Źródło: Publicystyka

Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza jest organizacją dobrowolną, gdzie mój los zależy od twojego zaangażowania i odwrotnie.

Zielone bojkoty – gdy budowlańcy walczyli o środowisko naturalne
26.09.2020
Zielony bojkot - blokada inwestycji w dzielnicy The Rocks (Sydney, 1973 r.)

W latach 1971-1975 lokalny oddział australijskiej Federacji Robotników Budowlanych uratował przed zniszczeniem ponad 40 parków, zabytkowych budynków i osiedli robotniczych w Sydney obejmując je tzw. „zielonymi bojkotami”. W tym samym czasie, dzięki aktywnym działaniom związku nastąpił wzrost płac w branży budowlanej, poprawiły się warunki socjalne, a pracownicy zyskali kontrolę nad przestrzeganiem zasad BHP. Historia ta pokazuje, że nie ma automatycznej sprzeczności między walką o prawa pracownicze i troską o środowisko naturalne. Jest także lekcją skutecznego organizowania się i budowania związkowej siły w skrajnie trudnych warunkach jakie panują w takich branżach jak budowlanka.

Tym ważniejsze jest opowiedzenie i przestudiowanie historii „bojkotów” dziś w Polsce – gdy spór między postulatami ekologicznymi a tymi dotyczącymi ochrony zatrudnienia wydaje się nieusuwalny w kontekście debaty o transformacji energetycznej. Jest to także wciąż aktualna lekcja budowania związkowej siły w skrajnie trudnych warunkach, jakie panują w branżach: budowlanej, gastronomicznej, handlu i turystyce i innych.

Fundamenty: ewolucja branży budowlanej i nowa strategia BLF

Historia zielonych bojkotów jest historią 4 lat walk prowadzonych przez oddział Federacji Robotników Budowlanych (Builders Laborers Federation – BLF) w stanie Nowa Południowa Walia. Zanim jednak BLF włączył się w działania na rzecz ochrony tkanki miejskiej i środowiska naturalnego, przez wiele lat pozostawał raczej marginalnym związkiem zawodowym, zarządzanym przez zachowawczo nastawione kierownictwo. Ewolucja od organizacji, która jeszcze w 1947 roku sabotowała walkę o 40-sto godzinny tydzień pracy, do związku, który aktywnie walczył nie tylko o swoich członków, ale angażował się także w tematy społeczne wymaga więc szerszego omówienia.

Po II Wojnie Światowej, w australijskiej budowlance każda grupa zawodowa (cieśle, zbrojarze, operatorzy żurawi, monterzy, malarze, elektrycy, hydraulicy…) miała własny związek – zazwyczaj o zasięgu krajowym z lokalnymi oddziałami w każdym ze stanów. Federacja Robotników Budowlanych była związkiem zrzeszającym robotników niewykwalifikowanych (zajmujących się wyburzeniami, kopaniem fundamentów), ale także hakowych i sygnalistów, którzy nie byli klasyfikowani jako „rzemieślnicy”.

W latach 50., wraz z powojenną poprawą koniunktury w branży budowlanej, do BLF dołączyło wielu młodych robotników, często imigrantów z różnych krajów. Wśród nich byli także aktywiści związani z lewicą: Jack Mundey, Joe Owens i Bob Pringle. Niezadowoleni z braku aktywności związku i kiepskich warunków pracy zdecydowali się powołać „Oddolny Komitet” - nieformalną grupę, początkowo zajmującą się głównie dyskutowaniem o codziennych problemach robotników budowlanych. Komitet zaczął wydawać własny biuletyn „the Hoist” („Dźwig”) i organizować akcje ulotkowe. Materiały komitetu odnosiły się problemów, z którymi stykała się na co dzień większość budowlańców: fatalny stan zaplecza socjalnego (brak ciepłej wody, szatni, miejsc do spożywania posiłków), brak pensji za przestoje wywołane złą pogodą, zatrudnianie na godziny, brak płatnych urlopów. Z czasem, poza akcjami informacyjnymi zaczęto organizować także protesty i akcje strajkowe – często we współpracy z innymi związkami z branży. Na poszczególnych budowach udawało się wywalczyć pensje za czas przerwy w pracy wywołanej deszczem, albo prysznice i ciepłą wodę w kranach.

Prawicowe kierownictwo BLF określało działania komitetu jako „komunistyczne wichrzycielstwo” i „niepotrzebne ryzykanctwo”. Zdarzały się nawet przypadki pobić osób aktywnych w komitecie przez bandytów powiązanych z szefem oddziału, Fredem Thomasem. Pomimo tej presji, grupa skupiona wokół Mundey’a mozolną pracą zdobyła poparcie większości członków BLF: widzieli, że ich akcje były skuteczne i bezpośrednio polepszały warunki pracy.

W 1961 r. grupa związana z komitetem wygrała wybory do zarządu oddziału BLF w Nowej Południowej Walii. Był to też moment, gdy w Sydney rozpoczął się gigantyczny boom budowlany związany ze zniesieniem limitu wysokości oraz wprowadzeniem nowych technologii i maszyn. Jak wspomina Mundey: „Gdy zaczynałem pracę w latach 50. najwyższe budynki miały 46 metrów lub 12 pięter, ale gdy znieśli limity, granicą stało się niebo”. Boom związany był także z brakiem regulacji chroniących tereny zielone i zabytki oraz liberalną polityką sprzedaży gruntów deweloperom pod realizację megainwestycji: dróg ekspresowych, parkingów, biurowców.

Dla wielu mieszkańców Sydney oznaczało to groźbę eksmisji lub znacznego pogorszenia jakości życia. Taka modernizacja miasta stała się więc zarzewiem konfliktów społecznych. Krytycznie wypowiadali się o niej także sami robotnicy budowlani: „Jaki jest pożytek z samych tylko wyższych płac, jeśli musimy mieszkać w miastach bez parków, pozbawionych drzew, w atmosferze skażonej zanieczyszczeniami i wibrującej od hałasu setek tysięcy samochodów osobowych?” - pytał Mundey w jednym z wywiadów.

Dla budowlańców, nowe inwestycje przyniosły natomiast zmianę warunków pracy: koncentrację większej liczby pracowników na budowie, dłuższe okresy zatrudnienia (po kilka lat, a nie kilka miesięcy), ale także nowe niebezpieczeństwa związane z pracą na wysokościach, oszczędzaniem na BHP czy presją na coraz szybsze tempo pracy.

Federacja odpowiedziała na te zmiany aktywnie, serią kampanii na rzecz wyższych płac oraz wyrównania stawek między różnymi zawodami (robotnicy budowlani, uznawani za „niewykwalifikowanych” zazwyczaj zarabiali dużo mniej od zawodów uznawanych za rzemieślnicze – operatorów żurawi, cieśli, hydraulików). Kontynuowała także działania komitetu na rzecz zapewnienia robotnikom infrastruktury socjalnej pod hasłem „ucywilizujmy branżę budowlaną”. Kumulacją tych działań była 5-tygodniowa seria strajków i pikiet w 1970 roku, która praktycznie sparaliżowała wszystkie budowy w Sydney. Jej efektem były podwyżki dla budowlańców – robotnicy niewykwalifikowani musieli otrzymywać co najmniej stawkę wynoszącą 90% stawki rzemieślników. Co ważne – w walce tej BLF uzyskała wsparcie niektórych związków „rzemieślniczych”, choć tradycyjnie ich członkowie patrzyli na „zwykłych” robotników z góry i nie zawsze poczuwali się do solidarności z nimi.

Te sukcesy umocniły Federację i otworzyły pole do otwarcia się na nowe tematy: w 1970 r. oddział w Nowej Południowej Walii w wewnętrznych dyskusjach przyjął zasadę „społecznej odpowiedzialności pracy” - robotnicy mieli uzyskać prawo do żądania, aby ich praca nie była wykorzystywana w szkodliwy sposób. To był fundament, na którym później można było oprzeć „zielone bojkoty”.

Budowlanka – praca społecznie odpowiedzialna

Sama historia „zielonych bojkotów” zaczyna się w czerwcu 1971 r., trochę przypadkowo. Wtedy to grupa kobiet z przedmieścia Hunter Hills zwróciła się do Federacji z prośbą o pomoc: ostatni kawałek dzikiego buszu w zatoce Sydney (Kelly’s Bush) miał zostać wycięty aby zrobić miejsce kompleksowi biurowców. Związek odpowiedział, że pomoże, jeżeli prośba ta ma faktycznie poparcie społeczności Hunter Hills. Kobiety zorganizowały więc spotkanie, na którym ponad 600 osób poparło zwrócenie się do BLF z prośbą o objęcie inwestycji bojkotem – było to od dawna stosowane narzędzie w ruchu związkowym w Australii: członkowie związku odmawiali pracy przy projekcie, który był objęty bojkotem, aby wywrzeć presję na pracodawcę. Do tej pory jednak bojkoty związkowe stosowano zazwyczaj w sprawach płacowych lub związanych z BHP.

Związkowcy ogłosili więc, że Kelly’s Bush jest objęty „zielonym bojkotem” i żaden z członków BLF nie będzie pracował przy jego zabudowie. Deweloper odpowiedział groźbą użycia łamistrajków, ale wtedy na innych jego budowach w mieście budowlańcy przyjęli stanowisko zapowiadające, że „jeżeli choć jedno drzewo w Kelly’s Bush zostanie wycięte, te niedokończone budynki zostaną takie na zawsze – jako pomnik dla buszu”. To sprawiło, że busz przetrwał do dnia dzisiejszego, a do Federacji zaczęły zgłaszać się kolejne grupy mieszkańców walczące z deweloperami.

W kolejnych latach nastąpił prawdziwy wysyp konfliktów podobnych do Kelly’s Bush: budowlańcy bojkotowali m.in.: plan budowy parkingu podziemnego pod Królewskimi Ogrodami Botanicznymi, który zagrażał korzeniom starych figowców; projekt wycięcia parków Centennial Park i Moore Park, aby zrobić miejsce pod stadiony i parkingi, które planowano wybudować w ramach starań o organizację igrzysk olimpijskich – w tym drugim przypadku, BLF wskazało alternatywną lokalizację (opuszczone tereny pofabryczne), na którą ostatecznie zdecydowały się władze miasta.

Bojkoty objęły także projekty „rewitalizacji” osiedli i dzielnic robotniczych, które najczęściej zakładały wyburzanie zabytkowych domów i budowę w ich miejsce luksusowych apartamentowców i biurowców. Tak było np. w przypadku The Rocks – osiedla domów wybudowanych w Zatoce Sydney jeszcze w XVIII wieku, które w latach 70. zamieszkałe było głównie przez robotników, a czynsz za wynajem był regulowany. Dzięki walce BLF, The Rocks zachowano w niezmienionej formie i do dziś stanowi ono atrakcję turystyczną w Sydney, przyciągającą każdego roku setki tysięcy turystów. Innym osiedlem, które zostało uratowane dzięki bojkotom było Woolloomooloo – dzielnica portowa, gdzie w dużej mierze mieszkali rybacy i robotnicy portowi, a którą deweloper chciał zamienić w kompleks hoteli, biur i parkingów. Bojkot Woolloomooloo utrzymał się do 1975 r., kiedy to mieszkańcy zgodzili się na nową wersję projektu dewelopera – 65% terenu pozostawiono na niską zabudowę mieszkaniową z regulowanymi czynszami, a w całym osiedlu zaplanowano liczne tereny zielone.

Kolejne bojkoty objęły projekty budowy dróg ekspresowych, mających stać się „wewnętrzną obwodnicą” Sydney i które miały stanąć na miejscu dzielnic robotniczych wokół Victoria Street i Kings Cross. Ta walka była szczególnie zażarta, ponieważ deweloperzy powiązani z półświatkiem kilkukrotnie próbowali eksmitować lokatorów przy pomocy wynajętych bandytów. Napięcie było tak duże, że w 1974 r. doszło do kilkugodzinnej bitwy z policją gdy deweloperzy próbowali po raz kolejny eksmitować mieszkańców na jednym z osiedli. Rok później, jedna z aktywistek zaangażowanych w kampanię w obronie osiedli wokół Victoria’s Street – dziennikarka Juanita Nielsen - „zaginęła”, a jej ciała nigdy nie odnaleziono.

W 1972 r. o pomoc Federacji zaapelował National Trust – organizacja pozarządowa powołana w celu ochrony zabytków, której dotychczasowe starania wpłynięcia na władze miasta i deweloperów przez petycje, spotkania, czy loobing w parlamencie nie przyniosły żadnych efektów. Po krótkiej dyskusji BLF ogłosiło, że zielone bojkoty automatycznie obejmą wszystkie inwestycje, które zagrażały 170 budynkom z listy przygotowanej przez National Trust.

Łącznie, w okresie od 1971 r. do 1975 r. bojkoty objęły ponad 40 inwestycji, wartych ok. 5 miliardów dolarów australijskich. Większość z nich była skuteczna – budynki i parki stoją po dziś dzień w Sydney, a tam, gdzie dokonano rewitalizacji osiedli robotniczych, deweloperzy lub władze uwzględniali najważniejsze żądania mieszkańców i mieszkanek. W jednym z wywiadów dla prasy, Mundey przedstawił szerzej koncepcję, jaka przyświecała budowlańcom przy podjęciu decyzji o rozpoczęciu bojkotów – odpowiadając jednocześnie na zarzuty, że bojkoty „pozbawiają robotników pracy”:

„Tak, chcemy budować. Ale wolimy budować pilnie potrzebne szpitale, szkoły i inne obiekty użyteczności publicznej; mieszkania dobrej jakości, które zaprojektowano myśląc o środowisku naturalnym. Wolimy to, niż budowę brzydkich, nieprzemyślanych architektonicznie szklano-betonowych biurowców. I chociaż chcemy, aby wszyscy nasi członkowie mieli pracę, nie będziemy robotami sterowanymi przez deweloperów, dla których bardziej liczą się dolary, niż środowisko. W coraz większym stopniu będziemy decydować o tym, co budujemy. Stawką są interesy ekologiczne 3 milionów ludzi – nie można ich zostawić na pastwę deweloperów i pracodawców z branży budowlanej, których celem jest tylko zysk.”

Bojkoty nie były jednak działaniem samych tylko robotników budowlanych. Ich sednem była współpraca ze społecznościami lokalnymi. Za każdym razem ściśle stosowano się do zasady, że bojkot musi mieć poparcie społeczności lokalnej lub wynikać z zaleceń National Trust. Zdarzały się przypadki, gdy bojkot był „zdejmowany” na wniosek mieszkańców, jeżeli deweloper zmieniał swoje plany w sposób, który im odpowiadał. Wspomogło to rozwój organizacji lokatorskich i dzielnicowych (ruchów miejskich) zaangażowanych w walkę o jakość przestrzeni miejskiej – w 1974 r. w całym Sydney działało ok. 100 takich organizacji zrzeszonych w „Koalicji Grup Działania Mieszkańców” (CRAG – Coalition of Resident Action Groups).

