Źródło: Publicystyka

Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza jest organizacją dobrowolną, gdzie mój los zależy od twojego zaangażowania i odwrotnie.

Jak pandemia atakuje świat pracy?
ostatni poniedziałek o 10:29
Jak pandemia atakuje świat pracy?

Pandemia pokazała, że rozbity, słaby i od lat lekceważony ruch pracowniczy w Polsce potrzebuje jeszcze czasu, aby się zjednoczyć i wydobyć z zapaści. Nie sprzyja temu wciąż dominujący pogląd, iż pracownikom fizycznym z zasady nie należy się nic, pracownikom umysłowym trochę więcej, a przedsiębiorcy to „święte krowy”, które powinny mieć dostęp do całego bogactwa.

Polska pod względem struktury zatrudnienia odbiega od Europy Zachodniej. W usługach pracuje 59% ogółu zatrudnionych, w przemyśle 31%, a w rolnictwie 10%. Jednocześnie branża turystyczna, silnie dotknięta przez wybuch pandemii, ma czterokrotnie mniejszy udział w tworzeniu polskiego PKB niż średnia państw OECD i pięciokrotnie mniejszy niż przemysł. Chociaż polska gospodarka w dużym stopniu zależna jest od inwestycji zagranicznych i sytuacji w państwach partnerskich takich jak Niemcy i Francja, powinna być relatywnie mniej dotknięty obecnym kryzysem niż choćby turystyczne Włochy, Grecja, czy Francja.

Wskaźniki wzrostu istotnej w Polsce produkcji nie wskazują na zupełne załamanie. Choć produkcja przemysłowa w Polsce spadła w kwietniu o 25%, w czerwcu zaczęła rosnąć, a w lipcu osiągnęła poziom o 0,2% wyższy niż w analogicznym miesiącu 2019 r. Bezrobocie rejestrowane wzrosło, ale póki co nie drastycznie. Główny Urząd Statystyczny (GUS) podał wzrost z 5,5 % w styczniu 2020 do 6,1% w lipcu 2020 r. Stopa bezrobocia utrzymała się na tym poziomie przez trzy kolejne miesiące, aż do września. A w październiku wrosła prawdopodobnie tylko o 0,1 pp. – do 6,2% (rok wcześniej stopa bezrobocia wynosiła 5,0%). Wciąż istnieją obawy, iż oficjalne dane nie odzwierciedlają faktycznej skali problemu i dopiero zimą doświadczymy na tym polu kryzysu. Wtedy skończą się prace sezonowe oraz programy przeciwdziałania zwolnieniom wprowadzone przez państwo. Dodatkowo nałożą się skutki drugiej fali pandemii. Aktualnie jednak jest to nadal jeden z niższych wskaźników w skali Europy.

Nie oznacza to jednak, iż pracownicy w Polsce są na uprzywilejowanej pozycji. Problemem naszego rynku pracy dalej pozostają głodowe płace. W czerwcu 2020 r. średnia płaca w Polsce była prawie czterokrotnie niższa niż w Niemczech, trzykrotnie niższa niż we Francji i dwukrotnie niż we Włoszech oraz Hiszpanii. Koszty pracy w 2019 r. były 2,5 razy niższe od średniej EU, ponad 3 razy niższe niż we Francji i Niemczech, 2,5 razy niższe niż we Włoszech. Poza położeniem geograficznym to głównie niskie koszty pracy przyciągają do Polski zagraniczny kapitał. Z powodu niskich kosztów pracy część usług, produkcja, transport, logistyka, magazynowanie czy budowlanka są ciągle opłacalne dla światowych graczy nawet w okresie recesji. Niestety wciąż zyskują na tym nieliczni.

W 2017 r. wzrost płac nominalnych w Polsce przyspieszył osiągając 6%. Było to jednak za mało, aby w ciągu niespełna trzech lat wyrównać powstałe na rynku pracy niedostatki i nierówności. Pandemia i widmo kryzysu wpłynęły na spadek dynamiki wzrostu płac. W lipcu wynosił on 3,8%. i był podobny do czerwcowego – 3,5 %. Jednak przy inflacji w okolicach 3% oznacza to, że realne płace w Polsce są w stagnacji. Potwierdza to sytuacja w polskich oddziałach Amazon, w których ogłoszono, iż większość pracowników nie otrzyma w tym roku żadnej podwyżki. Taka decyzja została podjęta miesiąc po tym jak magazyn Forbes opublikował informacje, iż dzięki pandemii założyciel korporacji, Jeff Bezos, został najbogatszym człowiekiem na świecie, z fortuną liczącą 200 mld dolarów. Na podwyżki nie mogą liczyć także pracownicy budowlani, którzy zmagają się ze spadkiem płac, czy pracownice sfery budżetowej, których płace zostały zamrożone.

Dane publikowane przez analityków nie wskazują, iż z powodu Covidu w Polsce nastąpiło głębokie załamanie gospodarki. Panika umożliwiła jednak transfer środków finansowych w kierunku kapitału, uderzenie w drobnych przedsiębiorców i dokręcenie śruby pracownikom. Jak to się stało?

Nie chcemy być żywą tarczą

Po ogłoszeniu pandemii podobnie jak w innych krajach (choć z mniejszym rozmachem) Polski rząd ruszył na pomoc gospodarce wprowadzając kolejne tarcze antykryzysowe. Niestety z punktu widzenia pracowników wirus został wykorzystany w celu pogorszenia warunków pracy i wprowadzenia kolejnych przywilejów dla biznesu. Propozycje obecnego rządu nie wiele różniły się od planów oszczędnościowych, wdrożonych po recesji z 2008 r. Wówczas pracownicy zapłacili za kryzys uelastycznieniem czasu pracy, podnoszeniem wieku emerytalnego, rozpowszechnieniem umów cywilnoprawnych i outsourcingu, zamrożeniem płac oraz wydłużeniem okresów rozliczeniowych. Zmiany te miały być tymczasowe, lecz do dzisiaj większość z nich nie zostało zniesionych. To między innymi z powodu decyzji poprzednich rządów aktualna sytuacja na rynku pracy charakteryzuje się słabą pozycją przetargowa pracowników, dużym odsetkiem osób zatrudnionych na umowy śmieciowe, chronicznym przepracowaniem dużej części pracowników i pracownic.

W ramach „Tarczy” uchwalonych w 2020 r. jeszcze bardziej uelastyczniono czas pracy poprzez skrócenie dobowego i tygodniowego odpoczynku, zmieniono zasady przyznawania urlopów na niekorzyść pracowników, umożliwiono pracę bez badań lekarskich, zawieszono na kilka miesięcy funkcjonowanie inspekcji pracy, wprowadzono możliwość wysłania pracowników na przestój płatny jedynie 50% pensji itd. Osoby, które pracowały na umowy cywilno-prawne mogły otrzymywać zasiłki, ale wnioskować o nie musieli pracodawcy.

Jednocześnie skierowano strumień pieniędzy do dużych przedsiębiorstw, oferując im nisko oprocentowane kredyty oraz subsydia. Warunkiem otrzymania pomocy finansowej było utrzymanie miejsc pracy przez minimum 3 miesiące. Subsydia trafiały jednak do przedsiębiorstw, w których podjęto decyzję o skróceniu pracownikom czasu pracy oraz o redukcji wynagrodzeń do 20%. Dla pracowników oznaczało to konieczność podjęcia walki o jak najmniejszą skalę cięć w zakładach. Do obniżania czasu pracy dochodziło nawet w takich miejscach pracy jak fabryka i centrum dystrybucyjne Avon, które według raportów finansowych nie zanotowały znacznych spadków produkcji, a jeśli jakiś zanotowały to tylko w jednym miesiącu. Mimo to związkowcy z Avon, zjednoczeni w OZZ Inicjatywa Pracownicza, przez kilka miesięcy toczyli spór o czas pracy i wynagrodzenia. W rezultacie zostały one obcięte o „jedynie” 10%, a nie jak wcześniej zakładano o 20%. Podczas sporu pracowników zastraszano grupowymi zwolnieniami, choć ilość zamówień nie wskazywała, aby były one w jakikolwiek sposób uzasadnione. Podobna sytuacja miała miejsce w wielu innych przedsiębiorstwach, które starały się o objęcie „Tarczą”.

Państwo socjalne dla biznesu

W trakcie lockdown w poszczególnych branżach i zakładach wybuchały konflikty. Protestowały m.in. pracownicy i pracownice Domów Pomocy Społecznej (jedna z najgorzej opłacanych grup zawodowych w Polsce) zamknięci w placówkach z własnymi podopiecznymi, u których wykryto wirusa; pielęgniarki którym znacznie pogorszono warunki pracy stawiając w stan najwyższej gotowości i wymagając największego poświęcenia; pracownicy sklepów wielkopowierzchniowych i zakładów, w których wykryto zakażenia, ale nie wdrożono odpowiednich środków i procedur bezpieczeństwa; pracownicy którym zagrożono grupowym zwolnieniom oraz ci, którym zwiększono zakres obowiązków zmniejszając czas pracy i stawki. I tak dalej. Wszystkie te protesty były jednak zatomizowane, nie udało się ich połączyć w jeden ruch.

Inicjatywa Pracownicza podjęła się zbudowania szerszej koalicji związków zawodowych, aby przeciwstawić się zapisom kolejnych „Tarcz antykryzysowych” oraz przeforsować pro-pracownicze zmiany, takie jak: skrócenie czasu pracy bez obniżania wynagrodzeń, wprowadzenie wysokości płac zgodnie z regułą 3:1 (oznacza ona, że najwyższa płaca w przedsiębiorstwie nie może być wyższa niż trzykrotność najniższej) czy powszechne ubezpieczenie zdrowotne dla wszystkich. Pod naszymi postulatami podpisało się ponad 40 zakładów pracy. Większość jednak zrzeszona w Inicjatywie Pracowniczej i kilka zakładów z 7 innych związków zawodowych. Duże centrale związkowe nie podjęły konkretnych kroków w stronę zablokowania niekorzystnych zmian. Udało się zablokować jedynie skrajnie anty-pracownicze pomysły rządu. Pracownikom Amazon, dzięki systematycznie i przez lata budowanej strukturze, czasami łatwiej było zmobilizować się na poziomie międzynarodowym i połączyć z pracownikami z USA niż z innymi pracownikami z podobnej branży z Polski.

Rozbity, słaby i od lat lekceważony ruch pracowniczy w Polsce potrzebuje jeszcze czasu, aby się zjednoczyć i wydobyć z zapaści. Nie sprzyja temu wciąż dominujący pogląd, iż pracownikom fizycznym z zasady nie należy się nic, pracownikom umysłowym trochę więcej, a przedsiębiorcy to „święte krowy”, które powinny mieć dostęp do całego bogactwa.

W konsekwencji najbardziej bojową grupą w Polsce okazali się właśnie przedsiębiorcy. Przy wsparciu prawicy zorganizowali oni szereg demonstracji, podczas których doszło do starć z policją. Protest nazwali „strajkiem przedsiębiorców”. Brały w nim udział osoby będące na samozatrudnione (np. fryzjerki), które rzeczywiście znalazły się w ciężkiej sytuacji z powodu lockdownu. Głównymi organizatorami byli jednak prawicowi politycy i majętni przedsiębiorcy, którzy domagali się szybszego rozpatrywania wniosków o wsparcie finansowe i subsydia, gwarantowane przez „Tarcze”. „Strajk przedsiębiorców” odbił się w mediach szerokim echem i przyćmił protesty pracownicze.

Pracownicy Amazona i Volkswagena stawiają opór

W tym samym czasie w zakładach takich jak Amazon czy Volkswagen pracownicy domagali się zamknięcia magazynów lub wprowadzenia dodatkowych środków zabezpieczających oraz dodatku do wynagrodzenia, który miał im wynagrodzić pracę w niebezpiecznych warunkach. Fabrykę Volkswagen z uwagi na zamknięcie produkcji w Niemczech i brak dostępu do komponentów z Chin, udało się na jakiś czas zamknąć, a pracownicy wysłani zostali na postojowe i urlopy. Związkowcy zrzeszeni w OZZ Inicjatywa Pracownicza postulowali jednak, aby „taśmy produkcyjne w fabrykach Volkswagen Poznań natychmiast przestawić na produkcję respiratorów i przyłbic niezbędnych dla pracowników szpitali w Poznaniu i całej Polsce”. Volkswagen od lat 90 korzysta z dofinansowań od rządu oraz zwolniony jest z części podatków. Domagano się aby w ten sposób firma odpłaciła się za ciężką pracę zatrudnionej w niej osób i wsparcie polskiego państwa.

W Amazonie bonus finansowy oraz dodatkowe zabezpieczenia uzyskano dzięki oddolnej międzynarodowej współpracy pracowników z Polski, Niemiec, USA, Francji, Włoch, Hiszpanii, Słowacji oraz wspierających je grup i osób takich jak Solidarity Group, OZZ Inicjatywa Pracownicza, Transnational Social Strike, Amazonions United. Pracownikom udało się wypracować wspólne żądania, zorganizować petycję, zorganizować wspólne konferencje i wystąpienia, napisać list z żądaniami do Jeffa Bezosa. Ważnym osiągnięciem było przełamanie podziałów między pracownikami umysłowymi i fizycznymi oraz wzajemne wsparcie pracowników magazynów i techworkers zrzeszonych w Amazon Employees for Climate Justice. Innym istotnym elementem protestów było wykorzystanie narzędzia jakim jest przerwanie pracy w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia, na podstawie którego zorganizowano liczne wyjścia z pracy w USA, protesty we Francji oraz Włoszech.

W Polskich oddziałach Amazon ok 60% załogi „uciekła” na chorobowe lub opiekę dla dzieci (jedną z niewielu dodatkowych możliwości zagwarantowaną rodzicom dzieci do lat 8 w czasie pandemii była możliwość skorzystania z płatnego zwolnienia z pracy ze względu zamknięcie szkół). Mimo iż nie jest to forma kolektywnego oporu, absencja w pracy tak dużej ilości pracowników z pewnością pomogła wywrzeć presję na Amazon, aby poprawił warunki pracy i płacy, motywując ludzi do jej podjęcia.

Jednym z podstawowych żądań wysuwanych globalnie przez pracowników Amazon na początku pandemii było zamknięcie magazynów. Hale skupiające tysiące ludzi z różnych miast i miasteczek nie wydawały się bowiem bezpieczne. Istotnie w krajach, gdzie wykonywano więcej testów niż w Polsce, wykryto wiele przypadków zakażeń. Również w Polsce w większości magazynów pojawiły się zakażenia. Postulat ten cieszył się poparciem większości pracowników, jednak nie wszystkich. Budził on mieszane uczucia u części osób zatrudnionych przez agencje pracy (które bały się zwolnień) oraz niektórych kobiet.

Praca kobiet w dobie pandemii

Większość pracowników polskich magazynów Amazon pochodzi z niezamożnych gospodarstw domowych z małych miejscowości. Zwykle gospodarstwa te zależne są od dochodów przynajmniej dwóch członków rodziny. Wysokie koszty życia w mieście ograniczają możliwość przeniesienia się do nich. W miejscowościach z których pochodzą, posiadają domy lub mieszkania (nierzadko wybudowane po kosztach, przez siebie i członków rodziny), których wartość jest niższa od wartości zdecydowanie mniejszych mieszkań w dużych aglomeracjach. Ponadto na miejscu mogą liczyć na rodzinę, znanych, sąsiadów i przyjaciół, którzy mogą pomóc np. w opiece nad dziećmi czy osobami starszymi.

Podczas rozmów w trakcie pandemii niektóre pracownice magazynu mieszczącego się pod Poznaniem opowiadały, iż zamknięcie zakładu wiąże się dla nich z koniecznością pozostania w domu, w którym zostać nie chcą. Przyczyn jest wiele. Podstawowe to przemoc domowa i konflikty w rodzinie. Inny problem to jakość mieszkań, przeludnienie, brak przestrzeni dla siebie i spokoju, konieczność palenia w piecu i nadmierne obciążenie pracą domową. Z relacji tych pracownic wynika, że mimo zagrożenia (większość z nich jest w grupie wyższego ryzyka zarażenia Covid-19 z powodu wieku) woli pracować za grosze w magazynie – w którym jest sucho, ciepło i nie trzeba się kłócić ani doglądać nikogo z rodziny – niż pozostać na cały dzień we własnym domu. Sytuacja pandemiczna przypomniała nam, że kwestia mieszkaniowa pracowników ma istotny wpływ na ich motywacje do walki. Im gorsza sytuacja mieszkaniowa tym trudniej nam walczyć o godne warunki pracy. Sytuację można też opisać w odwrotny sposób: im lepsze są nasze warunki mieszkaniowe oraz możliwość zmiany mieszkania, tym stabilniejsza jest nasza pozycja w konflikcie z pracodawcą. Nie możemy zapominać, że ruch pracowniczy i ruch lokatorski to jeden ruch.

