. Zjednoczona Prawica wielokrotnie udowadniała, że ludzka śmierć ma dla niej wymiar stricte wizerunkowy. Nie inaczej jest tym razem. Spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy wiedzą doskonale, że jeżeli dojdzie u nas do „wariantu włoskiego” (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że Lombardia miała ochronę zdrowia na znacznie wyższym poziomie niż nasz kraj), to nie będzie się tego dało w żaden sposób przykryć. Nie oznacza to, rzecz jasna, że rządowe drony nie będą szukać porównań na zasadzie, no „może i u nas zmarło tyle i tyle osób, ale w USA, albo (tu wstaw dowolny kraj) jest znacznie gorzej”, ale ten przekaz, moim zdaniem, trafi tylko i wyłącznie do najtwardszego elektoratu (o ile temu elektoratowi ktoś się nie wyloguje z powodu brakującego respiratora). [Edycja]: już po napisaniu tekstu okazało się, że jestem trochę jak ten od śniegu, co to nic nie wiedział. W dniu, w którym odnotowaliśmy ponad 8.500 zachorowań (zaś w mediach zaczęły się pojawiać informacje o tym, że w niektórych regionach brakuje respiratorów i już teraz trzeba „wybierać”), Konstanty Radziwiłł oznajmił, że: „Polska w porównaniu z innymi krajami Europy Zachodniej wypada lepiej” 


[Edycja] Już po napisaniu powyższego kawałka, w mediach pojawiła się niniejsza wiadomość: „Nie żyje kierowca karetki zakażony koronawirusem. Szpitale odmawiały przyjęcia przez brak miejsc (…) Mężczyzna nie otrzymał pomocy w szpitalach zakaźnych z powodu braku miejsc. Gdy w końcu został przyjęty do Szpitala Powiatowego w Garwolinie, zmarł w karetce w drodze do placówki". Choć nie jestem lekarzem/kierowcą karetki, to chciałbym w tym miejscu złożyć serdecznie życzenia pierdolenia się na ryj każdej gnidzie, która z bezpiecznej pozycji „wojownika klawiatury” opowiada o „przysiędze Hipokratesa” i narzeka na pracowników ochrony zdrowia.


Na uwagę zasługują również „zaproszenia do współpracy”, które partia rządząca wysyła opozycji (przy jednoczesnym „mieniu wyjebane” na pomysły opozycji [projekty ustaw etc.]). I tu również mieliśmy do czynienia z przekazem dnia. Najpierw wpadł mi w oczy ćwit Michała Dworczyka: „Trzeba w trudnych czasach być razem, pokazać społeczeństwu, że w obliczu zagrożenia nie liczą się barwy polityczne a walka o obronę życia i gospodarki. Zapraszamy @bbudka do współpracy! nie wykorzystujcie pandemii do walki politycznej”, potem zaś ćwit Jadwigi Emilewicz: „Czas pandemii to nie czas na polityczną wojnę. Rolą opozycji jest pozwolić działać rządowi i solidarnie wspierać społeczeństwo w przestrzeganiu zasad. Rozliczanie skuteczności zostawmy na wakacje 2021. Zapraszamy @bbudka do współpracy.”. Tego rodzaju wpisów i komentarzy było zapewne znacznie więcej, ale te dwa nam całkowicie wystarczą. Zanim przejdę do pastwienia się nad tymi wpisami, krótką dygresję poczynię. Nie pamiętam już, która partia została przyłapana jako pierwsza na używaniu przekazów dnia. Taki przekaz dnia, to wygodna sprawa, bo minimalizuje się ryzyko tego, że politycy zaczną mówić „to, co myślą” i np. się narracje rozjadą. Problemem (acz zupełnie nie wykorzystywanym przez opozycję) Zjednoczonej Prawicy jest to, że stosuje ona tę metodę z takim zapamiętaniem i tak często, że czasem dochodzi do „czołowych zderzeń narracyjnych” (których nie da się wytłumaczyć tzw. „wielonarracją”, którą Zjednoczona Prawica zapożyczyła od Trumpa). Innym problemem z przekazami dnia jest to, że czasem realizujący te przekazy nie mają czasu ani chęci, żeby doszlifować ten przekaz i zapewne przeklejają to, co dostali (czy to smsem, czy to w mailu). Nie inaczej było w przypadku cytowanych ćwitów. Po pierwsze „zaproszenie do współpracy” (Dworczyk dodał jedynie wykrzyknik). Po drugie jestem się w stanie założyć o wiele, że totalnie randomowa data, którą w ćwicie wrzuciła Emilewicz, nie była jej pomysłem. Zapewne spindoktorzy uznali, że skoro na wakacjach 2020 liczba zachorowań utrzymywała się nie niezbyt wysokim poziomie (w porównaniu do tego, co dzieje się teraz), to w trakcie kolejnych wakacji łatwiej się będzie bronić przed rozliczeniami. Nieśmiało przypominam, że skrajnie idiotyczna wypowiedź Premiera Tysiąclecia o „wirusie w odwrocie” padła na wakacjach właśnie. Po trzecie prośba o niewykorzystywanie pandemii do walki politycznej. To jest moim zdaniem najbardziej absurdalny fragment. Do momentu, w którym liczba dziennych stwierdzonych zachorowań utrzymywała się na jako takim poziomie, były zapewnienia, że Poland Stronk, a opozycja dupa cicho, bo najlepszy rząd RP sobie poradził najlepiej ze wszystkich. 15 września 2020 ministra funduszy i polityki regionalnej Małgorzata Jarosińska-Jedynak opowiadała w Radiu PiK o tym, że: „Polska poradziła sobie z pandemią najlepiej ze wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej.” Teraz zaś, ponieważ sytuacja epidemiczna jest w Polsce taka, a nie inna, nagle okazuje się, że nie wolno rozliczać władzy z tego, jak (nie)przygotowała Polski do jesiennej fali zachorowań, bo to by było „wykorzystywanie pandemii do celów politycznych”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Wcześniej wspomniałem o „czołowym zderzeniu narracyjnym”. Ofiarą tego zderzenia padła Jadwiga Emilewicz, która najpierw napisała „Borysie Budko, pomusz”. Potem zaś w trakcie przepychanki z Vincentem Rostowskim (który słusznie zwrócił uwagę na to, że w sumie to władza miała kilka miechów, żeby przygotować kraj, ale jakoś tak się nie złożyło [może gdyby koronawirus miał tęczowe kolory, Zjednoczonej Prawicy byłoby łatwiej?]), napisała: „Panie Ministrze, wiosną Pana partia rekomendowała wybory jesienią. My mówiliśmy o drugiej fali. Nie licytujmy się.”. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że narracja „hurr durr opozycja chciała wyborów na jesieni”, pojawiła się już jakiś czas temu, albowiem 7 października 2020 Łukasz Schreiber usiłował pompować balonik wizerunkowy Premiera Tysiąclecia: „Kto zdał test na polityczną odpowiedzialność ws pandemii. Opozycja przy wsparciu części mediów chciała wybory prezyd. jesienią Premier @MorawieckiM w marcu: „Wybory prezydenckie powinny się odbyć w zaplanowanym terminie, gdyż (...) np. jesienią może nastąpić nawrót koronawirusa”. Bardzo szybko został sprowadzony na ziemie komentarzami, w których stało, że skoro współczesne wcielenie Nostradamusa przewidziało „nawrót koronawirusa”, to czemu owo wcielenie nie zadbało o to, żeby przygotować Polskę do tegoż nawrotu? Aczkolwiek to tylko dygresja była, a nam trzeba wracać do Jadwigi Emilewicz. Zastanawia mnie to, jak bardzo leniwym człowiekiem trzeba być, żeby nie zastanowić się nad tym, że trochę kiepsko będzie wyglądać „zaproszenie do współpracy”, jak się zaraz po tym zaproszeniu zacznie jebać zapraszanego za to, że zdaniem zapraszającego jest głupi. Nie można również pominąć tego, że równolegle z zaproszeniem wystosowanym do Budki prawy sektor (z politykami Zjednoczonej Prawicy na czele) grzał na ćwitrze hashtag o obłudzie platformy, żeby udowodnić, że PO niby chce walczyć z pandemią, ale jednak wcale nie walczy/etc.


Oba wyżej opisane działania (szczucie na pracowników ochrony zdrowia i „zaproszenie do współpracy) miały charakter mocno doraźny. Abstrahując bowiem od tego, że jeszcze miesiąc temu tłumaczono, że Polska sobie poradziła najlepiej ze wszystkich krajów (ciekawe, czy Zjednoczona Prawica kiedyś przestanie wzorować się na retoryce Trumpa), do bardzo niedawna próbowano innej narracji, z której wynikało, że (zapnijcie pasy) Polska jest zajebiście przygotowana do „drugiej fali”. 12 października, tak więc w czasie, w którym liczba potwierdzonych „dziennych” zachorowań oscylowała w okolicy 4-5 tysięcy, Terlecki powiedział był, że rząd się „świetnie” przygotował „na drugą fazę pandemii”. Aczkolwiek może ja to po prostu źle zrozumiałem i może Terleckiemu chodziło o to, że rząd jest świetnie przygotowany, bo dla rządowych VIPów nie zabraknie łóżek i respiratorów? Chwilę potem okazało się, że „ochrona zdrowia = chuje” i zaczęły się odezwy do opozycji. Tym samym, Zjednoczona Prawica zaczęła sobie zdawać sprawę z tego, że jest źle i najprawdopodobniej będzie tylko gorzej.


Wspomniałem wcześniej o tym, że przez dłuższy czas zastanawiałem się nad tym, czemu tak właściwie Zjednoczona Prawica tak bardzo zjebała te przygotowania. Czemu doprowadziła do sytuacji, w której po ogłoszeniu, że znowu trzeba będzie zasłaniać usta i nos w przestrzeni publicznej, dyrektor z instytutu, o którym nie można mówić, wiecie czego, wyszedł cały na foliarsko i zaczął opowiadać o tym, że w sumie to rząd se może apelować o te maski, ale nie ma „prawnego” obowiązku zasłaniania nosa i ust. Potem wywiązała się prawnicza przepychanka, bo część prawników tłumaczyła, że owszem, takowy obowiązek istnieje. Jednakowoż, gdyby w ramach przygotowań do drugiej fazy (tych, które rządowi poszły tak dobrze) przegłosowano jakąś ustawę (albo poprawkę), w której by stało, że w takim, a takim przypadku maski trzeba nosić, choćby chuj na chuju stawał, to teraz foliarze i putinoidy nie mogliby tłumaczyć, że HURR DURR MAM PRAWO ZARAŻAĆ! Jeżeli nie ogarnięto nawet takiej (dość podstawowej) kwestii, to chyba nie ma specjalnego sensu zastanawianie się nad tym „jak rząd poradził sobie z bardziej złożonymi kwestiami”, prawda? Jeżeli kogoś interesuje to, co można było zrobić w ramach przygotowań, to w Źródłach podrzucam link do ćwiterowego wątku autorstwa jednego z lekarzy, który się w soszjalach udziela. Jak do tego doszło? Moim zdaniem stało się tak dlatego, że pierwszą fale zachorowań przeszliśmy (w porównaniu do innych krajów) stosunkowo bezproblemowo. Owszem, pracownicy ochrony zdrowia mieli przejebane, ale nie brakło ani łóżek, ani respiratorów. W pewnym momencie w mediach społecznościowych zaczęły się pojawiać opinie, że PiS zjebał przygotowania do drugiej fali dlatego, że „uwierzył w swoją propagandę”. Częściowo się z tym zgodzę, ale przyczyną, dla której PiS w to swoje pierdolenie „kto jest najlepszym rządem? MY JSETEŚMY NAJLEPSZYM RZĄDEM!” uwierzył, była stosunkowo niewielka liczba zachorowań. Z tejże liczby Zjednoczona Prawica wysnuła wniosek taki: skoro na wiosnę było tak, a nie inaczej, to teraz będzie tak samo. Skoro zaś będzie „tak samo”, to nie trzeba będzie się jakoś specjalnie spinać z przygotowaniami, prawda? W przysłowiowym międzyczasie doszło do zdominowania debaty na tematy pandemiczne przez foliarstwo, które wykręcało coraz większe zasięgi w internetach. Acz w sumie nie tylko w internetach, bo mediom rządowym zdarzało się dość często zapraszać kretynów, którzy opowiadali, że z tą pandemią, to tak nie do końca, bo (i tu wstaw dowolną foliarską teorię).


W tym miejscu pozwolę sobie na kolejną dygresję i tym razem będzie to dygresja anecdatyczna. Otóż część wakacji spędziłem z familią w domku na całkiem przyjemnym (czytaj – było tam bardzo mało ludzi) zadupiu w górach. Większą część czasu spędzaliśmy na łażeniu po górach (czy też innych lasach). Czasami zdarzało się nam przejeżdżać przez nieco większe miejscowości turystyczne, które (z racji zakazu wyjazdów zagramanicznych) przeżywały istne oblężenie. Wszędzie wyglądało to podobnie: od zajebania ludzi, którzy mają w dupie zachowywanie dystansu/etc. Jak się nam zdarzyło poruszać wodnym środkiem lokomocji zbiorowej, to byliśmy jedynymi osobami, które zasłaniały usta i nosy. Ktoś może powiedzieć, ok, ale to otwarte przestrzenie, albo dobrze wentylowane pomieszczenia, tam się trudniej zarazić. Po pierwsze „trudniej” nie oznacza, że się nie da, a po drugie – to wszystko sprawiało, że coraz więcej ludzi zaczynało mieć coraz bardziej wyjebane na „całą tę pandemię”. Wakacje minęły, pogoda przestała sprzyjać ciągłemu wietrzeniu siebie samych (i pomieszczeń, w których się przebywa), a przyzwyczajenia z olewaniem zaleceń i reżimów sanitarnych zostały. Tak więc, to się nie mogło dobrze skończyć. Tak swoją drogą, ktoś jeszcze pamięta, jak w trakcie kampanii prezydenckiej organizowano gigantyczne spędy, na których mało kto przejmował się jakimikolwiek zaleceniami antykoronawirusowymi? Fajnie było sobie jebać fotki z suwerenem, ale nikt nie pomyślał o tym, że to wszystko się może zemścić w nieodległej przyszłości. Potem zaś było coraz gorzej, bo foliarstwo przekonywało do swoich „postulatów” coraz większą liczbę ludzi. Docierało do mnie coraz więcej historii ludzi, którzy opowiadali, że jakieś jebane dzbany zwracały im uwagę na to, że „noszą kagańce”. Mnie osobiście się taka przygoda nie przydarzyła, ale to pewnie ze względu na moją aparycję podkarpackiego intelektualisty. Nie chce mi się w tym miejscu wspominać o tym, jak to foliarstwo sobie ostatnio pourządzało spędy, których policja nie ogarnęła mimo, że powinna (acz domyślam się, że to po części dlatego, że nikt tam nie miał tęczowych flag). Tak, wiem, poszło trochę mandatów i trochę wniosków do sądów, ale ci ludzie zostali bardzo lajtowo potraktowani, jak na to, że ich zachowanie zagraża życiu i zdrowiu innych ludzi.


Tak swoją droga, przyznać muszę, że trochę zajęło mi ogarnięcie tego, co tak właściwie dał nam lockdown wiosenny. Rzecz jasna, poza ograniczeniem transmisji wirusa. Otóż, lockdown pozwolił nam (jako państwu) kupić sobie trochę czasu na przestawienie kraju w tryb reżimu sanitarnego, który to reżim powinien być przestrzegany do momentu, w którym koronawirus nie będzie już stanowił zagrożenia (czytaj: szczepionka, albo jakiś sensowny lek). U nas zaś skończyło się to tak, że wprowadzono lockdown, a potem w mocno nieprzemyślany sposób ściągano kolejne obostrzenia. Ukoronowaniem (pun intended) tych działań była decyzja o tym, że szkoły powinny nauczać w trybie stacjonarnym. Zjawiskowa była zajadłość, z którą tłumaczono (głównie przy użyciu dronów internetowych) suwerenowi, że wszystko będzie ok, bo nawet jak dziecko złapie koronę, to przeca jest ona dla niego niegroźna. Tłumaczącym umknął ten drobny (równie drobny, co 70 baniek przejebanych przez Sasina) szczegół, że ok, bombelek sobie przejdzie koronę bezobjawowo, ale tak się składa, że przy okazji może zarazić w chuj ludzi, którzy mogą nie mieć tyle szczęścia, żeby się nie załapać na bezobjawowość. Reasumując, to co udało się nam zyskać przy użyciu wiosennego lockdownu, zostało potem rozjebane (równie spektakularnie, co 70 baniek przez Sasina[to już ostatni, obiecuję]) przez rząd.


Ponieważ do niemiłościwie nam panujących dotarło, że „coś trzeba zrobić”, wprowadzono kolejny, częściowy, lockdown. Częściowy, bo całkowitego nasza gospodarka mogłaby najprawdopodobniej nie udźwignąć. Znamienne jest to, że rząd po raz kolejny zrobił coś „z partyzanta” i nie kłopotał się z tym, żeby jakoś wcześniej z obywatelami o tym porozmawiać. Nie chciałbym być źle zrozumiany. Wprowadzenie pierwszego lockdownu było słuszną decyzją, ale jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby wcześniej poinformowano ludzi o tym, że rząd myśli nad taką ewentualnością, to przynajmniej część osób byłaby się w stanie do tego przygotować. Niemniej jednak rozumiem, że sytuacja była nagła i trzeba było podjąć błyskawicznie taką, a nie inną decyzję. Tylko, że nie można powiedzieć tego samego o późniejszych decyzjach o ściąganiu obostrzeń. Po prostu ogłaszano, że ściągnięte zostanie takie, a nie inne obostrzenie i taki, czy inny podmiot będzie mógł działać, ale w reżimie sanitarnym. To zaś, jak powinien ten reżim wyglądać, było „wymyślane w biegu”. Nikogo, kurwa, nie obchodziło to, że np. przygotowania przedszkola do przyjęcia dzieci nie da się ogarnąć w kilka godzin. Wyjątkowo wkurwiające dla sporej części obywateli musiało być to, że częściowy lockdown wprowadzono po tym, jak przez dłuższy czas przekonywano wszystkich do tego, że „Już Dwunasta i Wszystko Jest W Porządku”. Ponownie będę musiał użyć argumentum ad siłownium, bo z tego, co zaobserwowałem po wyjściu ze swojej bańki, decyzja o zamknięciu tychże przybytków jest dla sporej liczby ludzi cokolwiek niezrozumiała. Owszem, było kilka przypadków, w których siłownie były ogniskami zachorowań, ale o ile mnie research nie myli, to żaden z nich nie zdarzył się w Polsce. Mieliśmy kupę ognisk na weselach i przynajmniej jedno (ale za to w chuj duże) na pogrzebie. Było „koronabierzmowanie” (acz nie wiem, czy skończyło się ono powstaniem ogniska). Obstawiam, że brak ognisk „siłowniowych” mógł się wziąć stąd, że przestrzegano tam reżimu sanitarnego, a uczęszczających do tych przybytków było znacznie mniej, niż przed pierwszym lockdownem. Osobną kwestią jest to, że sytuacja mogłaby się szybko zmienić w momencie, w którym wietrzenie niektórych „fitnessów” byłoby utrudnione ze względu na temperaturę panującą na zewnątrz. Czemu wspomniałem o tym, że nie było ognisk na siłowniach? Bo jestem się w stanie założyć o wiele, że obserwowali to również właściciele tych przybytków i na podstawie swoich obserwacji oceniali ryzyko pojawienia się kolejnego lockdownu fitnessowego. Dla porównania, jeżeli ktoś robił w branży weselnej, to mógł być prawie pewny tego, że prędzej, czy później rząd pochyli się nad tymi konkretnymi ogniskami. W przypadku „fitnessów” nikt z nimi nie rozmawiał o tym, że „no wiecie, może i nie ma ognisk na siłowniach, ale trochę przesrane się robi z tymi zachorowaniami i dlatego liczcie się z tym, że możemy was znowu zamknąć na jakiś czas”. Gwoli ścisłości, o ile pierwszy lockdown „fitnessy” przetrwały, to spora część z nich może nie przetrzymać tego drugiego (chyba, że rząd im jakoś sensownie pomoże). Jak już wcześniej zauważyłem, na siłowniach było mniej ludzi niż przed lockdownem, co przekładało się na niższy zysk (od którego trzeba było odjąć koszty utrzymywania reżimu sanitarnego). Nawet jeżeli komuś rezerwy pomogły przetrwać pierwszy lockdown, to szczerze wątpię w to, żeby udało mu się coś odłożyć w przeciągu paru miesięcy, które upłynęły między lockdownami.


Osobną kwestią, nad którą, niestety, trzeba się zastanowić, jest to, jak skuteczny będzie kolejny lockdown (i czy rządzący zrozumieją, że jest to po prostu kupowanie czasu na to, żeby przygotować się do kolejnego pandemicznego pierdolnięcia). Poprzednim razem społeczeństwo współpracowało, tym razem może być z tym bardzo różnie z przyczyn, które już opisywałem (foliarstwo) i tych, o których nie chciało mi się wspominać (olewanie obostrzeń przez rządzących i nieponoszenie przez nich konsekwencji [bo, kurwa, Premiera Tysiąclecia bardzo by zabolało, gdyby przeprosił i zapłacił karę za nienoszenie maseczki, prawda?]). Wspomnę jedynie o tym, jak bardzo wkurwiające musiało być dla wielu ludzi to, co odjebał Czarnek ze swoją wizytą w szpitalu, w sytuacji, w której wielu ludzi nie miało możliwości pożegnania swoich bliskich. Chciałem tutaj podrzucić przykład tego, jakie podejście do obostrzeń miał np. premier Holandii, który nie odwiedził umierającej w domu opieki matki (bo był zakaz odwiedzin), ale przy okazji będę mógł wam pokazać to, jak wygląda jebany tupolewizm. Otóż grzebiąc za linkiem trafiłem na artykuł TVP info: „Procedury były ważniejsze. Premier Holandii Mark Rutte nie odwiedził swojej matki, która umierała w domu opieki. Podporządkował się rozporządzeniom wydanym przez swój rząd.” Czy to „procedury były ważniejsze” było potrzebne? Nie, nie było, ale tylko i wyłącznie w ten sposób można było pokazać, że premier Holandii jest złamasem kutanym, dla którego ważniejsze od rodziny były procedury. Kurwa, typ zrobił to, co powinien, ale dronom z TVP to nie pasuje. To idealnie pokazuje mentalność obecnej władzy, która uważa, że co prawda zasady obowiązują, ale tylko i wyłącznie suwerena, bo elity są ponadto. Warto zaznaczyć, że olewanie zaleceń (połączone z kretyńskimi tłumaczeniami), było u wierchuszki Zjednoczonej Prawicy nagminne. Nic więc dziwnego, że foliarskie narracje „nie ma covidu, bo gdyby był, to oni by się go bali, a skoro zachowują się tak, a nie inaczej, to znaczy, że się nie boją” zdobywały coraz większą popularność. W tym miejscu poczynię jeszcze bardziej kolejną dygresję. Ciekaw jestem, czy dożyjemy rządów, w trakcie których nasi zawiadowcy będą mieli świadomość tego, że ich działania mają wpływ na działania społeczeństwa. Nie mam tu na myśli prawodawstwa/etc. (bo tu wpływ jest raczej oczywisty), ale po prostu o zachowanie (czytaj: o dawanie dobrego przykładu).


W jednym ze swoich pierwszych tekstów odnoszących się pandemii (konkretnie zaś do tego, jak ją ogarniają nasze władze) wystosowałem taki „apel blogerski” do naszych władz, który zaczynał się niniejszymi słowy: „chciałbym skierować odezwę blogerską do naszych ukochanych władz: uważam was za pierdolonych nieudaczników, ale trzymam za was kciuki. Jeżeli jesteście w stanie nie spierdolić choćby jednej, jedynej rzeczy, to walka z epidemią jest właśnie tą rzeczą.”. Niestety pół roku po tym apelu (fun fact, tamtą notkę opublikowałem 19 marca 2020) nikt (poza betonem) nie może mieć najmniejszych wątpliwości odnośnie tego, że nasi rządzący zjebali to, czego zjebać nie powinni. Ostatnią mądrą decyzją naszych władz było wprowadzenie lockdownu w marcu. Cała reszta była połączeniem jebałpiesizmu z tupolewizmem (a wszystko to podlane sosem propagandy sukcesu). Nie mam ochoty na straszenie kogokolwiek, ale mam również świadomość tego, że, niestety, mamy zamaszyście przejebane. Kwestią otwartą jest jedynie to, jak bardzo.


Źródła:

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1493365,sasin-o-lekarzach-czesc-tych-obowiazkow-wykonywac-nie-chce-prezes-nrl-pana-wypowiedz-jest-policzkiem-wymierzonym-calemu-srodowisku.html

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/521777-lekarze-ignoruja-wezwania-do-stawienia-sie-w-szpitalach

https://www.tvp.info/50311903/wojewoda-wyslal-88-lekarzom-wezwania-do-walki-z-covid-prace-podjelo-trzech

https://www.tvp.info/50311903/wojewoda-wyslal-88-lekarzom-wezwania-do-walki-z-covid-prace-podjelo-trzech

https://www.tvp.info/50310607/covidowa-spychologia-dziesiatki-telefonow-prosby-o-test-i-niedzialajacy-system

https://www.tvp.info/50322626/koronawirus-rekord-zachorowan-brakuje-lekarzy-opieki-medycznej-problem-z-personelem-medycznym-radziwill-bardzo-niezreczni-mi-o-tym-mowic-wieszwiecej

https://oko.press/podziemie-antywirusowe-dlaczego-musieli-konspirowac/

https://twitter.com/michaldworczyk/status/1317412092669009920

https://twitter.com/JEmilewicz/status/1317499009683103744

https://twitter.com/JEmilewicz/status/1317532112493436928

https://twitter.com/LukaszSchreiber/status/1313758881559052289

http://www.radiopik.pl/5,88093,minister-polska-poradzila-sobie-z-pandemia-najle

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/najnowsze-fakty/news-terlecki-rzad-swietnie-przygotowal-sie-na-druga-faze-pandemi,nId,4788227

Wątek lekarski pt „co można było zrobić”:

https://twitter.com/kosik_md/status/1316360395658067968

https://www.tvp.info/48241504/premier-holandii-nie-odwiedzil-matki-umierajacej-w-domu-opieki

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26388073,kaczynski-wreczyl-nagrode-wildsteinowi-bez-maseczek-i-dystansu.html

https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103087,26389941,kaczynski-i-wildstein-razem-na-scenie-bez-maseczek-dworczyk.html

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1317897139322834945




Hejterski Przegląd Cykliczny #72
09.10.2020
Przyznam szczerze, że niniejszy Przegląd miałem zacząć od pastwienia się nad Borysem Budką, ale dzisiejszy, kolejny z rzędu (dziś to już 4000+) rekord potwierdzonych zachorowań na koronę sprawił, że wyżej wymienionym jegomościem zajmę się w drugiej kolejności. Nawiązując do pewnej anegdoty na temat zespołu muzycznego o wdzięcznej nazwie „przejebane”: nie jest dobrze. Do tej pory, jako państwo mieliśmy farta gargantuicznych wręcz rozmiarów, ale to jest już czas przeszły dokonany. Rzecz jasna, wszelkiej maści foliarstwo tłumaczy, że wcale nie m tylu zachorowań, bo te testy, co to się je robi, to mają bardzo niską skuteczność/etc. Zastanawia mnie to, czy foliarze będą mówić to samo, jak już nam braknie miejsc pod respiratorami (na co się, kurwa, niestety zanosi, jeżeli trend wzrostowy się utrzyma). Wydaje mi się, że cokolwiek bezsensowne są dywagacje w temacie tego „how the fuck did we get here”, bo wszyscy patrzyliśmy na to, jak partia rządząca krok po kroku nas do tej sytuacji doprowadziła. Ostatnią sensowną decyzją polskiego rządu (chodzi, rzecz jasna, o decyzję związaną z pandemią) było wprowadzenie lockdownu (acz nawet przy okazji sensownej decyzji nie obyło się bez absurdów w rodzaju zakazu wstępu do lasów). Niestety, wraz z wprowadzeniem lockdownu zaczęło się autoośmieszanie państwa. Przykładem (pierwszym lepszym z brzegu) była gorliwość, z którą odsyłano ludzi na kwarantanny. Owszem, ktoś kto wracał z zagranicznego wojażu jak najbardziej powinien się poddać kwarantannie, ale ktoś, kto polazł w góry i przypadkowo przekroczył w lesie granicę już tak, kurwa, nie bardzo. Nawet jeżeli były to przypadki jednostkowe, to było o nich na tyle głośno, że spora cześć ludzi mogła dojść do wniosku, że „rząd sobie jaja robi”. Swoją rolę w autoośmieszaniu państwa odegrały również niedoprecyzowane wytyczne. Przykładowo, w oparciu o te wytyczne nie można było ustalić, czy biegać można „na legalu”, czy też należy się za to mandat. Znajomy prawnik (biegacz) wytłumaczył mi, że „to zależy”. Jeżeli trafi się na sensownego policmajstra, to wtedy bieganie jest legalne, ale jeżeli trafi się na upierdliwca, który lubi wystawiać mandaty, to wtedy z tą legalnością może być różnie. Potem mieliśmy cała masę idiotycznych wypowiedzi odnośnie tego, że w sumie z tymi maskami, to bardziej takie sugestie, że skoro można iść do sklepu, to można iść głosować, że wirus się skończył etc. Wypowiedzi te idealnie wpasowywały się w kompletnie zjebaną politykę informacyjną władz odnośnie koronawirusa. Wyżej wymieniona polityka informacyjna wyglądała tak, że społeczeństwo było informowane głównie o tym, że zostanie o czymś poinformowane za jakiś czas, jak się ministerstwa namyślą. Dla Zjednoczonej Prawicy jest to standardowe działanie (vide, to co się działo przy okazji kłótni o kasę i stołki, kiedy to media były 24/7 informowane o tym, że decyzje zostały podjęte, ale o tym, co to są za decyzje, to was poinformujemy za kilka dni [a następnie o niczym nikogo nie informowano]). Jest jednakowoż zajebiście duża różnica między informowaniem o tym, kto zostanie wyjebany z rządu za to, że chciał się bardziej nażreć, a tym, jak powinien wyglądać reżim sanitarny w przedszkolach, które zostaną otwarte za kilka dni. Bicie rekordów w liczbie potwierdzonych przypadków zachorowań sprawiło, że odezwały się głosy, z których wynikało, że to wszystko wina społeczeństwa. Ludzie, którzy piszą takie rzeczy, mylą skutki z przyczynami. Owszem, społeczeństwo zaczęło mieć (masowo) wyjebane na obostrzenia, ale to nie stało się z dnia na dzień. Nieśmiało przypominam, że kiedy wjechał lockdown i wprowadzono nakaz zakrywania ust i nosa (lub, jak kto woli „zalecenie”), to praktycznie wszyscy przestrzegali tego nakazu (podobnie było z dystansem w sklepach/etc.). Gdyby wszystkiemu było winne społeczeństwo, to moim skromnym zdaniem, miałoby ono na to wszystko wyjebane od samego początku. Winę za to, że ludzie „przestali się przejmować” ponosi rząd, który olewając politykę informacyjną, oddał pole wszelkiej maści foliarstwu. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że część mediów rządowych zajmowała się publikowaniem foliarskich idiotyzmów. Na ten przykład, na początku sierpnia tygodnik „Sieci” walnął na okładkę hasło: „szokująca teza, CZY TO FAŁSZYWA PANDEMIA?”. W okładkowym artykule można było przeczytać, że w sumie to druga fala pandemii nie nadchodzi, ale za to mamy histerię, którą chcą wykorzystać koncerny farmaceutyczne i niektórzy politycy. Nieśmiało przypominam, że gdyby „Sieci” nie dostały zielonego światła od Zjednoczonej Prawicy, to ten artykuł by się tam, kurwa, nie pojawił. W mediach społecznościowych sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Żeby to zobrazować muszę się posłużyć anecdatą. Jakiś czas temu dostałem (na swoim prywatnym koncie FB) zaproszenie do znajomych od pewnej członkini mojej rodziny, z którą kontakt ograniczał się głównie do pogrzebów rodzinnych. Bardzo szybko okazało się, że owa członkini lubi udostępniać foliarskie wrzutki w temacie korony. Ponieważ jestem z natury ciekawski, popatrzyłem na to, kto wrzucał na FB wrzutki udostępniane przez moją odległą kuzynkę. Okazało się, że to jakieś totalnie randomowe osoby. Ich randomowość nie przeszkodziła im w wykręcaniu olbrzymich zasięgów (kilkanaście tysięcy udostępnień miała każda z tych wrzutek). Potem sobie popatrzyłem na to, co wrzucają osoby produkujące te wrzutki i u jednej z nich znalazłem wpis o tym, że jeszcze sto lat temu, alzheimera (i wiele innych chorób) leczono muchomorem czerwonym. Reasumując, polski rząd prowadząc taką, a nie inną politykę informacyjną, doprowadził do sytuacji, w której jakaś część społeczeństwa uznaje te idiotyczne wrzutki za w pełni wiarygodne. To jest, swoją drogą, cokolwiek zjawiskowe. Zjednoczona Prawica doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak działają tego rodzaju wrzutki, bo w 2015 sama używała ich na potęgę (szczując na uchodźców), równocześnie legitymizując skrajnie prawicowych pato-influencerów. Tym samym, spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy musieli być świadomi zagrożenia, a mimo tego nie zrobiono absolutnie nic, żeby im w jakikolwiek sposób przeciwdziałać, zamiast tego jeszcze je wzmacniali. Odnoszę wrażenie, że do partii rządzącej pomału zaczęło docierać to, że sytuacja robi się poważna, albowiem (pozwolę sobie zacytować jednego ze znajomych ćwiterian): „o debil z Ministerstwa Zdrowia wreszcie dostał maseczkę” (edycja – już po napisaniu tekstu okazało się, że debil został pochwalony zbyt wcześnie, bo znowu olewa maseczki). Jak już wspomniałem, zaczęło to do nich docierać pomału, bo części z nich nadal się wydaje, że sprawa nie jest na tyle poważna, żeby jej nie wykorzystywać do pompowania balonika wizerunkowego. Na ten przykład, jeden z dronów z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Łukasz Schreiber uznał, że warto pochwalić Premiera Tysiąclecia i przyjebać się do opozycji:  „Kto zdał test na polityczną odpowiedzialność ws pandemii. Opozycja przy wsparciu części mediów chciała wybory prezyd. jesienią Premier @MorawieckiM w marcu: „Wybory prezydenckie powinny się odbyć w zaplanowanym terminie, gdyż (...) np. jesienią może nastąpić nawrót koronawirusa”. Wydaje mi się, że gdyby Premier Tysiąclecia „zdał test na polityczną odpowiedzialność”, to nie pierdoliłby o tym, że „wirus jest w odwrocie” i postarał się przygotować państwo do tego, co dzieje się teraz (nie, kupowanie niewidzialnych respiratorów się, kurwa, nie liczy). Osobną kwestią jest to, że wypowiedzi o wirusie będącym w odwrocie nie da się w żaden sposób obronić, bo wirus byłby w odwrocie w przypadku, w którym mielibyśmy skuteczną szczepionkę (względnie, lek). Ponieważ tak nie było, można było mówić o chwilowym spadku w dziennych przyrostach potwierdzonych zachorowań. Jeżeli mam być szczery, to się wam w tym miejscu przyznam, że niby człowiek ma trochę nadziei na to, że to jednak nie pierdolnie, ale mam świadomość tego, że to raczej niemożliwe.