W tej współpracy związek – ze względu na kontrolę nad procesem budowy – zapewniał grupom mieszkańców „mięśnie” i „zęby” do wymuszenia na władzach i biznesie uwzględnienia w decyzjach inwestycyjnych interesów i oczekiwań społeczności lokalnych. Z drugiej strony, organizacje zrzeszone w CRAG wspierały bojkoty fizycznie uczestnicząc w blokadach i okupacjach placów budowy, zbierały pieniądze na grzywny, na różne sposoby manifestowały publicznie poparcie dla działań związku.

Źródła siły Federacji

Historia zielonych bojkotów może się wydać z dzisiejszej perspektywy nieprawdopodobna – głównie dlatego, że ciężko wyobrazić sobie zarówno tak silną organizację związkową w branży budowlanej, jak i to, że poza dbaniem o interesy materialne (pensje i warunki pracy) swoich członków, podejmuje ona działania dla dobra wspólnego, niejako „wbrew własnym interesom”. Wydaje się, że ta niesamowita historia mogła się wydarzyć, ze względu na splot trzech czynników: przemian w branży budowlanej, korzystnej koniunktury oraz reorganizacji oddziału BLF w Nowej Południowej Walii. Za Beverly Silver, możemy więc mówić o dwóch źródłach siły australijskich budowlańców, które umożliwiły zielone bojkoty: sile strukturalnej (wynikającej z nowej organizacji pracy i boomu budowlanego) oraz organizacyjnej (wynikającej ze zmian w organizacji BLF).

Opisany powyżej boom budowlany w Sydney sprawił, że w branży budowlanej praktycznie nie istniał problem bezrobocia – znalezienie pracy nie było problemem nawet po zwolnieniu dyscyplinarnym, tak duże było zapotrzebowanie na „ręce do pracy”. Rotacja pracowników i zmiany miejsca pracy były wciąż powszechne, ale nie wiązały się np. z problemem długotrwałej utraty dochodu. Jednocześnie, do branży trafiło wielu młodych robotników, często imigrantów, którzy nie bali się protestów i nie mieli negatywnych doświadczeń z akcjami strajkowymi czy represjami ze strony pracodawców. Z drugiej strony, większa liczba pracowników zatrudnianych na budowach dawała robotnikom poczucie siły wynikające z liczebności i większej anonimowości. Wreszcie, upowszechnienie nowych technologii sprawiło, że robotnicy budowlani zaczęli wykonywać coraz bardziej skomplikowane i wymagające prace – stawali się coraz bardziej potrzebni i trudni do zastąpienia, a ich prace były często kluczowe dla rozpoczęcia samych inwestycji (wyburzenia i kopania fundamentów).

Jednak zmiany w procesach technologicznych i wzrost zatrudnienia w budowlance same w sobie nie były warunkiem wystarczającym do zmian. W tym samym czasie np. związek zawodowy hydraulików, którzy również zyskali większą siłę strukturalną, trzymał się z dala tak od bojkotów, jak i jakichkolwiek bardziej radykalnych działań. Zainteresowanie ekologią i polityką mieszkaniową w przypadku BLF było efektem zmian, jakie zaszły w tej organizacji: zarówno na poziomie wewnętrznych procedur, jak i na poziomie „ideowym”. Jeśli chodzi o wewnętrzne procedury, od czasu zmiany kierownictwa BLF w 1961 r. wprowadzono limit kadencji dla osób w zarządzie (po 6 latach członkowie zarządu musieli wrócić do normalnej pracy), większość decyzji podejmowano na zebraniach walnych wszystkich członków i dużo aktywniej prowadzono działania informacyjne. Jednocześnie, wielu członków BLF było związanych z Australijską Partią Komunistyczną, która w latach 60., a zwłaszcza po inwazji ZSRR na Czechosłowację w 1968 r. zaczęła dystansować się od państwowego komunizmu w wersji znanej ze Związku Radzieckiego i otworzyła się na idee Nowej Lewicy – zainteresowanie ekologią, demokracją, krytykę wszelkich hierarchii i struktur władzy. Te idee zostały następnie przeniesione na codzienną działalność związkową w formie zielonych bojkotów.

Epilog: „Interwencja” i koniec bojkotów

Historia zielonych bojkotów kończy się w 1975 r. Wtedy to przed sądem toczyło się postępowanie o wyrejestrowanie całej federacji budowlańców. Wniosek złożyła organizacja pracodawców, chcąc w ten sposób zakończyć blokadę inwestycji wartych miliardy dolarów australijskich. Wyrejestrowanie oznaczało, że w nadchodzących rokowaniach na temat przedłużenia branżowego układu zbiorowego pracy dla budowlanki, BLF nie będzie uwzględnione po stronie związkowej.

Deweloperzy nie ograniczyli się jednak tylko drogi sądowej – udało im się wywrzeć presje na centralę BLF i jej ówczesnego sekretarza, Normana Gallaghera i namówić go do likwidacji oddziału w Nowej Południowej Walii. Pod pretekstem „zbadania nieprawidłowości finansowych”, a w rzeczywistości realizując żądania pracodawców, Gallagher rozpoczął w Sydney „interwencję” - ogłosił stworzenie nowego oddziału BLF i przy współpracy pracodawców (a także bardzo prawdopodobne, że za ich pieniądze) zadbał o to, aby legitymacji członkowskich nie otrzymał nikt związany z dotychczasowym kierownictwem oddziału. Przez pewien czas w Nowej Południowej Walli działały więc 2 oddziały BLF – jeden związany z grupą Mundey’a, drugi zarządzany przez centralę.

Z uwagi na niepewną sytuację prawną związku i chaos jaki wywołałoby działanie dwóch organizacji robotników budowlanych na jednym terenie, Mundey wraz zresztą zarządu dotychczasowego oddziału BLF wezwali wszystkich pracowników do wstępowania do oddziału pod kontrolą centrali, aby tam kontynuować działalność. Większość działaczy popierających dotychczasową linię BLF w Sydney została jednak wpisana na „czarne listy” przez pracodawców i nie mogła znaleźć pracy w branży.

„Interwencja” zakończyła epopeję zielonych bojkotów – chociaż BLF została kilka lat później ponownie zarejestrowane, to nigdy nie powróciła do siły, jaką miała w latach 70. i po pewnym czasie ponownie wykreślono ją z rejestru organizacji związkowych. Norman Gallagher został natomiast skazany za korupcję – przyjmowanie korzyści majątkowych od deweloperów, za które wybudował sobie dom na plaży.

Jakub Grzegorczyk


Tarcza 4.0 uderza w pracowników instytucji kultury
27.06.2020
protest pracownic i pracowników warszawskich instytucji kultury

Rząd kontynuuje politykę przerzucania kosztów kryzysu na pracowników i odbierania nam elementarnego poczucia bezpieczeństwa. Tym razem, w ramach „Tarczy 4.0” partia rządząca postanowiła pogrążyć jedną z najgorzej zarabiających grup sektora publicznego – pracowników instytucji kultury.

 Tzw. „Tarcza 4.0” (Ustawa o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o uproszczonym postępowaniu o zatwierdzenie układu w związku z wystąpieniem COVID-19) włącza instytucje kultury w mechanizm obniżania wynagrodzenia i wymiaru czasu pracy wprowadzony „Tarczą 1.0”.

Umożliwia to poprawka zgłoszona przez senatora Prawa i Sprawiedliwości Grzegorza Biereckiego na wspólnym posiedzeniu senackich Komisji Rodziny, Polityki Senioralnej i Społecznej, Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej oraz Komisji Budżetu i Finansów Publicznych 17 czerwca, przyjęta w kolejnych dniach przez Senat i Sejm.

Pojawienie się tych przepisów jest o tyle zaskakujące, że potrzeba ich wprowadzenia nie była wcześniej zgłaszana w przestrzeni publicznej. Taka propozycja nie pojawia się w przesłanych do ustawy opiniach Związku Gmin Wiejskich RP, Związku Powiatów Polskich czy innych organizacji. Również prezydenci największych polskich miast apelowali do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotra Glińskiego o refundację utraconych wpływów z biletów z budżetu, objęcie programami pomocowymi w ramach Polskiego Funduszu Rozwoju samorządowych instytucji kultury czy umożliwienie tworzenia programów socjalnego wsparcia, a nie o możliwość objęcia przestojem ekonomicznym pracowników instytucji kultury.

Mechanizm objęcia pracowników tzw. „przestojem ekonomicznym” lub zmniejszania wymiaru czasu pracy opisaliśmy szerzej tutaj. Oba te narzędzia pozwalają pracodawcy na znaczne obniżki wynagrodzeń oraz dofinansowanie zredukowanych wynagrodzeń i składek na ubezpieczenie społeczne z drenowanego Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Różnicą jest to, że w przypadku samorządowych instytucji kultury 40% dofinansowania jest wypłacane ze środków FGŚP, a 60% ze środków organizatora instytucji, który określa zasady wypłaty i rozliczenia świadczeń ze swojej strony. Dofinansowanie przyznawane jest na trzy miesiące i może wynieść 50% minimalnego wynagrodzenia za pracę. Podobnie, jak w przypadku poprzednich ustaw antykryzysowych, istnieje możliwość zawieszenia ponadzakładowych oraz zakładowych układów warunków umów o pracę.

Z naszej analizy warunków zatrudnienia wynika obawa, że zapisane w ustawie ograniczanie wymiaru czasu pracy w praktyce nie będzie przestrzegane a rozwiązania wprowadzone w ustawie sprowadzą się de facto do obniżki – i tak już niskich – wynagrodzeń. Ewidencja czasu w wielu instytucjach kultury jest fikcją, zwłaszcza gdy pracownicy pracują w zadaniowym czasie pracy lub funkcjonują w modelu projektowym. W bibliotekach i domach kultury w mniejszych miejscowościach wymiar czasu pracy był już obniżany w celu obejścia przepisów o podwyżce pensji minimalnej. Nie szło za tym jednak zmniejszenie zakresu obowiązków i prawdziwego czasu pracy.

Pracownicy instytucji kultury od lat są jedną z najgorzej wynagradzanych grup pracowników sektora publicznego. Średnie wynagrodzenie w działalności związanej z kulturą, rozrywką i rekreacją w sektorze publicznym wynosiło w 2018 roku 4171,55 zł brutto (Rocznik Statystyczny Pracy, GUS 2019 ). I tradycyjnie, jeśli chodzi o sektor publiczny niższe było tylko w dziale „zakwaterowanie i gastronomia”.

Jednocześnie tymi przepisami rząd daje samorządowym organizatorom instytucji kultury wygodne alibi do niezwiększania dotacji instytucjom. Proponuje następującą logikę działania: spadki dochodów mają być rekompensowane niższymi wynagrodzeniami pracowników. Jedynym narzędziem pozwalającym przeciwstawić się tej tendencji są niezależne związki zawodowe, pozwalające pracownikom negocjować warunki porozumień w ramach „Tarcz Antykryzysowych”. Niestety sektor jest słabo uzwiązkowiony, również z powodu plagi umów śmieciowych i outsourcingu.

Tymczasem rząd zamiast zająć się walką z tymi negatywnymi zjawiskami, na polu polityki antykryzysowej powiela rozwiązania wypracowane w latach 2009-2013 przez Platformę Obywatelską i Polskie Stronnictwo Ludowe. A nawet je pogłębia, choćby wprowadzając przepisy pozwalające na obniżki wynagrodzeń w instytucjach kultury czy masowe zwolnienia kolejnych grup pracowników jednostek sektora finansów publicznych. Polityka zaciskania pasa pracownikom może jednak wkrótce zakończyć jego dobrą passę.

Łukasz Jaskuła


List z Chin. Czy Chiny kupiły czas dla Zachodu?
29.05.2020
fotografia dostępna na licencji CC Creative Commons CC BY-SA 2.0 (Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.0)

Propaganda lokalnej (tj. chińskiej) partii, rozpowszechnia coraz szerzej tezę, że Chiny kupiły Zachodowi czas, by mógł zareagować na koronawirusa. Uważam, że tekst napisany przez Mike’a Davisa jest istotny i w dużej mierze prawidłowy, jednakże jego poniższe stwierdzenie było dla mnie trudne do przełknięcia: „Za rok będziemy mogli spojrzeć z podziwem na sukces Chin w powstrzymaniu pandemii, lecz z przerażeniem na porażkę USA”.

Dlaczego nie jest możliwa krytyka żałosnych warunków, panujących w USA, bez wpadania w zachwyt nad operacją policyjną Chin? Podziw wobec „chińskiego sukcesu” łączy w sobie zbyt wiele kwestii: sam kraj, partię komunistyczną, policję, ludność i pracowników. Dlaczego to właśnie Mike Davis był w stanie napisać coś takiego? Nikt nie musi wybierać pomiędzy „Zachodem” i „Chinami”, zwłaszcza jeśli chodzi o koronawirusa!

13 marca w „New York Timesie” pojawił się artykuł autorstwa korespondenta zagranicznego z Pekinu, w którym stwierdzono, że „Chiny kupiły Zachodowi czas. Zachód zmarnotrawił go”. Oczywiście autor tego tekstu, podobnie jak Mike Davis, pragnął skrytykować całkowicie niewystarczające i błędne środki podjęte przez USA i Europę.

Co jednak „Zachód” powinien był robić? Czy po podjęciu przez Chiny pierwszych kroków w sprawie blokady i zastosowaniu drakońskich środków wszystko, co działo się wcześniej, było jedynie niedbalstwem i brakiem decyzyjności? Czy kryterium sukcesu lub porażki podjętych środków jest liczba ofiar? Czy tym kryterium nie powinno być cierpienie, które udało się ograniczyć lub dodatkowo wywołać? Kto jest podmiotem, o którym rozmawiamy?