Pandemia koronawirusa ujawniła, dzięki komu nasze społeczeństwo może przetrwać. Podczas lockdownu to pracujący w logistyce, ochronie zdrowia, handlu, poczcie i w innych branżach uratowali niejedną gospodarkę przed zapaścią i zapewnili funkcjonowanie całym społeczeństwom. Jednak trwające latami złe warunki mieszkaniowe, długie męczące dojazdy do pracy, wyniszczająca nasze życie i zdrowie organizacja pracy, lata alienacji i marginalizacji pracowników w sferze publicznej, pozostawiły spory ślad na zdolności pracowników do mobilizacji. Ci, którym udało się zorganizować ponad murami zakładów pracy i granicami, jak np. pracownicy Amazon, na długo wcześniej zaczęli budować odpowiednie struktury. W czasie pandemii po raz pierwszy od ostatniego kryzysu w 2008 r. tak wyraźnie odczuliśmy, że nasze dotychczasowe działania nie były podejmowane na próżno. Musimy rozwijać organizację ponadnarodową na co dzień jako pracownicy i lokatorzy, a także działać na rzecz przełamywania lokalnych podziałów. Jeśli zaniechamy tych wysiłków do czasu ponownego ataku kapitału na świat pracy, może być znów za późno.

Tekst został przygotowany w połowie października 2020 r.

Magdalena Malinowska

 


Chcemy większego wpływu na to, co się dzieje - wywiad z komisją w Kantarze
21.12.2020
Chcemy większego wpływu na to, co się dzieje - wywiad z komisją w Kantarze

 “Nagle zarząd Kantar znalazł się w sytuacji, w której musiał siąść do stołu z silną reprezentacją pracowników, która jest w stanie wywalczyć konkretne rzeczy. Obniżono liczbę zwalnianych pracowników, zrezygnowano z czynnika absencyjnego i zrealizowano program dobrowolnych odejść” - mówią pracownicy firmy, którzy niedawno przystąpili do Inicjatywy Pracowniczej.

 

Na czym polega Wasza praca?

Filip: Nasz związek wywodzi się przede wszystkim z działu badawczego. Robimy badania społeczne, badania rynku, badania marketingowe. Kryzys pandemiczny bardzo uderzył w naszą branżę, mieliśmy kilkudziesięcio procentowy spadek obrotów. Między innymi stąd najpierw obniżki pensji, a potem zwolnienia grupowe.

Firma znalazła się w kryzysie? Macie mniej zadań czy więcej?

Agata: Nie jesteśmy zamrożeni, mamy co robić. Wiemy, że są spadki, ale nie jesteśmy w stanie zweryfikować podawanych przez zarząd informacji o stratach. Ale mamy bardzo dużo roboty, pracujemy teraz więcej niż wcześniej.

Filip: Zwolnienia są też spowodowane procesem restrukturyzacyjnym, niezależnym od pandemii. Firma przenosi część usług do Indii i na Filipiny, gdzie może płacić mniej za pracę, gorzej traktować ludzi. Niestety, Polska nie jest w stanie w żaden sposób temu przeciwdziałać.

Kiedy założyliście komisję związkową i co was do tego skłoniło?

Filip: Dwa miesiące temu. Główną motywacją były nadchodzące zwolnienia grupowe i przekonanie, że dzięki założeniu będziemy mieć większy wpływ na to, co się dzieje.

Jednym z ważnych problemów w naszej firmie są też nadgodziny, które znacznie wykraczają poza normy pracy. Jest ich tak dużo, że część pracowników z działu badawczego nie ma kiedy ich odebrać, ani nie dostaje za nie pieniędzy. U niektórych osób tak się one kumulują, że nie ma co z nimi zrobić, odchodzą gdzieś w niebyt.

Agnieszka: O zwolnieniach mówiono od dawna, wszyscy pracownicy byli już tym tematem zmęczeni, zestresowani. Wahaliśmy się, czy jest sens zostać, czy uda się uchronić przed zwolnieniami. Wiele osób miało wrażenie, że nie ma sensu walczyć, bo i tak nas wyrzucą. Ale udało się zorganizować w kilka osób, co też nie było łatwe, bo w związku z pandemią pracujemy z domów, a organizowaliśmy się w tajemnicy przed zarządem. Uważam, że to był bardzo duży sukces. Obecnie jest nas około 30 osób. Od początku zostaliśmy rzuceni na naprawdę głęboką wodę, bo po miesiącu od powstania zaczęliśmy negocjacje w sprawie zwolnień grupowych. Prawie wszyscy jesteśmy bardzo zaangażowani, nie jest tak, że ciągną to dwie czy trzy osoby.

Agata: Wszyscy chcą związek, ale boją się angażować. Ja na początku sama powiedziałam Filipowi “zapiszę się, ale zakładać nie chcę”. Bałam się, że okaże się, że potem będę musiała sama to ciągnąć. Na szczęście tak nie jest, dzielimy się zadaniami, pracą.

Dlaczego wybraliście akurat komisję Inicjatywy Pracowniczej?

Filip: Jest kilka powodów. Pomysł wyszedł od grupy ludzi o przekonaniach bliskich anarchizmowi, naturalnie kierowaliśmy się w stronę IP albo Związku Syndykalistów Polski.

Uznaliśmy, że Inicjatywa ma silniejsze, bardziej rozwinięte struktury. Ale były też inne przyczyny - jeden ze starszych, bardziej doświadczonych pracowników stwierdził, że on nie dołączy do związku, jeśli będzie to OPZZ albo “Solidarność”.

Agata: Ja też długo pracuję w firmie, kiedy zaczynałam, była w niej jeszcze komisja “Solidarności”. Dla mnie sama myśl, żeby się zapisać do “S” to jakiś żart. Dla mnie to jest skompromitowany, upolityczniony związek, który w ogóle nie przyciągał ludzi. Nie sądzę, żeby ktokolwiek chciał się zapisać do OPZZ albo do “S”.

Jakie były reakcje zarządu na powstanie komisji?

Filip: Najpierw bardzo pozytywne. Kiedy poinformowałem przedstawicielkę zarządu o tym, że założyliśmy komisję, była bardzo zadowolona. Mówiła, że to świetnie, że pracownicy się angażują, że mamy kolejny ważny głos w firmie. Problemy zaczęły się przy konsultacji zwolnień grupowych.

Agata: Były próby antagonizowania związku zawodowego z Radą Pracowników, do której sama należę, zakładałam ją. Nie powiodły się, dogadaliśmy się, bo to o dobro pracowników tutaj chodzi. Najgłupsze, co moglibyśmy zrobić, to kłócić się między sobą.

Filip: Tak, pierwszym podmiotem zaproszonym na rozmowę poprzedzającą konsultacje zwolnień była Rada Pracowników. Zwróciłem uwagę na to, że to związek zawodowy jest odpowiednim organem do tego, żeby o tym rozmawiać. Wszyscy pracownicy dostali wtedy bardzo obszernego maila, w którym zarzucano mi, że próbuję wykluczyć Radę z konsultacji, co zupełnie nie miało miejsca.

Agata: Ale trzeba przyznać, że sytuacja nie jest bardzo napięta. Ja otwarcie powiedziałam na samym początku, że jestem w związku. Nie spotkałam się z żadnymi szykanami, próbami zastraszania czy wyrzucenia mnie czy kogoś innego z pracy ze względu na przynależność związkową.

A jak wyglądał cały proces konsultacji zwolnień grupowych?

Filip: W sprawie zwolnień najpierw spotkano się z Radą Pracowników. Dwa tygodnie później spotkano się już ze związkiem, przekazano nam podstawowe informacje - przyczyny, wytyczne do zwolnień. Potem spotykaliśmy się jeszcze pięcio- czy sześciokrotnie z zarządem i wynajętymi przez nich prawnikami.

Bardzo młoda, niedoświadczona i niewielka komisja stanęła do trudnych negocjacji. Skąd wiedzieliście, na jakie postulaty stawiać, co jest najważniejsze z perspektywy pracowników?

Filip: Postawiliśmy na demokrację wewnętrzną. Jesteśmy firmą badawczą i zdecydowaliśmy się jako związek przeprowadzić ankietę wśród pracowników, zapytać ich o zdanie, o ważne dla nich postulaty. Wypełniło ją prawie 200 osób. To dało nam mocniejszą pozycję w rozmowach. Budujące jest, że aż 70 proc. ankietowanych powiedziało, że Komisja Zakładowa Inicjatywy Pracowniczej reprezentuje ich interesy.

Agata: Pana prawnika zatkało, kiedy zobaczył, że dysponujemy taką ankietą. On w ogóle był zaskoczony, że my przekazujemy postulaty ludziom z firmy. Zakładał, że jesteśmy biurokratyczną strukturą, która ma swoje interesy, swoją “górę”, mówiącą nam, co mamy robić i mówić.

Agnieszka: Myślę, że ten pomysł można wykorzystać w innych zakładach pracy. Dzięki temu komisja związkowa wie, czego chcą ludzie. To też mocny argument w rozmowie z zarządem - mamy napisane czarno na białym, że pracownicy nie są zadowoleni. Dla naszego zarządu takim zimnym prysznicem była zapewne deklaracja wielu osób, że nie chcą już pracować w tej firmie.

Co udało się Wam osiągnąć w konsultacjach?

Filip: Początkowo planowano zwolnić 75 osób, w toku konsultacji obniżono tę liczbę do 65. Dosłownie dwa dni temu dostaliśmy listę, która zawiera tylko 36 nazwisk. Ta różnica prawdopodobnie wynika z wprowadzenia programu dobrowolnych odejść, który był jednym z głównych postulatów związku w konsultacjach.

Jaka jest różnica dla pracowników pomiędzy zwolnieniami grupowymi a programem dobrowolnych odejść?

Agata: Główna różnica polega na tym, że przy zwolnieniach to pracodawca wybiera osoby, które stracą pracę. Łączą się z tym wyższe odprawy, lepsze warunki niż przy zwolnieniach indywidualnych. Program dobrowolnych odejść polega na tym, że te same warunki oferuje się ludziom, którzy sami chcą odejść, choćby dlatego, że restrukturyzacja firmy sprawia, że miał się zmienić ich zakres zadań. Więc zarząd zamiast wyrzucać osoby, które chciały zostać, zapewnił lepsze warunki zakończenia współpracy tym, którzy i tak nie byli już zainteresowani pracą dla Kantara.

Ograniczenie zwolnień to duży sukces. Co jeszcze udało się Wam osiągnąć?

Filip: Dla nas bardzo kontrowersyjne było to, że wytyczną do zwolnień była dyspozycyjność pracownika i absencje w ciągu roku poprzedzającego zwolnienia grupowe. Baliśmy się, że takie kryterium uderzy przede wszystkim w kobiety, bo to one zwykle biorą urlopy macierzyńskie. Jesteśmy też w stanie globalnej pandemii, wiosną to głównie pracownice wzięły wolne na opiekę nad dziećmi, kiedy szkoły i przedszkola były zamknięte. Udało nam się przekonać zarząd, żeby zrezygnował z tego rozwiązania.

Podsumowując, udało nam się kilka rzeczy wygrać: obniżono liczbę zwalnianych pracowników, zrezygnowano z czynnika absencyjnego i zrealizowano program dobrowolnych odejść.

Agnieszka: Dla mnie najważniejsze było wydłużenie okresu wypowiedzenia dla osób zatrudnionych na umowach cywilnych. Dużo osób w firmie rozpoczynało tak pracę, a dopiero po jakimś czasie, nawet kilku latach, przechodzili na umowę o pracę. Przy zwolnieniach okazało się, że ich okres wypowiedzenia, który jest zależny od stażu pracy, będzie liczony tylko od tego okresu na umowie o pracę, a nie od całej współpracy, która trwał czasem kilka lat. W procesie konsultacji firma zdecydowała się na to, żeby przystać na nasz postulat i sprawiedliwie wyliczyć okresy wypowiedzenia, niezależnie od formy zatrudnienia.

W taki sam sposób firma liczy okres wypowiedzenia osobom, które były zatrudnione na b2b, które pod koniec 2019 i na początku 2020 roku zostało wręcz zmuszonych do przejścia na umowy o pracę, jednak tym osobom firma zagwarantowała takie wyliczenia jeszcze przed rozpoczęciem konsultacji.

Agata: Tak, to był bardzo ważny postulat dla tych pracowników. Domagali się oni tego, żeby nie tylko wydłużyć im okresy wypowiedzenia, ale też odpowiednio wyliczyć odprawy, tego niestety nie udało się osiągnąć, zarząd się nie zgodził, bo pewnie uznali, że za dużo by ich to kosztowało.

Jak uważacie - czy narzędzia, jakie macie jako związek zawodowy, w takim procesie jak ten, ale też generalnie w negocjacjach z pracodawcą, są wystarczające?

Agata: Ja jestem rozczarowana kwestią reprezentacji pracowniczej w Polsce, czy to jest rada, czy związek. Zarząd z nami rozmawiał, ale w końcu mógł robić co chciał. Czasami mam wrażenie, że oni mogą wszystko, a my nie możemy nic. Nawet w rozmowach z kolegami i koleżankami pojawia się takie przekonanie “to jest prywatna firma, właściciel może robić co chce”. Jest właścicielem firmy, ale czy jest właścicielem ludzi, którzy na niego pracują?

Agnieszka: Prawo pracy w Polsce jest beznadziejne, mamy bardzo mało praw jako pracownicy. Największym problemem dla mnie jest brak jawności - toczy się proces restrukturyzacyjny, codziennie podejmowane są ponad naszymi głowami decyzje, działania, o których nikt nam nie mówi i nikt ich z nami nie konsultuje.

Filip: Dla mnie najbardziej absurdalne jest to, że teoretycznie toczą się negocjacje, a na koniec zarząd może zrobić to co chce. Tak właśnie ostatecznie stało się w naszym przypadku - jako związek nie podpisaliśmy porozumienia dotyczącego zwolnień grupowych, więc odbędą się one według regulaminu, pisanego jednostronnie przez pracodawcę. Na szczęście zarząd naszej firmy zdecydował się utrzymać postanowienia ze spotkań ze związkiem i radą, mimo że nie był do tego prawnie zobligowany.

Jestem też zły, że nie jesteśmy w stanie się dowiedzieć, jak faktycznie wyglądają straty firmy - czy właściciel naprawdę musi “dopłacać pieniądze do biznesu”, czy po prostu nie zrealizowaliśmy narzuconych celów, nazywanych “targetami”, w korporacjach często ciężko odróżnić te dwie sytuacje.

A jakie widzicie plusy z założenia komisji?

Agata: Liczy się efekt i to, że ktoś w ogóle zaczął z nami dialog. Ja pracuję w tej firmie od 15 lat i nikt nigdy z pracownikami w ten sposób nie rozmawiał. Nasza firma to takie miejsce, gdzie z szefami jest się na “cześć”, oni się przyjaźnią z niektórymi osobami z załogi. Więc ten kontakt jest, ale nieoficjalny, “koleżeński”. Kiedy zaczynałam tu pracować, słyszałam, że moją reprezentacją ma być mój kierownik działu - tylko że do jego obowiązków należy stanie za zarządem, a nie za naszym interesem.

A nagle zarząd znalazł się w sytuacji, w której musiał siąść do stołu z silną reprezentacją pracowników, która jest w stanie wywalczyć konkretne rzeczy - to jest super.

Rozmawiała Justyna Samolińska, Warszawska Komisja Środowiskowa


Protesty na Białorusi – perspektywa pracownicza
21.12.2020

Po „wygranych” po raz kolejny przez Aleksandra Łukaszenkę wyborów prezydenckich, na Białorusi od 9 sierpnia do dziś trwają masowe protesty. W porównaniu z poprzednimi, które wybuchały po każdym głosowaniu i grupowały głównie młodzież w Mińsku i innych dużych ośrodkach , tegoroczne trwają wyjątkowo długo i mają miejsce również w mniejszych ośrodkach miejskich. Zmieniają one też swoją formułę, przeradzając się w ruch pracowniczy w dużych przemysłowych przedsiębiorstwach kraju: w przemyśle ciężkim, chemicznym oraz wśród pracowników sfery kultury i opieki medycznej.

Pracownicy i pracownice tych przedsiębiorstw w ramach ogłoszonego bezterminowego strajku zaczęli masowo zrzeszać się, wysuwając żądania i grożąc całkowitym zatrzymaniem pracy zakładów w przypadku niespełnienia ich postulatów. W tej chwili mają one w większości charakter polityczny ze względu na wyjątkową sytuację w kraju. Przeciwko protestującym stosuje się przemoc. Są informacje o co najmniej czterech zabitych w czasie protestów. Strajki stały reakcją na dziejącą się niesprawiedliwość.