Teraz pora na temat, który został wypchnięty z pierwszego miejsca (w rolach głównych: Borys Budka). Bardzo niedawno temu okazało się, że szefem MEN ma zostać fundamentalista religijny o skrajnych (nawet jak na Zjednoczoną Prawicę) poglądach. Nie będę bawił się w cytowanie jego wypowiedzi, bo są one powszechnie znane. Co zrozumiałe, zapowiedź oddania MEN komuś takiemu wywołała spory odzew wśród suwerena. Powinien to być wyraźny sygnał dla opozycji, że ma zielone światło do napierdalania w kogoś, kogo nie można nazwać talibem tylko i wyłącznie dlatego, że wyznaje nieco inną religię, niż wyżej wymienieni. I w tym momencie wchodzi Borys Budka, cały na biało: „Blisko 2 tys. nowych zachorowań, rekordowy deficyt, kryzys gospodarczy. Ale wszyscy będą zajmować się jednym ministrem-homofobem, który w dodatku dopuszcza kary cielesne wobec dzieci? Przecież właśnie o to chodzi #Kaczyński.emu. O kolejną wojnę ideologiczną. Hipokryta.” Jeżeli ktoś jeszcze nie wie w czym rzecz, to już tłumaczę: chodzi o coś, co część polityków i komentariuszy nazywa „tematem zastępczym”. Część komentariatu i polityków wychodzi z założenia, że jeżeli ktoś mówi „kurwa mać, skąd oni wytrzasnęli tego oszołoma”, to ten ktoś automatycznie przestaje dostrzegać problem koronawirusa. Zjeba, którą Budka dostał na ćwitrze sugeruje, że suweren ma odmienne zdanie na ten temat. Wydaje mi się, że kiedyś już się produkowałem w kwestii nieistniejących „tematów zastępczych”, ale Borys Budka wkurwił mnie tak bardzo, że uznam, że coś się popsuło i nie było mnie słychać, to powtórzę jeszcze raz: opowiadanie o „tematach zastępczych, to jest jakaś porażka”. Mam nieodparte wrażenie, że ludzie, którzy w pewnych momentach wyciągają kartę „temat zastępczy”, traktują to jako coś w rodzaju karty „wychodzisz wolny z więzienia”, bo np. nie chce im się wypowiadać w jakiejś kwestii. Przykładowo – temat aborcji jest problematyczny dla największej partii opozycyjnej (ze względu na to, że jej członkowie mają różne poglądy w tej kwestii). Tym samym, nietrudno zgadnąć dlaczego komentariat każdą informację o tym, że Zjednoczona Prawica może chcieć zaostrzyć prawo aborcyjne, określają mianem „tematu zastępczego”, który PiS „wyciąga” po to, żeby ukryć jakieś inne tematy. Zastanawia mnie jedno. Czy komentariat składa się z kretynów, czy też z wyrachowanych cyników. Prawda jest bowiem taka, że gdyby w 2016 suweren uznał, że zygotariański projekt autorstwa Ordo Iuris jest „tematem zastępczym” i nie doszłoby do masowych protestów, to od paru lat ten projekt byłby obowiązującym prawem. PiS nie cofnął się wtedy dlatego, że „taki był plan”, ale dlatego, że spindoktorzy Zjednoczonej Prawicy zdali sobie sprawę z tego, że zwolennicy zaostrzenia prawa aborcyjnego są w absolutnej mniejszości. Nawiasem mówiąc, kwestie aborcyjne były kolejnym, niewykorzystanym przez opozycję argumentem, którego można było użyć w trakcie kampanii wyborczej 2019 (i prezydenckiej 2020). Nie chciałbym być źle zrozumiany, to nie jest tak, że ja uważam, że to czy w Polsce prawo aborcyjne zostanie zaostrzone to kwestia tylko i wyłącznie „polityczna”, ale chyba zgodzicie się ze mną jeżeli napisze, że jest to również kwestia polityczna i temat ten jak najbardziej należało wyciągać w trakcie kampanii. No, ale to dygresja jest tylko (zaś do tematu zaostrzania prawa aborcyjnego wrócę jeszcze w tym Przeglądzie). Jeżeli kogoś nie przekonuje to, że komentariat mianem „tematów zastępczych” określa to, co sprawia problem największej partii opozycyjnej, to takiemu komuś mam do powiedzenia jedynie tyle, że LGBT. Ponieważ to, co PiS odpierdala w kwestii mniejszości seksualnych (instytucjonalne szczucie przy wsparciu organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości) jest problemem (niby o tym wspominają, ale bardzo rzadko ktoś wprost powie/napisze, że chodzi o elbagiety), komentariat każdy PiSowski wysryw, mający na celu uprzykrzenie życia mniejszościom seksualnym – nazwie tematem zastępczym, względnie, w ogóle nie będzie się wypowiadać, a jeżeli już, to będzie opowiadać o tym, że winne są dwie strony bo Margot/etc. Ciekawe, czy komentariat jest świadomy tego, że za jakiś czas ktoś może uznać, że próby uPRLowienia wszystkich mediów w Polsce to też „temat zastępczy”, bo przecież PiS by tego na pewno nie zrobił i że na pewno stara się coś ukryć.


Skoro zaś poruszyłem (przy okazji dygresji) tematy okołoaborcyjne, to trzeba się będzie pochylić nad tym, co się będzie działo 22 października 2020. Otóż, Trybunał Przyłębski ogłosi wtedy wyrok w sprawie tego, czy w Polsce legalna powinna być terminacja ciąży w przypadku, w którym badania prenatalne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.  Jeżeli mam być szczery, to nie mam pojęcia „co to będzie”. Media zainteresowane tą tematyką (których to mediów nie ma tak znowu zbyt wiele) twierdzą, że Trybunał Przyłębski najprawdopodobniej zaostrzy prawo aborcyjne, ale ja nie jestem tego taki pewny. Argumenty za zaostrzeniem „bo do wyborów jeszcze sporo czasu” nie do końca mnie przekonują, bo jakoś tak w 2016 też było daleko do wyborów, a jednak PiS się nie zdecydował na zaostrzenie prawa aborcyjnego. Jednakowoż z drugiej strony, tamten projekt zakazywał aborcji całkowicie, a ten zniósłby „tylko” (cudzysłów użyty z rozmysłem) jeden wyjątek. Z trzeciej zaś strony, jeżeli ktoś pamięta to, co działo się po tym, jak Chazan (zwany również „pięćsetką”) odjebał to, co odjebał, to taki ktoś wie, że w przypadku tego „wyjątku” zwolennicy zaostrzenia prawa aborcyjnego są w mniejszości (i nie zmienią tego nawet pierdyliony zdjęć z uśmiechniętymi dziećmi z zespołem downa), a zaostrzenie prawa aborcyjnego oznaczałoby sporo takich przypadków, z których każdy generowałby gigantyczny wkurw (nie, dla ludzi nie miałoby znaczenia to, że teraz „zgodnie z prawem” można kazać spierdalać kobiecie, która nosi płód z bezmózgowiem). Z czwartej strony Zjednoczona Prawica może się zdecydować na zaostrzenie prawa aborcyjnego przy użyciu trybunału, bo wizerunkowe obciążenie dla partii będzie mniejsze, niż gdyby zrobiono to przy pomocy ustawy. Tyle, że z piątej strony wszyscy (łącznie z betonem, który to chwali) mają świadomość tego, że trybunał zrobi to, czego sobie zażyczą Czynniki Decyzyjne (aka Jarosław Kaczyński), tak więc wina za to, co się stanie spadnie na Zjednoczoną Prawicę, niezależnie od sposobu, w który zaostrzy ona prawo aborcyjne. Z szóstej strony, PiS może usiłować zajść Solidarną Polskę z prawej strony, bo partia ta już od jakiegoś czasu pozycjonuje się „po prawej stronie” PiSu. Jednakowoż z siódmej strony, równie dobrze PiSowi może chodzić o to, żeby zdystansować się od Solidarnej Polski. Gdyby trybunał uznał, że ten konkretny wyjątek jest zgodny z Konstytucja, to PiS wysłałby wyraźny sygnał do suwerena „ok, może jesteśmy pojebami, ale nie aż takimi jak Solidarna Polska”. Mógłbym tak wyliczać jeszcze długo, ale już tych kilka (tak, siedem to też kilka) punktów wystarczy, żeby dostrzec złożoność sprawy. Zresztą, o tym, że to nie jest dla PiSu prosta decyzja, niech zaświadczy to, że wniosek o zbadanie konstytucyjności ustawy (czy jak to się tam nazywa) złożono prawie trzy lata temu i jakoś tak Trybunał Przyłębski się nie śpieszył z rozpoznaniem sprawy (dla porównania sprawa „Drukarza z Łodzi” została ogarnięta w półtora roku [o tym również będzie w Przeglądzie]). Jeżeli PiS zdecyduje się na zaostrzenie prawa aborcyjnego, to za cenę kupienia sobie chwili spokoju od upierdliwych zygotarian (którzy przeca nie odpuszczą pozostałym wyjątkom od zakazu aborcji), zafundują sobie otwarcie frontu, którego nie uda się zamknąć niezależnie od tego, kiedy będą kolejne wybory. Gdyby bowiem zaostrzono prawo, to nawet nieogarnięta największa partia opozycyjna musiałaby wreszcie zająć jakieś stanowisko (i raczej byłoby to stanowisko „trzeba zliberalizować prawo aborcyjne) i nie unikać tematu (komentariatowi byłoby przykro, bo nie mógłby już mówić o temacie zastępczym). Ponieważ zaś liberalizacja prawa aborcyjnego wymagałaby zmian w Konstytucji, opozycja miałaby „paliwo wyborcze” w postaci argumentu, że no spoko, my to możemy zmienić, ale musicie zrobić tak, żeby partie opozycyjne miały większość konstytucyjną, bo prawicowy szuriat na to nie pozwoli. Nie mam pojęcia, jaka będzie ostateczna decyzja, ale wiem jedno: trzeba zachowywać się i działać tak, jak gdyby pewne było, że prawo zostanie zaostrzone. Część komentariatu twierdziła, że no ok, protesty to mogą być, ale łatwiej wpływać na polityków, niż na sędziów trybunału. Czy Ty jesteś, kurwa, poważny komentariacie? Może i sędzia będzie miał w dupie protesty, ale jego polityczni przełożeni już niekoniecznie. Jeżeli zaś protestów nie będzie, a suweren będzie siedział cicho, to Zjednoczona Prawica uzna to za zielone światło do zmian.  


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Chyba wszyscy pamiętają to, jak bardzo Zjednoczona Prawica (i pewien instytut, o którym nie można mówić wiecie czego) była dumna z tego, że Trybunał Przyłębski uznał, że karanie kogoś za odmowę wykonania usługi jest niekonstytucyjne (czym w praktyce wprowadzono „klauzulę sumienia dla przedsiębiorców”). Bardzo szybko okazało się, że (cóż za brak zaskoczenia) w całej sprawie nie chodziło o to, żeby przedsiębiorcy mogli odmawiać komuś wykonania usługi, ale o to, żeby fundamentaliści religijni mogli gnoić ludzi, których nie lubią. W związku z powyższym doszło do absurdalnej sytuacji, o której już wspominałem, ale się powtórzę. Kiedy Empik zapowiedział, że jeżeli „Gazeta Polska” nie zmieni zdania i dołączy do swojej gadzinówki naklejki ze strefą wolną od części Polaków, to Empik wycofa nakład i nie będzie u siebie sprzedawał tego numeru, Jerzy Kwaśniewski z Ordo Iuris „pękał z dumy”, że Empik to może zrobić zgodnie z prawem. Trzy miesiące później, wiadomy instytut wydalił z siebie „ekspertyzę”, z której wynikało, że to, co zrobił Empik to cenzura prewencyjna/etc. Innymi słowy, było to zgodne z prawem, ale jednak nie było to zgodne z prawem. Na początku września na ćwitrze pojawił się wpis jednego z kapelanów Twittera, w którym stało, że jakaś tam parafia się remontuje i chce sobie zamówić beton, ale już trzy firmy kazały jej spierdalać (po tym, jak dowiedziały się kto zamawia ów beton). Ksiądz był na tyle oburzony, że szukał pomocy u Ordo Iuris (nie wiem, czy sprawa miała ciąg dalszy). Tenże sam ksiądz jarał się, rzecz jasna, wyrokiem TK w sprawie „Drukarza z Łodzi”. Nieco później (acz również we wrześniu) prawy sektor zatrząsł się z oburzenia, bo w jednej z sieciowych restauracji odmówiono obsłużenia zygotarian. Ponieważ w nagonkę na sieć włączyły się rządowe mendia, sieć przeprosiła za całe zajście, mimo że jej pracownicy nie zrobili niczego, co byłoby niezgodne z prawem. Warto w tym miejscu nadmienić, że bezczelność rządowych mendiów bierze się stąd, że przypominaniem o wyroku Trybunału Przyłębskiego zajmują się głównie użytkownicy mediów społecznościowych, bo żadnemu „większemu” graczowi się nie chce. Nie chce się dużym mediom, nie chce się politykom. Dzięki czemu rządowe media mogą tworzyć narracje o „prześladowaniach” zygotarian mimo, że wcześniej tłumaczyły, że Drukarz z Łodzi, który odmówił wykonania usługi i został za to zjebany „padł ofiarą prześladowań”. Również dzięki temu rządowe mendia, mogły udawać, że wcale nie jarały się wyrokiem Trybunału Przylębskiego w „sprawie Drukarza z Łodzi”.


Mniej więcej w połowie września trafiłem na informację, która była tak bardzo absurdalna, że gdyby nie to, że wiem do czego zdolna jest Zjednoczona Prawica, to pewnie uznałbym to za fejka. Żeby nie trzymać was dłużej w niepewności, już tłumaczę, o którą informację chodziło: „Kinga Duda została powołana na doradcę społecznego prezydenta RP”. Ponieważ informacja nie była fejkiem, na głowę państwa (nie no, żartuje, nikt nie miał o to pretensji do Jarosława Kaczyńskiego) posypały się gromy. Co zrozumiałe, Prezydentowi RP zarzucano nepotyzm. Zarzut ten jest w stu procentach słuszny, tak więc z niecierpliwością czekałem na to, w jaki sposób media rządowe (i politycy partii rządzącej) będą bronić córki Prezydenta RP (tak, w tym miejscu należy przypominać o tym, że to rodzina Prezydenta RP, bo gdyby nie była jego córką, to nie dostała by tej fuchy). Jeden z prezydenckich dronów nie czekał na przekaz dnia i zaczął tłumaczyć, że „prezydent chce umożliwić dalszy rozwój zawodowy swojej córce”. Dodatkowo tłumaczył, że w sumie to córka Prezydenta RP jest wyedukowana i zna się na tym i owym. Czy z tego, że córka Prezydenta RP skończyła takie, a nie inne studia i praktykowała tam gdzie praktykowała wynika, że w Polsce nie znalazłby się nikt o lepszych kwalifikacjach? Oczywiście, że, kurwa, nie wynika. Tyle że Dera wytłumaczył, że chodziło o to, że ojciec chciał zadbać o dalszy rozwój zawodowy córki, więc jeżeli ktoś ma jakieś pretensje, to niech spierdala. Jak się Zjednoczona Prawica ogarnęła z przekazem dnia, to się okazało, że tu nie ma mowy o żadnym nepotyzmie, bo chodzi o doradcę społecznego, który za swoje doradzanie nie bierze szekli. Ta argumentacja jest tak idiotyczna, że aż się prosi o suchar „w Polsce bezrobocie jest takie niskie, że nikt nie chciał doradzać Prezydentowi RP za darmo i dopiero jego córka się poświęciła”. Potem zaś okazało się, że może być jeszcze bardziej śmiesznie i jeszcze bardziej bezczelnie. Okazało się bowiem, że córka Prezydenta RP będzie zajmować się reformą wymiaru sprawiedliwości. Ponieważ Zjednoczona Prawica jara się Trumpem, warto w tym miejscu poczynić spostrzeżenie, że to zajmowanie się „reformą wymiaru sprawiedliwości” wygląda tak, jak oddelegowanie zięcia Trumpa do tego, żeby zrobić coś, żeby wreszcie był pokój na Bliskim Wschodzie. Tak swoją drogą, to jest zjawiskowe, jak bardzo zuchwała jest Zjednoczona Prawica. Tzn. ja rozumiem, że obecny Prezydent RP ma już na wszystko wyjebane, bo to jego ostatnia kadencja, ale partia rządząca raczej chciałaby sobie jeszcze porządzić pewnie, a takie rzeczy jej szkodzą. Tzn. w sumie powinny, bo jeżeli jest coś pewnego to to, że w chwili obecnej opozycja nie jest w stanie wykorzystywać absolutnie żadnych sytuacji, których dostaje od Zjednoczonej Prawicy całe pierdyliony. To trochę tak, jakby opozycja nie potrafiła skupiać się na kilku tematach jednocześnie. CZEKAJCIE! Chyba już wiem o co chodzi z tymi tematami zastępczymi! I nie, to nie jest tak, że jak do wyborów jest kawałek, to można sobie odpuszczać. Tzn., owszem, można, ale potem okazuje się, że jest to prosta droga do przejebywania wyborów za wyborami.


Jakiś czas temu dywagowałem sobie w temacie tego, co dalej będzie na linii Zachód (odnosiło się to do UE, ale, nie oszukujmy się, dla obecnych władz UE to „zgniły Zachód”) – Polska w kwestii gnojenia mniejszości seksualnych przez władze naszego kraju. Wszystko bowiem wskazywało na to, że Zachód pójdzie „na zwarcie”. Zaczęło się od obcięcia części z funduszy, które miały z UE uzyskać gminy, które uznały, że one chcą być wolne od jednej takiej nieistniejącej ideologii. Potem wszedł oberprokurator, cały na biało, i powiedział, że on im wyrówna straty. Tylko,S że nieco później okazało się, że potrzeba będzie więcej wyrównywania, bo gminom ujebano również tzw. „fundusze norweskie”, a to, (za Oko Press): „Dla samego Kraśnika oznacza to utratę od 3 do 10 mln euro”. Radni z Kraśnika uznali, że mają to w dupie i w trakcie głosowania nad uchyleniem wiadomej uchwały zagłosowali za tym, żeby uchwała u nich została (tak chodzi o ten sam Kraśnik, w którym nie chcą ideologii 5G). Minęło trochę czasu i w mediach głośno zrobiło się o liście pięćdziesięciu ambasadorów. O liście pierwsza wspomniała ambasadorka USA (która od jakiegoś czasu napierdala się z polskimi władzami przy użyciu konta ćwiterowego): „Prawa człowieka to nie ideologia - są one uniwersalne. 50 ambasadorów i przedstawicieli się z tym zgadza - napisała w swoim poście.”. Prawy sektor zareagował na to w sposób zrozumiały (czytaj: dokonał zesrania się) i zaczęto tłumaczyć, że ambasadorowie mają chuja do gadania, a w ogóle to w niektórych z tych krajów, co to z nich ambasadorowie są, to elbagiety mają gorzej etc. W przysłowiowym międzyczasie, do kwestii stref wolnych od wiadomo czego, odniósł się kandydat na prezia USA, Joe Biden, który napisał na ćwitrze, że jeżeli chodzi o wiadome strefy, to nie ma na nie miejsca ani w UE, ani w ogóle na świecie. Na reakcję polskiej dumbasady w USA nie trzeba było czekać. Dumbasada wytłumaczyła, że Biden to se może pospierdalać, bo w Polsce nie ma takich stref, więc lewaki dupa cicho. Nawiasem mówiąc, mniej więcej w tym samym czasie, w mendiach rządowych można było zaobserwować znacznie więcej proTrumpowych wrzutek, niż wcześniej. O tym, że polska dyplomacja stawia na to, że Trump wygra, bo, jak można było przeczytać w piśmie, (którego teraz nie oźródłuje, bo nie jestem w stanie go wygrzebać) co prawda może on przegrać, ale już tyle zainwestowano w dobre kontakty z nim, że nie warto nawet myśleć o tym, co będzie, jeżeli Trump przegra (tak, to był legitny dokument i tak to są aż tacy kretyni), wiadomo od dłuższego czasu. Niemniej jednak teraz w działania polskich władz wkradła się pewna nerwowość (która ma swoje odzwierciedlenie w tym, jak działają rządowe media). Z nerwowości tej można wywnioskować tyle, że polskie władze obawiają się zwycięstwa Bidena (a media rządowe zachowują się tak, jak zachowywały się w trakcie wyborów w Polsce, bo nie potrafią inaczej reagować). Nie dziwie im się, bo, po pierwsze zwycięstwo Bidena oznaczałoby powrót części administracji Obamy, która to administracja mogłaby niezbyt przychylnym okiem patrzeć na to, co odjebują polskie władze (a wszyscy wiemy, że polskie władze w kontaktach z USA od dyskutowania do wypełniania poleceń dzieli jedno tupnięcie nogą ambasadora/innej figury amerykańskiej). Po drugie to, że Biden zwrócił uwagę na te zasrane strefy pokazuje, że jeżeli wygra wybory, to jego administracja może się pochylić nad tymi kwestiami (bo to nie jest Trump napierdalający ćwitami 24/7, bo nikt nie ma nad tym żadnej kontroli). Moje pojęcie na temat amerykańskiej polityki nie pozwala mi na jakiekolwiek prognozy wyniku wyborów, ale moje obserwacje polskiej polityki pozwalają na stwierdzenie, że polskie władze są zesrane.


Dawno nie pochylałem się nad moim ulubionym politykiem, Doktorem Chłopakiem z Biedniejszej Rodziny, tak więc teraz trzeba nadrobić zaległości. Dzień po tym, jak o liście pięćdziesięciu ambasadorów zrobiło się głośno, temat poruszył wyżej wymieniony jegomość: „Apeluje do konserwatystów, aby przestali używać terminu „ideologia LGBT” , który nie jest używany i zrozumiały na świecie. A do tego łatwo nim manipulować. Chodzi o neomarksistowską ideologię „Gender”. Jej autorzy wprost piszą o niszczeniu tradycyjnego modelu rodziny (…) A my mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek jej bronić. Bo tak mówi nasza ustawa zasadnicza. Tu pisze o tym, że mówiąc o „ideologii LGBT” tak naprawdę chodzi o „ideologie Gender” (…) Sam się łapałem na tą semantykę i potem w PE i tak musiałem przechodzić z „Ideologii LGBT” na bardziej zrozumiałe Gender. Język ma znaczenie”. Jednocześnie Patryk Jaki przypomniał swój wiekopomny tekst, do zrozumienia którego wystarczy tytuł artykułu z „w Polityce”: „Patryk Jaki: Czy ideologia LGBT istnieje? "Skoro nie ma takiej ideologii, to czego uczą na całym świecie katedry gender?"” Jestem pierwszą osobą, która byłaby skłonna do nabijania się z DChzBR, ale w tym momencie muszę przyznać, że jako pierwszy z przedstawicieli prawicowego szuriatu zorientował się, że pieprzenie o ideologii LGBT przyciąga problemy jak magnes i wywołuje konflikty na linii Polska – (szerokopojęta) zagranica. Przypominam, że Jaki jest człowiekiem, który był skłonny bronić współtworzonej przez siebie gównoustawy nawet po tym, jak wywołała ona ostre spięcie dyplomatyczne na linii Polska – Izrael + USA. Jeżeli tego rodzaju myśliciel zwrócił na coś uwagę, to znaczy, że jest to, kurwa, bardziej niż ewidentne. Tym niemniej sposób, w który Patryk Jaki chce „wybrnąć” z całej sytuacji pokazuje, jak bardzo nieogarniętym politykiem jest (mimo swojego ponadprzeciętnego cwaniactwa). Prawda jest bowiem taka, że „straszenie genderem” było obiektem tak wielu kpin ze strony niePiSowskiego otoczenia, że najprawdopodobniej była to jedna z przyczyn, dla których partia rządząca zaczęła szczuć na mniejszości seksualne i przestała w kółko napierdalać o „genderze”. Mało prawdopodobne jest więc to, że ktokolwiek (może poza partyjnymi ziomkami i ziomkiniami Patryka Jakiego) przejmie się jego „apelem”. Ponieważ Patryk Jaki nie zasługuje na dwa osobne wątki, pozwolę sobie dopisać do tego kolejny temat. Kiedyś grzebałem na wikipedyjnej stronie Jakiego (celem poznęcania się nad wyżej wymienionym) i trafiłem tam (w podzakładce „poglądy”) kurwa, na szczere złoto: „Patryk Jaki deklaruje się jako zwolennik kary śmierci za najcięższe przestępstwa, w stosunku do których nie ma żadnych wątpliwości co do winy sprawcy”. Jeżeli ktoś popełnił ten błąd, że zaczął się zastanawiać nad tym „o chuj tu chodzi”, to już tłumaczę. Zwolennicy kary śmierci od pewnego czasu odbijają się od kontrargumentu, którego w żaden sposób nie są w stanie sensownie podważyć. Otóż, przeciwnicy kary śmierci (do których zalicza się niżej niepodpisany) tłumaczą, że wszystko fajnie, ale wymiar sprawiedliwości jest omylny, a to oznaczałoby skazywanie na śmierć niewinnych ludzi. I w tym miejscu pojawia się Patryk Jaki, który tłumaczy, że, owszem, on popiera karę śmierci, ale tylko wtedy, gdy winny jest winny (bo do tego się sprowadza jego „argumentacja”). Warto sobie (albowiem Patrykowi Jakiemu nie warto) zadać pytanie „jak nazywamy osobę, w przypadku której są wątpliwości odnośnie tego, czy jest winna”. Jeżeli odpowiedzieliście „taką osobę nazywamy „niewinną””, to muszę wam pogratulować – do Solidarnej Polski by was z takimi poglądami nie przyjęli. Ja wiem, że mogę sobie tylko pomarzyć, ale chciałbym, żeby któryś z dziennikarzy dopytał Jakiego w temacie tego, co należy robić z osobami, w przypadku których są wątpliwości odnośnie tego, czy są winne i grillował Jakiego, aż do uzyskania odpowiedzi (ciekaw jestem, jak bardzo Jaki by się spocił w trakcie udzielania tejże). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że człowiek wygadujący tego rodzaju bzdury był (uwaga Capslock będzie grany) WICEMINISTREM SPRAWIEDLIWOŚCI.


Na sam koniec zostawiłem sobie temat, o którym jest dość cicho, a o którym powinno się napierdalać 24/7. O tym, że Zjednoczonej Prawicy nie podobało się to, co działo się w Muzeum Drugiej Wojny Światowej (do momentu przejęcia kontroli nad tymże muzeum) pochylałem się dawno temu. Pochylałem się również nad kretyńskimi analizami (wykonanymi na zlecenie partii rządzącej), z których wynikało, że ekspozycja w MIIWŚ jest chujowa, bo pokazuje jedynie negatywną stronę wojny (tak, to zostało napisane na serio) również. Teraz zaś przyszedł czas, coby pochylić się nad tym, co serwuje się w Jedynie Słusznym Muzeum. Estera Flieger z Oko Press napisała była tekst pt. „Karol Marks: Jak rozpętałem drugą wojnę światową. Recenzujemy wystawę w przejętym przez PiS muzeum”. Potem był lead, z którego jasno wynikało, że tytuł nie był clickbaitem: „Za wybuch wojny odpowiedzialni są Marks, Engels i Nietsche, bo ich prace filozoficzne zaprzeczały istnieniu Boga. Taką wersję historii najnowszej prezentują autorzy wystawy w przejętym przez PiS Muzeum II Wojny Światowej”. Teraz zapnijcie pasy, bo zafunduje wam cytat z pierdolnięciem: „Dyrektor Karol Nawrocki w nagraniu promującym wystawę mówi: „U jej fundamentów położyliśmy szeroką refleksję o antychrześcijańskich prądach filozoficznych, które zaprzeczały istnieniu Boga (…) Słowa zapisane przez takich myślicieli jak Marks, Engels czy Nietzsche, wypaczone potem w niektórych aspektach przez polityków i twórców sowieckiego komunizmu i niemieckiego nazizmu, a w innych wprost oddające to, co myśleli filozofowie o nadczłowieku, wojnie i terrorze doprowadziły w końcu do wybuchu II wojny światowej””. W tym miejscu pora na kolejne wyznanie z mojej strony. Otóż, muszę się przyznać do tego, że przez bardzo długi czas nie interesowałem się historią. Tzn. interesowałem się na tyle, na ile mi to było do czegoś potrzebne. Jednakowoż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że, niestety, bez znajomości historii człowiek jest narażony na to, że będzie robiony ordynarnie w chuja przez ludzi, którzy może i sami się nie znają na historii (np. Ziemkiewicz), ale inni nie znają się bardziej, tak więc nie będą mogli zweryfikować tego, czy są robieni w chuja. Zacząłem się dokształcać w miarę możliwości, a potem mnie wciągnęło. Gdybym ten wysryw zobaczył jakieś dziesięć lat temu, to co prawda bym w niego nie uwierzył, ale nie byłbym w stanie udowodnić, że to bzdura (polska prawica do perfekcji opanowała rzucanie bzdurnych teorii [których nie popiera żadnymi argumentami] i oczekiwanie od oponenta, że ów udowodni, że prawicowiec się pomylił). Jak tak sobie czytałem różne pozycje o II Wojnie Światowej, to sobie tam wypatrzyłem, że wśród tych historyków, których czytałem, panuje zgodność odnośnie tego, że II WŚ była konsekwencją pierwszej między innymi zaś tego, jak potraktowane zostały Niemcy (nie żeby sobie na to nie zapracowały) i tego, że porażka Niemiec była traktowana przez niektórych obywateli tego kraju, jako (w uproszczeniu) „zdrada elit”, bo żołnierze sobie doskonale radzili, a elity polityczne mimo tego poddały kraj (to, że Niemcy gospodarczo nie udźwignęłyby dalszego prowadzenia wojny, nie miało znaczenia, bo nie pasowało do tezy). Na takich fundamentach zbudowano narrację o hańbie, którą można zmyć praktycznie tylko i wyłącznie w jeden sposób (Uczynić Niemcy Wielkimi Raz Jeszcze). Jeżeli zaś chodzi o ZSRR, to ciekaw jestem, czy mózgi, które skupiły się na Marksie i Engelsie, w ogóle zwróciły uwagę na fakt, że powstał ów związek również przez to, że Rosja zaangażowała się w pierwszą wojnę światową, a jej gospodarka sobie średnio radziła (przez co w Rosji było generalnie przejebane). Obstawiam, że ten szczegół mógł umknąć mózgom z MIIWŚ, bo średnio im to pasowało do tezy. Jeżeli bowiem zwalamy winę za wszystko na Marksa i Engelsa, to nie możemy tłumaczyć, że bolszewicy (którzy spierali się z mienszewikami między innymi w kwestii podejścia do tego, co napisał Marks [zgadnijcie, kto miał do tego podejście raczej luźne i dlaczego tym kimś byli bolszewicy]) doszli do władzy w głównej mierze w efekcie pierwszej wojny światowej. Nie spięłoby się to ni chuja z tezą, którą sobie wymyślili zawiadowcy MIIWŚ. Na domiar złego musieliby wspomnieć coś na temat tego, dlaczego wybuchła pierwsza wojna światowa, a tego już ni chuja nie da się zrzucić na Marksa i Engelsa. Nawiasem mówiąc, jeżeli kogoś interesuje temat pt. „jak doszło do pierwszej wojny światowej”, to polecam „1914. Rok końca świata” Paula Hama (w pewnym momencie głośno zrobiło się o książce pt. „Lunatycy Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914” Christophera Clarka, ale mnie bardziej do gustu przypadła książka Hama). W telegraficznym skrócie, do wojny doszło dlatego, że przywódcy części krajów zakładali, że inne kraje będą chciały atakować ich kraje, tak więc zaczynali wykonywać działania, które inni przywódcy odczytywali jako zapowiedź ataku/etc. A potem wszyscy zaczęli się radośnie napierdalać, a wojna, która miała potrwać kilka miesięcy, trwała cztery lata z hakiem. Generalnie rzecz ujmując, to wszystko są złożone kwestie i ostania rzecz, której potrzebujemy, to banda kretynów, która albo nie zna historii, albo zna, ale usiłuje ją napisać od nowa. Ignorowanie faktu, że do obu wojen doszło ze względu na nacjonalizm (który po pierwszej wojnie wszedł na znacznie wyższe obroty) i tłumaczenie, że to „Wina Marksa”, to groźny idiotyzm. Z tego zaś z kolei wynika, że w Zjednoczoną Prawicę powinno się za to napierdalać non stop i (słusznie) zarzucać jej pisanie historii od nowa. Tym powinni się zajmować politycy partii opozycyjnych i media o dużym zasięgu, bo to jest (w kontekście zjednoczonoprawicowej napinki „trzeba nauczać historii”) samograj. Niestety, zajmują się tym jedynie pasjonaci (nie, nie mam tu na myśli samego siebie, ale np. autorkę tekstu na Oko Press, której się chciało przebijać przez ten bullshit, który zawiadowcy MIIWŚ nazywają „historią”). Aczkolwiek, zapewne się mylę, a pisanie historii od nowa, to kolejny „temat zastępczy”.