Przykłady podane w artykule „New York Timesa” są prawdziwe i powszechnie widoczne w Chinach: umieszczone w parkach megafony, nadające ostrzegawcze ogłoszenia; dwukrotny pomiar temperatury ciała przed opuszczeniem kraju; bombardowanie propagandą itd. Tylko na ulicy przy moim domu znajduje się pięć megafonów, na cały regulator od rana do nocy nadających komunikaty: powinieneś myć ręce, wychodzić z domu rzadko, unikać kontaktów społecznych. Jest to jednak niedorzeczne i nikt nie zwraca na to większej uwagi. Autor z „New York Timesa” stwierdza, że „pomiar temperatury na lotniskach, wprowadzenie dystansu społecznego oraz ofiarowanie darmowej opieki medycznej wszystkim zainfekowanym Covid-19 nie mają znamion autorytaryzmu”. Wykrywanie gorączki na lotniskach zidentyfikowało jedynie około połowy zakażonych SARS, a w przypadku koronawirusa odsetek ten mógłby być jeszcze niższy ze względu na możliwość bycia zainfekowanym bez towarzyszących temu objawów. Nie chodzi jednak o pomiar temperatury (patrz niżej)! Wprowadzenie dystansu społecznego jest mimo to autorytarne, kiedy przykładowo policja przechadza się ulicami, uderzając pałkami w stoliki do madżonga, lub gdy drzwi wejściowe zabija się od zewnątrz. Darmowa opieka medyczna w rzeczywistości zaś nie działa tak dobrze, jak na papierze.

Podejmowane przez państwo środki mają na celu sianie strachu. Pomiar temperatury, przeprowadzany przed moim budynkiem i na targu warzywnym był częścią tego teatru horroru. W przypadku wielu osób wykryta bywa rzekoma, lecz nieistniejąca faktycznie gorączka, traktowani są oni z podejrzliwością i są dyskryminowani. Przede wszystkim są oni przerażeni. Martwisz się, zanim jeszcze ulegniesz zarażeniu i żyjesz w strachu przed wymuszoną izolacją. Tym, co wydało mi się straszne, jest fakt, że potrzebujący pomocy chorzy przekształceni zostali w źródła niebezpieczeństwa. Liczne banery stwierdzały to wprost: „Ludzie z Hubei to tykające bomby zegarowe”, „Jeśli kochasz życie, nie idź między ludzi”, „Obcy to ukryte zagrożenie”. Podjęte środki w żadnym przypadku nie opierały się na współpracy. Były wprowadzane jako operacje policyjne. Pacjenci i ludzie potencjalnie chorzy byli traktowani jedynie jako obiekty kontroli. Ktoś mierzy Twoją temperaturę, ale nie podaje Ci wyniku pomiaru, gdyż nie chodzi o to, czy jesteś chory, a o wykonywanie rozkazów.

W tym samym czasie mało który z chorych został zidentyfikowany dzięki wykorzystaniu niniejszych środków (łatwo też oszukać ich mechanizmy kontrolne). Z racjonalnego punktu widzenia jest to hokus-pokus, jak przywiązywanie drewnianych klocków do czoła jako ochrony przed wirusem czy modlitwa do boga, jak zrobił to Mike Pence (drewniane klocki miałyby tę zaletę, że wciąż przypominałyby o obecności wirusa oraz o niedotykaniu twarzy, w podobny sposób noszenie masek jest ciągłym przypomnieniem o konieczności zachowania ostrożności).

Informacje o środkach, których moglibyśmy nauczyć się od Chin, są także dość słabe. Autor poleca teatr kwarantanny albo rozwiązania autorytarne. Przejmowanie przez państwo kosztów leczenia jest jedyną rozsądną wskazówką, jaką daje autor artykułu. Mógł on wspomnieć o zwiększeniu przez chiński rząd ochrony przed zwolnieniami z pracy oraz zwolnieniu z czynszu w trakcie epidemii!

Jedynie środki, które budują zaufanie (wspólny interes związany z utrzymaniem zdrowia publicznego, unikanie ludzkiego cierpienia, uzyskanie pomocy medycznej w przypadku choroby itd.) mogą być efektywne. Oczywiście interesuje mnie współpraca w wykrywaniu i powstrzymywaniu rozwoju choroby. Jeśli sam poddam się izolacji lub społecznej separacji (co jest łatwiejsze, niż mi się wydawało), zredukuję współczynnik infekcji podobnie do przymusowej izolacji. Zawsze mogę zdecydować, czy wyjdę zaczerpnąć świeżego powietrza, odebrać z apteki lekarstwo na chroniczne schorzenie, czy pomóc babci w pracach domowych. Wszystkie te niezbędne drobiazgi w związku ze środkami przymusu stały się nierozwiązywalnymi problemami, o czym świadczy całkiem spora liczba samobójstw.

Sekwencja zdarzeń

Pierwszy przypadek został zarejestrowany 17 listopada. Do końca grudnia istniały już jasne dowody zaraźliwości wirusa i było około 266 przypadków zakażeń, z czego jedynie 27 zostało zgłoszonych do WHO. 7 stycznia Xi Jinping na wewnętrznym spotkaniu Komitetu Wykonawczego Biura Politycznego wygłosił oświadczenie w sprawie walki z wirusem. 14 stycznia WHO, powołując się na doniesienia z Chin, stwierdziła brak dowodów na zakażalność, mimo tego, że zakażonych było wówczas prawdopodobnie około 500 lekarzy i pielęgniarek. 18 stycznia samorząd Wuhan zorganizował imprezę noworoczną, w której uczestniczyło ponad 10 tys. osób. Dwa dni później ujawniono, że wirus może przenosić się między ludźmi. Dopiero od tej chwili publicznie można mówić o zakażalności wirusa. Mimo to około 5 mln ludzi z Wuhan opuściło miasto przed blokadą. Dla mnie mniejsze znaczenie ma to, czy blokada musiała być nałożona „wcześniej czy później”, niż sposób reakcji. Coraz więcej raportów badawczych stwierdza, że zakażonych zostałoby o 66 proc. mniej ludzi, gdyby „Chiny” zareagowały o tydzień wcześniej. Gdyby informacje uzyskane od lekarzy zostały wzięte na poważnie w grudniu, zamiast ich dyscyplinować, można było zatrzymać wirus w Wuhan.

Po tym, jak Komunistyczna Partia Chin (KPCh) popełniła ten kolosalny błąd, niezliczeni wolontariusze, akceptujący ryzyko infekcji i setki milionów Chińczyków poświęciły wiele dla ochrony siebie i innych od dalszych zakażeń. Czynili to stosując przymusowy zakaz wolnego przemieszczania się (zamknięci, zabarykadowani lub za zaspawanymi drzwiami mieszkań) lub przez samonarzuconą izolację społeczną czy pozostawanie w domu.

W związku z tym możemy zapytać, czy Chiny lub partia komunistyczna kupiły więcej czasu dla ludności Chin i reszty świata. Dla mnie odpowiedź jest jasna: nie, partia tego nie zrobiła. Zrobili to zwykli ludzie pracy Chin, gdyż to oni realnie próbowali opóźnić rozprzestrzenianie się wirusa. Nawet oni jednak nie „kupili Zachodowi więcej czasu”. To, co stało się w Chinach po 20 stycznia, nie powinno być postrzegane w ten sposób, lecz raczej w kategoriach własnej ochrony. Własnej ochrony zwykłych ludzi i ochrony własnej klasy rządzącej służącej ochronie swoich własnych przywilejów.

Nie powinniśmy rozmawiać o „Chinach”, lecz dokonać kategorycznego rozróżnienia między KPCh a ludnością. W dalszej kolejności między pracownikami najemnymi, klasą średnią i super bogatymi. Stąd też komentarz „New York Timesa” jest tak ograniczony. Mówi jedynie o krajach, odnosząc się do sfery kulturowej, zgodnie z założeniem, że w przypadku epidemii nie występują podziały klasowe. Nie dziwi więc stwierdzenie autora, że „wymuszone dystansowanie społeczne” w Chinach nie jest autorytarne!

Powodem katastrofy nie jest wirus, lecz totalne środki (i porażki) zastosowane w jego zwalczaniu

Osiągnięcia państwa chińskiego w prewencji i środkach wyprzedzających służących opanowaniu pandemii są złe (SARS, afrykański pomór świń). Natomiast w lutym w zachodniej prasie opublikowano wiele artykułów, które brak demokracji parlamentarnej i wymiaru sprawiedliwości w stylu zachodnim uczyniły odpowiedzialnymi za „niezdolność Chin” do odpowiednio wczesnego wykrycia zagrożenia pandemią i zwalczania go w przejrzysty sposób. W ten sposób broniono liberalne demokracje, w których faktycznie wzrósł poziom nierówności i represji. Stąd też impuls dla dziennikarza „New York Times” i Mike’a Davisa by wytknąć mnóstwo nonsensów, niechlujstwa i brutalności występujących w walce z wirusem również poza granicami Chin. W międzyczasie dokonał się zwrot i massmedia wychwalają „Chiny” w szczególności za drakoński sposób traktowania ludzi. W tym miejscu argumentacja Mike’a Davisa i innych staje się nie tylko absurdalna, ale i niebezpieczna.

Przywództwo państwa chińskiego nie jest niekompetentne dlatego, że wymachuje czerwonymi flagami komunizmu czy też dlatego, że nie przeprowadza wolnych wyborów. Jest takie dlatego, że hierarchiczny ład społeczny, oparty na wyzysku większości przez mniejszość jest w najwyższym stopniu irracjonalny i nie zważa na ludzką biedę, którą powoduje. Pomiędzy połową grudnia a 20 stycznia, przy użyciu policji i środków dyscyplinujących, KPCh uniemożliwiła setkom lekarzy i pielęgniarek wzajemnie informowanie się o rosnącym wskaźniku zakażeń wirusem. Przypuszczam, że dzielenie się środowiska lekarskiego informacjami o nowych chorobach jest normą, podobnie jak ostrzeganie się pracowników budowlanych o wadliwym rusztowaniu.

Zdolność KPCh do zorganizowania na taką skalę cenzury i represji w Wuhan i w innych miejscach jest wyrazem koncentracji jej władzy. Ekstremalne nierówności materialne, przemoc wobec ludzi stojących niżej w hierarchii dostępu do bogactwa, w szczególności względem kobiet, wysoki współczynnik wypadków przy pracy itd. są tego codziennymi konsekwencjami. Ten monopol na władzę nie powinien w żadnym wypadku być postrzegany lub zrównany z byciem „najdoskonalszym państwem nadzoru”. Przeciwnie, całe to megalomańskie przedstawienie toczy się w chaotyczny sposób, na gruncie nieformalnych stosunków. Każdy tryb w maszynie ma poboczny interes i nikt nie przedstawia przełożonym pełnej prawdy. Ludzie są społecznie obezwładnieni cenzurą, nie istnieje prawo do zgromadzeń, a instytucje państwowe są relatywnie duże. Stąd też wypadki i katastrofy przybierają tu większą skalę.

To samo wydarza się w „demokracjach liberalnych”, w krajach Europy, pomimo, że rządzące nimi partie nie byłyby w stanie zagłuszyć sygnałów ostrzegawczych, płynących od lekarzy i pielęgniarek, w tak długi i w tak skuteczny sposób, jak stało się to w Wuhan. Istnieje historyczny związek między porażką w wykrywaniu zagrożenia pandemią i w zwalczaniu jej oraz prostackim korzystaniem z instrumentów władzy i wyzysku.

W czasach kryzysu władcy jeszcze zacieklej bronią swoich przywilejów klasowych. Pandemia (i walka z nią) nie „czynią nas równymi”, lecz zaostrza nierówności społeczne. Pracownicy pozbawieni umów o pracę cierpią bardziej niż ci, którzy ją mają. Pracownicy administracji publicznej i pracownicy umysłowi z wielkich korporacji często mogą pracować w domu bez większych niewygód i nie muszą martwić się o comiesięczną wypłatę. Bogaci mogą stracić część swojego majątku, lecz ich życie w willach nie jest zagrożone. Dysponują oni przywilejem dostępu do informacji i (prewencyjnej) ochrony i wreszcie mogą naprawdę rozpędzić się swoimi SUVami na pustych ulicach (to nie żart!).

Gdy ludzie wracają do miejscowości na wybrzeżu, rząd rozróżnia ich między właścicielami a lokatorami. Właściciele mogą izolować się w swoich domach, ale lokatorom nie pozwala się na powrót. Muszą oni pozostawać przez dwa tygodnie w hotelach kwarantannowych, za pobyt, w których sami muszą zapłacić. Istnieje wiele powodów, by przeciwstawiać się temu utwierdzaniu, a nawet zaostrzaniu nierówności społecznych, którego celem jest utrzymanie istniejących stosunków władzy. Poza formami symbolicznymi bycie w opozycji jest jednak tu trudne. Może w Europie zadziała to lepiej!

Alienacja od „Zachodu”

Kiedy w Hubei została nałożona „blokada”, moi przyjaciele w Hongkongu uważali, że to tylko skazana na porażkę akcja pokazowa. Przyjaciele w Chinach kontynentalnych twierdzili, z drugiej strony, że decyzja pewnych europejskich państw o nienakładaniu rygorystycznych ograniczeń, twierdzenia o łagodzeniu i „odporności stadnej” były nieodpowiedzialne i szokujące.

Odnoszę wrażenie, że wielu Chińczyków akceptuje partyjną propagandę, samozadowolenie władz, jak również krytykę względem niedbałości i braku zdecydowania innych krajów. Nie mają oni jednak większego wyboru. Z jednej strony istnieje brak zaufania wobec rządu (który objawił się podczas „blokady” w postaci blokowania dróg i niechęci względem powrotu do pracy). Z drugiej strony ludzie przyzwyczaili się do poczucia bezsilności. Wielu akceptuje oficjalne wiadomości jako w trzech czwartych prawdziwe, ponieważ „to wszystko nie może być tylko kłamstwem”. Dodatkowo wielu czuje dumę, jest przepełnionych arogancją i szowinizmem podkreślając siłę Chin.

Wszystko to zwiększa poczucie wyobcowania od „Zachodu” lub obcokrajowców. Wyobcowanie to nasila się, i sądzę, że jest to skutek mniej lub bardziej systematycznych działań, w różnych postaciach poprzez wielką propagandę i drobne doniesienia, opierając się na ograniczonych kontaktach osobistych między Chińczykami a obcokrajowcami.

Nacjonalizm Ministerstwa Spraw Zagranicznych wzmaga to jeszcze bardziej. Doktryna młodej generacji chińskich dyplomatów wydaje się dwojaka. Z jednej strony podkreślanie „prawa silniejszego”, z drugiej zaś odgrywanie ofiary („Chiny są prześladowane przez społeczność międzynarodową, choć i tak już są pod obstrzałem”). Zmieniają kurs w zależności od tego, czy państwo chińskie jest obwiniane o ukrywanie pandemii lub też od tego, czy KPCh ponownie zamierza wytoczyć działa antyimperializmu.