Powstrzymać przemoc

Ale nie tylko to było powodem masowych wystąpień pracowników i pracowniczek zakładów. Warto powiedzieć, że rządzący na Białorusi od lat niszczą stworzony przez nich samych – tuż po rozpadzie Związku Radzieckiego – model państwa opiekuńczego. Nie spełniają obecnie podstawowych zobowiązań społecznych wobec obywateli. Przykładem są wprowadzone w roku 2004 indywidualne umowy z pracownikami i pracownicami zamiast układów zbiorowych. Kolejną porażką państwa na poziomie społecznym był „podatek od bezrobocia” z 2017 roku. Inny przykładem aspołecznych działań władz to między innymi wyłączenie służby wojskowej, urlopu macierzyńskiego oraz studiów wyższych z lat, które wliczają się do emerytury. Polityka finansowa ostatnich pięciu lat z kolei doprowadziła do zamrożenie płac, podczas gdy ceny nadal rosły. To wszystko zaktywizowało i upolityczniło ludzi, których taka polityka rządu bezpośrednio dotknęła. Ponieważ znacząca cześć gospodarki Białorusi pozostaje w rękach państwa, to właśnie pracownicy i pracownice zakładów państwowych okazali się ważnym podmiotem w politycznej walce.

Informacje o planowanych w całym kraju strajkach zaczęły pojawiać się czwartego dnia protestów. Obecnie żądania strajkujących w większości nie zawierają postulatów społecznych, domagając się jedynie zakończenia policyjnej przemocy, uwolnienia wszystkich zatrzymanych i przeprowadzenia nowych wyborów prezydenckich.

Warto podkreślić, że na Białorusi strajki na tak dużą skalę nie miały miejsca od lat 90. Ostatni duży protest pracowników metra w 1995 roku został brutalnie stłumiony. Obecnie jesteśmy więc świadkami pierwszego od długiego czasu dużego ruchu protestacyjnego pracownic i pracowników. Póki co działania te skupiają się głównie na spotkaniach z zarządem przedsiębiorstw, propaństwowymi związkami zawodowymi oraz władzami lokalnymi. Swoją gotowość strajkową wyraziła część załóg w więcej niż dwudziestu przedsiębiorstwach i organizacjach państwowych w tym Mińska Fabryka Samochodów, Białoruska Fabryka Samochodów w Żodzino, Hrodna Azot, Naftan w Nowopołocku oraz Biełaruśkalij w Soligorsku. Z drugiej strony obecny jest również podział wśród pracowników spowodowany głównie brakiem koordynacji strajkujących oraz różnymi groźbami ze strony kierownictwa zakładów, presją finansową i zastraszeniami dotyczącymi wszczęcia spraw kryminalnych.

Jednak wśród strajkujących można zaobserwować dużą determinację. Po części jest to spowodowane socjalnym podłożem strajków, pomimo podnoszenia głównie kwestii politycznych. Jest to zrozumiałe ponieważ w ciągu ostatnich lat na Białorusi można zaobserwować pewien poziom korupcji jakiej ulega „klan” Łukaszenki. Są dowody na to, że białoruski prezydent wprowadził w kraju pełzającą ekonomiczną liberalizację i prywatyzacje, na której korzystają jego bliscy. Wbrew powszechnym przekonaniom w kraju działają kontrolowani przez prezydenta oligarchowie.

Związki zawodowe na Białorusi

Część protestujących w centrum swoich postulatów strajkowych zgłosiła kwestie socjalne publikując je w alternatywnych mediach. Wśród żądań są: zakaz prywatyzacji przedsiębiorstw, zachowanie miejsc pracy, demokratyzacja systemu politycznego, likwidacja systemu umów, wszczęcie śledztwa w sprawie okrucieństw wobec zatrzymanych do jakich dochodzi w trakcie demonstracji, uchylenie dekretu nr 3 („Dekret o pasożytach”), anulowanie reformy emerytalnej oraz prawo do funkcjonowania niezależnych związków zawodowych. Do końca nie wiadomo, kto stoi za wspomnianym żądaniami. Całkiem możliwe, że są to grupy anarchistyczne. Warto dodać, że na Białorusi działał najliczniejszy w krajach postradzieckich ruch anarchistyczny. W dobie trwających protestów, anarchiści i anarchistki są jednym z głównych celów ataków aparatu represji, stąd na chwilę obecną trudno jest udzielić informacji o ich działalności.

W celu ogłoszenia żądań politycznych strajkujących pracowników i pracownic, pod skrzydłami liberalnej opozycji, 18 sierpnia powstał „Narodowy Komitet Strajkowy”. Jego powstanie było niezbędne ze względu na brak zjednoczonych i niezależnych związków zawodowych oraz partii lewicowych, które mogłaby reprezentować pracowników i pracownice. Nieliczne niezależne związki zawodowe, takie jak np. Białoruski Niezależny Związek Zawodowy, które pojawiły się na początku lat 90., zostały zniszczone. Komórki tych związków pozostały tylko w kilku przedsiębiorstwach. Niestety są teraz bardziej podobne do organizacji pozarządowych i w większy stopniu polegają na zagranicznych grantach niż składkach pracowników. Z drugie strony, już w 1991 roku powstał ogólnokrajowy związek zawodowy, Federacja Związków Zawodowych Białorusi, którego działalność sprowadza się do organizacji obchodów świąt państwowych i wydawania skierowań do domów wypoczynkowych. FZZB nie ma nic wspólnego z ochroną praw pracowniczych, a jest jedynie gwarantem stabilności panującego systemu i lojalności grup pracowników i pracownic.

Opozycja i liberalizm ekonomiczny

Z obecnej sytuacji wynika, że w kraju brakuje siły, która jest w stanie wesprzeć społeczno-ekonomiczne dążenia protestujących. Liberalna opozycja, ze swojej strony, ma całkowicie przeciwne interesy i wszystko wskazuje na to, że pracownicy mogą zostać wykorzystani jedynie jako narzędzie do przejęcia władzy przez opozycję. To się dzieje również poprzez zdobycie przewagi w alternatywnych mediach, takich jak Telegram. Opozycja próbuje przejąć pełną kontrolę nad ruchem robotniczym.

O nastawieniu opozycji świadczy programem wyborczy alternatywnych kandydatów, który uwzględniał głównie interesy zagranicznego kapitału, dla którego Białoruś to jedynie źródło tanich surowców, rynek zbytu oraz rezerwuar taniej siły roboczej. Programy mówią o prywatyzacji, sprzedaży ziemi i innych reformach neoliberalnych. Doprowadzi to do zrujnowania gospodarki państwa białoruskiego i jego potencjału przemysłowego, a za tym do utraty miejsc pracy i zniknięcia dotychczasowej klasy robotniczej.

Wszystko wskazuje na to, że bez względu czy reżim Łukaszenki padnie, czy też pozostanie przy władzy, tego rodzaju programy rozwoju gospodarki najprawdopodobniej będą realizowane w kraju i w każdym z tych przypadków stracą właśnie pracownicy i pracownice zakładów państwowych. W tym tkwi główne poczucie niesprawiedliwości. Właśnie aspekt klasowy, dzięki strajkom w dużych przedsiębiorstwach, zmienił charakter ostatnich protestów, czyniąc je ogólnokrajowymi i dając nadzieję na zmiany. Jednak wszyscy wiemy, że prawdziwa zmiana jest możliwa tylko wtedy, kiedy w kraju powstanie zorganizowany ruch społeczny. Taki ruch, zrzeszający pracowników i pracownic wszystkich sektorów gospodarki, jest w stanie zagrozić państwu i jego dotychczasowej ideologii. W związku z tym, jedyną pokojową drogą protestów na Białorusi jest organizowanie robotników, którzy świadomie bronią swoich interesów.

 Natalia Paulovich (Komisja Zakładowa IP przy Uniwersytecie Warszawskim)

 


Poza dylematem „miejsce pracy albo środowisko”
13.12.2020
Demonstracja robotników Porto Maghera

Kontynuując związkową debatę na temat relacji między ruchem pracowniczym a postulatami ekologicznymi, publikujemy tłumaczenie artykułu Lorenzo Feltriniego o działaniach grupy robotników ze strefy przemysłowej Porto Maghera w Wenecji. Historii walk pracowniczych w Porto Maghera w latach 60. i 70. poświęcony jest film "Ostatnie ognie w Porto Maghera" dostępny za darmo na portalu alter-kino: [LINK], a także 7 numer "Przeglądu Anarchistycznego" dostępny w sklepie internetowym wydawnictwa Bractwo Trojka: [LINK].

Ekologizm pracowniczy włoskiej grupy Porto Maghera łączy miejsce pracy i społeczność w walce przeciwko kapitalistycznej „szkodliwości społecznej”.

Wobec ponownego wzrostu skrajnych nierówności, fala protestów przetacza się z południa na północ Włoch. Z jednej strony pandemia wywołała gwałtowny zryw walk pracowniczych w obronie zdrowia oraz dochodów osób dotkniętych ograniczeniami związanymi z COVID-19. Z drugiej jednak strony byliśmy również świadkami sukcesu interwencji koordynowanych przez prawicę, nasyconych oszałamiającą gamą teorii spiskowych, rozwijanych w odpowiedzi na te ograniczenia.

W odróżnieniu od sloganu, który pojawił się na masowej demonstracji w Neapolu 23 października 2020 r. – „Jeśli nas zamykasz, zapłać!” – prawicowy dyskurs nie domaga się bardziej kolektywnych i egalitarnych środków przeciwdziałania efektom epidemii. Zamiast tego domaga się, aby „gospodarka” działała sprawnie. Wydaje się jednak, że prawicowy ruch sprzeciwu przyciąga znaczącą część klasy pracującej, ponieważ wielu pracowników oraz pracownic – słusznie zaniepokojonych wpływem wielomiesięcznych lockdownów na ich źródło utrzymania – znajduje odpowiedź w negowaniu pandemii i bardziej ogólnie kryzysu klimatycznego.

Od początku pandemii marksistowscy komentatorzy podkreślali, że kryzysu zdrowotnego nie można oddzielić od systemu ekonomicznego, który kształtuje nasze życie. Nie dotyczy to tylko systemu opieki zdrowotnej: samo przeniesienie się nowego koronawirusa ze zwierząt na ludzi było spowodowane kapitalistycznym imperatywem przywłaszczania sobie naturalnych „zasobów” w celu podtrzymania zysku, który napędza gospodarkę.

W pewnym sensie pandemia jest globalnym przejawem dylematu „miejsce pracy kontra środowisko” i związanym z nim „szantażem pracy” (”job blackmail”), czyli sytuacją, w której pracownicy oraz pracownice stają przed wyborem między obroną swojego zdrowia i środowiska a utrzymaniem pracy [1]. Nie ma łatwego wyjścia z tego dylematu. Jednak refleksje wypracowane około 50 lat temu przez pracowniczy kolektyw składający się głównie z robotników zatrudnionych w wysoce toksycznym kompleksie przemysłowym Porto Maghera w regionie Wenecji we Włoszech nadal mogą stanowić źródło inspiracji.

Ekologizm pracowniczy we Włoszech

Operaismo to nurt Nowej Lewicy, który wyrósł wokół walk włoskich robotników fabrycznych w latach 60. głównie poprzez przeglądy polityczne Quaderni RosiiClasse Operaia. Ten nurt teoretyczny doprowadził do powstania kilku radykalnych organizacji pod koniec lat 60. i 70. XX wieku, Takich jak Potere Operaio, Lotta Femminista, Autonomia Operaia.

Operaismo nie słynie z tego, że ma wiele do powiedzenia na temat kwestii środowiskowych i zdrowotnych, ale istotny wyjątek stanowi tu teoria i praktyka dotycząca nocivitá (dosłownie „szkodliwość”) rozwijana przez grupę robotników z Porto Maghera. Grupa ta działała pod różnymi nazwami od wczesnych lat 60. do 1980 roku w dużym ośrodku przemysłowym znajdującym się na terenie Wenecji. Powstała na skutek spotkania bojowo nastawionych robotników, studentów oraz intelektualistów zniechęconych linią Włoskiej Partii Komunistycznej i związanym z nią związkiem zawodowym Włoskiej Generalnej Konfederacji Pracy.

Ich opracowania są mało znane, co wynika z faktu, że wiodącymi postaciami tej historii byli robotnicy fabryczni i technicy, a nie „pełnoetatowi intelektualiści”. Ich refleksje znaleźć można w niezliczonych ulotkach fabrycznych i artykułach prasowych publikowanych w Potere Operaio, a później także w ich lokalnym przeglądzie Lavoro Zero i Controlavoro.

Włoskie słowo nocivitá odnosi się do mechanizmu powodowania szkód. W kontekście używanym przez ruch pracowniczy obejmowało zarówno szkody wyrządzone ludzkiemu, jak i nie-ludzkiemu życiu. Nie może być zatem tłumaczone jako „szkody dla zdrowia” (ludzie), ani jako „degradacja środowiska” (nie-ludzie). Grupa z Porto Maghera argumentowała, że szkodliwość jest nieodłącznym elementem pracy w kapitalizmie. Zaczęli zajmować się tymi kwestiami pod koniec lat 60. XX wieku, kiedy robotnicy mieli decydujący wpływ na walki klasowe w Porto Maghera z powodu ekstremalnej toksyczności i zagrożeń, z jakimi mieli do czynienia w lokalnych fabrykach, szczególnie w gigantycznym Petrolchimico w Montedison. Ten przejaw ekologizmu klasy pracującej był niezwykle proroczy. Od 1968 roku obejmował pracowników zatrudnionych w zanieczyszczających branżach, i formułował bardzo krytyczne oceny potępiające degradację środowiska (nie tylko zdrowia pracowników) spowodowaną przez firmy, w których byli zatrudnieni.

Teoria dotycząca szkodliwości została zapoczątkowana przez technika z Petrolchimico, Augusto Finziego. Urodzony w 1941 roku w żydowskiej rodzinie, Finzi, spędził część swojego wczesnego dzieciństwa w obozie dla uchodźców w Szwajcarii, gdzie trafił uciekając przed Holokaustem, w którym niemiecki przemysł chemiczny – najbardziej zaawansowany w tamtych czasach – odegrał kluczową i straszną rolę. Po uzyskaniu matury z chemii w 1960 roku rozpoczął pracę w oddziale Petrolchimico VCM-PVC. W 2004 roku zmarł na raka. Przedwczesna śmierć była rzeczywiście powszechna wśród jego współpracowników w Petrolchimico.

Grupa z Porto Marghera powiązała szkodliwość z pracowniczą „strategią odmowy”. Z tej perspektywy praca w kapitalizmie jest wytwarzaniem wartości, a tym samym reprodukcją społeczeństwa wyzysku. Dlatego walka klas nie jest afirmacją pracy jako wartości pozytywnej, ale jej zaprzeczeniem. Jak ujął to Mario Tronti: „Walka klasy pracującej przeciwko pracy, walka robotnika przeciwko sobie [sic] jako pracownikowi, odmowa siły roboczej, by nie stać się pracownikiem”.

Połączenie odmowy pracy z realiami strasznych warunków BHP, których doświadczali, doprowadziło grupę z Porto Maghera do podstawowego przekonania, że praca w kapitalizmie jest z natury szkodliwa:

"Pracownicy nie wchodzą do fabryk, aby przeprowadzać badania społeczne, ale dlatego, że są do tego zmuszani. Praca to nie styl życia, to obowiązek sprzedania samego siebie, aby zarobić na życie. To walcząc przeciwko pracy, przeciwko przymusowi sprzedaży samych siebie, pracownicy ścierają się z wszelkimi normami społecznymi. To walcząc o to, żeby pracować mniej, żeby nie umierać od zatrucia w pracy, walczą także ze szkodliwością. Ponieważ szkodliwe jest budzić się każdego ranka, aby iść do pracy, szkodliwe jest akceptowanie tempa produkcji oraz jej warunków, szkodliwe jest pracowanie w systemie zmianowym, szkodliwe jest wracać do domu z wynagrodzeniem , które zmusza nas do powrotu do fabryki następnego dnia." (ulotka fabryczna Assemblea Autonoma, 26.02.1973)

Wczesna wersja refleksji tej grupy została częściowo usystematyzowana w artykule Przeciwko szkodliwości. Jej podstawowe założenia są nadal bardzo przydatne:

"Konieczne jest natychmiastowe rozróżnienie między jedną formą szkodliwości – tj. tradycyjnie rozumianą – związaną ze środowiskiem pracy (substancje toksyczne, dym, pył, hałas, itp.) od tej związanej bardziej ogólnie z kapitalistyczną organizacją pracy. Bez wątpienia ten drugi rodzaj szkodliwości ma głębszy wpływ na równowagę psychofizyczną pracownika. Czyni go istotą wyalienowaną, trybem w maszynie produktywistycznej całkowicie oderwaną od rezultatów swojej pracy i poddaną ciągłej lichwie, która wymaga od niego użycia nieludzkiej siły roboczej, ponieważ jest to maszyna kapitalistyczna napędzana wyłącznie przez zyski klasy panującej.” (Commitato Politico, 28.02.1971)

Zgodnie z tą perspektywą, walki o zdrowie ukierunkowane wyłącznie na tradycyjną szkodliwość – jak ta proponowana przez ich lokalne związki zawodowe w celu reformy środowiska pracy – są niewystarczające, ponieważ byłyby wykorzystywane wyłącznie do utrzymania wymogów kapitalistycznej restrukturyzacji, pozostawiając sedno sprawy – tj. priorytet produkcji wartości nad reprodukcją życia – nietknięty: "W nowej fabryce, w połączeniu z niewielkim ograniczeniem toksyczności, a tym samym tradycyjnie rozumianych chorób zawodowych, nastąpi silny wzrost zaburzeń zdrowia psychicznego.” Zamiast tego grupa pochwalała taktykę redukcji czasu pracy bez obniżek płac, aby przekształcić walkę o przetrwanie w fabryce w walkę o wyzwolenie z kapitalistycznego systemu pracy [pogrubienie tłumacza].