Źródła:

https://twitter.com/LukaszSchreiber/status/1313758881559052289

https://twitter.com/bbudka/status/1311588964403417088

https://tvn24.pl/polska/aborcja-eugeniczna-trybunal-konstytucyjny-zajmie-sie-wnioskiem-wsprawie-przerwania-ciazy-ze-wzgledu-na-ciezkie-wady-plodu-4694924

https://www.newsweek.pl/polska/aborcja-eugeniczna-pis-zakaze-aborcji-za-pomoca-tk/r8dhqfp

https://lodz.wyborcza.pl/lodz/7,35136,22829271,odmowil-uslugi-dla-organizacji-lgbt-sprawa-zajmie-sie-trybunal.html

https://wpolityce.pl/polityka/452504-minister-ziobro-ten-wyrok-to-swieto-wolnosci

https://twitter.com/jerzKwasniewski/status/1153356510640189447

https://twitter.com/OrdoIuris/status/1174984529506971653

https://twitter.com/PanZolty/status/1304146437966622720

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1309241416879665155

https://tvn24.pl/polska/kinga-duda-doradczynia-spoleczna-prezydenta-kim-jest-corka-prezydenta-jakie-ma-doswiadczenie-4694301

https://tvn24.pl/polska/kinga-duda-doradca-prezydenta-andrzeja-dudy-andrzej-dera-chce-umozliwic-dalszy-rozwoj-zawodowy-swojej-corce-4695215

https://www.donald.pl/artykuly/WRggRFFA/fakt-kinga-duda-jako-doradczyni-prezydenta-zajmie-sie-reforma-wymiaru-sprawiedliwosci?

https://oko.press/gminy-wolne-od-lgbt-bez-funduszy-norweskich/

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/7833136,lgbt-lgbti-list-ambasador-mosbacher-prawo-ideologia.html

https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-biden-krytykuje-strefy-wolne-od-lgbt-ambasada-rp-odpowiada,nId,4746816

https://www.tvp.info/50240185/nie-bede-na-to-tracil-czasu-trump-odmowil-wirtualnej-debaty-z-bidenem

https://twitter.com/PatrykJaki/status/1310529158527807488

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26349431,patryk-jaki-apeluje-zeby-juz-nie-mowic-ideologia-lgbt-jezyk.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Patryk_Jaki

https://oko.press/recenzujemy-wystawe-w-przejetym-przez-pis-muzeum/


Wielka wojna dzbanów
25.09.2020

Z napisaniem notki na temat bijatyki wewnątrz „Zjednoczonej” Prawicy chciałem poczekać, aż wszystko się skończy, ale gdzieś tak w środę wieczorem uznałem, że chuj wie, ile ten tasiemiec jeszcze potrwa, bo jedyne czego się można dowiedzieć, to tego, czego się będzie można dowiedzieć i kto nam to powie (potem zaś wychodził ten czy inny rzecznik i informował, że w sumie to niczego się nie dowiemy). Media zaś, z uporem godnym lepszej sprawy, informowały nas 24/7 o tym, że (na ten przykład): „W środę wieczorem doszło do kolejnego spotkania prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego z szefem Solidarnej Polski Zbigniewem Ziobro - poinformowały media. Wcześniej tego dnia odbyło się spotkanie kierownictwa PiS, a także posiedzenie zarządu Solidarnej Polski”. Zaś 33 minuty później mogliśmy się dowiedzieć, że: „W środę wieczorem zakończyło spotkanie Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry. Doszło do niego w należącej do Kancelarii Prezydenta willi przy ul. Bacciarellego, tej samej, w której politycy spotkali się w poniedziałek wieczorem. Wcześniej odbyły się niezależne narady obu partii.”. Media sprowadziły się do roli przekaźników między kłócącymi się koalicjantami. Przy pomocy mediów PiS przekazał Solidarnej Polsce, że jak się członkowie tej drugiej partii nie ogarną, to oni mają już pierdylion chętnych na miejsce Zbigniewa Ziobry. Ziobro zaś przekazał PiSowi, że jak się nie dogadają, to on z przyjemnością opowie o nieznanych faktach/etc. Oczywiście, przekazywali to sobie przy pomocy „źródeł zbliżonych do partii”/etc.  


Tak na dobrą sprawę w momencie, w którym zacząłem dłubać przy tym tekście, pewna jest w sumie tylko jedna rzecz: ta napierdalanka była na serio. Ponieważ zaś była na serio, w trakcie trwania tejże napierdalanki można było się sporo dowiedzieć, trzeba było tylko wiedzieć, gdzie patrzeć. Nie chodzi mi, rzecz jasna o to, co dostarczały nam media (bo to podsumowałem we wstępie), ale o to, co się wymykało napierdalającym się działaczom partyjnym (którym zdarzały się chwile rozbrajającej szczerości) i tym, których przeraziło widmo rozpadu koalicji. Przykładowo, na ćwitrze można było trafić na influencerskie „prawe” konta, które klęły na PiS po tym, jak Suski oznajmił, że w sumie to koalicji już nie ma. Można było przeczytać np. o tym, że jak będą wybory, to oni już nie zagłosują na PiS ni cholery. Wierzę w to, że ci ludzie pisali prawdę. Czemu? Bo byłbym się gotów założyć, że konta te prowadzą ludzie, którzy dostali jakieś stołki w ramach koalicji. Jeżeli taki ktoś dostał stołek (bo był, na ten przykład, z Solidarnej Polski), to wyleciałby z niego, gdyby koalicja się rozpadła i głosowanie na PiS w przedterminowych wyborach nie miałoby dla takiej osoby sensu (bo stołek by od tego nie wrócił). Gdyby partie opozycyjne (albo np. jakieś media) zajmowały się (na serio) monitorowaniem tego, co dzieje się w sieci, to w ciągu 24 godzin po tym, jak Suski powiedział to, co powiedział, mogłyby ogarnąć sobie praktycznie kompletną siatkę powiązań kont influencerskich z konkretnymi partiami (bądź politykami). Ponieważ zaś to, co dzieje się w soszjalach #nikogo, szansa została zaprzepaszczona. Być może będzie kolejna (jeżeli towarzystwo się faktycznie rozpadnie [na co się w środę wieczorem nie zanosiło], albo zejdzie i potem znowu zacznie napierdalać o kasę i stołki).


Starając się samemu doinformować w temacie tego „co się dzieje”, śledziłem sobie wymiany uprzejmości między działaczami Zjednoczonej Prawicy i trafiłem na taką, którą można uznać za żyłę złota. Patryka Jakiego (aka Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny) nikomu przedstawiać nie trzeba. Wojciech Wybranowski jest być może mniej znany (tworzy [Edycja: tworzył, bo parę miesięcy temu sobie poszedł] w „Do Rzeczy”, jara się Narodowymi Siłami Zbrojnymi i jest jednym z wielu medialnych cyngli Zjednoczonej Prawicy). Między tymi dwoma milusińskimi wywiązała się dyskusja, którą przytoczę w całości, a potem skupię się na tym, czego można się było dowiedzieć z tej wymiany zdań. Wszystko zaczęło się od wpisu Doktora Chłopaka z Biedniejszej Rodziny:


„Czytam, że Gowin zostaje a Ziobro leci, bo jako Prokurator Generalny nie chciał się zgodzić na ustawę o bezkarności. Słuchajcie, to musi być #FakeNews ZP musi przetrwać dla (w tym miejscu była polska flaga)”


Wybranowski odpisał mu tak: „To rzeczywiście jest fejk nius. W pewnym sensie Wiewiórki ćwierkają bowiem, że Ziobro się zgadzał na ustawę covidowa. A później uległ młodym współpracownikom z resortu, którym wydawało się, że umieją w politycznego pokera. Zalicytowali i skończyło się jak w 2011”

Patryk Jaki: Byłem przy rozmowie dotyczącej tej ustawy. Więc proszę nie udawać, że wie Pan więcej o rozmowie niż jej uczestnik.

Wybranowski: Proszę nie udawać, że jest Pan w tej sprawie bezstronnie rzetelny. Swoją drogą myślałem, że od 2011 roku w SolPolu wyleczyliście się z mocarstwowych mrzonek Pati. A jednak nie.

PJ: Nawet nie wiem jak Panu odpisać. Pan coś pisze o tym co ktoś Panu powiedział - a ja brałem udział we wszystkich rozmowach, są dokumentu pokazujące kto co ws. tej ustawy więc z sympatii do Pana proszę, aby Pan nie brnął.

W: I to jest właśnie ten sam problem, który ciągnie się za Panem od 2011 roku, od akcji ze słynnym sondażem, z którego wynikało, że SolPol się nikomu z niczym nie kojarzy. Do momentu, w którym ZZ nie uświadomiono, że bez ustawy ma bata na ludzi premiera i Mario, był za.

PJ: O roku 2011 i SP możemy porozmawiać osobo. To kwestia oceny. Ostatni raz jak SP startowała sama miał 4%. Natomiast co do ustawy każdy kolejny Pana wpis (i tu była emotka sugerująca, że Jaki załamał się tak, jak autor niniejszej notki, kiedy po raz pierwszy przeczytał wysrywy Jakiego o tym, że ów był pochodził z biedniejszej rodziny)

W: Panie Europośle trochę za daleko zabrnął Pan w swoich manipulacjach. "Kiedy SolPol startowała oddzielnie miała 4 proc" - pisze Pan. SolPol nigdy nie startowała oddzielnie do Sejmu. A żeby porównywać wybory do PE z krajowymi to trzeba (tu były 3 heheszkowe emotki)

PJ: Pisałem o „ostatnich wyborach, w których startowała samodzielnie” a nie „do sejmu” . Więc nie wiem, gdzie tu manipulacja. Pozdrawiam

W: Manipulacja w porównywaniu warunków wyborczych do PE w 2014 i sejmowych.”

 
(uwaga natury ogólnej, w powyższej wymianie zdań poprawiłem literówki, bo mnie za bardzo wkurwiały).


Wymiana ćwitów zaczęła się od czegoś, co Patryk Jaki opanował do perfekcji. Otóż, ilekroć ów przemiły jegomość się z kimś skonfliktuje, bądź też po prostu chce kogoś przeczołgać medialnie – tylekroć zaczyna się produkować w „soszjalach”. Bywają też sytuacje, w których np. zalicza wtopę w trakcie jakiegoś wywiadu (co nie jest specjalnie trudne, wystarczy, że dziennikarz zacznie go odrobinę grillować) i do akcji wkraczają „zaprzyjaźnieni” influencerzy, którzy z wywiadu wyciągają jakiś krótki fragment, po czym wrzucają go z komentarzem „Jaki zaorał”, ale to tylko dygresja. Standardową metodą stosowaną przez Jakiego jest próba ośmieszenia kogoś, kogo obrał na swój cel. Przykładowo, gdy Adam Bodnar (który działał tak, jak powinien działać Rzecznik Praw Obywatelskich) upomniał się o typa, którego policja potraktowała tak, żeby w mediach można było pokazać, że Zjednoczona Prawica się nie pierdoli w tańcu z mordercami, Jaki postanowił ośmieszyć Bodnara, wrzucając „prześmiewczą” listę „pomysłów Bodnara”.  Innym razem „zażartował” sobie z TVNu i tłumaczył, że stacja ta nie jest bezstronna, bo nie robią materiałów o Soku z Buraka, a o Małej Emi mówili dużo. Rzecz jasna, każda z tych wrzutek wykręcała duży zasięg, dzięki czemu Jaki mógł pielęgnować swój wizerunek „ulubieńca suwerena”. Co prawda, te duże zasięgi były wykręcane głównie dzięki wsparciu rządowych dronów/influencerów, ale to nie miało znaczenia, bo przecież nikt do tych jego wpisów nie dołączał statystyk „tyle i tyle % polubień zapewniła strona rządowa”. Poza tym, trudno się dziwić temu, że sporo ludzi wierzyło w to, że te zasięgi są oddolne, skoro w swą „potęgę” internetową uwierzył również Patryk Jaki. Zanim ktoś zapyta „ale skąd wiesz, że uwierzył”, odpowiem: bo usiłował zastosować tę samą metodę w starciu z Prawem i Sprawiedliwością i napisał „prześmiewczy” ćwit, z którego wynikało, że przecież to nie może być prawda, że chcą wywalić Zbyszka, bo on się jedynie nie chciał zgodzić na „ustawę o bezkarności”. Gdyby dotychczasowe zasięgi Patryk Jaki zawdzięczał zapatrzonemu weń suwerenowi, to jego wpis zebrałby pewnie więcej favów niż te, które produkował w takcie „Bitwy Warszawskiej”. Ponieważ zaś nie są to „oddolne” zasięgi, wpis cieszył się umiarkowanym zainteresowaniem (obstawiam, że mógł liczyć na wsparcie tylko i wyłącznie „swoich” internautów). Na uwagę zasługuje niemierzalna bezmyślność i zarozumiałość Jakiego, który próbował swojego popisowego numeru w tym konkretnym starciu. Jeżeli bowiem popatrzymy na to z nieco innej perspektywy, to wyjdzie na to, że Patryk Jaki usiłował bawić się w przepychanki z PiSem w mediach społecznościowych mimo tego, że to PiSowi zawdzięcza lwią część swoich zasięgów.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty



Niemniej jednak to, co napisałem powyżej to jedynie przygrywka, bo prawdziwą bombę atomową zdetonował Wojciech Wybranowski, który w pewnym momencie napisał, że: „Do momentu, w którym ZZ nie uświadomiono, że bez ustawy ma bata na ludzi premiera i Mario, był za.”. W tym momencie poczynię pewną dygresję. Kiedy trafiłem na tę wymianę ćwitów i na to konkretne zdanie, od razu zrobiłem sobie screeny, bo uznałem, że jak się obaj panowie ogarną, to cała ta dyskusja zostanie wypierdolona z ćwitra. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że do tej pory się nie ogarnęli. Czemu to zdanie jest tak bardzo istotne? Z wielu przyczyn, które z przyjemnością wam wymienię.


Po pierwsze, jeżeli ktoś zastanawiał się nad tym, czy rządowi mediaworkerzy wierzą w to, że ich pracodawcy są kryształowi, zaś wszystkie krytyczne materiały medialne na ich temat są po prostu wytworem wyobraźni pracowników „polskojęzycznych mediów”, czy też po prostu kłamią w żywe oczy, wiedząc o tym, że ich pracodawcy robią gigantyczne wały, to taki ktoś może się już przestać zastanawiać. Oni to wszystko wiedzą, a bełkot o „niepolskich mediach, które krytykują najlepszy rząd”, jest, no cóż, zasłoną dymną i niczym więcej. Żeby w pełni zrozumieć, jak bardzo Wybranowski się wysypał, trzeba najpierw zastanowić się nad tym, co się musi stać, żeby Ziobro miał „bata” na kogokolwiek. Zacznę od tego, że funkcja Ziobry, jako capo di tutti capi prokuratury jest przeceniana, bo co prawda może on umarzać postępowania, ale gdyby chciał poszczuć prokuratorów na „swoich” (którzy nic nie zrobili), to pewnie z miejsca zostałby wypierdolony, a postępowania zostałyby umorzone (to, czy przez prokuratorów Ziobry, czy też przez tych, którzy zajęliby ich miejsca, jest w tym miejscu bez znaczenia). Próba ruszenia niewinnego „swojaka” mogłaby się również skończyć dla niego i jego podwładnych (biorących w tym udział) zarzutami za fabrykowanie dowodów/etc. (nie wiem, jak to wygląda od strony prawnej, ale na pewno są na to jakieś paragrafy). Owszem, mogłoby to pociągnąć za sobą rozpad koalicji i ponowne wybory, ale póki co PiS i tak jest na prowadzeniu, tak więc partia ta na pewno brałaby udział w powoływaniu kolejnego oberprokuratora. Ziobro, owszem, może przeczołgać kogoś, kogo jedyną przewiną było to, że wkurwił kogoś ze Zjednoczonej Prawicy, ale tylko pod warunkiem, że jest to ktoś z zewnątrz (przeczołgać „swojego” może tylko wtedy, gdy dostanie zielone światło od Najważniejszych Czynników Decyzyjnych). Prawdziwa siła oberprokuratora polega na tym, że może on (niebezpośrednio, of korz) umarzać postępowania. Ponieważ zaś nie wolno mu ruszać swoich, którzy niczego nie zrobili, chodzi o te postępowania, w trakcie których ucierpieć mogliby „swojacy”, mający swoje za uszami. Co zrozumiałe, postępowania sobie można umarzać, ale czasem można go też nie umorzyć, bo np. do mediów trafi przeciek, który rzuci na sprawę tyle światła, że ciężko by to było umorzyć nie ryzykując wkurwienia suwerena. Podsumowując, ów „bat” Ziobro ma tylko i wyłącznie wtedy, gdy mamy do czynienia z realnymi wałami. Gdyby przepchnięto ustawę bezkarnościową, Ziobro nie miałby nic do gadania i nie byłby potrzebny do umarzania śledztw. Nawiasem mówiąc, ta ustawa byłaby kartą „wychodzisz wolny z więzienia” praktycznie dla każdego znajomego królika, bo biorąc pod rozwagę dotychczasowe podejście Zjednoczonej Prawicy do prawa – okazałoby się pewnie, że praktycznie każdy wał miał związek z „walką z covidem”, tak więc Zbyszku, dupa, cicho, twoje usługi są niepotrzebne. Warto również mieć na uwadze to, że gdyby ustawa weszła w życie, to media mogłyby sobie pisać do usranej śmierci (albo innej repolonizacji) o wałach, bo „nie ma wału, jak ktoś walczy z covidem”.


Po drugie, mamy potwierdzenie tego, że w przypadku, ekhm, „walki z covidem” dochodziło do wałów. Nie mam pojęcia, czy mediom udało się już wykopać wszystko w temacie tych wałów, ale biorąc pod rozwagę rozmach Zjednoczonej Prawicy, można bezpiecznie założyć, że może nas czekać jeszcze parę „niespodzianek”. Osobną kwestią jest to, że ustawa bezkarnościowa nie miałaby „daty ważności”, więc w praktyce jej wejście w życie oznaczałoby możliwość robienia jeszcze większych wałów, tym razem już w świetle jupiterów, bo „chuja nam zrobicie”.


Po trzecie, czarno na białym (czy jakie tam komu się kolory na ćwitrze wyświetlają) mamy napisane, że prokuratura jest wykorzystywana do walki politycznej. Niby nie powinno to nikogo dziwić, ale przypominam, że to jest rządowy mediaworker. Gdyby napisał to jakiś polityk opozycyjny, albo dziennikarz niePiSowski, to miałoby to znacznie inną wagę, bo byłyby to tylko podejrzenia. Rządowy mediaworker nie musi niczego podejrzewać, bo on to po prostu wie.


Po czwarte, w Zjednoczonej Prawicy panuje olbrzymie napięcie wewnętrzne. Co prawda, to było jasne od dawna (dla każdego, kto interesuje się politykę na tyle, żeby wiedzieć, że w polityce żadna partia/koalicja nie jest monolitem), ale teraz zostało to potwierdzone przez „czynniki wewnętrzne”. Napięcie to jest na tyle duże, że prokuratura jest wykorzystywana do wewnątrzkoalicyjnych rozgrywek. Wydaje mi się, że opozycja mogłaby próbować jakoś rozgrywać te napięcia, ale zapewne się mylę, bo nie jestem politykiem opozycji, tylko blogerem z Podkarpacia.  


Po piąte, dla obu panów to, o czym rozprawiali, to są takie oczywiste oczywistości, że Patryk Jaki nawet nie próbował zachowywać pozorów i w jakikolwiek sposób zaprzeczyć. Odniósł się jedynie do tego, że to wcale nie tak z tą ustawą, ale nie zaprzeczył temu, że prokuratura jest wykorzystywana do walki politycznej. Panowie byli ze sobą szczerzy i chyba zapomnieli, że czytają ich inni ludzie.


Nie mam pojęcia o tym, ile tego rodzaju złotonośnych dyskusji przetoczyło się przez ćwitra, ale jestem się w stanie złożyć o wiele, że ta nie była jedyna. Tekst kończyłem pisać w czwartek wieczorem i (co za brak zaskoczenia) nadal nie było wiadomo „co dalej”. Jakieś plotki o tym, że być może Prezes Polski wejdzie do rządu, że chyba się dogadali, ale bez gwarancji miejsc na listach (co byłoby bardzo dobrym rozwiązaniem dla PiSu – wykorzystać głosy przystawek, a potem wyciąć członków SP i Porozumienia za pięć dwunasta, żeby nie wyrobili się z rejestracją własnych list). Media nadal zapierdalają za każdym politykiem ze Zjednoczonej Prawicy, byle tylko móc zreferować, że „w sumie to się chyba dogadali, ale trzeba poczekać, tak więc nic nie wiadomo na pewno”.


Tak na sam koniec pozwolę sobie na dywagowanie na temat tego „co to będzie” i „dlaczego”. Część komentariatu (na początku politycznego tasiemca, który funduje nam Zjednoczona Prawica) twierdziła, że jak Solidarna Polska wyleci z koalicji, to w sumie nic się nie stanie, bo po pierwsze rząd mniejszościowy może hulać (tylko, że nie, bo opozycja nawalałaby jednym wotum nieufności za drugim [tak jak w 2007]), a taka, na ten przykład, Solidarna Polska to jest już na tyle rozpoznawalna, że sobie bezproblemowo przekroczy próg wyborczy w przypadku wyborów. Moim zdaniem, Solidarna Polska miałaby czysto „matematyczne szanse” na to, żeby samodzielnie przekroczyć próg wyborczy. Czemu? Bo ok, teraz może i łapią jakieś 3-4% w sondażach, ale rozpad koalicji skończyłby się dla nich tym, że napierdalałaby w nich machina propagandowa, z której usług teraz sami korzystają. W internecie też by specjalnie nie poszaleli, ze względu na to, że ich dotychczasowi koalicjanci zaczęliby ich zwalczać (i skończyłyby się duże zasięgi). Kolejnym problemem byłoby to, że Solidarna Polska musiałaby walczyć o skrajny elektorat z Konfederacją, którą ciężko przebić jeżeli chodzi o poziom oszołomstwa (nawet ziobroidom byłoby ciężko). Ktoś (np. jakiś „dziennikarz”) może powiedzieć „no ale Ziobro ma haki i nie zawaha się ich użyć”. Tylko, że to działa w dwie strony. Jeżeli normą w Zjednoczonej Prawicy było używanie prokuratury do rozgrywek wewnętrznych, to nie uwierzę w to, że PiS nie ma haków na Solidarną Polskę. Chciałbym również nieśmiało przypomnieć o tym, że tych umorzonych postępowań było sporo, a bohaterami części z nich byli politycy Solidarnej Polski, ja zaś naprawdę wątpię w lojalność prokuratorów od Ziobry, którzy w razie rozpadu koalicji zostaliby bez kryszy. Warto również pamiętać o tym, co już zasygnalizowałem wcześniej. Gdyby Zjednoczona Prawica się rozpadła, to Solidarna Polska zostałaby bez mediów. Haki zebrane przez Ziobrę na niewiele by się zdały, bo nie docierałyby one do ich elektoratu (dlatego, że ich publikowaniem zajmowałyby się jedynie media niePiSowskie, zaś te PiSowskie tłumaczyłyby, że to ściema). Prawda jest taka, że jedyną kartą przetargową Solidarnej Polski są głosy, które SP wnosi do Zjednoczonej Prawicy. Wiadomo było, że po tym, jak SP powiększyła stan posiadania w Sejmie (kosztem PiSu) ziobroidy będą się domagać większego kawałka koryta. Ponieważ liczba stołków nie jest nieskończona (mimo starań Zjednoczonej Prawicy) musiało się to skończyć konfliktem. Wybranowski napisał, że do konfliktu doszło, bo Ziobro posłuchał swoich młodych podwładnych, którym wydawało się, że potrafią w politykę. Wydaje mi się, że to tak właśnie było. Te młode typy nie mają zbyt dużo doświadczenia w polityce i najprawdopodobniej uwierzyli w to, że ich wizerunki, pompowane przez rządowe media przekładają się na ich siłę sprawczą (casus Jakiego, który próbował przepychanek z PiSem to potwierdza). Młode Dzbany wiedzą, że bez ich głosów PiS sobie nie poradzi, ale zupełnie umknęło im to, że jeżeli wkurwią Zakon PC, to ten jest w stanie zaryzykować samodzielny start w wyborach, byle tylko pozbyć się z koalicji ludzi, którym „zerwało beretki”. Nie wiadomo jak skończy się ten konflikt, ale jeżeli efekt końcowy będzie taki, że PiS dogada się z przystawkami i elementem tej umowy nie będą „gwarancje miejsc na listach”, to raczej ciężko będzie to uznać za zwycięstwo Zbigniewa Ziobry i jego młodych przydupasów. Jak już wspomniałem wcześniej, ten konkretny konflikt, w trakcie którego dotychczasowi koalicjanci lali się sztachetami po mordach w mediach społecznościowych, był idealnym momentem na obserwację. Co w międzyczasie robiła największa partia opozycyjna? Złożyła wniosek o wotum nieufności dla Zbigniewa Ziobry. Pozwolę sobie tego nie skomentować, bo chyba wyczerpałem limit wulgaryzmów przysługujących mi na jedną notkę (co prawda nie mam takowego, ale brzmi to lepiej niż kolejne „to jest dramat, kurwa”).


Źródła:

https://fakty.interia.pl/polska/na-zywo-waza-sie-losy-zjednoczonej-prawicy-przelomowy-dzien,nzId,246,akt,232106

https://www.se.pl/wiadomosci/polityka/ruszyla-gielda-nazwisk-w-sprawie-nowego-ministra-sprawiedliwosci-kto-za-ziobre-aa-ihYi-eDBb-7gHP.html

https://twitter.com/JNizinkiewicz/status/1307565145120485376

https://twitter.com/miko_ala/status/1306914154385674242

https://wpolityce.pl/polityka/451735-patryk-jaki-drwi-z-pomyslow-bodnara

https://dorzeczy.pl/kraj/136994/patryk-jaki-kpi-z-tvn-fajna-stacja-super-sa-tam-wywiady.html

https://twitter.com/wybranowski/status/1307792576691437569

https://dorzeczy.pl/kraj/154723/rmf-fm-solidarna-polska-i-porozumienie-bez-gwarancji-ws-list.html

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26329032,zbigniew-ziobro-reaguje-na-zapowiedz-wniosku-o-wotum-nieufnosci.html



Hejterski Przegląd Cykliczny #71
18.09.2020

Ponieważ zaliczyłem spory poślizg z Przeglądami (można powiedzieć, że są to hejterskie poślizgi cykliczne), pozwolę sobie zacząć od wstępu, który poprzedzi kolejny wstęp, coby naświetlić czemu tenże poślizg się mi przydarzył. Otóż, ilekroć siadałem do pisania o opozycji (której poświęciłem spory kawałek Przeglądu), tylekroć (eufemizując) przechodziła mi ochota. Co prawda (uwaga, spoilery) w pewnym momencie potwierdziło się coś, o czym wiedziałem od dość dawna, ale nie dało rady o tym pisać, bo były to anecdaty, jednakowoż jakoś tak, kurwa, niespecjalnie mnie to ucieszyło (i was pewnie też średnio będzie to cieszyć).