Ważnym celem partyjnej propagandy są Chińczycy mieszkający za granicą. Zwiększa ona ich alienację i utrudnia lokalną integrację. Czytałem wiele postów w mediach społecznościowych, podejmujących temat środków podejmowanych przy zwalczaniu pandemii w Niemczech lub w Anglii, czy też opisujących podróż powrotną do Chin. Wielu autorów tych komunikatów nie przedstawia brutalnego nacjonalizmu, lecz głębokie poczucie niezrozumienia. Tolerują inne sposoby walki z pandemią, lecz ostatecznie uznają chiński rząd za jedyny zdolny do zdecydowanych działań.

Początek brudnej wojny propagandowej

„Zachodni przywódcy”, tacy jak Trump czy Pompeo krzyczą o „wirusie z Wuhan” lub „chińskim wirusie”. W tym samym czasie KPCh rozsiewa w Chinach plotki, że amerykańscy żołnierze rozprzestrzeniali wirusa w październiku podczas światowych igrzysk wojskowych w Wuhan (może pamiętacie, że chińska drużyna została zdyskwalifikowana za oczywiste oszustwa).

Partia przechwala się, jak dobrze „poradziła sobie” z kryzysem, wykorzystując wysiłek wolontariuszy i jednocześnie cenzurując jakąkolwiek krytykę. Gdy Xi odwiedził Wuhan, policja stała na balkonach mieszkań, by móc zdławić jakikolwiek głos niezadowolenia, tak, jak stało się to tydzień wcześniej podczas wizyty wicepremierki. Nie jest istotnym, jak sprawy się potoczyły. KPCh sprzeda każdą katastrofę jako zwycięstwo i wyraz swojej siły. Robią to w sposób błyskawiczny, zanim jakiekolwiek szczegóły dotyczące zasięgu katastrofy i faktycznej liczby ofiar ujrzą światło dzienne. Nie jest to niczym nowym, ale w obliczu ekonomicznej i politycznej siły Chin, globalnej pandemii i narastającego napięcia między globalnymi potęgami, kwestia ta nabiera nowego znaczenia dla ludzi spoza Chin. Ożywia to także autorytarne sny o „zdecydowanym kierownictwie”, również na „Zachodzie”.

Na froncie medialnym i propagandowym napięcia między Chinami a USA zaostrzają się z tygodnia na tydzień. Napięcia, które jak dotąd znalazły swój najsilniejszy wyraz w wojnie handlowej. W lutym Chiny wydaliły trzech dziennikarzy „Wall Street Journal”. Oficjalnym powodem był tytuł artykułu, który napisali („Chiny są prawdziwym chorym człowiekiem Azji”), który Pekin uznał za „rasistowski”. W odpowiedzi na to USA ograniczyły liczbę pracowników prochińskich firm medialnych, które mają zezwolenie na funkcjonowanie w tym kraju. Oznacza to, że około sześćdziesięciu chińskich dziennikarzy zostało wyrzuconych z USA. 18 marca chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, że więcej niż tuzin amerykańskich dziennikarzy będzie musiało oddać swoje akredytacje w przeciągu dziesięciu dni i że nie uzyskają oni już zgody na pracę w dotychczasowym charakterze. Amerykański „ekspert od Chin” Bill Bishop stwierdził, że „nie pamięta bardziej niebezpiecznych czasów w relacjach amerykańsko-chińskich podczas ostatnich czterdziestu lat”.

Nie można jeszcze w pełni oszacować zasięgu kryzysu związanego z wirusem, środków przeznaczonych na kwarantannę, zamknięcia granic i globalnej recesji gospodarczej, która przetoczy się przez planetę. Niewątpliwie będzie ona większa niż ta z 2008 r., z dwudziestoprocentowym bezrobociem w USA i większą liczbą zwolnień pracowników w Chinach, niż miało to miejsce w 2008 r. Strach i gniew związany z zastosowanymi środkami politycznymi, które są jeszcze bardziej chaotyczne i brutalniejsze niż zazwyczaj. Ludzie na całym świecie doświadczają podobnych obaw, które, miejmy nadzieję, pomogą przeciwstawić się nacjonalizmowi i autorytaryzmowi, rodzącym się wraz z kryzysem.

Gustaw z Chin
Niniejszy artykuł został pierwotnie opublikowany na stronie www.wildcat-www.de

P.S. z 24 marca. Trump przestał mówić o wirusie Wuhan, a chiński reżim powstrzymuje się od twierdzenia, że amerykańscy żołnierze rozprzestrzenili wirusa w Chinach. Sytuacja pozostaje jednak napięta.


Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy jest militarna doktryna szoku
23.05.2020
Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy jest militarna doktryna szoku

18 marca 2020 r. burmistrz Nowego Jorku Bill de Blasio na antenie CNN apelował do prezydenta Trumpa, by ten zmobilizował wojsko amerykańskie do walki z koronawirusem. „Potrzebuję świetnych wojskowych zespołów medycznych, potrzebuję wsparcia logistycznego, potrzebuję możliwości dostarczania zaopatrzenia z fabryk rozsianych po całym kraju do miejsc, gdzie jest ono najbardziej potrzebne” – powiedział de Blasio dziennikarzowi Andersonowi Cooperowi. „Jedyną siłą w Ameryce, które może to robić skutecznie i szybko, jest armia Stanów Zjednoczonych”.

Następnego dnia przypadała siedemnasta rocznica inwazji Stanów Zjednoczonych na Irak, katastrofalnego aktu agresji, który przyniósł śmierć ponad milionowi Irakijczyków. Od 2003 r. dacie tej często towarzyszą protesty antywojenne, blokady ulic i demonstracje pod placówkami wojskowymi, ale z biegiem lat działania te tracą swoją częstotliwość i rozmach. Tego roku, w czasie kwarantanny, rocznica właściwie nie została zauważona.

Należy o niej jednak pamiętać. Amerykańscy przywódcy polityczni z obu pozycji nie potrafią zareagować na sytuację awaryjną w taki sposób, by udzielić natychmiastowej pomocy materialnej milionom ludzi w potrzebie. W związku z tym pojawiają się coraz liczniejsze głosy, że trzeba zwrócić się do wojska amerykańskiego i Gwardii Narodowej, by wypełniły te braki. Desperacja, która wzmaga taką tendencję, jest zrozumiała. Nie wolno nam jednak bezkrytycznie sięgać po pomoc armii, mającej zapewnić „zespoły medyczne” i „wsparcie logistyczne” zapominając, że przecież to samo wojsko amerykańskie jest pozbawionym zasad instrumentem przemocy. Warto pamiętać o inwazji na Irak, ale też o tym, jak działania armii zaostrzają pandemię koronawirusa w różnych miejscach świata czy też jak mogłaby ona prześladować ludzi na terenie Stanów Zjednoczonych.

Kwestia jest paląca szczególnie dlatego, że politycy podejmują szybkie kroki, by uzyskać pomoc wojska. W niedzielę 22 marca prezydent Trump wydał rozkaz, by nadać Gwardii Narodowej stanów Nowy Jork, Waszyngton i Kalifornia status federalny, co oznacza, że rząd federalny zacznie pokrywać koszty jej działalności, a poszczególne stany zachowają kontrolę nad jej działaniami. Czasopismo „Military Times” doniosło, że wszystkie pięćdziesiąt stanów, a także Portoryko, Guam, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych i dystrykt federalny wokół Waszyngtonu „zmobilizowały część Armii i Powietrznej Gwardii Narodowej do pomocy w reakcji na pandemię COVID-19”. Chociaż Gwardia Narodowa jest służbą wewnętrzną, w okresie wojny i sytuacji wyjątkowej w kraju, to może być zmobilizowana i podlega pod Departament Obrony. Według „Newsweeka” „armia Stanów Zjednoczonych przygotowuje siły, by przejąć więcej obowiązków związanych z odpowiedzią na koronawirusa, w tym kontrowersyjną misję tłumienia 'niepokojów społecznych' i egzekwowania prawa”.

Na całym świecie widać już objawy tego, że rządy wykorzystują kryzys, by wzmacniać funkcjonowanie tak zwanego państwa bezpieczeństwa narodowego. Premier Izraela Benjamin Netanjahu posługuje się kryzysem, by za pomocą daleko posuniętych środków „bezpieczeństwa narodowego” ominąć procedury prawne i zbliżający się proces, w którym oskarżony jest o korupcję. Premier Węgier Wiktor Orbán również wykorzystuje kryzys, by sięgnąć po potężne uprawnienia, które potencjalnie pozwolą mu pod pretekstem bezpieczeństwa narodowego kryminalizować krytyczną działalność prasy. Powinniśmy uważać na to, czy podobne rozwiązania nie zostaną wprowadzone w Stanach Zjednoczonych.

Znaczenie armii w odniesieniu do kryzysu

Gdyby rzeczywiście zależało nam na udzieleniu natychmiastowej pomocy i wsparcia wszystkim ludziom zagrożonym wybuchem COVID-19, bez względu na pochodzenie i miejsce zamieszkania, należałoby powstrzymać armię amerykańską przed wyrządzaniem krzywdy ludziom, którzy są najbardziej narażeni na zakażenie. Jemen na przykład dysponuje jedynie resztkami służby zdrowia, w związku z blokadą tego kraju i pięcioletnią wojną prowadzoną przez Saudyjczyków wspólnie z USA. Grupy takie jak Lekarze na rzecz Praw Człowieka oraz jemeńska Mwatana dla Praw Człowieka tylko pomiędzy marcem 2015 a końcem 2018 r., odnotowały 120 ataków na placówki medyczne w Jemenie, co sprawia, że kraj jest bardzo podatny na rozprzestrzenianie wirusa. Dlaczego wezwania do natychmiastowego zakończenia udziału Stanów Zjednoczonych w tej wojnie nie traktuje się jako ważny środek zapobiegawczy przeciwko kryzysowi?

Wzmocnienie armii wzmaga również imperializm, którego ona jest częścią. Administracja Trumpa utwierdza tego rodzaju politykę, chcąc zaostrzyć sankcje USA wobec Iranu w samym środku globalnej pandemii, pomimo ostrzeżeń, że odetną one niezbędne zaopatrzenie medyczne i przyczynią się do zwiększenia liczby zgonów na COVID-19. Iran należy do krajów najmocniej dotkniętych przez pandemię. Dlaczego zawieszenia tych sankcji, zaledwie dwa i pół miesiąca po tym, jak administracja Trumpa zamordowała Ghasema Solejmaniego i niemal wciągnęła Iran w otwartą wojnę, nie uważa się za najwyższy priorytet w walce z koronawirusem?

Amerykańska pomoc militarna umożliwia Izraelowi czternastoletnie gospodarcze i militarne oblężenie strefy Gazy, jednego z najgęściej zaludnionych obszarów na świecie, gdzie zostały już potwierdzone dwa przypadki koronawirusa. Na dwumilionową populację Gazy przypadają sześćdziesiąt dwa respiratory. Dlaczego do najwyższych priorytetów USA nie należy wycofanie swojej pomocy wojskowej z tego oblężenia, żeby do Gazy trafiły leki i zaopatrzenie ratujące życie?

W Wenezueli, gdzie potwierdzono czterdzieści dwa przypadki koronawirusa, sankcje Stanów Zjednoczonych przyczyniły się do ruiny służby zdrowia. Jak podaje amerykańskie Center for Economic and Policy Research, sankcje te w latach 2017−2018 zabiły 40 tys. osób, częściowo poprzez erozję systemu ochrony zdrowia publicznego. Czy komuś spieszy się do zdjęcia tych sankcji?

Nie jest żadną tajemnicą, co stanie się z ludźmi mieszkającymi w tych miejscach, jeśli Stany Zjednoczone natychmiast nie uwolnią ich od straszliwej krzywdy, którą same wyrządzają. Chociaż w Jemenie nie ma jeszcze potwierdzonych przypadków [10 kwietnia 2020 r. w Jemenie wykryto pierwszy przypadek koronawirusa – przyp. tłum.], Altaf Musani, przedstawiciel Jemenu w Światowej Organizacji Zdrowia, powiedział w połowie marca: „Jeśli wirus się tam pojawi, Jemen czeka katastrofa”. To samo dotyczy wszystkich miejsc, gdzie opieka zdrowotna i zabezpieczenia społeczne są wyniszczone i osłabione toczonym przez Stany Zjednoczone konfliktem, okupacją, wojną na odległość i bombardowaniami z powietrza. Bez podjęcia natychmiastowych kroków, celem zaprzestania wyrządzania dodatkowych szkód podczas globalnej pandemii, Stany Zjednoczone poniosą odpowiedzialność za śmierć ofiar COVID-19. Z jakiegoś powodu szkody te nigdy nie pojawiają się jednak w wewnętrznych rozmowach o odpowiedzi wojska na kryzys, chociaż przecież w sytuacji globalnej pandemii wybuch choroby w którymkolwiek z tych miejsc oddziałuje na cały świat.

Wojsko nie jest organizacją zdrowia publicznego

Wszelkiego rodzaju dyskusje dotyczące amerykańskiego wojska w kontekście kryzysu zawsze obierają jeden kierunek zorientowany na przeznaczanie kolejnych środków na działanie Pentagonu. To zrozumiałe, społeczeństwo jest zdesperowane, brakuje dużych instytucji zdolnych przekształcać nieużywane budynki w szpitale lub szybko rozprowadzać testy, zaopatrzenie medyczne i żywność, co będzie niezbędne do opanowania nadchodzącego zalewu pacjentów z koronawirusem. Burmistrzowie i gubernatorzy naprawdę mogą uważać, że poza wojskiem nie mają do kogo się zwrócić o pomoc. Świadczy to jednak o porażce naszego systemu politycznego.

Wojsko amerykańskie nie jest organizacją dbającą o zdrowie publiczne. Szerzy natomiast wojny, okupuje i angażuje się w konflikty na całym świecie. Posiada osiemset baz na całym globie. Mamy wszelkie powody, by przypuszczać, że patrolując ulice Stanów Zjednoczonych, będzie ono okrutną siłą, skłonną do wymierzania kar zamiast odpowiadania na rozpaczliwą ludzką potrzebę zdobycia żywności i pieniędzy na czynsz. Kiedy Gwardia Narodowa została zaangażowana do walki z następstwami huraganu Katrina w Nowym Orleanie, przyjęła w dużej mierze rolę karzącego organu ścigania. 9 września 2005 r. „New York Times” donosił, że „Nowy Orlean zamienił się w zbrojny obóz, patrolowany przez tysiące lokalnych, stanowych i federalnych funkcjonariuszy organów ścigania, jak również przez oddziały Gwardii Narodowej i żołnierzy w służbie czynnej”.