Idąc śladami pioniera operaismo, Raniero Panzieriego, krytyka kapitalistycznej technologii była obecna w rozumowaniu grupy z Porto Maghera. Bezpieczniejsze maszyny były konieczne, ale być może potrzebna była także nowa klasa inżynierów do budowy maszyn które nie niszczą zdrowia i w nieskończoność pomnażają zyski. Grupa krytykowała linię związkową, opartą na żądaniach większego wzrostu – zamiast krótszych godzin pracy – w celu ochrony poziomu zatrudnienia, ponieważ "takie inwestycje skutkowałyby automatyzacją i masowymi zwolnieniami, gdyż szefowie nadal używają automatyzacji w celach antypracowniczych. Wprowadzenie nowych maszyn i komputerów nie prowadzi do zmniejszenia godzin pracy, ale do zwiększenia ich zysków”. W takich warunkach automatyzacji nie należy przyspieszać. Grupa przyjęła w ten sposób podejście antagonistyczno-transformacyjne do technologii kapitalistycznej, które odrzucało zarówno pogląd instrumentalistyczny, zgodnie z którym maszyny kapitalistyczne są środkami neutralnymi, które można bezproblemowo wykorzystać do celów antykapitalistycznych, jak i masowego odrzucenia technologii jako takiej.

W latach 70. Grupa z Porto Maghera uzupełniła swoje ilościowe podejście do postulatu "więcej pieniędzy, mniej pracy" o refleksję jakościową na temat co, jak i ile wyprodukować. To ostatnie było związane z koncepcją proletariackiej samo-waloryzacji, czyli upodmiotowienia klasy pracującej poprzez produkcję, ponowne zawłaszczenie i dzielenie się wartościami użytkowymi w celu zaspokojenia potrzeb zbiorowych. Następnie grupa dodała samo-waloryzację do walki ze szkodliwością, proponując zbudowanie kontr-władzy, łączącej walki pracownicze oraz społeczne, ukierunkowanej na przejście do systemu opartego na potrzebach zbiorowych, rozumianych jako wzajemnie podtrzymująca się relacja między zdrowiem ludzkim a środowiskiem.W tym kontekście uznano, że bardziej zasadna jest zmiana tego, co jest produkowane, niż tylko przejmowanie aparatu produkcyjnego.

Ale co te idee mówią nam o obecnym kryzysie?

„Szkodliwość” w czasie pandemii

W kapitalizmie sposoby, w jakie objawia się szkodliwość są kształtowane przez prawo wartości oraz jego presje na proces pracy. Pandemie zdarzały się również w społeczeństwach przedkapitalistycznych. W społeczeństwie niekapitalistycznym praca wytwarza jednak głównie wartości użytkowe. Może być wytwarzana przez różne sposoby produkcji, np. pod przymusem feudalnego pana, który przywłaszcza sobie część produktu, ale także – jako zasada – na podstawie demokratycznego planowania, co, ile i na jakich warunkach wyprodukować. W kapitalistycznym sposobie produkcji zamiast tego pracownicy i pracownice muszą zapewnić rentowność swoim pracodawcom. W obecnej pandemii szkodliwość milionów infekcji oraz zgonów została wywołana i ukształtowana przez presje konkurencji, która prowadzi do niszczenia środowiska i wiąże z nim przetrwanie pracowników oraz pracownic.

We Włoszech rząd odpowiedział na pandemię poprzez zablokowanie zwolnień pracowników i pracownic zatrudnionych na umowach na czas nieokreślony, zapewnienie nadzwyczajnych – choć skromnych – zasiłków wspomagających dochód również dla osób samozatrudnionych orz zwiększenie pojemności szpitali publicznych. Biorąc jednak pod uwagę, że państwo jest zależne od akumulacji kapitału, jeśli chodzi o jego dochody, takie zabiegi są podporządkowane utrzymaniu sposobu produkcji. Zgodnie z tą logiką koszty częściowego zabezpieczenia ochrony zdrowia oraz dochodów przyznane pracownikom i pracownicom w niektórych krajach zostaną ostatecznie przerzucone na klasę pracującą poprzez fale oszczędności i restrukturyzacji proporcjonalnych do ogromnej skali tego kryzysu.

Ponieważ istnienie klasy pracującej jest uzależnione od pracy w systemie kapitalistycznym, pracownicy i pracownice potrzebują pracy, a tym samym niekończącego się wzrostu gospodarczego, aby przetrwać bez względu na konsekwencje zdrowotne i środowiskowe. Tego rodzaju „szantaż pracą” („job blackmail”) nie dotyczy wyłącznie dużych, wysoce toksycznych kompleksów zawodowych. W rzeczywistości rządzi całym społeczeństwem kapitalistycznym i jest dla niego nieodłączne. Jeśli potrzeby reprodukcyjne – takie jak potrzeba zdrowego środowiska – są materialną podstawą ekologizmu klasy pracującej, związek między reprodukcją pracowników i pracownic oraz pracą w systemie kapitalistycznym jest materialną podstawą negacjonizmu klasy pracującej i musi zostać zerwany.

Interwencje anty-kapitalistyczne w obecnym cyklu walk powinny opierać się na żądaniach długoterminowego zaspokojenia potrzeb reprodukcyjnych pracowników i pracownic, aby uczynić ekologizm klasy pracującej zwycięską alternatywą dla negacjonizmu klasy pracującej. W trwających protestach przeciwko rozwiązaniom włoskiego rządu w związku z COVID-19 hasło „Dochody i zdrowie dla wszystkich” wskazuje na ekologizm klasy pracującej, podczas gdy „Dajcie nam w spokoju pracować” zmierza ku negacjonizmowi klasy pracującej w zakresie, w jakim odnosi się także do miejsc pracy, w których ryzyko rozprzestrzeniania się COVID-19 jest wysokie.

O ile więc, pracownicy i pracownice są zależne od szkodliwości pracy w systemie kapitalistycznym, to jak mogą z nią walczyć? Początkowa propozycja grupy z Porto Maghera, zgodna z pracowniczą strategią tamtych czasów, była egalitarnym wezwaniem „więcej pieniędzy, mniej pracy”, aby zerwać związek między płacą a produktywnością, wpędzając kapitalizm – a przynajmniej tak mieli nadzieję – w permanentny kryzys. Spowodowało to zapotrzebowanie na tak zwane „gwarantowane wynagrodzenie dla wszystkich” podobne do dzisiejszych propozycji powszechnego dochodu podstawowego. Grupa dodała później do tej platformy ilościowej platformę jakościową, która poprzez podejście antagonistyczno-transformacyjne do technologii kapitalistycznych zakładała budowę kontr-władzy zdolnej zmienić to, „co, jak i ile produkować”.

Zastosowana dzisiaj strategia wyjścia z dylematu „ miejsca pracy kontra środowisko” mogłaby wyglądać jako platforma skupiona na żądaniach krótszych godzina pracy, radykalnej redystrybucji bogactwa oraz sprawiedliwej transformacji do zrównoważonej i nie-utowarowionej produkcji [pogrubienie tłumacza] jako przejściowych kroków w kierunku obalenia kapitalizmu, wyartykułowanych wraz z antyrasistowskimi, feministycznymi i anty-imperialistycznymi aspektami walki.

Przykładem takiej próby jest Obóz Klimatyczny zorganizowany w Porto Maghera przez centrum społeczne Rivolta, autonomiczną przestrzeń, która kontynuuje wątek ekologizmu klasy pracującej zainicjowany przez grupę z Porto Maghera i podejmowany w latach 80. i 90. przez niezależne związki zawodowe oraz lewicowe organizacje ekologiczne.

Przy aktywnym udziale radykalnych związków zawodowych (m.in. zaprzyjaźnionego z „Inicjatywą Pracowniczą” ADL Cobas - przyp. tłumacz), Obóz Klimatyczny poparł ekologiczną wersję uniwersalnego dochodu podstawowego – częściowo w pieniądzach, częściowo w nie dających się spieniężyć dobrach i usługach – różniącą się znacznie od jej akceleracjonistycznej wersji, ponieważ taki dochód miałby być finansowany przez sprawiedliwe zwijanie gospodarki („just degrowth”) i radykalną redystrybucję bogactwa, a nie dalszą kapitalistyczną automatyzację. Jednocześnie zmienić musi się samo „co” i „jak” jest produkowane.

Organizacje, które uczestniczyły w Obozie Klimatycznym, mobilizują się teraz do działania, aby zabezpieczenia pracownicze nie były finansowane wyłącznie przez pracę za wszelką cenę – w tym dalszego szybkiego rozprzestrzeniania się infekcji wirusowej – lecz, aby zmusić bogatych do płacenia za kryzys związany z COVID-19 poprzez wyższe płace i bardziej progresywne opodatkowanie.

Wyjście z dylematu „miejsca pracy albo środowisko” można zapoczątkować poprzez rozdzielenie reprodukcji klasy pracującej od kapitalistycznej produkcji oraz ponowne połączenie walk pracowniczych i społecznych przeciwko kapitalistycznej szkodliwości. 

---

Lorenzo Feltrin – włoski badacz zainteresowany pracą, ruchami społecznymi i ekologią polityczną. Obecnie prowadzi badania nad globalnym sektorem petrochemicznym w tym w szczególności nad regionem przemysłowym Porto Maghera, Wenecja.

Tekst ukazał się 16 listopada 2020 na łamach ROAR: [LINK]

Tłumaczenie: Paweł Nowożycki / KZ OZZ „Inicjatywa Pracownicza” przy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Przypisy:

[1] - Więcej na temat zagadnienia „szantażu pracą” zob. Lorenzo Feltrin, „Strajki klimatyczne i strajk społeczny: ekologizm klasy pracującej i reprodukcja społeczna”, URL: https://www.ozzip.pl/publicystyka/strategie-zwiazkowe/item/2516-strajki-klimatyczne-i-strajk-spoleczny-ekologizm-klasy-pracujacej-i-reprodukcja-spoleczna

 

 


Odmrozić stawki wynagrodzenia. Głos fabryki Cooper w Myślenicach
02.12.2020
Akcja komisji IP w CS Myślenice

Bojowa część załogi w myślenickiej fabryce uszczelek do aut Cooper Standard Polska w lipcu 2020 powołała do życia komisję zakładową OZZ IP. Wkrótce po powstaniu, szybko rosnąca w liczbę grupa wykonała wiele skutecznych działań aby polepszyć warunki pracy w zakładzie. Nie powstrzymała jej niechęć zarządu firmy i związku NSZZ Solidarność. Początkowo zwalczana, nowa komisja Inicjatywy Pracowniczej obecnie jest ważnym punktem odniesienia we wszystkich kwestiach dotyczących pracowników fabryki. Oddajemy głos przedstawicielom prężnej komisji w Małopolsce. W wywiadzie przeprowadzonym w październiku 2020 uczestniczyło 10 członków komisji.

Co produkuje Cooper?

Tworzymy części do aut z tworzyw sztucznych, uszczelki samochodowe do wielu marek. To amerykańska firma z oddziałami na całym świecie.

Ile fabryk posiada firma w Polsce?

Obecnie Cooper ma trzy odrębne oddziały: Myślenice, Bielsko Biała i Dzierżoniów. Wcześniej była też Częstochowa i Piotrków Trybunalski, sprzedali je z początkiem tego roku jeszcze przed pandemią. Ogółem w Cooper pracuje ponad 2.5 tysiąca pracowników, z czego 2 tysiące to pracownicy fizyczni. W Myślenicach mamy niecałe 600 osób. Nasza komisja powstała 20 lipca 2020, obecnie zrzeszamy 101 pracowników.

Czy Cooper zatrudnia wszystkich bezpośrednio?

Poza bezpośrednią umową z Cooper wcześniej firma korzystała z agencji pośrednictwa Randstad. Teraz do tego wraca i pojawiają się umowy agencyjne z firmą Gi Group.

Czemu zdecydowaliście, że w Waszej fabryce potrzebny jest nowy związek?

Bezpośrednim powodem naszej decyzji było niesprawiedliwe zwolnienie dwóch pracowników i groźba szerszej redukcji w trakcie epidemii. Jednak problemy nawarstwiały się już kilka lat. Solidarność w Myślenicach nie walczyła ani o zwalniane osoby, ani wcześniej o podwyżki czy lepsze warunki pracy. Załoga miała poczucie braku wpływu na swój los.

Wszelkie negocjacje toczyły się ponad naszymi głowami i z reguły taki dialog Solidarności z firmą nie kończył się po naszej myśli. Zarząd zakładu coraz bardziej się rozkręcał, wydawało mu się że coraz więcej może robić. Brak swobody brania urlopów, zmiany harmonogramów z piątku na poniedziałek. Przy takim podporządkowaniu człowiek nie może ułożyć sobie życia.

Jak szef motywował zwolnienia?

Pracę straciły kobiety. Oficjalnie to miała być redukcja ze względu na kryzys. Ale nieoficjalnie panie słyszały, że brały opieki lub mają inne ograniczenia, które są szkodliwe dla firmy.

Czy epidemia wpłynęła istotnie na Wasze warunki pracy?

Mieliśmy postój w marcu jeszcze zanim się zaczął w wielu innych firmach w Polsce bo odbiorcy nie brali uszczelek. Firma zachęcała pracowników, żeby szli na opiekę nad dziećmi, a także zdrowe osoby, by szli na L4. Już na chorobowym ludzie dostawali telefon od koordynatorów, żeby wziąć jeszcze 5 dni urlopu. Solidarność u nas do tego zachęcała twierdząc, że trzeba rozumieć położenie szefa. Część postoju była więc kryta płatnymi i bezpłatnymi urlopami.

Jaka była reakcja firmy i drugiego związku na powstanie Waszej komisji?

Jeden wielki atak. Trudno było tu odróżnić działania zarządu myślenickiej Solidarności od zarządu firmy.

Jaki charakter przybrały ataki?

Dwa dni po ogłoszeniu o założeniu związku po członkach Solidarności zaczęto wysyłać sms-y, żeby nie zapisywać się do Czarnego Kota, żeby uważać na „pseudo-związek zawodowy”. Wkrótce potem dyrektor na zebraniu załogi podobnie apelował, aby nie wierzyć w naszą „propagandę”. Za to zarząd Solidarności rozpuszczał plotkę, że jak ludzie się zapiszą do nas zamiast do Solidarności, to wszystkie dotychczasowe porozumienia z szefem tracą moc, wszystko przepadnie: będziemy zarabiać znów po 10 złotych na godzinę, odbierze nam się bony i całą resztę!

Jak reagowała załoga na te sms-y?

Przesyłała je masowo do nas, stąd o nich wiemy. Zresztą podobne groźby okazały się nieskuteczne, bo wkrótce potem niemało członków Solidarności złożyło rezygnację i zapisało się do nas.

Czym wcześniej przejawiała się aktywność Solidarności?

Zawody wędkarskie, wycieczki, paczki na święta, rozdawanie Plussszy (witaminy w formie tabletek musujących - red), raz w roku negocjacje płacowe za zamkniętymi drzwiami.

Jakie były Wasze działania zaraz po powstaniu komisji?

Pierwszym działaniem była zbiórka podpisów pod petycją do dyrekcji firmy w sprawie przywrócenia do pracy zwolnionych osób, „Mówimy NIE nieuzasadnionym zwolnieniom!”. W jeden dzień zebraliśmy prawie 180 podpisów. Tego samego dnia rozdaliśmy pod bramą zakładu kilkaset ulotek, w których ujawniliśmy liczby niewygodne dla zarządu: wytworzone naszą ciężką pracą zyski firmy - ponad 550 milionów na czysto w trzech ostatnich latach - oraz wysokość pomocy państwa, jaką otrzymuje Cooper w Polsce – ponad 200 milionów złotych od powstania, 32 mln w samym 2019 roku. Wbrew twierdzeniom dyrekcji na które przystawała Solidarność, ta firma nie bieduje. Nasza praca od lat przynosi jej zyski. Zarząd wolałby jednak mówić i dzielić się tylko kosztami - nie ma na to naszej zgody.