Niniejszy Przegląd zacznę od tematu poruszanego przeze mnie już pierdylion razy, czyli od totalnego nieogarnięcia opozycji. Przyznać muszę, że temat ten wywołuje u mnie mieszane uczucia, albowiem z jednej strony wkurwia mnie on straszliwie, a z drugiej nuży. Idealnym przykładem tego, jak bardzo opozycja nie umie w bycie opozycją, było głosowanie w sprawie podwyżek (dla posłów, ministrów/etc.). Nad samym pomysłem (i tym, że opozycja w ogóle ów pomysł poparła) się pastwiłem, tak więc nie będę się powtarzał, bo pewnie czytaliście uważnie. Po tym fuckupie opozycji czekałem już tylko na sondaże, z których wyniknie, że cała ta sprawa odbije się najbardziej na słupkach opozycji, a Zjednoczonej Prawicy to w ogóle nie zaszkodzi. Kiedy te sondaże się pojawiły, byłem zszokowany swoim brakiem bycia zszokowanym takimi, a nie innymi rezultatami. I nie, nie jest to mądrość post factum (no bo przeca wcześniej nie napisałem, że tak będzie, to może sobie dorabiam ideologię do tego teraz?). Spodziewałem się takich, a nie innych słupków dlatego, że przez ostatnie pięć lat przyzwyczaiłem się do tego, że Zjednoczona Prawica może robić co jej się podoba, a słupki sondażowe (które potem przekładały się na wygrane wybory) na to praktycznie nie reagują. Było kilka sondaży (i to prawilnych, nie zaś CBOSowych albo innych Social Changesowych),  w których „było blisko”, ale partia rządząca zawsze potrafiła to ogarnąć. Ktoś pamięta jeszcze o tym, że kiedyś była taka partia jak „Nowoczesna”? Otóż, pod koniec roku 2015 (który w wymiarze politycznym był dla Polski takim małym rokiem 2020), Nowoczesna najpierw dogoniła PiS w sondażach, a potem go przegoniła. Idealną pointą do tych sondaży będzie pytanie: gdzie jest teraz Nowoczesna i Ryszard Petru? Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że spora część komentariatu wieszczyła wtedy rychły „koniec PiSu”. W tym miejscu warto sobie zadać pytanie: ile razy myślałem/łam, że ta, czy inna afera/sytuacja/etc., to będzie „koniec PiSu”? Jeżeli odpowiedź na to pytanie brzmi: sporo, to nie powinniście mieć do siebie pretensji najmniejszych. Zjednoczona Prawica przetrwała pierdylion sytuacji, które zdmuchnęłyby każdą władzę, która nami zawiadywała po roku 1989. Przypominam, że na ten przykład SLD zostało zmiecione przez „aferę Rywina”. Gdyby podobna sytuacja zdarzyła się teraz (i gdyby umoczeni w nią byli członkowie partii rządzącej), to rządowe media zrobiłyby z Rywina bohatera (pewnie dostałby jakiś medal od oberprokuratora za wspieranie polskiej gospodarki), zaś słupki sondażowe PiSu nawet by nie drgnęły. Dlatego też, kiedy (na ten przykład) usłyszałem o tym, jak to sobie oberprokurator umorzył (tak, wiem, on tylko „nadzorował”) postępowanie we własnej sprawie, to sobie pomyślałem, że pewnie #nikogo. W telegraficznym skrócie wygląda to wszystko tak, że Zjednoczona Prawica może sobie pozwolić na praktycznie wszystko. Jak to możliwe? Po części dlatego, że obecne władze „może i kradną, ale się dzielą” (z narzucenia tej narracji bardzo cieszyły się rządowe drony), po części dlatego, że ludzie głosują na PiS, bo to dla nich „mniejsze zło”. Część wyborców to beton, który głosowałby na swoją ukochaną partię nawet, gdyby usiłowała zalegalizować pedofilię, ale nie jest to większość wyborców partii rządzącej, tym samym, nie można „betonem” tłumaczyć wysokich słupków. Czym więc można? Chujowością opozycji, która nie potrafi wykorzystywać fuckupów partii rządzącej. Nie chce się tu bawić w jakieś psychologizowanie, ale wydaje mi się, że politycy opozycji doszli do wniosku, że oni się nie będą przemęczać. Nie będą, bo przecież afery Zjednoczonej Prawicy na pewno doprowadzą do tego, że słupki im same spadną. Ja bym takie podejście rozumiał gdzieś tak przed półmetkiem pierwszej kadencji Zjednoczonej Prawicy i Prezydenta RP, bo wtedy słupki potrafiły skakać jak pojebane i można było z tego wyciągnąć wniosek taki, że jeżeli dojdzie do wyborów, to suweren będzie już na tyle wkurwiony, że wykopie Zjednoczoną Prawicę. Tylko, że potem słupki były już takie, a nie inne i powinna się opozycji zapalić lampka alarmowa. Wyniki wszystkich wyborów (poza Senatem) od 2015 nie pozostawiają złudzeń odnośnie tego, czy się ta wyżej wymieniona lampka zapaliła. Nie lubię głowologizowania, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że proces decyzyjny u przeciętnego polityka opozycji wygląda mniej więcej tak: O! Kolejna afera Zjednoczonej Prawicy, tym razem na pewno się ludzie na nich wkurwią, dzięki czemu mojej partii uda się wygrać wybory, tak więc nie muszę nic robić. Ufff, bycie w opozycji to ciężki kawałek chleba”. Nie wrzucenie przed wyborami listy pierdyliona afer, której to listy nikt nie będzie chciał czytać, bo jest, kurwa, za długa, nie wystarczy. Tak, wiem, po 1989 nie było w Polsce władzy, która stosowałaby tak agresywną retorykę i to na tak wielką skalę. Tyle, że temu to się można było dziwić na początku bytności Pereirów i innych prawicoidów w mediach rządowych, potem była to już sytuacja zastana. Zastana, czyli taka, którą należało wkalkulować w swoje plany polityczne (kampanijne, przedkampanijne/etc.). Jeżeli bowiem się tego w swoich planach nie uwzględnia, to równie dobrze można sobie te plany wsadzić tam, gdzie partia rządząca ma zdanie opozycji. Poza tym, warto pamiętać o tym, że PiS przed 2015 nie zawiadywał mediami o takim zasięgu, a jednak potrafił się przebić ze swoim przekazem. Obecna opozycja nawet nie próbuje przebić się ze swoim. Ponieważ nieogarnięcie opozycji zaczyna wywoływać spory dysonans po tej stronie elektoratu, która, eufemizując, nie przepada za Zjednoczona Prawicą, ludzie starają sobie to jakoś wytłumaczyć. Na ten przykład, spotkałem się wielokrotnie w rozmowach z narracją „opozycja nie chciała wygrać, bo wie, że budżet jest w złym stanie i że w ogóle będzie przejebane”. Z tą narracją jest jeden, spory problem. Gdyby opozycja faktycznie „planowała” przejebanie wyborów, to kierownictwo w PO by się nie zmieniło. No bo ok, przejebaliśmy wybory, ale przecież taki był plan, więc nie ma podstaw do zmiany kierownictwa. Ponieważ zaś kierownictwo zostało zmienione...


Temat się rozrósł mi był, więc go podzieliłem. W tym kawałku pochylę się nad tym, co zasygnalizowałem we wstępie, czyli na anecdatach, które się potwierdziły. Otóż, anecdaty te były spójne i trafiały do mnie praktycznie od 2015. W skrócie chodziło w nich o to, że do największej partii opozycyjnej dobijali się spece od marketingu politycznego, PR-u/etc., którzy widzieli, że „źle się dzieje” i oferowali swoją pomoc (całkowicie nieodpłatnie). Scenariusz był zawsze taki sam: spec dowiadywał się od jakiegoś działacza, że w sumie to wszystko fajnie, ale oni mają to ogarnięte, więc niech sobie jednak pospierdala (kronikarski obowiązek każe wspomnieć w tym miejscu, że anecdaty nie odnosiły się tylko do PO, ale o nich było tych anecdat najwięcej). W teorii, można było o tym napisać, ale w praktyce, ciężko oźródłować anecdatę. I w tym momencie wchodzi Rafał Trzaskowski, cały na biało (mimo, że to już po drugiej aferze Czajki) i publikuje na swoim FB coś takiego: „Kiedy PiS uruchomił stronę z licznikiem ścieków, które w ostatnich dniach zmuszeni jesteśmy kierować do Wisły - sugerując, że to strona mojego nowego ruchu - dostałem tysiąc pomysłów w jaki sposób na to odpowiedzieć. Najmocniejszy z nich zakładał uruchomienie strony, na której pokazalibyśmy licznik ze ściekami, które lały się do Wisły w trakcie kadencji Lecha Kaczyńskiego. Nawet wyliczono mi ile litrów ścieków wpłynęło do Wisły w tym czasie.  Oczywiście kusząca propozycja. Pewnie jeszcze klika lat temu ochoczo bym na to przystał. Przecież nie ma większej satysfakcji w polityce niż się odwinąć. Uderzają w Ciebie ściekami, obrzuć ich tym samym. I tak od lat. I tak bez końca. (...) Ale ja nie dam rządzącym tej satysfakcji. Nie wejdę w polityczną walkę na poziomie ścieków. Oni marzą o tym, żeby ściągnąć mnie do tego poziomu i wykończyć doświadczeniem, ale ja wiem, że nie warto kłócić się z głupcem, bo po jakimś czasie ktoś, kto się temu przygląda, czyli nasz wyborca, przestanie dostrzegać między nami różnice.” Chciałbym w tym miejscu podziękować Rafałowi Trzaskowskiemu za to, że swoim wpisem potwierdził wszystkie te anecdaty. Nawiasem mówiąc, jeżeli zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy politycy czytają wasze komentarze (z jakimiś np. poradami) albo wpisy na blogach, albo jakiekolwiek litery, w których ktoś proponuje jakieś rozwiązania, to właśnie uzyskaliście odpowiedź: owszem, czytaja, ale mają to w dupie, bo „wiedzą lepiej”. To jest na serio, kurwa, zjawiskowe. Elektorat Trzaskowskiego oczekuje od niego tego, żeby wreszcie się odwinął, a ten ma to w dupie, bo wie lepiej. Przypomina mi to pewną historię z wyimaginowanego miasta nad akwenem. Otóż, wyobraźcie sobie sytuacje taką. Dzieją się wybory na prezydenta miasta i urzędujący prezydent praktycznie na pewniaka idzie po reelekcję (a miejscowi komentatorzy twierdzą, że wygra dlatego, że „nie ma z kim przegrać”). Zarozumiałość i pycha skończyły się tym, że do drugiej tury wszedł z drugiego miejsca (i naprawdę niewiele brakło, żeby typ, który zajął trzecie miejsce „na pudle” go minął). Jak na to zareagował urzędujący prezydent? Otóż, doszedł on do wniosku, że to nie jest tak, że mieszkańcy już nie chcą, żeby był prezydentem. Nic z tych rzeczy. Po prostu ten elektorat dał mu „żółtą kartkę” w pierwszej turze. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że zaklinanie rzeczywistości skończyło się dla prezydenta wyimaginowanego miasta nad akwenem srogą porażką w drugiej turze. Wpis Trzaskowskiego sugeruje podobne oderwanie od rzeczywistości. Wiem, że się powtarzam, ale JEGO WŁASNY ELEKTORAT sugeruje mu rozwiązania (bo ma dosyć patrzenia na to, jak Zjednoczona Prawica wyciera posadzki kolejnymi osobami), ale on wie lepiej. Generalnie różnica między partią rządzącą, a opozycją polega również na tym, że Zjednoczona Prawica potrafi rozkręcić inbę z byle powodu, zaś opozycja nie potrafi rozkręcić inby w ogóle (nawet jeżeli są po temu zajebiste powody). Idealnym przykładem rozkręcania inby z byle powodu niech będzie oburzenie prawego sektora na to, że Trzaskowski domagał się zmiany muzyki imprezując w jakimś klubie. Rządowe media i rządowe drony internetowe domagały się, między innymi, dymisji Trzaskowskiego, zarzucały mu to, że Czajka rozpierdolona, a ten se imprezuje. Jeden z rządowych mediaworkerów, Wojciech Biedroń, zaczął się martwić, no bo co by było, gdyby w Wawie coś się stało, kiedy prezydent miasta był najebany w klubie? To ostatnie mnie szczególnie urzekło. Primo, widać w tym, jak bardzo medialna ekipa Zjednoczonej Prawicy ma zryte banie. Oni już tak długo tkwią w systemie wodzowskim (jedna osoba decyduje o wszystkim), że nie potrafią inaczej patrzeć na rzeczywistość. Nawet niewielkim miastem (takim, jak wyimaginowane miasto nad akwenem) nikt nie będzie rządził samojeden. Po pierwsze ma zastępców, po drugie, nawet gdyby ich nie miał, to ma odpowiednie wydziały/referaty, które zajmują się konkretnymi sprawami. Nie jest więc tak, że jak prezydent/burmistrz dostanie grypy żołądkowej i coś się w tym samym czasie stanie w mieście, to miasto jebnie, bo nikt nie będzie mógł niczego zrobić bez zgody Tej Najważniejszej Osoby. Innymi słowy, miasta nie działają tak, jak Zjednoczona Prawica. Gwoli ścisłości, wodzowski system partii był pewnie jedną z przyczyn, dla których kandydaci Zjednoczonej Prawicy nie cieszyli się zbyt dużym poparciem w wyborach na prezydentów/burmistrzów miast. Prawda jest bowiem taka, że taki włodarz nie byłby samodzielny, bo nawet gdyby sobie coś tam wymyślił, to musiałoby to przejść przez wyższe szarże. Gdyby zaś okazało się, że Najwyższy Czynnik Decyzyjny chciałby, żeby coś się w danym mieście zadziało, to włodarz miałby wyjebane na opinie obywateli. No, ale to tylko dygresja w dygresji. Druga sprawa, na miejscu rządowych mediaworkerów nie skupiałbym się na tym, że ktoś tam był nawalony, bo ktoś mógłby (zupełnie bez związku ze sprawą) przypomnieć, jak to korespondent mediów narodowych w Berlinie, najebany w trzy dupy (typ się zataczał i bełkotał walcząc ze szczękościskiem) wyszedł przed kamery, żeby relacjonować to, co się działo po zamachu terrorystycznym. No ale, jak mniemam te sytuacje są nieporównywalne, bo korespondent chlał dla Polski, a prezio Wawy imprezował, bo nie szanuje ojczyzny. Generalnie rzecz ujmując, w Trzaskowskiego rzucano wszystkim, czym się dało. Gdyby Polska odpowiedź na Równinę Dzbanów (aka Solidarna Polska) nadal lansowała się na reprywatyzacji (jakoś tak wszystko ucichło ostatnio w tym temacie, prawda?), to pewnie wspomniano by o tym, że Trzaskowski imprezuje w mieście, w którym działali czyściciele kamienic, tak więc wstyd w chuj. Ja rozumiem, że ktoś może mi w tym momencie napisać, że no ok, ale jak opozycja będzie się napierdalać z partią rządzącą, używając tych samych metod, to będzie źle, bo debata publiczna. No więc, jak już wielokrotnie to hejtowałem, debata publiczna w Polsce ma niemierzalne poziomy, bo żadne urządzenia pomiarowe nie są w stanie dotrzeć tak głęboko. Ponadto, niestety napierdalanka jest jedynym sposobem na to, żeby nawiązać równorzędną walkę z partią, która ma po swojej stronie dwa molochy zajmujące się propagandą (pierwszym są rządowe media, drugim Kościół), które to molochy działają w myśl zasady kto nie z Mieciem, tego zmieciem. Nie da się ignorować rzeczywistości. Tzn. da się, ale efekt będzie ten sam: przejebywane wybory + obiecywanie sobie, że „następnym razem się uda” i czekanie na to, że Zjednoczona Prawica się rozleci sama z siebie. Jak to powiedział klasyk, „to jest dramat, kurwa”.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


W jednym z poprzednich Przeglądów pastwiłem się nad kwestią podwyżek. W trakcie pastwienia się, wspomniałem o tym, że tłumaczenia „musimy płacić więcej, żeby do rządu chcieli przyjść fachowcy”, są, jak to się mawiało za czasów mojej młodości „o kant chuja rozbić”. Nikomu bowiem nie będzie zależało na zatrudnianiu fachowców, bo taki fachowiec będzie miał swoją opinię i nie będzie się bał jej wyartykułować. Minęło trochę czasu i zastępca rzecznika prasowego Prawa i Sprawiedliwości potwierdził to, co napisałem. Zjednoczona Prawica (po raz kolejny) była grillowana za obsadzanie Spółek Skarbu Państwa członkami rodzin, znajomymi/etc. Radosław Fogiel uznał, że tak dalej być nie może i postanowił uciąć wszelkie spekulacje: „Z podobnym problemem mierzyliśmy się, kiedy sprawowaliśmy władzę w latach 2005-2007. Wtedy poszliśmy w kierunku eksperckim, w kierunku otwartych konkursów. Wtedy do zarządów spółek trafiali eksperci z rynku, osoby z tytułami naukowymi. Problem okazał się taki, że ich sposób myślenia o gospodarce i o zarządzaniu był zupełnie sprzeczny z tym, co Prawo i Sprawiedliwość ma w swoim programie”. Tłumacząc to z rzecznikowego na polski: obsadzamy stołki rodzinami, bo fachowcy uważają nas za kretynów. Trzeba przyznać, że Fogiel jest kolejną po Beacie Mazurek osobą, która wprost idealnie nadaje się do pełnienia funkcji. Gdyby Fogiel był strażakiem, gasząc pożar klatki schodowej w bloku przy okazji zburzyłby całe osiedle. Nie dość bowiem, że ni chuja nie wyjaśnił dlaczego Zjednoczona Prawica bawi się w nepotyzm, to jeszcze otworzył drugi front „fachowcy się z nami nie zgadzają”. Powinniśmy być wdzięczni za te nieliczne chwile szczerości działaczy Zjednoczonej Prawicy. Żeby nie było tak różowo w ramach pointy dodam od siebie, że opozycja i tak nie będzie w stanie tego wykorzystać w żaden sposób.


Czytelników uprasza się o założenie odzieży ochronnej, gdyż przyjdzie nam teraz pochylić się nad Rzecznikiem Praw Skrajnej Prawicy (wcześniej: Rzecznik Praw Dziecka), który jest spektakularnym przypadkiem skrajnie prawicowego foliarstwa. Będzie trochę achronologicznie, albowiem chciałem zacząć do najbardziej efektownego tematu. Otóż, RPSP w trakcie rozmowy z dziennikarzem wyraził swoją opinię na temat edukacji seksualnej: „Panie redaktorze, a czy pan zagwarantuje, że wpuścimy edukatorów seksualnych do 20 tysięcy szkół i oni będą wprowadzali takie treści, jak chociażby w Poznaniu, gdzie wychwytują dziecko gdzieś rozchwiane, zaniedbane, i któremu dają ci edukatorzy, z tych środków [finansowych - red.], jakieś środki farmakologiczne, żeby zmieniać jego płeć? Bez wiedzy jego rodziców i lekarzy!” Co zrozumiałe, wypowiedź ta została potraktowana tak, jak powinna być, czyli jako przykład foliarstwa. Pawlak bazował bowiem na artykule z jednej z rządowych gadzinówek, który to artykuł bazował na zapisie czatu. Ponieważ Pawlak został wyśmiany, zgłosił całą sprawę do prokuratury (jestem się w stanie założyć o wiele, że gdyby jego wypowiedź spotkała się z innym przyjęciem, darowałby sobie prokuraturę). Ponieważ sprawa nie chciała przyschnąć, RPSP zaczął się bronić: „Dobro naszych dzieci, które są naszą przyszłością, jest ważniejsze. Dzieciom trzeba pokazywać prawdziwe wartości i ja to będę robić (…) chodzi o istniejący w zamkniętym, hermetycznym środowisku proceder nakłaniania dzieci do zażywania leków hormonalnych i ich nielegalną sprzedaż, poza kontrolą lekarską”. - Nigdzie nie powiedziałem, że to się dzieje w szkołach”. To drugie jest typowym dupochronem. Bo owszem, Rzecznik nie powiedział, że dzieje się to w szkołach, ale jego intencje były raczej, kurwa, jednoznaczne, bo słowa te padły w trakcie rozmowy o edukacji seksualnej. To po pierwsze. Po drugie zaś, wypowiedź była raczej jednoznaczna: „Panie redaktorze, a czy pan zagwarantuje, że wpuścimy edukatorów seksualnych do 20 tysięcy szkół i oni będą wprowadzali takie treści, jak chociażby w Poznaniu, gdzie (...)”. Z tego co prawda nie wynika, że Rzecznik powiedział, że to „dzieje się w szkołach”, ale że „nie da się wykluczyć, że do tego nie będzie w szkołach dochodzić”. To jest kolejny przykład tego, jak dobrze przeszkoleni są przedstawiciele skrajnej prawicy. Gdyby Rzecznik powiedział, że do tego doszło w szkole, musiałby podać jakieś konkrety (bo np. ktoś ze szkoły by mu zasugerował, że albo powie o chuj chodzi, albo może się nadziać na pozew). Ponieważ zaś powiedział, że „nie da się wykluczyć, że”, no cóż. Sprawa miała ciąg dalszy, bo tego rodzaju tłumaczenia przekonać mogły jedynie Solidarną Polskę i jej wyznawców, tak więc Rzecznik Praw Skrajnej Prawicy postanowił wytłumaczyć się raz jeszcze. Tym razem powiedział, że: „wypowiedź w takim ferworze z redaktorem Piaseckim jest skrótowa” i dodał, że: „Dzieciom sprzedaje się środek farmakologiczny będący syntetycznym odpowiednikiem estradiolu, czyli hormonu, który działa za pośrednictwem swoistych receptorów na narządy płciowe, gruczoł sutkowy, podwzgórze, przysadkę warunkując drugo- i trzeciorzędne cechy płciowe”. Moim zdaniem byłoby to lepsze, bo w pierwotnej wypowiedzi mamy wzmiankę o tym, że coś się dziecku daje, a tutaj jest wzmianka o sprzedawaniu. Przyznacie chyba, że to spora różnica. Nawiasem mówiąc, ciekaw jestem, czy gdyby Rzecznik opowiadał tę historię nie mając na twarzy maseczki, to czy na jego twarzy dałoby się dostrzec rumieniec w momencie, w którym wypowiadał słowo „sutkowy”? Nieco później Mikołaj Pawlak po raz pierdylionowy usiłował się wytłumaczyć ze swoich słów: „Chodzi o środek farmakologiczny, estrogen. Moje zgłoszenie miało miejsce na podstawie zgłoszenia rodzica. To, czy dotyczy to transaktywistów, czy edukatorów, bada prokuratura. Podobnie jak to, z jakich serwerów korzystali i w jaki sposób dzieciom te środki [na zmianę płci] pakowali. Widziałem takie plecaki z tymi środkami - odpowiedział Pawlak.”. Od czego by tu zacząć? Może od tego, że Pawlak twierdzi, że widział „plecaki”, potem zaś dopowiada, że zgłoszenie miało miejsce na podstawie zgłoszenia rodzica. Ileż plecaków miała latorośl tego rodzica i jak dużo piguł mu tam „pakowali”? Poza tym, w chuj wiarygodnie brzmi wersja o „pakowaniu” środków do plecaków, w kontekście tego, że dwa dni wcześniej RPSP mówił, o tym, że dzieciom się te środki sprzedaje (jak pamiętamy, było to dla niego trudne, bo musiał publicznie użyć słowa „sutkowy”). Nie znam się na cenach leków, ale wydaje mi się, że nawet gdyby dzieciakowi napakowali do plecaka (plecaków?) aspiryny, to nie byłaby to tania impreza. Na koniec rozbijania tego cytatu na części składowe, zostawiłem sobie fragment, w którym Mikołaj Pawlak powiedział: „To, czy dotyczy to transaktywistów, czy edukatorów, bada prokuratura.”. I wszystko pięknie, tyle że w swojej inicjalnej wypowiedzi Pawlak stwierdził, że byli to edukatorzy. Jak to więc możliwe, że Pawlak mówił o edukatorach, skoro dopiero prokuratura będzie to wyjaśniać? Ktoś złośliwy zapewne powiedziałby, że Pawlak kłamał, ale zapewne chodziło o to, że on po prostu przedstawiał „alternatywne fakty”.


Ponieważ trochę się rozpisałem w temacie Rzecznika, konieczne było podzielenie wątków. W tym pochylimy się nad jego ćwiterową twórczością. Zapewne nikt nie będzie zaskoczony tym, że człowiek o mentalności foliarza (który czerpie swoją wiedzę z filmików z żółtymi napisami) na ćwitrze publikuje kłamliwe i agresywne wpisy. Pod koniec sierpnia doszło do wymiany ćwitów między Sylwią Spurek i oficjalnym kontem Rzecznika Praw Skrajnej Prawicy (nie wiem, czy on to prowadzi sam, czy nastąpił outsourcing i konto obsługuje mu jakiś inny foliarz). Zacytuję wam tę wymianę ćwitów. Sylwia Spurek napisała była: „Rzecznik Praw Dziecka usprawiedliwia dawanie dzieciom klapsa, jest przeciw edukacji seksualnej w szkołach. Pełnomocniczka Rządu ds. Równego Traktowania kwestionuje prawa człowieka. Czy tak powinny wyglądać standardy sprawowania urzędów publicznych?” (ćwit ten był komentarzem do wypowiedzi pełnomocniczki ds. równego traktowania, która ochoczo przyłączyła się do hejtowania mniejszości seksualnych przez rząd). Na koncie rzecznika pojawiła się następująca odpowiedź: „Pani kłamie! Tak wyglądają standardy lewackiego europarlamentarzysty”. Ten wpis doczekał się odpowiedzi Sylwii Spurek: „Panie Rzeczniku, a co jest nieprawdą w tym, co napisałam? Nie występował Pan przeciwko edukacji seksualnej w szkołach, nie tłumaczył dawania klapsów dzieciom? Zamiast się oburzać, proszę się zająć realną obroną praw dzieci, a nie tylko pewnej ideologii.”. I w tym momencie mogliśmy (po raz pierdylionowy) zaobserwować typowo prawicową techniką obrony, czyli tłumaczenie, że nie powiedziało się tego, co się powiedziało: „Pani kłamie w każdym zdaniu. W wywiadzie dla DGP powiedziałem: „Absolutnie nie wolno bić dzieci. I to jest bezwzględne. Koniec pieśni”. Edukacja seksualna jest w szkole, nie chcę seksedukatorów LGBT. Pełnomocnik rządu walczy o prawa wszystkich. Pani to skrajna lewica, czyli lewak”. Nie będę się pochylał nad wypocinami odnoszącymi się do edukacji seksualnej (bo o tym traktował wcześniejszy kawałek Przeglądu), skupię się na cytacie. Owszem, prawdą jest, że Mikołaj Pawlak powiedział, że „Absolutnie nie wolno bić dzieci”. Zapomniał jedynie wspomnieć o tym (co zostało mu przypomniane w ćwitach pod wpisem), że zacytował wybiórczy fragment wywiadu. Zacytuję cała wymianę zdań między nim a dziennikarką (bo jest krótka):

„Magdalena Rigamonti: Może to był tylko klaps. Pan jest za klapsem?

Mikołaj Pawlak: Klaps nie zostawia wielkiego śladu.

MR: Skąd pan wie? A jaki ślad zostawia?

MP: Trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie.

MR: A da się rozróżnić?

MP: Wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc.

MR: Pytam pana o klaps, a nie podniesienie głosu.

MP: Absolutnie nie wolno bić dzieci. I to jest bezwzględne. Koniec pieśni.”


Czy Pawlak powiedział, że dzieci nie należy bić? Owszem. Jednakowoż powiedział również, że „trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”. Z tego zaś z kolei wynika tyle, że zdaniem Rzecznika Praw Skrajnej Prawicy klaps biciem nie jest. Można się czepiać tego, że Spurek powiedziała, że Pawlak „zachwalał” dawanie klapsów, jednakowoż moim zdaniem, jeżeli ktoś pełniący taką, a nie inną funkcję, bawi się w rozróżnianie klapsów od bicia, to wypowiedź Spurek była uprawniona. Reasumując, Pawlak (bądź też osoba obsługująca oficjalne konto urzędu) kłamał. Tak swoją drogą, miarą upadku wszelkiej maści państwowych urzędów pod wodzą Zjednoczonej Prawicy jest to, że na oficjalnym koncie Rzecznika Praw Skrajnej Prawicy pojawiają się wpisy godne tępego trolla internetowego, który wszystko, co nieprawilne, będzie wyzywał od „lewactwa”. Tak sobie myślę, że po pięciu latach zamieniania państwa z tektury w państwo z odchodów nie powinno mnie to dziwić, ale jednak trochę dziwi. Powołanie osoby, która wypowiada się publicznie w ten, a nie inny sposób, byłoby samobójcze dla praktycznie każdej władzy. Praktycznie, bo tej to zapewne ni chuja nie zaszkodzi, albowiem opozycja musiałaby zacząć coś robić. I nie, nie chodzi o to, żeby składać glejty o odwołanie RPSP, bo o ile PiS nie będzie chciał odwołać tego człowieka, to coś mi mówi, że takowe odwołanie się raczej nie uda. Chodzi o doprowadzenie do takiej sytuacji, w której PiS sam z siebie złożyłby takowy wniosek. Dałoby się to osiągnąć, gdyby opozycja w ogóle, kurwa, kontaktowała się ze społeczeństwem w sensowny sposób. Ponieważ zaś opozycja jest taka, a nie inna...  


23 sierpnia w Katowicach odbył się spęd skrajnej prawicy. Jeden z uczestników spędu hajlował sobie stojąc kilka metrów od policjantów ładujących się do bagietowozu. Być może nic by mu się nie stało (zapowiadało się na to, albowiem hajlujący nie został zatrzymany na gorącym uczynku), gdyby nie to, że jego performance został uwieczniony na zdjęciach, które doczekały się reakcji (między innymi) oficjalnego konta Muzeum Auschwitz. Ponieważ sprawa zaczęła bardzo śmierdzieć, nacjo-sebix został zatrzymany następnego dnia, zaś wiceminister MSWiA, Paweł Szefernaker, (aka „tańczący z dronami”) powiedział, że w sumie to bagiety zareagowały jak trzeba, a jak ktoś je krytykuje, to niech przestanie bo nie tak było: „Prosiłbym, żeby nie komentować i nie szafować argumentami, że policja powinna tak czy inaczej zachować się w pewnej sytuacji, dlatego że nie wiemy, jak było na miejscu, ilu było funkcjonariuszy w tym dokładnym momencie, czym oni się zajmowali (…) być może w momencie, w którym ta osoba wykonywała ten gest, nie było takiej ilości policjantów". Zupełnie bez związku z całą sprawą przypomniało mi się, jak na lokalnym forum w Wyimaginowanym Mieście Nad Akwenem (forum również było wyimaginowane), dawno temu pojawił się wpis wkurwionego mieszkańca. Mieszkaniec opisał sytuację, w której blisko jakiegoś placu zabaw chlała sobie spora grupa kiboli, która to grupa zachowywała się bardzo głośno. Komentujący napisał, że kontaktował się z właściwymi służbami, ale jedyną reakcją było przyjęcie zgłoszenia (kibole zaś pochlali sobie jeszcze kilka godzin i rozeszli się do domów). Momentalnie odezwał się inny użytkownik forum, który zaczął tłumaczyć, że pewnie było tak, że bagiety tam po kryjomu przyjechały i narobiły zdjęć i pewnie potem zatrzymali wszystkich, tak więc wszystko odbyło się tak, jak trzeba. Ponieważ jego wpis spotkał się z negatywnym odbiorem, zaczął tłumaczyć, że policjanci nie zatrzymali nikogo na miejscu, bo pewnie nie chcieli doprowadzić do „eskalacji”/etc. Moim skromnym zdaniem to jest po prostu dupochron, którego używają mundurowi. Prawda jest bowiem taka, że argumentu o tym, że ktoś nie chciał, żeby „doszło do eskalacji” można użyć nawet, jeżeli mamy do czynienia z jednym pijanym typem. Bo to wiadomo na kogo się trafi? Sam kiedyś widziałem, jak na osiedlu (nadal mówimy o wyimaginowanym mieście) pięciu policjantów ledwie sobie poradziło z jednym pijanym typem, którego cudem udało im się zapakować do bagietowozu. Przeca gdyby było ich mniej, to po prostu by ich sprał i poszedł do domu trzeźwieć. Jeżeli, na ten przykład, ktoś dzwoni po bagiety i mówi im, że gdzieś siedzi tylu, a tylu kiboli, to bagiety powinny wybrać się na miejsce dysponując odpowiednimi, że tak to ujmę, siłami. Czemu tak być powinno? Bo od tego, kurwa, są bagiety. Już mi się nawet nie chce pisać o tym, że gdyby w opisywanej przeze mnie sytuacji ktoś faktycznie najebał zdjęć tym chlejącym kibolom, to gówno by im zrobiono, bo kibol mógłby powiedzieć, że no co prawda miał butelkę, ale tam nie było alkoholu/etc. Żyję już trochę lat na tym łez padole i napatrzyłem się na to, kiedy bagiety są wyrywne, a kiedy nie są. W telegraficznym skrócie, wyrywne są wtedy, gdy trzeba się zająć ludźmi, których się nie boją (bo jak się boją, to wtedy „nie chcą doprowadzić do eskalacji”). Nie wspominając już o tym, że służby mundurowe mają tendencję do przypierdalania się do ludzi bez powodu, w myśl zasady, że może się takowy powód znajdzie. Przyznam szczerze, że w czasach, w których byłem młodszy o jakieś 20 kilogramów i nie miałem jeszcze wyglądu typowego podkarpackiego intelektualisty (+ miałem długie włosy) byłem „spisywany” pierdylion razy, przeważnie za to, że było ciemno, a ja gdzieś szedłem. Raz spisano mnie (i trójkę znajomych) za to, że byliśmy nietrzeźwi i znajoma (trzeźwa) nas odwoziła autem do domu. Bagieciarnia była tak sumienna, że nawet sprawdzili ile mam punktów karnych (nie wiem tylko po chuj, bo siedziałem na tylnym siedzeniu [nie pytałem po co to robili, bo już wtedy byłem nauczony tego, że dociekliwość, szczególnie kiedy jest się nietrzeźwym, może się źle skończyć]). Of korz kierowczyni nie musiała dmuchać, więc równie dobrze mogła być najebana jak szpadel (i po prostu wyglądać na trzeźwą). Tego rodzaju interakcji z mundurowymi miałem naprawdę w chuj i do tej pory nie wiem, czemu miały one służyć. Rozpisałem się trochę, bo wkurwia mnie tego rodzaju zachowanie, szczególnie w kontekście bierności mundurowych w sytuacjach, w których wypadałoby jednakowoż jakoś zareagować. Taką sytuacją jest, na ten przykład, hajlujący kilka metrów od policjantów nacjo-Sebix. Jedyny powód, dla którego ten człowiek nie został zatrzymany na miejscu to taki, że policjantom nie chciało się go zatrzymywać. Nawiasem mówiąc o tym, że tacy ludzie mogą liczyć na pobłażliwość organów ścigania, może zaświadczyć to, jak sprawa się dalej potoczyła: „mężczyzna jest podejrzany o publiczne propagowanie faszyzmu, usłyszał już zarzut z art. 256 par.1 kk, przyznał się, wyraził skruchę i dobrowolnie poddał karze”. Jestem się w stanie założyć o wiele, że hajlujący „wyraził skruchę” dlatego, że ktoś mu zasugerował, że tak będzie lepiej. Nie, nie wierzę w to, że ktoś na tyle, że tak to ujmę, sprytny, żeby hajlować stojąc kilka metrów od bagietowozu, był na tyle przebiegły, żeby samemu wpaść na to, że jak wyrazi skruchę, to sprawa się może po kościach rozejść.