17 marca 2020 r. gubernator Kalifornii Gavin Newsom napomknął o możliwości wprowadzenia stanu wojennego, z której to wypowiedzi później się wycofał. Tymczasem według „Politico” Departament Sprawiedliwości stara się o wyjątkowe uprawnienia, by móc bezterminowo zatrzymywać ludzi bez procesu, powołując się na kryzys związany z koronawirusem. Możliwość tego, że jesteśmy o krok od rozszerzenia rządowych uprawnień do aresztowań i policyjnego kontrolowania Amerykanów, przypomina działania podjęte po atakach z 11 września, kiedy to politycy obu stron błyskawicznie przepchnęli represyjny i radykalny PATRIOT Act.

Działacze antywojenni już podjęli kwestię problematycznej natury „humanitarnej roli” wojska, zwłaszcza w kontekście amerykańskiej tradycji deklaracji o misjach humanitarnych, uzasadniających brutalne wojny. W oświadczeniu napisanym przez antymilitarystyczną organizację About Face: Veterans Against War, działacz i pisarz Drake Logan przekonuje, że podczas epidemii „Musimy rozważnie określić granicę pomiędzy tym, co jest stosowną odpowiedzią wojska, a co jest kategorycznie nie do przyjęcia”. Logan pisze dalej: „Kategorycznie nieakceptowalne dla społeczności amerykańskich byłoby, gdyby żołnierze na ulicach nosili broń i wojenny kevlar albo inny sprzęt z pola bitwy. Mamy już wysoce zmilitaryzowaną policję, która wnosi broń na ulice i codziennie zabija niewinnych Amerykanów, nie dając im nigdy szansy na domniemanie niewinności. Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby amerykańscy żołnierze jeszcze się do tego dokładali”.

Jak powiedziała mi Lara Kiswani, dyrektorka zarządzająca Arab Resource and Organizing Center w San Francisco: „Zmilitaryzowana odpowiedź na kryzys naraziłaby najpodatniejsze na pandemię i od dawna marginalizowane społeczności na dalsze szkody i marginalizację. Ponieważ taka odpowiedź państwa wzbudzi w ludziach strach, zniechęci ona do sięgania po opiekę kryzysową, a co gorsza doprowadzi do kryminalizacji tych najbardziej narażonych osób, jeszcze zaostrzając kryzys zdrowia publicznego”.

Poszerzyć naszą polityczną wyobraźnię

Potrzeba ochrony ludzi przed militarną siłą powinna być przynajmniej szeroko dyskutowana na forum publicznym. To, że tak nie jest, świadczy o tym, jaką postawę najchętniej przyjmuje nasze państwo. Jest nią militaryzm. Rząd wymaga od Departamentu Obrony, by pełnił obowiązki, za które powinni odpowiadać cywile. W dłuższej perspektywie musimy zmienić ten stan rzeczy. Przecież wybuch epidemii koronawirusa to niejedyny kryzys, z którym się mierzymy. Czy po prostu oddamy kraj w ręce niewybranych drogą głosowania dowódców wojskowych, kiedy zaczniemy odczuwać najgorsze skutki kryzysu klimatycznego? Czy przy każdej suszy czy huraganie będziemy rozbudowywać państwo bezpieczeństwa narodowego, a demontować państwo opiekuńcze?

Zamiast wzmocnienia amerykańskiego wojska w dobie kryzysu, musimy powołać do życia solidne cywilne programy opieki społecznej, takie jak Medicare for All czy Green New Deal, które pomogą wydajnie i skutecznie finansować opiekę medyczną i wsparcie społeczne zarówno w razie kryzysów, jak i na co dzień. W teorii rolę tę powinny odgrywać prowadzone przez cywili instytucje państwowe, takie jak Federal Emergency Management Agency, ale ponieważ pozbawiono je z zasobów i ograniczono zakres ich działań, nie są przygotowane na rozmiary obecnego kryzysu.

W tej chwili nie możemy też utracić wyobraźni politycznej. Stany Zjednoczone powinny wydawać biliony dolarów na utrzymanie milionów ludzi, którzy podczas kryzysu tracą pracę. Powinniśmy sięgać po wszelkie możliwości. Przekształcać biura wielkich korporacji i hotele w szpitale i mieszkania dla bezdomnych. Ustanowić tymczasowe zakazy odcinania wody i elektryczności. Wypuszczać ludzi z więzień, gdzie szaleje wirus. „Zasoby i stanowiska pracy powstają dzięki trosce o społeczność i powszechnemu dostarczaniu zabezpieczeń społecznych, a nie dzięki militaryzacji, użyciu czołgów i karabinów” – mówi Cindy Wiesner, dyrektor generalna Grassroots Global Justice Alliance. „Są sposoby, jak w tym momencie żądać zmiany paradygmatu tego, co znaczy dobrostan i bezpieczeństwo”. Najistotniejsze jest, aby wojsko amerykańskie przestało trzymać w uścisku miliony ludzi na całym świecie, którzy podczas tej globalnej pandemii rozpaczliwie potrzebują zaprzestania wojny i sankcji.

Hipermilitaryzm może być kuszący jako krótkoterminowa strategia na sytuację wyjątkową, ale jego wszechobecność świadczy o porażce amerykańskiego państwa opiekuńczego. Zastąpienie go silnymi instytucjami publicznymi, kierowanymi przez cywili, których zaplecze będzie można wykorzystać w przypadku kryzysu, powinno być pilnym priorytetem, abyśmy mogli przetrwać ten, jak i kolejne kryzysy.

Sarah Lazare
tłumaczenie: Aleksandra Paszkowska
Niniejszy tekst został pierwotnie opublikowany na stronie www.jacobinmag.com

 


Zatrzymane postojowe
21.05.2020
demonstracja

Do Inicjatywy Pracowniczej zgłasza się coraz więcej osób, które pracują na śmieciówkach i mają trudności z uzyskaniem świadczenia postojowego. Problem wynika z faktu, że nie mogą sami złożyć wniosku o świadczenie przysługujące im w ramach tarczy antykryzysowej. Co więcej, nie mogą interweniować w swojej sprawie w ZUS, nawet jeśli wiedzą, że zleceniodawca nie wypełnił w ich imieniu druku RSP-C. Kto się do nas zgłasza?

Przykład 1 – konflikt
Marta sprząta obiekty biurowe. Ma podpisaną jedną umowę zlecenie zawartą w dniu 1 stycznia na czas nieokreślony. Z umowy wynika, że otrzymuje miesięczne wynagrodzenie w wysokości 1200 zł Właściciel firmy ustnie poinformował, że z powodu koronawirusa od kwietnia do odwołania pracownicy nie będą mieli zajęcia. Ze względu na konflikt pomiędzy pracodawcą a Martą, który pojawił się przed pandemią, pracodawca odmawia złożenia wniosku o przyznanie świadczenia postojowego.

Przykład 2 – zlecenie zamiast umowy o pracę
Agnieszka i Katarzyna są kelnerkami w restauracji. Pracują na podstawie umowy zlecenia, z której wynika, że otrzymują miesięczne wynagrodzenie w wysokości 1500 zł. Właściciel zamknął restaurację w połowie marca z powodu COVID-19. Od tego czasu nie odbiera telefonów od Agnieszki i Katarzyny, więc nie mają one żadnej informacji, czy został złożony wniosek o przysługujące im świadczenie postojowe.

Przykład 3 – wyzysk imigrantów zarobkowych
Serhij pracuje na budowie. Choć podpisywał umowy, nigdy nie otrzymał ich kopii. Pochodzi z Ukrainy i ze względu na barierę językową oraz nieznajomość przepisów prawa, nie wie nawet, jaki typ umowy podpisywał. Plac budowy został zamknięty w połowie kwietnia, a pracodawca przestał odbierać telefon. W podobnej sytuacji jest też kilku kolegów Serhija.


Branże sprzątająca, gastronomiczna, czy budowlana charakteryzują się dużym odsetkiem umów śmieciowych. Pracownicy, którzy próbują uregulować swój stosunek pracy traktowani są jako „problematyczni” i przy najbliższej okazji rozwiązuje się z nimi umowę. „Rozwiązanie umowy” przebiega często w sposób bardzo nieformalny – pracownik dostaje sms-a, maila, telefon, że jest zwolniony, a czasami po prostu dezaktywuje się karty umożliwiające mu dostęp do obiektu. Te branże to szefowie, od których pracownicy najczęściej słyszą, że „za bramą czeka dziesięciu na twoje miejsce” oraz firmy, które nie odprowadzają za swoich pracowników składek. Istnieje wiele powodów, dla których w obecnej sytuacji ta grupa pracodawców nie złoży wniosku do ZUS w imieniu pracowników.

Część sytuacji, w których pracodawcy obawiają się zgłaszać do ZUS, zostało opisanych w Dzienniku Gazeta Prawna – wynikają one m.in. ze strachu przed konsekwencjami za złożenie błędnych oświadczeń oraz chęci uniknięcia rejestracji czy kontroli w przypadku umów o dzieło . Natomiast Portal Morski wskazuje, że głównym ryzykiem firmy jest to, że umowa zlecenie została tak naprawdę zawarta z zamiarem „zminimalizowania kosztów związanych z oskładkowaniem takiej umowy w ZUS, a przy tym celem pozbawienia osoby wykonującej pracę na jego rzecz uprawnień związanych z byciem pracownikiem”.

Obawy pracodawców, uzasadnione lub nie, przekładają się na szkodę pracowników, a wręcz na pozbawienie ich niezbędnego wsparcia finansowego. Ze względu na pandemię, takie działanie firm zasługuje na potępienie i karę. Trudno jednak oczekiwać, że pracownicy zaczną składać pozwy do sądu.

Tymczasem więc, jedynym rozwiązaniem w czasach kryzysu jest jak najszybsza nowelizacja prawa i umożliwienie zleceniobiorcom samodzielne składanie wniosków do ZUS. Taka awaryjna droga postępowania zagwarantuje, że państwowa pomoc dla pracowników na śmieciówkach nie będzie uzależniona od widzimisię pracodawcy.


Zabójcza wspinaczka po krzywej koronawirusa i kapitalizmu
19.05.2020
Rózwój pandemii COVID-19 w Stanach Zjednoczonych od 1 do 14 marca

Praca wykonana metodą haftu krzyżykowego ilustrująca wczesny przebieg pandemii koronawirusa COVID-19 w Stanach Zjednoczonych (więcej zdjęć na stronie Sidewalk Museum of Congress) przedstawia wykładniczy wzrost liczby potwierdzonych przypadków. Liczba ta rosła bardzo powoli w lutym, 2 marca osiągnęła pułap setki potwierdzonych przypadków. 11 marca skoczyła do tysiąca, aby tydzień później, 18 marca, przekroczyć 10 tys. zakażeń. Zaledwie sześć dni później wyniosła już 50 tys.

 

14 marca autorki i autorzy pracy przestali nadążać za tak gwałtownym wzrostem liczby zachorowań. Haft zatrzymuje się na tej dacie i ma ponad pięć metrów długości. Gdyby można było kontynuować projekt przez kolejny tydzień, praca liczyłaby prawie 50 m. Po kolejnym tygodniu rozciągałaby się na ponad 400 m.

Biorąc pod uwagę zdecydowanie niewystarczającą ilość testów przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych, możemy mieć pewność, że rzeczywista liczba osób zakażonych nowym koronawirusem jest znacznie wyższa, niż podają oficjalne dane. Sprostanie tej narastającej katastrofie będzie wyczerpującym i tragicznym doświadczeniem.

Odwrócić bieg zdarzeń

Brak skutecznych działań czy koordynacji ze strony administracji Trumpa zmusił władze stanowe i lokalne samorządy w miejscach najbardziej dotkniętych pandemią do przyjęcia drastycznych środków bezpieczeństwa mających na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa. Przyjęto programy, których wprowadzenie jeszcze kilka tygodni temu byłoby nie do pomyślenia, zważywszy na ich wpływ na lokalną gospodarkę. Ludzie podejmują też samodzielne działania, zostając w domu i oszczędzając.

Rządowe, zbiorowe i indywidualne działania mające na celu spowolnienie rozprzestrzeniania się koronawirusa drastycznie spowolniły wzrost we wszystkich głównych branżach gospodarki. W ten sposób udało się osiągnąć cel nieosiągalny dla sygnatariuszy Porozumienia Paryskiego i innych inicjatyw klimatycznych: zredukowanie emisji gazów cieplarnianych. Nie jest to w żadnej mierze zaskakujące. Wcześniejsze spadki aktywności gospodarczej, takie jak krach finansowy i globalna recesja z 2008 r., również przyniosły gwałtowną, choć tymczasową, redukcję emisji.

Nagłe i drastyczne zawieszenie gospodarki w skali światowej pokazuje dobrze znany, ścisły związek między PKB danego kraju lub regionu a poziomem emisji gazów cieplarnianych. Ich wzrost i spadek idą ręka w rękę[1].

Wzrost gospodarczy osiągany w normalnych okresach przez rządy na całym świecie przebiega zgodnie z krzywą wykładniczą, podobnie jak wzrost przypadków zarażenia koronawirusem COVID-19. (Przymiotnik „wykładniczy” często jest mylnie rozumiany jako „bardzo szybki”, kiedy w rzeczywistości oznacza przyspieszający, mnożnikowy wzrost).

Średni wzrost gospodarek kapitalistycznych, choć funkcjonuje w zupełnie innej skali czasowej niż wzrost zachorowań na koronawirusa (3 proc. rocznie w porównaniu z 30 proc. dziennie) stanowi poważne zagrożenie dla długoterminowego przetrwania ludzkości, podobnie jak COVID-19 stanowi zagrożenie w perspektywie krótkoterminowej.

Niekontrolowany zastój gospodarczy wywołany pandemią jest oczywiście fatalnym sposobem na opanowanie efektu cieplarnianego. W nadchodzących miesiącach miliony ubogich i marginalizowanych Amerykanek i Amerykanów zostanie narażonych na potworne cierpienie i trudności.

Kiedy męka wreszcie dobiegnie końca, działalność gospodarcza będzie przywrócona. Należy to jednak zrobić w taki sposób, aby zapewnić zdrowie i bezpieczeństwo ekonomiczne każdemu gospodarstwu domowemu w kraju. Gospodarka krajowa nie może wrócić na dawną ścieżkę nieokiełznanej ekspansji.