Czy w toku tych działań zmieniło się podejście dyrekcji i Solidarności do Waszej grupy?

Znacznie zmienił się kierunek propagandy. Znów wysyłane są sms-y, ale tym razem o tym jak to jesteśmy jednomyślni, że oto mamy wszystko wspólnie uzgodnione. Wcześniej było w kółko powtarzane, że nasz związek wprowadza kłótnie i sieje propagandę, a teraz – że jest z nami porozumienie. Solidarność próbuje też obecnie sprawiać wrażenie, że zaczyna walczyć, żąda więcej, komunikuje się z załogą, grozi sporem zbiorowym. To w zasadzie jest nasz sukces.

Jakie działania obecnie podejmuje Wasza komisja?

W tym momencie naciskamy na odmrożenie stawek, które zostały zamrożone po porozumieniu Dyrekcji z Solidarnością. Pierwotnie zarząd i drugi związek nie chciały abyśmy brali udział w negocjacjach dotyczących odmrożenia i przyszłych podwyżek. Wywieraliśmy więc presję z zewnątrz. Nagłaśnialiśmy nasze stanowisko o niezwłocznym odmrożeniu i zbieraliśmy dla niego poparcie. Wydrukowaliśmy mnóstwo nalepek na ubrania robocze dla załogi – zeszły nam wszystkie te nalepki, cieszyły się dużą popularnością. Obecnie zarząd i Solidarność chce już z nami ustalać stanowisko. Myślenickie władze Solidarności wręcz twierdzą teraz, że od początku zależy im na odmrożeniu i odgrażają się przed zarządem firmy że będą o to walczyć. Cieszy nas taka zmiana, bo znaczy, że nasza presja ma sens i robimy to co trzeba.

Stawiacie sobie konkretne cele na najbliższe miesiące?

Obok kwestii płacowych zamierzamy się zająć kwestiami harmonogramów i urlopów. Zależy nam też bardzo na poprawie BHP. Potrzebujemy przywrócić Tomka (inicjatora powstania komisji - red) na stanowisko Społecznego Inspektora Pracy, bo stracił je bezprawnie po założeniu związku. Wszystkie nasze działania wyrastają z potrzeb szeregowych pracowników załogi i mamy nadzieję zachęcić nimi więcej ludzi do zrzeszania się u nas.


Zakaz aborcji to nie kwestia światopoglądu tylko ograniczanie zabezpieczeń społecznych (wywiad)
18.11.2020
Zakaz aborcji to nie kwestia światopoglądu tylko ograniczanie zabezpieczeń społecznych (wywiad)

„W tym kraju to kobieta pełni funkcję zabezpieczenia społecznego”. Publikujemy wywiad z opiekunkami z poznańskich żłobków o strajku kobiet.

W 2011 r. założyłyście komisję Inicjatywy Pracowniczej zrzeszającą pracownice poznańskich żłobków finansowanych przez samorząd. Co skłoniło was do rozpoczęcia działalności związkowej?

Justyna Kurzawska: Od 4 lat opiekunki żłobków nie dostały podwyżki, dodatkowo nowa ustawa wydłużyła czas naszej pracy o pół godziny, a nasze płace wciąż stały w miejscu. Jako formalnie niezrzeszone pracownice napisałyśmy list do ówczesnego prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego w sprawie podwyżek. W odpowiedzi przeczytałyśmy, że podwyżek nie dostaniemy do 2032 r. W pierwszej kolejności powołałyśmy nieformalne porozumienie żłobkowe, którego celem było wymuszenie na rządzących podwyżek naszych płac. Po kilku miesiącach wspólnych rozmów i kontaktów z miejskimi urzędnikami, którzy głównie okazywali nam lekceważenie, założyłyśmy komisję Inicjatywy Pracowniczej. Na spotkaniu założycielskim było około stu opiekunek. Inicjatywa była pierwszym związkiem w żłobkach w Polsce. Poza niskimi płacami, problemem było zmuszanie nas do dodatkowych prac, takich jak mycie okien i brak podstawowych środków higieny, takich jak np. rękawiczki jednorazowe. Działanie zaczęłyśmy od wejścia w spór zbiorowy, który skończył się na etapie mediacji.

Jak obecnie wyglądają wasze kontakty z władzami miasta?

Justyna: Zarabiam ok. 2,5 tys. zł miesięcznie za 160 godz. pracy polegającej na opiece nad grupą dzieci. Nasze płace są wciąż skandalicznie niskie. W związku z tym co roku tracimy czas na rozmowy z urzędnikami i politykami, aby w budżecie na kolejny rok zostały dla nas uwzględnione podwyżki. W pracy obarcza się nas kolejnymi obowiązkami. Wzrost cen środków utrzymania obniża realną wartość naszych płac, a nam co roku mówią, że nie zarezerwowali dla na nas żadnych pieniędzy. Po odbyciu kilku posiedzeń przeważnie jesteśmy w stanie wymusić na władzach podwyżkę rzędu 100 zł brutto. Cały proces rozmów, które musimy przechodzić, zaczyna się we wrześniu i kończy na początku kolejnego roku w okresie przyjmowania budżetu miasta. W tym roku wiceprezydent Solarski powiedział nam, że nie możemy liczyć na żadną podwyżkę. Obecnie władze tłumaczą brak podwyżek płac szalejącą pandemią. Mówią, że firmy nie działają i w związku z tym wpływy z podatku spadają. My nie dostajemy podwyżek, a równocześnie władze miasta zwalniają przedsiębiorców z części czynszów. W czasie pandemii przedsiębiorcy dostają pomoc od władz miasta, natomiast nas zmusza się do pracy za grosze. Ogółem pracujących w miejskich żłobkach jest ok. 400 osób i nigdy nie ma dla nas pieniędzy.

Od lat prowadzicie również działania, które nie skupiają się bezpośrednio na problemach zakładowych.

Agnieszka Zakrzewska-Matuszak: Pierwsza nasza akcja uliczna miała miejsce zimą 2012 r. Wówczas blokowałyśmy tory tramwajowe w centrum miasta po to, aby zwrócić uwagę opinii publicznej na nasze głodowe płace. Przedtem nikt nie zwracał na nas żadnej uwagi, tak jakby nasza praca w ogóle nie istniała. Obecnie po latach działań jesteśmy w mieście rozpoznawalne.

W tym samym roku uczestniczyłyśmy w protestach przeciwko cięciom socjalnym, które wynikały z wydatków liczonych w miliardy związanych z organizacją turnieju piłki nożnej Euro 2012. Szłam w pierwszym szeregu demonstracji przeciwko władzom miasta, które lekką ręką przepuszczały setki milionów na tę imprezę. Prywatny biznes się kręcił, nam nie starczało do pierwszego, a rodzice mieli problem z uzyskaniem właściwej opieki nad dziećmi, bo brakowało miejsc w żłobkach. Tak pozostało do dzisiaj. W tym proteście nie chodziło tylko o płace w żłobkach, tylko o cały sektor opiekuńczy, np. o pracowników domów opieki społecznej. Na głównej demonstracji wystawiłyśmy sporą reprezentację opiekunek. To jednak nie wpłynęło na wysokość naszych płac. Poprzedni prezydent Poznania podniósł nam je tylko raz w ostatnim roku swojej kadencji przed wyborami. On z nami nigdy nie rozmawiał, ewentualnie wysyłał swoich zastępców, był otwarcie antykobiecy i antysocjalny. W 2014 r. prezydenturę objął Jacek Jaśkowiak. On udaje, że kwestie kobiece nie są mu obce. Różnica między jednym a drugim jest taka, że Grobelny robił wszystko, aby unikać z nami wszelkich kontaktów, a urzędnicy Jaśkowiaka rozmawiają z nami. Jaśkowiak również robi wiele, abyśmy podwyżek nie dostały. Gdy w końcu zmuszamy go, żeby coś dał, to zawsze dąży do tego, żeby podwyżki były jak najniższe. W sumie w ciągu 6 lat jego rządów dostałyśmy ok. 750 zł brutto podwyżki. To pokazuje, jak bardzo zależy mu na tym, aby utrzymać niskie płace pracownic zatrudnionych przez władze miasta. Z danych dotyczących wysokości płac uzyskiwanych przez pracowników samorządowych wynika, że my zarabiamy prawie najmniej. Oni mówią, że wszystko rozumieją, ale nam nie dadzą.

W 2018 r. wzięłyśmy udział w Socjalnym Kongresie Kobiet. W tym spotkaniu chodziło o spotkanie kobiet, które walczą o wyższe płace i niższe czynsze. Spotkałyśmy się z działaczkami związkowymi, które głównie pracowały w zawodach związanych z opieką, jak również z działaczkami lokatorskimi. Istnieją całe branże, w których pracują głównie kobiety i są to branże o najniższych zarobkach. Co z tego, że w tych branżach płace kobiet i mężczyzn są na tym samym poziomie, jeżeli cała branża jest pod względem płac na samym dnie. Problemem, który odczuwamy, nie jest nierówność płac pomiędzy kobietami a mężczyznami w obrębie jednej branży, lecz nierówność w płacach pomiędzy branżami tzw. kobiecymi i męskimi. Wiadomo, że w żłobkach nie pracuje żaden mężczyzna, ale gdyby się taki trafił, to będzie zarabiał równie mało co kobieta. Z drugiej strony, jeżeli spojrzysz na pracę urzędników samorządowych, energetyki, informatyków, a nawet budowlankę, to tam w większości pracują mężczyźni i płace są znacznie wyższe niż np. w przypadku pracy opiekuńczej wykonywanej głównie przez kobiety. My nie chcemy pracować za darmo. To spotkanie miało bardziej feministyczny charakter, tzn. chodziło w nim o poprawę warunków pracy kobiet i o poprawę zabezpieczeń społecznych. W tym kraju to kobieta pełni funkcję zabezpieczenia społecznego, które powinno być zapewnione przez państwo i przedsiębiorców. Socjalny Kongres Kobiet był inny od tego Kongresu Kobiet, na którym rządzą polityczki i biznesmenki. Tam nie porusza się problemów niskich płac i braku zabezpieczeń socjalnych, bo główne twarze tego kongresu zarabiają miliony na nisko opłacanej pracy kobiet i te nierówności ekonomiczne próbują ukrywać, wmawiając innym kobietom, że pracownica ma taki sam interes jak bizneswoman czy polityczka. My uważamy, że interesy te są z gruntu sprzeczne.

Justyna: Uczestniczyłyśmy też w Czarnym Proteście jesienią 2018 r. W Poznaniu była masa kobiet, nasza koleżanka wypowiadała się na nim z mównicy. Obecnie również bierzemy udział w strajku kobiet. Walczymy o dostęp do aborcji, gdyż jej zakaz ogranicza kobiety. Politycy już i tak w zbyt dużym stopniu decydują za nas w innych sferach życia. To nie ich sprawa, kiedy i kogo chcemy rodzić.

Nie uważam, żeby aborcja była czymś dobrym, ale to moja sprawa, czy ją dokonam, czy też nie. W życiu nie urodziłabym dziecka z wadami genetycznymi. Zmuszanie kobiety do urodzenia dziecka z gwałtu to taka sama patologia jak gwałt. Politycy łamią obecnie wszelkie granice, oni chcą zniszczyć kobiety.

Aborcje są wykonywane w Polsce na masową skalę tylko nielegalnie bądź legalnie za granicą. W obu przypadkach trzeba mieć na to sporą ilość pieniędzy. W praktyce te z nas, które pieniędzy nie mają, czyli głównie kobiety wykonujące najgorsze prace bądź te, które są finansowo zależne od mężów, mają ograniczony dostęp do aborcji. Z drugiej strony te bogatsze kobiety z aborcją nie mają żadnego problemu. Często jest tak, że te kobiety, których nie stać na aborcję, muszą się zapożyczyć, byleby pozbyć się tego problemu. Ja nie mam poglądów katolickich, ale to problem dostępu do zabezpieczeń socjalnych. Brak dostępu do darmowej aborcji, brak opieki prenatalnej, brak dostępu do antykoncepcji. Zakaz aborcji to nie kwestia światopoglądu tylko ograniczanie zabezpieczeń społecznych. To kwestia życiowa. To położenie ekonomiczne obecnie decyduje, czy masz dostęp do aborcji, czy też go nie masz.

Byłyście na demonstracjach w Poznaniu, jak również na ogólnopolskiej demonstracji w Warszawie. Jak było?

Agnieszka: Ja jestem zachwycona. Ten idiota z Żoliborza szczuł na kobiety. Kilku przygłupów dało się nabrać, przez chwilę w Warszawie było gorąco, gdy nas zaatakowali, ale ten tłum kobiet, które walczą o swoje, daje nadzieję. Rozmawiałam z ludźmi z całej Polski, oni byli tak jak ja zachwyceni. Ludzie trochę się bali, ale szłyśmy razem. Nie pojmuję, dlaczego część kibiców i chuliganów daje się nabierać na to, co mówi rząd i są dumni z bycia pożytecznymi idiotami. W żłobkach większość z nas jest przeciwko ograniczaniu dostępu do aborcji, żłobki są oklejone plakatami z protestów, nawet rodzice dbają o to, aby plakaty nie były zrywane. Denerwują się, gdy jakiś plakat zniknie. Ojcowie i matki nie mogli uwierzyć, że miałyśmy tyle siły i odwagi, by protestować w Warszawie. Prosiłam koleżanki z pracy, żeby napisały, dlaczego popierają obecne protesty. W tych wypowiedziach jest sam żal i wściekłość: „jebać PiS”, „wypierdalać, nie jestem inkubatorem”, „nie jesteśmy krowami rozpłodowymi”, „wspieram protesty, bo młodzi muszą mieć wybór”, „nie chcę, żeby rządził mną kawaler z kotem”, „nie chcę żyć w kraju, gdzie służba zdrowia jest niewydolna”, „kościół nie jest od rządzenia”. My same musimy wywalczyć lepsze warunki pracy i aborcję. W tych kwestiach w Polsce jest totalny regres. W latach 70. służba zdrowia za darmo wykonywała aborcję.

To według was były demonstracje feministyczne?

Justyna: Nie jestem zapaloną feministką, ale nie lubię, gdy się mówi, że kobieta musi ugotować, dom posprzątać, wyprasować. Nie chcę być skazana na to, że mam się dzieckiem zajmować. Ja mam pracować, żeby mężczyźni sobie leżeli? Inicjatywa to dla mnie nie jest związek feministyczny, ale związek, który wspiera walki pracujących kobiet.

Agnieszka: Jest kilka kobiet, które dostały się np. do sejmu na fali tych kobiecych protestów, to są chyba feministki. One nam nigdy nie pomogły. Po co nam feministki w sejmie, jak nie widzę, żeby ich działania bezpośrednio polepszały sytuację kobiet w zakładach pracy.


Kobiety z Inicjatywy Pracowniczej o wyroku Trybunału, aborcji i strajku kobiet
16.11.2020
Kobiety z Inicjatywy Pracowniczej o wyroku Trybunału, aborcji i strajku kobiet

Podczas ostatnich protestów przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji, zapytaliśmy kobiety zrzeszone w różnych komisjach OZZ Inicjatywa Pracownicza o to, dlaczego biorą udział w protestach i strajkach i co sądzą o samym zakazie aborcji. Poniżej prezentujemy nadesłane odpowiedzi.

Komisja Międzyzakładowa przy Danfoss Poland:

Aneta:

Uważam że każda z nas powinna mieć wybór to jest moje ciało moje sumienie i moje życie nikt nie powinien decydować za mnie.

Wioleta:

Uważam, że każda kobieta powinna mieć prawo decydować o sobie i o tym czy chce urodzić dziecko nieuleczalnie chore. Są rodziny wielodzietne, których nie będzie stać na rehabilitację lub drogie leczenie takiego dziecka, wiec jakie życie będzie ono miało? Każda kobieta niech ma wybór, a co zrobi to jest jej indywidualna decyzja.

Ania:

Bo nikt nie będzie decydował o przyszłości moich dzieci.

Dorota:

Jak byłam dzieckiem godziłam się na to, żeby dorośli mówili mi co mam robić i kierowali moim życiem (chociaż nie zawsze ?).
Będąc nastolatką pragnęłam jak najszybciej mieć 18 lat, aby robić to co mi się podoba, decydować sama za siebie.
Więc teraz mając lat "... dzieści" (czasami tęsknię do tych "... nastu" ?) NIE wyobrażam sobie żeby ktoś za mnie decydował i mówił mi co mam robić.
MOJE ŻYCIE = MOJA SPRAWA.