Jeszcze przed rekonstrukcją rządu doszło do wymiany na stołku szefa MSZ, albowiem Czaputowicz katapultował się z rządu. Jego następcą został Zbigniew Rau. Ciężki przypadek, który w trakcie kampanii rzygał na Zachód, bredził o cywilizacji śmierci/etc. Ciekawiło mnie to, jak na ten wybór zareagują drony. Wszedłem więc na prawe konto i w sumie to narracja dronów była spójna. Można ją streścić w sposób następujący „może i Rau się nie nadaje, ale w sumie chuj tam z polityką zagraniczną, najważniejsze, że lewactwo boli dupa” (pozwolę sobie nie linkować tych wysrywów w Źródłach). Po tym, jak Czaputowicz przestał być ministrem powiedział, co sądzi na temat MSZ: „Na poziomie ministra i wiceministrów nie ma obecnie w MSZ nikogo, kto przeszedł przez szkołę dyplomatyczną, szczeble kariery czy był choćby na jakiejś placówce.”. Wspominał również o tym, że on to w sumie chciał czasami coś podziałać, ale mu nie pozwolili. Większość komentarzy odnoszących się do tych wypowiedzi można by skompresować do „skoro było mu tak chujowo, to czemu tam siedział?” Ja również wychodzę z podobnego założenia. Jeżeli bowiem ktoś tkwił w jakimś układzie, który mu ewidentnie nie odpowiadał, to, no cóż, po co w nim tkwił? Warto również pamiętać o tym, że Czaputowicz został kiedyś srogo przeczołgany. Działo się to w październiku 2018, kiedy to polskie władze szarpały się z TSUE, a oberprokurator stwierdził, że on pierdoli TSUE i że Trybunał Przyłębski (niegdyś Trybunał Konstytucyjny) ma stwierdzić, czy te traktaty unijne to w ogóle są zgodne z Konstytucją. MSZ przyjebało wtedy dość boleśnie w to, co wyprodukował z siebie Ziobro: „Trybunał Konstytucyjny nie bada konstytucyjności unijnych Traktatów", "tylko Trybunał Sprawiedliwości UE może decydować o swoich kompetencjach", "SN miał prawo zawiesić stosowanie ustawy”. Kilkanaście dni później Czaputowicz oznajmił: „W pełni popieram wniosek Zbigniewa Ziobry do TK”. Gdyby Czaputowicz nie cierpiał na Gowinozę, to primo, nie dałoby się go zmusić do publicznej rejterady, względnie oznajmiłby, że „ok, podpiszę to gówno, ale potem stąd spierdalam i bawcie się sami”. Znamienne było to, że dokument, w którym MSZ pastwiło się nad bzdurami Ziobry, miał 12 stron i było w nim sporo rzeczowych argumentów. Trzeba być człowiekiem pozbawionym RiGCzu, żeby potem to wszystko zanegować przyznając racje komuś, kto jej, kurwa, ewidentnie nie miał i nie ma. Być może Czaputowicz faktycznie miał jakieś inne pomysły na polską dyplomację, ale nieszczególnie dało się to odczuć, on zaś doskonale wiedział na co się pisze, albowiem, do kurwy nędzy, jego poprzednikiem był Witold Waszczykowski, który powiedziałby i napisał wszystko, czego tylko zażyczyłyby sobie Najwyższe Czynniki Decyzyjne w Zjednoczonej Prawicy.


Wspominałem kiedyś o tym, że bardzo długo wzbraniałem się przed uwierzeniem w to, że praktycznie wszystkie wyskoki polskiego Kościoła, który przyłączał się do nagonki na mniejszości seksualne, biorą się stąd, że Kościół stara się odwrócić uwagę od tego, że nie radzi sobie z pedofilią wśród duchownych. 28 sierpnia KEP opublikował wysryw, w którym stało między innymi, że w sumie to Kościół popiera „leczenie” osób homoseksualnych (ciekawym, czy zwolennicy tego zabobonu uwierzyliby, gdyby ktoś im powiedział, że odpowiednią terapią można kogoś „wyleczyć” z heteroseksualizmu). Coś mi zaświtało w głowie i odpaliłem przeglądarkę. Jakiż był mój brak zdziwienia, kiedy okazało się, że kilka dni wcześniej: „Diecezja tarnowska przyznaje się do zaniechań ws. księdza pedofila. Przerzucany do innych parafii, krzywdził kolejne dzieci”. Co prawda diecezja przyznała się do tego naście lat za późno, niemniej jednak przyznała. Nikogo więc nie powinno dziwić to, że kilka dni później biskupi opublikowali to, co opublikowali. Praktycznie każdy tego rodzaju wysryw poprzedzony jest jakąś „problematyczną” sytuacją, w której opinia publiczna była zapoznawana z dokonaniami jakiegoś duchownego pedofila. Ponieważ po filmach Sekielskiego atmosfera wokół Kościoła zaczęła się zagęszczać, Kościół zaczął bardzo zajadle i zapamiętale gnoić mniejszości seksualne. Ze względu na to, że ludzi to nieszczególnie przekonuje, Kościół popada w coraz cięższą duginozę (a razem z nim praktycznie cała polska prawica). W kontekście tego, jak bardzo gnojone są teraz mniejszości seksualne małą pociechą jest to, że Kościół prędzej czy później poniesie konsekwencje swoich działań.


Już po napisaniu Przeglądu dowiedziałem się tego, że Zjednoczona Prawica pożarła się o stołki na tyle bardzo, że Metatron Najważniejszych Czynników Decyzyjnych, Ryszard Terlecki oznajmił, co następuje: „Prezes odniósł się do sytuacji negocjacji z naszymi koalicjantami, stwierdzając, że w tej sytuacji nie mają one sensu, skoro nasi czasowi koalicjanci występują z innym programem i pomysłami niż cały klub - dodał Terlecki.". Zaznaczył też, że: "jeżeli sytuacja do tego zmusi, rekonstrukcja rządu nastąpi bez uzgodnień z koalicjantami. Podkreślił, że rząd mniejszościowy jest niemożliwy, ale jeżeli zajdzie taka sytuacja, to PiS pójdzie do wyborów sam.”. Najważniejsze Czynniki Decyzyjne miały również grozić wypierdoleniem ze stołka każdemu, kto złamałby dyscyplinę partyjną w trakcie głosowań. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że scenariusz ten przypomina trochę to, co się działo w trakcie pierwszych rządów PiSu, kiedy to PiS (w trakcie prowadzenia rozmów koalicyjnych) postraszył LPR i Samoobronę tym, że albo się dogadają, albo będą przedterminowe wybory. Ironia losu polegała na tym, że LPR i Samoobrona do koalicji weszły, a przedterminowe wybory i tak się odbyły (acz odbyły się później). Ciekaw jestem, jak potoczy się cała ta sprawa. Prawdą bowiem jest, że Ziobro coraz bardziej się panoszy po prawej stronie (powoływanie ciężkich przypadków foliarstwa na wysokie stanowiska tego dowodzi). Niemniej jednak widać wyraźnie, że panu Zbyszku mało i chciałby więcej. Z drugiej jednakowoż strony PiS nie może się cofać w nieskończoność. Oznaczałoby to bowiem odstąpienie stołków Ziobrystom, a to może wkurwić doły partyjne. Poza tym, na tego rodzaju „cofaniu się” cierpi kult Prezesa. Coraz trudniej bowiem będzie tłumaczyć suwerenowi, że Kaczyński jest Genialnym Strategiem i że on sobie to wszystko zaplanował. Z trzeciej zaś strony, przystawki zdają sobie doskonale sprawę z tego, że co prawda bez nich nie ma samodzielnych rządów, ale bez PiSu w Sejmie nie będzie przystawek. Gdyby bowiem doszło do rozłamu i przedterminowych wyborów, to rządowe media rozjechałyby swoich niedawnych koalicjantów (którzy to koalicjanci nie dysponowaliby żadnym wsparciem medialnym). Jeszcze inną kwestią jest to, że nie wiadomo na ile lojalni okazaliby się stołkobiorcy z przystawek. Mogło by się bowiem okazać, że zupełnym przypadkiem nastąpiłyby transfery personalne z przystawek do PiSu. Z czwartej strony, Ziobro naprawdę wkurwia Najważniejsze Czynniki Decyzyjne i może się okazać, że Prezes zaryzykuje te wcześniejsze wybory, byle tylko odegrać się na Ziobrze. Nie mam pojęcia jak to się dalej potoczy. Do tej pory Zjednoczonej Prawicy udawało się dogadywać. Do spięć dochodziło, ale nie były one tak poważne jak to, które możemy obserwować teraz.


Tak na sam koniec chciałbym wystosować krótki apel do polityków i działaczy opozycji: OGARNIJCIE SIĘ (Would you kindly).


Źródła:

https://www.newsweek.pl/polska/sondaz-ibris-poparcie-dla-partii-nowoczesna-wyprzedza-pis/2mjp0hf

https://tvn24.pl/polska/zbigniew-ziobro-nadzorowal-sledztwo-w-sprawie-wlasnej-partii-zostalo-umorzone-4676709

https://www.facebook.com/rafal.trzaskowski/posts/10158285202676091?__tn__=K-R

https://wiadomosci.onet.pl/warszawa/rafal-trzaskowski-nagranie-z-klubu-w-warszawie-miasto-jest-moje-mowi-do-dj/66l91zz

https://twitter.com/WBiedron/status/1305415235852029953

https://next.gazeta.pl/next/7,151003,26287138,ludzie-pis-w-radach-spolek-fogiel-w-kuriozalny-sposob-wyjasnil.html

https://konkret24.tvn24.pl/polska,108/edukatorzy-seksualni-daja-dzieciom-srodki-na-zmiane-plci-twierdzi-rzecznik-praw-dziecka-nie-ma-dowodow,1028522.html?

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26257060,rzecznik-praw-dziecka-edukatorzy-seksualni-podaja-dzieciom.html

https://tvn24.pl/polska/rzecznik-praw-dziecka-mikolaj-pawlak-o-lgbt-i-margot-4680086

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1489899,rpd-zawiadomienie-do-prokuratury-leki-wspomagajace-zmiane-plci.html

https://www.rp.pl/LGBT/200909735-Rzecznik-praw-dziecka-Mozecie-mnie-atakowac-obrazac-krzyczec-protestowac-i-zadac-odwolania-Nie-ustapie.html

https://wyborcza.pl/7,82983,26289564,senat-wznowil-obrady-informacja-rzecznika-praw-dziecka.html

https://twitter.com/RPDPawlak/status/1298908132534616064

https://twitter.com/RPDPawlak/status/1299004940745166848

https://edgp.gazetaprawna.pl/e-wydanie/56824,19-czerwca-2019/69110,Dziennik-Gazeta-Prawna.html/697438,Nazwa-mnie-katorzecznikiem.html

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-08-24/pawel-szefernaker-w-programie-graffiti-ogladaj-od-745/

https://www.polskieradio24.pl/5/1222/Artykul/2569893,Mezczyzna-hajlujacy-w-Katowicach-przyznal-sie-do-winy-Dobrowolnie-poddal-sie-karze

https://wyborcza.pl/7,75398,26238227,czyim-czlowiekiem-jest-nowy-minister-spraw-zagranicznych-zbigniew.html

https://www.rp.pl/Polityka/308309973-Jacek-Czaputowicz-Premier-strona-w-sporze-z-Ziobra.html

https://oko.press/czaputowicz-sie-wychylil-tlumaczy-ziobrze-jak-dziala-prawo-ue-i-poucza-go-o-autonomii-sadow/

https://fakty.interia.pl/raporty/raport-unia-europejska/polska-w-ue/news-czaputowicz-wniosek-ziobry-do-tk-jest-bezzasadny,nId,2651594

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/584356,czaputowicz-ziobro-wniosek-tk-rozbieznosci-minister-sprawiedliwosci-szef-msz.html

https://oko.press/biskupi-chca-leczyc-z-homoseksualnosci-siegaja-po-niebezpieczna-pseudonauke/

https://krakow.wyborcza.pl/krakow/7,44425,26238691,diecezja-tarnowska-przyznaje-sie-do-zaniechan-w-sprawie-ksiedza.html

Uwaga, spoilery do pierwszego Bioshocka:

https://bioshock.fandom.com/wiki/Would_You_Kindly


Państwo teoretyczne z pandemią w tle – odcinek 5 – edukacja
28.08.2020

Ponieważ tytuł notki jest z gatunku selfexplanatory, daruję sobie jakieś przydługie wstępy. 1 września zaczyna się nowy rok szkolny. Od marca wiadomo było, że kolejny rok szkolny będzie wyglądał inaczej, tym samym polskie władze miały kupę czasu, żeby ogarnąć ten temat. Ponieważ zaś Zjednoczona Prawica jest Zjednoczoną Prawicą temat tego, jak powinno działać szkolnictwo w trakcie pandemii, został całkowicie olany. Pech polskiego szkolnictwa, uczniów i ich rodziców polegał na tym, że w czasie, w którym trzeba było myśleć nad tym „co zrobić, żeby nauczanie nie zamieniło się w gigantyczne korona-party” Zjednoczona Prawica miała ważniejsze problemy. Jednym z nich były wybory prezydenckie, a drugim (chyba nawet ważniejszym) walka z mniejszościami seksualnymi. Na przemyślenie tego, jak powinno wyglądać szkolnictwo w czasie pandemii po prostu nie starczyło czasu. Już po napisaniu powyższego zdania, zdałem sobie sprawę z tego, że trochę przesadziłem. Tzn. nawet, gdyby Zjednoczona Prawica miała więcej czasu i tak olałaby temat szkolnictwa z tej prostej przyczyny, że jej wierchuszka jest po prostu zbyt głupia, żeby zajmować się takimi złożonymi problemami. Ponieważ zaś w rządzie Zjednoczonej Prawicy nikt za nic nie odpowiada (jeszcze o tym wspomnę w notce), nie dziwota, że ministerstwa, które powinny się zajmować tematem funkcjonowania szkolnictwa w czasie pandemii, miały na to wypierdolone.


Pozwolę sobie w tym miejscu po raz kolejny przypierdolić się do opozycji. Otóż, gdyby nasza opozycja potrafiła w bycie opozycją, to mniej więcej od połowy wakacji (kiedy wiadomo już było, że Zjednoczona Prawica olewa temat szkolnictwa) hurtowo przypominano by politykom tej formacji, jak to w trakcie rządów PO-PSL martwili się o to, że zła Platforma chce posyłać 6-latki do szkół, które nie są do tego przygotowane. W teorii dałoby się to pewnie wpleść w kampanię wyborczą, ale w praktyce rządzący mogliby się bronić tym, że oni maja prawie skończony plan, a poza tym sporo czasu, więc lewaki dupa cicho. Jeżeli chodzi o wypowiedzi i działania „martwiących się o dzieci” członków Zjednoczonej Prawicy (i ludzi, którzy wspierali PiS z zewnątrz [khe, khe, Elbanowscy]), to było w czym przebierać, bo inba o to, czy 6-latki powinny iść do szkół trwała na tyle długo, że pomysł ten krytykowała Joanna Kluzik-Rostowska z Prawa i Sprawiedliwości. Pora na krótki eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że mamy nieco inną sytuację: to PO rządzi, a PiS jest w opozycji i to PO usiłuje tłumaczyć, że w sumie to dzieci mogą na luzie iść do szkół. Zastanówmy się przez chwilę, ile powstałoby fundacji  „ratujmy Fiaty 126p” i jak szybko PiS (wspierany przez kler) zacząłby opowiadać, że to, co robi partia rządząca, to Cywilizacja Śmierci. Warto również zastanowić się nad tym, jak szybko PiSowskie media zaczęłyby biegać za politykami PO z kamerami i pytać ich o to „dlaczego chcą mordować polskie dzieci”. Gwoli ścisłości, nie twierdzę, że dzisiejsza opozycja powinna robić to samo co PiS, ale, do kurwy nędzy, mogłaby z łaski swojej choć odrobinę docisnąć rząd w tej sprawie.


Myliłby się ten, kto uznałby, że skoro Zjednoczona Prawica olała kwestię szkolnictwa, to jej członkowie unikają tematów z nim związanych. Gdzie tam. Politycy partii rządzącej wypowiadają się o tym często i gęsto. Wypowiedzi (do których za moment przejdziemy) pokazują wprost, że Zjednoczona Prawica podeszła do tego problemu tak, jak do każdego innego: „Jacek nas i tak wybroni, więc na chuj drążyć temat”. Innymi słowy, partia rządząca podeszła do tego tematu, jak do problemu natury wizerunkowej. Świadczą o tym, choćby wypowiedzi byłej szefowej MEN, która pod koniec lipca napisała: „Czekając na konferencję MEN o bezpiecznym powrocie dzieci do szkół, sprawdzajmy czy jest tam ciepła woda i mydło. Szanowni rodzice, pamiętajcie, że właścicielami budynków są z reguły samorządy. #koronawirus”. Nieco później w podobnym tonie wypowiadał się Piontkowski w wywiadzie dla DGP. Tutaj pozwolę sobie na zacytowanie obszernego fragmentu wywiadu, bo to jest, kurwa, szczere złoto:

„Artur Radwan: To w Warszawie dzieci mają się zarażać?

Dariusz Piontkowski: Broń Boże, nie chcemy tego! Przygotowaliśmy wytyczne, które pozwalają na stworzenie takiej organizacji pracy szkoły, aby można było bezpiecznie prowadzić zajęcia. Wszyscy dyrektorzy muszą dopasować te ogólne zasady do warunków swojej placówki.

AR: Ja rozumiem, że duże miasta to nie jest wasz elektorat i dla obecnej władzy sytuacja w tamtejszych szkołach nie jest zbyt istotna, ale troszczyć się chyba trzeba o wszystkich. A wytyczne MEN i GIS oraz MZ w zderzeniu z realiami to po prostu są nierealne.

DP: Wytyczne nie mają barw politycznych, a lekarze, inspektorzy sanitarni rozpatrywali je ze względów epidemiologicznych. Pamiętajmy, że urzędnicy ministerstw są w większości mieszkańcami stolicy, a część z nich ma dzieci lub wnuki. Nie różnicujemy szkół, miast, powiatów pod względem politycznym, a staramy się tylko najlepiej zadbać o zdrowie uczniów, nauczycieli i pracowników szkoły oraz ich rodzin.

AR: Proszę przyjść do warszawskiej podstawówki w porze obiadowej i zobaczyć, jak uczniowie czekają w gigantycznych kolejkach na posiłek i stoją nad tymi, którzy akurat jedzą zupę.

DP: Od tego jest dyrektor szkoły, aby ustalić odpowiednią liczbę przerw obiadowych i aby one nie trwały 10 minut, tylko co najmniej 20. Trudno, aby minister wiedział, co się dzieje w poszczególnych placówkach. Rodzice powinni interesować się tym, jak jest zorganizowana praca szkoły. Prezydent miasta także powinien się tym zainteresować. Jeszcze raz przypomnę, że to samorządy odpowiadają za prowadzenie szkół, ich wyposażenie, a więc także za ewentualne przepełnienie. Epidemia tych negatywnych zjawisk, które pan opisał, nie spowodowała.

AR: To się zgadza. Tylko może być taka sytuacja, że wyjdą dyrektorzy tych placówek, a za nimi staną ci prezydenci i burmistrzowie i oznajmią, że wskutek zbyt dużej liczby uczniów nie są wstanie sprostać waszym wytycznym. I co wtedy pan im powie?

DP: Za warunki nauki w szkole odpowiedzialny jest samorząd, a pan chciałby, abym jednym rozporządzeniem je poprawił. O tym, że są samorządy, które zbyt mało wydają na oświatę, mówiliśmy wielokrotnie. Zbyt późno budowane są budynki przedszkolne i szkolne na nowopowstałych osiedlach. To nie jest winą ministerstwa i państwa, że część samorządowców nie myśli perspektywicznie i nie stwarza odpowiednich warunków do pracy i nauki dzieciom. Jeśli samorząd tego nie robił przez tyle lat, to my nie jesteśmy w stanie zmienić tej sytuacji w ciągu jednego tygodnia, czy miesiąca. Stworzyliśmy takie ramy prawne, które przy obecnym stanie epidemicznym powinny zapewnić bezpieczeństwo w placówkach oświatowych.”


W telegraficznym skrócie: no napisaliśmy sobie te wytyczne, a jeżeli ktoś ich nie ogarnie, to będzie wina samorządów, dyrektorów i rodziców (bo nie interesowali się wcześniej warunkami, w których dzieci się uczą). Sobie, rzecz jasna, szef MEN nie ma nic do zarzucenia. W tym miejscu pora na dygresję, która będzie się co prawda opierać na anecdacie, ale wydaje mi się, że można tę anecdatę bezproblemowo ekstrapolować na większość szkół. Otóż, dziennikarz tak nie do końca miał rację. Tzn. owszem, w Warszawie pewnie szkoły są najbardziej „nabite”, ale to nie jest problem tylko i wyłącznie Warszawy. O tym, że moja rodzicielka jest nauczycielką (teraz już emerytowaną) wspominałem wielokrotnie. Nie trzeba było chyba wspominać o tym, że uczyła „na prowincji”. Od pewnego czasu było tak, że nauczyciele praktycznie co roku martwili się o to, czy będzie dla nich etat. Owszem, wynikało to z faktu, że dzieci jest, tak jakby, nie za dużo. Gdyby naszym krajem rządzili rozsądni ludzie, którzy nie mieliby wyjebane na system edukacji (kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że takowych chyba nie uświadczyliśmy w naszej Nowej Odrodzonej Rzeczypospolitej), to uznaliby zmniejszenie liczby uczniów za szansę. Na co? Na to, żeby klasy były mniej liczne (dzięki czemu nauczyciel miałby więcej czasu dla każdego ucznia). Ponieważ polski system edukacji nie ma szczęścia do decydentów, z szansy nie skorzystano. W praktyce „na prowincji” wyglądało to tak, że mimo mniejszej liczby uczniów, nadal gnieździli się oni w ponad 30-osobowych klasach. Czemu tak to wyglądało? Ano temu, że gdyby tych uczniów podzielić na dwie klasy, to potrzebnych byłoby dwóch nauczycieli, a tak  wystarczy jeden. W teorii można by to było teraz naprawić i podzielić klasy, ale biorąc pod rozwagę sygnały, z których wynika, że jakieś 15-20% pracowników budżetówki może zostać wyjebanych z roboty, raczej nie powinniśmy liczyć na opamiętanie rządzących. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że kilka miesięcy, które Zjednoczona Prawica miała na planowanie, zaowocowało w chuj absurdalnymi wytycznymi (których autorzy dziecka nie widzieli na oczy i nie mają pojęcia, jak dzieci się zachowują) i spotem, który skierowany był pewnie do Naczelnika Państwa, żeby wiedział, że jego podwładni się nie opierdalają, bo do dzieci raczej nie bardzo (z tych samych przyczyn co wcześniej wymienione „wytyczne”).


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Ponieważ w pewnym momencie pojawiły się opinie, z których wynikało, że rodzice boją się posyłać dzieci do szkoły, Dariusz Piontkowski, z właściwą swej kondycji intelektualnej subtelnością wyjaśnił: „szkoły powinny wrócić do tradycyjnego sposobu nauczania, a rodzice są zobowiązani do tego, by ich dzieci spełniały obowiązek szkolny, bądź obowiązek nauki (…) Rodzic nie jest epidemiologiem. W proces decyzyjny dotyczącym sposobu funkcjonowania szkół włączyliśmy Inspekcję Sanitarną. Tam znajdują się fachowcy, którzy będą określali, w jakich sytuacjach pobyt w szkole jest bezpieczny, a w jakich nie”. I wiecie, ja się częściowo zgadzam z Piontkowskim. Owszem, rodzic nie jest epidemiologiem. Tyle że tu, do kurwy nędzy, obawy rodziców nie są spowodowane tym, że nagle wszyscy poczuli się epidomiologami, ale tym, że spora część rodziców zdaje sobie sprawę z tego, jakie Zjednoczona Prawica ma podejście do praktycznie każdego problemu. Podejście to doskonale opisuje określenie „mądrość etapu”. Jak trzeba było mobilizować elektorat, to przed kamery wyszedł Premier Tysiąclecia i powiedział, że w sumie to wirusa już nie ma i wszyscy mają zapierdalać do urn. Potem (co za brak szoku) liczba dziennych stwierdzonych zachorowań zaczęła bić rekordy i Najbardziej Przemęczony Minister Zdrowia w historii Polski musiał tłumaczyć, że jak Premier Tysiąclecia mówił, że wirus jest w odwrocie, to był w odwrocie. Nie powinno więc dziwić nikogo to, że część rodziców doszła do wniosku, że rząd opowiada, że w sumie to można normalnie do szkół chodzić, bo nikomu nie chciało się pomyśleć nad tym, jak powinno wyglądać nauczanie w trakcie pandemii. Całkiem realny jest scenariusz, w którym w pewnym momencie część szkół zamienia się w ogniska koronawirusa, a jakiś Ważny Typ z Rządu (albo innego GISu) wyjdzie przed kamery i powie, „wydawało nam się, że w szkołach będzie bezpiecznie” i zwali całą winę na: dzieci, rodziców, nauczycieli, dyrektorów i generalnie wszystkich „innych”, byle tylko nie przyznać, że coś się samemu zjebało.
 

Wspomniałem wcześniej o tym, że rząd (i ludzie odpowiedzialni za system edukacji) byli za bardzo zajęci walką z mniejszościami seksualnymi, żeby zajmować się takimi pierdołami, jak szkolnictwo. Pora więc na kilka przykładów. Wpisów Barbary Nowak nie będę cytował, dość powiedzieć, że najprawdopodobniej ściga się ona z członkami Solidarnej Polski w wyścigu naczyń gospodarczych o szerokim zastosowaniu, zwykle służących do przenoszenia (przechowywania) płynów lub drobnoziarnistych materiałów sypkich, zwycięzcą którego to wyścigu będzie osoba, która napisze/powie najwięcej bredni w temacie mniejszości seksualnych. Kilka dni temu telewizja Trwam postanowiła rozbić bank i zaprosiła do studia Barbarę Nowak i Grzegorza Wierzchowskiego (ówczesny kurator łódzki). W trakcie programu rozmawiano o wirusie. Wydaje się to zrozumiałe, bo oboje zaproszonych to kuratorzy oświaty, zaś niebawem ma ruszyć nauczanie w szkołach. Nie no, co wy, rozmawiano o innym wirusie. O którym to wirusie, zapytacie? Ano o wirusie elgiebete, który to wirus jest bardo groźny. Potem zaś łódzki kurator poleciał ze stanowiska i spora część ludzi uznała, że to pewnie przez wypowiedź (ja się do tej grupy nie zaliczam, bo jakoś tak się złożyło, że pani Nowak nikt z roboty nie wyjebał za znacznie gorsze wypowiedzi). Do grupy ludzi, którym się „wydawało”, zaliczali się również członkowie Solidarnej Polski, którzy stanęli murem za kuratorem łódzkim i domagali się wyjaśnień. Efektem tego „domagania się” była sytuacja, która nie powinna już nikogo dziwić (bo w końcu to już druga kadencja PiSu). Chodzi, rzecz jasna, o to, że po raz pierdylionowy broniono wypowiedzi, która absolutnie nie powinna paść. Tak sobie myślę, że gdyby wypowiedź kościelnego funkcjonariusza, Michalika, o wciąganiu dzieci w pedofilie padła teraz, to działacze prawicy (i rządowi mediaworkerzy) urządziliby sobie zawody „kto bardziej udowodni, że Michalik miał rację”, no ale to dygresja tylko. Okazało się bowiem, że po pierwsze to kurator miał rację, a po drugie to jego wypowiedź nie wzywają do żadnej formy nienawiści. W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję historyczną. Otóż, zacząłem sobie czytać niedawno książkę pt. „Nadejście Trzeciej Rzeszy” Richarda J. Evansa (to pierwszy tom trylogii). Jak można łatwo wywnioskować z tytułu, w pierwszym tomie Evans skupia się na tym „jak do tego doszło”. Opisuje więc to, jak w Niemczech (konkretnie zaś w Cesarstwie Niemieckim) ewoluował antysemityzm. Cytuje on, między innymi, jegomościa, który nazywał się Lagbehn i który w 1892 tłumaczył, że tacy jedni „byli dla nas trucizną i jako tacy będą musieli być traktowani”, oraz „są jedynie przelotną plagą i zarazą”. W owym czasie nikt jeszcze nie wiedział o tym, do czego doprowadzi twórczość Langbehna i jego podobnym. Niemniej jednak teraz już to wiadomo. Opowiadał o tym, na ten przykład, jeden z byłych więźniów obozu zagłady, Marian Turski, w swoim wykładzie: „Auschwitz nie spadło nam z nieba”. Na sam koniec dygresji historycznej chciałbym dodać jedynie tyle, że w myśl narracji, które produkowali naziści, oni jedynie „bronili ojczyzny” przed zagrożeniem.


Skoro temat straszliwego, nieistniejącego zagrożenia mamy już za sobą, można wrócić do tematu przewodniego. Ponieważ suweren jest tak trochę średnio przekonany do tego, że uczniowie powinni wrócić do szkół (widziałem przynajmniej jeden sondaż, ale nie było w nim wzmianki o tym, że respondentami byli tylko i wyłącznie rodzice, których dzieci mają iść do szkół od 1-go września, tak więc nie będę się bawił w cytowanie). Zjednoczona Prawica zaczęła przekonywać, że inaczej się nie da, bo: „Wiemy, że nauka na odległość nie była tak efektywna jak stacjonarne zajęcia. Potwierdzają to także informacje z innych krajów. Wiemy również, że miała ona negatywne skutki społeczne, taka izolacja ludzi nie jest dobra”. Tematyka negatywnych skutków izolacji społecznej przewijała się w narracjach rządowych. Tym samym, dotarliśmy do kolejnego tematu, który przerasta rządzących nami kretynów. Mamy bowiem do czynienia ze złożoną sprawą, do której nie powinno się podchodzić w sposób zero-jedynkowy (czyli sprawą, która jest zbyt złożona dla tych matołów). Z jednej bowiem strony, każdy kto ma jakiekolwiek pojęcie o rozwoju dzieci wie, że potrzebują one kontaktów z rówieśnikami, żeby się, no cóż, „poprawnie rozwijać”. Z drugiej jednakowoż strony, do poprawnego rozwijania się dzieci potrzebują również tego, żeby np. nie chorować (z czym zgadzają się wszyscy, prócz antyszczepionkowych dzbanów). Z koronawirusem jest ten problem, że nie do końca wiadomo, czy jak sobie bombelek zachoruje na koronę i przejdzie ją „na luzie”, to czy korona nie zostawi po sobie jakichś powikłań. Jest już trochę badań odnośnie tego, że część dorosłych, która przeszła koronę bezobjawowo, załapała się na różne powikłania. Nie powinno więc nikogo dziwić to, że część rodziców się po prostu, kurwa, martwi. Tak swoją drogą, jestem się w stanie założyć o wiele, że ci sami ludzie, którzy dziś tłumaczą, że nauczanie „standardowe” jest potrzebne „bo rozwój” mieliby odmienne zdanie (i wychwalaliby izolację społeczną), gdyby partii rządzącej taka narracja była do czegoś potrzebna. No, ale wracajmy do tematu, który przerósł dzbanów z partii rządzącej. W pewnym sensie nie dziwię się temu, że idą po linii najmniejszego oporu. Ci ludzie poszli do władzy po to, żeby się (eufemizując) nażreć. Nikt nie mógł przewidzieć (tak, wiem, naukowcy przed tym przestrzegali, ale poza naukowcami [których politycy słuchają wtedy, gdy jest im to do czegoś potrzebne] to #żodyn), że wystąpi incydent pandemiczny i nagle rządy nie będą mogły się ograniczać do „trwania”, bo politycy Zjednoczonej Prawicy będą musieli podejmować decyzje, które mogą mieć daleko idące konsekwencje. Kluczowe w powyższym zdaniu jest „musieli”, bo mamy do czynienia z sytuacją, w której nie da się nie podjąć żadnej decyzji, a nie da się przewidzieć tego, która decyzja będzie zła, a która dobra. Właśnie sobie zdałem sprawę z tego, że nieco się zagalopowałem, bo kolesiom, którzy nami rządzą takie refleksje są raczej obce. Czemu zdecydowano się więc na „normalne” nauczanie? Bo to wymagało mniej roboty. Rzuci się głównym zainteresowanym jakieś ochłapy (vide „wytyczne” i spot telewizyjny), a o resztę niech się martwią sami. Póki Zjednoczona Prawica (aka „porozumienie monowładzy”) rządzi naszym krajem, jej członkowie są praktycznie bezkarni. Czasem, co prawda, zdarzają się pechowcy, którzy wkurwią Prezesa i Oberprokuratora jednocześnie, ale jeżeli chodzi o jakieś w chuj grube tematy (np. respiratory i maseczki), to „za czynienie dobra nie wsadzają”. Jeżeli chodzi o zakup maseczek, to Oberprokruator powiedział: „Mogę powiedzieć, że na ten moment nie widzę żadnych powodów, by minister Szumowski miał się bać odpowiedzialności. Oczywiście śledztwo jest w toku”.  Warto zwrócić uwagę na to, że Ziobro użył sformułowania „na ten moment”, niemniej jednak jest to raczej wyraźna sugestia, że Wielkiemu Zmęczonemu włos z głowy nie spadnie.