Wiemy już, że Donald Trump, który bardziej liczy się z notowaniami na giełdzie niż z liczbą śmiertelnych ofiar, chce, aby po świętach wielkanocnych kraj wrócił do status quo sprzed wybuchu pandemii. Wspólnym celem urzędników ze stanów, w których większe wpływy posiadają Republikanie, byłoby wyprostowanie krzywej, zamiast dążenia do jej spłaszczenia, aby szybko uporać się z pandemią i w ten sposób, przynajmniej w założeniu, reanimować gospodarkę.

Jeśli strategia powrotu do status quo zostanie wprowadzona w życie, spowoduje niewyobrażalne cierpienie. Olbrzymia liczba pacjentów w krytycznym stanie trafi do szpitali w maju i czerwcu, trzydziestokrotnie przewyższając ilość dostępnych miejsc na oddziałach intensywnej terapii. 2,2 mln ludzi umrze.

Na szczęście Trumpowi nie uda się tego dokonać. Władze stanowe i lokalne będą kontynuować politykę powstrzymywania pandemii. Kraj najprawdopodobniej stanie się mozaiką. Stany z przewagą Demokratów będą dalej pracować nad spłaszczeniem krzywej zachorowań (bez pomocy władz federalnych), a stany z przewagą Republikanów pozwolą na jej katastrofalne wyprostowanie. W rezultacie ożywienie całego kraju, zarówno po pandemii koronawirusa jak i po załamaniu gospodarczym, nie będzie możliwe przez następne dwanaście do osiemnastu miesięcy.

Tymczasem już trwają starania o przywrócenie wzrostu gospodarczego, częściowo poprzez ratowanie najbardziej szkodliwych dla środowiska gałęzi przemysłu (lotnictwa, rejsów turystycznych, przemysłu naftowo-gazowego). Jeśli po pandemii wzrost gospodarczy zostanie przywrócony, również emisje dwutlenku węgla, metanu, podtlenku azotu i innych gazów cieplarnianych powrócą na wcześniejsze, niebezpieczne tory wzrostu.

Jeśli wykładniczy wzrost gospodarczy osiągnie 3 proc. rocznie, to wielkość zamożnych gospodarek podwoi się w ciągu 25 lat, dodatkowo przyspieszając globalne ocieplenie (będzie się to odbywać w tym samym przedziale czasowym co zalecane przez naukowców ograniczenie emisji gazów cieplarnianych do zera, niezbędne dla uniknięcia katastrofy klimatycznej).

Zasłona została zerwana

Miliony obywatelek i obywateli Stanów Zjednoczonych są szczególnie narażone na gwałtowną ekspansję koronawirusa za sprawą gwałtownego regresu praw pracowniczych, braku bezpieczeństwa ekonomicznego ubogich i marginalizowanych grup oraz, rzecz jasna, z braku powszechnej służby zdrowia. Braki te wynikają z dążenia do wykładniczego wzrostu majątku gromadzonego przez zamożną mniejszość kosztem wykorzystywanej większości.

Zarówno wirus, jak i skutki ekonomiczne działań mających na celu jego powstrzymanie obnażają potrzebę wprowadzenia rozwiązań politycznych, które przeniosą władzę ekonomiczną z rąk klasy posiadaczy i inwestorów w ręce dyskryminowanej większości walczącej o dobro wspólne.

Często mówi się w kontekście cierpienia i zniszczeń spowodowanych przez huragany i trzęsienia ziemi, że klęski „żywiołowe” nie istnieją. Także piętno pozostawione przez pandemię COVID-19 w postaci chorób i śmierci niewiele ma wspólnego z działaniem żywiołów. Jest ono owocem chciwości i wyzysku człowieka. W dłuższej perspektywie zasoby materialne i praca ludzka powinny być nakierowane nie na gromadzenie kapitału przez nielicznych, a na zaspokajanie podstawowych potrzeb, utrzymanie zdrowia i dobrej jakości życia wszystkich.

Dobrze funkcjonujący rząd w Waszyngtonie, gdybyśmy taki posiadali, mógłby nauczyć się dzięki tej okropnej lekcji, że jego głównym celem powinno być wprowadzenie gospodarki opartej na zasadzie wystarczalności oraz niezwłoczne ograniczenie do zera wydobycia paliw kopalnych i ich zużycia. Osiągnięcie tego celu będzie wymagało przekierowania zasobów w stronę potrzeb niezamożnej większości oczekującej bezpieczeństwa ekonomicznego i dobrej jakości życia.

Nowy koronawirus ujawnił głębokie zapotrzebowanie na powszechną służbę zdrowia finansowaną ze środków publicznych i solidny system powszechnej opieki zdrowotnej. Amy Kapczynski i Gregg Gonsalves (profesorka prawa i profesor epidemiologii na Uniwersytecie w Yale) piszą: „Program Medicare for All został dobrze opracowany, ale równie ważne, choć mniej oczywiste, jest właściwe opracowanie nowej infrastruktury opieki medycznej. Wizja lepszej, bardziej sprawiedliwej i uczciwej reakcji na koronawirusa wskazuje, jak mogłaby wyglądać nowa przyszłość”.

„Dziesięć dni temu dołączyliśmy do grupy ekspertów i ekspertek, którzy wystosowali list otwarty do federalnych, stanowych i lokalnych decydentów, przedstawiając szeroki zakres możliwych odpowiedzi, których potrzebujemy, aby szybko zwiększyć odporność społeczeństwa i objąć ochroną jego najbardziej wrażliwe grupy. W liście podkreślamy, jak wiele rzeczy trzeba zrobić, ale też jak wielu rzeczy musimy zaprzestać, aby wprowadzić nową politykę opieki”, piszą Kapczynski i Gonsalves.

Hiszpania znacjonalizowała wszystkie prywatne szpitale. Rząd Wielkiej Brytanii ogłosił plan wypłat 80 proc. wynagrodzeń dla osób, tak aby mogły w niej pozostać bez względu na to, czy realnie mogą pracować. Tymczasem rząd Stanów Zjednoczonych jest gotów przeznaczyć pakiety ratunkowe dla dużych firm, jednocześnie nie podejmując zdecydowanych działań wspierających zwykłych obywateli, w których najmocniej uderzył ten kryzys.

Podczas gdy władze naszego kraju pod wpływem pandemii gubią się w podejmowanych działaniach, Lucy Diavolo, redaktorka Teen Vogue opracowała historie różnych grup i społeczności, które podejmują szeroko zakrojone działania, aby podtrzymać funkcjonowanie społeczeństwa i zapobiec kryzysowi humanitarnemu.

Strona It’s Going Down to „cyfrowe miejsce spotkań dla grup anarchistycznych, antyfaszystowskich, autonomicznych ruchów antykapitalistycznych i antykolonialnych”, która oferuje obszerną listę grup pomocy wzajemnej mobilizujących się w Stanach Zjednoczonych na skutek pandemii koronawirusa. Działania tych grup są nakierowane na osoby pozbawione wolności, z obniżoną odpornością, w niepewnej sytuacji ekonomicznej, w kryzysie bezdomności, odizolowane, przebywające w domu i/lub potrzebujące dostępu do żywności lub leków. Grupy mnożą się w całym kraju, a my wszyscy powinniśmy do nich dołączyć. Właśnie taki wzrost jest nam teraz potrzebny.

Priti Gulati Cox, Stan Cox
Niniejszy artykuł został pierwotnie opublikowany na stronie www.counterpunch.org
tłumaczenie: Aleksandra Jeglińska

 

Przypisy:
[1] Większość rozwiązań „zielonej regeneracji” zakłada szybki wzrost wydajności produkcji w celu zmniejszenia zapotrzebowania na energię i materiały. Wzrost gospodarczy w istocie podważa jednak uzyskane w ten sposób zwiększenie wydajności. Ilościowa poprawa wyników gospodarczych może początkowo robić wrażenie, jednak i ona w końcu spowalnia i kończy się w zderzeniu z ograniczeniami fizycznymi. Wzrost wykładniczy niesie ze sobą konieczność stałego zwiększania ilości materiałów i energii. Artykuł autorstwa Paula Suttona, Adriana Wernera, Roberta Costanzy, Steve’a Mohra i Craiga Simmonsa Is Decoupling GDP Growth from Environmental Impact Possible? („Czy można oddzielić wzrost PKB od wpływu na środowisko?”) opublikowany w PloS One 11(2016) objaśnia, dlaczego asymptotyczna krzywa wydajności jest zdominowana przez wykładniczą krzywą wzrostu PKB. Autorzy konkludują: „PKB prawdopodobnie nie można oddzielić od wzrostu zużycia energii i materiałów, co kategorycznie wskazuje, że wzrost PKB nie może być podtrzymywany w nieskończoność. Z tego względu niesłuszne jest opracowywanie strategii rozwoju opartej na oczekiwaniu, że wzrost PKB można oddzielić od wpływu na środowisko”.


Budżetówka domaga się podwyżek mimo kryzysu
15.05.2020
Strajk nauczycielski w Warszawie

Nie jest dla nikogo tajemnicą, że zatrudnieni w sferze budżetowej należą od lat do jednych z najgorzej zarabiających. Wskazują na to różne badania i analizy wynagrodzeń. Sytuacja w zasadzie nie zmieniła się w ciągu ostatniego okresu względnej prosperity w Polsce. Istnieje obawa, że obecny kryzys może jeszcze pogorszyć sytuację. Coraz więcej grup zatrudnionych w budżetówce domaga się, by władze wywiązały się z obietnic podwyżek pomimo pogarszającej się sytuacji ekonomicznej.

Choć budżetówka to pojemne pojęcie i obejmuje wiele grup zawodowych, to jednak zdecydowana większość opłacanych przez państwo oraz samorządy pracowników i pracownic zarabia mało. Ponad 10 lat temu, z początkiem 2009 roku dokonano systemowych podwyżek, orientując się, że wynagrodzenia zatrudnionych w budżetówce osób zostają w tyle za resztą kraju. Pomimo tego, wg badania przeprowadzonego przez Sedlak & Sedlak, zarobki w administracji państwowej i samorządowej, służbie zdrowia, oświacie, kulturze i sztuce kształtowały się w 2009 r. nadal na niskim poziomie: 2466–2800 zł brutto miesięcznie (mediana). Dla porównania w sektorze bankowości mediana wynosiła wówczas 4200 zł brutto miesięcznie.

Zamrożenie płac

Po 2009 roku, powołując się na poprzedni kryzys, większość władz publicznych zamroziła dalsze podwyżki systemowe na okres ok. 10 lat. Kiedy w 2011 roku poznańskie pracownice żłobków zaczęły protestować, domagając się podwyżek, ówczesny prezydent miasta Poznania odpowiedział, że do roku 2032 takowe nie są przewidywane.

Wstrzymanie systemowych podwyżek nie oznaczało, że wzrost płac w sferze budżetowej nie następował poprzez indywidualne przeszeregowania, ograniczenia etatowe (wzrost funduszu płac poprzez redukcje etatów, np. z chwilą odejścia na emeryturę dotychczasowych pracowników lub pracownic), wzrost wynagrodzenia minimalnego i pochodnych. Charakterystyczne było natomiast to, iż postępował wolniej w relacji do płac innych grup i średniej krajowej. Pod presją działań pracownic poznańskich żłobków zorganizowanych w Inicjatywie Pracowniczej ich zarobki wzrosły. Szacowano w 2017 roku, że – pomimo oporu władz miasta – mogły one zyskać łącznie nawet 25–30%. Z tym że w podobnym okresie wzrost płac w Polsce (w gospodarce narodowej ogółem) wyniósł... 38%. Dodatkowo ich czas pracy, w wyniku zmian ustawowych, wydłużył się o 25 minut dziennie. W istocie pozostawały one nadal najgorzej zarabiającą grupą zawodową nie tylko na tle całej gospodarki, ale także sfery budżetowej.

Dlatego też w Poznaniu w latach 2017–2019 związki zawodowe i wszyscy zatrudnieni w instytucjach i placówkach finansowanych przez samorząd skonsolidowali wysiłki. W połowie 2018 roku dowodzono, że średnie zarobki wynoszą w poznańskiej sferze budżetowej 3550 zł brutto miesięcznie, kiedy średnia w mieście to ok. 5100 zł, a w kraju ok. 4500 zł. Przy czym szereg licznych grup zawodowych z ogółu 17,5 tys. zatrudnionych w jednostkach finansowanych z budżetu miasta Poznania zarabiał dużo mniej, np. oświata (blisko 13 tys. zatrudnionych) – 3334 zł brutto miesięcznie, żłobki (318 zatrudnionych) – 3135 zł, domy pomocy społecznej (314 zatrudnionych) – 3032 zł. Protesty i naciski skończyły się podwyżkami w 2019 r. o 300 zł brutto (najniżej zarabiający dostali o 100 zł więcej), a także obietnicą podwyżek w roku 2020 r. – od września 300 zł brutto. Przyczyną nie były zresztą tylko protesty, ale także fakt, że z powodu niskich zarobków ludzie zaczęli odchodzić z pracy w samorządach. Aby zatrzymać ten odpływ, poznańskie władze były bardziej skore podnieść wynagrodzenia.

Podobnie w Warszawie komisje Inicjatywy Pracowniczej z instytucji kultury obliczyły, że za 2018 rok mediana wynagrodzenia wynosiła 4536 zł miesięcznie brutto, przy średniej dla całego miasta 6100 zł. Inaczej mówiąc, w kulturze zarabiało się o 20–25% mniej niż gdzie indziej.

Relatywny spadek

Wynik dziesięcioletniej polityki władz w tym zakresie jest dobrze widoczny. Poniższa tabela przedstawia, jak na tle średniego wynagrodzenia w kraju kształtowały się w ostatniej dekadzie zarobki w oświacie, ochronie zdrowia i pomocy społecznej oraz w kulturze i rozrywce (na podstawie danych GUS). Jak widzimy, ostatecznie w 2018 roku były one niższe od przeciętnej w kraju. Co więcej, w stosunku do wynagrodzenia krajowego od 2009 r. wynagrodzenia w budżetówce relatywnie spadły. Wyjaśnia nam to wzrost niezadowolenia oraz falę protestów i strajków podejmowanych przez wymienione grupy zawodowe. Szczególne znaczenie miał oczywiście zeszłoroczny strajk nauczycieli, ale przecież akcje protestacyjne podejmowali także pracownicy pomocy społecznej (wymieńmy choćby – poparty przez IP – strajk w Wierzbicy oraz w Łodzi z początku 2016 roku) czy pracownicy niemedyczni w 2018 r. W tym ostatnim przypadku protest podjęły także nasze związkowczynie z Poznania. Przy okazji wykazano, że w wielu przypadkach w poznańskich szpitalach istnieją spore grupy zatrudnionych, które muszą otrzymywać dodatki wyrównawcze, jako że nie uzyskują wynagrodzenia minimalnego!

tabela płace w budżetówce

Ostatnio w naszym związku znowu ożyła dyskusja na temat wynagrodzeń sfery publicznej za sprawą komisji w Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Lublinie. Zatrudnione tam osoby reprezentują korpus służby cywilnej liczący w Polsce blisko 120 tys. osób. Nie jest to najgorzej zarabiająca grupa w sferze budżetowej, ale i tu progresja wynagrodzeń jest powolna. Jak zauważa w swoim stanowisku z 2020 r. Inicjatywa Pracownicza, w poprzednim roku dokonano pierwszej systemowej podwyżki od 10 lat, kolejna miała nastąpić w roku bieżącym.