Ania:

Uważam że kobieta powinna sama zadecydować czy chce urodzić dziecko, które tuż po porodzie skazane jest na śmierć z powodu ciężkich wad genetycznych.

 

Komisja Zakładowa przy Teatrze Powszechnym w Warszawie:

Klara Bielawka:

Biorę udział w strajku kobiet, bo jestem kobietą, matką i nie ma we mnie zgody na to, żeby o tak poważnych i osobistych sprawach i (często) dramatach decydowała banda cyników i oszołomów. Nie godzę się na przedmiotowe traktowanie kobiet, na podejmowanie za nie decyzji, które zmieniają ich życie, w imię wymyślonych przez smętnych panów religijno-moralnych zasad. Bóg jest miłością i Bóg dał ludziom wolna wolę. Państwo nie daje wsparcia matkom, rodzinom dotkniętym chorobą czy niepełnosprawnością dziecka, ale chce decydować. Nie! Nikt nie będzie decydował o moim ciele, o moim życiu. Nikt nie będzie decydował o ciałach potencjalnych partnerek moich synów. Jesteśmy świadomymi kobietami i będziemy samostanowić o sobie! A państwu (wiadomym) już dziękujemy! 28.10 nie pracuję, siedzę z dzieckiem (bo panie z przedszkola i niania tez nie idą do pracy:)). Siła jest kobietą i bójcie się, bardzo się bójcie rządzący bo z gniewem i wkurwem kobiet nie ma żartów.

Sylwia Pawlak:

Biorę udział w strajku, bo prawa kobiet to dla mnie szczególnie ważna kwestia. Zakaz aborcji płodów z wadami letalnymi, to mały aspekt większego problemu. To również mój sprzeciw wobec ingerencji kościoła w prawa osób niewierzących.

Natalia Łągiewiczyk:

Jestem aktorką i od lat poprzez moją pracę wyrażam swoją opinię na temat współczesnego świata. I jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się nie przyjść na próbę lub spektakl, bo coś było ważniejsze. Dzisiaj jednak nic bardziej nie zajmuje mojego serca, umysłu i ciała, niż̇ krzywda jaką wyrządzają̨ nam tzw. „ludzie u władzy”. Solidaryzuję się̨ z kobietami w całym kraju, które zostały pozbawione prawa do decydowania o sobie i swoim ciele. Może poprzez mój strajk i zatrzymanie przepływu twórczej energii w instytucji, w której pracuję, nie stanie gospodarka tego kraju, ale wierzę, że bez względu na to gdzie pracujemy, dzisiaj, bardziej niż̇ kiedykolwiek, w solidarności tkwi nasza siła. Dlatego w środę̨ zamiast na próbie, będę̨ krzyczeć́ pod sejmem.

Magdalena Płyszewska:

Ponieważ jestem wolną kobietą i mam prawo mieć swoje zdanie.
Nie chcę, aby ktoś decydował o moim i mojej rodziny losie.
Nie potrafię i nawet nie chcę wyobrażać sobie jaki to musi być ból i cierpienie dla kobiety, która jest zmuszana do znoszenia takich tortur.
Polityka nigdy nie powinna wtrącać się w przestrzeń osobistą.
Cieszę się, że żyję w czasach, w których mogę mówić o tym wszystkim głośno.
Dla mnie to progres, a nie regres, dlatego trzeba podążać w stronę przyszłości i patrzeć na kobietę oraz jej ciało z szacunkiem.

 

Komisja Międzyzakładowa Sektora Edukacji w woj. Kujawsko-Pomorskim:

Poglądy mamy różne. Są wśród nas osoby wierzące, ale i ateistki. Paradoksalnie nie wydaje mi się, żeby kwestia dyskusji o aborcji była sednem sprawy. Wyrok tzw. Trybunału był tylko iskrą, zapalnikiem, ( zamordowaniem Księcia Ferdynanda w Sarajewie).Gdybym miała znaleźć wspólny mianownik protestów to po prostu przelała się czara goryczy. Złamano i tak restrykcyjny obowiązujący " kompromis" aborcyjny i przy okazji pandemii chciano ograniczyć prawa obywatelskie.

Państwo staje się opresyjne dla obywatela, a dla kobiet w szczególności. Poczułyśmy się przedmiotami, mającymi realizować pragnienia zakompleksionych, obawiających się niezależnych kobiet, staruchów z PIS-u, od Kukiza i Konfederacji. Traktujemy wyrok jako zamach na naszą wolność i godność.

Beata:

Chcę, żeby państwo było świeckie. Kościół w naszych realiach sprzymierzył się z władzą. Nikt nie ma prawa narzucać swojego systemu wartości innym i organizować im życia. Wyrok tzw.Trybunału uderza w moją godność i wolność. Niszczy wypracowany kompromis. Decyzje o aborcji w sytuacjach opisanych w ustawie dotyczą sumienia. Państwo nie wywiązuje się ze swoich podstawowych obowiązków ( tragiczny stan służby zdrowia, obywatele spokojnie mogą umierać z tego powodu i nikomu z rządzących to nie przeszkadza, ale matka musi urodzić chore dziecko... a potem zostanie z nim sama... szczyt hipokryzji !!! Krok po kroku odbierają nam kobietom prawa: ( brak dostępu do edukacji seksualnej, brak dostępu do antykoncepcji, a teraz jeszcze odebranie możliwość aborcji w sytuacji nieodwracalnych wad płodu.) Najbardziej wkurza mnie fakt, że to prawo dotknie tylko najbardziej nieporadnych, biednych kobiet. Żony i córki posłów, ministrów znajdą pomoc w zagranicznych klinikach. I tak powoli Polska staje się nawet nie więzieniem, ale folwarkiem czy plantacją na której Panowie i Rządcy świszczą nahajem nad swoimi niewolnikami.

Iwona:

Uważam,że to jest odbieranie podstawowych wolności obywatelom, a aborcja jest tylko symbolem tych wolności. Kościół uzurpuje sobie prawo do pouczania i moralizowania innych, a sam nie przestrzega podstawowych standardów.

Gosia:

Uważam, że kobiety powinny mieć wolność wyboru. Nikt nie powinien ingerować w nasze życie, w nasze ciało . Nikt nie powinien móc decydować za nas. Mam dość średniowiecza. Aborcja i tak będzie przeprowadzana, a nielegalne aborcje mogą zagrażać życiu kobiet. Kobieta w naszym kraju traktowana jest jak rzecz, jak inkubator, nie zgadzam się na to!

Ania:

Uważam, że kobiety powinny mieć wybór. państwo nie wypełnia swoich obowiązków, względem pomocy osobom niepełnosprawnym, a chce zmuszać matki do heroiczych decyzji. Nie zgadzam się na to!

 

Komisja Międzyzakładowa przy Polskiej Akademii Nauk i Akademii Sztuk Pieknych:

Marta Olesik:

Strajkuję ponieważ obecna władza, wysługując się podległym sobie Trybunałem Konstytucyjnym, odmówiła mi de facto obywatelstwa w moim własnym kraju. Jeśli Polki można będzie w świetle polskiego prawa skazywać na tortury, to tym samym odmawia się ich uznania jako obywatelek. Umowa społeczna została zerwana. Odpowiadamy dziś czynnie na ten atak, pokazując swoją siłę jako podmiotki polityczne, członkinie społeczeństwa obywatelskiego i uczestniczki rynku pracy. Prawa kobiet = prawa człowieka.

Agata Szydłowska:

Strajkuję ponieważ mam dość życia w państwie, w którym prawo pisane jest pod dyktando kościoła katolickiego. Mam dość życia w państwie, w którym nie czuję się bezpiecznie, które antagonizuje ludzi jednocześnie nie umiejąc zadbać o podstawową opiekę zdrowotną i socjalną. Mam dość życia w państwie, które niszczy przyrodę, zatruwa powietrze, odmawia praw i człowieczeństwa osobom LGBTQ+, odmawia pomocy uchodźcom i nie reaguje na przejawy rasizmu, jednocześnie chroniąc i otaczając opieką przedstawicieli skrajnej prawicy, często o faszystowskich poglądach. Mam dość życia w państwie, które zamiast uczyć krytycznego myślenia i przygotowywać na wyzwania teraźniejszości i przyszłości, kształtuje dzieci i młodzież zgodnie z ideologią narodowo-katolicką. Mam dość życia w państwie, które nie gwarantuje autonomii nauki. Mam dość życia w państwie, które gardzi prawami pracowniczymi i czynnie wspiera system kapitalistyczny, który w tej formie doprowadził do katastrofy klimatycznej, skrajnych nierówności społecznych i eskalacji przemocy na całym świecie.

Maria Dębińska:

Strajkuję/protestuję, bo od lat rządzą nami sadyści, którzy bezkarnie torturują słabszych - dzieci, kobiety, osoby LGBT. Bo przemoc, którą stosują, jest w tym kraju przezroczysta i zupełnie znormalizowana. Bo wszystkie poprzednie rządy doprowadziły do sytuacji, w której jest rzeczą oczywistą, że o moim zdrowiu i życiu mogą decydować stare dziady w togach i sutannach. Bez tego ostatni wyrok TK nakazujący kobietom rodzić dzieci bez głowy byłby nie do pomyślenia.

 

Komisja Zakładowa przy Kantar Polska:

Asia:

Nie godzę się na bycie człowiekiem i obywatelem drugiego sortu. Kobiety w Polsce są dyskryminowane, upupiane i odbiera się im wybór. Takie są fakty i czas z tym skończyć. Z moim partnerem mamy córkę. Czujemy, że musimy działać, jeśli nie dla siebie to dla niej.

Inna Asia:

Bo nie zgadzam się na takie traktowanie mnie i innych kobiet i odmawianie prawa do decydowania o swoim życiu. Bo mam dość hipokryzji władzy i chorego mariażu państwa z kościołem. Bo wkurwia mnie dyktowanie postępowania i moralności przez garstkę oderwanych od rzeczywistości ameb umysłowych.

Aga:

Dlaczego popieram strajk? Bo: Nie zgadzam się żeby kobiety nie mogły decydować w najważniejszych kwestiach, które ich dotyczą.
Nie zgadzam się, żeby państwo nakazywało mi rodzić chore dzieci a później nie pomaga w żaden sposób w opiece nad nimi.
Nie zgadzam się z tym, że państwo walczy o nienarodzone dzieci a jak się urodzą to już ich nie interesuje co się z nim dzieje.
Nie zgadzam się na to, żeby w Polsce rządził kościół.
Nie zgadzam się z tym, że państwo nie zajmuje się sprawą molestowań nieletnich przez księży.
Nie zgadzam się z tym, że mamy w Polsce quasi Trybunał Konstytucyjny.
Żądam:
Łatwego dostępu do antykoncepcji
Edukacji seksualnej dla dzieci i młodzieży
Liberalizacji prawa aborcyjnego
Rozłączenia się państwa z kościołem
I odejścia od władzy PISu

 

Komisja Międzyzakładowa przy Poznańskich Żłobkach:

Agnieszka, Asia, Halina:

Popieramy strajk kobiet, ponieważ uważamy, że każda kobieta powinna mieć prawo decydować o swoim ciele i życiu. Każdy wybór to sprawa indywidualna kobiety!
***** ***

Ania:

Wypierdalać! Nie jestem inkubatorem. Mam prawo do własnego ciała.

Lidia:

Wspieram [strajk kobiet] bo jestem kobietą, matką i kiedyś będę babcią. Chcę, aby młodzi mieli prawo wyboru, a nie przymus.

 

Komisja Zakładowa przy Uniwersytecie Wrocławskim:

Agata:

Biorę udział w protestach, bo walczę o legalną, bezpłatną aborcję na życzenie. Mamy prawo same decydować o swoich ciałach i o macierzyństwie. Jestem matką i wiem, że macierzyństwo jest wspaniałym doświadczeniem. Ale tylko dla tych kobiet, które chcą być matkami. Powrót do haniebnego "kompromisu" nie jest dla mnie satysfakcjonujący - już wcześniej mieliśmy jedno z najbardziej restrykcyjnych praw aborcyjnych w Europie. A sam "kompromis" był układem między kościołem a rządem, którzy przehandlowali prawa kobiet za naszymi plecami."

Katarzyna Lisowska:

Jest oczywiste, że wyrok z 22.10.2020 odbije się przede wszystkim na osobach w ciąży i to jest najważniejsze, i o tym trzeba przede wszystkim mówić – nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ale chciałabym jeszcze wspomnieć o innych skutkach tego, co się dzieje w naszym kraju znacznie dłużej niż od 1993 roku. Dominująca w Polsce, a kształtowana przez Kościół katolicki, ale też większość partii politycznych, narracja na temat ciała i seksualności wpływa na to, jak każda/y z nas postrzega te sfery, które zamiast być podstawą szczęścia, przyjemności, satysfakcji i niezależności, stają się źródłem zagrożenia, cierpienia i opresji. Uważam, że przeciwstawiając się temu dyskursowi, mogę się zatroszczyć się o szczęście przyszłych pokoleń. Wspieranie protestów okazało się też (nieoczekiwanie?) gestem poparcia dla autonomii i godności uczelni wyższych, a to są wartości, których zdecydowanie zamierzam bronić.

Olga Nowaczyk:

Biorę udział w strajku, bo decyzja TK ograniczająca prawa kobiet w Polsce - prawa przynależne mi i moim siostrom - uderzyła w nasze elementarne poczucia bezpieczeństwa oraz godności, pozbawiła nas prawa do wyboru w kluczowych dla naszego życia aspektach. Nie ma mojej zgody na łamanie podstawowych praw człowieka oraz podejmowania przez państwo, z pominięciem demokratycznych reguł, decyzji, które ubezwłasnowolniają mnie i inne kobiety. Nie ma mojej zgody na pozbawianie jakiejkolwiek osoby przynależnej jej godności. Jednocześnie solidaryzuję się z wszystkimi osobami, które otwarcie występują w obronie wartości, w które wierzą. Ale również tych które niedemokratyczne decyzje polityków bezpośrednio dotyczą: KOBIET. Strajk jest legalny! Nie łamiemy praw! My tylko walczymy o nie!


Strajk Kobiet a protesty społeczne w Polsce po 1989 r.
02.11.2020
Demonstracja alterglobalistyczna, Warszawa 2004

W demonstracji Strajku Kobiet 30 października br. w Warszawie udział wzięło nawet do 100 tys. osób. W mediach pojawiły się sugestie, że to największy protest w kraju od czasu transformacji w 1989 roku. To oczywiście opinia przesadzona. Jednak nie we frekwencji tkwi fenomen tego ruchu protestu.

Masowe wystąpienia społeczne są wpisane w historię naszego kraju po 1989 r. W zasadzie od samego początku, zmiany ustrojowe i ekonomiczne wzbudzały silny sprzeciw. Nie wspomina się o wielu masowych i gwałtownych wystąpieniach społecznych, ponieważ obowiązująca wersja najnowszej historii Polski zakłada, że społeczeństwo przyjęło transformację bez wątpliwości i z pobożnym przyzwoleniem.

Szok

Transformacja w 1989 r. dotknęła wielu ludzi, skutkowała masowymi zwolnieniami i radykalnym spadkiem stopy życiowej szeregu grup. Często mówiono w tym kontekście, że wprowadzając kapitalizm, zastosowano wobec społeczeństwa „terapię szokową”. W efekcie na samym początku doszło do wielkich protestów. Tylko w 1992 r. w strajkach pracowniczych uczestniczyło ponad 700 tys. osób. Towarzyszyły im tłumne wystąpienia uliczne.

Wraz ze zmianami ekonomicznymi, które w pierwszej kolejności uderzyły w kobiety, wdrażano konserwatywny system wartości i katolicyzację społeczeństwa. Co warto przypomnieć, w latach 90. dochodziło do wystąpień w związku z zaostrzeniem ustawy o aborcji, lecz nie miały one tak masowego przebiegu, jak dzisiejsze.

Politycznym efektem pierwszej potransformacyjnej fali niezadowolenia, mającego jednak głównie związek z kwestiami ekonomicznymi i socjalnymi, był upadek solidarnościowego rządu Hanny Suchockiej oraz przegrana w wyborach prezydenckich Lecha Wałęsy, który musiał ustąpić miejsca dawnemu członkowi PZPR Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Z powrotem dawnych elit wiązano czasami nadzieje na utrzymanie laickiego charakteru państwa. Jednak „stara lewica” nie była zainteresowana walką na froncie ideologicznym, ale utrzymaniem swoich własnych wpływów ekonomicznych.