Na sam koniec notki zostawiłem sobie temat, który niestety jest w chuj istotny. Otóż, nawet gdyby nie rządziła nami banda dzbanów, nawet gdyby wytyczne były przemyślane zajebiście, a szkoły bardzo dobrze przygotowane do nauczania w trakcie pandemii, to mielibyśmy jeden, spory problem. Problemem tym są kretyni, którzy „nie wierzą w wirusa”. Niestety, część z tych kretynów to rodzice, którzy z uporem godnym lepszej sprawy tłumaczą swoim pociechom, że koronawirus to ściema i w ogóle to nie ma się czego bać. Niestety, ludzi takowych będzie coraz więcej. Winę za ten stan rzeczy ponosi w głównej mierze partia rządząca, do której członków nie dotarło, że pandemia to problem o trochę innym kalibrze niż te, z którymi się do tej pory mierzyli. Zjednoczona Prawica z powodzeniem (od dłuższego czasu) stosuje swoją ukochaną metodę „wielonarracji” (którą to metodę podpatrzono u Trumpa). Mądrzyłem się już na ten temat wielokrotnie, tak więc pozwolę sobie to wszystko skompresować: w skrócie sprowadza się to do tego, że Zjednoczona Prawica produkuje pierdylion narracji na jeden temat. Jak ktoś te narracje zbierze do kupy, to się okazuje, że są ze sobą sprzeczne. Niemniej jednak, zanim ktoś je zbierze do kupy – każda z nich trafi do tej grupy docelowej, do której była skierowana. I w tym momencie wchodzą antyszczepionkowcy, cali na biało. Otóż ludzie Ci bardzo uważnie przyglądają się rządowym narracjom i momentalnie wychwytują wszystkie niespójności, których to niespójności potem używają jako argumentów za tym, że „nie ma żadnej pandemii”. Pamiętacie może występy polityków partii rządzącej, którzy olewali obowiązek noszenia maseczek i social distancing? Antyszczepy przetłumaczyły to sobie tak, że (w skrócie) „oni nie noszą maseczek, bo wiedzą, że wirus to bzdura”. Idiotyczne narracje o tym, że „wirus się cofa” i późniejsze tłumaczenia, że no w sumie to nie, ale jak Premier Tysiąclecia to mówił, to się cofał, w niczym nie pomagają. Znamienne jest to, że o ile część rządowych mediaworkerów zaczyna dostrzegać problem w postaci rosnącej liczby ludzi, którzy uważają, że pandemia to jakaś ściema, to najprawdopodobniej nie dociera do nich to, że sami są częścią problemu. Podsumowując, liczba „niewierzących rośnie” i chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, dlaczego to zajebisty problem. Szczególnie w kontekście tego, że powrót do „normalnego” nauczania nie został należycie przemyślany, a co za tym idzie, praktycznie cały system edukacji (poza uczelniami wyższymi [które same sobie ten temat ogarniają]) jest nieprzygotowany do tego, co się będzie działo. W kontekście powyższego pytaniem, które należy sobie zadać ,nie jest pytanie o to „czy będzie przejebane”, ale o to, „jak bardzo”.


Źródła:

https://tvn24.pl/polska/siedem-godzin-debaty-ws-6-latkow-sejm-podzielony-glosowanie-za-dwa-tygodnie-ra365807-3448775

https://www.wprost.pl/kraj/139940/PiS-przeciwne-posylaniu-6-latkow-do-szkol.html

https://twitter.com/AnnaZalewskaMEP/status/1289135071459508225

https://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/1487972,piontkowski-o-powrocie-dzieci-do-szkol.html

https://aszdziennik.pl/130375,geniusz-men-oto-10-absurdalnych-przykazan-dla-uczniow

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,173952,26185840,dariusz-piontkowski-o-obawach-rodzicow-przed-powrotem-dzieci.html

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,173952,26187964,szumowski-bronil-morawieckiego-za-slowa-o-slabszym-wirusie.html

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/polska/news-gis-wydawalo-nam-sie-ze-wesela-beda-bezpieczne-przedstawimy-,nId,4647641

https://www.wprost.pl/kraj/10355364/lodzki-kurator-mowil-w-tv-trwam-o-etapie-wirusa-ideologii-lgbt-bedzie-wniosek-o-odwolanie.html

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1489034,kurator-grzegorz-wierzchowski-lgbt-wojcik-solidarna-polska.html

https://tvn24.pl/polska/minister-edukacji-dariusz-piontkowski-komentuje-slowa-lodzkiego-kuratora-o-wirusie-lgbt-4673571

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Polityka/Wirus-LGBT-grozniejszy-od-koronawirusa-Terlecki-zgadza-sie-z-Grzegorzem-Wierzchowskim

https://www.youtube.com/watch?v=BwveeOmDN4o

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,26233831,piontkowski-o-powrocie-do-szkol-wielu-dyrektorow-chwali-wrecz.html

https://www.wprost.pl/polityka/10356147/ziobro-nie-obralismy-szumowskiego-na-celownik-to-raczej-morawiecki-nie-ma-czego-sie-bac.html

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/514445-coraz-wiecej-polakow-sadzi-ze-pandemia-to-sciema


Hejterski Przegląd Cykliczny #70
21.08.2020

Nikogo chyba nie zaskoczy to, że niniejszy Przegląd zaczniemy od jednego z największych fuckupów polskiej klasy politycznej (i to praktycznie całej [- Razem i parę osób z KO]). Chodzi, rzecz jasna, o kwestię podwyżek (dla posłów, ministrów, etc.). Od czego by tu zacząć ten wątek. Może od tego, że o ile jestem świadom faktu, że pracownicy ministerstw (chodzi mi o znacznie szerszą kategorię niż tylko minister/wiceminister) powinni zarabiać trochę więcej, to już w samych podwyżkach dostrzegam zajebiste zagrożenie. Część komentatorów argumentuje, że no w sumie to te podwyżki dla ministrów/wiceministrów (of korz, pracowników merytorycznych, bez których ministerstwa nie będą działały, komentariat ma w dupie [co mnie nieszczególnie dziwi]) to muszą być, bo jak będziemy płacić więcej ministrom/wickom, to wtedy na te stanowiska będzie się dało ściągnąć ludzi, którzy są merytorycznie mocni. Jak sobie tak czytam te komentarze, to jedno mnie zastanawia. Czy ci ludzie wierzą w to, co piszą/mówią, czy też bawią się w trolling? Jeżeli po prostu trollują, to jest dla nich jeszcze nadzieja, ale jeżeli w to wierzą, to powinni przestać zajmować się obserwowaniem i komentowaniem polskiej polityki, ze względu na stopień niezrozumienia tejże. Bo owszem, w teorii zwiększenie zarobków w ministerstwach mogłoby pomóc przyciągnąć do nich fachowców, ale w praktyce nie miałoby to, kurwa, żadnego znaczenia, bo żadna z partii rządzących do tej pory nie była zainteresowana zatrudnianiem fachowców. Czemu? Bo taki fachowiec byłby najprawdopodobniej niesterowalny (jeżeli bowiem radził sobie dobrze zanim „zrobiono” go ministrem, to poradzi sobie równie dobrze w razie dymisji). Nikogo chyba nie trzeba przekonywać do tego, że „niesterowalność” ministrów nie jest cechą pożądaną w żadnej partii rządzącej. Doskonałym przykładem będzie tu Zbigniew Religa, którego Prawo i Sprawiedliwość „zrobiło” Ministrem Zdrowia. Przeczytałem sobie byłem kiedyś jego biografię i tam trafiłem na ciekawostkę. Otóż, Religa po przyjściu do MZ nie zrobił czystek kadrowych. Zanim ktoś powie „no ale to chyba dobrze”, niech sobie ten ktoś popatrzy na to z perspektywy partii rządzącej, która chciała obdarować stołkami biernych miernych i wiernych. Na domiar złego (dla partii rządzącej) Religa był w owym czasie dość popularny, więc nie dało się go tak po prostu wyjebać (bo raczej szybko na jaw wyszłyby prawdziwe powody wyjebania). Prawo i Sprawiedliwość odrobiło lekcje i od tamtej pory, jeżeli nie musi dać stołka osobie niesterowalnej, to tego nie robi. Tutaj z kolei dobrym przykładem będzie Zbigniew Ziobro, którego Prezes Polski już dawno posłałby w cholerę, ale nie może tego zrobić, bo braknie mu głosów do większości parlamentarnej. No dobrze, bo sobie trochę podygresjowałem. Wracajmy do meritum. Gdyby ktoś mi zadał pytanie (ponieważ nikt tego nie zrobił, zadam je sobie sam) „czym w Polsce są stołki ministrów/wiceministrów?” odpowiedziałbym „zdobyczami politycznymi”. Tercet: Kaczyński, Ziobro i Gowin nie napierdala się o stołki po to, żeby je potem oddać fachowcom, ale po to, żeby obsadzić je swoimi ludźmi. Jedyne, co by się zmieniło po podwyżkach dla ministrów/wiceministrów to to, że koalicjanci napierdalaliby się o te stołki jeszcze bardziej. W tym miejscu warto zauważyć, że podwyższenie zarobków pracowników merytorycznych w ministerstwach mogłoby mieć (w kontekście polityki kadrowej) opłakane konsekwencje, bo skończyłoby się to pewnie tak, że wszystkie stołki zostałyby obsadzone przez matołów z „plecami”. No ale, jeżeli komuś się wydaje, że gdyby w ministerstwach płacili lepiej, to wiceministrami nie zostaliby tacy tytani intelektu, jak Sebastian Kaleta, Patryk Jaki, Janusz Kowalski, albo inny Jacek Ozdoba (zaś ministrami ludzie pokroju Sasina, Szumowskiego czy też Gowina), to ja takiej osobie gratuluje optymizmu (i trochę zazdroszczę, bo w 2020 każdemu by się przydał optymizm). W teorii, można by było w takiej ustawie „o podwyżkach” umieścić bezpiecznik, który uniemożliwiłby naczyniom ceramicznym (bez kwalifikacji) pełnienie tych funkcji. Tylko, że rządy Zjednoczonej Prawicy pokazały, ile warte są takie bezpieczniki (działają, jeżeli partia rządząca ma ochotę się nimi przejmować). Tym samym, umieszczanie tego rodzaju bezpieczników w ustawach jest totalnie, kurwa, bezsensowne. Równie bezsensowne są opinie komentariatu, który opowiada pierdoły o tym, że podwyżki są konieczne. Jeżeli ktoś w tym momencie jeszcze się trochę waha, no bo komentariat komentariatem, ale może faktycznie te „większe pieniądze” sprawiłyby, że jacyś fachowcy by się w życiu politycznym pojawili, to takiej osobie mam do powiedzenia w sumie dwie rzeczy. Primo, Parlament Europejski. Zarabia się tam (jak na polskie realia) w chuj szekli, a kogo posłała tam partia rządząca? Geniuszy w rodzaju Patryka Jakiego, Dominika Tarczyńskiego, Joachima Brudzińskiego, Elżbiety Witek, Beaty Mazurek, Beaty Szydło, Ryszarda Czarneckiego, etc. Ludzi tych łączy to, że nie są w stanie absolutnie niczego załatwić. Secundo, Spółki Skarbu Państwa. Gdyby racje miał komentariat, zawiadowcami tych spółek zostawaliby fachowcy. Ponieważ zaś klimat mamy inny, zostają nimi ludzie, którzy mają na tyle mocne plecy, że ktoś ich tam wepchnie. Znamienne jest to, że część tych „fachowców” siedzi w SSP np. rok, a potem zwalniają miejsce dla innych. Podsumowując, nie mają absolutnie żadnego przełożenia na „fachowość” w polityce. Odpryskiem dyskusji o podwyżkach były komentarze, z których wynikało, że do polityki nie powinno się iść dla pieniędzy, tak więc taki kandydat na posła (czy tam innego ministra) powinien się wcześniej dorobić. O ile z pierwszą częścią się zgadzam (bo ludzie „dorabiający się” na polityce to jeden z największych problemów polskiego życia politycznego, to z drugą częścią („powinni się dorobić wcześniej”) ni chuja się nie zgodzę. Nie, nie jestem zwolennikiem tezy, że „skoro ktoś się dorobił, to pewnie jest złodziejem”, ale prawdą jest niestety to, że bardzo niewielu „dorobionych” zdaje sobie sprawę z tego, w jakich realiach ekonomicznych żyje spora część społeczeństwa, a tak się jakoś złożyło, że politycy podejmują decyzje, które mają wpływ na społeczeństwo. Nie oznacza to, że moim zdaniem wszyscy politycy muszą (że tak to ujmę) „reprezentować biedę” (bo od tego, jest przecież Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny), ale część z nich powinna.  


Ponieważ temat się mi rozrósł, podzieliłem go na kawałki. W drugim kawałku będę się pastwił nad przyczynami, dla których opozycja w ogóle się zgodziła na tego rodzaju pomysł. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że w przypadku Zjednoczonej Prawicy nie trzeba się nad niczym zastanawiać, bo jeżeli ich rządy czegoś nas nauczyły to tego, że Zjednoczona Prawica kocha pieniądze. Innymi słowy, w przypadku Zjednoczonej Prawicy chodziło po prostu o to, żeby jeszcze bardziej się nażreć. Zjednoczona Prawica uznała najwyraźniej, że co prawda suweren może się trochę zdenerwować, ale przecież do kolejnych wyborów są trzy lata, a za coś przecież, kurwa, pracownicy rządowych mediów biorą pieniądze, prawda? No dobrze, a o co tak właściwie chodziło opozycji? Po części chodziło pewnie o pieniądze (tzn., coby sobie posłowie więcej zarobili). Jestem się jednakowoż w stanie założyć o to, że niebagatelną rolę odegrała również propozycja podniesienia subwencji partyjnych. Co prawda nie wyrównałoby to szans, bo do subwencji partyjnej obecnej partii rządzącej należałoby doliczyć praktycznie cały budżet państwowy (vide 2 miliardy rocznie na partyjną telewizję), ale jednak trochę mogłoby pomóc. O ile, rzecz jasna, pieniądze zostałyby dobrze wydane (o co bym się, kurwa, nie zakładał, bo trochę już tę naszą opozycję i jej poczynania obserwuję). Niemniej jednak, nawet jeżeli decydującym czynnikiem były te dotacje, to politycy partii opozycyjnych (uwaga natury technicznej, Konfederacja nie jest dla mnie „partią opozycyjną”, tylko politycznym odpowiednikiem nowotworu złośliwego) powinni się, kurwa, zastanowić nad tym, czy aby na pewno moment jest odpowiedni. Część ludzi straciła pracę, część dopiero straci, wszystko drożeje, ludzie są w chuj niepewni tego, co ich czeka w nieodległej przyszłości, a ci kretyni/kretynki uznali, że warto sobie jebnąć podwyżki. Kolejna rzecz, o którą jestem się gotów założyć to to, że elementem dealu politycznego było to, że Zjednoczona Prawica pewnie obiecała, że założy kagańce swoim mediaworkerom i nikt nie będzie za bardzo drążył tematu. Zresztą, rządowe media nie miały zbyt wielkiego pola manewru, bo gdyby chcieli przypierdalać się do opozycji za głosowanie za podwyżkami, to nawet gdyby nie wspomnieli o tym, jak głosowali przedstawiciele partii rządzącej, suwerenowi raczej by to nie umknęło. To, że opozycja poszła na ten deal, pokazuje poziom jej odklejenia. Co oni sobie, kurwa, myśleli? Że jak rządowe media nie będą mówić o podwyżkach, to ich elektoraty nie zwrócą na to uwagi? Wasze elektoraty nie oglądają mediów rządowych, wy bando kretynów. Jak sobie do tego wszystkiego dodamy fakt, że opozycja (słusznie) napierdala w Zjednoczoną Prawicę tym, że politycy tejże partii są wiecznie nienażarci i wiecznie im mało kasy, to otrzymujemy obraz opozycji, która (eufemizując) naprawdę bardzo niewiele ogarnia. W pewnym momencie część komentariatu zaczęła tłumaczyć, że wszystko to było jakąś tam strategią PiSu, mającą na celu ośmieszenie opozycji. Po pierwsze, opozycja doskonale sobie sama z tym radzi, a po drugie, nie, PiSowi chodziło o kasę. To, że potem zaczęto zwalać winę na opozycję nie ma tu znaczenia, bo to „damage control” wywołany tym, że opozycja jednak się ogarnęła i w Senacie zagłosowała przeciw (co z kolei sprawiło, że popierający ustawę senatorowie Zjednoczonej Prawicy zaczęli wyglądać trochę kiepsko). W tym konkretnym przypadku narracja jest co prawda bardzo karkołomna (bo pod projektem podpisali się politycy Zjednoczonej Prawicy), ale biorąc pod rozwagę poziom naszej opozycji, partii rządzącej może się tę narrację udać narzucić. O tym, że sprawa była dogadana i absolutnie nikt nie spodziewał się problemów niech zaświadczy to, jak bardzo partia rządząca i opozycja nie były przygotowane do tego, żeby tego pomysłu bronić. Sensownych argumentów nie było, a te które się pojawiały nie nosiły znamion sensowności. Poseł Porozumienia, Kamil Bortniczuk, zapytany o to „co zrobi z dodatkową kasą” (po ewentualnej podwyżce) odpowiedział: „Ja mam czworo dzieci i żonę, która sprawuje osobistą opiekę nad najmłodszym z nich w związku z czym nie pobiera żadnych świadczeń ani w miejscu zatrudnienia, ani ze strony państwa, więc o nadwyżkach trudno będzie mówić. Pomysł na to jak wydatkować dodatkowe środki na pewno się znajdzie”. Co prawda pod koniec użył dupochronu („dodatkowe środki”), ale wcześniej zaznaczył, że to i tak nie będzie nadwyżka, bo (…). Posłanka Koalicji Obywatelskiej, Barbara Nowacka: „Poparliśmy podwyżki, gdyż uważamy, że zmiany systemowe w wynagradzaniu osób sprawujących funkcje publiczne są niezbędne. Kraj, w którym wiceminister finansów zarabia 7 tys. zł, a firmy mogą sobie kupić dowolnego posła czy radnego za 2 tys. zł miesięcznie, to kraj galopujący w stronę korupcji”. Poseł Lewicy, Maciej Gdula: „Polakom rosło przez 10 lat, posłom spadało i teraz jest tak, że posłowie zarabiają 5700. To jest mniej więcej pensja na poziomie kierownika takiego większego sklepu”. Równie dobrze, wszyscy politycy popierający ten projekt w Sejmie mogli wystosować wspólne oświadczenie: „jeśli tyle dla was znaczy ludzie takie zaangażowanie społeczne, jak nasze (...)”. Wiem, że się powtarzam, ale ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że rządowi spece od mieszania ludziom w głowach spinowali już nie takie tematy i uznali, że uspokoją suwerena do kolejnych wyborów, ale nie mogę zrozumieć zaćmienia opozycji (o której i tak mam, eufemizując, nienajlepsze zdanie).


Na samiutki koniec pastwienia się nad tematami podwyżek zostawiłem sobie kwestię tego, jak na to wszystko zareagowały internety (i jak na tę reakcję zareagował komentariat). Pozwolę sobie zacytować Partyka Słowika: „Wielka to sztuka - i PiSu, i KO - że PiS wymyślił podwyżki dla polityków, a niemal cały ludzki gniew spada na polityków KO. Abstrahując od tych podwyżek, ta sprawa trochę mówi o tym, dlaczego PiS wygrywa wybory.”.Tego rodzaju komentarzy było więcej, zaś autorzy części z nich utyskiwali, że w ogóle to do dupy, bo wyborcy opozycji ją hejtują, a wyborcy Zjednoczonej Prawicy złego słowa nie powiedzą o „swoich” (i dlatego PiS wygrywa wybory/etc.) Obserwacja komentariatu jest w tym momencie po części słuszna. Czemu po części? Bo owszem, w bańce ćwiterowej, tak to właśnie wyglądało. Tzn. opozycja była batożona przez „swoich”, a Zjednoczonej Prawicy praktycznie żaden influencer (niestety musiałem użyć dupochronu „praktycznie”, bo tych ludzi jest od cholery i być może któryś się wyłamał) nie skrytykował partii rządzącej. Przejrzałem sobie kilka „niezależnych kont” ćwiterowych i jakiż był mój brak zdziwienia, kiedy zorientowałem się, że temat podwyżek tam praktycznie nie istnieje. Jedna ćwiternautka skomentowała, że ta różnica ładnie pokazuje to, kto ma wyborców, a kto ma wyznawców. Tutaj znowu przyjdzie mi się częściowo zgodzić. Gdyby bowiem ci „niezależni internauci” robili to, co robią sami z siebie, to faktycznie można by ich było określić mianem wyznawców. Tylko, że to nieprawda. Może inaczej – na pewno jakaś część zjednoczono-prawicowego ćwitera to ludzie, którzy faktycznie są wyznawcami swojej partii, ale jestem się w stanie założyć o to, że znaczna ich większość to po prostu rządowe drony, które realizują przekazy dnia i nie zrobią absolutnie nic, co mogłoby zaszkodzić ich chlebodawcom. Czego więc dowodzi reakcja „niezależnych internautów”? Tego, że ćwiterowa banieczka Zjednoczonej Prawicy jest zdominowana przez rządowe drony. Była to więc doskonała okazja do stworzenia sobie siatki takich influencerów-dronów. Okazja, z której najprawdopodobniej ani opozycja, ani nie-PiSowskie media nie skorzystały.


W trakcie pastwienia się nad tematem podwyżek poruszyłem dość istotną (przynajmniej moim zdaniem) kwestię, którą było traktowanie budżetu państwa tak, jak gdyby była to subwencja partii rządzącej. Skoro zaś tę kwestię poruszyłem, to trzeba będzie ją pociągnąć dalej. Jakiś czas temu UE się wkurwiło na gminy, które przegłosowały uchwały autorstwa instytutu, o którym wiecie czego nie wolno pisać i przykręciły kurek z kasą. Oberprokurator się wtedy bardzo zdenerwował i domagał się interwencji Premiera Tysiąclecia, bo nie może być tak, żeby władze nie mogły prowadzić nagonki na część swoich obywateli. Ponieważ apele Oberprokuratora były cokolwiek bezsensowne (albowiem UE nie cofnęłaby dotacji, gdyby nie istniał przepis, który to umożliwiał), pan Zbyszek postanowił wziąć sprawy w swoje ręce: „W wymiarze symbolicznym jest to gest sprawiedliwości, że polskie państwo nie pozostawia takich gmin opresji Komisji Europejskiej" - stwierdził minister Ziobro, przyznając małopolskiej gminie Tuchów, która ogłosiła się "strefą wolną od LGBT", 250 tys. złotych z Funduszu Sprawiedliwości”. W tym momencie chciałoby się rzec „jaka sprawiedliwość, taki minister i taki fundusz”, ale nie można poprzestać na tym sucharze. Nie można, bo nie tak dawno temu, państwo polskie zaliczyło spektakularny fuckup, którego zwieńczeniem był fakt ułaskawienia typa, który zgwałcił swoją nastoletnią córkę. Kiedy o sprawie zrobiło się głośno, okazało się, że (cóż za brak zaskoczenia) większość „niezależnych internautów” wychodzi z założenia, że jeżeli do gwałtu/molestowania doszło po pijanemu, to wszystko jest w porządku. Rządowe media, próbując bronić decyzji Prezydenta RP tłumaczyły między innymi, że no w sumie to spoko, że ułaskawił, bo się tam wszyscy pogodzili w rodzinie, a poza tym rodzina miała problemy finansowe, a typ po wyjściu z pierdla pracuje i może tej rodzinie pomóc. Kiedy czytałem te wysrywy we łbie kołatało mi się jedno: „gdzie jest, kurwa, Fundusz Sprawiedliwości?” Czemu nie użyto go do pomocy ofiarom przestępstwa? Przecież ten fundusz właśnie temu ma, kurwa, służyć. Zamiast tego używa się go do pompowania kasy w samorządy, które zajmują się hejtowaniem części własnych obywateli. Polska nie jest państwem teoretycznym, Polska jest państwem z tragifarsy.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!


https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


Skoro zaś wspomniałem o szczuciu na część obywateli, trzeba powiedzieć o tym, że Kaja Godek (aka „Kafar Episkopatu”) znowu bawi się w  antyobywatelską inicjatywę ustawodawczą. Tym razem pani Kaja chce zakazu marszów równości oraz (w telegraficznym skrócie) zakazu bycia mniejszościami seksualnymi. Nie wiem, jak wy, ale ja mam jakieś dziwne skojarzenia z Norymbergą, ale prawo Godwina zakazuje mi zwerbalizowania (a raczej zliterowania) tych skojarzeń. Ponieważ nie da się tego wysrywu skomentować nie używając nadmiarowej liczby wulgaryzmów, zamiast tego zapraszam was do kolejnego eksperymentu pt. „co by było gdyby”. Otóż wyobraźmy sobie, że ktoś zorganizował sobie grupę ludzi, którzy będą przygotowywać obywatelskie projekty i zbierać pod nimi podpisy. Pierwszym projektem, który ujrzałby światło dzienne, byłby projekt o nazwie „Stop pedofilii”. Projekt ów dotyczyłby wprowadzenia ustawowego zakazu nauczania religii w szkołach, uczestnictwa dzieci w mszach świętych, wyjeżdżania na kolonie, na których opiekunami są osoby duchowne, „propagowania stanu duchownego” i tak dalej i tak dalej. W trakcie konferencji prasowej, na której projekt zostałby „ogłoszony” (konfa odbyłaby się na pewno, bo polskie media uwielbiają clickbaity), inicjatorzy opowiadaliby o tym, że ich zdaniem projekt zdobędzie szerokie poparcie społeczne, bo tu przecież chodzi o dobro dzieci, tak więc sprzeciwiać się temu projektowi mogłoby chyba jedynie jakieś lobby pedofilskie. Autorzy projektu zawczasu przygotowaliby się do backlashu i do argumentów Kościoła, prawicy i konserwatystów, które to środowiska tłumaczyłyby, że tak nie można, bo Konstytucja i konkordat. Jak wyglądałyby przygotowania? Ano tak, że równolegle do pierwszego projektu, powstałyby dwa inne. Jeden dotyczyłby zmian w Konstytucji, drugi wypowiedzenia konkordatu. Jeden wniosek nosiłby nazwę „stop zboczeniom”, drugi „chrońmy dzieci”. Rzecz jasna w przypadku Konstytucji chodziłoby o takie zmiany, które sprawiłyby, że rację bytu straciłyby argumenty „tak nie można bo Konstytucja”. Co zrozumiałe, autorzy przez cały czas opowiadaliby o tym, że oni rozumieją doskonale, że nie każdy duchowny to pedofil, ale nie można ryzykować, bo tu chodzi o dzieci. 24/7 opowiadaliby o tym, co robił Kościół na Zachodzie (tuszowanie pedofilii/etc.) i stawiali pytania w rodzaju: „czy chcemy, żeby to samo działo się w Polsce? Czy może powinniśmy wyciągnąć lekcję z doświadczeń Zachodu?”. Na jakiekolwiek słowa krytyki opowiadaliby opisami dokonań polskich duchownych pedofilów i pytaniami „czy wysłałby/łaby pan/pani swoje dzieci na kolonie z taką osobą? Czy chciałby/łaby pan/pani żeby takie osoby nadal miały tak łatwy dostęp do dzieci w wieku szkolnym? Ponieważ podnoszono by argumenty w rodzaju „rodzice mają prawo do wychowywania dzieci zgodnie ze swoim wyznaniem”, organizatorzy tłumaczyliby, że dobro dziecka jest nadrzędne. Ponieważ takich argumentów byłoby całkiem sporo, organizatorzy ogarnęliby konferencję prasową, na której (z poważnymi minami) opowiadaliby o tym, że nie spodziewali się tego, że wiadome lobby ma aż takie poparcie i że tak bardzo będzie się „stawiać”. Na tej samej konferencji zapowiedziano by kolejną inicjatywę ustawodawczą, która miałaby doprowadzić do takich zmian w polskim prawie, które uniemożliwiłyby adopcję dzieci przez pary katolickie (lub takie, w których przynajmniej jedna osoba jest katolikiem). Argumentowano by to tak, że większość katolików nie odcięła się od kościelnej pedofilii, a część z nich (o zgrozo!) sprzeciwia się wcześniejszym inicjatywom ustawodawczym. Rzecz jasna, opowiadając o „wiadomym lobby” nikt nie podałby żadnego nazwiska i żadnej nazwy organizacji. Pytania o konkrety zbywano by „wiadomo o jakie środowiska chodzi i jak bardzo wpływowe są te środowiska”. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że nawet wyżej opisane działania (które wymagałyby sporych nakładów finansowych i drobiazgowego planowania) nie są odzwierciedleniem tego, co odpierdalają w Polsce konserwatyści. Niemniej jednak, z przyjemnością oglądałbym gównoburzę, którą wywołałyby takie działania, bo wydaje mi się, że Wersal się, kurwa, skończył i części środowisk ktoś powinien pokazać lustro. Nie, nie interesuje mnie to, że takie działania mogłyby „zaszkodzić debacie publicznej”, bo ta debata (dzięki działaniom prawej strony) od dawna przypomina dawno nie czyszczone i kiepsko zabezpieczone szambo.