Ostatnio media doniosły o groźbach protestu pracowników i pracownic skarbówki domagających się, aby rząd wywiązał się z obiecanych na ten rok podwyżek.

Pozycja przetargowa

Dlaczego sytuacja z wynagrodzeniami i warunkami pracy w budżetówce wygląda tak źle? Jest to spowodowane wieloma czynnikami. Po pierwsze, w administracji nie wolno strajkować, a zakaz ten władze próbują często nielegalnie rozszerzać na całość np. pracowników samorządowych, w ten sposób terroryzując zatrudnionych i pacyfikując ich opór.

Protesty w sferze publicznej są też często izolowane. Na przykład ubiegłoroczny strajk nauczycieli mógł stać się zarzewiem mobilizacji dla całej budżetówki, co byłoby korzystne zarówno dla pracowników oświaty, jak i innych grup, zwłaszcza niemogących strajkować. Nie wykorzystano tej szansy, co jest wynikiem błędnej strategii przyjętej przez związki zawodowe oświaty.

Do tego pracowników i pracownice sfery budżetowej często przeciwstawia się innym grupom społeczno-zawodowym. Próbuje się wywołać wrażenie, że kluczowy dla nich jest prestiż – nie zarobki. Roztacza się przed nimi fałszywy obraz i przekonuje, iż pretendują do klasy średniej i nie mają nic wspólnego z klasą pracowniczą jako taką i jej roszczeniami. Zwłaszcza media liberalne – ale także konserwatywne – lubią przeciwstawiać „białe” protesty protestom „czarnym”, pielęgniarki – górnikom, rozpisywać się o „patointeligencji” i biurokracji, rozgrywać w grze czysto politycznej itd., co blokuje szersze wsparcie społeczne dla żądań zatrudnionych w sferze budżetowej, zwłaszcza w urzędach.

Nie pomaga też system zależności służbowych i silna presja władzy w miejscu pracy połączona ze słabszą strukturalną pozycją przetargową pracownic budżetówki. Jak wiemy, grupa ta jest mocno sfeminizowana i w wielu wypadkach kobiety, z uwagi na obowiązki rodzinne, nie mogą zagrozić porzuceniem pracy. Trudniej znaleźć im ją gdzie indziej w pobliżu miejsca zamieszkania. Stabilność zatrudnienia, a nie wysokość wynagrodzenia ma tu często walor decydujący, co jest bezwzględnie wykorzystywane przez pracodawców, w których roli często z kolei występują tu mężczyźni.

Czy zapowiadany wzrost wynagrodzeń w budżetówce nastąpi w 2020 r.? W obliczu kryzysu wielu pracowników i pracownic sfery budżetowej obawia się nie tylko spadku wynagrodzeń (nominalnego i realnego), ale także zwolnień. Rząd mówi o tym, że koszty kryzysu muszą zostać rozłożone sprawiedliwie na wszystkie grupy zawodowe. Co jednak w tym przypadku znaczy „sprawiedliwie”, kiedy przez lata sfera budżetowa była degradowana i nierówno traktowana w zarobkach?

Jarosław Urbański


Nie płaćmy za ich kryzys – przynajmniej z góry. Pięć zasad, które nam w tym pomogą
15.05.2020
Nie płaćmy za ich kryzys – przynajmniej z góry. Pięć zasad, które nam w tym pomogą

Koronawirus nie jest jedną, a być może nawet najważniejszą przyczyną obecnego kryzysu gospodarczego. Występując w obronie zatrudnienia i wynagrodzeń, walczymy o uchronienie gospodarki przed jeszcze głębszym kryzysem, a społeczeństwo przed ubóstwem. Trzymajmy się zatem pięciu zasad w relacjach z pracodawcami.

Kryzys miał nadejść pomimo epidemii

Jeszcze przed wybuchem epidemii w Polsce i za granicą dużo pisano, że gospodarce światowej grozi poważny kryzys. Niektórzy specjaliści sugerowali nawet, że będzie miał on większą skalę niż ten z 2008 r. Tegoroczne tąpnięcie, które zatrzęsło giełdami, wywołane było w pierwszym rzędzie sporami między krajami wydobywającymi ropę naftową o wielkość produkcji i cenę surowca. Z powodu postępującej recesji w światowej gospodarce, z pewnymi wahnięciami ropa taniała już jednak od końca 2018 r. Pogarszające się wyniki ekonomiczne spowodowały otwartą wojnę handlową na linii USA-Chiny, która odbiła się negatywnie również na innych państwach. W Polsce – w której kryzysy wybuchają zwykle później niż w krajach zachodnich – także mówiono coraz częściej o pogarszających się wynikach ekonomicznych.

Wybuch epidemii podziałał jak katalizator, ale pamiętajmy, że nie była to jedyna przyczyna obecnych problemów gospodarczych. Kryzys i tak już czaił się za drzwiami. Nieprawdą jest także, że nie dało się zarazy przewidzieć i powstrzymać. Głupota i opieszałość rządów doprowadziła do obecnej sytuacji. Często działały one pod naciskiem opinii przedsiębiorców i finansistów sugerujących, by nie pogarszać sytuacji „niepotrzebnymi alarmami” oraz nie wywoływać paniki na giełdach i międzynarodowych rynkach. Skutki tych nawoływań widzimy.

Pracodawcy wykorzystują sytuację, pogrążając gospodarkę

Dziś można z kolei powiedzieć, że epidemia koronawirusa staje się świetną wymówką dla wdrażania niepopularnych decyzji ekonomicznych i przekierowania ogromnych funduszy publicznych w stronę pogrążonego od wielu miesięcy w kryzysie biznesu. Koronawirus wielu firm nie dobił, ale je wręcz uratował. Natomiast ludziom sparaliżowanym strachem przed zarazą i odizolowanym od siebie trudniej protestować i stawić skuteczny opór. Łatwiej nas wszystkich stłamsić – ale do czasu.

Zasięg i głębokość zapaści nie są jeszcze znane. Mimo to wielu pracodawców, wykorzystując nadzwyczajną sytuację, wymusza na przedstawicielach związków zawodowych i załogach ustępstwa. Coraz więcej dociera do nas głosów, że nawet jeżeli np. firma nie miała gorszych wyników z marca tego roku i posiadała komplet zamówień na kwiecień, naciskała na obniżkę wynagrodzenia, szantażując pracowników zwolnieniami.

Epidemia koronawirusa nie powinna nam wytrącać argumentów z rąk. Nie podejmujmy pochopnych decyzji. Pierwszym zdrowym odruchem jest niechęć wobec jakichkolwiek ustępstw, według zasady, że jako pracownicy i pracownice nie zamierzamy płacić za kryzys wywoływany przez elity: przez błędną politykę gospodarczą państwa, spekulacje sektora finansowego i machinacje przedsiębiorców (ukrywanie podatków, ryzykowne inwestycje, wysokie apanaże menedżerów). Dbałość o interes załogi, którą w takim przypadku reprezentujemy, jest naszym obowiązkiem. Wymaga to dokładnego zbadania wszystkich „za i przeciw” podpisania jakiegokolwiek porozumienia z pracodawcą. Powinniśmy też o wszystkim informować załogę i zasięgnąć w tej sprawie jej opinii.

Pięć zasad: jawność, informacja, konsultacje, postulaty i opór

Może nam tu przyświecać kilka prostych zasad:

  1. Jawność. Wszelkie rozmowy i negocjacje powinny być jawne, nie należy ich prowadzić za zamkniętymi drzwiami dyrektorskich gabinetów. Nie możemy pracodawcy wierzyć na słowo. Wszystkiego żądajmy na piśmie, a rozmowy powinny być protokołowane. Nie przyjmujmy sugestii pracodawcy albo przedstawicieli innych związków zawodowych, aby nie ujawniać przebiegu negocjacji do czasu ich zakończenia. Nie przyjmujmy też od pracodawcy żadnych danych, których nie możemy ujawnić załodze. Delegacja powinna składać się z minimum dwóch przedstawicieli (przedstawicielek), chyba że w rozmowach bierze udział szersza reprezentacja załogi (inne związki zawodowe, przedstawiciele rady pracowników itd.). Wszelkie pisma pracodawcy dotyczące sprawy powinny zostać ujawnione załodze (najlepiej skserować i rozdać). Podobnie, nasze odpowiedzi należy niezwłocznie publikować.
  2. Informacja. Załoga powinna być na bieżąco informowana o tym, jakie kroki podejmuje pracodawca i co my w tej sprawie robimy czy zamierzamy zrobić, jakie mamy stanowisko. Należy w tym przypadku wykorzystać możliwości, jakie daje kolportowanie zwykłej ulotki, ale trzeba też zadbać, aby świeże wiadomości pojawiały się np. na naszym (związkowym czy pracowniczym) profilu na Facebooku. Można także posłużyć się plakatami, mailami czy SMS-ami. Wszystko zależy od wielkości firmy i jej organizacji pracy. Uwaga – zwykle tablica związkowa, szczególnie w obecnej sytuacji, nie będzie wystarczać. Pamiętajmy także, aby o naszych działaniach i stanowisku informować w określonych okolicznościach media. Komunikacja ze światem spoza firmy jest bardzo ważna.
  3. Konsultacje. Nasze ostateczne decyzje w sprawie ewentualnego podpisania lub odrzucenia porozumienia z pracodawcą muszą być poprzedzone jakąś formą konsultacji z członkami i członkiniami naszej komisji związkowej, jak i z całą załogą. Możemy tutaj sobie wyobrazić np. przeprowadzenie referendum. Po ujawnieniu ostatecznej treści porozumienia pytamy załogę, czy chce, abyśmy je podpisali. Możemy to zrobić w formie tradycyjnej, ale także poprzez internet czy SMS-owo. Ponownie: zależy to od wielkości firmy i jej organizacji pracy. Powinniśmy także uruchomić rodzaj infolinii, czyli podać (np. w ulotkach i na plakatach) numer telefonu, pod którym pracownicy i pracownice mogą zgłaszać zapytania, wątpliwości, opinie.
  4. Postulaty. Nie możemy być bierni i zwolnić siebie z obowiązku szukania innych, korzystniejszych dla załogi rozwiązań. Kiedy zatem pracodawca przedstawia nam projekt porozumienia, powinniśmy wnieść do niego swoje uwagi i postulaty. Walczyć o ich uwzględnienie. Jakiego rodzaju mogą to być postulaty? Jedna z organizacji związkowych z branży motoryzacyjnej żądała np. ustalenia wysokości płac zgodnie z regułą 3:1. Oznacza ona, że najwyższa płaca w przedsiębiorstwie nie może być wyższa niż trzykrotność najniższej. Rozwiązanie to pozwala na dokonanie oszczędności w funduszu płac, ale nie tylko kosztem pracowników, ale także kierownictwa. Jeżeli dyrektor zarabia 15 tys. zł miesięcznie brutto, to żaden pracownik nie powinien mieć niższego wynagrodzenia niż 5 tys. zł brutto. Weźmy sobie do serca to, że porozumienie podpisanie w formie, jaką przedstawił nam pracodawca, bez zmian i naszych postulatów, jest porażką związku. Nie należy takich porozumień podpisywać i legitymizować działań pracodawcy w oczach załogi.
  5. Opór. Realizacja zasad z punktów 1-4 jest już sporym wyzwaniem, ale jednocześnie pokaże pracodawcy, że nie pozwolimy się zapędzić w „kozi róg”. Musimy też pamiętać, iż niektóre umowy (porozumienia) można próbować wypowiedzieć albo zerwać. Trzeba się nawet takiej klauzuli w ewentualnym porozumieniu dopominać. Stanowi to jasny sygnał, że związek nie będzie tolerował manipulacji i antypracowniczej polityki firmy. W przypadku rozmów dotyczących obniżki pensji czy zwolnień grupowych trzeba jednak przede wszystkim rozważyć kwestię wejścia w spór zbiorowy i na tej drodze domagać się realizacji postulatów związku i załogi. Oflagowanie zakładu, ogłoszenie pogotowia strajkowego i próba przeprowadzenia referendum strajkowego powinny zmobilizować pracowników do walki o swoje prawa. Strajk jest naszym kluczowym argumentem. Niemniej należy też szukać różnych innych form protestu: petycji, otwartych listów protestacyjnych albo skrupulatnego przestrzegania przepisów, w tym zwłaszcza BHP. Możliwości jest wiele.

Związki zawodowe bronią ludzi, biznes jedynie zysków

Sprzeciwiając się zwolnieniom i cięciom pensji, spotkacie się na pewno z zarzutami, że postępujecie egoistycznie, chcecie pogrążyć firmę, że nie liczycie się z ekonomicznymi realiami itd. Bądźcie odporni na tę demagogię. Jako związkowcy i związkowczynie jesteście powołani do tego, by bronić interesów załogi, a to nie jest sprzeczne z interesem firmy czy całego społeczeństwa. Wręcz przeciwnie. Wymaga się od was, abyście stanowili rodzaj kontroli i presji społecznej na pracodawców, aby ci nie podejmowali decyzji zbyt pochopnie i bojaźliwie. Musicie zwalczać patologię – szczególnie teraz, kiedy ani PIP, ani sądy pracy nie działają prawidłowo. W tych urzędach jeszcze długo będzie panował chaos. Pamiętajmy, że jeżeli w każdym zakładzie pracy normą będą cięcia płac i zwolnienia, to ostatecznie spadnie popyt na rynku wewnętrznym, pogorszy się sytuacja kolejnych firm, których towarów lub usług nie będziemy mogli już kupować. Nie będzie za co. One też zechcą obniżać wynagrodzenia i redukować zatrudnienie, co spowoduje kolejne obniżenie popytu. I tak dalej. To pociągnie całą gospodarkę na dno. Występując w obronie zatrudnienia i wynagrodzeń, walczymy o uchronienie gospodarki przed jeszcze głębszym kryzysem, a społeczeństwo przed ubóstwem. Działamy w myśl zasady: najpierw ludzie, potem zyski.