Druga fala

Druga połowa lat 90. skutkowała względną poprawą sytuacji ekonomicznej, co spowodowało, że fala protestów społecznych opadła. Zaczęto nawet utyskiwać, że Polacy i Polki nie są zainteresowane tego typu uczestnictwem w życiu politycznym kraju, że nie ma tradycji manifestowania.

Jednak w kapitalistyczną gospodarkę uderzył charakterystyczny dla niej światowy kryzys ekonomiczny. Skutkował on w latach 2002–2003 m.in. najwyższą stopą bezrobocia w potransformacyjnej Polsce. Sięgała ona ponad 20%. Bez pracy pozostawało wg różnych szacunków od 3 do nawet 4 mln osób (dla porównania – dziś jest to ok. 1 mln). Zasiłki dla bezrobotnych były głodowe.

Kryzys dotknął zarówno mieszkańców miast, jak i wsi. W dużych aglomeracjach protestowały załogi masowo upadających zakładów pracy. Z tego okresu najlepiej jednak zapamiętano nieustające blokady rolników. Tylko między 3 a 13 lutego 2003 r. wzięło w nich udział – wg danych policji – 47 tys. protestujących osób. Sytuacje rozładowało dopiero otwarcie granic po przyjęciu Polski do UE w 2004 r. i masowa emigracja za pracą na Zachód.

Marsz prawicy po władzę

W 2008 r. objawił się kolejny kryzys, który dotarł do Polski z pewnym opóźnieniem. 14 września 2013 r. protest zorganizowały związki zawodowe. Jak podawała „Gazeta Prawna”, wzięło w nim udział co najmniej 100 tys. osób. Niektóre źródła szacowały, że było ich nawet jeszcze raz tyle.

Protest był przejawem radykalnego niezadowolenia z sytuacji ekonomicznej kraju, braku zabezpieczeń socjalnych, niskich pensji, dużego odsetka „śmieciowych umów”, nierówności, podwyższenia wieku emerytalnego itp. Z powodu bessy pogorszyło się także położenie polskich emigrantów zarobkowych, szacowanych nawet na 2 mln osób. Ich spadające transfery zarobionych na Zachodzie pieniędzy wpływały także na pogorszenie sytuacji ekonomicznej wielu ludzi w kraju. Liberalne władze były pewne swego i nie korygowały swojej polityki społeczno-ekonomicznej.

Kolejny kryzys wykorzystała tym razem prawica. Wyrazem zmian preferencji politycznych były Marsze Niepodległości, które zaczęły skupiać – do 2015 r. i przejęcia władzy przez PiS – po nawet kilkadziesiąt tysięcy osób. W późniejszym okresie odbywały się one już za aprobatą nacjonalistycznego rządu i prezydenta Dudy. Stały się w zasadzie częścią oficjalnych obchodów święta narodowego. W 2018 r. Marsz miał liczyć nawet 250 tys. uczestników.

Polaryzacja i religijny integryzm

Po dojściu do władzy Zjednoczonej Prawicy (z PiS na czele) i w reakcji na jej odrzucenie potransformacyjnego ładu – przede wszystkim politycznego i ustrojowego, a tylko w niewielkiej części także ekonomicznego (np. krytyka planu Balcerowicza) – pojawił się ruch obywatelski, który starał się bronić dotychczasowego liberalnego status quo. Demonstracje Komitetu Obrony Demokracji (KOD), a później w obronie systemu sądownictwa, skupiały dziesiątki tysięcy uczestników. 7 maja 2016 r. warszawska demonstracja KOD-u liczyła ok. 50 tys. osób, choć władze stolicy oceniały liczbę protestujących na 240 tys.. Szacunek ten wywołał jednak kontrowersje. Nie mniej liczne były też opozycyjne demonstracje w 2017 r. w obronie atakowanego i przejmowanego przez prawicę systemu sądowniczego.

Z punktu widzenia kwestii socjalnych, dająca się zaobserwować polaryzacja polityczna i masowe protesty opozycji spowodowały, że PiS i cała Zjednoczona Prawica, która do momentu wyborów w 2015 r. reprezentowała w zasadzie liberalny program gospodarczy, zostały zmuszone do wdrażania programów socjalnych, m.in.: 500+, obniżenie wieku emerytalnego, zdecydowane podniesienie minimalnego wynagrodzenia itd. Celem było utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy i powstrzymanie ludzi od podejmowania protestów. Pomogły im w tym lata wyjątkowo dobrej koniunktury gospodarczej. Dziś oczywiście, zwłaszcza w kontekście pandemii koronawirusa, sytuacja znacznie się zmieniła.

Z drugiej strony ugrupowania prawicowe forsowały i forsują zmiany ustrojowe, które odbierane są przez znaczną część społeczeństwa jako z gruntu rzeczy niedemokratyczne i autorytarne. Chcą także utrzymać wyznaniowy charakter państwa. Wskutek nacisku religijnych integrystów prawica doprowadziła do październikowego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który w zasadzie uczynił aborcję całkowicie nielegalną – zgodnie z oczekiwaniami hierarchów Kościoła katolickiego.

Walka trwa – kobiety strajkują

Analizując skalę obecnych protestów, musimy brać pod uwagę przede wszystkim ich spontaniczny charakter, bez wielomiesięcznych przygotowań, pieniędzy i infrastruktury organizacyjnej. Po drugie musimy jednak pamiętać, że ich wybuch nastąpił w specyficznym momencie pandemii, kiedy można było się spodziewać masowych represji na podstawie specjalnego prawa. Już te dwie kwestie powodują, że skala manifestacji musi zaskakiwać.

Jednak nie w wysokiej frekwencji upatrywałbym niezwykłości obecnych wystąpień, ale w ich radykalnym języku, chęci odcięcia się w ogóle od postsolidarnościowych konserwatywnych elit oraz w pokoleniowym charakterze. Młodzież – jak sądzę – jest w pełni świadoma, że ten bunt uderza w system wartości ich dziadków i rodziców.

Wreszcie genderowy charakter wystąpień. Choć sam w to wcześniej nie wierzyłem, dziś widzę, jak kobiety ujawniają swój klasowy potencjał – jako grupa dyskryminowana nie tylko na gruncie prokreacyjnym czy reprodukcyjnym, ale także politycznym i ekonomicznym. Mam nadzieję, że żądania nie ograniczą się tylko do tego, by nie dać się sprowadzić do roli reproduktora i darmowej domowej siły roboczej. Równie ważne jest zniesienie wyzysku ekonomicznego i systemu, każącego kobietom podporządkować się zdominowanym przez mężczyzn ośrodkom władzy. Wiem też, że są to postulaty uniwersalne, które działają także na korzyść mężczyzn.

Jarosław Urbański


Strajk Kobiet: Postulaty socjalne, albo przegrana
31.10.2020
Inicjatywa Pracownicza na demonstracji przeciwko zakazowi aborcji (Warszawa 30.10.2020r.)

Jeżeli Ogólnopolski Strajk Kobiet ograniczy się tylko do postulatu dotyczącego prawa do aborcji, nie przyniesie to trwałych zmian ustrojowych korzystnych dla kobiet. Dlatego podjęcie przez OSK kwestii socjalnych, należy odczytywać jako rzecz absolutnie niezbędną. Dobrze, że zrobiono krok w tym kierunku. Szkoda, że tak skromny.

 

Jest oczywistym banałem stwierdzić, że kobiety zarabiają mniej od mężczyzn – przeciętnie o 20%. Rozkład pracy domowej, opiekuńczej itd. sprawia, że nie tylko dysponują mniejszymi zarobkami (bo za pracę w domu się niestety nie płaci), ale także są mocniej obciążone obowiązkami. Pracują na dwa etaty. Jednak trzeba podkreślić, że konsekwencją położenia ekonomicznego kobiet jest ich słaby wpływ na obowiązujące prawo, jak też bardzo ograniczony udział w gremiach podejmujących kluczowe decyzje polityczne. Stanowią w nich ciągle zdecydowaną mniejszość.

Nie może być mowy o skutecznej walce politycznej, jeżeli nie jest ona dobrze ugruntowana w podłożu socjalnym i z niego nie wyrasta. Samodzielność ekonomiczna kobiet jest tu zagadnieniem kluczowym. Kobiety walczą o to od długiego czas. Patrząc historycznie, system był w tym czasie bardziej skłonny ustąpić w kwestiach politycznych (np. prawo głosu) czy nawet prawnych niż na gruncie ekonomicznym. I dlatego też zdobycze polityczne były nietrwałe, czego sytuacja kobiet w Polsce jest dziś najlepszym przykładem.

Nie chodzi jednocześnie tylko o nierówności płacowe między kobietami i mężczyznami. One są jedynie statystycznym wyrazem bardziej złożonego zjawiska, jakim jest segmentacja rynku pracy. Kobiety pracują nie tylko w sektorach gorzej opłacanych, ale także uznanych za mniej (coraz mniej) prestiżowe. Są to też sektory i miejsca pracy podporządkowane w strukturze ekonomicznego podziału władzy i płci. Nierówności te widać doskonale także w obrębie poszczególnych zawodów.

W tym kontekście usytuowanie postulatów socjalno-ekonomicznych OSK na tle innych żądań rozczarowuje. Widać wyraźnie, że przypisuje się im mniejsza rangę w stosunków do postulatów politycznych i reprodukcyjnych. A co najważniejsze są one nad wyraz skromne. Najmocniejszym z nich wydaje się równość płac bez względu na płeć. Tylko powstaje pytanie jak rozumieć tę równość? Różnice płac między mężczyznami a kobietami na tych samych stanowiskach często nie są już duże. Kluczowe są natomiast segmentacja rynku pracy i struktura władzy ekonomicznej. Aby równość płac stała się realna, trzeba zasadniczych zmian w naszym ustroju gospodarczym i organizacji pracy.

Inne żądania, jak kwestia egzekwowania i wysokości alimentów, ubezpieczenia emerytalnego pracy domowej, „realnego zabezpieczenia społecznego rodzin osób z niepełnosprawnościami”, choć zdecydowanie słuszne, nie tylko nie wyczerpują katalogu koniecznych zmian, ale dotykają jednak tylko ich oczywistego marginesu.

Żądania socjalne muszą iść zdecydowanie dalej. Wśród postulatów OSK nie znalazł się tak wyraźnie podnoszona przez związki zawodowe konieczność wyeliminowania z rynku pracy zatrudnienia na „umowy śmieciowe” i poprzez agencje pracy tymczasowej. Niestabilne i „śmieciowe” formy pracy w szeregu sektorów (zwłaszcza w usługach, logistyce, handlu) uderzają przede wszystkim w kobiety. Następna kwestia to skrócenie czasu pracy do 7 godzin dziennie bez obniżenia płacy.

Na gruncie lokatorskim najważniejsze jest stworzenie realnej alternatywy dla prywatnego rynku najmu mieszkań z wysokimi cenami oraz walka z zadłużeniem czynszowym i masowymi eksmisjami, których ofiarami padają często kobiety. Budownictwo komunalne i socjalne musi zostać wskrzeszone, ponieważ pilne potrzeby lokalowe w Polsce oceniane są na przynajmniej pół miliona mieszkań.

Wreszcie rzecz ostatnia, ale nie najmniej ważna: dotychczasowe zdobycze socjalne nie mogą zostać naruszone, w tym także te ostatnie. Pieniądze z programu 500 plus trafiają w dużej mierze do kobiet. Musi on zostać utrzymany, choć oczywiście równolegle należy rozwijać publiczne formy opieki nad dzieckiem. Należy także utrzymać wiek emerytalny dla kobiet na poziomie 60 lat, z jednoczesnym zabezpieczeniem minimalnych emerytur na poziomie przynajmniej minimalnego wynagrodzenia. Z drugiej strony trzeba uznać za celowe systematyczne podnoszenie płacy minimalnej i w ogóle zwiększanie udziału wynagrodzeń w PKB.

Jeżeli postulaty ekonomiczne nie staną się kluczowymi, najważniejszymi żądaniami Strajku Kobiet, to wszelkie potencjalne zdobycze polityczne obecnych protestów będą palcem na wodzie pisane. Dodatkowo pod groźbą użycia siły przez państwo i pod presją coraz większych problemów związanych z rozwojem pandemii koronawirusa, walka powinna się przenieść do zakładów pracy. One będą tak czy inaczej funkcjonować. Strajk kobiet musi stać się strajkiem socjalnym i pracowniczym, aby na dłuższą metę odnieść sukces.

Magdalena Malinowska
Agnieszka Mróz
Jarosław Urbański


Zielone bojkoty – gdy budowlańcy walczyli o środowisko naturalne
26.09.2020
Zielony bojkot - blokada inwestycji w dzielnicy The Rocks (Sydney, 1973 r.)

W latach 1971-1975 lokalny oddział australijskiej Federacji Robotników Budowlanych uratował przed zniszczeniem ponad 40 parków, zabytkowych budynków i osiedli robotniczych w Sydney obejmując je tzw. „zielonymi bojkotami”. W tym samym czasie, dzięki aktywnym działaniom związku nastąpił wzrost płac w branży budowlanej, poprawiły się warunki socjalne, a pracownicy zyskali kontrolę nad przestrzeganiem zasad BHP. Historia ta pokazuje, że nie ma automatycznej sprzeczności między walką o prawa pracownicze i troską o środowisko naturalne. Jest także lekcją skutecznego organizowania się i budowania związkowej siły w skrajnie trudnych warunkach jakie panują w takich branżach jak budowlanka.

Tym ważniejsze jest opowiedzenie i przestudiowanie historii „bojkotów” dziś w Polsce – gdy spór między postulatami ekologicznymi a tymi dotyczącymi ochrony zatrudnienia wydaje się nieusuwalny w kontekście debaty o transformacji energetycznej. Jest to także wciąż aktualna lekcja budowania związkowej siły w skrajnie trudnych warunkach, jakie panują w branżach: budowlanej, gastronomicznej, handlu i turystyce i innych.

Fundamenty: ewolucja branży budowlanej i nowa strategia BLF

Historia zielonych bojkotów jest historią 4 lat walk prowadzonych przez oddział Federacji Robotników Budowlanych (Builders Laborers Federation – BLF) w stanie Nowa Południowa Walia. Zanim jednak BLF włączył się w działania na rzecz ochrony tkanki miejskiej i środowiska naturalnego, przez wiele lat pozostawał raczej marginalnym związkiem zawodowym, zarządzanym przez zachowawczo nastawione kierownictwo. Ewolucja od organizacji, która jeszcze w 1947 roku sabotowała walkę o 40-sto godzinny tydzień pracy, do związku, który aktywnie walczył nie tylko o swoich członków, ale angażował się także w tematy społeczne wymaga więc szerszego omówienia.

Po II Wojnie Światowej, w australijskiej budowlance każda grupa zawodowa (cieśle, zbrojarze, operatorzy żurawi, monterzy, malarze, elektrycy, hydraulicy…) miała własny związek – zazwyczaj o zasięgu krajowym z lokalnymi oddziałami w każdym ze stanów. Federacja Robotników Budowlanych była związkiem zrzeszającym robotników niewykwalifikowanych (zajmujących się wyburzeniami, kopaniem fundamentów), ale także hakowych i sygnalistów, którzy nie byli klasyfikowani jako „rzemieślnicy”.

W latach 50., wraz z powojenną poprawą koniunktury w branży budowlanej, do BLF dołączyło wielu młodych robotników, często imigrantów z różnych krajów. Wśród nich byli także aktywiści związani z lewicą: Jack Mundey, Joe Owens i Bob Pringle. Niezadowoleni z braku aktywności związku i kiepskich warunków pracy zdecydowali się powołać „Oddolny Komitet” - nieformalną grupę, początkowo zajmującą się głównie dyskutowaniem o codziennych problemach robotników budowlanych. Komitet zaczął wydawać własny biuletyn „the Hoist” („Dźwig”) i organizować akcje ulotkowe. Materiały komitetu odnosiły się problemów, z którymi stykała się na co dzień większość budowlańców: fatalny stan zaplecza socjalnego (brak ciepłej wody, szatni, miejsc do spożywania posiłków), brak pensji za przestoje wywołane złą pogodą, zatrudnianie na godziny, brak płatnych urlopów. Z czasem, poza akcjami informacyjnymi zaczęto organizować także protesty i akcje strajkowe – często we współpracy z innymi związkami z branży. Na poszczególnych budowach udawało się wywalczyć pensje za czas przerwy w pracy wywołanej deszczem, albo prysznice i ciepłą wodę w kranach.

Prawicowe kierownictwo BLF określało działania komitetu jako „komunistyczne wichrzycielstwo” i „niepotrzebne ryzykanctwo”. Zdarzały się nawet przypadki pobić osób aktywnych w komitecie przez bandytów powiązanych z szefem oddziału, Fredem Thomasem. Pomimo tej presji, grupa skupiona wokół Mundey’a mozolną pracą zdobyła poparcie większości członków BLF: widzieli, że ich akcje były skuteczne i bezpośrednio polepszały warunki pracy.