 
Sam fakt, że w Polsce ktoś w 2020 poważnie traktuje szurię, która chce wykluczenia mniejszości seksualnej z praktycznie każdej dziedziny życia (gdyby mogli, to wszystkim elbagietom odebraliby polskie obywatelstwo, żeby mieć dodatkowy argument za „obroną Polski”), zaś szef Ministerstwa Sprawiedliwości bawi się w dotowanie instytucjonalnej homofobii  pokazuje, jak bardzo przesunięto w Polsce wyżej wymienione nieczyszczone szambo (które ktoś przez przypadek nazywa „debatą publiczną”). Ten proces trwał od jakiegoś czasu i walka z nim była z góry skazana na porażkę ze względu na gigantyczną dysproporcję  środków, którymi dysponowały „strony”. Po 2015 dysproporcja powiększyła się jeszcze bardziej, a prawa strona przestała się kryć ze swoim zdziczeniem (bo absolutnie nic jej już nie groziło). Nie wiem, kiedy zaczął się ten proces, ale przyspieszył on w momencie, w którym prawa strona przestała się pierdolić w tańcu i jawnie wychwalać Franko, Pinocheta i innych prawicowych zbrodniarzy. Równolegle do wychwalania jednych zbrodniarzy przebiegał proces „odcinania” się prawicy od tych, których wybronić się nie dało. Tenże właśnie proces obserwujemy od pewnego czasu, czytając kretyńskie wypowiedzi bieda-historyków, którzy tłumaczą, że nikt przed nimi nie zwrócił uwagi na to, że w nazwie NSDAP jest słowo „socjalistyczna”, tak więc trzeba anulować kilkadziesiąt lat opracowań historycznych i drobiazgowych analiz, bo ich autorzy najwyraźniej nie znali nazwy partii, której zawiadowcą był Adolf Hitler. Ten proces nie ma swojego odpowiednika po „lewej” stronie. Nikt nie tłumaczy, że w sumie to Stalin był bohaterem, bo może i trochę ludzi przez niego zginęło, ale III Rzesza wykrwawiała się głównie na Froncie Wschodnim, więc Stalin jest bohaterem. Nikt również nie tłumaczy, że Stalin nie był lewicowy bo (na ten przykład) II Wojnę nazwano „Wielką Wojną Ojczyźnianą”, a przecież lewica to internacjonalizm/etc. Nie wykluczam, że tego rodzaju opinie mogą się pojawić w odmętach internetu (bo w internecie jest prawie wszystko), ale żaden z polityków lewicy nie wyskoczył jeszcze z takim idiotyzmem. Owszem, zdarzały się historykom (nie pamiętam już gdzie to przeczytałem) wzmianki o tym, że takie na ten przykład oblężenie Leningradu nie miałoby racji bytu, gdyby oblężone zostało jakieś miasto na Zachodzie (bo zostałoby poddane), a co za tym idzie dywagacje o tym, czy udałoby się zatrzymać III Rzeszę (która miała w dupie życie ludzkie), gdyby na jej drodze nie stanął ZSRR (który, a jakże, również miał w dupie ludzkie). Niemniej jednak są to tylko rozważania akademickie, w których nikt nie tłumaczy, że Stalin był bohaterem, bo co prawda zrobił to i to źle, ale jego oponent był jeszcze gorszy. Uwaga natury ogólnej, trafiły mnie odpryski dyskusji o książce Hobsbawma „Wiek skrajności”, w której to książce ponoć stoi, że stalinizm nie był tak straszny jak hitleryzm i tak dalej, ale nie jestem się w stanie do tego odnieść, bo książki (jeszcze) nie czytałem. Jednakowoż, nawet jeżeli tak sobie to autor był napisał, to nijak się to ma do wychwalania zbrodniarzy, które u nas jest na porządku dziennym. Prawica nie jest w stanie pogodzić się z tym, że każda ideologia może się zdegenerować. Skutkiem czego płodzi swoje narracje w myśl których albo „zły” wcale nie był zły, bo skoro był prawicowy to nie mógł być zły, albo był zły, ale z tego z kolei wynika, że nie był prawicowy (bo gdyby był, to /etc.). Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że przesuwanie kredensu w prawo zawdzięczamy również tej części liberałów, która potrafi bronić Pinocheta „bo coś tam”. Ja wiem, że są różne odcienie szarości, ale moim zdaniem, niuansowanie kończy się wtedy, gdy ktoś zaczyna wychwalać tego, czy innego zbrodniarza (niezależnie od tego, z której ideologii się ów zbrodniarz wywodził). Ponieważ prawica uważa się za „jasną stronę” oponenci prawicy muszą być źli, prawda? Ponieważ zaś są źli, to walka z nimi jest obowiązkiem. Polskiej prawicy odjebało do tego stopnia, że ogromna jej większość nie widzi nic złego w tym, co robi Kaja Godek. Dla nich to jest przecież „wojna cywilizacyjna”. Nikt, łącznie z prawicą nie wie, o co chodzi w tej wojnie, ale prawica na pewno wie, kim jest jej wróg i że jak się z tym wrogiem walczy, to cel uświęca środki. Nawiasem mówiąc, nie bez winy jest w tym wszystkim komentariat, który nie jest w stanie zrozumieć, co się tak właściwie dzieje. Idealnym przykładem będzie wpis Nizinkiewicza, który na swoim ćwitrze grzmiał: „Wojna kulturowa i podgrzewanie nastrojów przeciwko LGBT służy wzmacnianiu pozycji Z.Ziobro, który chce być przyszłym prezydentem PL i walczy o schedę po Kaczyńskim. Trzeba być ślepym,żeby tego nie widzieć i mało roztropnym,żeby dawać się wciągać w ideologiczne zapasy. #Ziobro2025”. Wielkiemu umysłowi nie przyszło do głowy to, że Ziobrę wzmacnia każde „cofnięcie się” przed jego retoryką, której nie nazwę po imieniu ze względu na prawo Godwina. Wzmacnia go również każdy „dziennikarz”, który bezrefleksyjnie powtarza brednie o „wojnie kulturowej”.
 

Ponieważ zrobiło się nieco zbyt ciężko (sorry, taki mamy klimat), to pozwolę sobie teraz na wątek humorystyczny. Tzn. to też jest ciężki wątek, ale ponieważ wpływ na to mamy żaden, można się z niego już tylko śmiać. O tym, że Georgette Mosbacher od czasu do czasu srogo opierdala polskie władze, wiedzą wszyscy. Wszyscy wiedzą również o tym, że wstanięte z kolan państwo, które nie ma problemów z opierdalaniem dowolnego innego państwa za jakieś wyimaginowane przewiny, w przypadku USA jest w chuj grzeczne i ogranicza się do robienia notatek. Wszyscy również wiedzą, dlaczego tak się dzieje. Jeżeli bowiem skonfliktowaliśmy się ze wszystkimi dookoła i wszędzie opowiadamy o tym, że naszym głównym sojusznikiem są Stany Zjednoczone, a cała reszta może sobie pospierdalać, to trzeba się liczyć z tym, że nasz „jedyny partner”, będzie nas traktował nieszczególnie „po partnersku”. Tak więc, wiedzą to wszyscy poza Witoldem Waszczykowskim (aka Tommy Wiseau polskiej dyplomacji), który jakiś czas temu opublikował kilka „oburzonych” ćwitów. Pierwszy z nich był komentarzem do wpisu ambasadorki Stanów Zjednoczonych, która zjebała na funty Antoniego Macierewicza (za to, że hejtował TVN): „W mojej ocenie tego typu dzielące i nienawistne wypowiedzi są okropne i godne pożałowania. Każdy przyzwoity człowiek powinien odrzucić tego rodzaju retorykę!”. Waszczykowski się wkurwił i napisał: „To jest niebywałe, aby ambasador podejmował publiczną polemikę polityczną z politykami kraju, w którym sprawuje funkcję dyplomatyczną. Art 41 konwencji wiedeńskiej 1961 mówi, aby nie mieszać się do spraw wewn państwa przyjmującego”. Na reakcję ambasadorki nie trzeba było długo czekać: „Złożenie przysięgi jako ambasador nie oznacza, że odrzuciłam etykę, wartości i umiejętność odróżniania dobra od zła. Jeśli widzę, że historia jest zniekształcana lub interpretowana ze złych pobudek, zabieram głos niezależnie od mojego stanowiska.” (w ćwicie otagowała Waszczykowskiego i Macierewicza). Waszczykowski zareagował z właściwą swej kondycji intelektualnej delikatnością: „Mamy w Polsce de facto trzech ministrów spraw zagranicznych, urzędujących równolegle w trzech instytucjach. Może któryś zareaguje i zakończy tę magafonową dyplomację w mediach. Ambasador ma też zasługi dla Polski, spotkania prezydentów i program bez wiz. Szacunek mimo wszystko”. Znamienne jest to, że Waszczykowski, który wywołał ćwiterową gównoburzę wezwał potem ministrów do tego, żeby „coś z tym zrobili”. Znamienne jest również to, że człowiek, który odpowiadał za polską politykę zagraniczną nie ma, kurwa, pojęcia o tym, dlaczego Stany Zjednoczonej od czasu do czasu pozwalają sobie na potraktowanie Polski „z buta”. No ale, jestem przekonany o tym, że gdyby ministrowie zarabiali więcej, to Waszczykowski byłby znacznie bardziej ogarnięty i rozumiałby znacznie więcej. Jedno mnie w tym wszystkim ciekawi. Konkretnie zaś to, czy polskie władze zdają sobie sprawę z tego, że same doprowadziły do sytuacji, w której „najważniejszy partner” może publicznie chłostać nasz kraj i gówno można mu za to zrobić, czy też ze zdziwieniem reagują na każdy wpis Mosbacher albo sugestię, że mogą sobie pospierdalać z tym, czy innym podatkiem i zastanawiają się nad tym „dlaczego ich to spotyka?”.


Ponieważ poruszyłem temat polityki zagranicznej, którą prowadzi Zjednoczona Prawica, pozwolę sobie na pociągnięcie tematu dalej i zapoznanie was z tym, jak bardzo polskie władze nie wiedzą „co dalej” z Białorusią. O tym, że kolejne wybory Łukaszenki mogą mieć nieco inny przebieg niż poprzednie, świadczyło to, jak dużo ludzi przychodziło na spotkania z opozycyjną kandydatką (Swiatłana Cichanouska). Zacięła się również machina Łukaszenki, która zaczęła popełniać coraz więcej błędów. Bo ok, wszyscy wiedzieli o tym, że wybory na Białorusi są fałszowane, ale nigdy wcześniej w internecie nie pojawił się filmik, na którym członkini jednej z komisji wyborczych spierdala przez okno z reklamówką pełną kart wyborczych (drabinę trzymał jej jakiś mundurowy). Dlatego przed wyborami wyborcy kandydatki opozycji zmówili się w internetach, że będą kilkukrotnie składać kartę wyborczą i w internetach pojawiło się sporo zdjęć urn wypełnionych poskładanymi kartami wyborczymi. Ostatni dyktator Europy miał na to wyjebane i uznał, że skoro do tej pory się udawało, to tym razem też się uda. Ogłoszono więc jego zwycięstwo (exit poll). Co zrozumiałe, wkurwieni Białorusini wyszli na ulice. Baćka zaś zastosował jedyną znaną sobie metodę prowadzenia dialogu ze społeczeństwem i poszczuł na ludzi OMON. Najprawdopodobniej liczono na powtórzenie scenariusza z 2010 roku (i z lat wcześniejszych), kiedy to napierdalanie protestujących odnosiło efekt „mrożący” i w kolejnych dniach przeciwko przemocy protestowało już bardzo niewielu ludzi. Osobną kwestią jest to, że w przeciwieństwie do tego, co działo się wcześniej – tym razem protestowali również mieszkańcy innych miast. Reżim Łukaszenki nie spodziewał się takiego scenariusza i ściągnął do Mińska kupę OMONowców, celem „rozprawienia się” z opozycją, skutkiem czego OMONu „brakło” w innych miastach. Tym razem było inaczej (co zaskoczyło również całą kupę obserwatorów). Otóż przemoc wywołała gigantyczny opór społeczny. Tak swoją drogą, to obserwatorzy pomylili się również w swojej ocenie tego, „co będzie dalej”. Zapanował bowiem konsensus odnośnie tego, że protesty się „wypalą” samoczynnie, zaś po wyjeździe Cichanouskiej do Litwy podkreślali, że teraz to już prawie na pewno będzie po protestach, bo nikt nie będzie tego wszystkiego nadzorował. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że część zidiociałego komentariatu (inaczej się tego, kurwa, nazwać nie da) zaczęła krytykować kandydatkę opozycji za to, że wyjechała z kraju. Moim zdaniem, jest to poziom dzbanizmu, który powinien kończyć się „no platform”, ale to tylko dygresja. Potem obserwatorzy znowu zostali zaskoczeni, bo protesty wcale nie wygasały. Mało tego, zaczęli się do nich przyłączać robotnicy. Równie zaskoczony takim scenariuszem był reżim, który nie wiedział, co robić. Jednym z katalizatorów wkurwu Białorusinów prawie na pewno było wrzucenie do telewizji publicznej filmików z pobitą młodzieżą, która obiecywała, że już więcej nie będzie próbowała rewolucji robić. Nie wiem kogo i do czego usiłował przekonać reżim, ale (abstrahując od skrajnego zdziczenia osób, które to zrobiły) to było po prostu tak, kurwa, absurdalnie głupie, że ciężko to ogarnąć. Coraz bardziej pogubiony reżim chciał udowodnić, że lud jednak kocha Łukaszenkę i w Mińsku zorganizowano spęd prołukaszenkowski, na który dowożono ludzi z innych miast. Już samo to świadczy o skali upadku, bo do miasta, w którym mieszka prawie dwa miliony Białorusinów trzeba było „dowozić” „sympatyków”. Spęd był mizerny, a dodatkowo wkurwieni Białorusini zorganizowali „marsz wolności”, na którym było (eufemizując) od cholery więcej ludzi. Gospodarska wizyta w fabryce ciągników kołowych też nie wyszła, bo Łukaszenka został wygwizdany i zagłuszały go okrzyki „uchadzi”. Ponieważ nie jestem przedstawicielem komentariatu i staram się nie zachowywać jak polski publicysta, nie będę pisał o tym, co „moim zdaniem” się tam będzie działo, bo nie mam zielonego pojęcia. Faktem jest, że prędzej czy później, ktoś będzie musiał ustąpić. Wkurwienie Białorusinów jest tak wielkie, że naprawdę ciężko sobie wyobrazić to, że nagle odpuszczą, rozejdą się do domów, a Łukaszenka sobie będzie rządził w najlepsze (a potem przepisze swojemu synowi Białoruś w spadku). W teorii Łukaszenka może próbować rozwiązań siłowych, ale w praktyce skala protestów i wkurwienia jest zbyt duża. Z tego, rzecz jasna nie wynika, że Łukaszenka na pewno nie będzie próbował „starych sprawdzonych metod”, ale będą one raczej przeciwskuteczne, bo ujmując rzecz kolokwialnie: nie da się zastraszyć praktycznie całego społeczeństwa. Nie, proszę mi tu nie wyjeżdżać z przykładami zastraszonych społeczeństw w reżimach totalitarnych, bo w praktycznie każdym z nich to był raczej długotrwały proces i nie działo się to z dnia na dzień. Poza tym, Łukaszenka już tę metodę stosował i właśnie przestała działać. Nie mam pojęcia „co będzie dalej”, ale mam nadzieję, że wszystko się skończy lepiej niżby to wynikało z faktu, że mamy rok 2020.
 

W powyższym kontekście należy osadzić polską politykę zagraniczną. Jakiż był mój brak zdziwienia, gdy okazało się, że władze, które bezlitośnie hejtowały kraje Zachodu za jakieś wyimaginowane winy, w pierwszych dniach po „wyborach Łukaszenki” nie były w stanie wykrzesać z siebie jednoznacznego potępienia dla działań reżimu. Polskie władze (i rządowi mediaworkerzy) wyprodukowali całe mnóstwo wypowiedzi, których każdy przyzwoity człowiek by się po prostu, kurwa, wstydził. Zacznijmy od oberprokuratora, który powiedział: „W tej sprawie musimy działać w sposób przemyślany i nie postępować pochopnie. Naturalnym odruchem jest sympatia do protestujących wobec zdarzeń, które mają tam miejsce. Wiemy, co to jest reżim Łukaszenki, ale jako przedstawiciele władzy musimy widzieć całą większą złożoność (…) W tej złożonej i skomplikowanej konstelacji międzynarodowej, jaka występuje wokół Białorusi, z punktu widzenia Polski najgroźniejszym graczem jest Władimir Putin. Musimy zapytać, czego chce, jakie są działania Rosji i do czego mogą one doprowadzić. Bez odpowiedzi na te pytania nie można w mojej ocenie podejmować działań, które nie uwzględniałyby tych okoliczności. Zastrzegam jednak, że to mój prywatny pogląd”.  Bo widzicie, Zachód można jebać za to i za tamto, ale Łukaszenki nie można tak bezrefleksyjnie, bo tu trzeba złożoność większą widzieć. Nie da się nawet, kurwa, wprost powiedzieć, że to, co robi Łukaszenka, jest po prostu jednoznacznie złe. Zamiast tego mamy lakoniczne „wiemy co to jest reżim Łukaszenki”. Pięć lat pierdolenia o wstawaniu z kolan, a w momencie, w którym trzeba było okazać RiGCz okazuje się, że się go nie ma, bo „trzeba zapytać Putina”. Tak, wiem, zagrożenie ze strony Rosji nie jest wyimaginowane, ale do tej pory Zjednoczona Prawica miała na to wyjebane, konfliktując nas z państwami, które mogłyby stanowić przeciwwagę dla tegoż zagrożenia. Być może, gdyby nie wcześniejsze „rozpychanie się łokciami” i „rośnięcie w siłę”, to teraz można by było się zachować tak, jak Litwa? Z jakichś bowiem przyczyn Ciachnouska wyjechała tam, gdzie wyjechała, a nie do „mocarstwa” za jakie, w myśl narracji Zjednoczonej Prawicy, uchodzi Polska.  Rządowi mediaworkerzy poszli o krok dalej. Na moim ulubionym (nadal, konto warszawskiej policji musi się bardziej postarać) portalu „wPolityce”, pojawił się artykuł, w którym Karnowski stawiał Bardzo Istotne Pytanie: „Musimy wspierać, ale i pytać. Jaka będzie Białoruś pod rządami opozycji? Jaki będzie jej stosunek do obecnej Polski?”.  Nie mam, kurwa, pojęcia jaka to będzie Białoruś (o ile opozycji uda się pozbyć Łukaszenki [czego życzę wszystkim Białorusinom]), ale wydaje mi się, że ten stosunek może mieć dużo wspólnego z tym, w jaki sposób teraz zachowują się polskie władze i jakie komentarze pojawiają się w rządowych mediach. W telegraficznym skrócie polską reakcję można podsumować tak „ej, Unjo, zrup coś, no!”. Ja wiem, że już macie trochę dosyć, ale to był wstęp do spektakularnego upadku, który stał się udziałem Prezydenta RP (który to upadek absolutnie w niczym mu nie zaszkodzi). Ponieważ ciekawiło mnie to, „co zrobi Prezydent RP”, obserwowałem jego konto ćwiterowe. Ze względu na to, że Prezydent RP poświęcił Białorusi cztery ćwity, z których każdy jest po prostu szczerym złotem, zacytuję je wszystkie. 10 sierpnia Prezydent RP napisał był: „Przed chwilą odbyłem rozmowę z Ambasadorem RP na Białorusi Panem Arturem Michalskim. Odebrałem raport na temat dotychczasowych wydarzeń i aktualnej sytuacji. Monitorujemy sprawy na bieżąco i będziemy reagowali adekwatnie do zdarzeń i okoliczności.”  14 sierpnia zaćwitował po raz kolejny: „Właśnie odbyłem długą rozmowę z Panem Kacprem Sienickim, który wrócił dziś z więzienia na Białorusi. Bardzo cenna i aktualna relacja o sytuacji na ulicach Mińska i nastrojach w białoruskim społeczeństwie. Sporo przeszedł. Dzielny i rzeczowy Gość.” 17 sierpnia przejął się sytuacją tak bardzo, że popełnił dwućwit: „1/2 Właśnie odbyłem telekonferencję z Prezydentami Litwy, Łotwy i Estonii. Jej celem była wymiana opinii na temat rozwoju wydarzeń na Białorusi, szczególnie w kontekście regionalnego bezpieczeństwa. Nasze cztery państwa podtrzymują stanowisko wyrażone w apelu do władz Białorusi. 2/2 Podtrzymujemy także gotowość do wsparcia procesu politycznego, który realizować będzie wolną wolę narodu białoruskiego. Umówiliśmy się na kontynuację ścisłej współpracy prezydentów Polski, Litwy, Łotwy i Estonii w tych kwestiach i wspólne monitorowanie sytuacji.”. Gdyby ktoś zadał mi pytanie: co robi Prezydent RP w sprawie tego, co dzieje się na Białorusi, to takiej osobie odpowiedziałbym „rozmawia z mądrzejszymi od siebie (choć przyznaję, to jest bardzo nisko zawieszona poprzeczka) i chwali się tym na ćwitrze”. Czy robi coś więcej? Myślę, że wątpię. Trochę kiepsko, jak na Prezydenta, który tyle opowiadał o tym, jak dużo „może” Polska pod rządami Zjednoczonej Prawicy.


Na koniec niniejszego Przeglądu zostawiłem sobie temat polskiej policji, która ostatnimi czasy robi wiele, żeby za jakiś czas potrzebować rebrandingu, który służby przechodziły już dawno temu, kiedy milicja przeistoczyła się w policję. Do pewnego momentu łudziłem się tym, że to nie jest tak, że działania bagieciarni odzwierciedlają poglądy części tej służby i że po prostu jest tak, że muszą robić to, co każą im przełożeni (a nad tymi stoją jastrzębie z PiSu). Kiedy pojawiały się fotki bagiet z jakimiś mieczykami, które symboliką nawiązywały do przedwojennych organizacji faszystowskich, wychodziłem z założenia, że to są, kurwa, jakieś robaczywe jabłka, z którymi nikt teraz nic nie zrobi, bo „jastrzębie”. Tylko, że w pewnym momencie tego się zrobiło za dużo, a państwo najpierw olało obowiązek ochrony części obywateli, a potem zaczęło tych obywateli gnoić. O ile bowiem w Lublinie policja zadbała o to, żeby agresywne sebixy nie zagrażały uczestnikom Marszu Równości, to w Białymstoku nie udało się tego bezpieczeństwa zapewnić. W tym miejscu pora na dygresję, albowiem chuj mnie strzela, jak czytam/słucham wypowiedzi o tym, że mniejszości seksualne są agresywne i że wojna cywilizacyjna i prześladowania chrześcijan. Ta dygresja będzie w formie pytania: czy kiedykolwiek w Polsce zdarzyła się sytuacja, w której procesja musiała być ochraniana przez prewencję, bo w przeciwnym razie nie dałaby rady przejść przez miasto, a jej uczestnicy dostaliby srogi wpierdol? Wydaje mi się, że znam odpowiedź na to pytanie. Zjednoczona Prawica nie kryła swojej niechęci do mniejszości seksualnych, ale przez jakiś czas powstrzymywała się od instytucjonalnego szczucia. Zmieniło się to dlatego, że jakiś spindoktor, który odnalazłby się w jednym takim kraju w latach 30-stych XX wieku uznał, że szczucie na mniejszości seksualne może pomóc w wygraniu wyborów. Inny kretyn (pseudonim roboczy „Heinrich”) wpadł na równie genialny pomysł. Zamiast ogarnąć kwestię instytucjonalnego ukrywania pedofilów przez Kościół, trzeba połączyć pedofilię z mniejszościami seksualnymi, bo wtedy, po pierwsze, Kościół będzie zadowolony, a po drugie, będzie łatwiej szczuć na te mniejszości. Efektem tych kretyńskich pomysłów była całkowita bierność bagiet w stosunku do pewnych ciężarówek (które nazywane są różnie, a to „szurgonetka”, a to „fuhrerobusy”). Ciekawe, czy bagieciarze broniący tych jebanych szurgonetek zdają sobie sprawę z tego, że tym lobby, które chce uczyć dzieci jest (uwaga będzie capslock) ŚWIATOWA ORGANIZACJA ZDROWIA? Ciekawe, czy bagiety zdają sobie sprawę z tego, że autorzy akcji hejtują WHO za to, że organizacja ta miała czelność stworzyć wytyczne, które znacznie utrudniłyby pedofilom „polowanie” na dzieci. Czy bagiety zdają sobie sprawę z tego, że w wytycznych, które tak bardzo rozsierdziły skrajną prawicę są np. takie, w których stoi, że dziecku należy od małego wpajać postawę „moje ciało należy do mnie” i uczyć tego, że, niestety, są ludzie, którzy mogą robić krzywdę innym i tłumaczyć, że jeżeli stało się coś „złego”, albo coś, czego dziecko nie rozumie, ale czuje się z tym źle to, powinno porozmawiać o tym z kimś, komu ufa. Ponieważ polska debata publiczna już dawno została zdominowana przez ciężkie oszołomstwo, skrajnej prawicy udało się narzucić części społeczeństwa narrację, w myśl której ŚWIATOWA ORGANIZACJA ZDROWIA to jakieś „lobby pedofilskie”, które chce „uczyć 4-letnie dzieci masturbacji”. Ja tam, co prawda, jestem zwykłym blogerem z Podkarpacia, a my na Podkarpaciu nie rozumiemy zbyt wiele, ale wydaje mi się, że każdy mundurowy, który chce „bronić” szurgonetki powinien się, kurwa, zastanowić nad tym, po czyjej stronie tak naprawdę stoi i czy aby na pewno jest to strona, która „walczy z pedofilią”. Bo wiecie, z tego, że ktoś sam o sobie mówi, że „chroni dzieci” wcale, kurwa, nie wynika, że je faktycznie chroni. Cebulą na torcie jest to, że choć szurgonetki hejtują (między innymi) wytyczne edukacji seksualnej WHO, to ich właściciele zabezpieczyli się przez potencjalnym pozwem, na który by się nadziali, gdyby napisali wprost, o co im chodzi i zamiast WHO jest „lobby LGBT” (czyli zlepek, który jest kolejną „ideologią gender” albo innym „marksizmem kulturowym”). O rzygach, które odnoszą się do samych mniejszości seksualnych wspominać nie będę (nie, homoseksualiści nie są pedofilami, tak samo, jak nie są nimi heteroseksualiści). Idźmy dalej. W Warszawie odbył się (nielegalny) spęd nacjoSebixów, z których część nie kryła się ze swoimi neonazistowskimi poglądami (bo znowu przyszli obwieszeni taką, a nie inną symboliką). Czy policja reagowała na to równie szybko, jak na tęcze na pomniku? No, kurwa, nie. Kiedy ktoś zwrócił uwagę policji na to, że się opierdala i podrzucił zdjęcia ziomberiady, która miała ze sobą flagi przedwojennych polskich organizacji faszystowskich, bagieciarnia dopowiedziała: „Które konkretnie z tych znaków, które wskazuje Pani, są w Polsce prawnie zakazane? Proszę wskazać - można również złożyć od razu zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, jeżeli nadal Pani uważa, że są one prawnie zakazane. Gdyby tak było zapewniamy, że włączymy się.”. Nieśmiało przypominam, że ta sama policja, która tłumaczyła, że, hehehe, nic nie możemy, bo te symbole nie są w Polsce zakazane, hehehe, wcześniej klarowała, że powieszenie tęczowej flagi na pomniku to jego ZNIEWAŻENIE. Tak, wiem, ktoś powinien zatrzymać tę karuzelę śmiechu, bo zaraz się wszyscy porzygamy, ale niestety, trzeba będzie jeszcze chwile wytrzymać. Otóż, dzień po tym, gdy okazało się, że „policja nic nie może obywatelko, bo takie, a nie inne przepisy”, na koncie warszawskiej bagieciarni pojawi się wpis tak głupi, że część ludzi musiała go zobaczyć na własne oczy, albowiem uznali to a fejk: „Około godziny 14:30 na Krakowskim Przedmieściu, grupa osób zanieczyściła jezdnię na odcinku 60 metrów, rozsypując n/n proszek. Na miejsce skierowano policjantów wrd, którzy stwierdzili, że substancja stanowi zagrożenie dla ruchu pojazdów. O zagrożeniu poinformowano władze miasta”. Ale spoko, nadal przekonujcie mnie do tego, że działania policji nie mają absokurwalutnie nic wspólnego z poglądami części bagieciarni. Ignorowanie faszystowskiej i neonazistowskiej symboliki i nadgorliwość w zwalczaniu tęczy na pewno świadczy o tym, że policja to bezstronni fachowcy, którzy nie kierują się w pracy swoimi poglądami. W teorii, to co napisałem można by było uznać, za niesprawiedliwą generalizację, bo przecież „nie wszyscy policjanci” są tacy. W praktyce, generalizacja ta mogłaby zostać uznana za „niesprawiedliwą”, gdyby ci „nie wszyscy” w jakiś sposób zareagowali na to co się dzieje z ich „firmą”. Ponieważ zaś reakcji brak...


Eh, nie udało mi się do tego Przeglądu wepchnąć kawałka o polskiej fantastyce, tak więc ów kawałek (oburzenie prawicowych „fantastów”) wrzucę do notki o fantastyce (będę miał dodatkowy argument za tym, żeby się wreszcie wziąć za nią).  


Źródła:

https://oko.press/nocny-projekt-ogromnych-podwyzek-dla-poslow-ministrow-prezydenta/

https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26218166,nie-bedzie-podwyzek-dla-politykow-terlecki-opozycja-oszukala.html

https://gospodarka.dziennik.pl/finanse/artykuly/7802582,podwyzki-opozycja-pis-terlecki-kulisy.html

https://wyborcza.pl/7,82983,26221197,terlecki-oskarza-opozycje-zdradzamy-kto-do-kogo-pierwszy-przyszedl.html

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-08-16/protesty-na-bialorusi-podwyzki-dla-politykow-sniadanie-w-polsat-news-ogladaj-od-g-10/

https://www.tvp.info/49425060/nowacka-firmy-moga-kupic-dowolnego-posla-czy-radnego-za-2-tys-zl

https://fakty.tvn24.pl/ogladaj-online,60/podwyzki-dla-politykow-w-jednej-sprawie-ten-po-pis-jest-jednomyslny,1026719.html

https://twitter.com/powderblush/status/1295279136043339776

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-08-04/polskie-samorzady-bez-unijnych-pieniedzy-za-strefy-wolne-od-lgbt-sprawdzilismy/

https://oko.press/ziobro-dal-gminie-wolnej-od-lgbt-250-tys-z-funduszu-sprawiedliwosci/

https://oko.press/co-zrobil-przestepca-ulaskawiony-przez-dude-ujawniany-wyrok-sadu-pieklo-przemocy-seksualnej/

https://polskatimes.pl/kaja-godek-chce-zakazac-manifestacji-lgbt-jest-gotowy-projekt-ustawy-trwa-zbiorka-podpisow/ar/c1-15134936

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1293128706903420928

https://twitter.com/WaszczykowskiW/status/1282754021875490819

https://twitter.com/WaszczykowskiW/status/1283522083809624064

Uwaga natury ogólnej, w przypadku Białorusi ograniczyłem liczbę linków do niezbędnego minimum, bo oblinkowanie wszystkiego co się tam działo wymagałoby minimum kilkudziesięciu sznurków.

https://oko.press/bialoruski-sierpien-najwiekszy-wiec-opozycyjny-w-historii/

https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103086,26196311,bialorus-exit-poll-lukaszenka-zdobywa-prawie-80-proc-w-wyborach.html

https://www.tvp.info/49361873/cichanouska-wyjechala-z-bialorusi-jest-bezpieczna

https://www.donald.pl/artykuly/P8WL7Zjq/bialorus-telewizja-panstwowa-pokazuje-pobita-mlodziez-ktorej-odechcialo-sie-rewolucji

https://wyborcza.pl/7,75399,26214357,lukaszenka-zwozi-ludzi-do-minska-na-wiec-poparcia-ale-pierwszy.html

https://info.wprost.pl/wydarzenia-dnia/10353825/krzyczeli-odejdz-lukaszenka-dziekuje-dopoki-mnie-nie-zabijecie-innych-wyborow-nie-bedzie.html


https://twitter.com/PiknikNSG/status/1292761185981534208

https://telewizjarepublika.pl/z-ziobro-z-punktu-widzenia-polski-najgrozniejszym-graczem-jest-wladimir-putin,99645.html

https://www.polskieradio24.pl/130/5553/Artykul/2562704,Musimy-widziec-tu-kontekst-rosyjski-Ziobro-o-wyborach-prezydenckich-na-Bialorusi

https://twitter.com/PiknikNSG/status/1293146718884765698

https://twitter.com/AndrzejDuda/status/1292804941921296389

https://twitter.com/AndrzejDuda/status/1294344361279455232

https://twitter.com/AndrzejDuda/status/1295303576600956928

https://twitter.com/AndrzejDuda/status/1295304124410531840

https://www.wprost.pl/kraj/10353180/aktywisci-lgbt-zatrzymali-homofobusa-interweniowala-policja-mogla-stac-sie-tragedia.html

https://twitter.com/surpanna/status/1294331433776041984

https://twitter.com/Policja_KSP/status/1295010683160010753

https://twitter.com/PolskaPolicja/status/1294716178041049088


Siła bezsilnych
08.08.2020

Niniejszą notkę zaczniemy od kilku eksperymentów myślowych.


Wyobraźmy sobie co by było, gdyby w Polskę ruszyły furgonetki ze screenami z jakiegoś kiepskiego porno, na którym jakiś typ przebrany za policjanta macha fiutem w miejscu publicznym (zasada 34 jest bezlitosna, na pewno dałoby się znaleźć coś takiego). Wyobraźmy sobie, że na furgonetce ktoś umieścił dane z IDzD, z których wynika, że policjanci nie robią nic innego poza gwałceniem dzieci. Wyobraźmy sobie, że ktoś tam dodał napis „tacy chcą pilnować bezpieczeństwa Twoich dzieci”. Jak szybko bagieciarnia zawinęłaby taką furgonetkę i jak szybko jej kierowca wylądowałby na dołku?


Wyobraźmy sobie inną furgonetkę. Na tej, dla odmiany, ktoś napisał, że Prawo i Sprawiedliwość to pedofile (tu nawet byłaby podkładka, bo jeden z radnych tej formacji wysyłał swoje nagie fotki uczniom szkoły). Do tego ktoś dodałby jakieś dane liczbowe (również z tego samego instytut) i dodał napis „tacy chcą bronić Twoich dzieci”. I znowuż, zastanówmy się nad tym, jak szybko Zbyszek doprowadziłby do tego, że na dołku wylądowaliby wszyscy, którzy mieli jakikolwiek związek z tą furgonetką (łącznie z agentem ubezpieczeniowym, u którego wykupiono polisę OC i diagnostą, który dał dopuszczenie do ruchu).