Z tego powodu Inicjatywa Pracownicza, w odezwie – którą niebawem opublikuje – wzywa związki zawodowe, aby odpowiedzią na obecne działania pracodawców i rządu było raczej „wszczynanie sporów zbiorowych w celu zachowania stanu zatrudnienia i poziomu płac”, niż szukanie ugody. Warto, aby każda z naszych komisji to rozpatrzyła i podjęła decyzję adekwatną do realnej sytuacji, nie poddając się naciskom i szantażowi. Znajdźmy w sobie odwagę, aby przeciwstawić się jawnej niesprawiedliwości i jednostronnemu dyktatowi.

Jarosław Urbański


Śmieciowa umowa – śmieciowy zasiłek
15.05.2020
Matka pracująca z domu

Życie w czasach koronawirusa obnażyło, jak bardzo polscy pracownicy i pracownice są podzieleni na tych I i II kategorii, mimo że często wykonują taką samą pracę. Jedni pracują na podstawie umowy o pracę, inni na podstawie umów cywilno-prawnych, nie bez powodu nazwanych „śmieciówkami”.

12 marca nie odwiozłam dziecka do żłobka. Odpowiadając na apel decydentów zostałyśmy w domu. Tak jest do dzisiaj. Mimo, że charakter mojej pracy sprawia, że część obowiązków mogłabym wykonywać zdalnie, nie jest to fizycznie możliwe. Każdy i każda, kto zajmował się kiedyś 2-latkiem przyzna mi rację. Od blisko trzech tygodni przez 24 godziny zajmuję się pociechą – wykonuję pracę opiekuńczą w domu, nie generuję żadnych dochodów z pracy najemnej, a precyzując z pracy wykonywanej na podstawie umowy zlecenie.

Ucieszyło mnie, kiedy premier Morawiecki ogłosił, że rodzicom, którzy zajmują się w czasach zarazy dzieckiem, które wcześniej uczęszczało do żłobka, klubu dziecięcego, przedszkola lub szkoły, przysługuje tzw. dodatkowy zasiłek opiekuńczy. Ma on podratować domowe budżety w sytuacji, kiedy rodzic lub prawny opiekun dziecka nie jest w stanie świadczyć pracy.

Czy jednak wszystkie osoby w takiej sytuacji doznają aktu łaski? Nie, wsparciem zostaną objęci wyłącznie ci zatrudnieni, którzy odprowadzają składki na ubezpieczenie chorobowe. Wyjaśnię co to znaczy w praktyce. Osoby na umowę o pracę mają z automatu odprowadzane obowiązkowe składki na ubezpieczenie chorobowe. W przypadku umów zlecenie zasiłek opiekuńczy przysługuje tylko tym, którzy wcześniej odprowadzali składki w ramach dobrowolnego ubezpieczenia chorobowego (zaznaczając to w oświadczeniu na cele podatkowe i składkowe, składanym do zleceniodawcy).

Tutaj także odczułam satysfakcję. Dzięki edukacji związkowej wiedziałam, że dobrze zgłosić się do dobrowolnego ubezpieczenia chorobowego (to tylko 2,45 proc. kwoty brutto na umowie). Myślę, że większość osób na zleceniach tego nie robi, bo wiedza o prawach pracowniczych w Polsce jest bardzo niska (choć nie udało mi się dotrzeć do „twardych” danych na ten temat).

Potem robiło mi się jednak coraz smutniej. Dodatkowy zasiłek opiekuńczy wynosi 80% tzw. podstawy wymiaru zasiłku. W przypadku osób pracujących na umowę zlecenie będzie to przeciętny miesięczny przychód za okres 12 miesięcy kalendarzowych poprzedzających miesiąc, w którym wystąpiła konieczność sprawowania opieki nad dzieckiem. Dotyczy to jednak wyłącznie przychodu u jednego zleceniodawcy, a dokładnie u tego, u którego odprowadzaliśmy składkę na dobrowolne ubezpieczenie chorobowe. Bo składkę tę można odprowadzać tylko u jednego zleceniodawcy.

Istnieje ogromna rzesza osób, które pracują u kilku zleceniodawców jednocześnie. To standardowa sytuacja chociażby u wielu moich znajomych, którzy tak jak ja pracują w tzw. III sektorze, czyli w różnych fundacjach i stowarzyszeniach. Ja w przeciągu jednego miesiąca pracuję średnio dla 2-4 organizacji. Praca dla fundacji, która odprowadza moją dobrowolną składkę na ubezpieczenie chorobowe stanowi średnio 1/3 całości mojego wynagrodzenia.

Pogrążam się w ćwiczeniach arytmetycznych – zarabiam około 5 tysięcy miesięcznie ze wszystkich umów zlecenie. Jednak ze zlecenia w organizacji, która opłaca składkę na ubezpieczenie chorobowe ta kwota wynosi średnio 2 tysiące. Mój zasiłek opiekuńczy będzie wynosił 80% tej kwoty. Za miesięczny okres, w którym nie mogłam pracować otrzymam mniej więcej 1600 złotych. To poniżej ustawowej płacy minimalnej.

Dokładnie z tą samą sytuacją skonfrontowałam się, ubiegając się o zasiłek macierzyński. Więcej o tym możecie przeczytać w artykule "Ciąża w czasach prekariatu" [LINK]. Mój „sprawiedliwy” zasiłek zarówno macierzyński jak i zasiłek opiekuńczy powinien być dwu- lub trzykrotnie większy.

A przecież rozwiązanie wcale nie wydaje się skomplikowane – dlaczego nie można dobrowolnie oskładkować się od wszystkich zleceń? Warunkiem byłaby jednak rzetelna edukacja, tak, aby każdy wiedział/a, co daje mu/jej składka chorobowa (np. prawo do zasiłku chorobowego, opiekuńczego, macierzyńskiego). To oczywiście jednak półśrodki – w rzeczywistości większość umów zlecenie powinna być po prostu umowami o pracę.

Magdalena Chustecka

 


Inicjatywa Pracownicza w Kolejach Dolnośląskich
14.05.2020
Pociąg Kolei Dolnośląskich

Publikujemy artykuł z 54 numeru Biuletynu Inicjatywy Pracowniczej opisujący działania naszej komisji w Kolejach Dolnośląskich. Tekst został przygotowany w marcu br., przed wybuchem epidemii koronawirusa.

Komisja Inicjatywy Pracowniczej jest największym związkiem zawodowym w Kolejach Dolnośląskich. Pracownicy masowo zapisują się do IP, widząc sukcesy związkowców w negocjacjach z zarządem.

 

Koleje Dolnośląskie to samorządowa spółka pod nadzorem marszałka województwa. Podobnie jak w innych rejonach kraju, także Dolny Śląsk postawił na rozwój własnej kolei. Powstałej w 2007 roku spółce udało się zachęcić mieszkańców do przesiadki z samochodów do pociągów. Widać to na liczbach. W 2018 roku pociągi KD przewiozły 11,7 miliona osób. Rok do roku liczba pasażerów rośnie o ok. dwa miliony!

Niestety, sukces frekwencyjny - oraz idące za nim zyski - nie zawsze przekładają się na sytuację pracowników. A jest ich niemało, bo firma zatrudnia aż 700 osób. Pracownicy widzą, że spółka świetnie sobie radzi, ale nie czują tego w swoich kieszeniach. Dlatego właśnie wiosną 2018 roku w Kolejach Dolnośląskich narodziła się komisja Inicjatywy Pracowniczej.

Niechciane dzieci spółki

W spółce już wcześniej istniały związki zawodowe, m.in. Solidarność i OPZZ, a także związki branżowe. Pracownicy nie byli jednak zadowoleni z ich działań.
- Stare wiązki nie potrafiły niczego zrobić dla ludzi. W firmie istniały duże grupy pracowników całkowicie wykluczonych, jak kasjerzy czy serwis. Ich losem nikt się nie interesował - opowiada Łukasz Stachniewicz, przewodniczący komisji IP w Kolejach Dolnośląskich.

Komisja narodziła się w grupie pracowników serwisu, którzy odpowiadają za stan techniczny pociągów. - Przy wszelkich podwyżkach, awansach byliśmy pomijani. Słyszeliśmy obietnice: dostaniecie podwyżki, ale te obietnice nie były realizowane, a nasze podwyżki cały czas odsuwane w czasie. Wszyscy nas traktowali jak niechciane dziecko spółki. W firmie brakowało solidarności. Maszyniści, konduktorzy, pracownicy biura siedzieli w siedzibie w Legnicy. Nasza sala serwisowa nie znajdowała się jednak w mieście, tylko 20 kilometrów dalej. Kierownik nigdy nie odezwał się w naszym imieniu, wszyscy o nas zapominali z tak błahego powodu, że byliśmy oddaleni od siedziby – tłumaczy Stachniewicz.

Jeszcze zanim komisja zaczęła formalnie działać, jej przyszli założyciele dali się poznać dyrekcji i reszcie zakładu. - Od zawsze twardo walczyliśmy o swoje. Jeśli trzeba było załatwić jakąś sprawę, pomijaliśmy kierownika i uderzaliśmy od razu do prezesa. Ludzie widzieli, że się nie boimy – mówi lider komisji.

Komisję zakładało 17 pracowników serwisu. Pierwsza rzecz o jaką walczyli, to podwyżki dla ich grupy zawodowej. Pisali pisma z żądaniem podwyżek. W tle wisiała niewypowiedziana groźba strajku, która dla firmy byłaby fatalna w skutkach. Gdyby serwis stanął, żaden pociąg nie wyjechałby na tory. Negocjacje z zarządem opłaciły się. Udało się wywalczyć podwyżki do 700 złotych brutto. Sukces przyczynił się do popularności komisji. Szybko zaczęły napływać członkowskie zgłoszenia.

Szerokie otwarcie

- Nie chcieliśmy się zamykać na innych pracowników. Z góry założyliśmy, że jesteśmy otwarci na każdą grupę zawodową, bo tylko razem jesteśmy w stanie coś wywalczyć. Ciężko o sukces, jak każdy ciągnie w swoją stronę – mówi Stachniewicz.

Taka strategia okazała się strzałem w dziesiątkę. Komisji Inicjatywy Pracowniczej udało się zebrać aż 70 członków! Kolejny pod względem wielkości związek branżowy maszynistów zrzesza 28 osób. Solidarność i OPZZ mają po kilkunastu członków.

- Nie robiliśmy żadnego naboru. Powiesiliśmy tylko informację na tablicy o tym, że powstaliśmy. I numer telefonu dla osób, które chciałyby się zapisać. Mamy maszynistów, konduktorów, kierowników pociągu. Każdy może do nas dołączyć, z każdego działu Ludzie sami zaczęli do nas przychodzić. Liczyliśmy, że uda się stworzyć duży związek. I nie pomyliliśmy się – opowiada Stachniewicz.

Dużą częścią nowego narybku byli młodzi pracownicy, którzy zwykle stronią od związków zawodowych. Widać renoma IP jako organizacji dynamicznej i niepokornej spodobała się młodym kolejarzom. - Myślę, że pracowników do naszego związku przyciągnęły charaktery osób, które zakładały związek. Nasi członkowie wiedzieli, że zawsze mogą liczyć na pomoc – mówi przewodniczący komisji.

Drugą grupą były osoby, które odeszły z istniejących już na Kolejach Dolnośląskich związków. Te transfery były jedną z przyczyn chłodnych relacji między Inicjatywą Pracowniczą a innymi związkami.

Samorządowcy straszą pracowników

Lista sukcesów komisji jest długa. Udało się m.in. przewalczyć zmianę umundurowania dla konduktorów. Do tej pory musieli ubierać się zawsze według szablonu, bez względu na pogodę. Kobiety musiały zakładać spódnice, choć utrudnia to wsiadanie do pociągów. Dzięki związkowcom udało się poluzować sztywne zapisy w regulaminie, a pracownicy mają większą swobodę w wyborze strojów.

Członkowie komisji zdołali również przewalczyć nowe warunki przyjmowania zapomóg na komisjach socjalnych. - Do tej pory komisje były rozdawnictwem pieniędzy po znajomości. Stwierdziliśmy, że trzeba ustalić jasne kryteria, m.in. zarobkowe. Nie można takimi samymi kwotami zasilać tych samych rodzin w skrajnie różnych sytuacjach – tłumaczy Łukasz Stachniewicz.

Kolejny sukces to zmiana regulaminu wynagradzania. Zarząd wprowadzał zasady niekorzystne dla pracowników, którzy zmieniają stanowiska pracy.
- Gdy spółka zatrudniała pomocnika maszynisty, na dzień dobry dostawał najniższą krajową. Niestety, kiedy pracownik spółki zmieniał stanowisko pracy i przechodził na maszynistę – również otrzymywał najniższą pensję. Po naszej interwencji pracownicy przechodząc na nowe stanowisko wewnątrz firmy zachowują stare wynagrodzenia – dodaje lider komisji.
Związkowcy z Inicjatywy Pracowniczej oskarżani byli o bliskie kontakty z byłym prezesem spółki Piotrem Rachwalskim. - To bzdury, Rachwalski działał, jak chciał. Był prezesem, nie musiał się z nami liczyć. Ale trzeba mu oddać, że był dobrym biznesmenem, zrobił dużo dla spółki, zachęcił ludzi do przejazdów – opowiada Łukasz Stachniewicz.

Od stycznia 2019 roku Koleje Dolnośląskie mają nowego prezesa. Stachniewicz opowiada, że sytuacja pracowników na szczęście nie zmieniła się za bardzo z tego powodu. Koleje Dolnośląskie wciąż muszą rywalizować o pieniądze z Przewozami Regionalnymi, które również są własnością województwa. Samorządowcy wykorzystują ten fakt.
- Co roku straszą nas, że większe fundusze pójdą na Przewozy Regionalne. Ta groźba ma pracowników trzymać w szachu, by nie żądali więcej, niż już mają – opowiada Łukasz Stachniewicz.

Niedawno w komisji odbyły się wybory nowych władz. Zmienił się prawie cały skład szefostwa i komisji rewizyjnej. „Ojców założycieli” zastąpili młodsi działacze.
- Priorytetem dla nas jest układ zbiorowy dla wszystkich pracowników. Chcemy uzyskać dodatkowe dni do urlopu, nowy system zmianowy. Będziemy chcieli wprowadzić pakiet medyczny dla pracowników. Zależy nam również, żeby ludzie przebywający na zwolnieniu chorobowym zachowywali wszystkie dodatki, zamiast dostawać gołe pensje. Wynegocjowanie układu zbiorowego to robota na kolejne 12 miesięcy. Mamy co robić.