W 1961 r. grupa związana z komitetem wygrała wybory do zarządu oddziału BLF w Nowej Południowej Walii. Był to też moment, gdy w Sydney rozpoczął się gigantyczny boom budowlany związany ze zniesieniem limitu wysokości oraz wprowadzeniem nowych technologii i maszyn. Jak wspomina Mundey: „Gdy zaczynałem pracę w latach 50. najwyższe budynki miały 46 metrów lub 12 pięter, ale gdy znieśli limity, granicą stało się niebo”. Boom związany był także z brakiem regulacji chroniących tereny zielone i zabytki oraz liberalną polityką sprzedaży gruntów deweloperom pod realizację megainwestycji: dróg ekspresowych, parkingów, biurowców.

Dla wielu mieszkańców Sydney oznaczało to groźbę eksmisji lub znacznego pogorszenia jakości życia. Taka modernizacja miasta stała się więc zarzewiem konfliktów społecznych. Krytycznie wypowiadali się o niej także sami robotnicy budowlani: „Jaki jest pożytek z samych tylko wyższych płac, jeśli musimy mieszkać w miastach bez parków, pozbawionych drzew, w atmosferze skażonej zanieczyszczeniami i wibrującej od hałasu setek tysięcy samochodów osobowych?” - pytał Mundey w jednym z wywiadów.

Dla budowlańców, nowe inwestycje przyniosły natomiast zmianę warunków pracy: koncentrację większej liczby pracowników na budowie, dłuższe okresy zatrudnienia (po kilka lat, a nie kilka miesięcy), ale także nowe niebezpieczeństwa związane z pracą na wysokościach, oszczędzaniem na BHP czy presją na coraz szybsze tempo pracy.

Federacja odpowiedziała na te zmiany aktywnie, serią kampanii na rzecz wyższych płac oraz wyrównania stawek między różnymi zawodami (robotnicy budowlani, uznawani za „niewykwalifikowanych” zazwyczaj zarabiali dużo mniej od zawodów uznawanych za rzemieślnicze – operatorów żurawi, cieśli, hydraulików). Kontynuowała także działania komitetu na rzecz zapewnienia robotnikom infrastruktury socjalnej pod hasłem „ucywilizujmy branżę budowlaną”. Kumulacją tych działań była 5-tygodniowa seria strajków i pikiet w 1970 roku, która praktycznie sparaliżowała wszystkie budowy w Sydney. Jej efektem były podwyżki dla budowlańców – robotnicy niewykwalifikowani musieli otrzymywać co najmniej stawkę wynoszącą 90% stawki rzemieślników. Co ważne – w walce tej BLF uzyskała wsparcie niektórych związków „rzemieślniczych”, choć tradycyjnie ich członkowie patrzyli na „zwykłych” robotników z góry i nie zawsze poczuwali się do solidarności z nimi.

Te sukcesy umocniły Federację i otworzyły pole do otwarcia się na nowe tematy: w 1970 r. oddział w Nowej Południowej Walii w wewnętrznych dyskusjach przyjął zasadę „społecznej odpowiedzialności pracy” - robotnicy mieli uzyskać prawo do żądania, aby ich praca nie była wykorzystywana w szkodliwy sposób. To był fundament, na którym później można było oprzeć „zielone bojkoty”.

Budowlanka – praca społecznie odpowiedzialna

Sama historia „zielonych bojkotów” zaczyna się w czerwcu 1971 r., trochę przypadkowo. Wtedy to grupa kobiet z przedmieścia Hunter Hills zwróciła się do Federacji z prośbą o pomoc: ostatni kawałek dzikiego buszu w zatoce Sydney (Kelly’s Bush) miał zostać wycięty aby zrobić miejsce kompleksowi biurowców. Związek odpowiedział, że pomoże, jeżeli prośba ta ma faktycznie poparcie społeczności Hunter Hills. Kobiety zorganizowały więc spotkanie, na którym ponad 600 osób poparło zwrócenie się do BLF z prośbą o objęcie inwestycji bojkotem – było to od dawna stosowane narzędzie w ruchu związkowym w Australii: członkowie związku odmawiali pracy przy projekcie, który był objęty bojkotem, aby wywrzeć presję na pracodawcę. Do tej pory jednak bojkoty związkowe stosowano zazwyczaj w sprawach płacowych lub związanych z BHP.

Związkowcy ogłosili więc, że Kelly’s Bush jest objęty „zielonym bojkotem” i żaden z członków BLF nie będzie pracował przy jego zabudowie. Deweloper odpowiedział groźbą użycia łamistrajków, ale wtedy na innych jego budowach w mieście budowlańcy przyjęli stanowisko zapowiadające, że „jeżeli choć jedno drzewo w Kelly’s Bush zostanie wycięte, te niedokończone budynki zostaną takie na zawsze – jako pomnik dla buszu”. To sprawiło, że busz przetrwał do dnia dzisiejszego, a do Federacji zaczęły zgłaszać się kolejne grupy mieszkańców walczące z deweloperami.

W kolejnych latach nastąpił prawdziwy wysyp konfliktów podobnych do Kelly’s Bush: budowlańcy bojkotowali m.in.: plan budowy parkingu podziemnego pod Królewskimi Ogrodami Botanicznymi, który zagrażał korzeniom starych figowców; projekt wycięcia parków Centennial Park i Moore Park, aby zrobić miejsce pod stadiony i parkingi, które planowano wybudować w ramach starań o organizację igrzysk olimpijskich – w tym drugim przypadku, BLF wskazało alternatywną lokalizację (opuszczone tereny pofabryczne), na którą ostatecznie zdecydowały się władze miasta.

Bojkoty objęły także projekty „rewitalizacji” osiedli i dzielnic robotniczych, które najczęściej zakładały wyburzanie zabytkowych domów i budowę w ich miejsce luksusowych apartamentowców i biurowców. Tak było np. w przypadku The Rocks – osiedla domów wybudowanych w Zatoce Sydney jeszcze w XVIII wieku, które w latach 70. zamieszkałe było głównie przez robotników, a czynsz za wynajem był regulowany. Dzięki walce BLF, The Rocks zachowano w niezmienionej formie i do dziś stanowi ono atrakcję turystyczną w Sydney, przyciągającą każdego roku setki tysięcy turystów. Innym osiedlem, które zostało uratowane dzięki bojkotom było Woolloomooloo – dzielnica portowa, gdzie w dużej mierze mieszkali rybacy i robotnicy portowi, a którą deweloper chciał zamienić w kompleks hoteli, biur i parkingów. Bojkot Woolloomooloo utrzymał się do 1975 r., kiedy to mieszkańcy zgodzili się na nową wersję projektu dewelopera – 65% terenu pozostawiono na niską zabudowę mieszkaniową z regulowanymi czynszami, a w całym osiedlu zaplanowano liczne tereny zielone.

Kolejne bojkoty objęły projekty budowy dróg ekspresowych, mających stać się „wewnętrzną obwodnicą” Sydney i które miały stanąć na miejscu dzielnic robotniczych wokół Victoria Street i Kings Cross. Ta walka była szczególnie zażarta, ponieważ deweloperzy powiązani z półświatkiem kilkukrotnie próbowali eksmitować lokatorów przy pomocy wynajętych bandytów. Napięcie było tak duże, że w 1974 r. doszło do kilkugodzinnej bitwy z policją gdy deweloperzy próbowali po raz kolejny eksmitować mieszkańców na jednym z osiedli. Rok później, jedna z aktywistek zaangażowanych w kampanię w obronie osiedli wokół Victoria’s Street – dziennikarka Juanita Nielsen - „zaginęła”, a jej ciała nigdy nie odnaleziono.

W 1972 r. o pomoc Federacji zaapelował National Trust – organizacja pozarządowa powołana w celu ochrony zabytków, której dotychczasowe starania wpłynięcia na władze miasta i deweloperów przez petycje, spotkania, czy loobing w parlamencie nie przyniosły żadnych efektów. Po krótkiej dyskusji BLF ogłosiło, że zielone bojkoty automatycznie obejmą wszystkie inwestycje, które zagrażały 170 budynkom z listy przygotowanej przez National Trust.

Łącznie, w okresie od 1971 r. do 1975 r. bojkoty objęły ponad 40 inwestycji, wartych ok. 5 miliardów dolarów australijskich. Większość z nich była skuteczna – budynki i parki stoją po dziś dzień w Sydney, a tam, gdzie dokonano rewitalizacji osiedli robotniczych, deweloperzy lub władze uwzględniali najważniejsze żądania mieszkańców i mieszkanek. W jednym z wywiadów dla prasy, Mundey przedstawił szerzej koncepcję, jaka przyświecała budowlańcom przy podjęciu decyzji o rozpoczęciu bojkotów – odpowiadając jednocześnie na zarzuty, że bojkoty „pozbawiają robotników pracy”:

„Tak, chcemy budować. Ale wolimy budować pilnie potrzebne szpitale, szkoły i inne obiekty użyteczności publicznej; mieszkania dobrej jakości, które zaprojektowano myśląc o środowisku naturalnym. Wolimy to, niż budowę brzydkich, nieprzemyślanych architektonicznie szklano-betonowych biurowców. I chociaż chcemy, aby wszyscy nasi członkowie mieli pracę, nie będziemy robotami sterowanymi przez deweloperów, dla których bardziej liczą się dolary, niż środowisko. W coraz większym stopniu będziemy decydować o tym, co budujemy. Stawką są interesy ekologiczne 3 milionów ludzi – nie można ich zostawić na pastwę deweloperów i pracodawców z branży budowlanej, których celem jest tylko zysk.”

Bojkoty nie były jednak działaniem samych tylko robotników budowlanych. Ich sednem była współpraca ze społecznościami lokalnymi. Za każdym razem ściśle stosowano się do zasady, że bojkot musi mieć poparcie społeczności lokalnej lub wynikać z zaleceń National Trust. Zdarzały się przypadki, gdy bojkot był „zdejmowany” na wniosek mieszkańców, jeżeli deweloper zmieniał swoje plany w sposób, który im odpowiadał. Wspomogło to rozwój organizacji lokatorskich i dzielnicowych (ruchów miejskich) zaangażowanych w walkę o jakość przestrzeni miejskiej – w 1974 r. w całym Sydney działało ok. 100 takich organizacji zrzeszonych w „Koalicji Grup Działania Mieszkańców” (CRAG – Coalition of Resident Action Groups).

W tej współpracy związek – ze względu na kontrolę nad procesem budowy – zapewniał grupom mieszkańców „mięśnie” i „zęby” do wymuszenia na władzach i biznesie uwzględnienia w decyzjach inwestycyjnych interesów i oczekiwań społeczności lokalnych. Z drugiej strony, organizacje zrzeszone w CRAG wspierały bojkoty fizycznie uczestnicząc w blokadach i okupacjach placów budowy, zbierały pieniądze na grzywny, na różne sposoby manifestowały publicznie poparcie dla działań związku.

Źródła siły Federacji

Historia zielonych bojkotów może się wydać z dzisiejszej perspektywy nieprawdopodobna – głównie dlatego, że ciężko wyobrazić sobie zarówno tak silną organizację związkową w branży budowlanej, jak i to, że poza dbaniem o interesy materialne (pensje i warunki pracy) swoich członków, podejmuje ona działania dla dobra wspólnego, niejako „wbrew własnym interesom”. Wydaje się, że ta niesamowita historia mogła się wydarzyć, ze względu na splot trzech czynników: przemian w branży budowlanej, korzystnej koniunktury oraz reorganizacji oddziału BLF w Nowej Południowej Walii. Za Beverly Silver, możemy więc mówić o dwóch źródłach siły australijskich budowlańców, które umożliwiły zielone bojkoty: sile strukturalnej (wynikającej z nowej organizacji pracy i boomu budowlanego) oraz organizacyjnej (wynikającej ze zmian w organizacji BLF).

Opisany powyżej boom budowlany w Sydney sprawił, że w branży budowlanej praktycznie nie istniał problem bezrobocia – znalezienie pracy nie było problemem nawet po zwolnieniu dyscyplinarnym, tak duże było zapotrzebowanie na „ręce do pracy”. Rotacja pracowników i zmiany miejsca pracy były wciąż powszechne, ale nie wiązały się np. z problemem długotrwałej utraty dochodu. Jednocześnie, do branży trafiło wielu młodych robotników, często imigrantów, którzy nie bali się protestów i nie mieli negatywnych doświadczeń z akcjami strajkowymi czy represjami ze strony pracodawców. Z drugiej strony, większa liczba pracowników zatrudnianych na budowach dawała robotnikom poczucie siły wynikające z liczebności i większej anonimowości. Wreszcie, upowszechnienie nowych technologii sprawiło, że robotnicy budowlani zaczęli wykonywać coraz bardziej skomplikowane i wymagające prace – stawali się coraz bardziej potrzebni i trudni do zastąpienia, a ich prace były często kluczowe dla rozpoczęcia samych inwestycji (wyburzenia i kopania fundamentów).

Jednak zmiany w procesach technologicznych i wzrost zatrudnienia w budowlance same w sobie nie były warunkiem wystarczającym do zmian. W tym samym czasie np. związek zawodowy hydraulików, którzy również zyskali większą siłę strukturalną, trzymał się z dala tak od bojkotów, jak i jakichkolwiek bardziej radykalnych działań. Zainteresowanie ekologią i polityką mieszkaniową w przypadku BLF było efektem zmian, jakie zaszły w tej organizacji: zarówno na poziomie wewnętrznych procedur, jak i na poziomie „ideowym”. Jeśli chodzi o wewnętrzne procedury, od czasu zmiany kierownictwa BLF w 1961 r. wprowadzono limit kadencji dla osób w zarządzie (po 6 latach członkowie zarządu musieli wrócić do normalnej pracy), większość decyzji podejmowano na zebraniach walnych wszystkich członków i dużo aktywniej prowadzono działania informacyjne. Jednocześnie, wielu członków BLF było związanych z Australijską Partią Komunistyczną, która w latach 60., a zwłaszcza po inwazji ZSRR na Czechosłowację w 1968 r. zaczęła dystansować się od państwowego komunizmu w wersji znanej ze Związku Radzieckiego i otworzyła się na idee Nowej Lewicy – zainteresowanie ekologią, demokracją, krytykę wszelkich hierarchii i struktur władzy. Te idee zostały następnie przeniesione na codzienną działalność związkową w formie zielonych bojkotów.

Epilog: „Interwencja” i koniec bojkotów

Historia zielonych bojkotów kończy się w 1975 r. Wtedy to przed sądem toczyło się postępowanie o wyrejestrowanie całej federacji budowlańców. Wniosek złożyła organizacja pracodawców, chcąc w ten sposób zakończyć blokadę inwestycji wartych miliardy dolarów australijskich. Wyrejestrowanie oznaczało, że w nadchodzących rokowaniach na temat przedłużenia branżowego układu zbiorowego pracy dla budowlanki, BLF nie będzie uwzględnione po stronie związkowej.

Deweloperzy nie ograniczyli się jednak tylko drogi sądowej – udało im się wywrzeć presje na centralę BLF i jej ówczesnego sekretarza, Normana Gallaghera i namówić go do likwidacji oddziału w Nowej Południowej Walii. Pod pretekstem „zbadania nieprawidłowości finansowych”, a w rzeczywistości realizując żądania pracodawców, Gallagher rozpoczął w Sydney „interwencję” - ogłosił stworzenie nowego oddziału BLF i przy współpracy pracodawców (a także bardzo prawdopodobne, że za ich pieniądze) zadbał o to, aby legitymacji członkowskich nie otrzymał nikt związany z dotychczasowym kierownictwem oddziału. Przez pewien czas w Nowej Południowej Walli działały więc 2 oddziały BLF – jeden związany z grupą Mundey’a, drugi zarządzany przez centralę.

Z uwagi na niepewną sytuację prawną związku i chaos jaki wywołałoby działanie dwóch organizacji robotników budowlanych na jednym terenie, Mundey wraz zresztą zarządu dotychczasowego oddziału BLF wezwali wszystkich pracowników do wstępowania do oddziału pod kontrolą centrali, aby tam kontynuować działalność. Większość działaczy popierających dotychczasową linię BLF w Sydney została jednak wpisana na „czarne listy” przez pracodawców i nie mogła znaleźć pracy w branży.

„Interwencja” zakończyła epopeję zielonych bojkotów – chociaż BLF została kilka lat później ponownie zarejestrowane, to nigdy nie powróciła do siły, jaką miała w latach 70. i po pewnym czasie ponownie wykreślono ją z rejestru organizacji związkowych. Norman Gallagher został natomiast skazany za korupcję – przyjmowanie korzyści majątkowych od deweloperów, za które wybudował sobie dom na plaży.

Jakub Grzegorczyk