Wyobraźmy sobie jeszcze inną furgonetkę. Na tej, dla odmiany, ktoś umieściłby jedynie fakty dotyczące ukrywania pedofilii przez Kościół (+ parę nagłówków odnoszących się do kościelnej pedofilii + może parę cytatów z obrońców pedofilów [np. o „dawaniu ciumka”]) i może jakiś screen z zawartości dysku twardego Księdza G. (Dominikańskie media się nie pierdoliły w tańcu i w materiale o księdzu G. pojawiły się fragmenty [rzecz jasna ocenzurowane] filmików z jego dysku). Tutaj ktoś mógłby po prostu napisać, że „tacy chcą uczyć Twoje dzieci”. Furgonetki, rzecz jasna, powinny być ustawione pod kościołami. Tutaj pytanie, które należałoby sobie postawić brzmi następująco: kto byłby szybszy? Chłopaki od Zbyszka, czy owieczki, które spaliłyby furgonetkę i spuściły wpierdol kierowcy?


Wyobraźmy sobie, że po miastach innych państw w UE zaczynają jeździć furgonetki, na których ktoś wrzucił dane dotyczące tego, ilu przestępstw dokonali w danym kraju Polacy. Dodatkowo na furgonetkach znalazłyby się opisy tych najbardziej drastycznych. Prócz tego, na furgonetce znalazłby się napis „tacy chcą przyjeżdżać do naszego kraju”. Jak szybko zostałyby uruchomione polskie służby dyplomatyczne (i jak szybko wezwanoby ambasadora danego kraju na dywanik do MSZ)?


Albo wiecie co? Zapomnijcie o danych z IDzD. Wyobraźmy sobie, że na tych furgonetkach opisano jedynie prawdziwe sytuacje. Znalezienie ich nie byłoby trudne, bo, jak już wspomniałem, radny z PiS wysyłał swoje nagie fotki dzieciom, zaś (o tym nie wspomniałem) bez problemu można znaleźć wiadomości o pedofilach w mundurach policyjnych. Czy takie furgonetki mogłyby sobie jeździć po Polsce albo np. stać sobie pod kościołami, biurami PiSu, czy komendami policji? No, kurwa, nie. Bagieciarnia momentalnie by zareagowała, a chłopcy i dziewczęta od Zbyszka znaleźliby jakieś paragrafy, którymi dałoby się rzucić w autorów akcji.


Czemu miały służyć te eksperymenty myślowe? Ano temu, żebyście mogli w pełni docenić to, jak bardzo państwo nic nie robi z tym, że po Polsce jeżdżą furgonetki oklejone tekstami, których nie powstydziliby się twórcy der Sturmera. Acz to, że państwo „nic nie robi” to takie niedopowiedzenie, bo te furgonetki mają czasami policyjną obstawę. Rozumiecie?  Furgonetki, na których znajdują się kłamliwe wypowiedzi, mające na celu szczucie ludzi na mniejszości seksualne (tak więc łamiące prawo), dostają obstawę policyjną. Jeśli to nie jest jawne demonstrowanie pogardy państwa dla mniejszości seksualnych, to nie bardzo wiem, jak to, kurwa, nazwać.


Jednym z największych absurdów jest to, że polskie władze (z Prezydentem RP) na czele, budują narracje, w myśl których za mniejszościami seksualnymi stoi jakieś wszechpotężne lobby i chuj wie jakie pieniądze. Przedstawiciele partii rządzącej (również ci zatrudnieni w mediach rządowych) opowiadają brednie, z których wynika, że elbagiety to tacy w sumie bolszewicy i naziści (tak, ci pierdoleni kretyni porównują prześladowane przez III Rzeszę mniejszości seksualne do nazistów. Być może można być większym kretynem, ale potrzebowałbym mocnych dowodów, żeby w to uwierzyć). Innym absurdem jest to, że skrajna prawica, z Kościołem na czele, wszystkich, których nie lubi, określa mianem marksistów. No bo wiecie, feministki walczą z mężczyznami (tylko, że nie walczą), elbagiety walczą z heterykami (tylko, że nie walczą), a skoro marksiści walczyli z klasami posiadającymi, to w sumie jest to samo. Tym idiotom zupełnie umyka fakt, że w myśl swoich własnych gówno-definicji, sami są marksistami, bo walczą ze wszystkimi dookoła. Z liberałami, z lewicą, z mniejszościami seksualnymi, z uchodźcami, z ateistami, z Zachodem, z feministkami i tak dalej i tak dalej. Dyskutowałem kiedyś z jednym panem, który sugerował, że co prawda marksizm kulturowy nie ma definicji, ale można przyjąć, że jest nim np.  bezrefleksyjne przyjmowanie jakichś wzorców z Zachodu. Kiedy zapytałem, czy w takim razie marksizmem kulturowym jest mówienie o marksizmie kulturowym (bo to, ekhm, „pojęcie” przyszło do nas z Zachodu i nic nie znaczy), okazało się, że „te sytuacje są nieporównywalne”.


No dobrze, ale po co polskie władze robią to, co robią? Po co szczują ludzi na mniejszości seksualne (i np. robią jakieś gównoakcje wydając na to pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości)? Po to, żeby wreszcie udowodnić, że mniejszości seksualne są złe. Prawica stosuje dość standardowe metody (acz przez to, że rządzą krajem i mają pod sobą policję i wszelkiej maści służby można powiedzieć, że te działania są „na sterydach”). Otóż w czasach, w których PiS już i jeszcze nie rządził obserwowałem te działania i wyglądało to tak, że produkowano narracje na temat jakiegoś środowiska tak długo, aż wreszcie dane środowisko się wkurwiło i zareagowało. Rzecz jasna, żelazny elektorat otrzymywał informacje tylko i wyłącznie o reakcji i nie był informowany o tym, co działo się wcześniej. I nie, nie mam tu na myśli „prowokacji” w ujęciu prawicowym, czyli tego, że na ten przykład, jakiemuś łysemu karkowi wydawało się, że ktoś na niego krzywo spojrzał i (w ramach samoobrony przed krzywym spojrzeniem) spuścił wpierdol temu, kto krzywo patrzył. Tylko, np. działania organizacji zygotariańskich, które non stop wyzywają swoich oponentów od morderców i za każdym razem, gdy ktoś im odwarknie, zgrywają ofiary. Prawica opanowała te metody do perfekcji i z powodzeniem stosuje je od momentu, w którym przejęła w Polsce władze. Szczujemy na jakieś środowisko tak długo, aż ktoś się wkurwi, a potem nagłaśniamy jakąś wypowiedź, którą udało się nam wywołać. Stosowano w przypadku konfliktu na linii władza – dowolna grupa, która podpadła. Czy to lekarze, czy to nauczyciele, czy to ktoś z opozycji. Różnica między tymi środowiskami, a mniejszościami seksualnymi polega na tym, że te środowiska mogłyby uniknąć gnojenia przez władze. W jaki sposób? Ano w taki, że np. nie będą protestować, domagać się podwyżek albo na ten przykład, tłumaczyć, że państwo polskie przeznacza zbyt mało pieniędzy na opiekę zdrowotną (takie sugestie są przecież jawnym skandalem, bo pod wodzą Zjednoczonej Prawicy nie brakuje na nic pieniędzy) i tak dalej. Generalnie rzecz ujmując, to szczucie ma doprowadzić do takiej sytuacji, w której wszyscy będą grzeczni i nie będą podskakiwać.


Mniejszości seksualne nie mają takiej możliwości. Niezależnie od tego, co zrobią i jak bardzo „nie będą się obnosić”, polskie władze i tak będą je prześladować. Nie będzie Marszów Równości? Nic takiego, będzie można wrzucać zdjęcia z jakichś eventów BDSM z Zachodu i tłumaczyć suwerenowi, że ONI CHCĄ ŻEBY W POLSCE BYŁO TAK SAMO. Organizacje LGBT będą siedzieć cicho i nie będą interweniować na skandaliczne wypowiedzi, których nie powstydziliby się twórcy Der Sturmera? To nawet lepiej, bo wtedy będzie można straszyć suwerena „ukrytym” wrogiem. Mniejszości seksualne będą się ukrywać (i np. partnerzy nie będą chodzić „za rękę” [ja wiem, że to i tak rzadkość ze względu na „klimat”, który u nas panuje) i nie będą się przyznawać do orientacji? Jeszcze lepiej. Po pierwsze dlatego, że łatwiej jest straszyć tym, czego ktoś nie zna, po drugie, będzie można tłumaczyć, że skoro się ukrywają, to pewnie „rozumieją, że coś jest z nimi nie tak”, a po trzecie, Patryki Jakie i Sebastiany Kalety będą mogły przypiąć sobie odznaki „obrońcy polskich rodzin przed elbagietami” i tłumaczyć, że udało im się powstrzymać drang nach osten w wykonaniu wrażych sił pod dowództwem generała LBGT. Zjednoczona Prawica nie odpuści mniejszościom seksualnym, bo to dla nich idealny wróg. Można na niego bezkarnie szczuć (ok, UE się trochę ruszyło, ale póki co, to zbyt mało, żeby nasze władze się cofnęły), bo nie stanowi żadnego zagrożenia. Dodatkowo, jak się tego elbagieta wkurwi i np. ktoś powiesi flagę na pomniku (czym, rzecz jasna, zrani uczucia religijne pomnika), to będzie dowód na to, że te środowiska są agresywne i w ogóle nikogo nie szanują. O tym, że wcześniej się te środowiska porównywało do zarazy, bolszewizmu, nazizmu, pedofilów (i chuj wie do czego jeszcze), polskie władze nie będą wspominać.


UWAGA! Artykuł sponsorowany przez Suwerena!

https://patronite.pl/Piknik-na-skraju-g%C5%82upoty


To, co odjebało się w Warszawie pokazuje, w którą stronę zmierza nasze państwo. Pomijając już idiotyczną decyzję sądu o 2-miesięcznym areszcie dla kogoś, kto do wszystkiego się przyznał (oberprokurator twierdził, że istniało ryzyko mataczenia [oczywiście, że nie istniało, ale idealnie wpisuje się to w narracje o wszechmocnych elbagietach]) i nie zamierzał uciekać, to policja celowo doprowadziła do eskalacji. Można było to załatwić inaczej, ale nie, trzeba było odjebać szopkę, bo liczono na to, że ktoś będzie chciał jej bronić (ze względu na idiotyczną i krzywdzącą decyzję sądu). Zanim ktoś powie „no ale ona tę furgonetkę i kierowcę” - proszę wrócić do eksperymentu myślowego z początku tekstu. Te furgonetki nie powinny mieć prawa do wyjechania na ulicę, a gdyby ktoś je zaparkował gdzieś pod osłoną nocy, to powinny zostać odholowane na parking policyjny, zaś autorzy akcji powinni zostać zmuszeni (wyrokiem sądowym) do sprostowania bzdur, które opowiadają (tak, żeby sprostowanie miało porównywalnie szeroki zasięg). Of korz, wtedy odezwałyby się głosy fundamentalistów, że są prześladowani, ale prawda jest taka, że w Polsce od dłuższego czasu „wolność religijna” i „sumienie” to pojęcia-wytrychy, które oznaczają prawo do gnojenia mniejszości seksualnych (albo też dowolnego „innego”) i nieponoszenia z tego tytułu żadnej odpowiedzialności. Cieszy mnie to (o ile cokolwiek, kurwa, może mnie cieszyć), że lewica ma swoją reprezentacje w Sejmie i że ta reprezentacja pokazała wczoraj zajebisty RiGCz. Prawda jest bowiem taka, że gdyby za tymi ludkami nie wstawił się nikt z immunitetem (i np. gdyby posłanki nie blokowały dojazdu bagieciarni), to zebrani tamże dostaliby srogi wpierdol. Dobrze, że ogarnął się też ktoś z KO, ale jak na największą partię opozycyjna, to była to reprezentacja dość, kurwa, mizerna (no ale, pewnie nie było jeszcze fokusów i nie wiadomo, jak reagować, co nie?).


Pozwolę sobie w tym miejscu wyrwać pewną wypowiedź z kontekstu (którym była kolejna próba uPRL-owienia sądów). W grudniu 2018 Prezes Polski powiedział, że: „Państwo nie jest dzisiaj silne wobec słabych, a słabe wobec silnych. I tak pozostanie, jeśli my będziemy u władzy”. To, co stało się w Warszawie (i wcześniejsze ściganie ludzi za powieszenie flagi na pomniku) wprost idealnie wpasowuje się w tę wypowiedź. Kibole zablokowali autostradę i lali się tam po ryjach? Policja, na wszelki wypadek pojawiła się tam, jak już było po wszystkim, a teraz opowiada o tym, że no szukają winnych, ale to może być długotrwałe śledztwo. NacjoSebixy odpalają pierdyliony rac na swoim spędzie? Policja nie reaguje. Ktoś wiesza podobizny polityków opozycji na szubienicy? No przeca to happening. Nazistowska retoryka i symbolika na spędzie nacjosebixów? Okazało się, że niosący banner powiedzieli, że to nie ich i prokuratura odpuściła. Wiecie, ja się na Podkarpaciu wychowałem (niegdyś „tarnobrzeskie”) i napatrzyłem się na to, jak bardzo policja daje dupy w sytuacji, w której istnieje ryzyko dostania po mordzie od jakiegoś karka. Nigdy nie zapomnę radiowozu, który jechał sobie spokojnie, aż tu nagle zawrócił i zaczął spierdalać, bo bagieciarnia zobaczyła kilkunastu karków, którzy (z nagimi torsami) szli sobie po chodniku i ulicy. Ta sama policja odważnie spisywała ludzi, którzy mieli czelność siedzieć sobie na przystanku w nocy i nie wydzierać mordy, ani nie spożywać napojów alkoholowych. Człowiek się na takie rzeczy napatrzył wcześniej i naiwnie myślał, że to jakoś tak, kurwa, w niebyt odejdzie wraz z pokoleniem bagiet, które mentalnie nie wyszły z czasów, w których policja (wtedy jeszcze milicja) miała nieco inne obowiązki, niż w czasach słusznie minionych. Minęło trochę czasu i bagieciarnia zaczęła sprawiać wrażenie bardziej ogarniętej. A potem np. trafiało się na siłowni na jakichś nakoksowanych jegomościów (ważących tak pi razy oko po 120 kg), którzy głośno rozprawiali o tym, że w sumie to oni mali są i że trzeba znowu przyjebać bombę, a gdzieś w trakcie rozmowy okazywało się, że panowie są z policji. No, ale człowiek patrzył na tych koksów i se myślał, że, chuj, trudno. Kibolstwo wpierdala sterydy wiadrami, policmajstry też muszą. Tylko, że od jakiegoś czasu obserwuje się nadpobudliwość policji w sytuacjach, w których można by było sobie poradzić bez użycia siły. To zupełnie tak, jakby ktoś szczuł tych nakoksowanych kretynów na ludzi w ramach pokazu siły: bądź grzeczny, bo dostaniesz wpierdol, a potem jeszcze poprawimy Ci zarzutami i po chuj Ci to?


Ja wiem, że to jest anecdata, ale pojawia się sporo opinii, w których stoi, że po tym, co teraz odpierdala policja (pilnowanie pomników, ściganie ludzi za powieszoną flagę i brandzlowanie się tym w mediach społecznościowych) odbudowanie wizerunku tejże służby potrwa bardzo długo. I tak sobie myślę, że ludzie wygłaszający te opinie co prawda mają sporo racji, ale nie biorą pod rozwagę tego, że być może policji wizerunek „zbrojnego ramienia partii” nie przeszkadza? Jeżeli ktoś chce mi tutaj powiedzieć, że nie wszyscy policjanci są źli, to ja takiej osobie odpowiem, że teraz jest, kurwa, dobry moment na to, żeby ci „nie-źli” zareagowali na to, co się dzieje. Jeżeli bowiem nie reagują, to znaczy, że sytuacja im albo nie przeszkadza, albo wręcz odpowiada. Jeżeli zaś ktoś się boi zareagować, to chyba nie bardzo nadaje się do pełnienia funkcji kogoś, kto ma stać na straży prawa.


https://tvn24.pl/tvnwarszawa/mokotow/warszawa-furgonetka-anty-lgbt-w-towarzystwie-policyjnych-wozow-4656088

https://tychy.naszemiasto.pl/policjant-z-jaworzna-zostal-oskarzony-o-seks-z-6-latka/ar/c1-5079781

https://radioszczecin.pl/6,381428,kaczynski-dzis-panstwo-nie-jest-silne-wobec-slab

https://sport.dziennik.pl/pilka-nozna/artykuly/7781488,ustawka-autostrada-a4-pseudokibice.html


Hejterski Przegląd Cykliczny #69
07.08.2020

Na samym wstępie pozwolę sobie (bo któż mi zabroni?) na opisanie przyczyn, dla których zaliczyłem lekki poślizg. Pierwszą z przyczyn było to, że trochę wakacjowałem i dozowałem sobie politykę, zaś trolling ograniczyłem sobie do ćwitra. Druga przyczyna to taka, że w niniejszym Przeglądzie po raz pierdylionowy przyjdzie mi pochylać się nad (eufemizując) chujowością polskiej opozycji i szczerze się w tym miejscu przyznam, że potrzebowałem czasu do tego, żeby w ogóle zabrać się za pisanie. W „Dobrym Omenie” był taki bohater, który się zwał Newton Pulsifer. Bohater ów potrafił zepsuć dowolny sprzęt elektroniczny (of korz, niespecjalnie, po prostu usiłując na tymże sprzęcie pracować). Polska opozycja to taki Newton Pulsifer, z tą różnicą, że nie psują elektroniki, ale, na ten przykład, kampanie wyborcze. Po głębszym namyśle doszedłem do wniosku, że polscy politycy opozycyjni mogliby uchodzić za personifikację Praw Murphyego: jeżeli można coś zjebać, to polski polityk opozycyjny znajdzie sposób na zjebanie tego czegoś. Najgorsze w tej chujowatości opozycji jest to, że przez nią partia rządząca robi się coraz bardziej bezczelna. Bezczelność ta przejawia się choćby w tym, że Prezydent RP wygrał wybory mimo tego, że mówił językiem Krystyny Pawłowicz i Dariusza Oko. To niemoc opozycji sprawiła, że Patryk Jaki (aka „Doktor Chłopak z Biedniejszej Rodziny”), zrobił spektakularną karierę polityczną (a w jego ślady podążają: Kaleta, Matecki, Ozdoba, Kowalski i wielu innych). Politycy ci zorientowawszy się, że można powiedzieć dowolną bzdurę i nie ponieść za to żadnych konsekwencji, opierają na tym swoje kariery. Niestety, na tym się sprawa nie kończy, bo skoro można bezczelnie kłamać, to czemu nie miałaby z tego korzystać wierchuszka Zjednoczonej Prawicy? Pamiętacie pewnie bardzo dobrze, jak to Premier Tysiąclecia ogłosił, że epidemia jest już w odwrocie, więc całkiem spoko, że Polacy się już nie boją koronawirusa. Wypowiedź była skrajnie nieodpowiedzialna, bo z koronawirusem jest tak, że w odwrocie to on będzie, jeżeli uda się Big Pharmie ogarnąć szczepionkę i okaże się, że przeciwciała nie są krótkotrwałe. Co zrozumiałe, Premier Tysiąclecia był okładany swoją wypowiedzią. Równie zrozumiałe jest to, że Premier Tysiąclecia jest broniony przez swoją formację. Łukasz Szumowski (aka „człowiek insomnia”) powiedział, że: „Wszystko to kwestia semantyki. Mieliśmy wtedy 200 zakażeń dziennie. Pan premier powiedział, że wirus jest w odwrocie, bo wtedy był. Teraz przyrósł (...) Widzimy, że zawsze trzeba pamiętać i mieć z tyłu głowy, że epidemia to jest dzikie zwierzę. W każdej chwili może wyrwać się z kontroli, którą wydawało się nam że mamy”. Temat ten poruszył również zastępca Szumowskiego (Janusz Cieszyński): „Premier Morawiecki mówił o sytuacji, która miała miejsce w połowie lipca. Rzeczywiście było tak, jak mówił Morawiecki, że na początku czerwca mieliśmy dziennie średnio ok. 450 przypadków. Później to systematycznie spadało, a w połowie lipca osiągnęło ok. 250 zakażeń, więc kiedy te słowa padały, to wirus rzeczywiście był w odwrocie”. Obaj panowie tłumaczą, że Premier Tysiąclecia tak jakby miał rację (choć jej nie miał), ale tylko jeden rozpostarł  dupochron i dodał wzmiankę, że, „epidemia może się wyrwać spod kontroli”. Żaden z panów nie zwrócił uwagi na to, że idiotyczna wypowiedź ich pracodawcy mogła mieć demobilizujący wpływ na Polaków. No bo skoro korona jest w odwrocie, to można trochę wyluzować z tymi wszystkimi maskami, płynami do dezynfekcji, social distancingami/etc., prawda? Warto w tym miejscu wspomnieć, że nie mam tu na myśli foliarzy spod znaku „walki z 5G”, ale zwykłych ludzi, którzy są deczko tym wszystkim zmęczeni i nagle usłyszeli, że w sumie to nie ma się czego bać. Czemu więc żaden z tych panów o tym nie wspomniał? Bo ich jedynym zadaniem było wytłumaczenie suwerenowi, że Premier Tysiąclecia „miał rację”, żeby przypadkiem nikomu nie przyszło do głowy, że wyżej wymieniony Prezes Rady Ministrów powinien przeprosić za swoją durną wypowiedź. Innym przypadkiem skrajnej bezczelności był ćwit europosłanki (ex ministry edukacji) Anny Zalewskiej, która napisała była, że: „Czekając na konferencję MEN o bezpiecznym powrocie dzieci do szkół, sprawdzajmy czy jest tam ciepła woda i mydło. Szanowni rodzice, pamiętajcie, że właścicielami budynków są z reguły samorządy. #koronawirus”. Bo wiecie, co prawda MEN decyduje o tym, czy i kiedy dzieci wrócą do szkół, ale to samorządy ponoszą odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo, tak więc nie czepiajcie się rządu!


Podobnie bezczelnych i głupich wypowiedzi Zjednoczona Prawica wyprodukowała w trakcie swoich rządów tyle, że gdyby ktoś zechciał je wszystkie zebrać do kupy, musiałby sobie pożyczyć diamentową strukturę wielkości Jowisza z układu Adro. Im bardziej opozycja nie rozlicza partii rządzącej z takich wypowiedzi, tym więcej politycy partii rządzącej ich produkują. Czy z tego, co napisałem, wynika, że opozycja w ogóle nie grilluje partii rządzącej za takie wypowiedzi? Nic z tych rzeczy. Czasem (ale są to wyjątkowe sytuacje) takie grillowanie się zdarza. Problem polega na tym, że przeważnie wygląda to tak, że opozycja „rusza do boju” po tym, jak nad daną wypowiedzią pochylą się internauci i np. jakiś temat zaczyna trendować na ćwitrze (albo wykręcać gigantyczne zasięgi na FB). W powyższym zdaniu kluczowe jest „po tym”, bo opozycja się z tym nie śpieszy i rzadko kiedy uda się jej wpasować w jakiś wkurw. Przeważnie wygląda to tak, że jakaś wypowiedź wkurwia internautów, którzy dają wyraz swojemu wkurwieniu w mediach społecznościowych, a jakiś tydzień później polityk/polityczka opozycji wypowiada się w tym temacie w „starych” mediach (przy okazji ignorując jakiś bieżący temat). Zupełnie inaczej rzecz się ma z politykami Zjednoczonej Prawicy, bo ci do perfekcji opanowali umiejętność indukowania wkurwienia (czasem muszą długo tłumaczyć suwerenowi, że powinien się wkurwić), a potem grzania tematu „na bieżąco”. Opozycja nauczyła Zjednoczoną Prawicę tego, że ta druga może robić zwroty narracji o 180 stopni i nie szkodzi jej to w najmniejszym stopniu. Wystarczy sobie przypomnieć to, jak politycy partii rządzącej „uspokajali” wszystkich, że w sumie to wszystko w porządku z tą koroną będzie, bo po pierwsze, to ona jest daleko, a po drugie, to nawet jak przyjdzie, to jesteśmy przygotowani na każdą ewentualność. Potem zaś okazało się, że (co za brak zaskoczenia) wirus jakoś tak się nie przejął tym, że „Chiny są daleko”, a Polska okazała się średnio przygotowana (vide, braki środków ochrony indywidualnej/etc.). Nie przeszkodziło to Zjednoczonej Prawicy w narzuceniu narracji, w myśl której oni od początku traktowali zagrożenie koronawirusem „na poważnie”. Nikogo nie powinno dziwić to, że opozycja nie podjęła jakichś sensownych działań mających na celu „przełamanie” tych narracji. Rzecz jasna, nikogo nie powinno to dziwić dlatego, że opozycja nas do tego przyzwyczaiła. Czasem (acz bardzo rzadko), ktoś z opozycji się zorientuje, że może warto by było (z przyczyn stricte pragmatycznych) pochylić się nad jakimś tematem i zetrzeć się z partią rządzącą celem „popsucia” jakiejś narracji. W praktyce wygląda to tak, że trochę się tam politycy poprztykają, ale opozycja praktycznie zawsze taki temat szybko odpuszcza. Takie „odpuszczanie” cieszy Zjednoczoną Prawicę, która (jak to już wcześniej zaznaczyłem) bezkarnie robi narracyjne zwroty o 180 stopni.  


Praktycznie za każdym razem, gdy ktoś zaczyna krytykować opozycję za „niemoc”, pojawiają się jej obrońcy, którzy zaczynają tłumaczyć, że jeżeli ktoś jest taki mądry, to czemu „sam czegoś nie zrobi”. I tu dochodzimy do kolejnej istotnej kwestii. Otóż, owi obrońcy w ogóle nie zwracają uwagi na to, że naprawdę spora liczba ludzi „coś robi”. Przykładowo, jakiś polityk partii rządzącej zaczyna opowiadać coś, co stoi w sprzeczności z jego wcześniejszymi wypowiedziami (albo wypowiedziami jego kolegów). W ogromnej większości przypadków, ta sprzeczność zostaje wyłapana przez jakichś ćwiternautów, którzy momentalnie zaczynają delikwenta/delikwentkę bombardować screenami i cytatami. Od czasu do czasu taki ćwiterowy grill zostaje podchwycony przez jakieś medium i dany polityk otrzymuje „trudne pytanie” na antenie. Kiedy nad sprawą pochylą się media, do akcji wkracza opozycja, która albo nie robi nic, albo tak długo zastanawia się nad tym „co robić”, że spóźnia się na imprezę. Wydaje mi się, że niemoc opozycji idealnie obrazuje to, co się stało w kontekście wyjebanego przez sztab Prezydenta RP kampanijnego konta z 2015. Najprawdopodobniej pamiętacie o tym, że zanim wyżej wymienione konto kampanijne zostało usunięte, skopiowałem prawie wszystkie ćwity, które tam sobie wisiały. Potem napisałem o tym notkę. Notka przyciągnęła uwagę kilku portali, które nagłośniły sprawę, tym samym „zniknięcie” sztabowego konta miało swoje pięć minut. Pięć minut i ani sekundy dłużej, bo żaden sztab nie pochylił się nad wypowiedziami z 2015, którymi można by było bezlitośnie okładać kandydata Zjednoczonej Prawicy w 2020 roku. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że spodziewałem się takiego finału i swój tekst o znikniętym koncie spointowałem w sposób następujący: „Sposobów na wykorzystanie tych wpisów jest od cholery i obstawiam, że tego (również) bali się sztabowcy obecnego Prezydenta, którzy „schowali”, konto. Brak reakcji na to, co się stało sugeruje, że sztabowcy bali się zupełnie niepotrzebnie.”


Od dłuższego czasu uwaga Zjednoczonej Prawicy zwrócona jest w stronę mediów. Media bowiem mają czelność patrzeć władzy na ręce i wyciągać na światło dzienne rzeczy, które władza wolałaby nadal trzymać pod dywanem. Ilekroć zostajecie trafieni histeryczną narracją „polskojęzyczne media szkalują rząd”, tylekroć możecie być pewni, że mediom udało się wynorać coś, co władze starały się przed wami ukryć. Ilekroć widzicie wpisy internautów, którzy klarują, że polski rząd powinien te media przejąć (bo o to chodzi w „repolonizacji”), tylekroć widzicie rządowego drona, który zaczyna panikować. No bo ok, do tej pory Zjednoczona Prawica była teflonowa, ale zawsze istnieje ryzyko, że któraś z odkopanych przez media spraw wkurwi suwerena tak bardzo, że nie będzie czekał na wybory i pojedzie do Warszawy z taczkami. I tu znowuż przyjdzie nam w pełni docenić kunszt opozycji. Media non stop wyciągają władzy jakieś trupy z szafy, a opozycja ma to w dupie. W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję: nie, kurwa, nie wystarczy nawalanie wnioskami o wotum nieufności. Taki wniosek powinien być poprzedzony kampanią informacyjną, w trakcie której suwerenowi opisywano by dokonania osoby, której dotyczy wotum. A teraz wróćmy do meritum. Ile razy w trakcie kampanii prezydenckiej 2020 ktoś wspomniał o stalkerach/hejterach powiązanych z Ministerstwem Sprawiedliwości? Ile razy ktoś wspomniał o tym, że służby specjalne usiłowano wykorzystać do politycznej zemsty na Ludmile Kozłowskiej (Fundacja Otwarty Dialog)? W tym drugim przypadku, pechowo dla Zjednoczonej Prawicy (i szczęśliwie dla Kozłowskiej) zaangażowano w to służby innych krajów, które bardzo szybko ogarnęły, że powody, dla których Kozłowską objęto banem na wjazd do Schengen pochodziły z IDzD. Takich (kurewsko ciężkich) tematów było mnóstwo. Praktycznie żaden nie pojawił się w kampanii. A może ktoś chce porozmawiać o tym, jak to obecny Prezydent RP unikał konferencji prasowych i absolutnie nikt z opozycji nie potrafił tego jakoś sensownie „pospinować”? I tak sobie dumam. Czy opozycji w ogóle zależy na odsunięciu PiSu od władzy, czy zależy jej tylko na odsuwaniu PiSu od władzy? Jak to, kurwa, jest, że PiS od 2015 stosuje dokładnie te same metody i absolutnie nikt nie wypracował jeszcze skutecznej strategii zaradczej, coby jakoś sobie z tymi PiSowskimi metodami poradzić? Pięć pierdolonych lat i nadal nic? A nie, przepraszam! Zapomniałem o tym, że opozycja wypracowała metodę radzenia sobie z dysonansem poznawczym i zwalania winy za swoje porażki na elektorat. Że za głupi, że się sprzedał za 500 złotych, że w sumie to temu głupiemu elektoratu nie zależy na wolności/etc., a w ogóle to tego, co teraz został Prezydentem RP, to wybrała gorsza część Polski/etc. Brawo, kurwa, wy opozycjo.


Skoro już mamy za sobą wstęp, możemy przejść do właściwej części Przeglądu. Gdzieś tam na początku roku 2020 (biorąc pod rozwagę to, co się dzieje w bieżącym roku, początek tegoż można uznać za „zamierzchłą przeszłość”) zacząłem sobie zbierać linki z wiadomościami, w których stało, że zagraniczne miasta partnerskie zrywają współprace z polskimi miastami, które przyjęły uchwałę autorstwa pewnego instytutu, o którym nie można mówić, że wiecie co. Ponieważ sprawa zrobiła się tak jakby medialna, wypowiadać na jej temat zaczęły się tuzy ze Zjednoczonej Prawicy. Wiceszef MSZ powiedział, na ten przykład, że: „o niedobrze, jeżeli różnice w postrzeganiu niektórych aspektów światopoglądowych przekładają się na współpracę. Ale to źle świadczy o tych francuskich samorządach, które przedkładają sprawy światopoglądowe i ideowe na współpracę samorządową, bo wydaje mi się, że to są dwie różne rzeczy”. Tak więc, widzicie, to nie jest tak, że winę za ten stan rzeczy ponoszą polskie samorządy, które przegłosowały tę uchwałę, ale francuskie samorządy, które się na to wkurwiły. O tym, że hejtowanie mniejszości seksualnych jest dla wiceszefa MSZ „sprawą światopoglądową”, wspominać nie trzeba. Ciekaw jestem, jak zareagowałyby polskie władze, gdyby samorządy w krajach Zachodu zaczęły przegłosowywać analogiczne uchwały, z tą różnicą, że w miejscach, w których można było znaleźć odniesienia do mniejszości seksualnych, znalazłyby się odniesienia do Polaków. Konkretnie zaś ciekawi mnie to, czy to również zostałoby uznane za „sprawę światopoglądową”. No, ale to tylko dygresja. Samo zerwanie współpracy nie było jakoś specjalnie bolesne dla miast, bo (w telegraficznym skrócie) nie przełożyło się na żadne wymierne straty finansowe. Owszem, takie zerwane partnerstwo oznacza, że, delikatnie rzecz ujmując, może być problem z wymianami uczniów, ale potem do Europy wjechała pandemia i tego rodzaju problemy przestały być problemami. Teraz okazało się, że sprawa będzie miała ciąg dalszy. Otóż, UE uznało, że jeżel